Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Błękitny zamek - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2022
E-book: EPUB,
19,99 zł
Audiobook
24,90 zł
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Błękitny zamek - ebook

Valancy, mimo swoich 29 lat, tak naprawdę nigdy nie rozpoczęła życia na własną rękę. Mieszka w starym domu z surową matką i ciotką, które bardzo ograniczają jej swobodę, a zarazem wyśmiewają się z jej staropanieństwa. Wszystko zmienia się, gdy dziewczyna dostaje od lekarza diagnozę, która brzmi jak wyrok - został jej rok życia. Valancy stawia wszystko na jedną kartę, wyzwala się z krępujących konwenansów i opuszcza dom rodzinny, by zamieszkać u awanturnika, Ryczącego Abla. Opiekuje się tam jego wykluczoną ze społeczeństwa umierającą córką, a przy okazji poznaje intrygującego mężczyznę. Dokąd doprowadzą Valancy te zmiany? Idealna lektura dla dorosłych miłośniczek "Ani z Zielonego Wzgórza".

Kategoria: Poradniki
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-87-283-6793-3
Rozmiar pliku: 381 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gdyby nie to, że padał deszcz pewnego marcowego poranka, całe życie Joanny Stirling potoczyłoby się inną koleją. Poszłaby wraz ze wszystkimi członkami swego rodu na rocznicę ślubu do cioci Wellington, a doktór Trent pojechałby do Montrealu. Ale deszcz lał jak z cebra i oto co się z tego powodu wydarzyło.

Joanna obudziła się wcześnie w tę martwą, przytłaczającą godzinę, która bezpośrednio poprzedza nastanie świtu. Niezbyt dobrze jej się spało. Nic dziwnego zresztą, że się źle sypia, kiedy się ma nazajutrz skończyć dwadzieścia dziewięć lat, a przy tym jest się wciąż panną, w środowisku, gdzie nie wychodzą za mąż tylko te, które po prostu nie mogą dostać męża.

Miasto Deerwood, jak i ród Stirlingów, od dawna pogodzili się z myślą, że Joanna pozostanie na zawsze beznadziejną starą panną. Lecz w sercu samej Joanny nie przestała nigdy tlić iskierka żałosnej, wstydliwej nadziei, że i ją ktoś jeszcze w życiu pokocha — aż do tego słotnego poranka, kiedy uprzytomniła sobie, że ma już dwadzieścia dziewięć lat i że dotychczas żaden mężczyzna nie ubiegał się o jej rękę.

Joanny nie martwiło znów tak bardzo, że zostanie sarą panną. Bądź co bądź, myślała sobie, zostać starą panną nie jest tak okropnie, jak wyjść za mąż za takiego wuja Wellingtona albo wuja Beniamina lub nawet wuja Herberta. W gruncie rzeczy bolało ją tylko to, że ani razu nie miała sposobności stać się czymś innym, niż starą panną, że nigdy nie pragnął jej żaden mężczyzna.

Leżała samotnie w rzednącym szarym półmroku i łzy gorące napływały jej do oczu. Chętnie rozpłakałaby się na dobre, ale nie chciała folgować sobie z dwuch względów. Po pierwsze obawiała się, że płacz może wywołać nowy patoksyzm bólu w okolicy serca. Jeden taki atak, ostrzejszy niż wszystkie dotychczasowe, miała już w chwili, gdy kładła się do łóżka. Po drugie bała się, że matka zauważy zaczerwienione oczy i zacznie się drobiazgowa, natrętna, dokuczliwa indagacja.

— Co by to było — pomyślała Joanna, gorzko się uśmiechając — gdybym powiedziała szczerą prawdę: płaczę, ponieważ nie mogę wyjść za mąż. Wyobrażam sobie, jak bardzo zgorszona byłaby matka, chociaż sama spala się ze wstydu, że córka jej jest starą panną. Ale oczywiście pozory muszą być zachowane. Joanna nieomal słyszała namaszczony, dyktatorski ton matki: „Nie wypada, aby panienka z dobrego domu myślała o mężczyznach”. Na samą myśl o minie, jaką zrobiłaby matka, Joanna parsknęła śmiechem — posiadała bowiem zmysł humoru, o który nie podejrzewał jej nikt z członków bliskiej i dalszej rodziny. W Joannie było w ogóle dużo cech, o które nikt jej nie podejrzewał. Przelotny śmiech szybko zamarł i po chwili Joanna znów leżała skulona, mała i żałosna, nasłuchując chlupotania deszczu za oknem i przypatrując się z niesmakiem, jak zimne, bezlitosne światło sączy się zwolna do jej brzydkiego, odrażajacego pokoju.

Brzydotę tego pokoju znała na pamięć i nienawidziła go z całego serca. Nienawidziła żółtej podłogi z jedy nym dywanikiem ręcznej roboty, na którym wyszyty był groteskowy pies, wiecznie szczerzący do niej zęby; odrapanego i pooranego szparami sufitu; firaneczki z brązowego papieru z czerwonymi wymalowanymi różami; poplamionego lustra z przecinającą je ukośną rysą i starych fotografii jeszcze starszych krewnych, dawno wyrugowanych z dolnych pokojów. Poza podobiznami przodków zdobiły ścianę tylko dwa obrazki. Jeden z nich był to stary oleodruk przedstawiający małe szczenię, leżące na progu pod rzesistą ulewą. Obrazek ten działał na Joannę deprymująco. Biedny, zbłąkany piesek, skulony na progu i smagany deszczem... Czemuż nie otworzy mu kto drzwi i nie wpuści do środka?

Drugi obrazek była to wyblakła rycina w tekturowej oprawie, wyobrażający królowę Ludwikę schodzącą zeschodów. Rycinę tę ofiarowała jej wspaniałomyślnie na urodziny ciocia Wellington, kiedy Joanna miała dziesięć wiosen. I od tego czasu przez dziewiętnaście lat przypatrywała się tej pięknej, wymuskanej, zadowolonej z siebie królowej Ludwice, nienawidząc ją z całego serca.

Co prawda, wszystkie pokoje w tym domu były brzydkie. Ale na dole starano się jako tako utrzymać pozory. Szkoda było jednak pieniędzy na pokoje, których nigdy nie pokazuje się gościom. Joannie zdawało się niekiedy, że mogłaby uczynić coś dla wyglądu swego pokoju nawet bez pieniędzy, gdyby jej tylko na to pozwolono. Lecz matka odrzucała z miejsca każdą nieśmiałą propozycję, a Joanna bała się nalegać. W ogóle Joanna nie miała nigdy zwyczaju nalegać. Po prostu bała się. Matka jej zaś nie znosiła żadnego sprzeciwu. Gdy czuła się obrażona, umiała całymi dniarni chodzić nadąsana z miną znieważonej księżniczki. Jedyną zaletą, jaką miał dla Jonny jej pokój, było to, że mogła w nim samotnie płakać o nocach.

Ale w gruncie rzeczy cóż to mogło szkodzić, że ma brzydki pokój, skoro używała go jedynie do spania i ubierania się? Nigdy nie pozwolonoby jej na pozostawanie w nim samej w jakimkolwiek innym celu. Ludzie, którzy chcieli być sami, w przekonaniu pani Fryderyki Strling i cioci Tekli, mogli tego pragnąć wyłącznie dla jakichś niegodziwych i podejrzanych zamiarów. Ale za to pokój, który miała w Błękitnym Zamku, wyposażony był we wszystko, co łączy się z pojęciem piękna. Bo Joanna, która czuła się tak zahukana, wylękniona i ujarzmiona w rzeczywistym życiu, pędziła niezwykle okazały i wystawny żywot w swych marzeniach na jawie. Nie domyślał się tego nikt z rodu Stirlingów, a już najmniej ze wszystkich—matka i ciocia Tekla. Nikomu z nich nie śniło się nawet, że Joanna ma dwa domy—brzydką budę z czerwonej cegły przy Elm Street oraz Błękitny Zamek w Hiszpanii. Od kiedy pamiętała — duszą żyła zawsze w Błękitnym Zamku. Była jeszcze małym skrzatem, gdy ją to opętało. Ilekroć zamykała powieki, mogła go oglądać zupełnie wyraźnie. Oto był — najeżony basztami i wieżyczkami, wznoszący się na szczycie urwistego wzgórza i owiany błękitną tajemniczą mgłą na tle zaróżowionego nieba dalekiej czarodziejskiej krainy. Wszystko co jest pięknego i cudownego na świecie. znajdowało się w tym zamku. Klejnoty, które zdobiły królewskie czoła; szaty z purpury i blasku księżycowego; łoża z róz i złatoowiu; szerokie marmurowe schody z wielkimi białymi urnami i cicho stąpającymi smukłymi dziewicami w białych powiewnych szatach; dziedzińce okolone marmurowymi filarami, gdzie tryskały lśniące fontanny i śpiewały wśród mirtowych krzaków słowiki; zwierciadlane sale, gdzie lustra ukazywały wyłacznie odbicie pięknych rycerzy i prześlicznych kobiet. Wśród nich ona sama była najśliczniejsza i mężczyźni zabijali się dla jej uśmiechu. Wspaniałe zabawy i uczty, które przeżywała po nocach w wyobraźni, były dla Joanny jedynym urozmaiceniem, które dodawało jej sił do znoszenia beznadziejnej nudy szarego, monotonnego życia. Większość rodziny Stirlingów skamieniałaby chyba ze zgrozy, gdyby dowiedziała się choćby połowy tego, co roiło się w głowie Joanny.

Wystarczy powiedzieć, że miała w swym Błękitnym Zamku sporą gromadkę wielbicieli. Najpiękniejszy z nich adorował ją z całym romantycznym zapałem tej rycerskiej epoki i zdobywał jej miłość dopiero po długotrwałej służbie i licznych bohaterskich czynach, a w końcu poślubiał ją z niewykłym przepychem i okazałością, w ogromnej, chorągwiami udekorowanej kaplicy.

Gdy miała lat dwanaście, ideał ten był jasnowłosym paziem o złotych kędziorach i oczach modrych jak niebo. Gdy ukończyła lat piętnaście, był on wysoki, ciemny i blady, ale wciąż jeszcze bezwarunkowo piękny. W dwudziestym roku życia, był on ascetyczny, marzycielski, uduchowiony. Gdy skończyła dwadzieścia pięć, ulubieniec jej miał mocno zarysowany, trochę zacięty podbródek, a twarz surową raczej, niż piękną. W Zamku Joanna nie miała nigdy więcej, niż dwadzieścia pięć lat, ale ostatnio, całkiem ostatnio, ideał jej otrzymał kasztanowatą czuprynę, smutny uśmiech i tajemniczą przeszłość.

W tym przełomowym dniu sewgo życia Joanna nie mogła jednak odnaleźć klucza do Błękitnego Zamku. Rzeczywistość zbyt silnie na nią napierała, następując jej na pietv i ujadaiac. jak rozwścieczony kundel. Miała dwadzieścia dziewięć lat i była przy tym samotna, niekochana, brzydka—jedyna niepozorna dziewczyna w przystojnej na ogół rodzinie, pozbawiona zarówno przeszłości widoków na przyszłość. Jak daleko sięgnąć mogła pamięcią wstecz, życie jej zawsze było nudne i bezbarwne, bez jednego szkarłatnego czy purpurowego promyka. Jak daleko sięgnąć mogła wzrokiem naprzód, wydawało się jej rzeczą pewną, że zawsze będzie to samo, aż dopóki nie zamieni się w zwiędłą staruszkę, uczepioną nagiej, uschniętej gałęzi życia. Chwila, w której kobieta dochodzi do wniosku, że nie ma już w imię czego żyć, ni w imię miłości, ni obowiązku, ni celu — jest dla niej gorsza niż śmierć.

— I pomyśleć, że muszę pędzić nadal ten żywot; że może mam jeszcze przed sobą osiemdziesiąt lat życia — pomyślała Joanna z przerażeniem. — Wszyscy Stirlingowie są strasznie długowieczni. Słabo mi się robi na samą myśl o tym.

Była zadowolona, że pada deszcz, a właściwie odczuwała z tego powodu jakąś ponurą satysfakcję. Doroczna uroczystość familijna dzisiaj się nie odbędzie. Ta uroczystość, którą ciocia i wuj Wellington (zawsze wymieniano ich w tej kolejności) wyprawiali z okazji rocznicy swoich zaręczyn, stała się ostatnio istną zmorą dla Joanny. Pech chciał, że w dniu tym przypadały również jej urodziny, i od chwili gdy przekroczyła dwudziesty piąty rok życia, nikt nie dawał jej o tym zapomnieć.

Lecz chociaż chodzenie na uroczystości familijne było dla niej istną katuszą, to jednak nigdy przez myśl jej nawet nie przyszło zbuntować się przeciwko temu. Joanna nie miała w sobie ani odrobiny ducha buntowniczego. A przecież doskonale z góry wiedziała, co jej powie każdy z obecnych tam gości. Wuj Wellington, którego nie cierpiała i którym gardziła, mimo, że osiągnął szczyt aspiracji każdego Stirlinga, żeniąc się z posagiem, zapyta ję ogłuszającym szeptem: „Nie myślimy jeszcze o zamązpójściu, serdeńko” — po czym wybuchnie głupawym rechocącym śmiechem, który stanowił zawsze niezmienny epilog jego „głębokich” uwag. Ciocia Wellington, która napawała Joannę jakimś zabobonnym strachem, będzie jej opowiadać o nowej szyfonowej sukni Oliwii i o ostatnim płomiennym liście narzeczonego Oliwii, Roberta. A Joanna będzie musiała robić tak zadowoloną i zainteresowaną minę, jak gdyby ta suknia i ten list były przeznaczone dla niej, w przeciwnym razie bowiem ciocia Wellington czułaby się dotkniętą. A Joanna dawno już zdecydowała, że woli raczej obrazić Boga, niż ciocię Wellington, ponieważ Bóg mógłby jej wybaczyć, a ciocia Wellington — nigdy.

Wujenka Alberta o wyjątkowej tuszy i niezwykle miłym zywczaju mówienia o swoim małżonku per „on”, jakby to była jedyna istota płci męskiej na tym padole, wciąż nie mogła zapomnieć o tym, że była kiedyś wielką pięknością i biadała nad ziemistą cerą Joanny:

— Nie rozumiem, dlaczego wszystkie dzisiejsze panny są takie opalone. Kiedy ja byłam panną, miałam cerę jak krew z mlekiem. Uchodziłam za najładniejszą dziewczynę w Kanadzie, moja droga.

Stryj Herbert może nic nie powie, a może zauważy żartobliwie: „Ależ ty tyjesz, Bullo”. Po czym całe towarzystwo gruchnie śmiechem z powodu tego niezwykle zabawnego przypuszczenia, że biedna, chudziutka Buba może w ogóle utyć.

Przystojny, napuszony stryj Jakub, którego Joanna nie lubiła, ale którego darzyła szacunkiem, ponieważ cieszył się opinią niezwykle mądrego i odgrywał z tego względu rolę wyroczni w rodzinie — (Stirlingowie na ogół nie grzeszyli nadmiarem rozumu) — rzuci z zabójzym sarkazmem, któremu zawdzięczał swoją sławę: — Jesteś pewnie ostatnio zajęta szykowaniem swojej wyprawy, co?

A wuj Beniamin będzie zabawiał zgromadzonych swoimi kiepskimi kalamburami i zagadkami, sam na nie pośpiesznie odpowiadając:

— Jaka jest różnica między urzędnikiem a starą panną? — Żadna, oboje czekają na pierwszego... On pierwszego każdego miesiąca, a ona na pierwszego, który jej się oświadczy.

Joanna słyszcła ten dowcip z ust wuja Beniamina już co najmniej z pięćdziesiąt razy i za każdym razem miała ochotę rzucić w niego jakimś ciężkim przedmiotem. Ale nigdy się na to nie zdobyła. Po pierwsze, w rodzinie Stirlingów to nie było przyjęte; po drugie wuj Beniamin był bogatym i bezdzietnym starym wdowcem, a Joanna została wychowana w duchu głębokiej czci dla jego pieniędzy. Gdyby go obraziła, mógłby ją skreślić ze swego testamentu, o ile w nim przypadkiem figurowała. A Joannie wcale się to nie uśmiechało. Przez całe życie cierpiała biedę i znała aż nadto dobrze jej gorycz. To też cierpliwie znosiła wujowe kalambury, a nawet przyjmowała je z wymuszonym, męczeńskim uśmiechem.

Stryjenka Izabela, prostolinijna i kłująca jak cierń, będzie ją za coś krytykować — za co, tego Joanna nigdy nie mogła przewidzieć z góry, albowiem stryjenka Izabela nie zwykła powtarzać dwa razy jednego zarzutu. Zawsze miała jakieś nowe żądło w pogotowiu. Stryjenka Izabela była dumna z tego, że mówi zawsze to, co myśli, ale sama nie była zbytnio zadowolona, gdy inni mówili jej, co o niej myślą.

Kuzynka Georginia będzie wyliczać wszystkich krewnych i znajomych, którzy zmarli od czasu ostatniej uroczystości fimilijnej i rozważać „na kogo teraz nadeszła kolej?”

A Oliwia, cudowne dziecko rodu Stirlingów, obdarzona tym wszystkim, czego Joanna była pozbawiona — urodą, powodzeniem, miłością — będzie obnosić swoje wdzięki, chełpić się powodzeniem i olśniewać brylantami.

O, tak! Joanna wiedziała co do joty, jakby wyglądała ta uroczystość familijna, to też błogosławiła deszcz, który ją od niej ocalił. W tym roku już się obchód nie odbędzie. Albowiem ciocia Wellington, o ile nie mogła wyprawić swej uroczystości w uświęconym dniu, rezygnowała z niej w ogóle. Chwała Ci za to, Boże, na wysokościach!

Skoro nie będzie obchodu, Joanna postanowiła, że jeżeli deszcz ustanie po południu, to uda się do biblioteki po nową książkę Johna Fostera. Joannie nie wolno było czytać powieści, ale książki Johna Fostera nie były powieściami. Były to książki „przyrodnicze”, jak mawiała właścicielka czytelni: „Wie pani, takie o lasach, ptakach, robakach i t. d.”. Dlatego lektura ta nie była zabroniona, choć i na nią patrzono dość podejrzliwym okiem, stawało się bowiem aż nadto widocznym, że Joanna jakoś za bardzo się nią delektuje. Dopuszczalną, a nawet chwalebną rzeczą było czytać książki budujące, krzepiące umysł i wiarę, ale lektura, która sprawiała uciechę, musiała być wysoce niebezpieczna. Joanna nie zdawała sobie sprawy, czy umysł jej został zbudowany, czy nie. Ale doznawała nieodpartego wrażenia że gdyby przeczytała książki Johna Fostera kilka lat wcześniej, to życie jej inaczej by wyglądało. Dostrzegła w nich przebłyski jakiegoś innego świata, do którego mogła niegdyś wejść, lecz którego podwoje były teraz na wieki przed nią zamknięta. Książki Johna Fostera pojawiły się na półkach księgarskich w Deerwood dopiero w ostatnim roku, aczkelwiek, jak Joanna słyszała od właścicielki, był on już od kilku lat słynnym pisarzem.

— Gdzie on mieszka? — zapytała bibliotekarkę.

— Nikt nie wie. Sądząc z jego dzieł, musi być Kanadyjczykiem, ale niczego więcej dowiedzieć się o nim nie można. Wydawcy milczą, jak zaklęci. John Foster — to prawdopodobnie pseudonim. Jego dzieła są rozchwytywane, choć osobiście nie wiem, co ludzie w nich widzą, że tak za nimi szaleją.

— Uważam, że są cudowne — rzekła Joanna nieśmiało.

— No tak — uśmiechnęła się pani Clarkson protekcjonalnie. — Nie powiem, aby mnie tak bardzo interesowały robaki. Ale w każdym razie trzeba przyznać, że Foster zna się na nich tak, że już lepiej chyba nie można.

Przeciez i Joannę robaki znów tak bardzo nie obchodziły. W dziełach Fostera oczarowała ją nie jego zdumiewająca wprost wiedza o życiu zwierząt i owadów. Trudno jej było określić, na czym właściwie polega urok jego książek. Wiedziała tylko, że miały w sobie wdzięk jakiejś dręczącej, nigdy nie ujawnionej tajemnicy — przebłysk nieznanego cudownego świata — echa krainę baśni i dziwów.

Tak, pójdzie po nową książkę Fostera. Już miesiąc mija, jak ma u siebie „Jesienne Liście”, więc matka nie będzie się mogła sprzeciwić. Przyczytała ją cztery razy i zna urywki całe na pamięć.

Pomyślała też, że musi jednak udać się do doktora Trenta i zapytać, co znaczy ten dziwny ból w okolicy serca. Ostatnio ataki stawały się coraz częstsze, przy czym towarzyszyła im gwałtowna palpitacja, zawrót głowy i nagły brak tchu. Ale czyż mogła pójść do lekarza, nikomu o tym nie mówiąc? Była to niezwykle zuchwała myśl. Żaden ze Stirlingów nie zwracał się nigdy po poradę do lekarza bez uprzedniego odbycia formalne rady fimilijnej i uzyskania aprobaty stryja Jakuba. Po czym każdy z nich szedł do doktora Ambrożego Marscha w Port Lawrence, kóry był mężem kuzynki Adelaidy Stirling.

Ale Joanna nie lubiła dra Marscha. Zresztą Port Lawrence oddalony był o piętnaście mil i nie mogła tam pojechać sama. A nie chciała, żeby ktokolwiek dowiedział się o jej sercu. Odrazu powstałby taki rwetes, że niech ręka boska broni. Każdy krewny z osobna przyszedłby wtrącić swoje trzy grosze, dawać jej cenne rady, ostrzegać i opowiadać straszne rzeczy o babkach, ciotkach i kuzynkach czterdziestego stopnia, które „miały akurat to samo” i „padły, proszę ciebie, trupem na miejscu, nie zdążywszy nawet pisnąć”.

Joanna postanowiła więc nikomu nic nie mówić i wybrać się jeszcze tego samego dnia do doktora Trenta, w tajemnicy przed swoimi. Co do honorarium, to miała w banku dwieście dolarów, które ojciec złożył na jej imię w dniu jej narodzin.

Dr Trent był starym, mrukliwym i roztargnionym jegomościem, z tych, co to sypią prawdę prosto z mostu, przy tym jednak uchodził za autorytet w zakresie chorób sercowych. Żaden Stirling nie przestąpił jego progu, od czasu, jak przed dziesięciu laty oświadczył kuzynce Lodzi, że jej newralgia jest całkowicie urojona i że ona się nią lubuje. Nie można popierać lekarza, który w tak niesłychany sposób ubliżył kuzynce pierwszego stopnia — pomijając już to, że ów lekarz był prezbiterianinem, podczas gdy wszyscy Stirlingowie chodzili do kościoła anglikańskiego. Ale Joanna, mając do wyboru pomiędzy szatanem zdrady wobec swego klanu a piekłem hałasu, trajkotania i ciotczynych rad — doszła do wniosku, że szatan jest mniejszym złem.ROZDZIAŁ DRUGI

Gdy ciocia Tekla zapukała do drzwi, Joanna wiedziała, że jest pól do ósmej i że musi wstać. Jak daleko sięgała pamięcią, ciocia Tekla zawsze pukała do jej drzwi o pół do ósmej. Ciocia Tekla i pani Fryderyka Stirling były już na nogach od siódmej, ale, Joannie wolno było w drodze szczególnej łaski leżeć o pół godziny dłużej. ze względu na utartą w rodzinie opinię, że jest ona delikatnego zdrowia. Joanna wstała, chociaż tego dnia jeszcze mniej na to miała ochoty, niż kiedykoliwek. Poco wstawać? Jeszcze jeden ponury dzień, jak wszystkie dotychczasowe, pełen niedorzecznych drobnych zajęć bez znaczenia, nie przynoszących nikomu radości, ani pożytku. Ale jeżeli nie wstanie zaraz, to nie będzie gotowa do śniadania o ósmej. Godziny posiłków przestrzegane były w domu pani Stirling niezwykle rygorystycznie i spóźnianie się nie było tolerowane. Joanna wstała więc, dygocąc z zimna.

W pokoju panował ostry, do kości przejmujący ziąb. Do niewzruszonych bowiem zasad pani Stirling należało, że po dwudziestym czwartym marca nie ma potrzeby palenia w piecu. Posiłki gotowało się na małej naftowej maszynce, która stała w przedsionku. I choćby marzec był nie wiem jak lodowaty, a w październiku panowały trzaskające mrozy — nie wolno było opalać mieszkania wpierw, jak dwudziestego pierwszego października na kalendarzu. Od tego dnia począwszy, pani Fryderyka zaczynała gotować na płycie kuchennej i co wieczór palono w bawialnym pokoju. W rodzinie szeptano sobie na ucho, że nieboszczyk pan Karol Stirling nabawił się grypy, która zakończyła się jego śmiercią, kiedy Joanna miała zaledwie jeden roczek, właśnie dlatego, że pani Fryderyka Stirling nie pozwoliła napalić w piecu w dniu dwudziestym października. Uczyniła to następnego dnia, ale dla nieboszczyka pana Karola Stirlinga było to niestety o jeden dzień za późno.

Joanna zdjęła i powiesiła w szafie swoją nocną koszulę z szorstkiego nie bielonego płótna z wysokim kołnierzem i długimi wąskimi rękawami. Następnie ubrała bieliznę tego samego typu, brązową, bawełnianą suknię, grube czarne pończochy i buty na gumowych obcasach.

Ostatnimi czasy przywykła czesać się przy spuszczonej rolecie. Rysy jej twarzy nie uwydatniały się wtedy w lustrze tak wyraźnie. Ale dziś pociągnęła zasłonę do samego szczytu i z rozpaczliwą determinacją przejrzała się w upstrzonym czarnymi plamkami, trędowatym lustrze. Postanowiła spojrzeć prawdzie odważnie w oczy.

Rezultat był, niestety, fatalny. Inna sprawa, że nawet największa piękność wypadłaby niekorzystnie w tym jaskrawym, rażącym świetle. Joanna ujrzała proste, czarne włosy, krótkie i rzadkie, stale pozbawione połysku, nie bacząc na to, że każdego wieczoru pocierała je szczotką nie mniej i nie więcej tylko dokładnie sto razy wedle przepisu i wytrwale wcierała sobie „eliksir do włosów” Redferna; ładne, proste, czarne brwi; nos, który wydawał się jej stanowczo za mały nawet na jej maleńką, trójkątną, bladą twarzyczkę; drobne, blade usta, stale rozchylone nieco i ukazujące małe, ostre, białe ząbki; figurę szczupłą i płaską, trochę poniżej średniego wzrostu. Uniknęła jakoś rodzinnych wystających policzkowych kości, ale jej ciemno-brązowe, łagodne oczy były zlekka skośne jak u Japonki. Pominąwszy oczy, nie była ani ładna, ani brzydka — ot, poprostu przeciętna, jak sama oceniała z goryczą. Och, jak wyraźnie odznaczały się w tym bezlitosnym świetle zmarszczki wokoło oczu i ust. I nigdy jeszcze jej wąska blada twarzyczka nie wyglądała tak wąsko i tak blado.

Włosy czesała do góry a la Madame Pompadour. Fryzura ta dawno przestała być modna, ale była nią wtedy, kiedy Joanna po raz pierwszy uczesała się do góry „na jeża” i ciocia Wellington postanowiła, że musi już zawsze być tak uczesana.

— Tylko w ten sposób jest ci do twarzy — oświadczyła tonem nie znoszącym sprzeciwu. Joanna marzyła o tym, żeby móc zaczesać włosy nisko na czoło i mieć loczki nad uszami tak samo jak Oliwia, ale nie miała odwagi zmienić rodzaju uczesania, narzuconego jej przez ciocię Wellington. Zresztą dużo było takich rzeczy, na które Joanna nie miała odwagi.

Całe życie bała się czegoś — pomyślała z goryczą. Od samego zarania dzieciństwa, kiedy to lękała się panicznie dużego czarnego niedźwiedzia, który mieszkał, jak twierdziła ciocia Tekla, w komórce pod schodami. Potem bała się złego humoru matki, bała się obrazić wuja Beniamina, bała się zjadliwych uwag stryjenki Izabelli, pogardliwego spojrzenia cioci Wellington, nagany wuja Jakuba, bała się urazić zapatrywania i przesądy całego rodu, bała się nie zachować pozorów, bała się powiedzieć to, co naprawdę o czymś myśli. Bała się nędzy na starość. Strach, strach i strach — nigdy nie mogła się przed nim uchronić.

Strach ją omoteł i obezwładnił, jak sieć potwornego pająka. Tylko w swym Błękitnym Zamku znajdowała chwilowe wytchnienie. Ale dziś rano nie mogła nawet uwierzyć, że posiada Błękitny Zamek. Zdawało się jej, że już go nigdy nie odzyska. Dwudziestodziewięcioletnia, nie kochana stara panna — có_?_ ona mogła mieć wspólnego z zaczarowaną królewną z Błękitnego Zamku? Musi wyzbyć się tych dziecinnych urojeń na zawsze i bez mrugnięcia spojrzeć w twarz rzeczywistości.

Odwróciła się od nieżyczliwego lustra i wyjrzała na dwór. Brzydota tego widoku uderzała ją zawsze niby obuchem: odrapany płot, stara waląca się rudera sąsiedniej posesji, oblepiona jaskrawymi niewybrednymi plakatami; w dali niechlujna stacyjka z poniewierającymi się wiecznie odpadkami i śmieciami. Przesłonięte sznurkami deszczu wszystko to wyglądało jeszcze ohydniej niż zwykle. Nigdzie ani cienia piękna. — Zupełnie jak moje życie — pomyślała Joanna, wzdychając. Lecz gorycz jej szybko minęła. Pogodziła się z faktami z taką samą rezygnacją jak zawsze. Należy do tej kategorii ludzi, których życie stale omija. Nie ma na to rady.

W tym nastroju zeszła Joanna na śniadanie.ROZDZIAŁ TRZECI

Na śniadanie jadło się wiecznie jedno i to samo. Kleik z kaszki owsianej, który budził w Joannie żywiołowy wstręt, grzanki z herbatą, oraz jedna łyżeczka marmelady. Pani Fryderyka uważała, że dwie łyżeczki marmelady to marnotrawstwo, ale to nie wiele obchodziło Joannę, która marmelady również nie cierpiała. Chłodna, ponura jadalnia była chłodniejsza i bardziej jeszcze ponura niż zazwyczaj; deszcz lał strugami za oknem. Zmarli Stirlingowie w okropnych złoconych ramach spozierali upiornym wzrokiem ze ścian. I w tych okolicznościach ciocia Tekla winszowała Joannie z okazji urodzin, życząc jej żeby dożyła wielu takich szczęśliwych dni.

— Siedź prosto, Buba — to wszystko, co jej powiedziała matka.

Joanna siedziała prosto. Rozmawiała z matką i ciocią Teklą o tym o czym się rozmawiało zawsze. Wiedziała doskonale, co by się stało, gdyby spróbowała mówić o czym innym, to też wolała wcale nie próbować.

Pani Fryderyka była urażona na Opatrzność, że zesłała taką pluchę akurat wtedy, kiedy ona chciała pójść na uroczystość, spożywała więc śniadanie w ponurym milczeniu, za które Joanna była jej nawet trochę wdzięczna. Ale ciocia Tekla biadoliła jak zwykle bez końca, narzekając na wszystko: na pogodę, na dziurę w śpiżarni, na ceny kaszy owsianej i masła — Joanna poczuła momentalnie że nasmarowała sobie grzankę stanowczo za rozrzutnie — na epidemię „świnki” w Deerwood.

— Buba na pewno nabawi się „świnki” — oświadczyła złowieszczym tonem.

— Buba nie powinna chodzić tam, gdzie można nabawić się „świnki” — orzekła krótko pani Fryderyka.

Joanna nigdy nie przechodziła „świnki”, ani wietrznej ospy, ani odry ani niczego innego, co powinna była by przechodzić wedle ponurych przepowiedni rodzinnych, tylko co zimę dostawała kataru. Katary Buby stały się czymś w rodzaju tradycji familijnej. Zdawało się, że nic nie może uchronić jej przed nimi, aczkolwiek pani Fryderyka i ciocia Tekla czyniły wszystko co było w ich mocy, aby im zapobiec. Raz przez całą zimę, od listopada do maja trzymały Bubę uwięzioną w domu, w ciepłej bawialni. Nie wolno jej było nawet pójść do kościoła. A Joanna, jak gdyby nigdy nic, dostawała kataru za katarem, a w czerwcu zakończyła „sezon” bronchitem.

– Czegoś podobnego nigdy w naszej rodzinie nie było — zauważyła pani Fryderyka, dając w ten sposób do zrozumienia, że skłonność tę odziedziczyła Buba po Stirlingach.

— Ja sądzę — oświadczyła pani Fryderyka — że jak ktoś postanawia sobie, że się nie przeziębi, to się nie przeziębi.

A więc w tym sęk. Joanna była sama wszystkiemu winna.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij