Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Blisko domu - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 lutego 2026
3442 pkt
punktów Virtualo

Blisko domu - ebook

Szczery i poruszający obraz pokolenia stojącego w obliczu niepewnej przyszłości

Irlandia Północna, 2013 rok. Dwudziestokilkuletni Sean przyjeżdża do rodzinnego Belfastu ze świeżo zdobytym dyplomem anglisty. Powrót do domu oznacza powrót do dawnych nawyków. Na uniwersytecie zgłębiał wybitną literaturę, teraz pochłania go proza życia: brak pieniędzy, miłości, sensu. Do perfekcji opanowuje technikę drobnych kradzieży w Tesco, biegle wciąga kokainę z klucza, a gdy ktoś stanie mu na drodze, nie ma skrupułów, by go znokautować. „Tkwisz w swojej dziurze, skazany na trzy albo cztery te same gęby, pijesz, ćpasz, kręcisz się po barze, aż w końcu zupełnie nie ma z kim gadać” – te słowa powracają do Seana jak refren. Dopiero gdy trafia przed sąd, a w jego życiu niespodziewanie pojawia się przyjaciółka z przeszłości, Sean zaczyna zdawać sobie sprawę, że los może się jeszcze odmienić.

W swojej debiutanckiej powieści Michael Magee tworzy szczery portret młodych ludzi z klasy robotniczej, z pierwszego pokolenia urodzonego po zakończeniu Kłopotów. Opowiada o ich niespełnionych nadziejach, bolesnych zmaganiach z rzeczywistością, narastającym gniewie i braku perspektyw. Blisko domu to również oda do Belfastu: miasta naznaczonego bliznami po konfliktach, w którym wciąż wybrzmiewa echo brutalnej, traumatycznej przeszłości.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8396-272-6
Rozmiar pliku: 969 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Dotychczas ukazały się m.in.:

Yaa Gyasi, _Poza królestwo_

Hila Blum, _Jak kochać własną córkę_

Monica Isakstuen, _Bądź dobra dla zwierząt_

William Brewer, _Czerwona strzała_

Nadifa Mohamed, _Szczęśliwcy_

Jim Lewis, _Duchy Nowego Jorku_

Elizabeth Wetmore, _Walentynka_

Claire Vaye Watkins, _Kocham cię, ale wybieram ciemność_

Miriam Toews, _Z ogniem_

Jen Beagin, _Szwajcara_

Tess Gunty, _Królikarnia_

Négar Djavadi, _Wszystkie moje rewolucje_

Gwendoline Riley, _Moje zmory_

Alia Trabucco Zerán, _Do czysta_

Graeme Macrae Burnet, _Studium przypadku_

Vincenzo Latronico, _Do perfekcji_

An Yu, _Muzyka dla duchów_

Kevin Jared Hosein, _Głodne duchy_

Antoine Wilson, _Usta-usta_

Irene Solà, _Dałem ci oczy, a ty spojrzałaś w ciemność_

Catherine Lacey, _Biografia X_

Benjamín Labatut, _Maniak_

Już niebawem ukaże się:

Hisham Matar, _Moi przyjaciele_1

To było bardzo proste. Zamachnąłem się, przywaliłem mu i upadł. Podleciała jakaś dziewczyna, pchnęła mnie: Po co to zrobiłeś? Chłopak leżał na ziemi, ja stałem nad nim, dookoła tłoczyli się ludzie, zrobił się harmider. Zanim zdążyłem się ulotnić, podjechały dwa Land Rovery. Podszedł do mnie łysiejący od czoła gliniarz, wyglądający na zmęczonego.

Czy to krew?, zapytał, wskazując palcem. Plama na mojej koszuli mogła być czymkolwiek. Poprosił mnie o nazwisko i numer telefonu i powiedział, że się odezwie.

Podniosłem dłonie i odparłem, że nie ma problemu.

Facet się na mnie rzucił, powiedziałem. Nie wiedziałem, co robić.

Na końcu ulicy kładli chłopaka na nosze i nieśli go do karetki.

Lepiej się zbieraj do domu, poradził glina.

Uznałem go za dobrego, przyjacielskiego psa. Powtórzył, że się odezwie, a ja mu podziękowałem.

Bardzo panu dziękuję, powiedziałem.

Kiedy wróciłem na chatę, Ryan krążył po pokoju z telefonem przy twarzy, szukając jakiejś imprezy. Ale była piąta rano, obudziły się ptaki. Opuścił żaluzje, jakby to mogło coś pomóc, o mało nie wywalając przy tym całego okna. Jasność. Złapałem fioletowy koc od mamy, prezent do nowego mieszkania, i naciągnąłem go sobie na twarz. Leżałem z głową na poduszce i patrzyłem przez szpary między pustymi butelkami. Ryan szperał w lodówce i po szafkach. Wziął z blatu puszkę i potrząsnął nią.

Poddaję się, powiedziałem.

Poddajesz się? Na razie gówno zrobiłeś.

Idę spać.

Kurwa, Sean. Nie zostawiaj mnie.

Nie zostawiam cię. Będę w pokoju obok.

Wskakuj do mojego wyra. Obejrzymy film.

Musimy z tym skończyć.

Z czym? No chodź.

Okno nad łóżkiem było otwarte, zimnym powietrzem poruszał lekki wiatr. Rozebrałem się do bokserek i wsunąłem pod kołdrę, ale zostałem na brzegu, by się wymknąć do siebie, kiedy Ryan padnie. Ściana poczerniała od pleśni, śmierdziało wilgocią. Po pokoju walały się ubrania, pudełka po żarciu na wynos. Kubki, szklanki i puste puszki. Ryan za dużo jarał, ot co. Przez zioło robił się leniwy i miał na wszystko wywalone. Za dużo palisz tego gówna, powiedziałem i zabrałem mu blanta. Zlał to. I tak był już zjarany, zresztą leciał jego ulubiony film. _Skazani na Shawshank_. Zmuszał mnie, żebym go z nim oglądał za każdym razem, kiedy kończyliśmy wieczór w ten sposób. Dawał mu nadzieję.

Patrz na to, powiedział.

To była jego ulubiona scena, ta, w której Andy’ego Dufresne’a przywożą do pudła i starzy więźniowie wpadają w szał, wrzeszczą. Nazywają go i resztę nowych świeżakami.

„Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Andy’ego, nie zrobił na mnie dobrego wrażenia…”

Ulubiony tekst Ryana, uważał, że jest genialny. Ja zresztą też. Oznaczał, że nie należy oceniać książki po okładce. Nie oceniaj ludzi, bo niczego o nich nie wiesz.

Następnego dnia rano albo później tego samego dnia, jak kto woli, rozległo się pukanie do drzwi. Przekręciłem się na bok i próbowałem dalej spać, ale Ryan już wstał i potrząsał mną, że niby „to nie brzmi dobrze”. Usiadłem na krawędzi łóżka, takie rzeczy lepiej robić na raty, i patrzyłem, jak Ryan przykłada ucho do drzwi.

Brzmi, jakby było ich kilku.

Mężczyzn?

No. Mężczyzn.

Wyjrzałem przez okno. Przed domem stał samochód, drzwi od strony kierowcy były otwarte. Słyszałem radio. Nie takie, w którym puszczają muzykę, to drugie.

To nie psy, powiedział Ryan.

Skąd wiesz?

Bo nie drą ryja. Psy zawsze drą ryja.

Walenie do drzwi ucichło, na korytarzu rozległy się kroki, a potem zapadła cisza.

W dużym pokoju panował kompletny syf. Wszędzie pety i kałuże po drinkach. Jakiś pieprzony niechluj strzepywał popiół do zakrętek od butelek, które potem spadły na podłogę. Zamiotłem, powycierałem, wyrzuciłem puste flaszki, a potem przysiadłem na chwilę i gapiłem się w okno. Mieliśmy ładny widok, mieszkanie znajdowało się na czwartym piętrze, za dachami domów ciągnął się Casement Park. Widzieliśmy też Górę, ale Górę widać wszędzie. Z każdej ulicy i drogi w Belfaście Zachodnim, nie da się jej przeoczyć. Ktokolwiek wypisuje te hasła, nie mógł wybrać sobie lepszego miejsca. Dziś był to ogromny trikolor, a pod nim słowa:

SKOŃCZCIE INTERNOWANIA

Jak myślisz, kto to?, zapytał Ryan.

Nie wiem. Dysydenci?

Czego by od nas chcieli dysydenci?

Myślałem, że mówisz o Górze.

Ryan spojrzał w okno. To nie dysydenci, głąbie.

A kto?

Chuj wie. To mógł być każdy, powiedział i klasnął w dłonie.

Iluminaci. Iluminaci zinfiltrowali IRA.

Otworzył lodówkę i zagapił się na puste półki. Jego pokryte trądzikiem plecy wyglądały coraz gorzej. Pryszcze zrobiły się fioletowe, pod skórą wzbierały bąble ropy. Skutek pół roku siłowni i brania sterydów. Co drugi dzień musiałem robić mu zastrzyk w dupę. Po twarzy też było widać, po opuchliźnie. I intensywnie czerwonych plamach na karku i ramionach.

Nie mamy nic do żarcia, powiedział.

Masz kasę?

Jaką, kurwa, kasę? Wszystko przepuściłem wczoraj w nocy.

Ja też.

Zagotowałem czajnik wody i zaniosłem go do łazienki. Wlałem wrzątek do umywalki, dolałem zimnej. Mieliśmy zepsuty bojler. Kaloryfery nie grzały, nie było ciepłej wody; nie mogliśmy normalnie zadzwonić do gospodarza, bo zbankrutował i spieprzył do Hiszpanii, porzucając nieruchomości, które czekały teraz na przejęcie przez nowego właściciela. Z tego powodu rano nie otworzyliśmy drzwi – to mógł być ktoś, kto przyszedł nas wyrzucić.

Zacząłem od włosów, potraktowałem je obficie szamponem. Spłukałem mydliny, ochlapałem jaja i klatę, używając do tego kubka. Potem usiadłem na brzegu wanny i obejrzałem rękę. Knykcie nie spuchły, palce też były nienaruszone. Zacisnąłem dłoń i obejrzałem pięść, a potem całą rękę, aż do ramienia poznaczonego liniami tribala tak intensywnie czarnymi, że wydawały się niebieskie.

Muszę się jakoś z tego wykaraskać, pomyślałem.

Tylko że nie wiedziałem z czego.

Najszybciej do pracy miałem kolejką. Stacja była na końcu ulicy. Usiadłem na ławce na peronie i przeliczyłem hajs: dziewięć funi musiało wystarczyć do następnego weekendu, a była dopiero sobota. Przyjechał pociąg. Wsiadłem, ale zamiast zająć miejsce, schowałem się przed kanarem w kiblu. Na Centralnym wyszedłem przez bramkę z najtańszym biletem. El Divino znajdował się po drugiej stronie ulicy. To jeden z tych klubów, do których kiedyś trudno się było dostać. Teraz bywała w nim studenteria. Po tym można poznać, że lokal schodzi na psy. Wjeżdżają promocje pięć dni w tygodniu. Bardziej ekskluzywni klienci przenoszą się w lepsze miejsce, buda nie zarabia na siebie i po pięciu miesiącach ją zamykają. Wszyscy wylądujemy na bruku. Wiedzieliśmy o tym, ale mimo to tam pracowaliśmy, bo nie było innych chętnych, żeby nas zatrudnić.

Na tyłach budynku czekała na mnie dostawa, pięć palet. Wziąłem z parapetu nożyk introligatorski i zabrałem się do rozcinania folii, a potem poprzewoziłem skrzynki, jedna po drugiej, do magazynu. Kiedy się z tym uporałem, wszedłem na górę do klubu, spisałem, czego brakuje, wróciłem do magazynu i zacząłem pakować alkohole i dodatki do drinków do windy towarowej. Uzupełnienie zapasów w barze wymagało trzech kursów windy i zajmowało pół godziny, które udało mi się rozciągnąć do czterdziestu pięciu minut. Właśnie ustawiałem butelki etykietkami do przodu, gdy z zaplecza wyłoniła się grupka influencerów w czarnych pikowanych kamizelkach z naszytym na plecach logo klubu. Snuli się po sali i zgrywali ważniaków, przekonani, że w beżowych chinosach i koszulkach od Ralpha Laurena wyglądają zabójczo. Któryś z nich wcisnął guzik maszyny do dymu i parkiet zasnuła siwa mgła. Razem z influencerami zjawił się nasz menadżer Dee. Młodziak, parę lat starszy ode mnie; jak wieść niesie, dostał klub na urodziny od ojca, bogatego holywoodzkiego dewelopera w County Down. Nigdy w życiu nie pracował w barze. Kompletnie się na tym nie znał, ale zachowywał się, jakby miał wszystko w małym palcu. Mówił nam, co mamy robić, chociaż buda trzymała się tylko dzięki nam. Oparł się o bar i gapił się, jak napełniam zlew gorącą wodą i myję nalewaki.

Jak ci się podoba?, zapytał, ruchem głowy wskazując podłogę.

Przechyliłem się przez kontuar, żeby zobaczyć, o co mu chodzi: przy jego stopach siedział czarny mopsik.

Kapitalny, nie sądzisz?

No, zajebisty.

Pstryknął zdjęcie, pokazał mi je, a potem rzucił groźne spojrzenie, że niby się obijam i lepiej, żebym się wziął do roboty. Ukląkłem i zacząłem czyścić półki pod barem. Było tam mnóstwo kurzu, butelki kleiły się od spodu. Wziąłem zmiotkę i szufelkę, poprzecierałem kapsle, a kiedy zabrałem się do lodówek, ucichła muzyka. Słyszałem, jak influencerzy bawią się z psiakiem, który biegał po całym barze.

Ej, kopsnij foliową torebkę, powiedział Dee.

Wyciągnąłem woreczek z kłębu reklamówek, wciśniętych w szparę między ścianą i zmywarką, i próbowałem mu go podać, ale uniósł dłonie i cofnął się, kręcąc głową.

Ogarnij to, powiedział.

Co mam ogarnąć?

Sprzątnij po nim. Gówniak nic nie robi, tylko sra.

Klepnął psiaka w bok, aż ten się przewrócił.

Powaga. Patrz.

Popatrzyłem na stertę kawowych balasków pośrodku parkietu. Przypominała stosik kamyków.

Nie sprzątnę tego, powiedziałem.

Nie sprzątniesz?

Ani mi się śni. To twój pies.

To wypierdalaj z klubu.

Spojrzałem na niego. Mówisz poważnie?

Nie żartuję. Bierz kurtkę i zjeżdżaj, zwalniam cię.

Kurwa, Dee. Nie bądź taki.

Nie bądź jaki? Kazałem ci sprzątnąć gówno, to je sprzątnij.

Influencerzy ponaciągali koszulki na nosy. Widziałem po ich oczach, że się śmieją.

Pospiesz się, zaczyna capić.

Włożyłem dłoń w torebkę tak, jak widziałem, że robią to właściciele psów, odwróciłem twarz i szybko zgarnąłem kupę. Zdziwiło mnie, że jest taka ciepła i ciężka. Dee wziął psiaka na ręce, jakby chciał mu oszczędzić przykrego widowiska. Zszedłem na dół, trzymając torebkę dwoma palcami niczym cuchnącą skarpetę. Wyszedłem na dwór, gdzie bez zastanowienia rzuciłem ją najdalej, jak mogłem, w nurt rzeki. Patrzyłem, jak podskakując na wodzie, odpływa z prądem w kierunku mostu. Szpaki kreśliły wzory na niebie.

Zerknąłem na telefon. Zostało mi pół godziny.

Tamtego dnia pracowałem także wieczorem, od dziesiątej. Jedyny sposób wypełnienia czasu między teraz i później, jaki mi przyszedł do głowy, to znalezienie stolika w kącie ogródka Kelly’s Cellars i przesiedzenie, jak długo się da, nad kuflem Guinnessa, na który właściwie nie było mnie stać. Przy sąsiednim stole bawiła się grupa turystów. Na oko Amerykanie. Słuchali długowłosych chłopaków grających irlandzką muzykę, ale choć przytupywali do taktu i mamrotali pod nosem słowa piosenek, które wydawało im się, że znają, ewidentnie robili to bez przekonania. W końcu zarzucili plecaki na ramiona i powlekli się w kierunku Castle Street, zostawiając na stole pocące się od upału szklanki z niedopitym piwem.

Zadzwoniłem do Ryana. Poinformowałem go, gdzie jestem i co mi chodzi po głowie, a on powiedział: Daj mi piętnaście minut. Przeniosłem się dyskretnie do stolika po turystach, przelałem do swojej szklanki resztki dwóch pint i zacząłem czekać. Słońce nie prażyło już tak mocno, wietrzyk macał karki wyletnionych spacerowiczów, ale wieczór był przyjemny, ludzie w dobrych nastrojach. Nie tyle ich obserwowałem, ile próbowałem przyłapać. Zawsze tak jest, kiedy znajdę się sam wśród ludzi, mam wrażenie, że każdy się na mnie gapi. Stąd właśnie moja nerwowość: z niewiedzenia, co ze sobą zrobić, jak się zachowywać. Potrzebuję kogoś, z kim mógłbym pogadać, inaczej zaczynam udawać, że to dla mnie chleb powszedni. Dlatego właśnie wściekłem się na Ryana, że zajęło mu to tyle czasu.

Gdzie się podziewałeś? Miało być piętnaście minut.

Ale już jestem, prawda?

Włożył dżinsowe szorty i ciemne okulary pilotki, wyglądał jak rezydent biura podróży, taki, co ściska ci dłoń i nazywa legendą, a za plecami próbuje przelecieć twoją dziewczynę. Zgarnął z sąsiedniego stołu Guinnessa i usiadł naprzeciw mnie.

Co to za jazda ze sprzątaniem psich gówien?, zapytał.

Kto ci powiedział?

Nikt mi nic nie mówił, po prostu słyszałem.

Kumplował się z influencerami, raz i drugi przyprowadził ich na chatę, najbliżej był z niejakim Simonem.

To on?, zapytałem. Ryan się roześmiał.

Simon jest wporzo, ogarnia chłopaków.

Rzeczywiście, trzeba mu to przyznać, i zawsze miał kilka cierpkich słów dla bramkarzy, którzy chcieli nas wyrzucić. Nie żeby do wielu knajp nas nie wpuszczano, ale istotnie zdążyliśmy sobie nagrabić na mieście, można powiedzieć, że cieszyliśmy się swego rodzaju sławą. Fakt, że obaj pracowaliśmy w tym samym klubie, nie działał na naszą korzyść. Barmani gadali. Kelnerzy także. Nawet bramkarze, ale przede wszystkim menadżerowie. Menadżerowie plotkowali jak stare baby, trzymali ze sobą sztamę i jeśli któremuś podpadłeś, miałeś przesrane u wszystkich. Znaliśmy mnóstwo ludzi, którzy wylatywali z roboty i nagle stwierdzali, że są na czarnej liście wszystkich barów w mieście. Mało kto miał umowę, a ci nieliczni, którzy mieli, byli gotowi zrobić każde świństwo, by przypodobać się szefostwu, i dlatego właśnie chciałem się dowiedzieć, kto chlapnął językiem. Żeby dopilnować, że więcej tego nie zrobi.

Brwi Ryana wynurzyły się znad oprawek okularów.

Wiesz coś o tym mężczyźnie?

Jakim mężczyźnie?

Tym, któremu przyłożyłeś.

Żaden mężczyzna. Facet w naszym wieku.

Mamy po dwadzieścia dwa lata. Jesteśmy mężczyznami.

Fakt, ale z jakiegoś powodu to słowo nadal mi nie pasowało.

Co robimy?, zapytał Ryan.

Nie wiem, a co chcesz robić?

Rozejrzeliśmy się wokół siebie. Od dłuższego czasu nikt nie wstawał ani nie wychodził, a od jeszcze dłuższego nikt nie wstał ani nie wyszedł, pozostawiając niedopitego drinka. No i robiło się późno. Niedługo zamykali sklepy, wiedzieliśmy, że najrozsądniej byłoby się zebrać i zacząć przemieszczać na drugi koniec miasta, do roboty, ale szkoda nam było takiego ładnego sobotniego wieczoru na zapierdalanie w klubie, tym bardziej po tym, jak zakończyła się poprzednia noc, bez towaru i bez imprezy, we dwóch w jednym łóżku, zamiast każdy osobno z kimś innym. Potrzebowaliśmy tego, lecz umieliśmy wymyślić tylko jeden sposób, by dotrzeć tam, gdzie pragnęliśmy dotrzeć, a tym sposobem było podążanie za kłębkiem, do babci Ryana w Divis, gdzie Ryan naciągnął staruszkę na osiemdziesiąt funi, obiecując, że odda w przyszłym tygodniu. Babcia rzuciła banknoty na stół.

Ostatni raz, powiedziała.

Znałem Ryana od dziecka, dorastaliśmy na tej samej ulicy. Chodziliśmy razem do podstawówki i szkoły średniej, tylko że Ryan rzucił ją w wieku szesnastu lat. Zrobił to, bo powiedziano mu, że nie ma innej opcji, nasza szkoła pchnęła go do tego, chociaż nie był głupszy od innych. Gdyby został, z palcem w nosie zdałby egzaminy końcowe. Ale ponieważ mu odwalało i walczył o uwagę, szkoła zrobiła to, co zawsze, i wrzuciła go razem z wszystkimi czubkami do najgorszej klasy. Bił się, pyskował nauczycielom i pewnego dnia, kiedy pan O’Hare próbował zatrzymać go po lekcjach, rzucił krzesłem w okno i wybił szybę. Potem przestał pojawiać się w budzie i nie mówię tu o zwykłym wagarowaniu. W ogóle przestał przychodzić na lekcje. Szkoła próbowała go zwabić z powrotem. Nagle okazało się, że nie musi zdawać wszystkich ośmiu egzaminów, wystarczą trzy, gołe minimum. Ryan powiedział, żeby wsadzili sobie swoje egzaminy w dupę, i przeniósł się do zawodówki, odbył praktyki zawodowe i został tynkarzem.

Przepracował dwa lata w zawodzie i walnęła recesja. Stracił robotę. Parszywie się złożyło, bo dobrze mu szło, lubił tę pracę i został mu tylko rok do uzyskania pełnych kwalifikacji zawodowych. Wyszło na to, że wszystkie te miesiące zwlekania się z wyra o siódmej rano, by harować za gówniane pieniądze, poszły psu w dupę. W chwilach rozżalenia zaczynał gadać o wyjeździe do Australii. Wielu naszych kumpli tam wyjechało i bardzo sobie chwalili, podczas gdy my utknęliśmy w Belfaście i zasuwaliśmy cztery wieczory w tygodniu w klubie bez żadnych widoków na przyszłość, bez cienia szansy na poprawę losu. Chociaż z mieszkaniem nam się udało. Nie musieliśmy płacić czynszu, marzenie. Tyle że nie była to Bondi Beach. Ani Golden Coast. Szczęśliwie udawało nam się wyciskać maksimum z każdego wieczoru, jeśli tylko znalazła się kasa na flaszkę wódki, ale ile można imprezować. W końcu każdemu to się znudzi, a kiedy towarzystwo się wykrusza, zaczynasz się czuć, jakbyś nie miał dokąd pójść. Tkwisz w swojej dziurze, skazany na trzy albo cztery ciągle te same gęby, pijesz, ćpasz, kręcisz się po barze, aż w końcu zupełnie nie ma z kim gadać.

Na rogu Albert Street zatrzymałem taksówkę. Jeden z tych zdezelowanych gratów, brzmiący bardziej jak pralka niż samochód, wszystko się w nim klekotało, a gdy jechał pod górę, rzęził, jakby się miał udusić. Czarne taksówki są tanie i cholernie przydatne, kiedy się gdzieś utknęło. Za dwa funie dowożą cię z miasta do samego Twinbrook i możesz wysiąść w dowolnym miejscu po drodze. Tyle że nigdy nie wiesz, na kogo się natkniesz; każdy może zatrzymać taksówkę i wsiąść, jeśli jest jeszcze miejsce, a kiedy z tyłu ciśnie się pięć osób, potrafi być niewygodnie, zwłaszcza gdy jedna z nich jest po pięciu piwach i pilnie potrzebuje wystawić głowę przez okno. Tamtego dnia mieliśmy jednak szczęście. Byliśmy tylko my i dwie kobiety na przeciwnych końcach tylnego siedzenia. Jedna z nich wiozła bukiet kwiatów. Zastukała w szybę oddzielającą przód i tył i wysiadła przy Milltown Cemetery. Patrzyłem, jak przechodzi przez bramę na tle zachodzącego słońca, i zastanawiałem się, kogo zamierza odwiedzić.

Po czterdzieści, tak?, zapytał Ryan.

Aha, jak uważasz.

Dał mi dwie dwudziestki z czterdziestu funi od babci. Złożyłem je i wetknąłem do portfela.

Ja wezmę mięso, a ty kup chlańsko, powiedziałem.

Ta smarkula mnie wnerwia.

Kto?

Pokazał mi wiadomości w telefonie. Jedna z nich brzmiała „Twój kumpel to menda”.

Roześmiałem się. Bzyka się z tym gościem?

Nie, tylko się znają. Zdaje się, że zatrzymali go na noc w szpitalu.

Serio?

No, przynajmniej tak mówi.

Wysiedliśmy na rondzie przy Kennedy Way i poszliśmy do Asdy. W sklepie był tłok. Wózki z drącymi się bachorami. Spalone na popiół laseczki w bluzeczkach na ramiączkach. Wyjmowałem z lodówek, co mi wpadło w ręce, steki i różne takie; z pełnym koszykiem poszedłem po makaron i płatki, ser i wędlinę, opakowania herbatników, po których jutro nie będzie już śladu. Spotkałem się z Ryanem przy kasach samoobsługowych. Wskazał głową chłopaczka, który pilnował klientów. Wyglądał na szesnaście lat.

Łatwizna, powiedział.

Sztuka polegała na tym, żeby zacząć od najtańszych produktów: zeskanowałem bochenek chleba, karton mleka, słoik dżemu i włożyłem je do torby w strefie pakowania, wszystko zgodnie z procedurą. Potem podniosłem stek, siedem funi za sztukę, przesunąłem go przed skanerem, ale kodem kreskowym w drugą stronę i wrzuciłem do torby.

Usłyszałem komunikat kasy samoobsługowej Ryana:

„Nierozpoznany artykuł w strefie pakowania…”.

Dzieciak, który pilnował kas, zrobił to, co na jego miejscu zrobiłby każdy pracownik sklepu, to znaczy machnął swoją kartą przed ekranem bez sprawdzenia nierozpoznanego produktu. Komunikat się wyłączył. Sekundę później w ten sam sposób uciszył moją kasę. Podziękowałem mu. Kasa obok znowu zaczęła się awanturować, a zanim chłopak zdążył wrócić na swoje miejsce, odezwała się kasa Ryana, a potem moja. Facet na początku kolejki poprosił o torbę ekologiczną. Wrzuciłem do reklamówki pół kilo kurczaka. Dzieciak podbiegł i machnął kartą. Łatwo poszło. Wyszliśmy z zakupami za pięćdziesiąt funi, zapłaciwszy niecałe dwadzieścia. Ochrona nic nie skumała. Chłopaki były zbyt zajęte gapieniem się w monitory, by wyłapać w tłumie jakiegoś złodziejaszka, ładującego rzeczy z półek prosto do torby. To właśnie było najpiękniejsze. Nawet jeśli cię złapią, możesz rżnąć głupa i mówić, że wydawało ci się, że wszystko zeskanowałeś, niech sobie sprawdzą na nagraniu z kamery. Muszą cię puścić.

Po powrocie na chatę Ryan wyciągnął z torby litrową flaszkę wódki z niezdjętym zabezpieczeniem magnetycznym. Uważałem się za mega cwaniaka, ale on był prawdziwym mistrzem. Potwierdził to kłamstwem, które sprzedał naszemu menadżerowi, żeby nas zwolnił z roboty.

Dee, nie uwierzysz, ale mieliśmy włamanie…

To był majstersztyk. Aktorstwo najwyższej klasy. Sposób, w jaki to powiedział, jakby właśnie otworzył drzwi i zobaczył wybebeszoną chatę. Autentyczny szok w głosie. Menadżer łyknął to jak młody pelikan.

Zadzwońcie, jeśli będziecie czegoś potrzebować.

Obaliliśmy tego litra, a potem Ryan podłączył telefon do głośnika przez Bluetooth. Green Velvet właśnie wydali _Bigger Than Prince_, puścił to na pełny regulator. Krążyliśmy dumnym krokiem po pokoju, wypinając klaty i tupiąc, nakręcając się przed mega imprezą. To właśnie najlepsza część, szykowanie się na szaloną noc, słuchanie muzyki, sprawdzanie, jak się wygląda, zajebiście czy może nie dosyć? Nie spieszyliśmy się, musieliśmy się jak najlepiej prezentować, a to wymagało wyprasowania koszul, dokładnego umycia się w umywalce, ogolenia gęby.

O dziesiątej Finty McKenna podjechał pod nas taryfą. Na autostradzie zaczęliśmy się kłócić: nie mogliśmy ustalić, dokąd jedziemy. Finty miał zakaz wstępu do Boxu. Ryana nie wpuszczali do Beachclub. Wszyscy trzej omijaliśmy szerokim łukiem Limelight, odkąd poszarpaliśmy się tam z bandą pozbawionych poczucia humoru metali. Thomspon’s także odpadał – zbyt wielu znajomych naszego menadżera. Zostawały M-Club i Mono, oba straszne menelownie, ale miały tanie drinki i dobrą muzę i zawsze plątało się tam kilka samotnych lasek, które szukały imprezy. Ryan powiedział Mono. Finty powiedział M-Club. Ja powiedziałem: Nie ma żadnego innego miejsca?

Jest jeszcze Bot, odparł Ryan.

To rozstrzygało sprawę. Pojechaliśmy do Mono.

1.

Chodzi o Black Mountain, charakterystyczne wzgórze dominujące nad zachodnimi częściami Belfastu (przypisy pochodzą od tłumaczki).

2.

Członkowie i zwolennicy kilku organizacji paramilitarnych i partii politycznych, które nie popierają procesu pokojowego w Irlandii Północnej i opowiadają się za stosowaniem przemocy w celu jak najszybszego zjednoczenia kraju.

3.

Chodzi o zamożną dzielnicę Belfastu nad Belfast Lough, a nie o amerykańską fabrykę snów.2

Dużo dymu, mocne basy. Leciały same bangery i to było niefajne. Hicior za hiciorem, wszystkie brzmiały tak samo i nawet kiedy puszczali mega kawałek, miałeś wrażenie, że to już było. Nawet dziewczyny zarzucające włosami obok budki didżeja miały wątpliwości, czy to warte bąbli na stopach. Krzywiąc się, zdejmowały obcasy i z nieobecnym wyrazem twarzy rozglądały się po sali. O północy już ledwo widziałem na oczy, odróżniałem tylko białą koszulę Ryana, który stał w środku grupki i śpiewał „_oi, oi, oi, fucking oi_”. Próbowałem namówić go do zmiany lokalu, to była gówniana dziura, ale nie chciał o tym słyszeć. Za cholerę nie mogłem zrozumieć dlaczego. Finty McKenna przytknął mi usta do policzka.

Mam dla ciebie prezent, powiedział, i zaciągnął mnie do kibla.

To była torebka koksu. Czystego koksu. Takiego, co cię trafia szybciej niż kula.

Zabójcza, co nie?

No, stary. Zajebista.

Wyszedłem zapalić, żeby trochę odetchnąć, przewietrzyć głowę, ale jak tylko uderzyło mnie świeże powietrze, coś się oberwało, upuściłem drinka. Był w plastikowym kubku, więc się nie rozbił, ale wódka wylała się jakiejś lasce na stopy. Dziewczyna spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakby chciała, żebym zlizał ją na kolanach.

Uważaj, kurwa, co robisz, powiedziała.

Przeprosiłem, że to niechcący, ale już odwróciła się do swojej psiapsi.

Ta buda jest pełna zjebów, powiedziała, i wtedy wszystko do mnie wróciło. Kłótnia z poprzedniego wieczoru. Tamta laska, która mnie pchnęła, brzmiała dokładnie tak samo jak ta, co teraz na mnie wsiadła, pierdolona snobka z kijem w dupie, pewna, że może mi nawtykać. Musiałem się stamtąd zabrać. Odszedłem na bok, żeby się uspokoić, i kiedy stałem tam, obserwując ludzi cisnących się wokół lamp grzewczych i rozpychające się w tłumie barczyste ciacho z postawioną na żel grzywką, nagle uświadomiłem sobie, że nie pamiętam, jak wyglądał tamten typ, któremu dałem w mordę. Próbowałem wytężyć pamięć, ale udało mi się przypomnieć jedynie jego postać na ziemi. Migające na niebiesko koguty. Gdyby teraz do mnie zagadał, nie wiedziałbym, że to on. Spuściłbym głowę i zszedł mu z drogi, jak każdemu innemu.

Ryan wyłonił się z tłumu, dwoma palcami trzymał torebkę białego proszku.

Mogę prosić o klucze?, powiedział.

Miałem wrażenie, jakbym robił to przez połowę życia. Wlewał w siebie wódę i wciągał po kiblach z klucza, napalał się na dziewczyny, które miały mnie za śmiecia, bo nim byłem. Miotałem się i próbowałem się z tego wyrwać, ale gdzie bym nie spojrzał, widziałem ludzi, których nie miałem ochoty oglądać, i byłem już tym cholernie zmęczony. Życiem w ciągłym napięciu, nieustannym maniem się na baczności. Schodzeniem z drogi typowi z grzywką, zanim do mnie przyskoczy. Wystarczyłoby, gdybym coś mu powiedział, a Bóg mi świadkiem, że chciałem szepnąć mu słówko. Chciałem rozwalić flaszkę na jego pieprzonym łbie.

Byłem już w połowie schodów, pędziłem do wyjścia, gdy ktoś złapał mnie za ramię. Spanikowałem i spróbowałem się wyrwać, ale ten ktoś przywarł do mnie i wymówił moje imię.

Sean. Sean, dokąd pędzisz? To ja. Mairéad.

Zatrzymałem się. Wgapiłem się w nią.

Mairéad? Mairéad Riley?

Roześmiała się. Zarzuciła mi ramiona na szyję i uściskała mnie.

Co tu robisz? To gówniane miejsce.

Pomysł Ryana. A jaką ty masz wymówkę?

Nadal się szlajasz z Ryanem? Jezu Chryste.

Zrobiliśmy zator na schodach. Ludzie potrącali nas i się pchali. Mairéad wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do baru. Znała tam kogoś, dostaliśmy po wódce i nie musieliśmy płacić. Potem zaprowadziła mnie do boksu w głębi klubu. Usiedliśmy blisko siebie, żeby się słyszeć przez głośną muzykę; Mairéad miała chrypkę i trudno jej było krzyczeć. Ale wyglądała dobrze. Dobrze jej było w krótszych włosach, przycięła grzywkę, która dawniej opadała jej na oczy. Było widać więcej twarzy. Oparła się łokciem o stolik i zapytała mnie o Liverpool. Powiedziałem jej, że wróciłem do domu we wrześniu, od razu po licencjacie. Pacnęła mnie w ramię.

Dlaczego się do mnie nie odezwałeś?

Nie chciałem zawracać ci głowy.

Poszła na uniwerek, do Queen’s. Jej profile w mediach społecznościowych były pełne zdjęć z ogródków piwnych, z ludźmi z zupełnie innej bajki. Skrzywiła się, kiedy jej to powiedziałem.

Mogę mieć różnych przyjaciół.

Przyjaciół, nie kumpli. Nie wiem, dlaczego to mnie uderzyło, przecież nie mówiła w obcym języku.

Z pewnością są lepsze miejsca na spędzenie sobotniego wieczoru.

Tak po prostu powiedziała „z pewnością”, jakbym „z pewnością” je znał.

Przyszliśmy z Fintym, powiedziałem obronnym tonem. Tylko tu go jeszcze wpuszczają.

Finty McKenna. O mój Boże.

Co?

Nie, nic, po prostu…

Upiła drinka i odwróciła wzrok. Coś się popsuło, muzyka była za głośna, chwilami milkła i następował moment ciszy, w której jakby wszystko zwalniało. Wokół nas trwało szaleństwo, a my siedzieliśmy i patrzyliśmy jak para widzów. Kiedy skończyliśmy drinki, spytałem, czy chce jeszcze jednego, przygotowany na to, że powie nie. Wyjęła ze szklanki kostkę lodu i zaczęła ją ssać.

Dla mnie podwójną, powiedziała.

Zamówiłem dwie podwójne. Kiedy barman się odwrócił, jakieś dwie laski wcisnęły się w szczelinę przy barze obok mnie. Jedna z nich popatrzyła na mnie, ja popatrzyłem na nią i jej oczy się zwęziły. Przeprosiłem i przesunąłem się, uznając, że zajmuję zbyt dużo miejsca.

Byłeś wczoraj na imprezie, prawda?

Jakiej imprezie?

Pobiłeś naszego przyjaciela. Uderzyłeś go w twarz.

Kogo uderzyłem? O czym ty mówisz?

Byłam tam. Widziałam cię.

Była niską dziewczyną, nawet w szpilkach sięgała mi raptem do ramienia, ale wściekłość w jej oczach wbiła mnie w glebę.

Nawaliłaś się, kotku. Nie byłem na żadnej imprezie.

Nie mów do mnie „kotku”, pieprzony zjebie.

Twarze zaczęły się zwracać w naszą stronę. Ludzie przerywali rozmowy i gapili się na nas. Dziewczynom to tylko dodało ognia. Wrzeszczały na mnie, machały pazurami w moją stronę, zmuszając do wycofania się w róg.

Mogłeś go zabić, wiesz o tym? Mógł umrzeć!

Przepraszam, powiedziałem. Nie chciałem…

Wtedy przytoczył się Ryan, zrobiony w trzy dupy, i kazał im spierdalać i zostawić mnie w spokoju. Dziewczynom odjebało.

Pobił mojego przyjaciela. Zaszedł go od tyłu i uderzył.

I co, kurwa?, odparł Ryan. Zasłużył sobie, więc się odjebcie.

Jedna go pchnęła, druga chlusnęła w niego drinkiem, ale chybiła. Włączył się Finty, próbował załagodzić sytuację, ale było już za późno: Ryan wylał niższej na głowę swoje piwo. Zrobił się rejwach. Jakiegoś typa, który nie miał z tym nic wspólnego, wzięło na rycerskość i wyprowadził cios. Ryan uchylił się i przydusił go do baru. Jedna z lasek skoczyła Ryanowi na plecy. Próbowałem ją z niego ściągnąć, ale jej psiapsi już ryła mu twarz zabójczymi pazurami. Rozkołysanym krokiem nadciągnęli bramkarze. Złapali dziewczyny za ramiona, lecz Ryan i tamten chłopak nadal trzymali się za łby. Myślałem, że jestem czysty, nikogo nie uderzyłem, ale nagle ktoś trzymał mnie za szyję. Przez dym mignął przebłysk światła, napis „wyjście” nad drzwiami i nagle leżałem na ziemi na tyłach klubu.

Ryan krwawił z nosa, ale jego wystarczyło pstryknąć w nos, żeby trysnęła krew. Miał tak od zawsze i nadal nie nauczył się, jak to tamować. O co właściwie poszło?, zapytał.

Były na wczorajszej imprezie.

A to bezczelne. Wytarł przedramieniem nos i wyszczerzył w uśmiechu zakrwawione zęby. Idziemy do Thompson’s?

Nie ma opcji. Nie wpuszczą cię.

Kogo nie wpuszczą?

Ciebie nie wpuszczą. Zobacz, jak wygląda twoja koszula.

Zerknął w dół i skrzywił się z niezadowoleniem. To moja ulubiona, powiedział.

Mairéad stała z Fintym u wylotu zaułka. Ryan jej nie poznał. Myślał, że to jakaś laska, którą poderwałem w barze, nie miał po co się do niej odzywać. Ale po chwili przyjrzał się lepiej.

O kurwa, Mairéad Riley? Była z nami cały wieczór?

Jestem tu, możesz mnie spytać, odpowiedziała Mairéad.

Lecz Ryan był zbyt nakręcony, w jego żyłach buzowała adrenalina wymieszana z koksem. Kupił wodę mineralną z wózka z burgerami przed Mono i zmył nią krew z twarzy. Potem włożył marynarkę Finty’ego, żeby zakryć plamy krwi na koszuli, i przejrzał się w szybie wystawy Urban Outfitters na tyłach Vitoria Square. Śmiał się, kręcił głową, wspominał przebieg zajścia, nie szczędząc szczegółów. Na szczęście opuścił ten fragment, że dziewczyny były wczoraj na imprezie, i nie wspomniał o typie, którego znokautowałem. Pominął to milczeniem. Nie dlatego, że nie chciał mnie wkopać, po prostu był zbyt zajęty przechwalaniem się własnym mordobiciem, by zawracać sobie głowę moim.

Mairéad spojrzała na telefon. Masz jakieś plany?, spytałem.

Nie, właściwie nie. Muszę coś zjeść.

Ja też. Weźmiemy coś na wynos?

Pewnie, czemu nie.

Odprowadziliśmy Ryana i Finty’ego do Thompson’s. Trwało to wieki, bez przerwy zatrzymywali się, żeby wciągnąć. Ryan podał mi klucz, ale powiedziałem: Nie, mnie już wystarczy. Spojrzał na mnie, że jak to? Uniosłem brwi i kiwnąłem głową w stronę Mairéad. Udanego wieczoru, gołąbeczki, powiedział i odmaszerował.

Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem. Palant, powiedziałem, a ona przyznała mi rację.

Zawsze był palantem.

Puściłem to mimo uszu. Nie warto było się kłócić.

To dokąd chcesz iść?, spytałem.

Nie wiem, co jest jeszcze otwarte?

McDonald?

Dobra, niech będzie McDonald.

Białe światło nie miało litości, każdy wyglądał, jakby go wyciągnęli z rynsztoka, atmosfera też była parszywa, brutalna jak w szkolnej stołówce, tyle że wszyscy byli porobieni i wydawało im się, że są kurewsko dowcipni. Najgorzej obrywali nieszczęśnicy przy kasach. To nie to samo co praca za barem, muzyka nie zagłuszała słów, a ludzie potrafią być wredni, kiedy się naprują. Nie mają złych intencji, chcą się pośmiać, tylko że jak jesteś na nogach od południa, o drugiej w nocy ostatnie, na co masz ochotę, to słuchać, jak jakiś zjeb pruje się, że za długo czeka na Big Maca. Już samo patrzenie na to wystarcza, by znienawidzić ludzi.

Potem wydarzyło się coś fajnego. Ochroniarze próbowali wyrzucić bezdomnego i nagle wszyscy stanęli w jego obronie: Nie, zostawcie go w spokoju, nie robi nic złego, i ochroniarze odpuścili. To przywróciło mi wiarę w człowieczeństwo, ale nie wystarczyło, by Mairéad zgodziła się zjeść na miejscu. Wzięliśmy żarcie i poszliśmy pod tę kretyńską rzeźbę krążków cebuli na środku Arthur Square, gdzie w weekendy grają uliczni muzycy. Usiedliśmy na postumencie i gadaliśmy o uniwerku.

Mairéad studiowała literaturę angielską, tak jak ja, ale połączyła to z filmoznawstwem, bo to ją właśnie naprawdę interesowało. Wszystkie te zwariowane filmy studyjne z napisami, tym chciała się zajmować, ale niełatwo było wejść do zawodu, zwłaszcza jak się nie miało znajomości. Jeśli musiałaś zarabiać na życie, nie było sensu szukać stażu ani niczego podobnego, bo za to nie płacili, więc Mairéad była skazana na pracę w sklepach z ciuchami w mieście, nie miała innego wyboru. Robiła to od początku studiów, nienawidziła tego, ale musiała wytrzymać jeszcze tylko kilka miesięcy, bo potem przeprowadzała się do Berlina.

Zaskoczyła mnie. Nasi znajomi wyjeżdżali do Ameryki albo Australii. Załatwiali sobie wizę z pozwoleniem na pracę i zostawali na rok. Niektórzy wracali. Większość nie. Z tego punktu widzenia Berlin wydawał się bez sensu. Udawałem jednak, że tak nie myślę.

Super, fajny pomysł, powiedziałem.

No, tu nie mam czego szukać.

Zanurzyła nuggetsa w tym ich sosie sweet curry i włożyła całego do ust, nie obgryzając najpierw moim sposobem wszystkich z panierki.

Przypominasz myszkę, powiedziała.

Wysunąłem przednie zęby, a ona zachichotała, przyłożyła kartonik po frytkach do ust i wyssała okruszki. Miała te same kruczoczarne włosy, te same szare oczy, ale nosiła się jak ktoś, kto często słucha muzyki na żywo, cała na czarno, miała Martensy i tatuaż z mandalą na grzbiecie lewej dłoni. Tatuaże pokrywały całą rękę. Przychwyciła moje spojrzenie i ściągnęła ramiączko koszulki, żeby pokazać mi ramię.

A co ty masz?, zapytała.

Podwinąłem rękaw, odsłaniając swój tribal.

Na plecach mam jeszcze krzyż celtycki, powiedziałem.

Nie wierzę. Pokaż.

Ledwo zdążyłem się odwrócić, chwyciła mnie za koszulę i szarpnęła ją do góry.

Lubię Claddagh. Miałam kiedyś pierścień Claddagh, lata temu.

Ja też.

Jak go nosiłeś?

Z sercem skierowanym na zewnątrz, tak jak powinienem.

Nawet kiedy ze sobą chodziliśmy?

Mieliśmy po trzynaście lat.

Ale chyba mnie kochałeś?

Kochałem cię, kiedy miałem szesnaście, ale wtedy miałaś już mnie w dupie.

Roześmiała się. Miałam wtedy inne rzeczy do roboty, powiedziała.

Pomogła mi obciągnąć koszulę. Odwróciłem się przodem do niej, a ona znów powtórzyła, że cudownie jest mnie znowu widzieć. Mówiła to już tego wieczoru kilka razy, głównie kiedy rwała nam się rozmowa. Powiedziałem, że ją też. Roześmiała się.

Ale się zrobiło dziwnie i ckliwie, powiedziała.

Nie ma w tym nic dziwnego, że się zrobiło ckliwie.

Na trzeźwo jest. Jesteś trzeźwy, Sean?

Ani troszeczkę.

To dobrze, masz nuggetsa.

Włożyła mi go do ust, o mało się nie udławiłem.

Przestań być takim cykorem, powiedziała.

Od dziecka nikt nie nazwał mnie cykorem, a wtedy też pewnie tylko ona. Mówiła tak do mnie, kiedy nie chciałem zrobić czegoś, co dla nas wymyśliła, bo zwykle to było coś głupiego. Jak wtedy, kiedy urwaliśmy się ze szkoły i Mairéad wpadła na pomysł, żeby pojechać autobusem na Shankill i zobaczyć, jak tam jest. Mogła mnie sobie do woli nazywać cykorem, ale musiała upaść na głowę, jeśli sądziła, że będzie paradować w naszych szkolnych mundurkach po Shankill Road i nikt nas nie rozpozna – równie dobrze moglibyśmy zawiesić na szyjach tablice z wielkim zielono-biało-pomarańczowym napisem „Jestem katolem”. Powiedziałem jej to, a ona odparła, żebym przestał być ciotą. Powiedziałem jej, żeby pocałowała mnie w dupę, a ona, żebym ściągnął spodnie. Tak to wyglądało. To było głupie, ale stanowiło część naszej historii i dzięki temu mieliśmy jasną sytuację; nie mogliśmy sobie powiedzieć nic gorszego, niż już sobie powiedzieliśmy. To pewnie łączyło się jakoś z poczuciem Mairéad, że może ze mną rozmawiać tak jak teraz, o Berlinie, ale też o tym, co robiła w Mono. Nie przyszło mi do głowy zapytać, dlaczego jest tam sama. Założyłem, że jej kumple gdzieś się ulotnili.

Moi kumple prędzej by umarli, niż postawili nogę w takiej menelowni, powiedziała.

To co tam robiłaś?

Sprzedawałam szoty.

Sprzedajesz szoty?

Nie rób takiej zdziwionej miny, Sean, kurwa.

Nie robię, po prostu…

Nie wyglądała na dziewczynę, która naciąga klientów na drinki. Nie żeby nie była ładna, była, naprawdę, tylko nie w sztucznych rzęsach i pełnej tapecie na twarzy.

Mairéad uznała to za komplement.

Laski, z którymi pracuję, są oszałamiające. Naprawdę. I są fajnymi ludźmi. Należy im się każdy zarobiony grosz za to, co muszą tam znosić.

Dużo wyciągają?, spytałem.

Sporo, jeśli wiedzą jak.

Ty wiesz?

Uśmiechnęła się szeroko. Pochyliła się, by otworzyć torbę, i moim oczom ukazało się coś czarnego i jedwabistego, jakiś strój, i para szpilek. Wyciągnęła plik pięcio- i dziesięciofuntowych banknotów, przeliczyła, dziewięćdziesiąt funi za cztery godziny pracy.

Myślę, że mam smykałkę, powiedziała.

Te dziewięćdziesiąt funi dalej dźwięczało mi w głowie, kiedy później powiedziała, że nie jedzie w tę samą stronę co ja, tylko do kumpeli, która mieszka przy Ormeau. W przeciwnym kierunku niż ja, nie miało sensu brać jednej taksówki. Nie chodzi o to, że chciałem ją naciągnąć, nie musiałaby nic dopłacać, by podrzucić mnie do domu po drodze do Twinbrook. Mieszkałem tuż przy autostradzie, a kiedy człowiek właśnie wydał ostatnią dychę na duże McNuggetsy i podwójnego cheeseburgera z bekonem, musi chwytać każdą sposobność.

Jasne, zamówię dwie taksówki, powiedziała.

Powiedziałem jej, żeby się mną nie przejmowała, przejdę się i złapię taksówkę na Castle Street. Przez moment wydawało jej się to dziwne, a potem zamówiła taryfę dla siebie. Gdy czekaliśmy, aż przyjedzie, przez cały czas zastanawiałem się, czy nie pożyczyć od Mairéad dychy. Ale nie potrafiłem się przemóc. Kiedy przyjechała taksówka, przytuliła mnie.

Odezwę się do ciebie, na pewno.

Tak, odezwij się, powiedziała, i już jej nie było.

Pomaszerowałem w stronę Castle Street. Na ulicy nie było żywego ducha, wystawy sklepów robiły upiorne wrażenie, jakby ktoś je doszczętnie obrobił. Dwa domy za Cosgrove była baza taksówek, ale kierowcy to chuje. Nie chcieli mnie zabrać, jeśli nie zapłacę z góry. Potem padł mi telefon. Nie miałem jak skontaktować się z Ryanem i Fintym i nie wiedziałem, gdzie są, czy już wrócili na chatę, czy jak.

Usiadłem na krawężniku i próbowałem wymyślić, co zrobić. Zostały mi dwa funie, czarne taksówki miały zacząć kursować dopiero za kilka godzin i potwornie bolał mnie łeb. Nie powinienem był tykać koksu. Mówiłem to za każdym razem, to była moja stała śpiewka przy schodzeniu z haju. Poważnie, to robi coś z głową. Sprawia, że człowiek zaczyna się obwiniać o wszystko, co było nie tak w jego życiu. Utknąłem w mieście bez pieniędzy i nie miałem jak wrócić do domu, chyba że na piechotę. Mogłem wstać i ruszyć z buta, lecz zamiast tego zamknąłem oczy i słuchałem, jak wietrzyk szeleści stosami śmieci na chodniku. Kiedy podniosłem powieki, zobaczyłem Divis Tower, a za nią nieprzyjazny masyw Góry na tle nieba.3

Miałem się stawić na komendzie we wtorek o jedenastej rano. Gliniarze zaprowadzili mnie do pokoju przesłuchań i wypytywali o wieczór, kiedy przywaliłem tamtemu chłopakowi. Próbowali coś ze mnie wyciągnąć, ale twardo trzymałem się swojej wersji. Miałem ją dobrze przećwiczoną i wydawało mi się, że świetnie mi idzie aż do momentu, gdy glina przesłuchujący mnie na miejscu wydarzenia wyciągnął teczkę z zeznaniami świadków domniemanej napaści i rozłożył je przede mną na stole. Jego małe niebieskie policyjne oczka wpiły się we mnie w oczekiwaniu na reakcję.

Powiedział, że obciążające mnie zeznania pięciorga świadków składają się na obraz niesprowokowanej napaści fizycznej na ofiarę, Daniela Jacksona. Oto słowa Gemmy Hatfield: „Mężczyzna około sześciu stóp wzrostu, krótkie czarne włosy, mocna budowa ciała, ubrany w niebieską koszulę, wyskoczył zza pleców Daniela i uderzył go w twarz, powodując utratę przytomności”. Kirsty Malone powiedziała: „Popchnął mnie z taką siłą, że prawie upadłam, a potem uderzył Daniela w zęby. Daniel przewrócił się i wyrżnął głową o ziemię ”. Joanna Porter zeznała, że miałem na sobie niebieską koszulę i czarną marynarkę i że po powaleniu Daniela próbowałem zaatakować jego kumpla. Rachel Henderson zeznała to samo – pewnie były koleżankami – a Gareth Waters stwierdził, że zanim rzuciłem się na Daniela, próbowałem zaatakować jego: „Byłem na zewnątrz, starałem się uspokoić sytuację, a on podskoczył do mnie z pięściami. Daniel nie widział, że skierował się w jego stronę. Zaszedł go od tyłu i uderzył”.

Kiedy przyjechała karetka, Daniel Jackson nadal był nieprzytomny. Jego zeznania brzmiały: „Nie pamiętam, co się wydarzyło. Stałem z rękami w kieszeniach, a potem obudziłem się w szpitalu, otoczony przez pielęgniarki”. Według raportu lekarza dyżurnego pacjent stracił przytomność w wyniku ciosu w usta: „Pan Jackson odniósł ranę głęboką szarpaną górnej wargi, wymagającą zszycia mięśnia wargi oraz śluzówki jamy ustnej”. Warga była rozcięta na wylot, bardzo możliwe, że panu Jacksonowi na zawsze pozostanie na twarzy duża blizna. Gliniarz podsunął mi papiery pod nos i powiedział: Pan Jackson doznał poważnych obrażeń twarzy, więc oskarżymy pana o napaść z uszkodzeniem ciała. Rozumie pan, co to znaczy?

_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._W serii Powieść już wkrótce ukażą się:

Hisham Matar

_Moi przyjaciele_

Przełożyła Hanna Jankowska

Nominowana do Nagrody Bookera powieść o trójce przyjaciół z Libii, którzy przebywając na początku lat osiemdziesiątych w Wielkiej Brytanii jako studenci, narazili się reżimowi Kaddafiego. To przejmująca opowieść o ludziach, których – nierozerwalnie – połączyło jedno dramatyczne wydarzenie; o polityce, która boleśnie zmienia ludzkie losy; o wykorzenieniu i potrzebie przynależności, ale przede wszystkim o przyjaźni na całe życie. I o Londynie, który dla głównego bohatera stał się czymś na kształt nowej ojczyzny.Tobias Wolff

_Stara szkoła_

Przełożył Krzysztof Umiński

Jedna z najlepszych amerykańskich powieści kampusowych.

Początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, Kennedy właśnie został prezydentem. Bohater, którego imienia nigdy nie poznajemy, otrzymuje stypendium w męskiej elitarnej szkole z internatem, słynącej z ambitnego programu literackiego. Jedną z tamtejszych tradycji jest zapraszanie różnych sław pisarskich na odczyty, a uczniowie urządzają wtedy konkurs na najlepszy utwór literacki zainspirowany twórczością sławnego gościa. Nagrodą jest zawsze „prywatna audiencja” u goszczących w szkole twórców. A wśród nich prawdziwe literackie tuzy…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij