Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

BLER - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 września 2026
24,99
2499 pkt
punktów Virtualo

BLER - ebook

Bler budzi się w niezwykłym świecie utkanym ze wspomnień, marzeń i lęków. Nie wie, dlaczego się tam znalazła ani jak potężna siła drzemie w jej wnętrzu. Gdy nad krainą Aurory gromadzi się Ciemność, dziewczyna musi odkryć prawdę o sobie i zdecydować, czy odważy się walczyć o powrót do życia. „Bler” to pełna tajemnic opowieść fantasy o przyjaźni, nadziei i świetle, które można odnaleźć nawet w najgłębszym mroku.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 66 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

BLER

BLER

Rozdział 1 — Powrót do domu

_Marcin Brzeskowski_

ROZDZIAŁ 1

_Powrót do domu_

Człowiekiem zagubionym łatwo kierować. Wystarczy powtarzać tę samą opowieść wystarczająco długo, aż zacznie brzmieć jak prawda. Tak właśnie świat nadaje ludziom kierunek — czasem ku dobru, a czasem ku celom tych, którzy stoją wyżej.

Są ludzie prości w najpiękniejszym znaczeniu tego słowa. Tacy, którzy chodzą do pracy, do kościoła, żyją spokojnie i nie oczekują od świata zbyt wiele. Do szczęścia wystarcza im rodzina, dach nad głową i odrobina ciszy.

I może właśnie dlatego to oni bywają najbliżsi Bogu.

Każde życie wygląda inaczej. Każdy od narodzin rozpoczyna własną podróż — jedyną i niepowtarzalną. Jedni przeżyją ją w miłości, inni w samotności. Jedni zostawią po sobie wielkie rzeczy, inni tylko ciepłe wspomnienie w czyimś sercu. Ale wszystkie historie kończą się tak samo.

Powrotem do domu.

— A jeśli twoim najlepszym przyjacielem jesteś ty sam… to może jednak nie mówimy do siebie? Wiem, brzmi dziwnie, ale kiedy się nad tym zastanowić… ma to sens.

— Wiem, że jesteś. Bez ciebie byłoby smutno.

— Tak wiem. Ale ludzie… jest ich tylu. Rozejrzyj się. W sklepach, na ulicach, w samochodach, w telewizji. Praktycznie wszyscy, których widzisz lub słyszysz, należą do pokolenia, które umrze razem z tobą. Myślisz, że oni o tym wiedzą?

— Oczywiście. Jeśli mają czas o tym myśleć. A większość raczej nie ma. Są zbyt zajęci życiem „tu i teraz” albo planowaniem przyszłości, która nigdy nie jest pewna.

— Właśnie. A kiedy z nimi rozmawiasz, odnoszę wrażenie, jakby byli sami. Praca, pieniądze, polityka… ciągle mówią o rzeczach ważnych, ale niedotyczących ich bezpośrednio. Narzekają na wszystko, choć często mają dokładnie to, czego chcieli. Dziwne, prawda?

— Problemem są pieniądze. To one rządzą tym światem.

— Tak… ale system również ich ogranicza. Zmusza ludzi do posiadania coraz większej ilości rzeczy. Problem w tym, że rzeczy materialne zachwycają tylko na chwilę. Później stają się zwyczajne. Dla jednych szczęściem jest rodzina i spokojny dom. Dla innych sława, firma albo wielkie pieniądze. Jedni marzą o tym, by zostać sportowcami, inni naukowcami… i czasem naprawdę im się udaje.

— Tylko że świat jest podzielony. Są kraje biedne i bogate. Nie wszyscy mają równe szanse.

— To prawda. A mimo to czasami ktoś, kto nie ma prawie nic, potrafi być szczęśliwszy od milionera stojącego nad krawędzią własnego życia. Ludzie nie rozumieją jednej rzeczy — Ziemia jest jedna, a żyje na niej jedna rasa. Ludzie. I mimo tego wciąż nie potrafią żyć ze sobą w zgodzie.

— Więc może czas pokazać im, że nie są sami.

— Sami? Nigdy nie są sami. Życie to dar. Popatrz — masz teraz mnie obok siebie. Słyszysz mnie, choć nawet nie wiesz, że jestem z tobą przez całe twoje życie.

Zapadła cisza.

— Czy to nie dziwne? Kiedy myślisz, słyszysz głos, choć nikt nie mówi go na głos. Rozmawiasz… mimo że nie poruszasz ustami.

— Tak czy inaczej… czas już iść.

— Co?

— Od dwudziestu minut walczą o twój oddech. Czas wracać do domu.

— Do domu…?

Krzyk i panika ogarnęły mnie w chwili, gdy otworzyłam oczy.

Pędziłam przez pustynię w dziwnym pojeździe przypominającym samochody z postapokaliptycznych filmów. Metalowe blachy trzęsły się przy każdym podskoku, ogromne koła wyrzucały za nami tumany piasku, a silnik ryczał tak głośno, że ledwo słyszałam własne myśli.

Auto mknęło przez piaszczyste wzgórza z niewiarygodną prędkością.

W oddali widziałam ogromną jamę w skale, do której prowadziła wąska droga. Jeszcze dalej szalało gigantyczne tornado piaskowe. Obok niego wirował wielki, ciemny obiekt przypominający statek kosmiczny.

„Kosmici…” — przemknęło mi przez głowę.

Za kierownicą siedziała młoda dziewczyna. Mogła mieć najwyżej osiemnaście lat. Miała wielkie gogle na czole, niebieskie oczy i usta o nienaturalnym, błękitnym kolorze.

Obok niej siedział starszy mężczyzna — prawie łysy, ubrany w lotniczy kombinezon. Na nosie miał stare okulary ochronne, które wyglądały absurdalnie w całym tym chaosie.

Ja stałam z tyłu pojazdu, kurczowo trzymając się metalowej poręczy.

Nagle dziewczyna krzyknęła:

— Santo! Nie zdążymy! Zaraz nas porwie!

Starzec nawet się nie odwrócił.

— Dodaj gazu, Arijel!

Silnik zawył jeszcze głośniej.

Zastanawiało mnie jedno — czy oni w ogóle wiedzieli, że tu jestem?

Wiatr stawał się coraz silniejszy. Tornado zbliżało się do góry z jamą, a wirujący statek wydawał z siebie wysoki, metaliczny pisk.

I wtedy wydarzyło się coś dziwnego.

Statek nagle wystrzelił w niebo z ogromną prędkością, znikając gdzieś pomiędzy chmurami. W tej samej chwili tornado zaczęło się rozpływać, jakby nigdy nie istniało.

Auto zatrzymało się gwałtownie.

Byliśmy może pięćset metrów od wejścia do jamy.

Dziewczyna wyskoczyła z pojazdu i roześmiała się radośnie.

— Odlecieli, Santo!

Odwróciła się nagle w moją stronę i zmrużyła oczy.

— A ty co? Też tu jesteś? Mogłaś coś powiedzieć.

Patrzyłam na nią kompletnie oszołomiona.

Skąd ona mnie znała?

Gdzie ja byłam?

I dlaczego niczego nie pamiętałam?

— Dawaj, Bler! Jedziemy do góry! — krzyknęła.

Nie od razu odpowiedziałam. To imię zabrzmiało obco, a jednak poruszyło we mnie coś znajomego.

— Bler? Nie nazywam się tak.

Arijel uśmiechnęła się szeroko.

— A niby jak?

Starszy mężczyzna spojrzał na mnie kątem oka.

— Jak zwykle maruda…

— Maruda?! — oburzyłam się. — Możecie mi wreszcie powiedzieć, co się tu dzieje?!

Arijel wskoczyła z powrotem za kierownicę.

— Wszystko ci wyjaśnię. Ale najpierw musimy schować się przed burzą.

Chwyciła kierownicę i krzyknęła z entuzjazmem:

— Jedziemy! Juhu!

Samochód ruszył gwałtownie.

Siedziałam z tyłu, próbując zrozumieć cokolwiek.

Nic nie pamiętałam.

Nie wiedziałam, kim są ci ludzie.

Nie wiedziałam nawet, skąd się tam wzięłam.

A najgorsze było to, że jakaś część mnie zaczynała podejrzewać prawdę.

Może naprawdę umarłam.

Droga prowadziła coraz wyżej. Góra rosła przed nami z każdą sekundą, ale coś było nie tak.

Z daleka wejście do jamy wydawało się ogromne.

Teraz wyglądało na małe, ciasne przejście — może dwa metry wysokości i metr szerokości.

Auto zatrzymało się tuż przed ciemnym otworem.

Arijel i Santo wyskoczyli bez słowa i wbiegli do środka.

Zostałam sama.

Powoli wysiadłam z pojazdu i spojrzałam za siebie.

Pustynia była teraz zupełnie cicha.

Daleko na horyzoncie unosiła się dziwna mgła. A potem zobaczyłam coś jeszcze.

Ogromny cień.

Znacznie większy niż całe wzgórze.

Sylwetka przypominająca gigantyczną postać powoli wynurzała się zza wydmy.

Zamarłam.

Serce waliło mi jak oszalałe.

Nagle z ciemnego wejścia do góry wychyliła się Arijel.

— Ej! Długo będziesz tam stała? Chodź do środka!

Spojrzałam jeszcze raz na gigantyczny cień.

Potem na nią.

I wybuchnęłam nerwowym śmiechem.

— „Chodź do środka”… serio?!

Arijel tylko wyciągnęła rękę.

— Zaufaj mi, Bler.

Wahałam się kilka sekund.

A potem złapałam ją za dłoń i weszłam w ciemność.

W środku panowała całkowita ciemność.

Przez pierwsze sekundy nie widziałam absolutnie nic. Czułam jedynie chłodne powietrze i dłoń Arijel zaciskającą się na mojej ręce.

— Uważaj na głowę — rzuciła spokojnie.

Po chwili gdzieś z przodu pojawiło się błękitne światło.

Santo.

Starzec szedł kilka metrów przed nami, trzymając w dłoni coś przypominającego latarkę. Światło jednak nie było zwyczajne. Nie miało żółtej barwy jak ogień czy lampy. Było zimne, jasnoniebieskie, niemal mleczne.

Ściany tunelu wyglądały dziwnie.

Nie przypominały skały.

Bardziej coś żywego.

Jakbyśmy szli wnętrzem ogromnego organizmu.

Przesunęłam dłonią po ścianie. Była miękka i ciepła.

Natychmiast cofnęłam rękę.

— Co to za miejsce? — zapytałam cicho.

Arijel spojrzała na mnie przez ramię.

— Przejście.

— Dokąd?

Uśmiechnęła się lekko.

— To zależy od ciebie.

Świetnie.

Kolejna odpowiedź, która nic nie wyjaśniała.

Szliśmy dalej w ciszy. Kroki odbijały się echem od ścian, a tunel zdawał się nie mieć końca.

Po jakimś czasie odezwałam się znowu:

— To coś na zewnątrz… ten statek… tornado… i ten cień za wydmą… co to było?

Arijel przez chwilę milczała.

— W co wierzyłaś za życia?

Nie rozumiałam, do czego zmierza.

— Co?

— No właśnie. W kosmitów? Potwory? Duchy? Boga? Koniec świata?

Poczułam dziwny ciężar w żołądku.

— Chyba… we wszystko po trochu.

Arijel roześmiała się cicho.

— No to widziałaś odpowiedź.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

— Chcesz mi powiedzieć, że tam na zewnątrz były rzeczy z mojej głowy?

— Nie tylko z głowy — odpowiedziała spokojnie. — Z lęków. Wspomnień. Wyobrażeń. Wiary. Wszystkiego, co nosiłaś w sobie.

Poczułam dreszcz.

— A ten cień?

Arijel spojrzała gdzieś przed siebie.

— Bałaś się go kiedyś.

I nagle przypomniałam sobie starą książkę z dzieciństwa.

Ogromnego olbrzyma stojącego nad wzgórzem.

Pamiętałam ten strach.

To uczucie, kiedy po przeczytaniu bałam się zasnąć.

— To niemożliwe… — wyszeptałam.

— Tutaj wiele rzeczy jest możliwych.

Tunel zaczął się powoli rozjaśniać.

Daleko przed nami widziałam jasny punkt.

Wyjście.

Santo przyspieszył kroku.

— Nareszcie — mruknął pod nosem. — Nie cierpię tych przejść.

— Dlaczego? — zapytałam.

Starzec zatrzymał się na chwilę i spojrzał na mnie swoimi zmęczonymi oczami.

— Bo tunele pamiętają.

Nie zdążyłam zapytać, co miał na myśli.

Ruszył dalej.

Im bliżej byliśmy końca, tym bardziej światło raziło mnie w oczy.

Arijel zwolniła i nagle złapała mnie za rękę.

— Bler.

— Co?

— Musisz coś zrozumieć, zanim tam wejdziesz.

Pierwszy raz wyglądała poważnie.

Naprawdę poważnie.

— To miejsce nie jest snem.

Poczułam, jak serce zaczyna bić szybciej.

— Więc czym jest?

Arijel milczała przez chwilę.

— Śmiercią.

Zatrzymałam się.

— Nie…

— Tak.

— Nie. Nie, nie, nie…

Powoli pokręciłam głową.

— To niemożliwe.

— Bler…

— Nie! — krzyknęłam. — Ja żyłam! Rozumiesz?! Miałam mieszkanie, pracę, ludzi… pamiętam…

Urwałam nagle.

Bo nie pamiętałam.

Nie pamiętałam prawie nic.

Tylko pojedyncze obrazy.

Urwane fragmenty.

Głosy.

Arijel patrzyła na mnie ze smutkiem.

— Czas tutaj działa inaczej. Dla ciebie mogło minąć kilka minut. Dla świata żywych… dużo więcej.

Czułam, jak nogi robią się miękkie.

— Więc naprawdę umarłam…

Arijel nie odpowiedziała.

Nie musiała.

Santo przeszedł już przez wyjście i zniknął w jasności.

Arijel zaczęła powoli cofać się ku światłu.

— Chodź. Wszyscy czekają.

— Wszyscy?

Uśmiechnęła się tajemniczo.

— Ci, których pamiętasz… i ci, którzy pamiętają ciebie.

Potem zniknęła.

Zostałam sama.

Stałam jeszcze chwilę w półmroku tunelu, próbując oddychać mimo narastającej paniki.

A potem zrobiłam krok naprzód.

Światło pochłonęło wszystko.

Światło było tak jasne, że przez chwilę nie widziałam nic poza bielą.

Odruchowo zasłoniłam oczy ręką.

Czułam ciepło.

Zapach trawy.

Świeże powietrze.

A potem powoli zaczęłam dostrzegać kształty.

Najpierw kolory.

Soczystą zieleń.

Błękit nieba.

Złote światło odbijające się od dachów niewielkich domków.

Mrugnęłam kilka razy.

Przede mną rozciągała się spokojna dolina.

Wyglądała jak miejsce wyjęte z bajki.

Małe miasteczko położone pomiędzy pagórkami. Drewniane domki z kolorowymi dachami. Wąska rzeka przepływająca przez środek wioski. Mały kościółek stojący tuż obok starego mostu.

W oddali widziałam jezioro błyszczące w słońcu.

Za nim ciągnęły się lasy i wysokie góry.

Wszystko było dziwnie spokojne.

Za spokojne.

Jakby świat zatrzymał się dokładnie w tym jednym momencie.

— No w końcu jesteś.

Drgnęłam gwałtownie.

Tuż przede mną stało jakieś stworzenie.

Ogromne.

Niebieskie.

Pokryte miękkim futrem.

Miało wielkie łapy, sterczące uszy i pysk przypominający uśmiechniętego psa. Jego oczy były ogromne i błyszczące, niemal dziecinne.

Cofałam się powoli.

— Co… co to jest?!

Stwór przechylił głowę.

— Serio mnie nie pamiętasz?

Zamarłam. Ten głos uderzył w miejsce, o którym dawno zapomniałam.

Głos.

Ten głos…

Skądś go znałam.

Przyglądałam mu się coraz uważniej.

Nagle coś we mnie drgnęło.

Wspomnienie.

Mały pokój.

Deszcz za oknem.

Ja siedząca na łóżku z pluszową zabawką przytuloną do klatki piersiowej.

Niebieski stworek.

— Płosznik…? — wyszeptałam.

Stworzenie aż podskoczyło z radości.

— No nareszcie! Ile można czekać?!

Patrzyłam na niego kompletnie oszołomiona.

— To niemożliwe…

Płosznik prychnął teatralnie.

— Tutaj wszystko jest możliwe. Nawet ty.

Nie zdążyłam odpowiedzieć.

W jednej chwili wielkie stworzenie podbiegło do mnie i zarzuciło mnie sobie na grzbiet, jakbym ważyła tyle co poduszka.

— Ej! Co ty robisz?!

— Teraz moja kolej cię nosić! — ryknął wesoło. — Tyle lat mnie tarmosiłaś za uszy!

I ruszył biegiem ze wzgórza.

Wrzeszczałam ze strachu i śmiechu jednocześnie.

Wiatr uderzał mnie w twarz, a Płosznik pędził jak szalony wprost do wioski.

Miałam wrażenie, że zaraz spadnę i połamię wszystkie kości.

Tylko że…

Nic mnie nie bolało.

Żadnego zmęczenia.

Żadnego ciężaru.

Żadnego strachu.

Czułam się lekka.

Naprawdę lekka.

Płosznik zeskoczył z ostatniego pagórka i wylądował pośrodku małego placu między domkami.

Zsunęłam się z jego grzbietu prosto na ziemię.

I zaczęłam się śmiać.

Tak po prostu.

Pierwszy raz od… nawet nie wiedziałam kiedy.

Płosznik spojrzał na mnie z wystawionym jęzorem.

— Jeszcze raz?

Spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczami.

— Jeszcze szybciej.

— O TO CHODZI!

Ruszył natychmiast.

Tym razem śmialiśmy się oboje.

Kilka razy wbiegliśmy na wzgórze i zbiegliśmy z niego z powrotem, aż w końcu przy ostatnim skoku Płosznik podrzucił mnie tak wysoko, że wylądowałam na dachu jednego z domków.

Leżałam tam chwilę, oddychając ciężko i patrząc w niebo.

Miękkie chmury powoli przesuwały się nad doliną.

Wszystko wydawało się nierealne.

— DOŚĆ!

Głos Arijel odbił się echem po całej wiosce.

Usiadłam gwałtownie.

Arijel siedziała na pieńku obok studni, patrząc na nas z udawanym oburzeniem.

— Zwariowaliście oboje?

Spojrzałam na Płosznika.

On spojrzał na mnie.

I oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

Arijel westchnęła ciężko.

— Naprawdę mam wrażenie, że pilnuję dzieci.

Zeskoczyłam z dachu.

— No dobra… — powiedziałam, próbując się uspokoić. — Możesz mi wreszcie powiedzieć, gdzie ja jestem?

Uśmiech Arijel powoli zniknął.

Spojrzała na mnie inaczej niż wcześniej.

Poważniej.

— Ty naprawdę jeszcze nie rozumiesz, prawda?

Nagle poczułam dziwny niepokój.

Spojrzałam na Płosznika.

Na dolinę.

Na własne dłonie.

I po raz pierwszy naprawdę dopuściłam do siebie myśl, której wcześniej bałam się nawet nazwać.

Arijel powoli uniosła się kilka centymetrów nad ziemię.

Za jej plecami rozbłysło jasnoniebieskie światło.

A chwilę później rozwinęły się ogromne skrzydła.

Zamarłam.

Serce niemal stanęło mi w piersi.

— Ty… jesteś…

Arijel spojrzała mi prosto w oczy.

— Umarłaś, Bler.

Słowa Arijel uderzyły we mnie mocniej niż cokolwiek wcześniej.

„Umarłaś, Bler.”

Stałam nieruchomo pośrodku placu, patrząc na jej świecące skrzydła.

Nie potrafiłam oddychać.

Nie potrafiłam myśleć.

Wszystko nagle wydawało się nierealne.

Płosznik przestał się uśmiechać. Nawet on spuścił wzrok, jakby wiedział, że właśnie wydarzyło się coś ważnego.

— Nie… — wyszeptałam. — To niemożliwe.

Arijel powoli opadła na ziemię, a światło wokół niej zaczęło gasnąć.

— Wiem, że trudno to przyjąć.

— Nie! — krzyknęłam nagle. — Nie możesz mi czegoś takiego powiedzieć po prostu! Ja… ja żyłam!

— Nadal żyjesz. Tylko inaczej.

— Przestań mówić zagadkami!

Wokół nas zrobiło się dziwnie cicho.

Nawet wiatr ucichł.

Arijel spojrzała na mnie ze współczuciem.

— Bler… większość ludzi po przejściu przez tunel reaguje dokładnie tak samo.

— „Większość ludzi”? — powtórzyłam drżącym głosem.

— Tak.

Poczułam zimno przechodzące przez całe ciało.

— Czyli… są tu inni?

Arijel lekko skinęła głową.

— Bardzo wielu.

Spojrzałam wokół siebie.

Na spokojne domki.

Na most.

Na płynącą rzekę.

To miejsce nagle przestało wydawać się bajką.

A zaczęło przypominać poczekalnię.

— Chcę zobaczyć siebie — powiedziałam cicho.

Arijel spojrzała na mnie z niepokojem.

— Co?

— Lustro. Jakiekolwiek. Chcę zobaczyć, czy nadal… wyglądam jak ja.

Płosznik poruszył niespokojnie uszami.

— Bler…

— Chcę lustro! — krzyknęłam.

Mój głos odbił się echem po całej dolinie.

Przez chwilę nikt nic nie mówił.

W końcu Arijel westchnęła ciężko.

— Dobrze. Chodź za mną.

Ruszyliśmy przez wioskę.

Domki wyglądały pięknie, ale teraz dostrzegałam w nich coś dziwnego. Każdy był inny.

Niektóre przypominały stare chaty z drewna.

Inne wyglądały niemal nowocześnie.

Jeden z domów miał dach pokryty kwiatami, a drugi świecił delikatnym złotym światłem od środka.

Jakby każde miejsce należało do kogoś innego.

Do czyjegoś świata.

— Co to za miejsce? — zapytałam cicho.

— Domy pamięci — odpowiedziała Arijel. — Każdy wygląda inaczej. Tak, jak jego właściciel.

Poczułam dreszcz.

Zatrzymaliśmy się przed niewielkim drewnianym domkiem otoczonym kwiatami.

W powietrzu unosił się słodki zapach.

Wanilia.

Rumianek.

I coś jeszcze…

Sernik.

Zatrzymałam się, zaskoczona.

— Skąd ja znam ten zapach?

Arijel uśmiechnęła się delikatnie.

— Wejdź.

Zapukałam niepewnie do drzwi.

Po chwili usłyszałam spokojny, starszy głos:

— Już idę.

Drzwi otworzyły się powoli.

Stanęła w nich starsza kobieta o siwych włosach związanych w kok. Miała ciepłe oczy i jasny sweter w drobne kwiaty.

Spojrzała na mnie tak, jakby znała mnie od zawsze.

— No proszę… — powiedziała łagodnie. — W końcu przyszłaś.

Zamarłam.

Coś w jej głosie wydawało się znajome.

Bardzo znajome.

— W czym mogę pomóc, dziecko? — zapytała.

„Dziecko.”
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij