-
nowość
Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? - ebook
Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? - ebook
Powieść, która zainspirowała kultowe arcydzieła kina: Blade runner oraz Blade runner 2049.
Trzecia wojna światowa zdewastowała Ziemię. Pozostali na niej nieliczni zdesperowani ludzie, którzy nie wyemigrowali na Marsa lub inne skolonizowane planety. W Los Angeles łowca nagród Rick Deckard marzy o posiadaniu żywego zwierzęcia, symbolu najwyższego statusu na niemal pozbawionej życia Ziemi. Dostaje lukratywne zlecenie – ma wytropić sześć zbiegłych z kolonii, zbuntowanych androidów typu Nexus-6. Empatyczny Test Voigta‑Kampffa pozwala łowcy demaskować zbiegów. Zadanie wydaje się dość proste do czasu, gdy przed jego aparaturą testową siada Rachael Rosen, pracownica wielkiej korporacji produkującej androidy… Likwidacja androidów niespodziewanie staje się dla Deckarda moralnym wyzwaniem, zmuszając go do rozważenia wraz z czytelnikiem: co czyni nas ludźmi? - z przedmowy Lecha Jęczmyka.
„Dick jest po stronie szaleńców, co naprawdę czyni z niego pisarza na nasze czasy” - Paul Williams, „Rolling Stone”
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8338-591-4 |
| Rozmiar pliku: | 1 020 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wczoraj zdechł żółw, którego w 1777 roku ofiarował królowi Tonga słynny podróżnik kapitan Cook. Zwierzę żyło niemal 200 lat. Żółw, zwany Tu’Imalila, zdechł na terenie królewskiego pałacu w stolicy Tonga, Nuku, na wyspie Aloga. Naród tongański uważał zwierzę za wodza; do doglądania go wyznaczono specjalnych opiekunów. Żółw oślepł kilka lat temu podczas pożaru buszu. Radio Tonga poinformowało, że ciało Tu’Imalili zostanie przesłane do Muzeum Aucklandzkiego w Nowej Zelandii.
Reuter, 1966ROZDZIAŁ I
Ricka Deckarda obudził przyjemny, delikatny impuls elektryczny automatycznego budzika wysłany przez stojący przy łóżku programator nastroju. Zdziwiony — zawsze go dziwiło, że raptem wcale nie chce mu się spać — wstał z łóżka ubrany w wielobarwną piżamę i przeciągnął się. Jego żona Iran, leżąca w swoim łóżku, otworzyła szare, niewesołe oczy. Mrugnęła, jęknęła cicho i znowu zamknęła powieki.
— Nastawiłaś swojego penfielda na zbyt słaby impuls — powiedział Rick. — Przeprogramuję go, obudzisz się i…
— Nie dotykaj mojego programatora. — Jej głos był nieprzyjemnie ostry. — Wcale nie chcę się obudzić.
Przysiadł na skraju łóżka, pochylił się i zaczął ją łagodnie przekonywać:
— Jeżeli zaprogramujesz odpowiednio silny impuls, będziesz zadowolona, że się obudziłaś. Na tym polega cała sprawa. Przy ustawieniu na pozycję C impuls odblokowuje świadomość. Wiem to po sobie. — Przyjaźnie, bo czuł się życzliwie usposobiony do całego świata (_jego_ programator ustawiony był na D), poklepał jej nagie, nieopalone ramię.
— Trzymaj łapy przy sobie, glino — burknęła.
— Nie jestem gliną. — Poczuł przypływ irytacji, choć wcale go nie zaprogramował.
— Jesteś jeszcze gorszy — oznajmiła żona. Oczy miała zamknięte. — Jesteś mordercą wynajętym przez gliny.
— Nigdy w życiu nie zabiłem ludzkiej istoty. — Jego irytacja potęgowała się, przechodziła w wyraźną wrogość.
— Tylko te biedne andki — odparła Iran.
— Przypomnę ci, że nigdy nie wahałaś się wydać żadnej nagrody, którą dostałem za tę robotę, na pierwszą lepszą rzecz, jaka ci wpadła w oko. — Wstał i podszedł do konsoli swego programatora nastroju. — Należało oszczędzać na prawdziwą owcę, zamiast tej elektrycznej imitacji. Zwykłe, elektryczne zwierzę za moje z trudem przez lata zarobione pieniądze. — Zawahał się, czy zaprogramować trankwilizację międzymózgowia (która stłumiłaby jego wściekłość), czy też stymulację (co z kolei podrażniłoby go wystarczająco, żeby wygrał tę sprzeczkę).
— Jeśli nastawisz na większą agresję — oznajmiła Iran, patrząc nań uważnie — zrobię to samo. Nastawię na maksimum i będziesz miał taką pyskówkę, przy której zbledną wszystkie nasze dotychczasowe sprzeczki. No, spróbuj. — Wstała gwałtownie, podskoczyła do swego programatora nastroju i stanęła, wpatrując się w Ricka wściekłym wzrokiem.
Westchnął. Jej groźba podziałała.
— Nastawię to, co mam zaplanowane na dziś. — Odszukał w tabeli 3 stycznia 2021 roku i zobaczył, że przewidziana jest poważna, profesjonalna postawa. — Jeżeli zaprogramuję zgodnie z planem, czy zrobisz to samo? — zapytał przezornie. Czekał, nie chcąc wykonać pierwszego kroku, dopóki żona nie zgodzi się pójść w jego ślady.
— W moim planie na dziś mam sześć godzin depresji z samooskarżaniem — odparła Iran.
— Co? Dlaczego to wprowadziłaś? — Taki pomysł stawiał na głowie całą koncepcję programatora nastroju. — Nie miałem pojęcia, że można zaplanować coś takiego — dodał posępnie.
— Siedziałam tu pewnego popołudnia — odparła Iran — i oczywiście włączyłam Przyjacielskiego Bustera i Jego Przyjacielskich Przyjaciół. Mówił o wielkiej nowinie, którą ma zamiar wkrótce ogłosić, i wtedy właśnie puścili tę wstrętną reklamówkę, tę, której nie cierpię, no wiesz — o Ołowianych Ochraniaczach Mountibanka. Wyłączyłam więc na chwilę dźwięk i nagle usłyszałam dom, ten dom. Usłyszałam… — Machnęła ręką.
— Puste mieszkania — powiedział Rick. Czasem sam je słyszał w nocy, kiedy powinien był spać. A przecież obecnie na wpół zamieszkany budynek zajmował wysokie miejsce w statystyce zagęszczenia — tam, gdzie przed wojną były przedmieścia, można było znaleźć zupełnie opuszczone domy, a w każdym razie tak mówiło się na mieście. Nie zweryfikował tej informacji — jak większość ludzi nie miał ochoty sprawdzić tego samemu.
— W chwili, gdy wyłączyłam w telewizorze fonię — powiedziała Iran — byłam w nastroju 382, właśnie go nastawiłam. Tak więc, choć odbierałam tę pustkę intelektualnie, nie czułam jej. Moją pierwszą reakcją było zadowolenie, że stać nas na programator nastroju Penfielda. Ale kiedy sobie uświadomiłam, jak niezdrowe jest to odczuwanie nieobecności życia, nie tylko w tym budynku, ale wszędzie, i odreagowywanie tego… rozumiesz? Chyba nie. Ale przyjęto uważać to za oznakę choroby umysłowej, nazwano brakiem właściwego oddziaływania. Zostawiłam więc wyłączoną fonię, usiadłam przy programatorze i zaczęłam eksperymentować. I wreszcie znalazłam, jak ustawić rozpacz. — Na jej smagłej, zuchwałej twarzy pojawił się wyraz zadowolenia, jakby udało się jej osiągnąć coś godnego uwagi. — Włączyłam więc ją do mojego planu, dwa razy w miesiącu. Sądzę, że to sensowny okres, by odczuć tę wszechogarniającą beznadzieję, beznadziejne tkwienie tu, na Ziemi, gdy wszyscy rozgarnięci ludzie wyemigrowali, nie uważasz?
— Ale taki nastrój — odparł Rick — może cię skłaniać do pozostawania w nim, niewyprogramowania się z niego. Rozpacz obejmująca całkowitą realność może nawracać.
— Programuję przestawienie po trzech godzinach na 481 — odparła gładko. — Świadomość, że otwierają się rozliczne możliwości, nadzieja, że…
— Znam 481 — przerwał jej. Wielokrotnie nastawiał tę kombinację, miał do niej wielkie zaufanie. — Posłuchaj — rzekł, siadając na łóżku. Ujął ją za ręce i przyciągnął do siebie. — Nawet przy automatycznym wyłączeniu wszelkie depresje są niebezpieczne. Zapomnij o tym, co zaplanowałaś, a ja zrobię to samo. Nastawimy oboje 104 i przeżyjemy to razem, potem zostaniesz w tym nastroju, a ja przestawię swój na normalny, urzędowy. Później chcę skoczyć na chwilę na dach i zobaczyć co z owcą, zanim polecę do biura. Dzięki temu będę miał pewność, że nie siedzisz tu, myśląc nie wiadomo o czym i nie oglądając telewizji. — Puścił jej smukłe palce, przeszedł przez całe rozległe mieszkanie do saloniku pachnącego ledwo uchwytnie ostatnimi papierosami wypalonymi w nocy. Pochylił się, by włączyć telewizor.
Z sypialni dobiegł go głos Iran:
— Przed śniadaniem nie trawię telewizji.
— Nastaw 888 — powiedział Rick, czekając, aż aparat się nagrzeje. — Pragnienie oglądania telewizji, bez względu na to, co w niej nadają.
— Nie mam teraz ochoty nastawiać czegokolwiek — odparła Iran.
— No to wybierz 3.
— Nie mogę nastawić programu, który pobudzi w mojej korze mózgowej pragnienie nastawiania! Jeżeli nie chcę nastawiać, to przede wszystkim nie chcę nastawiać, a chęć nastawiania jest mi w tej chwili bardziej obca niż cokolwiek innego. Chcę po prostu siedzieć na łóżku i gapić się w podłogę. — Jej głos stawał się ostry i ponury, jakby powoli zastygała jej dusza. Iran zamarła, zdawało się, że opadł na nią olbrzymi ciężar wyczuwalnej wszechobecnej warstewki niemal całkowitego bezruchu.
Podkręcił dźwięk w telewizorze i Przyjacielski Buster ryknął na cały pokój:
— …hej, hej, kochani. A teraz pora na krótką prognozę pogody. Satelita _Mangusta_ informuje, że opad radioaktywny nasili się szczególnie koło południa, po czym będzie się zmniejszał. A więc ci z was, którzy odważą się wyjść…
Iran pojawiła się obok niego w długiej, wlokącej się po ziemi koszuli nocnej i wyłączyła telewizor.
— W porządku, poddaję się — powiedziała. — Nastawię. Nastawię, cokolwiek zechcesz. Może ekstatyczny orgazm? Czuję się tak paskudnie, że zniosę nawet to. Do diabła. W końcu co za różnica.
— Nastawię dla nas obojga — odparł Rick i zaprowadził ją z powrotem do sypialni. Tam zaprogramował na jej konsoli 549 — pełne zadowolenie z uświadomienia sobie wszechwiedzy męża. Na swojej konsoli nastawił twórczy, odważny stosunek do pracy, choć w gruncie rzeczy nie musiał. Była to jego cecha wrodzona, nie potrzebował sztucznego pobudzania mózgu.
Po zjedzonym w pośpiechu śniadaniu — stracił czas na dyskusję z żoną — wyjechał ubrany do wyjścia (miał również na sobie Ołowiane Ochraniacze Mountibanka model Ajax) na dach, gdzie na osłoniętym pastwisku „pasła się” jego elektryczna owca, wymyślna skomputeryzowana maszyneria do nabierania innych mieszkańców budynku.
Oczywiście niektóre z ich zwierząt niewątpliwie również były elektronicznymi imitacjami. Rzecz jasna nie wtykał nosa w te sprawy, tak jak oni, jego sąsiedzi, nie interesowali się zasadami działania jego owcy. Takie zachowanie byłoby nad wyraz niegrzeczne. Pytanie „Czy pańska owca jest prawdziwa?” stanowiło większy nietakt niż próba dowiedzenia się, czy czyjeś zęby, włosy albo organy wewnętrzne są autentyczne.
Na Ricka buchnęło, drażniąc powonienie, szare, pochmurne powietrze z wirującymi pyłkami radioaktywnego kurzu. Mimowolnie wciągnął nosem ten ślad śmierci. No nie, to zbyt mocne określenie, uznał, idąc w stronę fragmentu trawnika, który należał do niego wraz ze znajdującym się poniżej nazbyt wielkim mieszkaniem. Wpływ tego akurat dziedzictwa Ostatniej Wojny Światowej wyraźnie zmalał: ci, którzy nie przeżyli opadu radioaktywnego, odeszli w niebyt przed wieloma laty, pył zaś — słabszy i oddziałujący na silniejsze, uodpornione jednostki — jedynie degradował umysł i właściwości genetyczne. Mimo ołowianych ochraniaczy kurz niewątpliwie dzień po dniu osiadał na skórze i przedostawał się do wnętrza Ricka. Niewielkie dawki plugawej nieczystości będą się w nim gromadziły dopóty, dopóki nie uda mu się wyemigrować. Jak dotąd comiesięczne kontrole medyczne potwierdzały, że jest normalem — mężczyzną zdolnym do prokreacji w granicach określonych przez prawo. Jednakże każdego miesiąca badania te, przeprowadzane przez lekarzy z Komendy Policji San Francisco, mogły wykazać coś przeciwnego. Za sprawą wszechobecnego pyłu dotychczasowi normale wciąż zmieniali się w nowe odmiany specjali. Obiegowe hasło, które wciskały obecnie plakaty, reklamy telewizyjne i rządowe ulotki przysyłane pocztą, brzmiało: „Emigruj albo się degeneruj! Wybór należy do ciebie!”. Zupełnie słusznie, pomyślał Rick, otwierając bramkę prowadzącą na jego małe pastwisko i zbliżając się do elektronicznej owcy. Ale ja nie mogę emigrować, rzekł do siebie. Ze względu na moją pracę.
Zawołał go właściciel przyległego pastwiska, sąsiad z budynku — Bill Barbour. Tak jak Rick był już ubrany do pracy, ale również się zatrzymał, by sprawdzić, jak się ma jego zwierzę.
— Moja klacz jest źrebna — oznajmił rozpromieniony Barbour. Wskazał wielkiego perszerona, który stał, patrząc tępo w przestrzeń. — Co na to powiesz?
— Powiem, że wkrótce będziesz miał dwa konie — odparł Rick. Dotarł już do swojej owcy. Leżała, przeżuwając, wpatrywała się weń badawczo, sprawdzając, czy nie przyniósł owsianych bułeczek. Miała wmontowany obwód owsotropiczny — widząc jakikolwiek produkt z tego zboża, zerwałaby się i podbiegła do niego.
— Od czego zaszła twoja klacz? — zapytał Barboura. — Od wiatru?
— Kupiłem trochę plazmy inseminacyjnej najwyższej jakości, jaką można znaleźć w Kalifornii — poinformował go Barbour. — Dzięki prywatnym znajomościom w Stanowym Biurze Zootechnicznym. Pamiętasz, jak w ubiegłym tygodniu ich inspektor badał Judy? Bardzo chcą, żeby się oźrebiła, ona nie ma sobie równych. — Barbour poklepał pieszczotliwie kark klaczy, która pochyliła głowę w jego stronę.
— Czy myślałeś kiedykolwiek o sprzedaży konia? — zapytał Rick. Marzył o tym, by mieć konia albo, na dobrą sprawę, jakiekolwiek zwierzę. Czuł, że posiadanie i oporządzanie imitacji w jakiś sposób stopniowo go demoralizuje. Mimo to, ze społecznego punktu widzenia, nie mając autentyku, tak właśnie powinien był postępować. Nie miał najmniejszego wyboru, musiał to ciągnąć. Nawet gdyby jemu na tym nie zależało, była jeszcze żona. Iran zaś zależało — i to bardzo.
— Sprzedaż konia — odparł Barbour — byłaby niemoralna.
— No to sprzedaj źrebię. Trzymanie dwóch zwierząt jest bardziej niemoralne niż nietrzymanie żadnego.
— O co ci chodzi? — spytał zaskoczony Barbour. — Wiele osób ma dwoje zwierząt, nawet troje, czworo, a Fred Washborne, właściciel przetwórni alg, w której pracuje mój brat, aż pięcioro. Nie czytałeś we wczorajszej „Chronicle” artykułu o jego kaczce? Przypuszczają, że to najcięższy i największy okaz kaczki piżmowej na Zachodnim Wybrzeżu. — Jego oczy zaszkliły się marzycielsko na samą myśl, że mógłby mieć coś takiego.
Rick przeszukał kieszenie płaszcza i wyciągnął wymięty, wielokrotnie przeglądany egzemplarz styczniowego dodatku do „Katalogu Zwierząt i Ptaków Sidneya”. Spojrzał do indeksu, znalazł źrebaki (patrz konie, potomstwo) i wkrótce miał już najczęstsze krajowe oferty.
— Mogę kupić od Sidneya źrebaka perszerona za pięć tysięcy dolarów — oznajmił.
— Nie, nie możesz — odparł Barbour. — Przyjrzyj się jeszcze raz, cena jest podana kursywą. To znaczy, że nie mają żadnego na składzie, ale gdyby mieli, tyle właśnie by kosztował.
— Załóżmy — powiedział Rick — że przez dziesięć miesięcy będę ci płacić po pięćset dolarów. Dostaniesz pełną cenę katalogową.
— Zupełnie się nie orientujesz, Deckard, jak wygląda sprawa z końmi — rzekł z politowaniem Barbour. — To nie przypadek, że Sidney nie ma żadnego źrebaka nawet po cenach katalogowych. Są rzadkością, również te stosunkowo gorszej jakości. — Przechylił się, gestykulując, przez ogrodzenie. — Mam Judy od trzech lat i cały ten czas nie widziałem kobyły tej rasy, która mogłaby się z nią równać. Aby ją zdobyć, musiałem lecieć do Kanady i przywieźć ją tu samemu, by mieć pewność, że jej nie ukradną. Pokażesz się z takim zwierzęciem gdzieś w Colorado czy Wyoming i rozwalą ci głowę, żeby je zdobyć. Wiesz dlaczego? Bo już przed OWŚ było ich zaledwie kilkaset…
— Ale to, że masz dwa konie — przerwał mu Rick — a ja nie mam żadnego, podważa fundamenty teologicznej i moralnej struktury merceryzmu.
— Przecież masz swoją owcę. Do licha, możesz prowadzić Wspinaczkę w życiu osobistym i kiedy ujmujesz dwa uchwyty empatii, przystępujesz do tego uczciwie. Oczywiście, gdybyś nie miał tej swojej owcy, mógłbym dostrzec pewne logiczne przesłanki twojego stanowiska. Naturalnie, gdybym miał dwoje zwierząt, a ty nie miałbyś żadnego, w jakiś sposób przyczyniałbym się do odbierania ci możliwości prawdziwego zespolenia z Mercerem. Ale każda rodzina w tym budynku — poczekaj… około pięćdziesięciu, jedna na trzy mieszkania, jeśli dobrze liczę — każde z nas ma jakieś zwierzę. Graveson trzyma tam kurczaka. — Wskazał na północ. — Oakes z żoną mają tego dużego rudego psa, który szczeka nocami. — Zamyślił się. — Mam wrażenie, że Ed Smith trzyma w mieszkaniu kota. W każdym razie tak utrzymuje, choć nikt go jeszcze nie widział. Możliwe, że tylko udaje.
Rick podszedł do swojej owcy i pochylił się nad nią. Grzebał w gęstej białej wełnie — przynajmniej runo było prawdziwe — aż wreszcie znalazł to, czego szukał: ukryty mały pulpit sterowniczy. Czując na sobie wzrok Barboura, otworzył pokrywę pulpitu, odsłaniając wnętrze.
— Widzisz? — rzekł do sąsiada. — Teraz rozumiesz, dlaczego tak bardzo chcę mieć twojego źrebaka?
— Biedaku — Barbour odezwał się po krótkiej przerwie. — Czy zawsze tak było?
— Nie — odparł Rick, zamykając pokrywę. Wyprostował się, odwrócił i spojrzał sąsiadowi prosto w oczy. — Początkowo miałem prawdziwą owcę. Dał nam ją mój teść, tuż przed tym, jak wyemigrował. A później, mniej więcej rok temu, pamiętasz, kiedy wziąłem ją do weterynarza — byłeś tu tego ranka. Przyszedłem i zobaczyłem, że leży na boku i nie może się podnieść.
— Postawiłeś ją na nogi — przypomniał sobie Barbour i skinął głową. — Tak, udało ci się ją podnieść, ale chodziła tylko minutę albo dwie i znowu upadła.
— Owce cierpią na dziwne choroby — powiedział Rick. — Albo ujmę to inaczej: owce zapadają na wiele chorób, ale objawy są zawsze takie same — owca nie może się podnieść i nie sposób ocenić, jak bardzo to jest poważne, czy skręciła nogę, czy zdycha na tężec. Moja padła właśnie na tężec.
— Tężec? Tutaj? — zapytał Barbour. — Na dachu?
— Siano — wyjaśnił Rick. — Nie wyjąłem wtedy z beli wszystkich kawałków drutu. Jeden został i Groucho — tak ją nazywaliśmy — zadrapała się i w ten sposób zaraziła tężcem. Zabrałem ją do weterynarza i zdechła. Długo o tym myślałem, aż wreszcie zadzwoniłem do jednego z tych zakładów, w których produkują sztuczne zwierzęta, i posłałem im fotografię Groucho. Zrobili mi to. — Wskazał leżący erzac zwierzęcia, który w dalszym ciągu przeżuwał uważnie, wciąż wyczekując na jakikolwiek ślad owsa. — Wspaniała robota. I poświęcam jej równie wiele czasu, opiekuję się równie troskliwie, jak wtedy, gdy była prawdziwa. Ale… — Wzruszył ramionami.
— To nie to samo — skończył za niego Barbour.
— Ale prawie. Czuje się przy tym to samo. Wciąż trzeba bardzo na nią uważać, jak wtedy, kiedy była naprawdę żywa. W przeciwnym razie popsuje się i wszyscy w całym domu się zorientują. Musiałem sześć razy wozić ją do warsztatu. Przeważnie były to drobne usterki, ale gdyby ktoś je zobaczył — na przykład, gdy się zerwała czy zaplątała taśma i owca beczała bez przerwy — mógłby się zorientować, że to mechanizm, urządzenie. Ciężarówka z warsztatu naprawczego — dodał — jest oczywiście oznakowana „Jakaśtam klinika dla zwierząt”. I kierowca ubrany jest jak weterynarz, cały na biało. — Nagle spojrzał na zegarek, przypomniawszy sobie, że na niego czas. — Muszę iść do pracy — rzekł do Barboura. — Zobaczymy się wieczorem.
Gdy ruszył w stronę swojego pojazdu, Barbour zawołał za nim pośpiesznie:
— Hej! Nic nie powiem żadnemu z sąsiadów!
Rick zatrzymał się, żeby podziękować, ale nagle poczuł, jak dotyka go jakaś cząstka tej rozpaczy, o której mówiła Iran, i rzekł:
— Bo ja wiem? Może to nie ma żadnego znaczenia…?
— Ale przecież będą patrzeć na ciebie z góry. Nie wszyscy, ale niektórzy tak. Wiesz, co ludzie myślą, gdy ktoś nie opiekuje się zwierzęciem. Uważają to za niemoralne i nieempatyczne. Oczywiście teoretycznie to nie jest przestępstwo, tak jak tuż po OWŚ, ale emocje pozostały te same.
— O Boże — powiedział zrezygnowany Rick i machnął ręką. — Przecież chcę mieć zwierzę. Próbuję je kupić. Ale przy mojej pensji, przy zarobkach miejskiego urzędnika… — Gdyby, pomyślał, znowu mi się poszczęściło w pracy. Tak jak dwa lata temu, kiedy udało mi się w jednym miesiącu upolować cztery andki. Gdybym wtedy wiedział, pomyślał, że Groucho zdechnie… ale to było przed tężcem. Przed tym dwucalowym, ostrym jak igła kawałkiem drutu.
— Możesz kupić kota — zaproponował Barbour. — Koty są tanie, sprawdź w swoim Sidneyu.
— Nie chcę domowego zwierzątka — odparł cicho Rick. — Chcę mieć to, co miałem poprzednio: duże zwierzę. Owcę albo, jeżeli uda mi się zdobyć pieniądze, krowę, wołu czy jak ty, konia. — Nagroda za pięć andków by wystarczyła, uzmysłowił sobie. Po tysiąc dolarów od sztuki, dodatkowy dochód poza pensją. A wtedy mógłbym dostać od kogoś to, czego pragnę. Nawet jeżeli w „Zwierzętach i Ptakach Sidneya” wydrukowali cenę kursywą. Pięć tysięcy dolarów — ale, pomyślał, najpierw te pięć andków musi się dostać na Ziemię z którejś planety kolonii. Nie mam na to wpływu, nie mogę ich zmusić, by tu przyleciały, a nawet gdybym mógł, są jeszcze inni łowcy, którzy na całym świecie współpracują z policją. Andki musiałyby specjalnie upodobać sobie północną Kalifornię, a starszy łowca w tym rejonie, Dave Holden, musiałby akurat umrzeć albo się wycofać.
— Kup sobie świerszcza — zaproponował Barbour dowcipnie. — Albo mysz. Hej, za dwadzieścia pięć zielonych możesz sobie kupić dorosłą mysz.
— Twój koń może niespodziewanie zdechnąć — odparł Rick — tak jak zdechła moja Groucho. Kiedy wrócisz wieczorem z pracy do domu, możesz znaleźć swoją kobyłę leżącą na grzbiecie, z nogami wyciągniętymi w górę jak chrabąszcz. Jak ten świerszcz, o którym mówiłeś.
— Przepraszam, jeżeli cię uraziłem — nerwowo powiedział Barbour.
Rick Deckard w milczeniu otworzył drzwiczki swego hovera. Nie miał już nic do powiedzenia sąsiadowi, myślał o swojej pracy, o czekającym go dniu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki