Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Bitwa o Układ Słoneczny Tom 2 Odwet - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 lutego 2026
42,00
4200 pkt
punktów Virtualo

Bitwa o Układ Słoneczny Tom 2 Odwet - ebook

Pokój był tylko chwilą wytchnienia. Pięć lat po odparciu kosmicznej inwazji major Tom Pirs pragnie spokoju. Zamiast niego otrzymuje najtrudniejsze dowództwo w historii. Nowy wróg nie jest armią, jaką znamy. To „żywe skały” – krzemowe istoty, dla których tysiąclecie to mgnienie, a ludzkie statki są jedynie surowcem. Ich bronią jest infekcja – inteligentny „piasek”, który przekształca wszystko, czego dotknie. To nie wojna, a tragiczne nieporozumienie na kosmiczną skalę. Aby ratować załogę, Pirs podejmie desperacki krok: cofnie się w czasie. Lądowanie na Ziemi sprzed stu tysięcy lat okaże się jednak konfrontacją nie z obcymi, ale z najciemniejszymi stronami ludzkiej natury. Gdy nad Ziemię nadciągnie czysta, krzemowa zagłada, ocalenie będzie wymagać nie siły, lecz genialnego blefu, ostatniego aktu poświęcenia i iluzji, która ocali… lub przypieczętuje los ludzkości. „Odwet” to epicka kontynuacja bestsellerowej sagi, która przekracza granice gatunku.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397027718
Rozmiar pliku: 535 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział I

BAZA MIĘDZYNARODOWYCH SIŁ KOSMICZNYCH ZIEMI

Na nadgarstku poczułem impuls z neuronowego przekaźnika, który wyrwał mnie z zamyślenia. Nosiłem go jak dawniej zegarek – wciąż wolałem to od wszczepu w kręgosłup. Mrugnął niebieskim światłem. Niebieski… To nigdy nie wróżyło nic dobrego.

– Co jest? – pomyślałem, zerkając na nadgarstek z urządzeniem wielofunkcyjnym. Zegarek pulsował wciąż tą sama barwą. Zanim zareagowałem, cień zasłonił mi słońce.

Spojrzałem z ukosa i poderwałem się z ławki na widok oficera wysokiej rangi.

– Major Tom Pirs, zgadza się? – usłyszałem pytanie z nutą pewności.

– Tak jest, panie pułkowniku – odpowiedziałem, prężąc się jak struna.

– Chciałbym z panem porozmawiać. Usiądźmy na chwilę. – Wskazał na ławkę. Którą przed chwilą zajmowałem.

Przez chwilę wahałem się między rozmową a obowiązkiem – niebieska pulsacja wzywała natychmiast. Niebieski. Priorytet. Sprawy ważne lub ostre manewry. Nie to, co czerwony – ten kolor widziałem tylko raz, pięć lat temu, i nie chciałbym zobaczyć nigdy więcej.

– Proszę potwierdzić gotowość i na razie zignorować. – Pułkownik odgadł moją rozterkę, wskazując skinieniem głowy na pulsujące powiadomienie.

Tak też zrobiłem, przy okazji uporządkowałem leżące na ławce moje rzeczy.

– Nazywam się Dawid Mon i zapowiada się, że będziemy współpracować. Chciałbym jednak osobiście z panem majorem najpierw porozmawiać. Mamy problem. – Pułkownik bez ogródek zaakcentował twardym głosem dwa ostatnie słowa i wbił we mnie wzrok, jakby chciał mnie prześwietlić na wylot.

– Zatem w czym mogę pomóc? – Wpatrywałem się w jego naszywkę z imieniem i nazwiskiem na mundurze, aby nie patrzeć w te jego świdrujące oczy.

Teraz sobie przypomniałem. Facet miał stopień generała, ale chyba dwa lata temu zdegradowali go do pułkownika za jakąś aferę korupcyjną. Dawid Mon był dowodzącym obroną satelitarną Ziemi podczas inwazji. Jego zasługi, a zarazem wiedza przyczyniły się do tego, że naczelne dowództwo wszystko zamiotło pod dywan. Jemu zaś oberwało się po kieszeni, stopniu i ambicji.

– Kończy pan akademię z uzyskaniem kwalifikacji drugiego stopnia na dowódcę okrętu kosmicznego w podstawowej randze majora, pomimo że faktycznie dowodził już pan takim okrętem pięć lat temu podczas inwazji. Jest pan zarazem słuchaczem, jak też wykładowcą akademickim. Pana umiejętności i zasługi są nieocenione. Nie ma co ukrywać, kształci pan nowe pokolenia kadr. I tutaj chciałbym skorzystać z pana spostrzeżeń oraz intuicji.

– Tak, dowodzenie okrętem to był wtedy czysty przypadek. Regulamin jednak wymaga odpowiedniego oficjalnego przeszkolenia. Na szczęście to mam już za sobą. Czemu akurat ja jestem panu potrzebny?

– Ten problem, z którym musimy się zmierzyć, wymaga radykalnych działań w obsadzeniu załóg odbudowanej floty. Niestety, większość doświadczonej kadry uległa unicestwieniu w czasie ataku. Te pięć lat wystarczyło na odbudowanie zaplecza technicznego, ale nie było dość czasu na wyszkolenie dobrych, elitarnych załóg. Zresztą, sam pan o tym doskonale wie. – Pułkownik wzruszył ramionami.

– Rozumiem, że mam pomóc w przygotowaniu planów przydziału?

– Nie. To pan zrobi plan przydziałów, a w sztabie to dopasują i uzupełnią. Proszę mieć na uwadze dotychczasową znaną panu kadrę, absolwentów akademii oraz przyszłorocznych.

– Ci ostatni mają jeszcze rok na zaliczenie, nie nabyli odpowiedniej praktyki – zasugerowałem.

– Trudno, praktykę zaliczą na misji bojowej. Teraz może być każdy potrzebny.

– Na kiedy mam przygotować plan?

W myślach byłem już jedną nogą na wakacjach. Obiecaliśmy sobie z żoną, że po zakończeniu mojego cyklu szkoleniowego weźmiemy tydzień urlopu i z synkiem wyjedziemy nad morze. Odpowiednie przygotowanie obsady okrętów to przynajmniej dwa tygodnie roboty dla sztabu.

– Powiedzmy, że na wczoraj. Nie wymagam całości planu. Proszę się skupić na dotychczasowej, znanej panu, kadrze i studentach, których pan szkolił. Resztą zajmą się w sztabie. – Pułkownik wstał i podał mi rękę na pożegnanie. – A! Ma pan siedemdziesiąt dwie godziny. Proszę pozałatwiać swoje prywatne sprawy i widzimy się za trzy dni w bazie.

– Yyy… – Zanim cokolwiek byłem w stanie odpowiedzieć, jego postać zniknęła za zakrętem alejki parku akademickiego.

– Jasna cholera! – syknąłem, ciężko opadając na ławce. A ja obiecałem Danielkowi morze i budowanie zamków z piasku. – I wakacje poszły się bujać. A ten jegomość nawet nie zapytał, czy się na cokolwiek zgadzam.

Nieopodal adepci pierwszego rocznika, śmiejąc się, gnali gdzieś do miasta. Zapewne po zajęciach cała grupa dostała przepustkę. Kiedyś i ja taki byłem. Nieco dekadę temu. O rany, jak to było dawno.

Do akademii rozkaz przyszedł z samej góry, więc nie musiałem się nikogo prosić ani zdawać jakiegokolwiek raportu. Ku swojemu zdziwieniu auto podstawiło się automatycznie tylko do mojej dyspozycji, dyplom ukończenia akademii II stopnia z oficjalną nominacją otrzymałem natychmiast, a uroczyste wręczenie miało być dopiero za kilka dni. Dodatkowo na moim koncie pojawiła się duża suma tytułem zaliczki na przyszłe wynagrodzenia. To wszystko oznaczało, że szykuje się długa misja.

