Bitwy polskiego września - ebook
Bitwy polskiego września - ebook
1 września 1939 roku rozpoczął się nowy rozdział w dziejach ludzkości: III Rzesza zaatakowała Polskę i doprowadziła do wybuchu II wojny światowej. Władze Rzeczpospolitej nie uległy groźbom Hitlera i nie zdecydowały się na żadne kompromisy, które byłyby w rzeczywistości kapitulacją. „Tak się kończył - pisze Apoloniusz Zawilski - długi i bezkarny okres pokojowych zwycięstw Hitlera [...]. Kończył się okres szantażu politycznego, zaczynała się wojna [...]. Pod słonecznym, jasnym niebem pięknej polskiej jesieni 1939 roku w jednej chwili rozpętało się piekło”.
Bitwy polskiego września to obraz walk w czasie kampanii wrześniowej. Tom ten można traktować nie tylko jak źródło szczegółowej wiedzy o pierwszym rozdziale II wojny światowej, ale też jako reporterską opowieść o losie żołnierzy i dowódców polskich oddziałów. Barwny język, umiejętne budowanie napięcia i liczne beletryzowane fragmenty oraz cytaty z autentycznych relacji sprawiają, że pod piórem Zawilskiego narodziła się wciągająca epopeja o polskim Wrześniu. Książka ta jest również hołdem, który autor składa - jak pisze w dedykacji - „Żołnierzom Września”.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-5724-5 |
| Rozmiar pliku: | 13 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Starsze pokolenie, a i to, które wówczas wchodziło dopiero w życie, pamięta z tego czasu przede wszystkim trwożny jęk syren alarmowych i towarzyszące mu złowróżbne dudnienie bombowców ze śmiercionośnym ładunkiem, gwałtowne i chaotyczne wybuchy bomb, zlewające się w długie, nieregularne serie, pamięta tłumy uciekinierów – pieszo i na wozach, gromady zmęczonego, zakurzonego wojska, chaos i panikę, którymi został objęty cały kraj.
A przecież społeczeństwo Polski przedwrześniowej przystępowało do walki z wiarą i ochotą, z trwożnym wprawdzie, lecz pełnym nadziei oczekiwaniem. Wiara, że wróg musi być pokonany, że do nas należeć będzie zwycięstwo – była szczera, a powszechna jednolitość postawy, gotowość całego społeczeństwa do najwyższych ofiar i poświęcenia wprost zadziwiające!
Jednakowoż kraj od pierwszej chwili został wstrząśnięty potężnym uderzeniem lotnictwa, albowiem szlaki drugiej wojny wytyczał groźny cień samolotu. I jeśliby początkowy okres tej wojny przyrównać do gromu z jasnego nieba, to w przenośni tej było więcej realnej prawdy niż poetyckiego obrazowania. Był to istotnie grom! I w sensie faktycznym, i wizualnym, a przede wszystkim w sensie psychologicznym. Albowiem nikt się podobnego obrotu sprawy nie spodziewał, nikt nie wierzył, nikt nie mógł się pogodzić z ogromem zamętu i spustoszenia, które stawałoby się faktem niezaprzeczalnym. Pod słonecznym, jasnym niebem pięknej polskiej jesieni 1939 roku w jednej chwili rozpętało się piekło.
Tego pamiętnego dnia, 1 września, kilka minut po szóstej, syreny obrony przeciwlotniczej Warszawy obudziły ambasadora francuskiego w Polsce, pana Leona Noëla. Zrywając się z krótkiego snu w ambasadzie przy ulicy Frascati, francuski dyplomata nie miał żadnych wątpliwości: to była wojna! Ambasada sojuszniczej Francji poszła tej nocy spać późno. Zaledwie przed czterema godzinami, o 2.11 w nocy, wysłano do Paryża depeszę, w której Noël niedwuznacznie sugerował, że wobec niemieckiego ultimatum przedstawiciel polski w Berlinie, ambasador Józef Lipski, powinien przyjąć bez żadnej dyskusji podyktowane warunki, zgodzić się na oddanie Niemcom Gdańska i wydzielonego pasa ziemi wiodącego z Rzeszy do Prus Wschodnich. Sugerował kapitulację przed Hitlerem, wzorem tej, na którą zgodził się ledwie przed pół rokiem w Berlinie nieszczęsny prezydent Czechosłowacji Emil Hacha.
Ambasador był pełen trwogi o Francję i swoich bliskich. Czyżby znowu trzeba było przez lata doświadczać udręk przeżywanych w okresie 1914–1918? Zgodzić się na zdziesiątkowanie młodzieży, na kalectwo tysięcy młodych mężczyzn i żałobę tysięcy młodych kobiet?
Pan Noël obudził adiutanta gen. Faury’ego, który jako przyszły szef misji wojskowej w Polsce zakwaterował się w ambasadzie przy ulicy Frascati. Adiutant, nie ubierając się, zatelefonował natychmiast do polskiego Sztabu Głównego. Odpowiedź odbierała wszelką nadzieję: – Tak jest. Wojska niemieckie o świcie zaatakowały Polskę.
Podczas gdy w mieście raz po raz powtarzały się alarmy, przerywane gęstymi seriami artylerii przeciwlotniczej, a szyby okienne pałacu ambasady drżały od wybuchów bomb lotniczych, ambasador sojuszniczej Francji redagował pośpiesznie nową depeszę do Paryża. Dopiero jednak po dwóch godzinach udało się uzyskać przez Rygę połączenie telefoniczne z gabinetem ministra spraw zagranicznych Bonneta:
– Polski Sztab Główny komunikuje – brzmiała depesza – że wojska niemieckie, działające z Gdańska, przekroczyły dziś rano o godzinie czwartej granicę wschodnią „korytarza” w kilku miejscach, w szczególności w rejonie Kartuz. Samoloty niemieckie zaatakowały na południe od Gdańska miejscowość polską Tczew. Sygnalizowane są również napady uzbrojonych band niemieckich oraz wtargnięcia samolotów w różnych punktach granicy Śląska.
Ambasador zaprzyjaźnionej i zobowiązanej do natychmiastowej pomocy Francji, wbrew wiadomościom z polskiego Sztabu i wbrew temu, co widział i słyszał nad Warszawą, ograniczał swój meldunek do działań w rejonie Gdańska. Gdańsk wydobywał na pierwszy plan. Wiedział on lepiej niż ktokolwiek inny, że Francja nie ma zamiaru bić się o Gdańsk, a jej rząd uważa, iż oddanie go Niemcom bez walki stanowi niewielką cenę w zamian za „uratowanie pokoju”. W podobnej wersji przekaże też otrzymane wiadomości nieco później w telefonicznej rozmowie z ministrem Bonnetem:
– W Prusach Wschodnich, w południowej Wielkopolsce, na Śląsku i na granicy słowackiej dokonywane są w wielu punktach bombardowania bez uprzedzenia. – Na ostatek dodaje: – Gdańsk proklamował anszlus! – Wystarczyło zatem, by uznać ten fakt, a pokój będzie uratowany!
Istotnie, już wczesnym rankiem 1 września gauleiter Forster obalił konstytucję Wolnego Miasta i ogłosił, że Gdańsk wraz z jego terytorium i ludnością stanowi integralną część Rzeszy. O godzinie 10.30 Reichstag w Berlinie owacyjnie „zatwierdził” tę „ustawę”.
Jednak nie o Gdańsk tu chodziło. Gdańsk był już teraz pretekstem dla odwrócenia uwagi od sprawy daleko ważniejszej: od wojny, która w jednej chwili objęła cały obszar państwa polskiego, od Helu, Gdyni i najdalszego cypla pod Suwałkami na północy, po Żywiec, Chabówkę i Nowy Targ na południu i która niosła zniszczenie wszystkim miastom Polski, całej Polsce. To przecież we Francji właśnie padło lapidarne sformułowanie: – Przez Gdańsk prowadzi droga do Warszawy.
O godzinie 6.30 sztab lotnictwa otrzymał z Mławy wiadomość o pierwszym większym zgrupowaniu bombowym, kierującym się na Warszawę. W pięć minut później dywizjony brygady pościgowej, ukryte na prowizorycznych lotniskach wokół Warszawy, zostały postawione w stan pogotowia. Piloci zajęli miejsca w samolotach. Obsługa odrzuciła maskowanie, uruchomiła silniki. O 6.50 dowódca brygady, płk pilot St. Pawlikowski, zarządził start obu dywizjonów pościgowych. Nad lotniskiem IV dywizjonu wytrysła czerwona rakieta. W ciągu kilkudziesięciu sekund cały dywizjon był już w powietrzu i ostro nabierał wysokości. Ziemię przesłaniały gęste kłęby cumulusów. Nieprzyjaciel był na razie niewidoczny, ale centrala dowodzenia spokojnie i pewnie naprowadzała dywizjony na kierunek ich lotu. W słuchawkach radiowych słychać było nieprzerwanie dyktowane z ziemi kursy i wysokości. Po kilku minutach na wysokości 3000 metrów nastąpiło spotkanie z III dywizjonem i cała brygada pomknęła w kierunku Zegrza.
O godzinie 7 dowódcy dywizjonów zameldowali przez radio, że widzą dużo „sów”, to jest bombowców nieprzyjaciela. Kontakt wzrokowy z szykiem wroga został osiągnięty nad wsią Nieporęt. Rozpoznano tu około 80 bombowców He-111 i Do-17, lecących o 200 metrów poniżej brygady, oraz około 20 myśliwców Me-110 – nieco wyżej nad bombowcami.
Klucz por. Aleksandra Gabszewicza z eskadry 114. pierwszy otworzył ogień. We wstępnym ataku pilot ten zapalił He-111. W ślad za nim poszła cała brygada. Zaatakowana formacja niemieckich bombowców odpowiedziała gęstym ogniem i zaczęła się pośpiesznie rozpraszać. Równocześnie weszły do akcji myśliwce Me-110. Zwarcie przeobraziło się w serię indywidualnych pojedynków. Eskadry 112., 113., 123. i część 111. ruszyły w pościg za rozpraszającymi się bombowcami, a eskadra 114. i druga część 111. związały się z nieprzyjacielską osłoną myśliwską. Łączność radiowa przestała funkcjonować, gdyż podekscytowani walką piloci rzucali w nadajniki bezładne meldunki z przebiegu swoich pojedynków, starając się nawzajem przekrzyczeć, co stwarzało w słuchawkach nieustanną wrzawę.
Siła uderzenia polskich myśliwców była tak wielka, że gdyby miały większą szybkość i lepsze uzbrojenie, dokonałyby wielkich zniszczeń w eskadrach nieprzyjaciela. Pod impetem tego uderzenia Niemcy w panice zrzucili bomby na obszarze miejscowości podwarszawskich i ponosząc duże straty, ratowali się ucieczką. Do akcji włączyła się artyleria przeciwlotnicza, a wybuchy jej pocisków, doskonale widoczne na tle wierzchołków chmur, ułatwiły poszukiwanie nieprzyjaciela. Na niebie zawisły czarne ślady dymu zapalonych heinkli, dornierów, messerschmittów, a także polskich maszyn. Walka trwała około 50 minut na obszarze powietrznym pomiędzy Warszawą, Jabłonną, Zegrzem i Radzyminem. Wzięła w niej udział także 152. eskadra myśliwska z armii „Modlin”, która zapędziła się w pościgu za niemieckimi bombowcami aż pod Warszawę.
O godzinie 7.40 pierwsze samoloty brygady lądowały na swoich lotniskach polowych. Większość z nich była ciężko postrzelana z kaemów, a niektóre – trafione działkami Me-110 – miały dziury w pokryciu kadłuba i płatów, dochodzące do 50 centymetrów średnicy. Jednak duch wśród pilotów był doskonały. Chociaż uświadomili sobie w pełni wielką przewagę techniczną nieprzyjaciela zarówno pod względem prędkości, jak i siły ognia, to jednak z tej pierwszej walki wynieśli pewność, że znacznie górują nad przeciwnikiem i poziomem wyszkolenia, i duchem bojowym. Byli godnymi następcami Żwirki i Wigury.
W tym pierwszym starciu z Niemcami zginęli: kpt. Mieczysław Olszewski, por. Tomasz Szymański i st. strz. Olewiński. Ranny ppor. Jerzy Palusiński, przewieziony do szpitala, stał się bohaterem dnia całej Warszawy. Po wylądowaniu samolotów nastąpiła gorączkowa praca przy ich naprawie, uzupełnieniu i doprowadzeniu do ponownej sprawności bojowej.
Po południu nastąpił drugi wielki nalot na Warszawę, w którym naliczono 3–4 eskadry Do-17 i He-111, jedną eskadrę nurkowców Ju-87 i dwie eskadry Me-109 i Me-110. Sieć dozorowania działała sprawnie. Brygada pościgowa wystartowała całością sił o godzinie 16.33, nabierając szybko wysokości, gdyż Niemcy szli na pułapie 3000 metrów, a klucze osłony myśliwskiej osiągały wysokość 6000 metrów. Aż do zwarcia z nieprzyjacielem brygada była naprowadzana przez szefa sztabu, mjr. pilota Eugeniusza Wyrwickiego. Atak polski, choć wykonany znacznie mniejszymi siłami (około 30 samolotów), był znowu bardzo gwałtowny i rozproszył Niemców. Tylko pojedyncze klucze bombowców przedarły się nad miasto i chaotycznie zrzuciły ładunek bomb. Kilka nurkowców bombardowało niecelnie mosty Poniatowskiego i Kierbedzia. Reszta samolotów nie zdołała dotrzeć nad obszar miasta i zrzuciła bomby na pola.
W spotkaniu tym zestrzelony został por. Gabszewicz ze 114. eskadry. Wyskoczył on z płonącej maszyny, a pilot niemiecki oddał do niego kilka niecelnych serii. Gabszewicz na szczęście wylądował cało, doznając tylko poparzeń twarzy i dłoni. Był to pierwszy, ale nie ostatni w tej wojnie wypadek ostrzelania przez Niemców bezbronnego pilota.
W czasie jednej z walk przydarzyło się coś, co przynosi chlubę polskim skrzydłom. Około godziny 17 na lotnisko IV dywizjonu przyleciał na RWD-8 ppłk pilot Leopold Pamuła, zastępca dowódcy brygady. Właśnie jeden z pilotów 114. eskadry lądował w celu uzupełnienia amunicji, aby znowu wznieść się w powietrze. Jednakże podpułkownik nie pozwolił mu na powtórny lot bojowy, sam wsiadł do jego samolotu i wystartował do walki. W czasie swego lotu zestrzelił He-111 i Ju-87, a gdy po wyczerpaniu amunicji został zaatakowany przez kilka Me-109, zderzył się z jednym z nich, po czym wyskoczył na spadochronie i szczęśliwie osiągnął ziemię.
Mimo bohaterskiej postawy naszych lotników, dezorganizujących wrogom szyki, lotnictwo niemieckie zadawało znaczne straty, przeważnie ludności cywilnej. W Warszawie trzy bomby spadły na kolonię spółdzielni robotniczych, powodując wiele ofiar. Na Grochowie, gdzie nie było żadnych obiektów wojskowych, zabito 112 osób, w tym około 80 kobiet i dzieci. W Otwocku, w zakładzie dla niedorozwiniętych dzieci żydowskich, ofiarą padło 7 zabitych i 25 rannych. W Kutnie lotnicy niemieccy ostrzelali pociąg ewakuacyjny z ludnością i zbombardowali go z lotu nurkowego. W Grodnie uszkodzono kościół katolicki, w Białej Podlaskiej – cerkiew prawosławną. Od pierwszych godzin armia niemiecka nie oszczędzała nikogo i niczego.
Niemcom udało się w dniu tym zniszczyć około 100 samolotów szkolnych, zapasowych i treningowych na lotnisku pod Brześciem, w Moderówce koło Krosna oraz na lotnisku Rakowice pod Krakowem. Natomiast wszystkie polskie samoloty bojowe zostały zawczasu przerzucone na lotniska polowe i uniknęły zbombardowania. Tylko baza lotnicza w Pucku doznała niewielkich strat w wodnopłatowcach.
Ogromnej przewadze 3000 niemieckich samolotów bombowych i myśliwskich, niszczycielskich i szturmowych Polacy mogli przeciwstawić zaledwie 390 samolotów bojowych, w większości przestarzałych, znacznie powolniejszych i słabo uzbrojonych. Polskie lotnictwo bombowe składało się z 9 eskadr (86 samolotów), lotnictwo myśliwskie z 15 eskadr (150 samolotów), a lotnictwo rozpoznawcze i obserwacyjne z 19 eskadr (154 samoloty). Część lotnictwa bombowego zgrupowana była w Brygadzie Bombowej, myśliwskiego – w Brygadzie Pościgowej. Resztę przydzielono do poszczególnych armii, co jeszcze bardziej wpłynęło na rozdrobnienie niewielkich sił.
Dzień 1 września upływał w Sztabie Głównym pod znakiem rzeczowego optymizmu. Niemcy uderzyli na siły polskie wzdłuż całej 1500-kilometrowej granicy, lecz wszędzie zostali przyjęci ogniem. Broniły się nie tylko Westerplatte, Gdynia i Hel, lecz nawet Poczta Polska w Gdańsku – wytrzymując przez kilkanaście godzin wściekłe ataki gdańskich hitlerowców. W Chojnicach załoga polska rozgromiła niemiecki pociąg pancerny, który podstępnie wjechał przez zwrotnice nastawione dla tranzytowego pociągu pośpiesznego Berlin–Królewiec. Pod Krojantami 18. puł ze swym dowódcą, płk. Mastalerzem, szarżował na nieprzyjaciela i zatrzymał go, choć dowódca i większa część oddziału legła na pobojowisku. Ciężkie, lecz zwycięskie walki z bronią pancerną rozgorzały też pod Mokrą koło Kłobucka.
Jednakże już 2 września od rana zaczęły z frontu napływać niepomyślne wiadomości. Na północy korpus pancerny Guderiana odciął znaczną część armii „Pomorze”, dowodzonej przez gen. Bortnowskiego. W okrążeniu znalazły się dwie dywizje piechoty, Pomorska Brygada Kawalerii i większość Pomorskiej Brygady Obrony Narodowej. Wysunięcie tych sił prawie o 100 kilometrów powyżej Bydgoszczy okazało się katastrofalne.
Pod wpływem przesadnego zaambarasowania Gdańskiem polskiemu Naczelnemu Dowództwu umknęła sprawa znacznie ważniejsza: front południowy, na którego trwałości opierała się cała koncepcja planu obrony państwa. Obsadzały go dwie armie: armia „Kraków”, częściowo usadowiona w fortyfikacjach śląskich, oraz doraźnie powołana armia „Karpaty”. Odwody tych armii były jeszcze w transportach kolejowych lub tłoczyły się na stacjach węzłowych pod wściekłymi atakami bombowymi, wychodzącymi z terytorium Słowacji.
Nieprzyjaciel już w drugim dniu wojny przełamał się pod Pszczyną i Częstochową, parł na Żywiec i Nowy Targ. Dowódca armii „Kraków”, nie rozporządzając odwodami, o godzinie 14 postawił Naczelne Dowództwo przed koniecznością opuszczenia Śląska i odejścia na krótszą linię obrony. Śmigły-Rydz nie ważył się jeszcze zatwierdzić takiej decyzji.
Drugi dzień wojny zaczął się nad Warszawą nieco później. Dopiero o godzinie 11 nadeszła wiadomość o nalocie grupy samolotów z północy. Dowódca brygady poderwał do walki III dywizjon. Jednakże Niemcy, przeleciawszy nad Węgrowem, rozdzielili się na dwie grupy i wykorzystując swoją przewagę prędkości, opłynęli szerokim łukiem myśliwce polskie i przedostali się nad Warszawę. W rezultacie do walk w powietrzu nie doszło, a bombardowanie, choć przeprowadzone tylko połową sił – wyrządziło większe szkody niż dnia poprzedniego.
Następne zgrupowanie kilkunastu maszyn niemieckich nadleciało o godzinie 14 nad Warszawę na bardzo małej wysokości. Brygada wystartowała znów w sile 18 samolotów, ale do spotkania i tym razem nie doszło. Stało się jasne, że zwalczanie nalotów niemieckich na polską stolicę nie pójdzie tak łatwo, jak mogło się wydawać po pierwszym dniu wojny. Wyraźnie też wzmogła się agresywność Luftwaffe, gdy się okazało, że pierwszy dzień wojny minął na niemieckim niebie spokojnie. W momencie rozpoczęcia agresji siły lotnicze Rzeszy – w obawie odwetu aliantów – otrzymały rozkaz „ograniczania swych akcji bojowych do obiektów wojskowych”, lecz drugiego dnia wojny obawa ta zmalała.
Około południa, w czasie jednego z nalotów, któremu przeciwstawiała się 112. eskadra myśliwska, do ambasad Wielkiej Brytanii i Francji zatelefonował minister Józef Beck, zwracając uwagę przedstawicieli sojuszniczych państw, że nie wchodzą już w grę „izolowane fakty pogwałcenia granic, lecz mają miejsce formalne działania wojenne wzdłuż wszystkich granic”.
– Rząd polski – oświadczył Beck – jest przekonany, że może liczyć na natychmiastową pomoc sojuszników.
Niestety, ani Leon Noël, ani jego brytyjski kolega Howard Kennard nie mieli nic do powiedzenia polskiemu ministrowi. Ambasador francuski przekazywał tylko do Paryża coraz to nowe wiadomości o działaniach, które – jak pisze w swych wspomnieniach – docierały tam z „dużym opóźnieniem”.
Jednakowoż ambasador Francji miał jeszcze tego samego dnia możność skontaktowania się z ministrem Beckiem. Około godziny 16 francuski minister spraw zagranicznych Bonnet zatelefonował z Paryża przez Bukareszt, zawiadamiając swego przedstawiciela w Warszawie, że rząd włoski wystąpił z propozycją zwołania konferencji międzynarodowej. Chodziło o wybadanie, czy rząd polski przyjmie ten projekt.
– Uważam projekt włoski za ważny – podkreślił z naciskiem kierownik polityki zagranicznej Francji.
Tak więc od pierwszych dni wojny ze zgiełkiem bitew granicznych zaczęły w eterze krzyżować się wiadomości i komentarze na temat spóźnionych wystąpień mediacyjnych Mussoliniego. Wprawdzie inicjatywa włoska zrodziła się o dobę wcześniej, zanim jeszcze zagrały armaty, lecz rząd francuski nie uznał za stosowne przekazać jej do Warszawy, gdyż nie wiadomo było, czy w konferencji ma wziąć również udział Polska. Na Zachodzie pokutował jeszcze duch Monachium i można go było wskrzesić najniedorzeczniejszą koncepcją.
Noël uczepił się myśli konferencji z całą skwapliwością przysięgłego kapitulanta. Mimo trwających nad miastem walk lotniczych natychmiast wsiadł do samochodu i udał się do pałacu Brühla, gdzie mieściła się siedziba polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Był to ten typ dyplomaty, który na długo pozostawia po sobie niesmak i ponurą zadumę co do sensu stosunków polsko-francuskich. Przez cały czas swego 4-letniego urzędowania w Polsce dowodził on niezmiennie wobec swoich zmieniających się często rządów, że sojusz francusko-polski nie leży w interesie Francji, gdyż Polska i bez sojuszu uderzy na Niemcy w razie ich zaangażowania się na Zachodzie. Natomiast wzajemne zobowiązania mogą Francję postawić w kłopotliwej sytuacji politycznej i wojskowej. Chociaż pogląd ten podzielało wielu francuskich mężów stanu, to jednak uważali oni za konieczne utrzymywanie z Polską przyjaznych stosunków, aby nie popchnąć jej w objęcia Hitlera.
Ale Noël poszedł dalej, niżby to mogło wynikać z jego kompetencji. Gdy w ostatnich dniach sierpnia wybuch wojny stawał się faktem nieuniknionym, Noël wraz ze swym brytyjskim kolegą wymogli na rządzie polskim wstrzymanie rozplakatowanej już mobilizacji powszechnej na dwa dni, aby „...nie drażnić Hitlera”. Podobny nacisk wywarli na szefa Sztabu Głównego gen. W. Stachiewicza szefowie misji wojskowych w Polsce: francuskiej gen. Faury i angielskiej Carton de Wiart. Wstrzymanie mobilizacji uważali za _casus foederis_, warunek do utrzymania przymierza. Dla Noëla Polska musiała biernie czekać, aż zostanie ugodzona ciosem agresora. Interwencja ta w warunkach wojny błyskawicznej, kiedy liczy się nie dzień, ale godzina, odbiła się fatalnie na ogólnej gotowości wojska do przyjęcia agresji, gdyż w chwili wybuchu wojny 16 wielkich jednostek na ogólną liczbę 56 – to znaczy ponad czwarta ich część – nie zostało zmobilizowanych i skoncentrowanych w rejonach, gdzie miały zetrzeć się z wrogiem.
W pałacu Brühla Noël musiał czekać, aż minister Beck wyjdzie ze schronu. Gdy wchodzili do jego gabinetu, nadal trwał alarm lotniczy. Beck miał przewieszoną przez ramię maskę przeciwgazową. Noël powiedział o inicjatywie włoskiej zwołania międzynarodowej konferencji, lecz Beck oświadczył, że nic o takim projekcie nie wie. Gestem ręki wskazał niebo za oknem, które przed chwilą przecięły głucho dudniące bombowce.
– Ataki lotnicze nie ustają od rana – powiedział. – Jest już dużo ofiar cywilnych w Poznaniu i Łodzi. Ludność polska jest oburzona agresją niemiecką i towarzyszącymi jej okolicznościami.
W tej chwili zadzwonił telefon. Minister Beck podniósł słuchawkę, w której słychać było nerwowy meldunek, że do parku nieopodal samoloty niemieckie zrzuciły spadochroniarzy. Beck odłożył ze spokojem słuchawkę.
– Jesteśmy w pełnym toku wojny – oświadczył. – Wojny będącej wynikiem niesprowokowanej agresji. To nie o taką czy inną konferencję teraz chodzi, lecz o wspólną akcję sojuszników dla stawienia czoła agresorowi. Czas ugody już minął. Jest już nawet za późno, aby sojusznicy mogli ze względów taktycznych poważnie zastanawiać się nad udzieleniem swej zgody na zebranie się takiej konferencji.
W zachodnich gabinetach długo potem powtarzano, że nieprzejednane stanowisko Becka storpedowało włoską próbę zachowania pokoju. Lecz jakież można było dla niej znaleźć w tym czasie racje? Rządy Londynu i Paryża wystosowały w dniu wybuchu wojny do Niemiec jedynie noty, i to w bardzo miękkim tonie, że spełnią „bez wahania swe zobowiązania sojusznicze wobec Polski, o ile rząd niemiecki nie udzieli wystarczającego zapewnienia, iż wstrzyma wszelkie akcje agresywne”. Następnego dnia Chamberlain był nawet gotów uznać zajęcie przez Niemców Gdańska i „korytarza” oraz prawo posiadania przez nich protektoratu nad mniejszością niemiecką w Polsce – w zamian za zaprzestanie działań wojennych. Było to zadziwiające w ustach męża stanu, zaledwie przed tygodniem uroczyście podpisującego traktat sojuszniczy z Polską, którego podstawą była obustronna gwarancja „całości i nienaruszalności granic” oraz natychmiastowa pomoc w razie agresji.
Od 2 września szosą Częstochowa–Radomsko posuwała się kilkudziesięciokilometrowa niemiecka kolumna pancerno-motorowa po usunięciu słabej osłony batalionu ON pod Kłobuckiem. Wprawdzie na kierunek ten nastawiony był główny odwód polski: armia „Prusy”, cóż, kiedy z całej tej armii pod rozkazami gen. Dęba-Biernackiego w chwili wybuchu wojny nie było na miejscu ani jednej dywizji.
W dyspozycji Naczelnego Wodza znajdowała się jedynie brygada bombowa. Niestety, brygada ta już drugi dzień stała w pełnej gotowości, z podwieszonymi bombami – jednakże bez rozkazu do wylotu. To działała dywersja „pokojowa” aliantów, paraliżująca wolę walki Naczelnego Dowództwa. Śmigły-Rydz nie chciał zbyt ostrym wystąpieniem lotnictwa bombowego „rozdrażnić Hitlera” i zamykać drogi do pertraktacji pokojowych. Dopiero koło południa 2 września doszła do skutku wyprawa bombowa IV dywizjonu (18 „karasi”), która zbombardowała kolumny wroga w rejonie Częstochowy i Herbów Nowych. Była to pierwsza z dziewięciu wypraw bombowych tego dywizjonu w czasie od 2 do 5 września 1939 roku. Zapał bojowy załóg był tak wielki, że po zrzuceniu bomb z wysokości 1500 metrów zniżały się one na możliwie najmniejszą wysokość i z karabinów maszynowych raziły Niemców. Na skutek silnej obrony przeciwlotniczej VI dywizjon stracił tego dnia 40% maszyn; kilka z nich zostało zestrzelonych przez własne oddziały, które przyzwyczaiwszy się do tego, że na niebie pojawiają się tylko niemieckie skrzydła, strzelały do każdego samolotu.
Inne dywizjony i tym razem nie wzięły udziału w bombardowaniu niemieckiego zagonu pancernego, „jakby Niemcy w ogóle jeszcze nie wkroczyli na nasze tereny” – skarżył się jeden z pilotów II dyonu.
Zainicjowane przez Mussoliniego konsultacje na temat konferencji pokojowej przebiegały bardzo kulawo. Hitler upierał się nadawać notom wysłanym przez rząd Wielkiej Brytanii i Francji znaczenie ultimatum, a w tych warunkach byłoby dla niego „uwłaczające” – jak twierdził – przystępowanie do stołu obrad.
Ambasador polski w Berlinie Lipski otrzymał wezwanie do odebrania paszportów dyplomatycznych i opuszczenia stolicy Rzeszy.
Sprzymierzeni uparcie wyjaśniali, że noty nie zamykają drogi do rokowań. Wreszcie Mussolini, autor inicjatywy pokojowej, odmówił formalnego jej przedstawienia Hitlerowi, nie chcąc – jak twierdził – „pozbawić führera pewnego zwycięstwa”. W ten sposób wskutek niezdecydowania aliantów dyktatorzy państw osi znowu wygrali dwa dni czasu.
Pod koniec drugiego dnia wojny minister Beck znów wezwał przedstawicieli państw sojuszniczych. Gdy przybyli do jego rezydencji, czekał już w swoim gabinecie. Był smutny i przybity. Po przywitaniu się z Noëlem i Kennardem zwrócił się do nich w słowach pełnych tragicznej powagi:
– Jak panowie sami mogą się przekonać, lotnictwo niemieckie nie ogranicza swych bombardowań do obiektów wojskowych. Zbombardowało fabryki, które bynajmniej nie produkują niczego dla wojska, wsie położone z dala od celów wojskowych, ludność cywilną zajętą pracami polowymi.
Obaj cudzoziemcy dobrze o tym wiedzieli. _Attaché_ wojskowy Wielkiej Brytanii, przejeżdżając ulicami Warszawy, wziął do swego samochodu ranne dziecko, które w drodze zmarło. Bomby padały między innymi na kolonię Wygoda w obrębie wielkiej Warszawy, gdzie trafiły w grupę bawiących się dzieci i zabiły troje z nich. Następnego dnia w czasie bombardowania Konstancina zniszczono willę ambasadora Stanów Zjednoczonych A.J.D. Biddle’a.
– Pomimo bohaterstwa i niezwykłego poświęcenia lotników polskich, czego i panowie byli świadkami – mówił Beck – lotnictwo niemieckie w wyniku swej technicznej i ilościowej przewagi, mimo iż poniosło duże straty, zapanowało nad przestworzem powietrznym Polski. Jednak postawa narodu jest niezłomna. Sejm Rzeczypospolitej na plenarnym posiedzeniu w dniu dzisiejszym poparł bez zastrzeżeń decyzję rządu odparcia agresji wszelkimi środkami. Wzywam panów do wpłynięcia na swoje rządy, aby przystąpiły do wykonywania uroczyście zagwarantowanych traktatami zobowiązań sojuszniczych!
Wieczorem minister Beck polecił również ambasadorom polskim w Paryżu i Londynie, Łukasiewiczowi i hrabiemu Raczyńskiemu, aby ponowili apel do rządów sojuszniczych. W kilka godzin później zadepeszował do Raczyńskiego, aby natychmiast, „nawet gdyby to była noc”, porozumiał się z ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii lordem Halifaksem, i zakomunikował mu, że armia polska walczy już na wszystkich frontach z przeważającą częścią armii niemieckiej, broniąc każdej piędzi ziemi. Nawet garnizon Westerplatte, zobowiązany do stawienia oporu w ciągu jednej doby, broni się bohatersko dalej pod ulewą ognia z powietrza, morza i lądu. Działalność całego lotnictwa niemieckiego przybiera formę coraz bardziej brutalną.
Ciężka to była noc dla ambasadora Noëla. Spędzał ją do późnych godzin na przykrej rozmowie z Beckiem. Zapamiętał z niej tylko jedno: że Beck jest przeciwnikiem Francji. Beck dźwigał na sobie piętno wspólnika rozbioru Czechosłowacji w 1938 roku. Postanowił go teraz odsunąć od steru polityki zagranicznej. Należało tak pokierować sprawami, aby wina za niedoskonałość sojuszu francusko-polskiego obciążała całkowicie tego człowieka.
Kiedy w nocy Noël opuszczał gabinet Becka, spotkał jego żonę, która czekała pełna niepokoju.
Tu Noël odczuł coś w rodzaju tryumfu polityki swego rządu, jeśli w tym trudnym momencie można było mówić o tryumfie. Odwrócić od Francji druzgocące uderzenie Niemiec, odciągnąć od Hitlera i związać go z Polską w walce na śmierć i życie było wszak osiągnięciem nie lada. Czegóż potrzeba więcej? Chyba tylko tego, by kierownictwo polityczne Polski nie skapitulowało przed agresorem. Ale to wydawało się wykluczone wobec jednolitej, solidarnej postawy całego narodu.
2 września zapadła pierwsza poważniejsza decyzja Naczelnego Dowództwa od chwili wybuchu wojny: odwrót armii „Kraków”. Marszałek Śmigły-Rydz, nie otrzymawszy do wieczora pomyślniejszych wiadomości, zgodził się na wycofanie tej armii na linię Nidy i Dunajca.
Pomyślniejsze dla Polski wieści zaczęły napływać dopiero 3 września: rano znad Tamizy, a w południe także znad Sekwany. Parlamenty obu sojuszniczych krajów opowiedziały się za natychmiastową pomocą dla bohatersko i samotnie walczącego narodu polskiego. Na polecenie Chamberlaina ambasador brytyjski w Berlinie Henderson złożył w ministerstwie spraw zagranicznych Rzeszy o godzinie 9 ultimatum z terminem dwugodzinnym, po którego upływie Wielka Brytania wchodziła na drogę wojny z Niemcami. O godzinie 12.20 uczynił to samo ambasador francuski, wyznaczając termin odpowiedzi do godziny 17. Ponieważ minister Ribbentrop skwitował oba oświadczenia pogardliwymi docinkami, w dniu 3 września wojna niemiecko-polska przekształciła się w wojnę europejską.
Dzień ten stał się dla Warszawy dniem powszechnego entuzjazmu. Po południu, nie bacząc na niebezpieczeństwo nalotów, olbrzymi tłum zebrał się przed ambasadą angielską. Wieczorem taką samą manifestację zgotowano przed pałacem ambasady francuskiej na ulicy Frascati.
Praktyczne znaczenie deklaracji aliantów o stanie wojny z Rzeszą było nieporównanie mniejsze. Dopiero 4 września podpisano w Paryżu traktat, bez którego zawarta w maju umowa wojskowa między generałami Kasprzyckim i Gamelinem nie miała żadnej mocy. Traktat utrzymano w tonie obopólnych zapewnień i zobowiązań. Gdyby jego siła mogła zależeć od zawartych w nim słów, Hitler powinien był się uważać od razu za pokonanego.
W tym jednak czasie, kiedy minister Bonnet podpisywał uroczyste zobowiązanie wzajemnej pomocy, premier Daladier w mowie radiowej ogłaszał jako fakt oczywisty, że żaden Francuz nie zgodziłby się wkroczyć na obce terytorium. A przecież według zawartej umowy Francja podjęła zobowiązanie przeprowadzenia w piętnastym dniu wojny ofensywy na Renie większością sił, jakimi rozporządzała.
Tymczasem lotnictwo niemieckie niosło śmierć i zniszczenie polskim miastom i osiedlom, broniącym się ośrodkom militarnym i ewakuowanej ludności, oddziałom dążącym na front transportami kolejowymi i wojskom, które przegrupowywały się na nowe linie obronne. Jednostki pancerne wroga uderzały z całą zaciekłością w poszarpany front walczących oddziałów polskich i parły zagonami w głąb kraju. Na tyłach działali dywersanci i sabotażyści zrzucani z samolotów, rekrutujący się spośród Niemców mieszkających w Polsce. Zaopatrzeni w hasła i znaki rozpoznawcze, w sprzęt radiowy i szyfry korespondencyjne wzniecali oni wśród oddziałów panikę, niszczyli sieć łączności, wskazywali cele, a często również z bronią w ręku napadali na wycofujące się oddziały.
Hitler w ciągu pertraktacji pokojowych, zabiegów dyplomatycznych i wzajemnych interpelacji rządów Francji i Wielkiej Brytanii nabrał prawie absolutnej pewności, że sprzymierzeńcy zachodni pozostawią Polskę bez pomocy, a wypowiedzenie przez nich wojny ma jedynie charakter formalny. Mógł więc z całym spokojem rozprawić się z Polską sam na sam. Dał tedy hasło do ogólnej ofensywy we wszystkich kierunkach i na wszystkich frontach.
Polskie kierownictwo polityczne i wojskowe było wyczerpane nerwowo zarówno inercją swych sojuszników, jak i gwałtowną dynamiką poczynań wroga. Ta dwufrontowa walka, z wrogiem i sojusznikami, przyniosła Polsce w pierwszym okresie jej nierównych zmagań niepowetowane straty.
W nocy z 3 na 4 września, w czasie gdy właśnie przedstawiciel Francji składał kwiaty pod pomnikiem księcia Józefa, rozegrały się groźne i tragiczne wypadki nad granicą pruską. Pod szerokim traktem powietrznym nieustannych wypraw bombowych na Warszawę walczyła bohatersko z przeważającymi siłami wroga armia „Modlin”. Jej 20. dywizja już trzy doby trwała nieugięcie na pozycjach obronnych pod Mławą. Jednak nieprzyjaciel obszedł jej wschodnie skrzydło i posuwał się na południe, ku Warszawie. Do przeciwnatarcia ruszyła 8. dywizja armii „Modlin”.
Gdy pułki dywizji w ciężkich walkach spychały nieprzyjaciela ku północy, na tyły armii przedarł się oddział zmotoryzowany Niemców, znacząc szlak swego pochodu – na sposób iście krzyżacki – spustoszeniem i pożogą. O zmroku Niemcy wpadli do Ciechanowa. Strzelaniną, granatami ręcznymi i wzniecaniem pożarów wywołali popłoch wśród znajdujących się w tym rejonie oddziałów tyłowych, niemal wyłącznie taborów, które prysły w mgnieniu oka, szerząc dokoła panikę. Załoga ośrodka łączności armii stawiła dzielny opór i wyginęła. Jakiś niewielki oddział bronił się zaciekle w koszarach. Niebawem podjął walkę armijny batalion saperów i kompania czołgów rozpoznawczych TK. Od strony Nasielska nadjechał polski pociąg pancerny. Niemcy wycofali się na północno-wschodni skraj miasta, ciągle jednak wzniecając wokół siebie pożogę.
Pułki 8 dywizji nacierały po zmroku dalej. Część oddziałów posuwała się zwycięsko naprzód, inne zostały zatrzymane ogniem nieprzyjaciela i w ciemnościach nocnych przemieszały się z sobą. Uwagę wszystkich przykuwały szerzące się na tyłach krwawe łuny pożarów, wywołując wśród przemęczonych, wyczerpanych nerwowo żołnierzy uczucie okrążenia. Niebawem uciekinierzy z Ciechanowa przynieśli wieść, że na tyłach są Niemcy. Co chwila w różnych punktach wśród polskich ugrupowań wybuchała strzelanina. To działała niechybnie dywersja. Wtem pojawiły się niemieckie czołgi. Ktoś krzyknął przejmująco:
– Broń pancerna z przodu!
Okrzyk ten w jednej chwili powtórzyły z przerażeniem setki ust. I chociaż przeciwko czołgom wyruszyła natychmiast kompania przeciwpancerna 13. pułku piechoty, szybko je odpierając, to jednak alarm poderwał nadwątlonych psychicznie żołnierzy do ucieczki. Szczęściem nieprzyjaciel nie zorientował się w rozmiarach zamieszania w polskich szeregach i nie rozpoczął pościgu.
Rozproszone oddziały nadspodziewanie szybko zaczęły się zbierać w większe grupy, wykazując – jak na jednostkę świeżo zmobilizowaną – zadziwiającą spoistość organizacyjną. Wszak ani dowódcy nie znali żołnierzy, ani żołnierze dowódców, ani siebie nawzajem. Któż by ich mógł znaleźć, gdyby nie chcieli się bić naprawdę?
Oto jedna z zagadek bohaterskiego trwania narodu wśród ciężkich i gorzkich doświadczeń 1939 roku.
Od świtu dnia 1 września rozgorzała na całym obszarze od Bałtyku po Karpaty wielka bitwa, która w ciągu kilku dni objęła swym zasięgiem cały kraj, każdą rodzinę. Nie jest to więc historia takich czy innych posunięć sztabów, tych czy owych działań wojsk. Jest to historia nieustannego trudu i walki każdej jednostki, każdego etatowego, a często doraźnie zebranego oddziału, nieomal każdego żołnierza. Historia pierwszej walki na granicy własnego państwa do ostatniego wystrzału przed obcą granicą, którą wypadało przekroczyć, aby móc dalej walczyć z wrogiem. Dlatego też przedmiotem niniejszej książki będą nie tyle strategiczne koncepcje Naczelnego Dowództwa, nie jego coraz to nowe i często nierealne plany operacyjne, ile szlaki bojowe jednostek i żołnierzy, ich krew i trud, którymi przepojona została każda piędź ojczystej ziemi, pieczętująca nasze prawo do niepodległego bytu.
Na polskich zagonach, powleczonych przędzą babiego lata w jesieni 1939 roku, rozegrało się około 700 bitew i znaczniejszych potyczek. Z tej ogromnej liczby wybierzemy kilkadziesiąt, gdyż opisanie wszystkich przekracza możliwości jednego człowieka. Będą to, naszym zdaniem, bitwy decydujące o dalszym przebiegu nierównej walki, w których nasz żołnierz, walcząc w osamotnieniu, wykazał najbardziej nieugiętą postawę.
R. Umiastowski, _12 mil do Warszawy... 30 mil do Paryża_, Edinburgh–London 1941, s. 40.
L. Noël, _Agresja niemiecka na Polskę_, Warszawa 1966, s. 329.
Tamże, s. 390.
R. Szubański, _W obronie polskiego nieba_, Warszawa 1978, s. 47.
Tamże, s. 52.
Tamże, s. 48–51.
L. Noël, dz. cyt., s. 391.
A. Kurowski, _Lotnictwo polskie w 1939 roku_, Warszawa 1962, s. 22–25. Por. R. Szubański, dz. cyt., s. 9–42. W ostatnich miesiącach pokoju lotnictwo polskie przeżyło szereg zmian personalnych, które niekorzystnie odbiły się zarówno na jego przygotowaniu do wojny, jak i na właściwym użyciu w akcjach bojowych. W marcu 1939 r. został zwolniony dowódca lotnictwa, gen. Ludomir Rayski, jego miejsce zajął gen. Kalkus, który – według miarodajnej opinii otoczenia – nie znał się ani na sprzęcie, ani na operacyjnym użyciu lotnictwa. Wraz z Rayskim zwolniono trzech jego zastępców, przy czym przez miesiąc nie mianowano nowego zastępcy do spraw technicznych. Został nim wreszcie płk pil. Makowski, który wyjechał do Anglii i wrócił tuż przed wybuchem wojny. W tym czasie powzięto kilka decyzji, które przyczyniły się do osłabienia polskiego lotnictwa, zamiast je wzmocnić. I tak wstrzymano produkcję myśliwców „Jastrząb”, mimo iż silniki do nich w liczbie 150 były już gotowe i produkcja serii przygotowana. Był to samolot, który dorównywał messerschmittowi, ustępując mu nieco w szybkości. Druga niekorzystna decyzja to zahamowanie produkcji łosi. W lipcu i sierpniu największa polska wytwórnia PZL pracowała na jedną zmianę. (A. Kurowski, _Lotnictwo polskie w 1939 roku_, Warszawa 1962, s. 60).
Ciekawe wiadomości o lotnictwie polskim przynoszą raporty _attaché_ wojskowego USA w Warszawie W.H. Colberna. Pisze on o pertraktacjach rządu polskiego z przedstawicielami USA o dostawę 150 samolotów pościgowych typu Sivirsky EP 1. Zakup ten miał pochłonąć 8 mln dolarów. O sfinalizowaniu tej umowy nic nie wiemy. Prawdopodobnie nie zdołano uruchomić przyznanej Polsce przez Wielką Brytanię pożyczki w wysokości 8,5 mln funtów, niestety w srebrze. Colborn donosi też swym władzom, że lotnictwo polskie zostało już w lipcu 1939 r. przeniesione z głównych lotnisk na lotniska „awaryjne” (W.H. Colbern, _Polska. Styczeń–sierpień 1939_, Warszawa 1986, s. 68, 71).
L. Noël, dz. cyt., s. 393.
Tamże, s. 394.
Tamże, s. 397.
Tamże, s. 401.
Tamże, s. 402–403.
_Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej_ (dalej _PSZ_), t. I, _Kampania wrześniowa_, cz. 1, Londyn 1951, s. 99.
_PSZ_, t. I, cz. 2, s. 49–51, 52–53.
Jesteśmy w posiadaniu dokładnego, choć niekiedy szacunkowego obliczenia bitew, którego dokonał płk dypl. M. Porwit w swym trzytomowym dziele _Komentarze do historii polskich działań obronnych 1939 roku,_ Warszawa 1983. Na kartach tego ponad 1500 stron liczącego dzieła autor – obok analizy działań bojowych tudzież wszelkich zagadnień i aspektów wojny 1939 r. – wyliczył 1500 przeprowadzonych przez armię polską bitew, dzieląc je ze względu na wielkość sił na bitwy stoczone siłami od kompanii (szwadronu) do dywizji (brygady kawalerii) i grupy operacyjnej. Według ogólnego zestawienia liczbowego, przeszło dwie trzecie tej liczby, tj. 1000, przypadają na bitwy stoczone siłami kompanii (szwadronu) i batalionu (dywizjonu). Ponad 400 bitew przeprowadziły oddziały w sile pułku piechoty, kawalerii, brygady zmotoryzowanej lub pancerno-motorowej. 60 bitew przypada na związki dywizyjne lub brygadowe. Reszta należy do innych oddziałów.Walki odciętych sił polskich na Pomorzu – Przeprawa oddziałów przez Wisłę – Wydostanie się 35. pp z kotła – Obrona północnych rubieży Polski – Bitwa pod Grudziądzem – Walki na „przedmościu bydgoskim” – Bój obronny pod Mławą i Rzęgnowem – Odwrót armii „Modlin” na linię wielkich rzek – Nieporozumienia sztabów i heroizm wojska nad Narwią – Wydarzenia pod Różanem – „Zwrot zaczepny” pod Pułtuskiem – Samotny bój pod Wizną – Zapomniana „Reduta Nowogród” – Działania opóźniające armii „Łódź” – Bitwy pod Borową Górą i Piotrkowem Trybunalskim – Uderzenie 76 pp pod Piotrkowem – Zapora przeciwpancerna pod Tomaszowem Mazowieckim – Bój 30 DP pod Jeżowem – Walki z niemiecką nawałą pancerną w rejonie Kielc – Bitwa pod Iłżą – Odwrót armii „Prusy” nad środkową Wisłę – Osłona południowej flanki przed inwazją z terytorium Słowacczyzny
Walki odciętych sił polskich na Pomorzu
Dostępne w wersji pełnej.Powstrzymanie korpusu pancernego na przedpolach Warszawy – Odejście grupy operacyjnej generała Kowalskiego na południe – Zwrot zaczepny armii „Poznań” i „Pomorze” znad górnej Bzury – Bitwa pod Łęczycą i Ozorkowem – Bitwa pod Piątkiem i Głownem – Bój GO generała Skotnickiego pod Ozorkowem – Odbicie Łowicza – Obrona cywilna Wielkopolski w 1939 roku – Przeciwdziałania niemieckie nad Bzurą – W sztabach armii „Poznań” i „Warszawa”. Decyzja generała Rómmla uderzenia na wschód – Drugi „zwrot zaczepny” nad Narwią – Bitwy pod Kałuszynem, Wodyniami i Seroczynem – Natarcie grupy kawalerii na Mińsk Mazowiecki – Odwołanie polskiej ofensywy na Stryków
Powstrzymanie korpusu pancernego na przedpolach Warszawy
Dostępne w wersji pełnej.Boje armii „Pomorze” o Łowicz – Przeprawa Niemców przez Wisłę pod Płockiem – Bitwa grupy armii „Poznań-Pomorze” pod Sochaczewem – Obrona cywilna Warszawy – Na bezdrożach Puszczy Kampinoskiej – Odwrót jednostek armii „Poznań” i „Pomorze” na Warszawę – Bitwa pod Sierakowem i Laskami – Wkroczenie jednostek armii „Poznań” i „Pomorze” do Warszawy – Ośrodek oporu „Palmiry” – Marsz szturmowy grupy generała Bołtucia – Obrona Modlina – Bitwa armii „Kraków” i „Lublin” pod Tomaszowem Lubelskim – Bitwy pod Janowem, Lelechówką i Hołoskiem. Przekazanie Lwowa – 17 września w Naczelnym Dowództwie – Postawa Zachodu wobec działań w Polsce
Boje armii „Pomorze” o Łowicz
Dostępne w wersji pełnej.Zaciskanie się pierścienia agresora wokół stolicy – Bitwa wojsk Frontu Północnego pod Zamościem i Tomaszowem Lubelskim (20–27 września) – Walki o Lublin i Zamość – Dyslokacja wojsk frontu – Częściowa demobilizacja sił na Wołyniu – Bój pod Cześnikami – Bitwa pod Tarnawatką – Walki pod Krasnobrodem – Marsz dywizji Frontu Północnego do lasów ordynacji zamojskiej – Przebijanie się sił polskich na południe – Bitwa warszawska (24–27 września) – Upadek centralnych ośrodków oporu (28–29 września) – Ostatnie akordy walk nad Bałtykiem. Obrona „samotnego półwyspu” – Działania ORP „Orzeł” – Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” – Bitwa pod Kockiem – Wojna 1939 roku wojną całego narodu
Zacieśnianie się pierścienia agresora wokół stolicy
Dostępne w wersji pełnej.