Blizny - ebook
Po 1945 roku badania geologiczne w Polsce nabrały tempa. Odkryto złoża węgla brunatnego, miedzi, siarki i rozpoczęło się wielkie uprzemysłowienie. Pod kopalnie, huty i elektrownie – takie jak Turów czy Bełchatów – potrzebny był pusty teren. Wraz z powstawaniem nowych ośrodków przemysłowych kurczyły się lub wręcz znikały całe miejscowości: Opolno i Rybarzowice na Łużycach, Kazimierz Biskupi i Pątnów w Konińskiem, Bogomice i Rapocin pod Głogowem czy Piaski i Wola Grzymalina w Łódzkiem.
Dla wielu miejsc rozwój gospodarczy oznaczał apokalipsę. Niektóre zostały przykryte zwałowiskami odpadów, inne – zalane. Wysiedlono ludzi, wycięto lasy i zmieniono bieg rzek. „Istne raje” zamieniły się w kratery, w pustynie biologiczne i strefy katastrofy ekologicznej.
Marta Tomczok podróżuje szlakiem peerelowskiego przemysłu i miejscowości, które wchłonął. Opowiada o bliznach w ludzkiej pamięci i o bliznach w ziemi: śladach po szybach, wyrobiskach i hałdach, które na zawsze zmieniły polski krajobraz.
Szukałam sposobu, żeby oddać poczucie pustki, która powstaje w ludziach po odebranym im krajobrazie. Nie wszyscy chcieli od razu mówić, ale wszyscy chcieli, żeby ich słuchać, gdy już się przełamali. Doświadczenia czekania i słuchania wydają mi się kluczowe dla tej książki – i nie tylko dla niej.
Autorka
| Kategoria: | Geologia i geografia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8396-293-1 |
| Rozmiar pliku: | 8,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wilhelm Szewczyk, _Podróż na Łużyce_
„ wszystko było zarośnięte, tak samo jak wsie, przez które przechodziłem, zupełnie jakbym kroczył przez Tamten Świat; zresztą na rozstajach zobaczyłem, że jedna z tych wsi tak właśnie się nazywała… A wszędzie z rozpadających się budynków i płotów sterczały potężne zdziczałe konary i liście dojrzewających porzeczek”.
Bohumil Hrabal, _Obsługiwałem angielskiego króla_, przeł. Jan StachowskiOSKALPOWANE RAJE
Większość opisywanych w tej książce miejsc już nie istnieje. Przed laty zostały wchłonięte przez wielkie kopalnie, huty i elektrownie. Zanim tak się stało, kwitło w nich życie, i to kwitło dosłownie. Rosły wielogatunkowe lasy, owocowały sady, płynęły czyste rzeki. Po 1945 roku ruszyły w Polsce badania geologiczne. W niektórych regionach po raz pierwszy, w innych była to kontynuacja prac przerwanych wojną. Odkryto węgiel brunatny, miedź, siarkę i węgiel koksujący. Rozpoczęło się wielkie, nieznane wcześniej na taką skalę, uprzemysłowienie. „Istne raje” zmieniły się w swoje przeciwieństwo, w pustynie biologiczne, potężne kratery i miejsca katastrofy ekologicznej. Część z nich zniknęła pod zwałowiskami odpadów, część została zalana. Wycięto lasy, przeniesiono rzeki, obwałowano lub wyłożono koryta betonem. Ludziom wysiedlonym do wielkich miast dano wprawdzie możliwość awansu zawodowego, ale niektórym złamano życie, ponieważ od pokoleń byli przyzwyczajeni do wsi i nie wyobrażali sobie mieszkać gdzie indziej.
Moja podróż prowadzi szlakiem peerelowskiego przemysłu i miejsc, które wchłonął. Odwiedzając je, brałam ze sobą reportaże i mapy, jednak gdyby nie pomoc ludzi tam na miejscu, tych, których wysiedlono, i tych, którzy zostali, nie poradziłabym sobie. Oni są współautorami. To też ich książka.
Pracując nad tak skomplikowanym materiałem, obejmującym treść rozmów, prywatne zdjęcia, wiersze, dzienniki, powieści, archiwalia i opracowania naukowe, czułam, jakbym na nowo musiała uczyć się języka. Spisywane przez wiele godzin nagrania porównywałam później z wieloma źródłami: dokumentami urzędowymi, powojenną prasą, literaturą. Zrozumiałam, że wysiedlenia są zawsze procesem długotrwałym niezależnie od tego, jak szybko w rzeczywistości przebiegają. W ludziach potrzeba wspominania często zamiera, ból odbiera słowa. Równie często jednak potrzeba wspominania budzi się po latach milczenia. Wiele takich przebudzeń obserwowałam.
Gdy wysiedleni milczą, mówi literatura – teksty pojedynczych osób, które opisywały swoje doświadczenia na bieżąco, i zawodowych pisarzy, świadków uprzemysłowienia. Dotarcie do tych źródeł nie było prostym zadaniem. Większość podzieliła los literatury propagandowej i przepadła zapomniana. Jedne książki znalazłam przypadkiem, nie podejrzewając, że o wysiedleniach pisywali reporterzy w PRL-u, na inne trafiłam, przeglądając zakurzoną powojenną prasę. Wykluczenie, jakie spotkało opowieści wysiedlonych, spotkało też literaturę na ich temat. Czasami udawało się dotrzeć do jej autorów, zadać im pytanie, chwilę porozmawiać. Często jednak nie pamiętali ich nawet regionaliści zajmujący się powojenną kulturą.
Najwięcej zapamiętali sami wysiedleni, „ludzie stamtąd”, mieszkańcy bezimiennych wsi pokazywanych przez propagandę z obowiązkowym elementem w postaci rozsypujących się drewnianych chałup krytych słomą. Nie zdołały propagandowego obrazu wsi zmienić badania archeologiczne i etnologiczne prowadzone przed wysiedleniami, choć ich celem było przecież zachowanie śladów dawnych kultur. Wiele dokumentów przepadło. Fotografii z wyburzeń domów i osiedli nie robiono. Chodziło jedynie o to, by jak najszybciej zdjąć zbędny nadkład, jak w języku górniczym nazywano to, co znajdowało się nad złożami, sprzątnąć, zapomnieć. A następnie zatrzeć ślady.
Pamiętam swoje zdziwienie, gdy rozłożyłam na stoliku w czytelni bibliotecznej kilkadziesiąt tomów „Zeszytów Badań Rejonów Uprzemysławianych”, wydawanych w latach 1961–1986 przez Komitet Badań Rejonów Uprzemysławianych przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Wszystkie z adnotacją „do użytku służbowego”. A więc to tam się podziały „istne raje”, to tak je nazywano – pomyślałam, spoglądając na okładki czasopism z określeniem „rejony uprzemysławiane”.
Poznając historię powojennego gwałtownego uprzemysłowienia i powstające nieraz na szybko plany budowy zakładów przemysłowych, można zauważyć, że pewnych spraw nie planowano z wyprzedzeniem. Chociażby tego, czy i kiedy zostaną wysiedleni mieszkańcy wsi pod Bełchatowem, skoro inwestycja przez lata była niepewna, ani tego, czy i kiedy zostaną wysiedleni mieszkańcy wsi pod Legnicą i Ścinawą, jeśli w ogóle zostaną. Nie planowano też przesiedlania wsi znajdujących się już pod hałdami niektórych kopalni Rybnickiego Okręgu Węglowego. Nie można wykluczyć także i tego, że nie spodziewano się innych konsekwencji wysiedleń poza ekonomicznymi, ponieważ nigdy wcześniej na tak wielką skalę przemysł nie pozbawiał ludzi gospodarstw, sadów, zwierząt i wzajemnych więzi. Myślano o tym, co wysiedleni otrzymają w zamian. A możliwości było wiele: praca i mieszkanie w mieście z prądem, gazem i centralnym ogrzewaniem, awans społeczny. Zniszczonym wojną miastom, takim jak Lubin, Głogów, Tarnobrzeg czy Polkowice, przemysł miał wiele do zaoferowania. Po wycenie gospodarstwa i wypłaceniu odszkodowania wysiedleni przestawali być problemem. Ich złe samopoczucie pogłębiało przeciągające się czekanie na przeprowadzkę. Niektórych czekanie zabijało. Dosłownie.
Uprzemysłowienie oznaczało również bezwzględne niszczenie przyrody: skażenie gleby i powietrza, zatrucie roślin i zwierząt, zanieczyszczenie wód. Z ziemi zdejmowano skalp – pisała ekolożka Antonina Leńkowa, mając na myśli nie tylko górnictwo odkrywkowe, lecz także całe powierzchniowe życie, w które wkraczały spychacze i koparki, kilkoma ruchami definitywnie się z nim rozprawiając. Przyroda musiała ustąpić przed przemysłem, przemysł był priorytetem PRL-u. Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów oskalpowanego raju stały się Puławy – ośrodek polskiej kultury w XVIII wieku, posiadłość księżnej Izabeli Czartoryskiej, piękny, stary park, Wisła i hektary sosnowych lasów. Kiedy na początku lat sześćdziesiątych postawiono tam Zakłady Azotowe produkujące nawozy sztuczne, zaczął się „rozdział drugi” tego miejsca, jego umieranie. W 1967 roku dziennikarz Romuald Karaś napisał o nim reportaż zatytułowany _Rozdział drugi_, __ a w 1976 roku Krzysztof Kieślowski na jego podstawie nakręcił _Bliznę_, __ swój pierwszy pełnometrażowy film fabularny. Puławy stały się słynne w całym kraju, ściągali tam biolodzy i ekolodzy, socjologowie i dziennikarze. Podobno powieść o Azotach miała napisać Maria Kuncewiczowa. I co? Wykarczowano puszczę, wytruto zieleń, wysiedlono ludzi. Kolejna wielka powieść autorki _Cudzoziemki_ nie powstała.
Głosy skrzywdzonych, jakie udało mi się zebrać, są pełne pretensji o zabraną ojcowiznę i skazywanie ludzi na życie w świecie zanieczyszczonym przemysłowymi odpadami i wyziewami. Mają jednak swoją wagę. Bez nich hałda nadal byłaby hałdą, a nie zasypaną wsią, ściek ściekiem, a nie czyjąś ulubioną rzeką, a sztuczne jezioro sztucznym jeziorem, a nie zalanym osiedlem z jego radościami i smutkami. Ludzkie wspomnienia potrafią odczarować miejsca skazane na nieistnienie.
Proces przebudowy Polski z kraju zacofanego gospodarczo (poza Górnym Śląskiem, Łodzią i COP-em nie mieliśmy większych skupisk przemysłowych) przybrał po II wojnie rewolucyjny, gwałtowny rytm. W konsekwencji nowe polskie władze musiały brać pod uwagę fakt niejednolitości gospodarczej Polski, występowanie terenów bogatych i ubogich, istnienie lub brak tradycji przemysłowych w poszczególnych regionach i wszystkie następstwa tego stanu rzeczy
– pisał w 1971 roku socjolog Jacek Wódz.
Wprowadzona w 1958 roku Ustawa o zasadach i trybie wywłaszczania nieruchomości, obowiązująca do 1985 roku, a potem zastąpiona innymi aktami prawnymi, gwarantowała prawo do odszkodowań, ale stanowiła również, że cele wywłaszczenia muszą służyć dobru ogólnemu (obronie państwa, rozwojowi gospodarczemu kraju i tym podobnym). Specjalista z zakresu prawa ochrony środowiska Ryszard Mikosz, odnosząc się do konstytucji, tłumaczył mi, że „istota rzeczy polega na tym, by ingerencja w cudzą własność – niemożliwa całkowicie do uniknięcia – odbywała się w »cywilizowany sposób«”. Tymczasem nawet podczas wysiedlania kilkunastu wsi pod budowę Nowej Huty władza ludowa stosowała prawo po swojemu. Podobnie działo się w trakcie wywłaszczeń gospodarstw położonych na terenie obecnego Parku Śląskiego w Katowicach. „Potraktowano ich jak przedmioty, które dla jakichś tam wyższych, dla nich zupełnie niezrozumiałych celów winny zgodzić się na własną krzywdę” – pisał Jacek Wódz o mieszkańcach wsi pod Krakowem.
Zależało mi na tym, aby pokazać, że powojenne polskie uprzemysłowienie miało swoją ciemną stronę, która doprowadziła do tego, że rajskie niegdyś wsie i osady zmieniły się w czarne raje i obróciły wniwecz. Dla wielu miejsc polski cud gospodarczy oznaczał apokalipsę.
Historia rajów, w których cywilizacja się rozwijała, głębiono szyby i wyrobiska, budowano huty, elektrownie i kopalnie, a domy zastępowano osiedlami z wielkiej płyty, wreszcie się domyka. Zostają po niej nieużytki atrakcyjne dla deweloperów, ale i blizny ziemi. Hektary wyciętych lasów, nowe osiedla dla przesiedlonych, smog, pył i rosnące społeczne niezadowolenie – taka jest cena uprzemysłowienia. Określenia „blizna” użyła w 2014 roku szwedzka badaczka Anna Storm w książce _Post-Industrial Landscape Scars_, __ pisząc o szkodach poprzemysłowych w Europie i Rosji. Dwa lata po niej amerykański dziennikarz Bill McKibben, w przedmowie do katalogu zdjęć J Henry’ego Faira _Industrial Scars. The Hidden Costs of Consumption_, wspominał największą na świecie bliznę przemysłową, biegnącą wokół kanadyjskiego miasta Fort McMurray, porównując ją do Mordoru. W Polsce mamy swoje oskalpowane raje i swoje blizny po przemyśle. Pisano o nich już w latach siedemdziesiątych. Niestety ani słowa Wilhelma Szewczyka o bliznach ziemi, ani film _Blizna_ Kieślowskiego nie wywołały takiego rezonansu jak później prace Storm czy McKibbena.
Chciałabym, żeby zdewastowane miejsca, o których dalej piszę, nie zostały bez nazwy, żeby zachowało się po nich coś więcej niż wybrużdżona ziemia. „Teroz mom podpisać tyn papiórek i iść na stare lata mieszkać do tyj szuflody w betonie? Nigdy się z tym nie zgodza! To jest w ogólności nie w porządku wobec takich jak jo i wszystkich ludzi sam dookoła” – krzyczał w filmie Kazimierza Kutza _Paciorki jednego różańca_ główny bohater, Karol Habryka, gdy kazali mu opuścić stary domek na wyburzanym przez kopalnię Osiedlu Giszowiec. Pisząc tę książkę, wracałam pamięcią do jego słów i sceny, gdy staje w piżamie na środku budowy nowego osiedla i patrzy z żalem.
Ja, to nie jest w porządku, panie Habryka. Trzeba o tym godać.ŁUŻYCE
Welzow
Od godziny brnęłam zaśnieżoną przygraniczną drogą w stronę Zielonki położonej na wschód od Zgorzelca. Zasypane wyrobisko kopalni węgla brunatnego Kaławsk przemknęło mi w pewnej chwili po prawej stronie. Zobaczyłam je odgrodzone od drogi drzewami. Skręciłam w kierunku Węglińca. W moją stronę środkiem jezdni szło trzech mężczyzn. Wolałam nie wysiadać z auta i nie zostawać z nimi sama. Wyminęłam ich ostrożnie. Gdy dojechałam do Węglińca, było przed pierwszą. Oprócz zwartej zabudowy, podobnej do przedwojennych śląskich kamienic, i zabytkowej lokomotywy z napisem „Breslau” nie znalazłam tutaj śladów górnictwa. Na początku XX wieku nieopodal otwarto głębinową kopalnię węgla brunatnego Stadt Görlitz, którą po wojnie przemianowano na Kaławsk. Niemal równocześnie wybudowano brykietownię i elektrownię. W 1970 roku doszło do katastrofy i zalania wodą części wyrobiska. Zginęło pięciu górników. Cztery lata później kopalnię zamknięto.
Po raz pierwszy przeczytałam o Kaławsku i działającej w PRL-u kilkadziesiąt kilometrów dalej, w Łęknicy, Zgodzie Narodów w dziennikach Józefa Kuszneruka, zdeponowanych w Muzeum Regionalnym w Bełchatowie. Kuszneruk pracował jako geolog najpierw na granicy polsko-niemieckiej, a gdy otwierano odkrywkę w Bełchatowie, rozpoczął pracę przy największej peerelowskiej górniczej inwestycji, a Łęknicę porzucił. To jednak dzięki tym małym kopalenkom odbudował się po I wojnie światowej niemiecki przemysł. Po II wojnie światowej kopalnie Kaławsk czy Zgoda Narodów w Łęknicy, przejęte przez Polaków i użytkowane w następnych latach, traciły na znaczeniu. Zostały po nich: kilka zrujnowanych budynków w lesie, zarośnięte wyrobiska, nazwy, które nikomu nic nie mówiły, i jeziora w dawnych wyrobiskach, włączone do Parku Krajobrazowego Łuk Mużakowa.
O ziemi między Kwisą i Bobrem na wschodzie a Łabą i Salą na zachodzie, po której podróżowałam, mówiło się czasem Łużyce, choć częściej słyszało się nazwy Oberlausitz i Niederlausitz, Górne i Dolne Łużyce. Dolne Łużyce zaczynały się w okolicach Żar po polskiej stronie i ciągnęły przez Chociebuż (Cottbus) po Lübbenau/Spreewald (po łużycku: Lubnjow/Błota). Górne Łużyce swoim zasięgiem obejmowały Węgliniec, Zgorzelec, Bogatynię, Żytawę i przez Budziszyn ciągnęły się na zachód po Bernsdorf. Zaplanowałam tę podróż, gdy wpadł mi w ręce album Wilhelma Szewczyka, śląskiego pisarza i polityka, ze zdjęciami Łużyc wykonanymi przez Geralda Grossego. Było to swobodne tłumaczenie książki Jurija Brězana, niemieckiego poety. Grosse pokazywał Łużyce na efektownych czarno-białych fotografiach. Oprócz ludzi w strojach ludowych ze śmiesznymi czepkami, kokardami i wstążkami fotografował elektrownie na węgiel i blokowiska enerdowskie. „Łaknący energii przemysł przemienia sielski krajobraz, gdzie w poszum wysokich drzew wdziera się metaliczne drżenie przewodów wysokiego napięcia” – pisał Szewczyk w albumie. Kreśląc w 1948 roku portret łużyckiej pisarki Miny Witkojc, nazywał Łużyce „woreczkiem ściśniętym w środku – Budziszyn na dnie i jego dość szerokie przedpole, w którym jak dawniej panował język łużycki i narodowy obyczaj”. Wspominał także o „wydłużających się jak żmije kopalniach węgla brunatnego” i „burzeniu łużyckich domostw na drodze wielkiego kapitału i przemysłu”.
Chciałam zobaczyć, jak łużyckie wsie padały jedna po drugiej i jak się odradzały, albo i nie. Zarówno po polskiej, jak i niemieckiej stronie Łużyc. Interesowały mnie skutki górnictwa opisywanego w albumach Grossego i Szewczyka, a szczególnie – krajobraz, który wraz z nimi się zmieniał. W przeszłości był on utkany głównie z lasów i pól. Na Górnym Śląsku, gdzie stały miasto obok miasta, kopalnia przy kopalni, komin tuż przy kominie, bliskość przemysłu i krajobrazu zdarzała się rzadziej, chyba że na południu województwa. Łużyce jeszcze długo po wojnie były niespełnionym marzeniem dla wielu Ślązaków. Dla kogoś takiego jak ja, kto przyjechał z Katowic i jeździł z miasta do miasta, stojąc w korkach godzinami, Łużyce okazały się nieogarnioną przestrzenią, prerią z kominami elektrowni na horyzoncie, mirażem.
Ruszyłam z Węglińca na zachód, ku granicy. Nie licząc krótkiego odcinka autostrady, była to ta sama droga, składająca się z dwu wąskich pasów i rosnących wzdłuż zaśnieżonych topoli. Biegła równolegle do Łuku Mużakowa, wyżłobionego trzysta tysięcy lat temu przez lodowiec, który pewnego dnia pojawił się na obszarze dzisiejszego Jerischke i zostawił tam półkole, ciągnące się od Tuplic po zbiornik wodny Felixsee. Lodowiec naniósł ze sobą iły ałunowe, z których produkowano charakterystyczne żółte dachówki, a wydestylowane sole wykorzystywano do zmiękczania skór w garbarstwie. Przyniósł także czyste szklarskie piaski, których mieszkający tu Czesi zaczęli używać do wytopu szkła w rodzinnych hutach. Możliwe, że gdyby lodowiec wiedział, w jakim stopniu przyczyni się do zniszczenia regionu, wybrałby inną drogę.
Droga na Łużyce, 2025
Fot. Marta Tomczok
Skręciłam na Welzow. Otwarta w 1966 roku kopalnia Welzow-Süd cały swój węgiel transportowała do elektrowni Czarna Pompa, która wzięła nazwę od wsi obok. O Czarnej Pompie ogłosił socrealistyczny poemat _Kombinat „Czarna Studnia” (Kombinat „Čorna Plumpa”)_ Jurij Brězan, częsty gość w Katowicach w połowie ubiegłego wieku. Była to wzywająca do mordu, dziwaczna i szalona pieśń, napisana przez człowieka, o którym można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest przywiązanym do ziemi Łużyczaninem. A przecież Brězan pochodził stamtąd, był jednym z okradanych z krzewów i drzew Serbołużyczan, napatrzył się na masowe wysiedlenia. Zobaczyłam go na fotosie z filmu dokumentalnego _Suche nach Glücksland. Die Geschichten des Jurij Brězan_ Konrada Herrmanna, na którym razem z reżyserem zanurzał ręce w piaszczystej hałdzie i szukał czegoś niewidocznego zapatrzony w budynki Czarnej Pompy na horyzoncie. Nie był to ten sam Brězan, który pisał napastliwe wiersze w stylu:
Hej rąb – a padnie jodła, brzoza, dąb!
W drzewo się wgryza żarłoczna siekiera,
gruby buldożer wyje, szarpiąc wrzos,
ożyje puszcza, co dziś umiera.
Hej rąb – zwalamy stromy,
hejże – wznosimy domy,
cichy niszczymy raj,
węgiel wzbogaci kraj!
Przypominałam je sobie, jadąc do Welzow, nie tylko dlatego, że wszędzie wokół widać było spustoszenia. Zapamiętałam te wiersze również dlatego, że symbolizowały niezrozumiałą zgodę na dewastację łużyckich cudów natury, i to zgodę autochtonów, a nie władzy, ludzi wysiedlanych lub wysiedlonych, którzy takimi słowami jak słowa Brězana ułatwiali zagładę Łużyc. A natury łużyckiej należało zaciekle bronić. Jeszcze przed podróżą na Łużyce wybrałam się do córki Szewczyka, emerytowanej profesorki germanistyki, dźwigając pod pachą książki ze zdjęciami Grossego. Ona tymczasem zaczęła opowiadać o swoim ojcu i jego zamiłowaniu do ochrony przyrody, szczególnie do hałd. W NRD mieli na niego grubą teczkę. Na Brězana też mieli, ale Brězan pisał pod dyktando enerdowskiej władzy, a Szewczykowi zdarzało się przemycać w książkach całe akapity o tym, jak przemysł truje Śląsk.
Wokół odkrywki Welzow-Süd panowała cisza. Rzadki po obu stronach drogi las pozwalał myśleć, że prace rekultywacyjne ruszyły tu najwyżej kilkanaście lat temu. Zaparkowałam pod niewielkim wzniesieniem na skraju drogi i powędrowałam w stronę punktu widokowego. Oddane do użytku w 2012 roku Steinitzer Treppe, czyli Szczeńcańskie Schody (w tłumaczeniu na łużycki), w rzeczywistości były stusiedemdziesięciometrową platformą widokową, zbudowaną na wzór wysięgnika maszyny górniczej. Turystom przypominały szyję dinozaura. O tej porze roku można je było podziwiać w samotności. Żeby dostać się na taras widokowy, musiałam przejść przez bramę wahadłową. Pozostałości po kasie sprawiały wrażenie, jakby przejście, na którym zamocowano wrzutnik monet, miało się za mną zatrzasnąć i już nie otworzyć. Wspięłam się na górę, wierząc, że uda mi się wrócić. Sto jeden schodów pokonałam w kilkanaście minut. Widok z góry wart był każdego ryzyka. Na horyzoncie rysowała się zrekultywowana odkrywka, dalej było widać pracujące maszyny górnicze i Spreewald. Nierównej wielkości kopczyki, wypluwane przez koparkę wielonaczyniową, według planu koncernu LEAG z czasem miały zamienić się w lokalne Alpy. W planach koncernu było także odtworzenie moreny czołowej lodowca i posadzenie we wgłębieniach lasów mieszanych, takich, jakie rosły kiedyś na Łużycach. Tylko że nic z tego nie było w stanie wynagrodzić nieszczęść spowodowanych przez wydobycie węgla – ani nowe lasy i efektowne, darmowe punkty widokowe, ani krajobraz zarośniętych odkrywek. Patrzyłam na to wszystko zdumiona, a jednocześnie coś we mnie wołało, że taka wzniosłość w miejscach, które wcześniej skazano na zagładę, nie przystoi. Jak podawały źródła, po II wojnie światowej na Łużycach doszło do masowych przesiedleń ludności. We wkopach, w wyrobiskach górniczych i pod hałdami zniknęło ponad trzysta siedemdziesiąt miejscowości, a sto dwadzieścia tysięcy ludzi musiało znaleźć nowe domy. Alpy wyrosły przede wszystkim dla turystów. Niewielu miejscowych wracało w rodzinne strony.
Na skraju odkrywki Welzow-Süd, kilkanaście kilometrów od punktu widokowego, ostał się wysoki dworek Gut Geisendorf, pozostałość wsi przeniesionej w 2001 roku do Neupetershain. Z czasem stał się symbolem niemieckiej myśli inżynieryjnej i tego, jak można renaturyzować krajobraz. Wokół powstały winnica, ogród różany, ścieżki rowerowe, nowe nasadzenia kasztanów jadalnych, z których od dawna słynął region, altanki i trzy sztuczne wzniesienia: Geisendorfer Berg, Steinitzer Berg i Wolkenberg. Obowiązkiem LEAG, tak jak innych niemieckich odkrywek, stało się upamiętnienie zniszczonych osad ludzkich. Informował o tym projekt artystyczny Steffena Mertensa _Sieben Sisyphosse auf dem Weg zum Geisendorfer Berg_ , skonstruowany w Czarnej Pompie, a zainstalowany wokół dworku. Niemieccy Syzyfowie symbolizowali niestrudzonych pracowników koncernu, wtaczających pokopalniane głazy na sztuczne góry z nadzieją, że stworzą tu sobie zaciszny raj, alpejskie mleczko. Genialna myśl techniczna pozwalała ludziom najpierw rujnować ziemię, a później odbudowywać ją, w ich mniemaniu, lepiej, niż zrobiłaby to przyroda. Minęłam Gut Geisendorf, nie zatrzymując się w ogrodzie różanym i nie witając z siedmioma Syzyfami.
Objeżdżanie odkrywki zajęło mi godzinę. Zobaczyłam pusty płaskowyż, wysoką, zmarzniętą trawę i nagie drzewa. Teren pokopalniany był potężnym owalem zajmującym kilkadziesiąt hektarów. Kolejny z punktów widokowych znajdował się tuż za szlabanem i właściwie nie był żadnym punktem, ale półdziką przystanią, gdzie ledwo mieściło się auto. Pomknęłam dalej. Na południe od Gut Geisendorfu, na lekkim wzniesieniu, zauważyłam miejsce, do którego prowadziły wąskie schody. Na górze, na betonowym podeście przegrodzonym siatką zabezpieczającą, znajdowała się ławeczka dla wielbicieli panoram. Tu także nie było ludzi. Kolejny punkt widokowy nosił nazwę Welzower Fenster (Welzowskie Okno) i przypominał bramę odgrodzoną od odkrywki metalową siatką. Na ziemi leżały zużyte opakowania po sztucznych ogniach, którymi witano tu Nowy Rok, puszki po piwie i prezerwatywy. Naprzeciwko, oddalona o jakieś pół kilometra, pracowała koparka, przesypując nadkład. Stała wśród zaśnieżonych kopczyków, które normalnie byłyby żółte, ale nakryte śniegiem przypominały białe babki. Krajobraz wydawał się dziwny także dlatego, że wokół nie było widać zniszczeń, ale inny świat, od początku do końca wytworzony przez kopalnię, surowy, rozległy, o mlecznej barwie. Lekkie szumy koparek, w tym F60, największej na świecie maszyny górniczej, ważącej trzynaście tysięcy sześćset ton i mierzącej pięćset dwa metry długości, nazywanej pieszczotliwie leżącą Wieżą Eiffla, wprowadzały do atmosfery oprócz ton pyłu niepokój i rozstrojenie.
Dwadzieścia pięć kilometrów dalej znajdował się ostatni punkt widokowy – Rostiger Nagel, po polsku – „zardzewiały gwóźdź”. Było stamtąd blisko do odkrywki opisywanej przez Wilhelma Szewczyka jako Ilse-Gesellschaft i przemianowanej później na Ilse Bergbau AG, a w końcu wchłoniętej przez większe niemieckie spółki węglowe. Ilse zyskała opinię okrutnej kopalni, „panowie z Ilse-Gesellschaft wiedzieli, że nie jeno dla zysków materialnych trzeba wyciąć bór i obnażyć powierzchnię ziemi, aby można z niej było wyrwać węgiel” – pisał poeta. Dziś zostały po niej jezioro i kilka pamiątkowych tablic informacyjnych. Niemieccy architekci, którzy po jej zamknięciu pracowali nad renaturyzacją krajobrazu, mieli spore problemy w ściągnięciu tam wysiedlonej ludności. Podobno, jak pisał dla „Travel Magazine” w 2021 roku Bartek Kaftan, organizowali spacery po wyrobiskach i performanse pomagające ludziom odtworzyć kontury dawnych domów. „Na dnie wyrobiska stanęły kanapy, stoły, krzesła, popłynęły opowieści i łzy”. A później dół zalano i utworzono Łużycką Krainę Jezior.
Wracałam przez górnicze miasteczko Welzow. Wzdłuż głównej ulicy stały czerwone, stare domki. W podwórkach było widać chlewiki podobne do tych spotykanych przy śląskich familokach. Miasteczko wydawało się senne. Najwięcej ludzi kręciło się obok położonego w centrum marketu, w którym można było znaleźć dosłownie wszystko, od sprzętu ogrodowego po czekoladowe jajka wielkanocne. Na rogatkach ustawiono potężne, zardzewiałe koło czerpakowe, symbol górnictwa, z którego miasto wciąż ciągnęło zyski. Po drugiej stronie zaczynał się park. Rząd ławeczek, tablica informacyjna i nieduże wzniesienie z napisami „miedź”, „cynk” i „ołów” – po niemiecku. Obok, na czerwonym murku ozdobionym pordzewiałą blachą, wyryto inny symbol górnictwa – pyrlik i żelazko. Welzow był największą miejscowością Brandenburgii i Saksonii związaną z odkrywkami węgla brunatnego i jak inne cierpiał z powodu wyludnienia. Pozamykane w latach dziewięćdziesiątych brykietownie wyglądały niczym porzucone PGR-y. Chodnikami spacerowali emeryci. Trudno było uwierzyć, że jest się w Niemczech.
Wieczorem, gdy ułożyłam się do snu w przygranicznym hotelu, zajrzałam do _Drzewa wiśni_, powieści łużyckiego pisarza Jurija Kocha, którą przywiozłam z domu. Zdania płynęły powoli i monotonnie niczym strugi deszczu, w których poruszał się jadący wiejską drogą główny bohater. Jechał wolno, nie były to dzisiejsze autostrady, ale podmokłe leśne dróżki, takie jak te z Zielonki czy Węglińca. Kiedy kierowca wyłączył silnik, żeby poszukać pomocy, bo auto utknęło nagle w błocie, poczułam, jakbym to ja musiała się zmierzyć z ciemnym szprewskim lasem. Obserwowałam, jak niemiecki geolog szuka ratunku w starej chacie i jak poznaje jej tajemniczych mieszkańców oraz przywiązaną do rodzinnej ziemi Enę. Czytałam o ich uczuciu – on pracował nad projektem zatopienia wioski, ona już przyjęła oświadczyny kogoś innego. Nagle wyrosło przede mną drzewo wiśni, ukochane drzewo dziadka Eny, które z powodu skażenia terenu miedzią wymagało podcięcia. Widziałam, jak mieszkańcy wioski je ścinają i wloką koronę do stawu, by mogła się w nim oczyścić. Na początku powieści Koch umieścił motto z utworu Petera Handkego _Przez wioski_, znanego w oryginale jako _Über die Dörfer_. Ten dramat, a właściwie poemat dramatyczny, wystawił po raz pierwszy w 1982 roku w Salzburgu Wim Wenders – bez wielkiego sukcesu. Krótki tekst motta, przypominający wiersz, wydał mi się czymś w rodzaju zalecenia, by opowiadać dobre, codzienne zdarzenia, przedłużając w ten sposób ich trwanie. Handke radził też, żeby spacerować po opustoszałych wsiach, rozglądać się za tym, co zostało, i nie lamentować nad ruinami.
Porażki znoś spokojnie. Nade wszystko miej czas i wybieraj okrężne drogi. Daj się rozproszyć. Weź tak jakby urlop. Nie przeocz żadnego drzewa ani wody. Zapomnij o bliskich, wzmocnij nieznajomych, pochyl się nad drobiazgami, wycofaj się w pustkowie, za nic miej dramaty losu, lekceważ nieszczęścia, śmiechem rozbrajaj konflikty. Poruszaj się w swoich własnych barwach, aż będziesz mieć rację, a szum liści stanie się słodki. Idź przez wioski. Ja pójdę za tobą.
Wzięły mnie te rady.
Kausche
I wtedy stanęła mi przed oczami wieś Kausche, ta, którą zobaczyłam w zaśnieżonej dziurze odkrywki Welzow-Süd, w rzeczywistości widząc swoje niewyraźne wyobrażenie, bo przecież Kausche od dawna już nie istniało. Kausche było pierwszą łużycką wsią przeniesioną w całości w nowe miejsce i wybudowaną specjalnie dla wysiedleńców. Pierwszą, której przeniesienie zaplanowano od początku do końca na wzór projektów zachodnioniemieckich. Począwszy od lat sześćdziesiątych odkrywka pochłonęła dwanaście wsi i ponad dwa tysiące mieszkańców. Wszyscy musieli się wyprowadzić do pojedynczych mieszkań w osobnych blokach. Badania przeprowadzone po zjednoczeniu Niemiec pokazały, że nie byli szczęśliwi. Kausche oparło się enerdowskiej praktyce przesiedlania siłą i zostało, nazywając rzeczy po imieniu, relokowane. Julia Ess z Uniwersytetu Technicznego Brandenburgii Cottbus-Senftenberg opisała przypadek dużej, liczącej ponad trzystu mieszkańców wioski jako coś szczególnego, nazywając go „Kausche-Vertrag” (umową Kausche), ponieważ władze zapewniły obywateli o przeniesieniu ich do nowego miejsca w całości i dotrzymały słowa.
Od tego czasu strategia tak zwanej Lausitzer Weg (Drogi Łużyckiej) służyła za wzór relokacji na Łużycach. Dla mieszkańców Kausche i Klein Görigk zbudowano nowe osiedle we wsi Drebkau (na północ od Welzow-Süd, około sześciu kilometrów od Kausche). Większość z trzystu sześćdziesięciu dziewięciu mieszkańców Kausche i Klein Görigk przeprowadziła się do trzydziestu trzech domów jednorodzinnych lub bliźniaków (czterdzieści rodzin) i dwudziestu pięciu małych budynków mieszkalnych (stu czterdziestu dziewięciu mieszkań).
Pierwszy raz musiałam zobaczyć Kausche wcześniej, stojąc na szyi dinozaura. Gdzieś tam, między kominami Czarnej Pompy a leżącą Wieżą Eiffla, mogła kiedyś tętnić życiem mała wioska otoczona lasami. Teraz w jej miejscu leżały iły, piaski i ławice węgla, do których nie sięgały nawet najstarsze korzenie drzew rosnących w kauscheańskich sadach. Wieś jakby się ulotniła, dosłownie, jakby uleciała w powietrze na latającym dywanie i opadła w Drebkau, cała i zdrowa.
Po kilku godzinach poszukiwań znalazłam trzydziestominutowy film nakręcony przez Helke Misselwitz w 1994 roku tuż przed wysiedleniem wioski. Reżyserka weszła tam krótko przed maszynami górniczymi i zdążyła nagrać ostatnich mieszkańców. Część z nich stanowili ludzie, których młodość przypadła na lata międzywojenne, w połowie lat dziewięćdziesiątych musieli mieć więc ponad osiemdziesiąt lat. We wsi zostało ich może czworo czy pięcioro, oprócz nich zostały także dzieci, może ich wnuki lub prawnuki. W sumie kilkanaście osób.
Misselwitz spotykała się ze swoimi bohaterami dzień po dniu, towarzysząc im w czasie gry w bilard, przyjęcia urodzinowego, posiłków w kuchni, polowania, czekania na autobus, oglądania zdjęć. Z każdym dniem w Kausche pojawiało się coraz więcej znaków ostrzegawczych, rozkopanej ziemi, trzasków na podwórzu pochodzących z pracujących za domami koparek. Ludzie starali się ich nie dostrzegać, siedzieli w ogrodach, opalali się, pili piwo. Ale widz wiedział, co się tam dzieje, ponieważ po każdej scenie we wsi oglądał scenę w kopalni, gdzie trwały przygotowania do zagłady. Z Welzow-Süd nadciągały gigantyczne maszyny, aby rwać ziemię, po której wciąż jeszcze chodzili ludzie, biegały psy, na której nadal rosły kwiaty. Wszystko odbywało się w atmosferze pokojowej, wczesną jesienią. Na stole stały już słoiki z przetworami z 1994 roku, z papryki i ogórków. Ale ta data zdawała się znaczyć zupełnie co innego, niż zazwyczaj oznaczają takie daty. Była to data zakończenia życia w Kausche. Data całkowitego końca małego, starego, wiejskiego raju i ludzi trzymających w ogrodzie perszerona zaprzyjaźnionego z psem, w szopie motocykl sprzed wojny, a w domu na półeczce kiczowate gipsowe mikołaje.
Film uświadomił mi atmosferę niesamowitości, jaką wytwarzają odkrywki. Jakiejś kosmicznie wielkiej, długo niewidocznej, kroczącej katastrofy. Działania maszyn były powolne, ich ruchy niezauważalne, w tym, co robiły, nie dało się dostrzec żadnej gwałtowności. Praktycznie nie było widać ruchu. A mimo to szkody, jakie wyrządzały, okazywały się nieodwracalne. I – co najistotniejsze – nigdzie nie było ludzi. Misselwitz pokazała operatorów maszyn pracujących nocami nad planem zerwania z Kausche nadkładu, ale nie pozwoliła im ani razu przemówić. Mówili tylko mieszkańcy. W jednej z ostatnich scen pokazała śmiejące się dzieci, a tuż nad nimi, dosłownie wiszącą nad wioską jak wielki statek kosmiczny, zwałowarkę 1301 – TAKRAF 1530 – F60, połączoną z koparką i przenośnikiem taśmowym. Patrząc na tego giganta, miało się wrażenie, że maszyna w jednej minucie tę wioskę rozwali. Nikt jednak nie zdawał sobie z tego sprawy, ponieważ we wsi wciąż byli ludzie. Na koniec reżyserka pokazała bociany szukające gniazd nad odkrywką. Nie wszyscy zostali relokowani, przyroda pozostawała długo w stanie pomieszania. Tego, żeby przenieść sady z jabłkami, grusze, krzaczki, stare płoty z plastikowymi wiatraczkami i wiele innych walących się zabudowań, które tworzyły urocze Kausche, nie dało się uwzględnić w niemieckich planach. I to wszystko musiało runąć do dziury, przechwycone i zmiażdżone przez koparki i zwałowarki.
Zgorzelec
Zasypiałam, gdy na dworze hulał wiatr, a temperatura spadła do minus piętnastu stopni Celsjusza. Byłam zmęczona. Rano, gdy zrobiło się cieplej, wróciłam z Welzow do Zgorzelca i udałam się do Muzeum Łużyckiego, gdzie miała zostać otwarta wystawa na temat historii wydobycia węgla brunatnego. Nie wiem, w jaki sposób udało mi się wejść na górę i porozmawiać z Małgorzatą Zysnarską, archeolożką odpowiedzialną za wystawę. Muzeum było zamknięte dla zwiedzających, a my z Małgosią się nie znałyśmy i nie byłyśmy umówione. Ktoś jednak zostawił drzwi otwarte, więc weszłam. Przywitałyśmy się. Zapytałam o węgiel brunatny na Łużycach i wysiedlenia.
Kopalenki, takie jak Zielonka, stanowiły jedynie przedpole. Największym niemieckim zakładem wydobywczym węgla brunatnego okazał się Herkules położony w Türchau (Turoszowie). Po 1945 roku kopalnia znalazła się po polskiej stronie, a elektrownia po niemieckiej. Dla kopalni węgla brunatnego oznaczało to trudności i kłopoty. Węgiel brunatny jest materiałem kruchym i nie znosi transportu, kopalnia musiała mieć więc swoją elektrownię, a elektrownia – własną kopalnię.
– Do 1946 roku – wyjaśniła Małgosia – nie było z tym problemu. Kopalnia znajdowała się pod administracją radziecką, ale współpracowała ściśle z elektrownią. Rosjanie nie chcieli się jednak pogodzić z tym, że była to już polska kopalnia. W ogóle informacja, że istnieje duża odkrywka, funkcjonująca do spółki z elektrownią, dotarła do centrali na Górnym Śląsku zajmującej się kopalniami węgla dopiero w 1946 roku. W czerwcu polska delegacja pojechała w teren zorientować się, jak sprawa wygląda. Zaczęły się negocjacje, niełatwe, ponieważ ani jedna, ani druga strona nie chciała ustąpić. Polacy byli gotowi przejąć kopalnię jak najszybciej i w jak najlepszym stanie. Sowieci dążyli do ogołocenia tych zakładów ze wszystkiego, co dałoby się wywieźć do ZSRR, twierdząc, że to część należnych im reparacji wojennych i słuszna rekompensata za zniszczony przez Wehrmacht przemysł radziecki.
– Status Górnych Łużyc – dopowiedział kolega Małgosi, przysłuchujący się dyskusji – nie był jeszcze pewny. Wszystko wydawało się płynne.
– My obecnie widzimy granicę na Nysie Łużyckiej i Odrze jako coś stałego – wtrąciła Małgosia. – Ale tuż po wojnie o kwestie takie jak przynależność kopalni Turów toczyła się gra. Ludzie, którzy w 1939 roku znajdowali się u siebie, w 1945 roku obudzili się w innym świecie. Powrót Worka Turoszowskiego do NRD nie był wykluczony. Nie umiano się dogadać, kto ma z tej kopalni ciągnąć zyski i na jakiej zasadzie ma ten organizm współpracować.
– A węgiel? – zapytałam.
– Doprowadził do poważnego tąpnięcia etnicznego na Łużycach. Wysiedlano wsie, a po wojnie pojawiała się nowa ludność, przeważnie z Niemiec Centralnych czy Zachodnich.
Wzięłam z regału _Turów – brunatny skarb_, książkę wydaną w 1964 roku przez Tadeusza Strumffa z mieniącą się odcieniami zieleni odkrywką na okładce. Warszawski reporter, niegdyś – pracownik kombinatu, wiele napisał o czasach jego rozbudowy. „Już w trzy lata po wojnie kopalnia była całkowicie polska”, zaczęto więc myśleć o postawieniu elektrowni bliżej Bogatyni i zakończeniu współpracy z niemiecką Hirschfelde. Na miejsce inwestycji wybrano Trzciniec, wieś, w której jeszcze kilka lat po wojnie znajdowała się łąka. „Ruszyły do natarcia spychy i wywrotki. Znowu – setki tysięcy metrów sześciennych wywiezionej ziemi. Wybuchy rozsadzające skałę”. W 1962 roku do Turowa zawitała delegacja z Warszawy. Budowę przyjechali zobaczyć „najmilsi goście: Pierwszy Sekretarz KC PZPR – Władysław Gomułka, Premier Józef Cyrankiewicz, Sekretarz KC PZPR – Edward Ochab, Przewodniczący CRZZ – Ignacy Loga-Sowiński”. Gomułka dostał nawet w prezencie miniaturową koparkę SchRs 1200, pięćdziesiąt razy mniejszą od prawdziwej, i napisany piękną staropolszczyzną list z pochwałami piastowskiego brunatnego złota. Świta rządowa pojechała zobaczyć także piękną wieś Opolno. „Niegdyś była to miejscowość zdrojowa – ze źródłami wód leczniczych. Źródła wyschły, Opolno straciło znaczenie, piękne wille trzeba było wyremontować, zagospodarować” – pisał Strumff. To o te piękne wille toczyła się obecnie batalia w mediach. O wpisanie ich do rejestru zabytków, o restaurację, w końcu – o powstrzymanie planów kopalni przez wzgląd na ochronę zabytkowej zdrojowej architektury i domów przysłupowych. Zapytałam o Opolno Małgosię, zwłaszcza że leżało niedaleko Zgorzelca.
Kopalnia węgla brunatnego i elektrownia Turów, 1962
Fot. Eustachy Kossakowski, zdjęcie opublikowane w artykule _Worek obfitości_ w: „Polska” 1961, nr 1 (89) / © Anka Ptaszkowska, Paulina Krasińska-Sawicka. Negatywy są własnością Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
– Już w początkach XIX wieku węgiel brunatny wydobywano tam na polecenie rodziny hrabiów von Einsiedel, których siedzibę stanowił piękny pałac w Rybarzowicach. W połowie XIX wieku działało w tym rejonie sporo małych kopalni głębinowych. Wielki przemysł do Opolna dotarł dopiero po rozbudowie w latach 1959–1964. Zmiany warunków wodnych i zatrute powietrze zakończyły temat uzdrowiska.
Małgosia nie była do tej wsi szczególnie przywiązana, o wiele bogatsze archiwa zostały chociażby po Rybarzowicach, które wysiedlono w połowie XX wieku. Opolno zostało w cieniu, ale to ono było bezpośrednio zagrożone wyburzeniem.
Po wyjściu z Muzeum zajrzałam do kamienicy obok, na Daszyńskiego 12, w której mieścił się Dom Jakuba Böhme. Na zewnątrz zrobiło się jasno i słonecznie. W rzece pływały kaczki, które zdawały się nie odczuwać mrozu. Na piętrze malutkiej kamienicy, w której na przełomie XVI i XVII wieku mieszkał szewc filozof, ludowy mistyk, genialny samorodny myśliciel i autor _Aurory, czyli Jutrzenki o poranku_, znajdowało się kilka tablic informacyjnych i pamiątek. Prawdziwie szewska izba – bez atrakcji dla turystów i dodatkowych zachęt do zdobywania wiedzy. Na jednej ze ścian ktoś umieścił cytat z pism Böhmego:
Lilia rozkwitła na górze i w dolinie,
na wszystkich krańcach ziemi,
kto jej szuka, ten znajdzie.
Amen.
(_De Signatura Rerum_)
Wydawało się mało prawdopodobne, by i tutaj, w izbie, w której nie było nikogo, znajdowała się odpowiedź na pytanie nurtujące mnie od początku podróży. Czym były miejsca, które zginęły w odkrywkach, i czy gdziekolwiek o nich pamiętano? Czy ktoś do nich wracał myślami, tęsknił za nimi, obracał w palcach zdjęcia, tulił pamiątki, rozmyślał? W komentarzu do wiersza o lilii, zamieszczonym obok na ścianie, przeczytałam, że nicość nie jest pustką ani próżnią, ale pragnieniem, a nawet nadzieją. Wyobraziłam sobie odkrywkę w Bogatyni jako dolinę z kwiatami. Może nie o tej porze roku, ale przecież nie byłoby to niemożliwe latem czy wiosną. Ile maków mogłoby tam rosnąć, ile fiołków, ile łubinów.
Przed wyjściem zatrzymałam się jeszcze w księgarni na dole. Na ladzie, obok widokówek, leżała książka Henryka Wańka _Wędrowiec śląski_. Kupiłam ją i zabrałam do pokoju. Waniek opisał w niej swoje pobyty w Zatoniu-Kolonii obok Bogatyni w latach pięćdziesiątych:
W słoneczny, pachnący kwitnącymi lipami niedzielny poranek jadę rowerem gdzieś między Zgorzelcem a Bogatynią. Pedałuję bocznymi drogami bez wyraźnego celu i może właśnie dlatego trafiam w końcu na wioskę, która jest całkowicie opuszczona. Nikt tam już nie mieszka.
Śladów po niej będę szukał bezskutecznie rok później, gdy już ją pochłonie żarłoczna inwestycja energetyczna, nowoczesne piekło znane pod nazwą Turów II. Ale w tamtą niedzielę wioska jeszcze istniała. Mimo dwunastu lat, jakie minęły od zakończenia II wojny światowej, rabunek dokonany tutaj, jak wszędzie, nie był jeszcze doszczętny. Przy odrobinie wyobraźni można zobaczyć jej stan sprzed wysiedlenia prawowitych gospodarzy.
Waniek miał wówczas piętnaście lat. Jazda przez puste wsie i przeszukiwanie strychów wysiedlonych domów były dla niego młodzieńczą przygodą. Możliwe nawet, że krążył po okolicy, którą i ja zwiedzałam, i że nasze drogi przecięłyby się, gdybyśmy podróżowali w tym samym czasie. Widział „połamane krzesła, zydle, części łóżek. Ogromną liczbę starych butów”, jakiś stos papierów przewiązanych wstążką, zdjęcia, rachunki, dokumenty. Wchodził do pokojów i kuchni, patrzył na puste kredensy, otwierał meblościanki. Znalazł nawet cynowy talerz, podobny do tego, w którym Böhme ujrzał swoją _Jutrzenkę_, zanim ją napisał. W pomieszczeniach, gdzie się zatrzymał, panował półmrok, za to na łąkach i polach było jasno, tak jasno, jak potrafi być w bezludnych miejscach, na które nie pada żaden cień oprócz cienia drzew w sadzie owocowym.
We wspomnieniu nie było nic, co by wyjaśniało, jaką konkretnie wieś odwiedził Waniek. Napisałam do niego wiadomość. Odpowiedź nadeszła w nocy.
Mieszkałem w Kolonii Zatonie, a sąsiednie wsie w związku z planowanym rozszerzeniem obszaru eksploatacji były już częściowo lub całkowicie wyludnione. Były tam też wsie albo przysiółki w ogóle niezamieszkane od roku 1945, bo tzw. Worek Żytawski był terenem przygranicznym, a więc dla ludności niedostępnym, a uzdrowisko Opolno służyło wyłącznie personelowi wojskowemu. Toteż wędrówki (w sumie nieliczne) po tych pustkowiach były wielką przygodą. Czy te miejscowości w ogóle miały jakieś polskie nazwy? Gdy usiłuję dziś na podstawie map niemieckich odtworzyć moje ówczesne szlaki, wysiłek jest daremny. Tym bardziej że kopalnia Turów II, a później III wszystko to zmiotła z powierzchni ziemi. Pamiętam, że w jednej z tych już ewakuowanych wiosek z pięknego kościółka barokowego usiłowałem wykraść część ambony – piękny putto z drewna. Udało mi się to odpiłować tylko do połowy i odłożyłem rzecz na rok przyszły (bo umowa była taka, że w następne wakacje również zaangażuję się jako „młodszy pomocnik”), i wróciłem do Katowic, do szkoły. Ale w następnym roku już nie było śladu po kościele, po wsi, nawet po cmentarzu. Tylko na pustkowiu, już przeoranym przez maszyny niwelujące teren, trafiały się pojedyncze czaszki, kosteczki, resztki drewna. Ta wioseczka, podobnie jak inne w gminie Działoszyn, została zmieciona z powierzchni ziemi, choć w wielu z nich znajdowały się sędziwe (sądząc po datach na kamiennych nadprożach) i historyczne budowle. Nikt ich jednak nie opłakiwał, bo – po pierwsze – niemieckie, a po drugie, bardziej liczyły się megawaty.
Pytanie, gdzie mógł się wtedy zatrzymać Waniek, posłałam do Małgosi. Miała kilka pomysłów: Rybarzowice, które zostały zasypane przez hałdę, ewentualnie Turoszów, siedziba kopalni, gdzie zabudowania z folwarkiem i kościołem jeszcze stały. Pisarz żadnego z tych miejsc nie potwierdził: „Wydaje mi się, że tamtej niedzieli pojechałem na rowerze gdzieś w kierunku północno-wschodnim. Wcześniejsze wyprawy w kierunku południowym zniechęcały mnie, bo bez przerwy jakiś wojak żądał zezwolenia na pobyt w terenie nadgranicznym”.
Widok Türchau (Turoszowa) z kościołem, litografia, 1840
Karl J. Möckel / J. H. Ketzschau & F. A. Renner, domena publiczna
Umierająca wieś (zniszczone miejsce po odkrywkowej eksploatacji węgla brunatnego), Türchau (Turoszów), 1927
Fot. Ernst Gäbler / © Deutsche Fotothek
Małgosia przesłała mi też kilka ujęć Turoszowa. Szczególnie jedno z nich, z malowniczo położonym w dolinie domków kościółkiem, wydawało się ciekawe. Na pierwszym planie widać było wzniesienie, a na nim dwoje wędrowców. Nieco dalej – panoramę dwudziestu domów przysłupowych. Aż trudno uwierzyć w to, co przedstawiało kolejne zdjęcie zatytułowane „Türchau, Das »sterbende« Dorf (devastierter Ort für Braunkohletagebau)”, wykonane w 1927 roku. W miarę postępu wydobycia węgla wioska umierała. Było widać rozoraną ziemię i ruiny budynków. „Dalej jest już tylko granica, a za nią inne światy” – pisał w _Wędrowcu śląskim_ Waniek. Tę granicę stanowiła odkrywka. Niezwykłe wydawało się jedynie to, jak niestabilna była ta granica i jak szybko potrafiła się przesuwać, zgarniając w przepaść domy, które jeszcze kilka tygodni wcześniej żyły spokojnym, wiejskim życiem.
Opolno-Zdrój
Śnieg sypał coraz mocniej. Do Opolna-Zdroju – kiedyś Bad Oppelsdorfu – prowadziła zniszczona i wyboista droga. Nie wiadomo, dlaczego przez tyle lat nikt jej nie naprawił. Miało się wrażenie, że wieś leży na końcu świata, choć lata temu propaganda starała się przekonać, że Turów żadnym końcem świata nie jest.
Opolno znajdowało się tuż przy granicy, między odkrywką a Bogatynią. Od granicy z Czechami dzielił je wąski pas leśny i cienka asfaltowa droga. Po przeciwnej stronie leżała malutka osada Uhelná. To stamtąd nadeszła fala krytyki kopalni Turów. Gdy w 2021 roku Czesi zaskarżyli ją za niezgodne z prawem wydłużenie koncesji, wskazując na takie negatywne skutki jej działania, jak znikająca w sąsiedztwie woda, hałas z wyrobiska czy widok maszyn, głos mieszkańców Uhelny okazał się wyjątkowo ważny, bo był to głos sąsiada. Gdy w wyniku porozumienia między Polską a Czechami powstał zielony wał ochronny, Uhelná ponownie zaprotestowała. Wał okazał się za niski, drzewa zbyt małe, a hałas wciąż przeszkadzał, bo mierzono go, jak twierdzili mieszkańcy, jedynie wtedy, gdy spadał, a spadał wtedy, gdy się na to umówili Czesi z Polakami. Na co dzień słychać było szum maszyn.
Wysiadłam z auta i podeszłam do szlabanu. Kilkaset metrów dalej, przyprószone śniegiem, stały wozy podobne do taborów cygańskich. W dole było widać zasypaną śniegiem odkrywkę. Przypominała Śnieżne Kotły w Karkonoszach. Wyglądała – walczyłam z tym słowem, ale wydało mi się odpowiednie – naturalnie. Robiła wrażenie wielkiego wąwozu pośród gór, naturalnej doliny. Można sobie było wyobrazić, że Lodowiec Mużakowski, który na chwilę przystanął w Turowie, zanim powędrował drogą na Berlin w kierunku Zielonki i Kaławska, zostawił po sobie po prostu wgłębienie.
Wróciłam do samochodu i pojechałam w stronę Guślarza, wzniesienia oddalonego o kilometr od wsi. W XIX wieku nazywane Gickelsberg, czeskie Výhledy miały swoją polską, tajemniczą nazwę, związaną z łużyckim kultem zmarłych. Pamięć o Guślarzu odżyła w XIX wieku, kiedy Opolno stało się kurortem zdrojowym. Na dróżce cienkiej jak wstążka minęłam się ze strażą kopalni. Biały jeep przejechał obok. Zaparkowałam na poboczu. W dali rozpościerał się widok białoszarej, ogromnej przestrzeni. Oglądana z tego miejsca, wydawała się częścią Gór Izerskich, grubym kożuchem przykrywającym gorące mleko, pokrywą śnieżną narzuconą na znajdujące się w dole lasy. Śnieg zakrywał wszystko, co przez lata ten krajobraz zatruwało. Nawet dymy elektrowni na horyzoncie wyglądały jak śnieżyca.
_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._