Jeszcze tego samego dnia dotarłem do rodzinnej miejscowości. Żona już była w domu i jak tylko zobaczyła, że przyjechałem, wyszła przed dom na spotkanie. Minę miała zasępioną.

– Cześć, kochanie! – Rozwarłem ramiona, jakbym nic nie zauważył.

– Chodź do ogrodu, nie wiadomo, czy w mieszkaniu nie ma jakiejś pluskwy podsłuchowej.

– Żartujesz? – szepnąłem, pozwalając się jej pociągnąć. – W naszym własnym domu? Przecież jesteś z wywiadu, dlaczego miałby nas ktoś podsłuchiwać?

– Właśnie dlatego – odparła, a jej głos był twardy i niski. Jesteśmy na celowniku. Nie od wczoraj.

W tej niemalże chwili złapał mnie za nogę nasz sześcioletni synek z okrzykiem, jakie wydaje małe dziecko w entuzjazmie, który niestety z latami zatracamy na zawsze.

– Masz coś dla mnie? – zapytał po chwili, otwierając szeroko oczy w oczekiwaniu odpowiedzi.

Chwyciłem malca na ręce i wyciągnąłem z teczki mały model okrętu kosmicznego.

– Tato, czy to „Atlantyda”?

– Tak, Danielku, to „Atlantyda”. Mało kto ma taki model.

Postawiłem małego człowieczka na trawnik, a on pobiegł z nową zabawką, szybując nią w otchłaniach jego własnego wewnętrznego kosmosu.

– Natasza, co w pracy? Czy coś wiesz o tej nowej misji?

– Ściśle tajne – szepnęła, choć byliśmy sami. – Chodzi o Karki. Nasze satelity zamilkły. Cały system obserwacyjny – wyłączony.

– Domyślam się po twoim zachowaniu i spotkaniu z pułkownikiem. Wspomniałem o tym, jak dzwoniłem do ciebie.

– Na razie władze nie chcą wprowadzać informacji do mediów, aby nie wywołać jakiejkolwiek reakcji społecznej. Chodzi o układ planetarny Karków.

– Co te wije kombinują? – Tak ich potocznie nazywaliśmy, ponieważ wyglądem bardzo przypominali ziemskie wije, choć mierzyli prawie dwa metry długości lub wysokości, w zależności od tego, jak się poruszali.

– One same nic, przecież wiesz, że to pokojowo usposobiony gatunek. Mam na myśli sygnały z naszych sond na orbicie świata Karków.

– O ile nikt im łbów nie zainfekuje. Nie chciałbym ponownie do tego wracać. Więc co z tymi sondami?

– Nadawały powtarzające się sygnały pozyskane z sensorów dalekiego zasięgu o zbliżających się obiektach. Wszystkie. Z różnych pozycji. Potem nagle, w tym samym momencie, sygnał z wszystkich się urwał. Jakby ktoś zgasił światło.

– Próbowano nawiązać połączenie? – zadałem naiwne pytanie, aby przedłużyć chwilę zastanowienia.

– Jakby ich nigdy tam nie było. – Natasza rozwarła ramiona i pokręciła przecząco głową.

– Szaraki?! – Nie, to niemożliwe. Coś byśmy wiedzieli.

Przez myśl przeleciały mi wydarzenia sprzed pięciu lat, gdy gatunek kosmicznych szarych stworzeń przeprowadził na Ziemi inwazję z wykorzystaniem zainfekowanych do bezwzględnego posłuszeństwa Karków jako armię do ataku lądowego.

Natasza po urlopie wychowawczym wróciła do pracy w wywiadzie, Daniel zaś, zamiast w przedszkolu, spędzał czas u moich rodziców mieszkających nieopodal.

Te trzy dni przeleciały jak z bicza trzasnął, ale dały mi chwilę wewnętrznego poukładania emocji i przygotowania się do przyszłych wyzwań. Nie wiedziałem, jakie będą czekać mnie zadania, ale przeczucia wiodły mnie w daleką podróż. Na chwilę odwiedziłem rodziców. Matka, jak to matka, chciała się dowiedzieć wszystkiego, ale jak zwykle wykręcałem się od odpowiedzi, mówiąc, że nie wiem, ale gdybym wiedział, to…

– I tak byś mi nie powiedział – dopowiadała matka.

Z ojcem było łatwiej. Nieraz rozumieliśmy się bez słowa. Wystarczyło odpowiednie spojrzenie lub grymas na twarzy. Doskonały strateg, analityk i architekt. Nigdy nie był w wojsku, a całe życie spędził w pracy dla potrzeb militarnych. Od kilku lat przebywali na emeryturze, cieszyli się z wnuka i z założonej rodziny przez swego jedynego syna. Podarował mu, a raczej przekazał, pamiątkę rodzinną – swój zegarek, który otrzymał od swojego ojca, mówiąc:

– Już czas, abyś teraz ty go nosił. To cenny zegarek, aktywuje się przez ruch nadgarstka. Nie ma w nim żadnej elektroniki, tylko doskonały mechanizm.

Pognałem autem na maksymalnej energii, dostępnej na potrzeby wozów służbowych Sił Kosmicznych. Już od dawna samochody miały rozwiązania techniczne grawitacyjne, które unosiły pojazd przy przekroczeniu stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, a ten gładko szybował nad jezdnią. Zamknąłem oczy i wsłuchiwałem się w cichy szum powietrza omywający aerodynamiczną sylwetkę pojazdu. Naturalnie, wcześniej włączyłem tryb autonomiczny i wysłałem kod bezpieczeństwa do drogówki, aby nie zawracali mi głowy. Przejechałem, a właściwie przeleciałem, w pół godziny dwieście kilometrów i gdy zjeżdżałem z trasy szybkiego ruchu w stronę bazy, mój neurolink za uchem zadrgał. To była Ela

– To twoja robota? – Bez ogródek rozpoczęła rozmowę.

– A, cześć Ela. Yyy… No wiesz, można tak powiedzieć. Masz na myśli przydział, prawda?

– A co niby innego? Nie odzywasz się ponad rok i tu nagle – bach! Niespodzianka?! Czemu nie raczyłeś nawet zadzwonić?

– Wybacz, Elu, procedury, kwestie poufności.

– Bla, bla, bla, opowiadaj to komu innemu. Miesiąc temu rozmawiałam z Nataszą, ona też nie puściła pary z ust.

– Miesiąc temu? Nikt nic jeszcze nie wiedział – próbowałem się wytłumaczyć.

– Co ty sobie myślisz?! Może miałam jakieś swoje plany na najbliższą przyszłość, a ty mi taki numer wykręcasz.

– Słuchaj, to nie tak, jak myślisz. Otrzymałem zadanie przygotowania przydziałów, przeanalizowałem dokładnie dane każdego z kandydatów, w tym twoje. Dopiero co podpisałaś kontrakt z wojskiem na kolejne trzy lata. Stan rodzinny bez zmian. W punkcie osiemnastym kwestionariusza zaznaczyłaś gotowość do wykonywania misji kosmicznych, w tym bojowych. Więc o co ci chodzi?

– O co chodzi? Chyba sobie kpisz! Po tylu latach powinieneś do mnie najpierw zadzwonić, a później podejmować jakieś kroki.

– Naprawdę nie mogłem. Czy to by coś zmieniło?

– Możliwe, teraz masz u mnie dług. Duży dług.

– To czemu podpisałaś klauzulę osiemnastą?

– Czemu? Czemu? – Trzy razy więcej płacą. Myślałam, że czasy ekstremalnych przygód mamy już za sobą. – Elka próbowała się nieco wytłumaczyć. – Co z resztą naszej starej paczki?

