Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
s-f
Format:
EPUB
4491 pkt
punktów Virtualo

Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? - ebook

Powieść, która zainspirowała kultowe arcydzieła kina: Blade runner oraz Blade runner 2049.

Trzecia wojna światowa zdewastowała Ziemię. Pozostali na niej nieliczni zdesperowani ludzie, którzy nie wyemigrowali na Marsa lub inne skolonizowane planety. W Los Angeles łowca nagród Rick Deckard marzy o posiadaniu żywego zwierzęcia, symbolu najwyższego statusu na niemal pozbawionej życia Ziemi. Dostaje lukratywne zlecenie – ma wytropić sześć zbiegłych z kolonii, zbuntowanych androidów typu Nexus-6. Empatyczny Test Voigta‑Kampffa pozwala łowcy demaskować zbiegów. Zadanie wydaje się dość proste do czasu, gdy przed jego aparaturą testową siada Rachael Rosen, pracownica wielkiej korporacji produkującej androidy… Likwidacja androidów niespodziewanie staje się dla Deckarda moralnym wyzwaniem, zmuszając go do rozważenia wraz z czytelnikiem: co czyni nas ludźmi? - z przedmowy Lecha Jęczmyka.

„Dick jest po stronie szaleńców, co naprawdę czyni z niego pisarza na nasze czasy” - Paul Williams, „Rolling Stone”

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-591-4
Rozmiar pliku: 1 020 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

* * *

Wczo­raj zdechł żółw, któ­rego w 1777 roku ofia­ro­wał kró­lowi Tonga słynny podróż­nik kapi­tan Cook. Zwie­rzę żyło nie­mal 200 lat. Żółw, zwany Tu’Ima­lila, zdechł na tere­nie kró­lew­skiego pałacu w sto­licy Tonga, Nuku, na wyspie Aloga. Naród ton­gań­ski uwa­żał zwie­rzę za wodza; do doglą­da­nia go wyzna­czono spe­cjal­nych opie­ku­nów. Żółw oślepł kilka lat temu pod­czas pożaru buszu. Radio Tonga poin­for­mo­wało, że ciało Tu’Ima­lili zosta­nie prze­słane do Muzeum Auc­klandz­kiego w Nowej Zelan­dii.

Reu­ter, 1966ROZDZIAŁ I

Ricka Dec­karda obu­dził przy­jemny, deli­katny impuls elek­tryczny auto­ma­tycz­nego budzika wysłany przez sto­jący przy łóżku pro­gra­ma­tor nastroju. Zdzi­wiony — zawsze go dzi­wiło, że rap­tem wcale nie chce mu się spać — wstał z łóżka ubrany w wie­lo­barwną piżamę i prze­cią­gnął się. Jego żona Iran, leżąca w swoim łóżku, otwo­rzyła szare, nie­we­sołe oczy. Mru­gnęła, jęk­nęła cicho i znowu zamknęła powieki.

— Nasta­wi­łaś swo­jego pen­fielda na zbyt słaby impuls — powie­dział Rick. — Prze­pro­gra­muję go, obu­dzisz się i…

— Nie doty­kaj mojego pro­gra­ma­tora. — Jej głos był nie­przy­jem­nie ostry. — Wcale nie chcę się obu­dzić.

Przy­siadł na skraju łóżka, pochy­lił się i zaczął ją łagod­nie prze­ko­ny­wać:

— Jeżeli zapro­gra­mu­jesz odpo­wied­nio silny impuls, będziesz zado­wo­lona, że się obu­dzi­łaś. Na tym polega cała sprawa. Przy usta­wie­niu na pozy­cję C impuls odblo­ko­wuje świa­do­mość. Wiem to po sobie. — Przy­jaź­nie, bo czuł się życz­li­wie uspo­so­biony do całego świata (_jego_ pro­gra­ma­tor usta­wiony był na D), pokle­pał jej nagie, nie­opa­lone ramię.

— Trzy­maj łapy przy sobie, glino — burk­nęła.

— Nie jestem gliną. — Poczuł przy­pływ iry­ta­cji, choć wcale go nie zapro­gra­mo­wał.

— Jesteś jesz­cze gor­szy — oznaj­miła żona. Oczy miała zamknięte. — Jesteś mor­dercą wyna­ję­tym przez gliny.

— Ni­gdy w życiu nie zabi­łem ludz­kiej istoty. — Jego iry­ta­cja potę­go­wała się, prze­cho­dziła w wyraźną wro­gość.

— Tylko te biedne andki — odparła Iran.

— Przy­po­mnę ci, że ni­gdy nie waha­łaś się wydać żad­nej nagrody, którą dosta­łem za tę robotę, na pierw­szą lep­szą rzecz, jaka ci wpa­dła w oko. — Wstał i pod­szedł do kon­soli swego pro­gra­ma­tora nastroju. — Nale­żało oszczę­dzać na praw­dziwą owcę, zamiast tej elek­trycz­nej imi­ta­cji. Zwy­kłe, elek­tryczne zwie­rzę za moje z tru­dem przez lata zaro­bione pie­nią­dze. — Zawa­hał się, czy zapro­gra­mo­wać tran­kwi­li­za­cję mię­dzy­mó­zgo­wia (która stłu­mi­łaby jego wście­kłość), czy też sty­mu­la­cję (co z kolei podraż­ni­łoby go wystar­cza­jąco, żeby wygrał tę sprzeczkę).

— Jeśli nasta­wisz na więk­szą agre­sję — oznaj­miła Iran, patrząc nań uważ­nie — zro­bię to samo. Nasta­wię na mak­si­mum i będziesz miał taką pyskówkę, przy któ­rej zbledną wszyst­kie nasze dotych­cza­sowe sprzeczki. No, spró­buj. — Wstała gwał­tow­nie, pod­sko­czyła do swego pro­gra­ma­tora nastroju i sta­nęła, wpa­tru­jąc się w Ricka wście­kłym wzro­kiem.

Wes­tchnął. Jej groźba podzia­łała.

— Nasta­wię to, co mam zapla­no­wane na dziś. — Odszu­kał w tabeli 3 stycz­nia 2021 roku i zoba­czył, że prze­wi­dziana jest poważna, pro­fe­sjo­nalna postawa. — Jeżeli zapro­gra­muję zgod­nie z pla­nem, czy zro­bisz to samo? — zapy­tał prze­zor­nie. Cze­kał, nie chcąc wyko­nać pierw­szego kroku, dopóki żona nie zgo­dzi się pójść w jego ślady.

— W moim pla­nie na dziś mam sześć godzin depre­sji z samo­oskar­ża­niem — odparła Iran.

— Co? Dla­czego to wpro­wa­dzi­łaś? — Taki pomysł sta­wiał na gło­wie całą kon­cep­cję pro­gra­ma­tora nastroju. — Nie mia­łem poję­cia, że można zapla­no­wać coś takiego — dodał posęp­nie.

— Sie­dzia­łam tu pew­nego popo­łu­dnia — odparła Iran — i oczy­wi­ście włą­czy­łam Przy­ja­ciel­skiego Bustera i Jego Przy­ja­ciel­skich Przy­ja­ciół. Mówił o wiel­kiej nowi­nie, którą ma zamiar wkrótce ogło­sić, i wtedy wła­śnie puścili tę wstrętną rekla­mówkę, tę, któ­rej nie cier­pię, no wiesz — o Oło­wia­nych Ochra­nia­czach Moun­ti­banka. Wyłą­czy­łam więc na chwilę dźwięk i nagle usły­sza­łam dom, ten dom. Usły­sza­łam… — Mach­nęła ręką.

— Puste miesz­ka­nia — powie­dział Rick. Cza­sem sam je sły­szał w nocy, kiedy powi­nien był spać. A prze­cież obec­nie na wpół zamiesz­kany budy­nek zaj­mo­wał wyso­kie miej­sce w sta­ty­styce zagęsz­cze­nia — tam, gdzie przed wojną były przed­mie­ścia, można było zna­leźć zupeł­nie opusz­czone domy, a w każ­dym razie tak mówiło się na mie­ście. Nie zwe­ry­fi­ko­wał tej infor­ma­cji — jak więk­szość ludzi nie miał ochoty spraw­dzić tego samemu.

— W chwili, gdy wyłą­czy­łam w tele­wi­zo­rze fonię — powie­działa Iran — byłam w nastroju 382, wła­śnie go nasta­wi­łam. Tak więc, choć odbie­ra­łam tę pustkę inte­lek­tu­al­nie, nie czu­łam jej. Moją pierw­szą reak­cją było zado­wo­le­nie, że stać nas na pro­gra­ma­tor nastroju Pen­fielda. Ale kiedy sobie uświa­do­mi­łam, jak nie­zdrowe jest to odczu­wa­nie nie­obec­no­ści życia, nie tylko w tym budynku, ale wszę­dzie, i odre­ago­wy­wa­nie tego… rozu­miesz? Chyba nie. Ale przy­jęto uwa­żać to za oznakę cho­roby umy­sło­wej, nazwano bra­kiem wła­ści­wego oddzia­ły­wa­nia. Zosta­wi­łam więc wyłą­czoną fonię, usia­dłam przy pro­gra­ma­torze i zaczę­łam eks­pe­ry­men­to­wać. I wresz­cie zna­la­złam, jak usta­wić roz­pacz. — Na jej sma­głej, zuchwa­łej twa­rzy poja­wił się wyraz zado­wo­le­nia, jakby udało się jej osią­gnąć coś god­nego uwagi. — Włą­czy­łam więc ją do mojego planu, dwa razy w mie­siącu. Sądzę, że to sen­sowny okres, by odczuć tę wszech­ogar­nia­jącą bez­na­dzieję, bez­na­dziejne tkwie­nie tu, na Ziemi, gdy wszy­scy roz­gar­nięci ludzie wyemi­gro­wali, nie uwa­żasz?

— Ale taki nastrój — odparł Rick — może cię skła­niać do pozo­sta­wa­nia w nim, nie­wy­pro­gra­mo­wa­nia się z niego. Roz­pacz obej­mu­jąca cał­ko­witą real­ność może nawra­cać.

— Pro­gra­muję prze­sta­wie­nie po trzech godzi­nach na 481 — odparła gładko. — Świa­do­mość, że otwie­rają się roz­liczne moż­li­wo­ści, nadzieja, że…

— Znam 481 — prze­rwał jej. Wie­lo­krot­nie nasta­wiał tę kom­bi­na­cję, miał do niej wiel­kie zaufa­nie. — Posłu­chaj — rzekł, sia­da­jąc na łóżku. Ujął ją za ręce i przy­cią­gnął do sie­bie. — Nawet przy auto­ma­tycz­nym wyłą­cze­niu wszel­kie depre­sje są nie­bez­pieczne. Zapo­mnij o tym, co zapla­no­wa­łaś, a ja zro­bię to samo. Nasta­wimy oboje 104 i prze­ży­jemy to razem, potem zosta­niesz w tym nastroju, a ja prze­sta­wię swój na nor­malny, urzę­dowy. Póź­niej chcę sko­czyć na chwilę na dach i zoba­czyć co z owcą, zanim polecę do biura. Dzięki temu będę miał pew­ność, że nie sie­dzisz tu, myśląc nie wia­domo o czym i nie oglą­da­jąc tele­wi­zji. — Puścił jej smu­kłe palce, prze­szedł przez całe roz­le­głe miesz­ka­nie do salo­niku pach­ną­cego ledwo uchwyt­nie ostat­nimi papie­ro­sami wypa­lo­nymi w nocy. Pochy­lił się, by włą­czyć tele­wi­zor.

Z sypialni dobiegł go głos Iran:

— Przed śnia­da­niem nie tra­wię tele­wi­zji.

— Nastaw 888 — powie­dział Rick, cze­ka­jąc, aż apa­rat się nagrzeje. — Pra­gnie­nie oglą­da­nia tele­wi­zji, bez względu na to, co w niej nadają.

— Nie mam teraz ochoty nasta­wiać cze­go­kol­wiek — odparła Iran.

— No to wybierz 3.

— Nie mogę nasta­wić pro­gramu, który pobu­dzi w mojej korze mózgo­wej pra­gnie­nie nasta­wia­nia! Jeżeli nie chcę nasta­wiać, to przede wszyst­kim nie chcę nasta­wiać, a chęć nasta­wia­nia jest mi w tej chwili bar­dziej obca niż cokol­wiek innego. Chcę po pro­stu sie­dzieć na łóżku i gapić się w pod­łogę. — Jej głos sta­wał się ostry i ponury, jakby powoli zasty­gała jej dusza. Iran zamarła, zda­wało się, że opadł na nią olbrzymi cię­żar wyczu­wal­nej wszech­obec­nej war­stewki nie­mal cał­ko­wi­tego bez­ru­chu.

Pod­krę­cił dźwięk w tele­wi­zo­rze i Przy­ja­ciel­ski Buster ryk­nął na cały pokój:

— …hej, hej, kochani. A teraz pora na krótką pro­gnozę pogody. Sate­lita _Man­gu­sta_ infor­muje, że opad radio­ak­tywny nasili się szcze­gól­nie koło połu­dnia, po czym będzie się zmniej­szał. A więc ci z was, któ­rzy odważą się wyjść…

Iran poja­wiła się obok niego w dłu­giej, wlo­ką­cej się po ziemi koszuli noc­nej i wyłą­czyła tele­wi­zor.

— W porządku, pod­daję się — powie­działa. — Nasta­wię. Nasta­wię, cokol­wiek zechcesz. Może eks­ta­tyczny orgazm? Czuję się tak paskud­nie, że zniosę nawet to. Do dia­bła. W końcu co za róż­nica.

— Nasta­wię dla nas obojga — odparł Rick i zapro­wa­dził ją z powro­tem do sypialni. Tam zapro­gra­mo­wał na jej kon­soli 549 — pełne zado­wo­le­nie z uświa­do­mie­nia sobie wszech­wie­dzy męża. Na swo­jej kon­soli nasta­wił twór­czy, odważny sto­su­nek do pracy, choć w grun­cie rze­czy nie musiał. Była to jego cecha wro­dzona, nie potrze­bo­wał sztucz­nego pobu­dza­nia mózgu.

Po zje­dzo­nym w pośpie­chu śnia­da­niu — stra­cił czas na dys­ku­sję z żoną — wyje­chał ubrany do wyj­ścia (miał rów­nież na sobie Oło­wiane Ochra­nia­cze Moun­ti­banka model Ajax) na dach, gdzie na osło­nię­tym pastwi­sku „pasła się” jego elek­tryczna owca, wymyślna skom­pu­te­ry­zo­wana maszy­ne­ria do nabie­ra­nia innych miesz­kań­ców budynku.

Oczy­wi­ście nie­które z ich zwie­rząt nie­wąt­pli­wie rów­nież były elek­tro­nicz­nymi imi­ta­cjami. Rzecz jasna nie wty­kał nosa w te sprawy, tak jak oni, jego sąsie­dzi, nie inte­re­so­wali się zasa­dami dzia­ła­nia jego owcy. Takie zacho­wa­nie byłoby nad wyraz nie­grzeczne. Pyta­nie „Czy pań­ska owca jest praw­dziwa?” sta­no­wiło więk­szy nie­takt niż próba dowie­dze­nia się, czy czy­jeś zęby, włosy albo organy wewnętrzne są auten­tyczne.

Na Ricka buch­nęło, draż­niąc powo­nie­nie, szare, pochmurne powie­trze z wiru­ją­cymi pył­kami radio­ak­tyw­nego kurzu. Mimo­wol­nie wcią­gnął nosem ten ślad śmierci. No nie, to zbyt mocne okre­śle­nie, uznał, idąc w stronę frag­mentu traw­nika, który nale­żał do niego wraz ze znaj­du­ją­cym się poni­żej nazbyt wiel­kim miesz­ka­niem. Wpływ tego aku­rat dzie­dzic­twa Ostat­niej Wojny Świa­to­wej wyraź­nie zma­lał: ci, któ­rzy nie prze­żyli opadu radio­ak­tyw­nego, ode­szli w nie­byt przed wie­loma laty, pył zaś — słab­szy i oddzia­łu­jący na sil­niej­sze, uod­por­nione jed­nostki — jedy­nie degra­do­wał umysł i wła­ści­wo­ści gene­tyczne. Mimo oło­wia­nych ochra­nia­czy kurz nie­wąt­pli­wie dzień po dniu osia­dał na skó­rze i prze­do­sta­wał się do wnę­trza Ricka. Nie­wiel­kie dawki plu­ga­wej nie­czy­sto­ści będą się w nim gro­ma­dziły dopóty, dopóki nie uda mu się wyemi­gro­wać. Jak dotąd comie­sięczne kon­trole medyczne potwier­dzały, że jest nor­ma­lem — męż­czy­zną zdol­nym do pro­kre­acji w gra­ni­cach okre­ślo­nych przez prawo. Jed­nakże każ­dego mie­siąca bada­nia te, prze­pro­wa­dzane przez leka­rzy z Komendy Poli­cji San Fran­ci­sco, mogły wyka­zać coś prze­ciw­nego. Za sprawą wszech­obec­nego pyłu dotych­cza­sowi nor­male wciąż zmie­niali się w nowe odmiany spe­cjali. Obie­gowe hasło, które wci­skały obec­nie pla­katy, reklamy tele­wi­zyjne i rzą­dowe ulotki przy­sy­łane pocztą, brzmiało: „Emi­gruj albo się dege­ne­ruj! Wybór należy do cie­bie!”. Zupeł­nie słusz­nie, pomy­ślał Rick, otwie­ra­jąc bramkę pro­wa­dzącą na jego małe pastwi­sko i zbli­ża­jąc się do elek­tro­nicz­nej owcy. Ale ja nie mogę emi­gro­wać, rzekł do sie­bie. Ze względu na moją pracę.

Zawo­łał go wła­ści­ciel przy­le­głego pastwi­ska, sąsiad z budynku — Bill Bar­bour. Tak jak Rick był już ubrany do pracy, ale rów­nież się zatrzy­mał, by spraw­dzić, jak się ma jego zwie­rzę.

— Moja klacz jest źrebna — oznaj­mił roz­pro­mie­niony Bar­bour. Wska­zał wiel­kiego per­sze­rona, który stał, patrząc tępo w prze­strzeń. — Co na to powiesz?

— Powiem, że wkrótce będziesz miał dwa konie — odparł Rick. Dotarł już do swo­jej owcy. Leżała, prze­żu­wa­jąc, wpa­try­wała się weń badaw­czo, spraw­dza­jąc, czy nie przy­niósł owsia­nych bułe­czek. Miała wmon­to­wany obwód owso­tro­piczny — widząc jaki­kol­wiek pro­dukt z tego zboża, zerwa­łaby się i pod­bie­gła do niego.

— Od czego zaszła twoja klacz? — zapy­tał Bar­bo­ura. — Od wia­tru?

— Kupi­łem tro­chę pla­zmy inse­mi­na­cyj­nej naj­wyż­szej jako­ści, jaką można zna­leźć w Kali­for­nii — poin­for­mo­wał go Bar­bour. — Dzięki pry­wat­nym zna­jo­mo­ściom w Sta­no­wym Biu­rze Zoo­tech­nicz­nym. Pamię­tasz, jak w ubie­głym tygo­dniu ich inspek­tor badał Judy? Bar­dzo chcą, żeby się oźre­biła, ona nie ma sobie rów­nych. — Bar­bour pokle­pał piesz­czo­tli­wie kark kla­czy, która pochy­liła głowę w jego stronę.

— Czy myśla­łeś kie­dy­kol­wiek o sprze­daży konia? — zapy­tał Rick. Marzył o tym, by mieć konia albo, na dobrą sprawę, jakie­kol­wiek zwie­rzę. Czuł, że posia­da­nie i opo­rzą­dza­nie imi­ta­cji w jakiś spo­sób stop­niowo go demo­ra­li­zuje. Mimo to, ze spo­łecz­nego punktu widze­nia, nie mając auten­tyku, tak wła­śnie powi­nien był postę­po­wać. Nie miał naj­mniej­szego wyboru, musiał to cią­gnąć. Nawet gdyby jemu na tym nie zale­żało, była jesz­cze żona. Iran zaś zale­żało — i to bar­dzo.

— Sprze­daż konia — odparł Bar­bour — byłaby nie­mo­ralna.

— No to sprze­daj źre­bię. Trzy­ma­nie dwóch zwie­rząt jest bar­dziej nie­mo­ralne niż nie­trzy­ma­nie żad­nego.

— O co ci cho­dzi? — spy­tał zasko­czony Bar­bour. — Wiele osób ma dwoje zwie­rząt, nawet troje, czworo, a Fred Wash­borne, wła­ści­ciel prze­twórni alg, w któ­rej pra­cuje mój brat, aż pię­cioro. Nie czy­ta­łeś we wczo­raj­szej „Chro­nicle” arty­kułu o jego kaczce? Przy­pusz­czają, że to naj­cięż­szy i naj­więk­szy okaz kaczki piż­mo­wej na Zachod­nim Wybrzeżu. — Jego oczy zaszkliły się marzy­ciel­sko na samą myśl, że mógłby mieć coś takiego.

Rick prze­szu­kał kie­sze­nie płasz­cza i wycią­gnął wymięty, wie­lo­krot­nie prze­glą­dany egzem­plarz stycz­nio­wego dodatku do „Kata­logu Zwie­rząt i Pta­ków Sid­neya”. Spoj­rzał do indeksu, zna­lazł źre­baki (patrz konie, potom­stwo) i wkrótce miał już naj­częst­sze kra­jowe oferty.

— Mogę kupić od Sid­neya źre­baka per­sze­rona za pięć tysięcy dola­rów — oznaj­mił.

— Nie, nie możesz — odparł Bar­bour. — Przyj­rzyj się jesz­cze raz, cena jest podana kur­sywą. To zna­czy, że nie mają żad­nego na skła­dzie, ale gdyby mieli, tyle wła­śnie by kosz­to­wał.

— Załóżmy — powie­dział Rick — że przez dzie­sięć mie­sięcy będę ci pła­cić po pięć­set dola­rów. Dosta­niesz pełną cenę kata­lo­gową.

— Zupeł­nie się nie orien­tu­jesz, Dec­kard, jak wygląda sprawa z końmi — rzekł z poli­to­wa­niem Bar­bour. — To nie przy­pa­dek, że Sid­ney nie ma żad­nego źre­baka nawet po cenach kata­lo­go­wych. Są rzad­ko­ścią, rów­nież te sto­sun­kowo gor­szej jako­ści. — Prze­chy­lił się, gesty­ku­lu­jąc, przez ogro­dze­nie. — Mam Judy od trzech lat i cały ten czas nie widzia­łem kobyły tej rasy, która mogłaby się z nią rów­nać. Aby ją zdo­być, musia­łem lecieć do Kanady i przy­wieźć ją tu samemu, by mieć pew­ność, że jej nie ukradną. Poka­żesz się z takim zwie­rzę­ciem gdzieś w Colo­rado czy Wyoming i roz­walą ci głowę, żeby je zdo­być. Wiesz dla­czego? Bo już przed OWŚ było ich zale­d­wie kil­ka­set…

— Ale to, że masz dwa konie — prze­rwał mu Rick — a ja nie mam żad­nego, pod­waża fun­da­menty teo­lo­gicz­nej i moral­nej struk­tury mer­ce­ry­zmu.

— Prze­cież masz swoją owcę. Do licha, możesz pro­wa­dzić Wspi­naczkę w życiu oso­bi­stym i kiedy ujmu­jesz dwa uchwyty empa­tii, przy­stę­pu­jesz do tego uczci­wie. Oczy­wi­ście, gdy­byś nie miał tej swo­jej owcy, mógł­bym dostrzec pewne logiczne prze­słanki two­jego sta­no­wi­ska. Natu­ral­nie, gdy­bym miał dwoje zwie­rząt, a ty nie miał­byś żad­nego, w jakiś spo­sób przy­czy­niał­bym się do odbie­ra­nia ci moż­li­wo­ści praw­dzi­wego zespo­le­nia z Mer­ce­rem. Ale każda rodzina w tym budynku — pocze­kaj… około pięć­dzie­się­ciu, jedna na trzy miesz­ka­nia, jeśli dobrze liczę — każde z nas ma jakieś zwie­rzę. Gra­ve­son trzyma tam kur­czaka. — Wska­zał na pół­noc. — Oakes z żoną mają tego dużego rudego psa, który szczeka nocami. — Zamy­ślił się. — Mam wra­że­nie, że Ed Smith trzyma w miesz­ka­niu kota. W każ­dym razie tak utrzy­muje, choć nikt go jesz­cze nie widział. Moż­liwe, że tylko udaje.

Rick pod­szedł do swo­jej owcy i pochy­lił się nad nią. Grze­bał w gęstej bia­łej weł­nie — przy­naj­mniej runo było praw­dziwe — aż wresz­cie zna­lazł to, czego szu­kał: ukryty mały pul­pit ste­row­ni­czy. Czu­jąc na sobie wzrok Bar­bo­ura, otwo­rzył pokrywę pul­pitu, odsła­nia­jąc wnę­trze.

— Widzisz? — rzekł do sąsiada. — Teraz rozu­miesz, dla­czego tak bar­dzo chcę mieć two­jego źre­baka?

— Bie­daku — Bar­bour ode­zwał się po krót­kiej prze­rwie. — Czy zawsze tak było?

— Nie — odparł Rick, zamy­ka­jąc pokrywę. Wypro­sto­wał się, odwró­cił i spoj­rzał sąsia­dowi pro­sto w oczy. — Począt­kowo mia­łem praw­dziwą owcę. Dał nam ją mój teść, tuż przed tym, jak wyemi­gro­wał. A póź­niej, mniej wię­cej rok temu, pamię­tasz, kiedy wzią­łem ją do wete­ry­na­rza — byłeś tu tego ranka. Przy­sze­dłem i zoba­czy­łem, że leży na boku i nie może się pod­nieść.

— Posta­wi­łeś ją na nogi — przy­po­mniał sobie Bar­bour i ski­nął głową. — Tak, udało ci się ją pod­nieść, ale cho­dziła tylko minutę albo dwie i znowu upa­dła.

— Owce cier­pią na dziwne cho­roby — powie­dział Rick. — Albo ujmę to ina­czej: owce zapa­dają na wiele cho­rób, ale objawy są zawsze takie same — owca nie może się pod­nieść i nie spo­sób oce­nić, jak bar­dzo to jest poważne, czy skrę­ciła nogę, czy zdy­cha na tężec. Moja padła wła­śnie na tężec.

— Tężec? Tutaj? — zapy­tał Bar­bour. — Na dachu?

— Siano — wyja­śnił Rick. — Nie wyją­łem wtedy z beli wszyst­kich kawał­ków drutu. Jeden został i Gro­ucho — tak ją nazy­wa­li­śmy — zadra­pała się i w ten spo­sób zara­ziła tęż­cem. Zabra­łem ją do wete­ry­na­rza i zde­chła. Długo o tym myśla­łem, aż wresz­cie zadzwo­ni­łem do jed­nego z tych zakła­dów, w któ­rych pro­du­kują sztuczne zwie­rzęta, i posła­łem im foto­gra­fię Gro­ucho. Zro­bili mi to. — Wska­zał leżący erzac zwie­rzę­cia, który w dal­szym ciągu prze­żu­wał uważ­nie, wciąż wycze­ku­jąc na jaki­kol­wiek ślad owsa. — Wspa­niała robota. I poświę­cam jej rów­nie wiele czasu, opie­kuję się rów­nie tro­skli­wie, jak wtedy, gdy była praw­dziwa. Ale… — Wzru­szył ramio­nami.

— To nie to samo — skoń­czył za niego Bar­bour.

— Ale pra­wie. Czuje się przy tym to samo. Wciąż trzeba bar­dzo na nią uwa­żać, jak wtedy, kiedy była naprawdę żywa. W prze­ciw­nym razie popsuje się i wszy­scy w całym domu się zorien­tują. Musia­łem sześć razy wozić ją do warsz­tatu. Prze­waż­nie były to drobne usterki, ale gdyby ktoś je zoba­czył — na przy­kład, gdy się zerwała czy zaplą­tała taśma i owca beczała bez prze­rwy — mógłby się zorien­to­wać, że to mecha­nizm, urzą­dze­nie. Cię­ża­rówka z warsz­tatu napraw­czego — dodał — jest oczy­wi­ście ozna­ko­wana „Jakaś­tam kli­nika dla zwie­rząt”. I kie­rowca ubrany jest jak wete­ry­narz, cały na biało. — Nagle spoj­rzał na zega­rek, przy­po­mniaw­szy sobie, że na niego czas. — Muszę iść do pracy — rzekł do Bar­bo­ura. — Zoba­czymy się wie­czo­rem.

Gdy ruszył w stronę swo­jego pojazdu, Bar­bour zawo­łał za nim pośpiesz­nie:

— Hej! Nic nie powiem żad­nemu z sąsia­dów!

Rick zatrzy­mał się, żeby podzię­ko­wać, ale nagle poczuł, jak dotyka go jakaś cząstka tej roz­pa­czy, o któ­rej mówiła Iran, i rzekł:

— Bo ja wiem? Może to nie ma żad­nego zna­cze­nia…?

— Ale prze­cież będą patrzeć na cie­bie z góry. Nie wszy­scy, ale nie­któ­rzy tak. Wiesz, co ludzie myślą, gdy ktoś nie opie­kuje się zwie­rzę­ciem. Uwa­żają to za nie­mo­ralne i nie­em­pa­tyczne. Oczy­wi­ście teo­re­tycz­nie to nie jest prze­stęp­stwo, tak jak tuż po OWŚ, ale emo­cje pozo­stały te same.

— O Boże — powie­dział zre­zy­gno­wany Rick i mach­nął ręką. — Prze­cież chcę mieć zwie­rzę. Pró­buję je kupić. Ale przy mojej pen­sji, przy zarob­kach miej­skiego urzęd­nika… — Gdyby, pomy­ślał, znowu mi się poszczę­ściło w pracy. Tak jak dwa lata temu, kiedy udało mi się w jed­nym mie­siącu upo­lo­wać cztery andki. Gdy­bym wtedy wie­dział, pomy­ślał, że Gro­ucho zdech­nie… ale to było przed tęż­cem. Przed tym dwu­ca­lo­wym, ostrym jak igła kawał­kiem drutu.

— Możesz kupić kota — zapro­po­no­wał Bar­bour. — Koty są tanie, sprawdź w swoim Sid­neyu.

— Nie chcę domo­wego zwie­rzątka — odparł cicho Rick. — Chcę mieć to, co mia­łem poprzed­nio: duże zwie­rzę. Owcę albo, jeżeli uda mi się zdo­być pie­nią­dze, krowę, wołu czy jak ty, konia. — Nagroda za pięć and­ków by wystar­czyła, uzmy­sło­wił sobie. Po tysiąc dola­rów od sztuki, dodat­kowy dochód poza pen­sją. A wtedy mógł­bym dostać od kogoś to, czego pra­gnę. Nawet jeżeli w „Zwie­rzę­tach i Pta­kach Sid­neya” wydru­ko­wali cenę kur­sywą. Pięć tysięcy dola­rów — ale, pomy­ślał, naj­pierw te pięć and­ków musi się dostać na Zie­mię z któ­rejś pla­nety kolo­nii. Nie mam na to wpływu, nie mogę ich zmu­sić, by tu przy­le­ciały, a nawet gdy­bym mógł, są jesz­cze inni łowcy, któ­rzy na całym świe­cie współ­pra­cują z poli­cją. Andki musia­łyby spe­cjal­nie upodo­bać sobie pół­nocną Kali­for­nię, a star­szy łowca w tym rejo­nie, Dave Hol­den, musiałby aku­rat umrzeć albo się wyco­fać.

— Kup sobie świersz­cza — zapro­po­no­wał Bar­bour dow­cip­nie. — Albo mysz. Hej, za dwa­dzie­ścia pięć zie­lo­nych możesz sobie kupić doro­słą mysz.

— Twój koń może nie­spo­dzie­wa­nie zdech­nąć — odparł Rick — tak jak zde­chła moja Gro­ucho. Kiedy wró­cisz wie­czo­rem z pracy do domu, możesz zna­leźć swoją kobyłę leżącą na grzbie­cie, z nogami wycią­gnię­tymi w górę jak chra­bąszcz. Jak ten świerszcz, o któ­rym mówi­łeś.

— Prze­pra­szam, jeżeli cię ura­zi­łem — ner­wowo powie­dział Bar­bour.

Rick Dec­kard w mil­cze­niu otwo­rzył drzwiczki swego hovera. Nie miał już nic do powie­dze­nia sąsia­dowi, myślał o swo­jej pracy, o cze­ka­ją­cym go dniu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij