Błękitny Karbunkuł - ebook
Błękitny karbunkuł to jedno z najbardziej lubianych opowiadań Arthura Conana Doyle'a z cyklu Przygody Sherlocka Holmesa — świąteczna zagadka kryminalna, która zaczyna się od zgubionego kapelusza i bożonarodzeniowej gęsi. Drugiego dnia po świętach doktor Watson zastaje Holmesa przy Baker Street nad dziwnym trofeum: sfatygowanym melonikiem porzuconym na ulicy przez niejakiego Henry'ego Bakera. Gdy w wolu gęsi znajduje się bezcenny błękitny karbunkuł — klejnot skradziony hrabinie Morcar w hotelu Cosmopolitan — Sherlock Holmes rusza tropem, który wiedzie przez targ w Covent Garden i londyńskie zaułki. Za kratami czeka niewinny John Horner, a prawdziwy złodziej wciąż jest na wolności. Klasyka literatury detektywistycznej w mistrzowskim wydaniu: dedukcja, humor i zaskakujące, głęboko ludzkie zakończenie. Wydanie uwspółcześnione na podstawie anonimowego tłumaczenia z 1907 roku (Jan Fiszer, Warszawa, 1907).
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368914719 |
| Rozmiar pliku: | 694 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zastałem go leżącego na sofie, otulonego w ciepły szlafrok koloru purpurowego, pośród całego stosu gazet. Obok sofy stało drewniane krzesło, a na jego poręczy wisiał jakiś stary, bardzo zniszczony, obrzydliwy kapelusz ze sztywnego filcu, załamany już w paru miejscach i niezdatny do użytku. Lupa i pinceta, leżące na siedzeniu krzesła, wskazywały jasno, że Holmes prowadził nad tym kapeluszem jakieś szczegółowe badania.
– Jesteś zajęty? – spytałem. – Może ci przeszkadzam?
– Wcale nie. Będzie mi nawet bardzo przyjemnie móc pomówić ze znajomym człowiekiem o wynikach badania, które, jak widzisz, prowadzę. Przedmiot bardzo zwyczajny – rzekł, wskazując kapelusz palcem – ale drobne okoliczności, które się z nim wiążą, nie są pozbawione interesu, a nawet są pouczające.
Usiadłem przed kominkiem w wygodnym fotelu i zacząłem grzać ręce, mróz bowiem był siarczysty, a na szybach osiadła od zewnątrz gruba powłoka szronu.
– Zapewne kryje się za tym tak zwykłym przedmiotem, wyglądającym na pozór spokojnie, jakaś historia niezwykłej zbrodni czy przestępstwa – zauważyłem – a ty swoim zwyczajem szukasz drogi do jej wykrycia i ukarania.
– Nie, nie! Nie ma tu żadnej zbrodni! – roześmiał się Holmes. – To jeden z tych drobnych, a jednak oryginalnych wypadków, które trafiają się i trafiać się muszą codziennie tam, gdzie na ciasnej przestrzeni paru mil kwadratowych roi się kilka milionów ludzi. W takich stosunkach, wikłających się i plączących ustawicznie, zawsze jest miejsce na niejedną zagadkę, a jej rozwiązanie, choć nie ma nic wspólnego ze zbrodnią, bywa jednak często dość interesujące. Nie pierwszy raz zresztą spotykam się z czymś takim i myślę, że i to zdarzenie zaliczyć można do kategorii wypadków niewinnych i nieszkodliwych. Wszak znasz posłańca Petersona.
– Znam, istotnie.
– Do niego właśnie należą te trofea.
– Ten kapelusz?
– To znaczy: on go znalazł. Właściciel jest tymczasem nieznany. Otóż zechciej uważać to nakrycie głowy nie za kawałek brudnego i zniszczonego filcu, ale po prostu za probierz naszej bystrości w odgadywaniu rzeczy nieznanych. Przede wszystkim jednak wysłuchaj, jak się cała ta sprawa miała. Kapelusz ten, widzisz, złożył nam uszanowanie rankiem w Boże Narodzenie w towarzystwie wybornej, tłuściutkiej gąski, która prawdopodobnie piecze się w tej chwili w kuchni u Petersona. Było to tak: około czwartej nad ranem w dzień Bożego Narodzenia szedł sobie Peterson – jak ci wiadomo, bardzo przyzwoity to chłopiec – do domu po niewielkiej zabawie z kolegami. Na Tottenham Court Road zauważył w niepewnym świetle latarni gazowych jakiegoś człowieka, idącego przed nim nieco chwiejnym krokiem i niosącego na ramieniu białą, zabitą gęś. Człowiek ten na rogu Goodge Street wdał się w sprzeczkę z gromadką uliczników. Jeden z nich strącił mu kapelusz z głowy. Nieznajomy podniósł na to laskę i, chcąc uderzyć napastnika, trafił w szybę bogatego sklepu obok, którą naturalnie wybił. Peterson przyspieszył właśnie kroku, aby mu przyjść z pomocą. Nieznajomy jednak widocznie bardzo przeraził się skutków swojej niezręczności i wziął go za konstabla, gdyż czym prędzej zemknął, zostawiając na polu bitwy ów kapelusz i tłustą gąskę, która w zapale walki spadła mu z ramienia. Zniknął w labiryncie przyległych ciasnych uliczek, podobnie jak i ulicznicy. Peterson został panem placu boju i uznał trofea, jakie tam pozostały, to jest kapelusz i gęś, za swój prawowity łup.
– No i naturalnie oddał tę gęś właścicielowi?