– Ich również zarekomendowałem. Tak, dokładnie całą naszą starą kadrę z „Atlantydy”. Wszystkich, którzy mają aktywny kontrakt. Bez ciebie, głównego pilota okrętu, nie wyobrażam sobie lepszej obsady.

– No, myślę. Kończę, muszę się spakować i ruszać do bazy. Widzimy się niebawem.

Elka rozłączyła się, a ja odczułem, że chyba polepszył się jej nastrój. Czy była zadowolona z przydziału, czy też odwrotnie? Trudno dociec i zrozumieć kobietę.

Baza z wielkości małego miasteczka rozbudowała się kilkukrotnie. Obszar podzielono na strefy, gdzie powstał między innymi duży port dla wahadłowców i statków technicznych. Nadal główne platformy remontowe, załadunkowe i cumownicze znajdowały się na orbicie okołoziemskiej, z pośpiechem odbudowane po ostatnich zniszczeniach.

Wjechałem tunelem pod ziemię, gdzie droga rozwidlała się na kilkanaście stanowisk. Auto sterowane przez sztuczną inteligencję ominęło pierwsze stanowiska i jechało jeszcze dobre kilka minut pod ziemią, zanim stanęło na wyznaczonym stanowisku. Wysiadłem, zabrałem swój bagaż i tylko, jak drzwi zamknęły się automatycznie, auto ruszyło dalej. Dokąd? Zapewne wróci do akademii. W końcu to ich pojazd służbowy.

Mój komunikator za uchem natychmiast połączył mnie z interfejsem bazy. Miły głos panienki pokierował mnie bezpośrednio do przydzielonej kwatery. Drzwi otworzyły się automatycznie, jak tylko zbliżyłem się do nich. Kwatera przypominała futurystyczną kapsułę: wszystko schowane w panelach, sterowane głosem. Cztery metry kwadratowe, które miały być moim domem nie wiadomo na jak długo?

– Majorze Tom Pirs, o godzinie dwudziestej odprawa oficerska. Proponuję skorzystać z odpoczynku lub udać się na posiłek. Jest też możliwość zamówienia jedzenie do pokoju. Czas do odprawy: dwie godziny i jedenaście minut. Czy mogę w czymś pomóc? – miły głos sztucznej inteligencji rozbudził mój apetyt na przekąskę.

Chciałem jednak jeszcze nieco popracować, aby przygotować się do odprawy. Zamówiłem grillowane krewetki. Robot przyjechał w ciągu kwadransa z posiłkiem. Tygrysie krewetki były wyśmienite – może to kwestia przyrządzenia, a może odpowiedniego sosu.

Dotarłem spóźniony o minutę na miejsce odprawy. Typowy pokój taktyczny z dużą liczbą ekranów, na których wyświetlano różnego rodzaju informacje. Kilkanaście osób, w tym pułkownik Dawid Mon.

– Widzę, że możemy zaczynać – stwierdził, spoglądając na mnie z miną zabijaki.

Rozejrzałem się po zgromadzonych. Kilka osób znałem z poprzedniej obsady „Atlantydy”, z dowództwa, z akademii. Połowy jednak nie miałem przyjemności wcześniej widzieć.

– Panie i panowie, przedstawię pokrótce cel misji dla grupy bojowej, w skład której będziecie wchodzić jako dowództwo trzech okrętów pod moją komendą. Główne zadanie to udać się do układu planetarnego Karków, przeprowadzić rozpoznanie, podjąć działania odstraszające i ewentualnie obronne.

Według pozyskanych danych satelitarnych z Układu Karków, w obszarze układu pojawiły się niezidentyfikowane obiekty wykazujące sygnatury cieplne i promieniowania. Wywiad donosi, że z całą pewnością nie są to obiekty pochodzenia naturalnego.

Jak wiadomo, Ziemia we współpracy z naszymi sojusznikami z Lucji objęła patronat nad Układem Karków. Po wyzwoleniu tamtejszych mieszkańców spod wpływu Szaraków, mamy obowiązek sprawdzenia zamiarów obcych przybyszów. Nie będę ukrywał, że spodziewamy się wrogiego nastawienia.

Nasze satelity przestały nadawać, co oznacza, że zostały zniszczone lub przejęte przez wrogie jednostki. Czy są pytania na tym etapie?

– Na planecie Karków mieliśmy swojego przedstawiciela. Czy mamy informację na temat ewentualnej inwazji? – zadał pytanie jeden z uczestników spotkania.

Pułkownik mówił o patronacie i o obowiązkach. Ja pomyślałem o człowieku, którego tam pozostawiliśmy pięć lat temu. Oyama – nasz konsul czy też attaché. Właśnie o niego pytano.

– Wraz ze zniszczeniem satelitów kontakt z naszym jedynym przedstawicielem się urwał. Ostatnie informacje nie wskazywały na jakiekolwiek zaniepokojenie. Obiekty były zbyt daleko, aby można było je zauważyć z powierzchni planety. Lucjanie przekazali nam szczegółowe dane obserwacyjne z ich teleskopów sensorycznych. Mamy do czynienia z dwoma obcymi obiektami, więc to za mało, aby dokonać inwazji lądowej. Chyba że stosują inną metodę podporządkowania sobie Karków, tak jak to miało miejsce podczas panowania tam rasy Szaraków.

– Czy możliwe jest, aby Szaraki powróciły? – tym razem pytanie zadała jakaś kobieta.

– Nie, raczej mało prawdopodobne. Po rozgromieniu ich floty i unicestwieniu całego ich macierzystego układu planetarnego, nie mają możliwości technicznych ani lokalizacyjnych, aby odbudować flotę, a nawet cywilizację. Nasze systemy śledzące nadal wskazują, że niedobitki oddalają się i kierują w stronę byłego układu lub w niewytyczonym kierunku.

– Chyba że mają starszego brata, a pluskwy, które wysłaliśmy za nimi, zostały odkryte i bawią się z nami w kotka i myszkę. – Znajomy cichy głos wyszeptał mi przy uchu swoje spostrzeżenia. To był Peter, mój dobry znajomy, a zarazem przyjaciel.

– Chciał pan coś dopowiedzieć? – Pułkownik wyłapał z gromadki Petera.

Facet ma słuch jak nietoperz, pomyślałem i przypomniałem sobie, że znam taką jedną osobę, która słyszy wszelkie dźwięki nawet na kilkadziesiąt metrów od siebie.

– Tak, chciałbym zapytać, jak dużą grupą bojową udamy się na spotkanie z potencjalnym zagrożeniem? – Peter szybko zmienił ton wypowiedzi z aluzji na konkrety.

– W ramach odbudowanej floty wyruszą fregata „Afryka”, pancernik „Azja” oraz niszczyciel „Atlantyda”. Jak państwo wiecie, pozostała część floty, czyli korweta „Antarktyda”, krążownik „Europa”, dwa lotniskowce „N-Ameryka” i „S-Ameryka” pozostaną na orbicie okołoziemskiej. Mamy jeszcze duże braki personalne do obsadzenia jednostek. Niemniej mogę oznajmić, że flota powiększyła się jeszcze o dwie jednostki dalekiego zasięgu: desantowiec „Australia” i kolejną jednostkę typu korweta, której nadano imię „Arktyka”.

Podsumowując, odbudowaliśmy siłę uderzeniową. Na papierze wygląda imponująco. W praktyce – wzruszył ramionami. Praktykę zaczniemy za kilka dni.

– Panie pułkowniku, dlaczego armia zdecydowała się na produkcję desantowca? Wydaje się, że inwestowanie w okręty i platformy obronne byłoby właściwszym kierunkiem rozwoju floty – zadała pytanie Beata Oleszkiewicz.

– A, pani profesor. – Mon na chwilę zawiesił głos. – Nie będę komentował decyzji wyższego dowództwa i Najwyższej Rady, ale pragnę przypomnieć, że Układ Karków jest pod naszą opieką tak pod względem militarnym, jak i w ramach współpracy gospodarczej.

– Czyżbyśmy zmierzali do okupacji planety w razie jakiś problemów z Karkami? – dociekała profesor.

– Szanowna pani, musimy być przygotowani, aby w razie potrzeby obrony interesów Ziemi i wolności Karków móc wysłać korpus ekspedycyjny. Ponadto desantowiec „Australia” jest największą w tonażu jednostką kosmiczną, jaką dotychczas udało się zbudować. Będzie służyć również jako transportowiec zaopatrzeniowy dla celów cywilnych, dopóki dopóty priorytety nie przestawią się na produkcję większej liczby statków cywilnych.

– Transportowce muszą mieć eskortę. Czy nowa korweta „Arktyka” ma stanowić taką funkcję? – padło pytanie od jednego z oficerów.

– Bardzo dobre pytanie – odpowiedział pułkownik Mon. – Otóż z uwagi na duży tonaż, była możliwość zainstalowania nowoczesnych, najpokaźniejszych, jakie udało się wyprodukować, dział artylerii sonicznej. Pociski jak meteoryty z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na sekundę będą stanowić trzon wyposażenia.

– To broń ofensywna krótkiego zasięgu jak na warunki kosmiczne. Więc dowództwo bierze jednak pod uwagę ewentualny desant na innej planecie. Taka broń doskonale sprawdza się do bombardowania powierzchni, a nie do obrony na dłuższy dystans.

Spojrzałem w stronę mówiącego. To Edmund, nasz najlepszy spec od uzbrojenia, skomentował wypowiedź pułkownika.

– Nie da się ukryć, że nauczyliśmy się na własnym przykładzie. Podczas inwazji Szaraków właśnie takiej broni użyto do zniszczenia naszej ziemskiej infrastruktury wojskowej i cywilnej. Cóż, mogę jeszcze powiedzieć, że dowództwo podjęło decyzje w oparciu o dokładną analizę potrzeb. – Mon wzruszył ramionami i dał znać ręką, aby na chwilę wstrzymać się od pytań.

– Nie muszę państwu przypominać, że straty, jakie ponieśliśmy, były ogromne. Udało się odbudować flotę na podstawie zachowanych projektów, ale pięć lat to stanowczo za mało, aby wyszkolić kadrę mogącą podjąć trud wyszkolenia kolejnych zastępów ludzi do obsadzenia jednostek kosmicznych. Dlatego nasza misja bojowa musi być stanowcza i odstraszająca wobec potencjalnych wrogów. Musimy zrobić wrażenie, że stanowimy zalążek zdecydowanie większych sił i podejmowanie prób agresji ze strony przeciwnika może prowadzić do poważnych konsekwencji.

– Teraz przedstawię dowódców. – Mon przesunął palcem po ekranie, a na wyświetlaczu pojawiły się sylwetki okrętów.

– Niszczyciel „Atlantyda” – spojrzał na mnie. – Kapitan-major Tom Pirs.

Przesunął obraz.

– Fregatą „Afryka” dowodzi pułkownik kapitan Rob Tonga. I wreszcie Pancernik „Azja” – zrobił pauzę, patrząc po zebranych – pozostaje pod moim dowództwem.

Narada trwała jeszcze kilka minut, podczas których padło kilka pytań mniej lub bardziej istotnych. Należy pamiętać, że niezależnie od stopnia, dowódca okrętu kosmicznego zawsze miał podwójny stopień – ten posiadany oraz kapitana, jak przystało na powszechną tradycję w marynarce.

Po odprawie zaczepiłem Petera.

– Czemu nie przyjąłeś nominacji na pierwszego oficera na krążowniku „Europa”? To niezły awans i kawał okrętu? – zapytałem ze zdziwioną miną.

– Z kilku powodów – odparł Peter. – Po pierwsze, Anna by mi głowę urwała. Po drugie, wolę znanego, wrednego kapitana niż obcego wrednego kapitana. – Zaśmiał się lekko.

– Dobra, dobra, jakbym cię nie znał. I wolę nie pytać, jak to załatwiłeś, aby mieć przydział wraz z żoną na „Atlantydzie”. Tym bardziej, że macie czteroletnie dziecko.

– Dziadkowie zajmą się córką podczas naszej nieobecności. Sam wiesz, jak jest. Rodzice, stracili wszystko podczas inwazji Szaraków i cudem ocaleli. To, co zarobiliśmy, jakoś wystarczyło na odbudowanie domów. Teraz trzeba myśleć do przodu.

– No proszę, jak małżeństwo zmieniło twoje beztroskie podejście do życia. Warto ryzykować?

– Trzeba, Tom, dla naszych dzieci, dla ludzkości, a zresztą co nam grozi z takim szczęściarzem jak ty? – Peter klepnął mnie w ramię, aż się nieco zachwiałem.

– Au! Uważaj, bijesz majora – wskazałem na dystynkcję. – Swoją drogą, cieszę się, że zostajesz na „Atlantydzie”. Praktycznie masz takie samo doświadczenie jak ja.

– Jak wrócimy, to też się zgłoszę do akademii na drugi stopień oficerski. Może kiedyś otrzymam własny okręt. Choć dowodzenie to nie dla mnie. – Machnął z rezygnacją rękami, jakby chciał strząsnąć kurz z rękawów.

– Będziesz dobrym dowódcą, jak też adeptem i wykładowcą na akademii. Z twoim doświadczeniem wyszkolisz całe rzesze kadr. No i robota na miejscu.

– No, no, może to dobry pomysł. Wykładać na akademii – Peter spoglądał w dal, tak jakby wyobrażał sobie przyszłe zajęcie.

Kilka dni później lecieliśmy promami na platformę, przy której stacjonowała „Atlantyda”. Spojrzałem na lśniącą sylwetkę z podświetloną nazwą na burcie okrętu. Zastygły w próżni kosmosu okręt wyglądał imponująco. Wygładzone jeszcze niedawno szczeliny, uzupełnione fragmenty osłon – nic nie wskazywało, że okręt brał już udział w walkach. Niczym spod igły fabrycznej czekał na stałą obsadę bojową.

– Kapitan na pokładzie! – usłyszałem komendę i jak na zawołanie wszyscy na mostku stali wyprężeni jak struny.

– Spocznij. Proszę przygotować okręt do zespolenia – rozkazałem. – Pierwszy, proszę sprawdzić gotowość poszczególnych sekcji.

– Sekcje meldują pełną gotowość, potwierdzam stan gotowości do zespolenia – odpowiedział Peter.

– Łączność, poproś dowództwo platformy o zgodę na zespolenie i odejście od platformy.

– Mamy zgodę – zameldowała Anna, oficer łączności.

– Sternik, wykonać manewr zespolenia.

– Tak jest, wykonuję manewr połączenia z korpusem – odpowiedziała Elżbieta.

Baza okrętu częściowo weszła w głąb korpusu, który był dla niej całym zapleczem ochronnym posiadającym arsenał zbrojny, magazyny, kwatery i zaplecze medyczne oraz socjalne. Baza za to dysponowała głównym napędem okrętu.

– Przeprowadzić test sztucznej inteligencji.

– Test przeprowadzony. SI odpowiedzialnej za podtrzymywanie życia i funkcje socjalne: sprawność sto procent. Nadana nazwa: „Wenus”. Test przeprowadzony SI militarnej: sprawność sto procent. Nadana nazwa: „Zeus” – meldował Edmund.

No, oprócz starej kadry jest jeszcze kilka nowych twarzy. Trzeba bęzie się przekonać, na ile można na nich polegać w czasie misji – pomyślałem.

Słychać było zaciskanie klamr i uszczelnianie okrętu po procedurze połączenia.

– Teraz przechodzimy na mostek główny w korpusie, proszę, aby młodsi oficerowie zajęli miejsca. To jedno z waszych ostatnich szkoleń, więc przyglądajcie się uważnie – wskazałem palcem wskazującym ogólnie zarys kokpitów na mostku dolnym w bazie i poszedłem na mostek główny.

W międzyczasie oficerowie przekazywali ostatnie instrukcje swoim młodszym następcom. Naprzeciw mnie wyszedł mój dobry znajomy.

– Jak się masz, kochanie?! O, przepraszam kapitana-majora – Dan zamiast wyprężyć się jak struna, uściskał mnie, a ja również serdecznie odpowiedziałem uściskiem.

– Serwus, stary kumplu, jak dobrze cię widzieć. Długo jesteś na „Atlantydzie”?

– Praktycznie cały czas. Dwa tygodnie tu, dwa tygodnie w domu. Ale ostatnio to non stop. Sporo zmian nam szykują i trzeba było dostosować okręt, a to już moja działka techniczna. Strasznie się narobiłem, a ręce mam w smarach po łokcie.

– Jakoś nie widzę? – spojrzałem na nienagannie dopasowany i czysty mundur Dana. – Więc co tak naprawdę słychać u największego nieroba we flocie? Widziałem, że dziób okrętu ma jakąś zmianę konstrukcyjną.

– Tak, właśnie nad tym najbardziej pracowaliśmy. Coś mają nam zainstalować na Lucji. Jakąś nowatorską, eksperymentalną nowinkę.

– Znowu?! – Zrobili sobie królika doświadczalnego z „Atlantydy”. Może zmienimy nazwę na… a, mniejsza z tym. Ty naturalnie nic nie wiesz? Ale, ale, to znaczy, że nie lecimy na misję bojową, tylko do Lucjan?

– Nic oficjalnego nie wiem, ale Barbara, wiesz, ta profesorka, coś napomknęła, że sprawa dotyczy jeszcze nowszego napędu. A, twoje źródło milczy?

– Natasza coś mi napomknęła, ale wiesz, jak to jest w wywiadzie. Nawet żona nie może wychodzić przed orkiestrę. Coś ci później powiem, ale to top sekret – ściszyłem głos, bo właśnie wchodziliśmy na mostek główny, a za nami już podążała ekipa z mostka dolnego.

Po kilku minutach byliśmy gotowi na stanowiskach. Dan poszedł do maszynowni, próbując rozgryźć, co mogłem mieć na myśli?

– Uwaga, odbijamy. Sternik, pięć procent mocy. Jak to mówią, cumy rzuć!

– Potwierdzam rozkaz, pięć procent mocy. – Peter potwierdził rozkaz, sprawdzając po raz kolejny wszystkie wskaźniki na swojej konsoli.

– Pięć procent mocy – sterniczka pociągnęła przepustnicę i okręt delikatnie zadrżał.

Elka spojrzała na mnie i jak nieraz to robiła, przesłała mi ledwie dostrzegalne, porozumiewawcze mrugnięcie. Uśmiechnąłem się delikatnie. Ta chwila dla wszystkich zawsze była emocjonalna.

Sufit był wyścielony ekranami, na których wyświetlano aktualny obraz z kamer tak dopasowany, jakbyśmy mieli szklaną kopułę nad głowami, a nie kilkumetrowy pancerz. Platforma powoli oddalała się, przesuwając obraz błękitnej planety. Dla mnie widok Ziemi był zawsze fascynujący. Żadna z planet, którą widziałem – czy to Lucja, czy też świat Karków – nie były tak piękne. Patrzyłem na ten błękitny klejnot, myśląc o Danielku budującym zamki z piasku.

– Nawigator, wprowadź kod z rozkazem kursu.

– Kurs wprowadzony, wyświetlam na ekranie głównym.

– Kurs prowadzi na Lucję – powiedział Peter, zaskoczony. – A co z Karkami?

– Najwyraźniej dowództwo ma dla nas dodatkowe zadania – odparłem, patrząc, jak „Azja” i „Afryka” nikną w ciemności. – I nie zamierza wszystkiego wyjawiać od razu.

– Tak, lecimy na Lucję. Sternik, zwiększ powoli moc do siedemdziesięciu procent. Nawigator, wykonaj obliczenia czystego kursu. Uważaj na złom kosmiczny.

– Tak jest, kurs wyliczony. SI „Wenus” potwierdza.

– Anno, połącz mnie z pułkownikiem Dawidem Monem na pancerniku – wydałem polecenie.

– Kanał otwarty, pułkownik Mon na linii.

Na monitorze zobaczyłem skupioną twarz pułkownika. Wyrażała pewien stopień złości.

– Pułkowniku Mon, melduje się kapitan-major Tom Pirs z „Atlantydy”. Zgodnie z rozkazem z dowództwa obraliśmy kurs na Lucję i…

– Tak, wiem – przerwał mi w pół zdania. – Dowództwo nie było do końca zdecydowane, ale ponaglenie przyszło w ostatniej chwili z Lucji. Możliwe, że chodzi o to, aby zabrać kilku Lucjan na misję. Chcą mieć na miejscu swoich obserwatorów.

– Jakie dalsze rozkazy?

– Skorygować prędkość i dołączyć do grupy zadaniowej.

Pancernik „Azja” i fregata „Afryka” udają się bezpośrednio do układu planetarnego Karków. Stanowicie zabezpieczenie i wsparcie. Proszę nie marnować czasu na Lucji i jak najszybciej dołączyć do nas. – Mon rozłączył się, zanim potwierdziłem rozkaz.

Widzieliśmy, jak pancernik i fregata niczym młodsza siostra oddalały się od naszego okrętu, a my pomknęliśmy na zaprzyjaźniony z nami świat Lucjan.Rozdział II

WYPRAWA

Żółtodzioby z akademii dopraszali się o potwierdzenie każdego manewru, a potem wpatrywali się w ekrany z takim napięciem, jakby mogły popękać od samych ich spojrzeń. Podróż do układu Lucjan była ostatnią szansą, by zgrać się z okrętem. Czułem, jak załoga powoli staje się ciałem „Atlantydy” – nerwami, mięśniami, odruchami. Za kilkadziesiąt godzin mieliśmy stanąć przed czymś, czego nikt z nas nie rozumiał.

Zacumowaliśmy na najdalszej platformie montażowej Lucjan. Pacyfiści od tysiącleci nie dopuszczali w pobliże swojej planety żadnej broni. Ja z grupką nowicjuszy poleciałem na powierzchnię wahadłowcem. Dan i profesor Barbara zostali i doglądali montażu nowych urządzeń, a Peter czuwał nad całością. Liczyłem, że na miejscu w końcu dowiem się, co przytwierdzają do dziobu mojego okrętu.

Konsul Luiza Dykiel powitała nas z niewielkim orszakiem.

– Witam na Lucji, panie kapitanie-majorze Pirs. Lot bez niespodzianek? Mamy wiele do omówienia. Zapraszam do pojazdu.

– Zgadzam się z panią. – Uścisnąłem jej dłoń. – Cieszę się, że została pani na stanowisku.

– Po decyzji z Ziemi rząd na uchodźstwie został rozwiązany. Doceniono moje lokalne wysiłki. – W jej głosie przebijała gorycz. – A pan? Wciąż uczy innych, jak ginąć, zanim sam oficjalnie dowiedzie, że potrafi?

– Oficjalny dyplom ułatwia życie w sztabie. A ci, których uczyłem, są teraz na pokładzie. Są dobrzy.

– Byli dobrzy i ci sprzed pięciu lat – westchnęła. – I gdzie są?

W gmachu placówki czekali już moi starsi oficerowie: Anna, Elżbieta i Edmund. Oprócz pani konsul byli jeszcze trzej urzędnicy i dwoje Lucjan. Głos zabrała Kika, przedstawicielka tamtejszych naukowców.

– Zmodyfikowaliśmy pozostawioną bazę okrętu „Arktyka” na jednostkę dalekiego zwiadu – wyświetliła rzuty 3D. – Prace nad dodatkowymi korpusami dla „Atlantydy” i „Arktyki” wciąż trwają. Stocznie Ziemi pracują pełną parą.

– Jaki charakter ma teraz „Arktyka”? – zapytał Edmund.

– To kosmiczny odpowiednik łodzi podwodnej dalekiego zasięgu – odparła Kika. – Tylko pływa w próżni zamiast w oceanie. Niewykrywalna, szybka, z minimalnym potencjałem obronnym. Kamuflaż uniemożliwia instalację ciężkiej broni.

– Dowódcą jest kapitan Igor Wolny – dodała konsul.

– Nie znam. – Edmund zmarszczył brwi.

– Zmienił nazwisko. Niegdyś Igor Putin, przyjął rodowe nazwisko żony – wyjaśniła.

Edmund szepnął do mnie: – Ten prawnuk?

– Ten sam – potwierdziłem.

– „Arktyka” jest już w układzie Karków i prowadzi obserwację – kontynuowała Kika. – Mamy połączenie kwantowe, kontrolujemy sytuację.

– Dupa, Jasiu! – usłyszałem w głowie znajomy głos.

– Inez, to ty?

– A kogo innego się spodziewałeś? Nadal jestem po części SI, po części istotą biologiczną. Penetracja łączy to pestka.

– Czemu „dupa”?

– Bo Lucjanie srają w gacie. Jak tylko zobaczyli obcych, zadzwonili do swoich mniej rozwiniętych sojuszników – do was. Żebyście lecieli pierwsi.

– Gdzie jesteś? Co się działo przez te pięć lat?

– Nie teraz. Ktoś zadał ci pytanie. Do zobaczenia.

Kopnięcie w kostkę. Anna patrzyła na mnie, kiwając głową w stronę drugiego Lucjanina.

– Przepraszam, zamyśliłem się. Czy mógłby pan powtórzyć?

– Pytałem o pana zdanie. Obcy pozostają na wysokiej orbicie Karków i nie wykazują żadnej aktywności.

– To rozpoznanie – odparłem. – Albo przed inwazją, albo próba kontaktu. „Arktyka” nawiązała z nimi łączność?

– Nie. Rozkazy są jasne: obserwacja i nieujawnianie się. Czekanie na grupę bojową z Ziemi.

Następnego dnia spacerowałem po parku, wdychając spokój Lucji. Mijani Lucjanie uśmiechali się dyskretnie. W oddali zobaczyłem Lima z młodą kobietą. Myślałem, że to Inez, ale się myliłem. A może nie?

– Miło cię widzieć, Tom! – Lim uścisnął mnie jak brata. – Poznajesz moją córkę?

Młoda kobieta uśmiechnęła się szeroko.

– No i? Podobam się? – zapytała głosem Inez.

– Jestem pod wrażeniem. Ostatnio wyglądałaś na nastolatkę.

– Mam dwadzieścia jeden ziemskich lat. Biotechnologia w symbiozie z implantami. Zaraz ci wszystko wytłumaczę.

– Inez, poczekaj – przerwał Lim. – Tom jest ciekawy, ale mamy pilniejsze sprawy.

– Nadal ściągasz dane z baz? – zapytałem.

– Nie. Mózg to nie serwer. Na „Atlantydzie” miałam głód wiedzy, ale informacja to nie to samo co wiedza. Tylko ułamek procenta ma wartość. Teraz wiem, gdzie szukać.

– Wydoroślałaś – stwierdziłem, dotykając jej ramienia.

– Tylko na pozór. Ona wciąż jak galaktyczna czarna dziura – wszystko wchłonie – zaśmiał się Lim.

– Tato! – Inez zrobiła focha, splatając ramiona.

– To nasza Inez – uśmiechnąłem się. – W pełnej krasie.

– Zabierasz ze sobą obserwatorów z Lucji – powiedział Lim poważnie. – Profesor Kikę, Lisę, mnie i Inez jako SI na czas misji.

– Co instalujecie na dziobie? Na spotkaniu mało mówiliście.

– To nie napęd w klasycznym sensie. System oparty na teorii waszego fizyka – Popławskiego. Lucjanie zamienili teorię w praktykę. Generatory grawitacyjne.

– Zagięcie przestrzeni?

– Punkt docelowy staje się bliżej. Podróż przez Drogę Mleczną z prędkością „Atlantydy” to rok, dwa lata. Z tym systemem – tydzień, miesiąc. To różnica między podróżą międzygwiezdną a międzygalaktyczną.

– A komunikacja kwantowa? – zwróciłem się do Inez.

– Przesyłanie materii to inna liga. Albert Einstein mówił, że obiekt z ładunkiem dodatnim nie przekroczy bariery światła. My poruszamy się w bańce o właściwościach pozwalających omijać klasyczne ograniczenia. Trochę jak tunel przez górę zamiast wspinaczki. To skok z podróżników międzygwiezdnych na międzygalaktycznych.

– Jak telegraf w XIX wieku, przez który chciano wysłać człowieka.

– Teleportacja po drucie? – uśmiechnęła się. – Wymagałaby rozbicia ciała na atomy. Skutek byłby destrukcyjny.

Kilka dni później oddalaliśmy się od układu Lucjan. Zarządziłem pobranie lekkiego uzbrojenia dla załogi. Dyżury mijały na ćwiczeniach i przyswajaniu procedur.

W końcu nadeszła chwila. Inez, skupiona nad wyliczeniami, nie dotykała pulpitu. Ja zastanawiałem się nad efektami ubocznymi. Przejście w prędkość ponadświetlną zwykle kończyło się mdłościami i wrażeniem rozpadu na cząstki. Raz załoga była nieprzytomna przez pięć dni. Kilku ludzi nie przeżyło.

– Pani Lim, gotowość? – połączyłem się z laboratorium.

– Tak. Można rozpocząć rozruch generatora.

– Dan, maszynownia?

– Gotowa. Czekam na rozkaz uruchomienia silników na antymaterię. Prędkość: osiemdziesiąt procent podświetlnej.

– Sternik, przejście na napęd antymaterii. Stopniowo.

– Tak jest – Elżbieta pociągnęła przepustnicę.

Odczuliśmy gwałtowne, niekontrolowane przyspieszenie, zanim systemy kompensacji przeciążeń i sztucznej grawitacji nadążyły za impulsem silników.

– Przekraczamy barierę zero – zameldowała Elżbieta.

Uczucie lekkości, mimo sztucznej grawitacji, było dziwne. Ciało jakby stawało się cieczą.

– Prędkość ponadświetlna, dziesięciokrotność osiągnięta.

Mdłości przyszły, ale byłem przygotowany. Żółtodzioby nie dali rady – większość nie trafiła do torebek. Ekipy sprzątające będą miały co robić.

– Inez, stan okrętu?

– Wszystkie parametry w normie.

– Pani Lim, eksperyment.

– Rozruch generatora na ukończeniu. Osiągamy moc zaginania przestrzeni.

Laboratorium przypominało sterownię elektrowni atomowej. Dan często tam zaglądał, koordynując systemy.

– Elka, utrzymaj prędkość. Włączyć generatory pola grawitacyjnego. Peter, trajektoria?

– Wyznaczona. Droga pusta, ale w tym odniesieniu… Inez, potwierdź.

– Trudna do określenia efektywność. Na drodze mogą być asteroidy niewykrywalne przy obecnych parametrach. Kurs bez zmian.

– Włączyć zakrzywianie przestrzeni.

Zaczęło się od pomruku. Potem drgania przeszły od dziobu do rufy. W ścianach słychać było zgrzyty jak w nawiedzonym domu. Wyobrażałem sobie przeciążenia działające na kadłub.

Generatory wytwarzały siłę grawitacyjną zdolną zagiąć czasoprzestrzeń. Skąd czerpali energię? Jak miniaturowa czarna dziura. Gdyby coś poszło nie tak, nasza własna spaczona grawitacja rozerwałaby nas na atomy, zanim nerwy zdążyłyby przesłać sygnał bólu do mózgu.

– Inez, sytuacja?

– Analiza zajmuje sześćdziesiąt tysięcy stron. Streszczenie: tysiąc. Superstreszczenie: sto. Którą wersję?

– Najkrótszą.

– Jest dobrze.

Podróż trwała kilkanaście godzin. Generatory wyłączono, okręt zwolnił do prędkości podświetlnej. Znaleźliśmy się na rubieżach układu Karków.

– Anno, skanowanie aktywne. Połączenie z „Azją”.

– Skanowanie zakończone. Dwa obiekty obcych na wysokiej orbicie Karków. Nie zmieniły pozycji. „Azja” i „Afryka” zbliżają się do nich.

Na ekranie pojawił się Mon, z brwią ściągniętą w irytacji.

– W końcu pan dotarł.

– Przelot na Lucję wyrwał nam kilka dni. Jesteśmy do dyspozycji. Rozkazy?

– Do Lucji i tutaj? Spodziewałem się was później. Najważniejsze, że jesteście. Obce obiekty nie wykazują aktywności. Zbliżamy się i próbujemy nawiązać kontakt. Przypuszczam, że są autonomiczne. Proszę zachować dystans. Wypatrujcie, czy coś nie nadciąga z głębi kosmosu.

– Tak jest. Proszę uważać, mogą mieć systemy obronne aktywowane na bliską odległość.

– Dziękuję za sugestię, wiem, co robić! – Rozłączył się.

Wkurzył się – pomyślałem.

– Anno, czy wykrywasz „Arktykę”?

– „Arktyka” niewidoczna dla sensorów aktywnych.

– Niewiarygodny kamuflaż – mruknąłem.

– Nie – powiedział Peter. – Myślę, że siedzą cicho jak mysz pod miotłą i nawet nie pierdną.

– Anno, połączenie kwantowe z „Arktyką”.

– Kanał otwarty.

– „Atlantyda” do „Arktyki”, Tom Pirs. Zgłoście się!

– Tu „Arktyka”, Igor Wolny. Witaj, Tom.

– Myślałem, że coś nie tak. Komunikujesz się z grupą?

– Nie. Zachowujemy absolutną ciszę radiową. Siedzimy tu od tygodni. Miło mieć kontakt. Grupa bojowa nie ma urządzeń kwantowych, prawda?

– Nie. Przekażę raport Monowi.

– Przesyłam. Komunikacja radiowa lub laserowa nie wchodzi w grę. Chcemy pozostać niewidzialni.

– Kapitanie – przerwała Anna. – Wykrywam śladową radiację. Gdybym nie wiedziała o „Arktyce”, uznałabym to za tło kosmiczne.

– Niezły kamuflaż, Igorze. „Atlantyda” ma podobne rozwiązania.

– Pamiętaj, niszczyciel ma inne gabaryty. Co dobre dla korwety, nie zawsze sprawdza się przy większym tonażu.

– Masz jakieś teorie na temat obcych?

– Bez skanowania aktywnego niewiele mogę dodać. Obserwują planetę. Nie wysłali żadnych statków na powierzchnię. Nasze skany nie wykazują form biologicznych. To automaty albo świetnie się maskują. Będziemy w kontakcie.

Połączenie się urwało.

– Peter, odległość „Azji” od obiektu?

– Pancernik zbliżył się na tysiąc kilometrów. To jak na wyciągnięcie ręki. Prom z „Azji” podpływa do obcego statku.

– Fregata też blisko drugiego obiektu – śledziłem ekrany. – I nadal się zbliża.

– Anno, połączenie z Monem.

– Pułkownik na wizji.

– Przepraszam, pułkowniku, ale czy to nie ryzykowne?

– Pancernik ma potencjał. Jesteśmy trzy razy masywniejsi. Nawet gdyby chcieli zaatakować, to krótka piłka. Wszystkie działa wycelowane.

– Fregata to jednostka dalekiego zasięgu. Proponuję wycofać ją na bezpieczną pozycję.

– Wy jesteście naszym zabezpieczeniem. Otrzymaliśmy sygnał od obcych. Pojedynczy, głęboki impuls grawitacyjny. Powtarza się co kwadrans. Nie zmienia amplitudy. Myślę, że to zaproszenie.

– Inez, analiza sygnału. Dane z „Azji”.

– To raczej ostrzeżenie – odparła Inez. – Czerwona linia. Mają określony czas na wycofanie.

– Też tak czuję. Zeus – zwróciłem się do SI obronnej. – Analiza: szansa „Azji” w starciu z jednym obiektem.

– Uderzenie obronne pancernika unicestwi obiekt w ciągu czterech sekund.

– Więc w co grają? To może być statek badawczy.

– Tom, prom dobił. Mamy podgląd z kamer. Wygląda na śluzę. Prom wysunął rękaw.

– Anno, wizja z promu.

Na ekranie zobaczyliśmy grupę szturmową w hełmach.

– Tu dowódca jednostki. Próbujemy dostać się do środka. Brak paneli sterujących. Rozpoczynamy przepalanie laserem.

– Spróbujcie laserem. Wysadzenie to ostateczność – odpowiedział Mon.

– Pułkowniku! Wrota się same otworzyły po przegrzaniu. Wchodzimy.

Z urywanej transmisji i suchych danych w mojej głowie obraz sam się układał: wnętrze było ciemne, zimne, praktycznie bez atmosfery. Ściany gładkie, jakby z polerowanego kamienia lub metalu. Żadnych świateł.

– Odczyty biologiczne? – dopytywał Mon.

– Żadnych. Korytarze się rozdzielają. Brak śladów mechanizmów.

– Zabezpieczyć obiekt. Przygotujemy do holowania.

– Dziwne… – Dowódca skierował kamerę na podłogę. – Wszędzie idealne powierzchnie, ale tu walają się kamienie. – Podniósł jeden. Szary, płaski, jak z rzeki.

– Jakiś problem, poruczniku?

– Nie, ale nie pasują. Jest ich mnóstwo. Od wielkości walizki po ziarenka maku.

– To potwierdza, że to obiekt badawczy. Automaty zbierały próbki. Weźcie kilka do badań.

– Dotarliśmy do dużego przedziału. Metalowe postumenty. Bije od nich ciepło, dwieście szesnaście stopni. Jak do smażenia steków.

– To ich serwery. Szukajcie maszynowni, mostka.

– Kontakt! Kontakt! – rozległ się głos przez radio.

– Potwierdzić! – krzyknął porucznik.

– Tu Sten. Coś przeszło między postumentami. Wysokie, około stu sześćdziesięciu centymetrów, głowa na czterech odnóżach.

– Ktoś widzi? Meldować! Odczyty biologiczne nadal zero. To może być robot.

– Rozpłynął się. Uciekł korytarzem. Poruczniku, mamy gonić?

– Tylko jeśli was zaatakuje.

W tle rozległ się głos pilota promu: – Poruczniku, czy możecie nie kłaść kamieni przy śluzie? To nie składowisko.

– Ted, co wy robicie? Piloci mówią o kamieniach.

– My? Stoimy tu i nawet nie drgniemy. Zaraz cofniemy się do wyjścia. Cholera, poruczniku! Kto to tu nawrzucał? – Żołnierz skierował światło na stos kamieni pod śluzą. – Pół tony, jak nie więcej. Skąd się wzięły?

– Nie widzieliście nic?

– Niemożliwe. Nikt by koło nas nie przeszedł niezauważony.

– Zwiększyć czujność. Mamy potwierdzony dron. Może być ich więcej.

– Jest – powiedział Ted. – Skąd to? – Podniósł kamień i cisnął o podłogę. Kamień odskoczył, potoczył się pod ścianę. Spod niego wyłoniły się odnóża i wrócił na stertę.

– Hej, patrz! – Usłyszałem głos Teda, a w tle odgłos klapnięcia. Podnieśli więcej kamieni, rzucając nimi o ściany.

– Poruczniku, przesyłam obraz. To nie kamienie. To jakieś kraby sześcionożne. Bez oczu. Wszystkie wracają na swoje miejsce. Centralnie sterowane drony.

Porucznik podniósł kamień, rzucił. Efekt ten sam.

– No ładna sprawa – warknął sierżant. – A te większe? Też się ruszają? – Kopnął kamień wielkości piłki do rugby. Przesunął się o metr, wyłoniły się odnóża, wrócił na miejsce. Sierżant przewrócił go. Był płaski z obu stron. Trzy pary odnóży znikły.

– Ciężki skurczybyk – warknął, rzucając go z wysiłkiem. – Dwadzieścia kilo. – Kamień znów wrócił.

– Poruczniku, tu Ted. One nas obserwują. Jak patrzymy, zastygają. Pozostałe się poruszają. Jest ich coraz więcej.

– Poruczniku, tu Tang, jesteśmy w maszynowni. Silne wibracje, podwyższona grawitacja i promieniowanie. Dwukrotne przekroczenie normy i rośnie.

– Wycofać się natychmiast!

– Problem. Wyjście zasypane kamieniami. Przed chwilą tędy wchodziliśmy.

– Odgrzebać!

– Nie dajemy rady. Te głazy wracają. Wyrastają im nogi. Jest ich coraz więcej!

– Użyć granatów. Zezwalam na ostrzał.

Eksplozje wstrząsnęły podłogą. Jedna, druga, trzecia.

– Tang melduje, przedarliśmy się. Te stwory nas gonią!

– Wycofać się na prom! Cały oddział!

– Poruczniku, kilku naszych w zablokowanych korytarzach. Nie mogą się przedrzeć.

– Użyć granatów. W razie potrzeby strzelać.

– Poruczniku, piasek. Jest go coraz więcej.

– Nie! To nie piasek – to się rusza – wybełkotał. W jego hełmie wyświetlacz zalewał się czerwienią alarmu: WYKRYTO NANOMASZYNĘ! Miniaturowe kamyczki spływały po jego rękawicy, jak ruchomy, metaliczny pot.

– Poruczniku, coś z hermetyzacją śluzy. Masa pyłu na pokładzie – meldował pilot.

– Poruczniku, tu Sten. Nie możemy się wydostać. Przejście zasypane. Nie mamy granatów. Te robaki obłażą nas. Mają niebieskie żądła jak lasery. Piasek oblepia kombinezony! Wchodzi w szczeliny!

– Trzymajcie się, idziemy po was!

– Nie, jesteśmy za daleko. – Głos Stena był przerywany. – One są w środku. Przedostały się przez pancerz. Alarm rozszczelnienia… Nie mogę oddychać. W płucach… Coś jest w płucach.

– Opanuj się, Sten! Za dwie minuty będą po was.

– Mark krwawi. Dopadły go. Skafander jak sito. Mark nie żyje.

– Poruczniku, zawał do Stena kilkutonowy. Odpalamy granaty.

– Wyciągnąć ich!

– Mamy ich. Wychodzimy. Mark bez oznak życia. Wszędzie te karaluchy.

– Ted, sytuacja? Ted! Nanoroboty muszą wiedzieć, jak uszkodzić łączność i podtrzymanie życia. Wszyscy są? Policzyć się i wchodzić na prom!

– Poruczniku, system otwierania śluzy nawalił. Trzeba ręcznie – meldował pilot.

– Próbujcie od środka, my od zewnątrz. Ruchy!

Śluza drgnęła, rozsunęła się ze zgrzytem. System wyrównania ciśnienia wypełnił pomieszczenie. Do środka wtargnęli ludzie porucznika, a za nimi – fala kamieni i piasku. Odkażanie na nic. Granulki rozsypały się po pokładzie, wnikając w zakamarki.

– Szybko do śluzy medycznej! Ściągnąć skafander!

Skan wykazał u Stena słabe oznaki życia.

– Musi trafić do szpitala pokładowego.

Żołnierze otrzepywali się z kamyczków przylepionych do kombinezonów. Większe rozpełzły się po promie. Największe udało się zniszczyć w śluzie. Nie były odporne na ostrzał.

– Poruczniku, problem – krzyknął pilot. – Bioty uszkadzają systemy. Jeden po drugim.

Porucznik wszedł do kokpitu. Co chwila zapalała się nowa czerwona dioda.

– Oddalić się od obiektu.

– Nie mogę. Silniki nie reagują.

– Jak to?

– Spróbuję na manewrowych. – Pilot wykonywał kombinacje.

– Odczyśćmy się od tego ścierwa.

Nagle wszystko zastygło. Automatyka padła.

– System nie działa. Nanoroboty przerwały kable lub dostały się do komputera.

– Przejść na sterowanie ręczne!

Drugi pilot złapał się za kark, zaczął tłuc w skafander.

– Gryzą! Dostały się pod skafander! – Wyskoczył z fotela, obijając się o ściany.

Światło przygasło. W kokpicie pojawiły się wżery. Metal świdrowany jak drewno przez termity.

– Ewakuacja! Natychmiastowa ewakuacja! Ranni do kapsuły, reszta w przestrzeń!

Do kapsuły zmieściły się cztery osoby. Reszta wydostała się przez ładunkowy.

– Tu kapitan Mon. „Afryka”, podjąć akcję ratunkową. Pozbierać dryfujących, co do jednego!

– Tu „Afryka”, podejmujemy. Proszę, aby pancernik się oddalił – odpowiedziała kapitan Nina Kolankowa.

– Pancernik odejdzie na odległość strzału. Ubezpieczamy was.

– „Azja” jest za duża na precyzyjne manewry – mruknął Peter. – Mogłaby zaszkodzić ludziom.

– W skafandrach mają dwadzieścia minut. Po czterdziestu nie będzie czego zbierać.

– Dadzą radę. Kapsuła przetrwa tygodnie.

„Afryka” podpłynęła blisko. Zbierała ludzi jak grzyby.

– Nieźle im idzie – przyznał Peter. – Tom, czy mi się wydaje, czy coś wydostaje się z obcego statku? – Anno, połączenie z „Afryką”.

– Pani kapitan, co się dzieje?

– Obcy wystrzelili w nas złącza. Metalowe, elastyczne pnącza. Przywarły do burty. Teraz druga, trzecia…

– Unieszkodliwić laserami obrony punktowej. Mam zgodę – powiedział Mon.

– Lasery tną, ale odrasta. Muszę przerwać akcję i oddalić się.

– Zatwierdzam.

„Afryka” przyśpieszyła, ale ciągnęła za sobą obiekt. Pnącza były mocne.

– Kapitanie Mon, pani kapitan! To abordaż! Te złącza to most dla mikro-robotów. Pozbyć się ich, zanim zainfekują okręt!

Na ekranie drugi obiekt obcych poruszył się, kierując się ku fregacie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij