Facebook - konwersja

Bociany - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.
Pobierz fragment

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 237 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

BO­CIA­NY

22 mar­ca. Dziś przy­le­cia­ły bo­cia­ny. Po bez­sen­nej nocy, do­pie­ro nad ra­nem uda­ło mi się zdrzem­nąć, lecz bu­dząc się, tak się czu­łem zmę­czo­ny i zbo­la­ły, tak mię w pier­siach pa­li­ło, iż chcia­łem już prze­le­żeć cały dzień w łóż­ku. Aż koło dwu­na­stej wszedł Ma­ciej ze śnia­da­niem i mówi:

– Pro­szę ja­śnie pa­ni­cza, bo­cia­ny przy­le­cie­li.

– Bo­cia­ny! Więc do­cze­ka­łem!… A tak się zda­wa­ło, że już wio­sna nig­dy nie na­dej­dzie…

Zwlo­kłem się z łóż­ka, otu­li­łem się w szla­frok i usia­dłem przy oknie. Na dwo­rze była sza­ru­ga. Pa­dał śnieg z desz­czem, mio­ta­ły się drze­wa. Ale na dę­bie, na gnieź­dzie swem roz­ło­ży­stem, stał bo­cian i roz­glą­dał się.

Boć­ku po­czci­wy! Jesz­cześ przy­le­ciał! jesz­cze oczy moje oglą­dać cie­bie będą.

A tak się zda­wa­ło, że ani cie­bie, ani wio­sny nie do­cze­kam.

I, po­mi­mo nocy nie­prze­spa­nej, zdrow­szym się dziś czu­ję. Ja­dłem, prze­czy­ta­łem ga­ze­tę i parę ar­ty­ku­łów z »Re­vue« – i pi­szę bez trud­no­ści. Ma­ciej twier­dzi na­wet, że le­piej wy­glą­dam. Ach! – chwi­lo­wo… chwi­lo­wo…

Gdy mama jesz­cze żyła, jak­że się ona cie­szy­ła za­wsze z po­wro­tu bo­cia­nów. Zda­wa­ło się, że ich przy­by­cie sta­no­wi dla niej wróż­bę do­brą na rok cały. Gdy nad­cho­dził ma­rzec, cią­gle ich wy­glą­da­ła, cią­gle o nich mó­wi­ła. A po­tem, przez całe lato, zaj­mo­wa­ła się nimi. Bo­daj, że na­wet w kup­nie tej wil­li de­cy­du­ją­cym mo­ty­wem była bliz­kość bo­cia­nie­go gniaz­da. Przy­po­mi­na­ło to może bied­nej ma­mie Ka­mi­lów­kę.

Bied­na mama! Do­pó­ki żyła, mało o nią się trosz­czy­łem – o! bar­dzo mało! Draż­ni­ła mię na­wet cza­sem tą swo­ją pro­sto­tą po­jęć: co do­bre to do­bre: a co złe to złe – i skoń­czo­na spra­wa. Ale te­raz, gdy jej nie­ma, jak­że czę­sto ją wspo­mi­nam! Co wię­cej, tę­sk­nię do niej. Tak, tę­sk­nię. I je­śli cza­sem, gdy my­ślę o »tam­tem ży­ciu« – mó­wiąc sty­lem mamy – tam­tą stro­nę, któ­re mnie wkrót­ce cze­ka, je­śli cza­sem, o! bar­dzo rzad­ko! za­da­ję so­bie py­ta­nie: co mnie tam spo­tka? za­raz w wy­obraź­ni mej wy­chy­la się po­stać mamy i idzie na moje po­wi­ta­nie…

Tak. Je­śli »tam« wo­gó­le mogą być spo­tka­nia. Co mi się osta­tecz­nie wy­da­je dość dzie­cin­nym po­my­słem – ale kto wie!… kto wie!… Je­śli więc »tam« mogą być spo­tka­nia, to mnie tyl­ko jed­na mama spo­tkać ze­chce. Ona tyl­ko jed­na! Zresz­tą któż kie­dy dbał o mnie? I ja, czy kie­dy dba­łem o kogo? Nie! ludz­kość cała była mi za­wsze zu­peł­nie obo­jęt­ną – bra­łem z niej tyl­ko to, co mi było do­god­ne lub miłe, a zresz­tą, wszyst­ko kan­tem pusz­cza­łem. Więc te­raz… albo i »tam« któż­by?… Jed­na mama, jed­na tyl­ko mama.

Zmę­czy­łem się. Trze­ba się po­ło­żyć. A tym­cza­sem bo­cia­ny już we dwo­je krą­żą po­nad gniaz­dem. Bar­dzo nie­spo­koj­ne. Oglą­da­ją czy wszyst­ko w po­rząd­ku. Cza­sem sta­ją obok sie­bie i sto­ją nie­ru­cho­me i pa­trzą. Może wspo­mi­na­ją co było, może ro­bią pro­jek­ty na przy­szłość, może ma­rzą o słoń­cu, o cie­płym wie­trzy­ku, co ich pió­ra osu­szy – szczę­śli­we bo­cia­ny! Ich ma­rze­nia za­wsze się speł­nia­ją, one wie­dzą, cze­go chcą.

Ja nig­dy nie wie­dzia­łem.

25 mar­ca. Dziś Zwia­sto­wa­nie – imie­ni­ny Ma­ryl­ki. Po­sła­łem jej te­le­gram z po­win­szo­wa­niem. Na list, po­mi­mo naj­lep­szych chę­ci, zdo­być się nie mo­głem.

Do­wo­dzi Ma­ciej, że w ten dzień bo­cia­no­wa musi ko­niecz­nie pierw­sze jaj­ko znieść. I rze­czy­wi­ście, na gnieź­dzie coś się od­by­wa­ło. On był w cią­głym ru­chu, ona nie po­ka­zy­wa­ła się wca­le, aż do­pie­ro pod wie­czór oba wy­le­cia­ły ra­zem. Nie­da­le­ko, ob­la­ty­wa­ły sze­ro­ki­mi krę­ga­mi swe gniaz­do, wra­ca­ły na nie z kle­ko­tem i wza­jem­nie skrzy­dła­mi się obej­mo­wa­ły, kle­ko­ta­ły do sie­bie, za­rzu­ca­ły w tył gło­wy i gwa­rzy­ły. Mał­żeń­skie piesz­czo­ty!

30 mar­ca. Gdy pa­trzę na bo­cia­ny, a pa­trzę na nie czę­sto, bo wsta­ję te­raz co­dzien­nie i do­praw­dy czu­ję się sil­niej­szym, my­ślę so­bie: Ach, wy bo­cia­ny! Fi­li­stry! Bur­żu­je! Iluż to lu­dzi do was po­dob­nych!

Ale tacy naj­szczę­śliw­si – i bo­daj że naj­lep­si. My – ci niby wy­żsi – mamy dla ta­kich lek­ce­wa­że­nie. A na­praw­dę, czem­że to my cheł­pić się mo­że­my? Jaką Przed­sta­wia­my war­tość? jaką ko­rzyść świa­tu przy­no­si­my?

Ja na­przy­kład. Nie by­łem fi­li­strem, to fakt. Lecz czer­nie by­łem? Czy ar­ty­stą? uczo­nym? po­etą? mę­dr­com, któ­ry stwo­rzył nowe dro­gi dla my­śli ludz­kiej? Nie! Czy do ja­kiej­kol­wiek skarb­ni­cy do­rzu­ci­łem choć grosz je­den? Nie! Prze­ciw­nie, wszel­kie, ja­kie mi tyl­ko w rękę wpa­dły skar­by, roz­rzu­ca­łem na czte­ry wia­try. Czy ko­mu­kol­wiek na świe­cie zro­bi­łem co do­bre­go? Nie! chy­ba przy­pad­kiem. Do­brem za­wsze po­gar­dza­łem tro­chę, a do­bry­mi ludź­mi, to i bar­dzo. Czy przy­najm­niej so­bie stwo­rzy­łem świat uczuć i sen­sa­cyi wy­twor­nych? Czy od­kry­łem nowe źró­dła roz­ko­szy? Czy umia­łem się wznieść po­nad co­dzien­ną pro­zę? Może cza­sem… chwi­lo­wo… Ale na ogół ży­cie moje wca­le do pod­nio­słych nie na­le­ża­ło. Do­praw­dy, nie­je­den wzbo­ga­co­ny szewc na to sa­mo­by się zdo­był. Czy przy­najm­niej by­łem szczę­śli­wy? Ach, nie! Ach, nie! Szczę­ścia nie za­zna­łem nig­dy, ani jed­nej krót­kiej chwi­li. Pa­mię­tam, od naj­młod­szych lat czu­łem się smut­nym, bez­brzeź­nie, nie­skoń­cze­nie smut­nym, i tę­sk­ni­łem – do cze­go? sam nie wie­dzia­łem.

Była tam we mnie ja­kaś chęć sła­wy, wiel­ko­ści, ja­kieś par­cie ku wy­ży­nom, ja­kieś roz­pie­ra­nie z we­wnątrz i dar­cie się ku nie­zna­nym szczy­tom. Pra­gną­łem wo­jen, prze­wro­tów ol­brzy­mich, ja­kichś ty­ta­nicz­nych walk. Chcia­łem być, co naj­mniej – Na­po­le­onem.

Mama mi ma­wia­ła czę­sto: »Gdy wy­ro­śniesz i skoń­czysz na­uki, od­dam ci cały za­rząd ma­jąt­ka­mi. Osią­dziesz w Ka­mi­lów­ce i go­spo­da­ro­wać so­bie bę­dziesz«. A ja wzru­sza­łem ra­mio­na­mi. Ka­mi­lów­ka! Dla mnie za cia­sny był świat cały!

Po­tem, prze­mó­wi­ła do mnie Po­ezya. Ach, były to moje naj­pięk­niej­sze lata. Ona za­sia­dła na tro­nie mej du­szy i przed nią klę­cza­łem, wpa­trzo­ny w jej ob­li­cze. Z nią le­cia­łem w ob­ło­ki – wy­so­ko, wy­so­ko i roz­ta­pia­łem się w błę­ki­cie. A zie­mia cała była u mo­ich stóp. Do mnie mó­wił wiatr szu­mią­cy – i plusk fali ze mną gwa­rzył – i list­ki na drze­wach zwie­rza­ły mi się z ta­jem­nic swo­ich – i mo­ty­le i ptasz­ki wień­cem fru­wa­ły do­ko­ła mo­jej gło­wy. Dla mnie słon­ce rzu­ca­ło na so­sno­we pnie strza­ły swe zło­te, dla mnie ró­żem i pur­pu­rą ma­lo­wa­ło za­chod­nie zo­rze. Dla mnie księ­życ wy­sre­brzał noce, dla mnie mru­ga­ły gwiaz­dy… lży­cie moje było dziw­ne wte­dy. Całe we­wnętrz­ne, sku­pio­ne w so­bie – sa­mot­ne, a jed­nak tak za­lud­nio­ne po­sta­cia­mi z in­ne­go świa­ta.

Nie ro­bi­łem nic. Czy­ta­łem, ma­rzy­łem i cza­sem tyl­ko z wez­bra­ne­go ser­ca, rzu­ci­łem na pa­pier ja­kiś bar­dzo mar­ny wier­szyk. Nie cho­dzi­ło mi o to, aby pi­sać. Nie! Wie­dzia­łem do­brze, iż żad­na ludz­ka mowa nie zdo­ła tego wy­ra­zić, co ja czu­łem – a żad­na ludz­ka isto­ta nie zdo­ła mnie zro­zu­mieć. Wie­dzia­łem, iż po­zo­stać mu­szę nie­po­ję­tym, nie­uzna­nym, sa­mot­nym wśród ludz­kie­go tłu­mu, i go­dzi­łem się na to, prze­ciw­nie, upa­ja­łem się tem. By­łem jak szczyt nie­do­stęp­ny, po­kry­ty lo­dow­ca­mi. By­łem sa­mot­ny, jak orzeł w chmu­rach.

Na­tu­ral­nie, że moje na­uki – by­łem wte­dy w uni­wer­sy­te­cie – mu­sia­ły sro­dze ucier­pieć. Ani my­śla­łem zda­wać eg­za­mi­nów – nie cho­dzi­łem wca­le na wy­kła­dy. Bo i cze­góż­by mię mo­gli pro­fe­so­ro­wie na­uczyć?

Po­wo­li jed­nak zro­dzi­ła się we mnie tę­sk­no­ta do ja­kiejś po­krew­nej isto­ty. Po­ro­zu­mie­li­śmy się pręd­ko z Le­onem Raj­skim. On był star­szym ode mnie po­etą, nie­raz już dru­ko­wa­nym, cie­szą­cym się odro­bi­ną sła­wy. Wy­warł na mnie wpływ ogrom­ny. Zwłasz­cza cy­nizm jego za­im­po­no­wał rai. Nie było dla nie­go rze­czy do­brej, nie było świę­tej. »Plwał« na świat, na spo­łe­czeń­stwo, na mo­ral­ność, na re­li­gię, na po­ję­cia etycz­ne, na pra­wa wszel­kie. Bu­rzył wszyst­ko, drwił ze wszyst­kie­go. I bar­dzo pręd­ko cy­nizm ten po­dzia­łał na mnie. Upa­da­ły jed­ne po dru­gich za­sa­dy, wsz­cze­pio­ne przez wy­cho­wa­nie – upa­da­ły te szań­ce, któ­re mnie bro­nić mia­ły w ży­ciu. Zo­sta­wa­ła we mnie co­raz pust­sza ta­bu­la rasa, a na niej za­czę­ły się mio­tać i kłę­bić spusz­czo­ne ze smy­czy na­mięt­no­ści.

I przed zbli­że­niem się z Raj­skim nie by­łem nie­wi­niąt­kiem. Jed­nak my­śli moje do­tych­czas były mniej wię­cej czy­ste. Cho­ciaż krew mło­da bu­rzy­ła się cza­sem, du­sza uno­si­ła się po­nad bło­tem ziem­skiem – nie za­nu­rza­łem się w niem cał­ko­wi­cie, z lu­bo­ścią.

Leon Raj­ski ścią­gnął mię z mo­ich wy­żyn na samo dno. Na­uczył mię wie­le. Od­tąd Po­ezya prze­sta­ła kró­lo­wać we mnie – zstą­pi­ła z tro­nu mej du­szy, a na nim za­sia­dła Żą­dza. I sta­ło się to, o czem ktoś gdzieś tak pi­sze:

The tho­ughts ye can­not stay with brn­zen cha­ins A girl's hair li­gh­tly binds«.

Ale i tu by­łem ja­kiś od­ręb­ny. Moja żą­dza była dziw­na, nie­po­dob­na do tej, jaką wi­dzia­łem u in­nych lu­dzi – żą­dza smut­na, nig­dy nie syta, wiecz­nie głod­na. Żą­dza-Tę­sk­no­ta.

Zda­wa­ło mi się jed­nak nie­raz, iż wiem, do cze­go tę­sk­nię, że, gdy­bym po­siadł pew­ną ko­bie­tę, gdy­bym wszedł w pew­ne oto­cze­nie – tę­sk­no­ta moja by­ła­by uko­jo­na, I wszyst­kie siły wy­tę­ża­łem, aby tego do­znać, to po­siąść – rzu­ca­łem przed sie­bie siły, zdro­wie, zło­to gar­ścia­mi, wsz­cze­pio­ne mi tak pra­co­wi­cie za­sa­dy i ide­ały, wła­sne i cu­dze uczu­cia, wszyst­ko po­świę­ca­łem, aby prze­cie to nowe upo­je­nie, to nowe szczę­ście zdo­być. A gdy je już po­sia­dłem, od­wra­ca­łem usta od cza­ry i nie­raz, nie skosz­to­waw­szy jej na­wet, od­su­wa­łem na bok. Nie! jesz­cze nie to!

I da­lej szu­ka­łem.

I nie za­zna­łem szczę­ścia nig­dy. Z wy­żyn fi­lo­zo­fii i po­ezyi zsze­dłem na dno, na samo dno w tem po­szu­ki­wa­niu. I na­tem dnie ugrzą­złem.

I dziś mam lat trzy­dzie­ści pięć, su­cho­ty w pier­si, pust­kę w ser­cu, zero w kie­sze­ni, i ani jed­nej du­szy bliz­kiej na ca­lut­kim świe­cie i żad­ne­go słod­kie­go za sobą wspo­mnie­nia. Cóż dziw­ne­go, że żyć mi się me chce?

15 kwiet­nia. Wio­sna idzie wiel­ki­mi kro­ka­mi. Pa­trzę na nią cie­ka­wie. Wszak­że to już moja ostat­nia wio­sna. Na­stęp­nej nie do­cze­kam. I tak, nikt się nie spo­dzie­wał, abym mógł ma­rzec prze­być i aby mi się po­pra­wi­ło. Ma­ciej, któ­ry ta­jem­nic żad­nych nie uzna­je, po­wia­da: »A my z dok­to­rem oba my­śle­li, że ja­śnie pa­nicz świąt nie prze­ży­je. A ot, i prze­żył! I ja­koś niby to po­pra­wu­je się po­ma­łu. Może taki przez lato po­cią­gnie«.

Może przez lato po­cią­gnie. Mu­siał tak dok­tór za­opi­nio­wać, bo Ma­ciej wi­docz­nie jego sło­wa po­wta­rza. A więc – do je­sie­ni ko­niec odło­żo­ny. Uży­waj­myż ży­cia.

Uży­wam. Wsta­ję co­dzień i sia­dam przy oknie. Czy­tam, i pa­trzę i my­ślę, i wspo­mi­nam. Ach, te wspo­mnie­nia! One są, jak węże, co mi się pod ser­ce wkra­dły i piją z nie­go krew i ży­cie. One są, jak wę­gle ża­rzą­ce pod mo­je­mi sto­pa­mi. Bo i co ja z tem ży­ciem swo­jem zro­bi­łem!

A jed­nak, choć je prze­kli­nam, ko­cham je tak­że, te smut­ne moje wspo­mnie­nia. Bo prze­cież to jest je­dy­na moja wła­sność, już nic a nic wię­cej na świe­cie nie po­sia­dam. No, wkrót­ce po­się­dę wpraw­dzie na wła­sność po­dusz­kę, sło­mą wy­pcha­ną, po­rząd­ną wy­po­li­tu­ro­wa­ną trum­nę i jamę czar­ną na cmen­ta­rzu. Ale nie wiem, czy mię to wte­dy tak bar­dzo bę­dzie cie­szy­ło.

Więc, za­nim doj­dzie do tego, sie­dzę przy oknie, pa­trzę na zie­le­nie­ją­cy świat Boży, i snu­ję ziarn­ko po ziarn­ku ró­ża­niec swo­ich wspo­mnień…

22 kwiet­nia. Za­baw­ną rzecz wy­czy­ta­łem dziś w ga­ze­cie. Jest gdzieś ja­kaś wy­sta­wa do­mo­we­go prze­my­słu. Otóż czy­tam: Wę­dli­ny i sery li­tew­skie zlo­ty me­dal otrzy­ma­ła pani An­to­ni­na Mil­ska… kon­ser­wy z ja­rzyn, po­mi­do­ry su­szo­ne i kom­po­ty list Po­chwal­ny, otrzy­ma­ła pani An­to­ni­na Mil­ska.

A! więc tak? Czy nie mia­łem ra­cyi, czy nie mia­łem do­bre­go nosa, uro­cza Tolo, gdy w twej po­etycz­nej fi­gur­ce od­ga­dłem prak­tycz­ną, za­bie­gli­wą go­spo­dy­nię? Gdy uczu­łem, po­mi­mo per­fum i pu­dru, bi­ją­cą od cie­bie, woń po­mi­do­rów i wę­dli­ny? A wte­dy – o, wte­dy wca­le nie oce­nia­łem do­nio­sło­ści kon­ser­wów z ja­rzyn lub se­rów li­tew­skich. Te­raz, może by­ło­by in­a­czej.

Bo oto tak było. Mia­łem lat dwa­dzie­ścia czte­ry. Po­rzu­ci­łem nie­do­koń­czo­ne na­uki i już za­czy­na­łem moc­no hu­lać, a ra­czej nie za­czy­na­łem, gdyż ro­bi­łem to już od­daw­na, ale skut­ki tego hu­la­nia za­czy­na­ły się bar­dzo wy­raź­nie za­zna­czać na moim fun­du­szu. Więc po­czci­wa mama wy­my­śli­ła, że naj­le­piej bę­dzie mię oże­nić. Dziw­ne, jak te ko­bie­ty wie­rzą w swo­je siły. Nie po­ma­ga­ją wy­mów­ki, nie po­ma­ga­ją per­swa­zye, po­mo­że żona. To taki uni­wer­sal­ny sos do każ­dej po­tra­wy. I, nie­wie­le my­śląc, za­pro­si­ła do Ka­mi­lów­ki pa­nie Ob­roc­ką z cór­ka­mi, Tolą i Ja­dzią.

Ład­ne były pan­ny. Tola – wy­smu­kła blon­dyn­ka o ma­rzą­cych oczach, Ja­dzia – re­zo­lut­na, trze­po­cą­ca się sza­tyn­ka, po­dob­na do ma­li­ny.

A tak się wła­śnie zda­rzy­ło, o czem mama na­tu­ral­nie wie­dzieć nie mo­gła, że mia­łem ser­ce pu­ste, jak nu­mer ho­te­lo­wy po wy­jeź­dzie go­ści. Skoń­czy­łem był wła­śnie z Li­siń­ską, i to w nie­mi­ły spo­sób, tro­chę by­łem zra­żo­ny do tych pań, i bra­ła mnie tę­sk­no­ta do ko­biet wyż­szych, do wznio­słej, cno­tli­wej mi­ło­ści. Ot, tak so­bie – pour chan­ger. Więc Tola ze swą zim­ną twa­rzą i uśmie­chem za­gad­ko­wym od­ra­zu zro­bi­ła na mnie wra­że­nie. I kto wie, był­bym się może oże­nił, gdy­by nie je­den mały fakt, któ­ry mi wszyst­ko po­psuł. Pły­wa­li­śmy wła­śnie w ob­ło­kach wznio­słe­go flir­tu, prze­ci­na­nych chwi­la­mi bły­ska­wi­cą mniej pla­to­nicz­nych wzru­szeń, gdy przy­szedł Wę­grzyn z to­wa­ra­mi.

Całe to­wa­rzy­stwo wy­le­gło na ga­nek oglą­dać i ku­po­wać. Ja­dzia na­raz za­chwy­ci­ła się ja­kąś ma­tin­ką ha­fto­wa­ną i ze­chcia­ła ją ku­pić. Spy­ta­ła o cenę. »Sześć ru­bli pięć­dzie­siąt ko­pie­jek« – od­rzekł Wę­grzyn. »Ależ to strasz­nie dro­go« – za­wo­ła­ła Tola – »W War­sza­wie za Że­la­zną Bra­mą, taką za trzy ru­ble do­sta­nie, a na­wet, kto umie się po­tar­go­wać…«

Umil­kła, bo ja na­gle po­rwa­łem się z krze­sła i ucie­kłem. Spa­dłem z ob­ło­ków. Tak? Więc ty, ze swo­ją po­etycz­ną twa­rzą, cho­dzisz się tar­go­wać z Ży­dów­ka­mi za Że­la­zną Bra­mę? Brrr!… Ty, Psy­che! anie­le o ta­jem­ni­czem spoj­rze­niu, gwiaz­do spa­dła z błę­ki­tów, – ty się kłó­cisz o ru­ble i ko­piej­ki?

Skoń­czo­ne było mię­dzy nami. Bied­na mama nic nie mo­gła zro­zu­mieć.

– Ależ, Bol­ku – mó­wi­ła – to i dzię­ki Bogu, je­śli żona jest prak­tycz­na, je­śli się zna na ce­nach i nie robi głu­pich wy­dat­ków.

Me, nie! żony »prak­tycz­nej« nie chcia­łem.

I do­brze się sta­ło – dla Toli przy­najm­niej. We dwa lata póź­niej wy­szła za ja­kie­goś pana Mil­skie­go – sły­sza­łem, że mają kil­ko­ro dzie­ci, a że go­spo­dar­stwo do­brze im idzie, tego do­wo­dem na­gro­dzo­ne po­mi­do­ry i wę­dli­ny. Cze­góż wię­cej po­trze­ba?

Mó­wię to se­ryo, bez żad­ne­go nie­wcze­sne­go iro­ni­zo­wa­nia. Cze­góż czło­wie­ko­wi wię­cej po­trze­ba na tym głu­pim świe­cie? Ży­cie ro­dzin­ne, dzie­ci, a więc przy­szłość, do­sta­tek, z wła­snej pra­cy idą­cy, po­czu­cie, że się speł­nia rolę swą na świe­cie. Ot, rolę cho­ciaż­by taką, jaką na­przy­kład mają bo­cia­ny. Bo nie na­le­ży so­bie więk­szej wagi przy­kła­dać – wszak­że każ­dy z nas, to tyl­ko atom w prze­strze­ni. Więc po­cóż chcieć czuć i dzia­łać wię­cej, niż ato­mo­wi dano?

Bo­cia­ny przy­cho­dzą na świat, łą­czą się w pary, dzie­ci ro­dzą, ho­du­ją, pra­cu­ją na swo­je i ich utrzy­ma­nie i umie­ra­ją. Swo­je zro­bi­ły. I mają swo­ją ety­kę, mają swo­je pra­wa i mo­ral­ność; gdy ją wy­peł­nia­ją, są do­bry­mi bo­cia­na­mi, gdy prze­ciw niej wy­kra­cza­ją, są zły­mi bo­cia­na­mi. Czy nie tak samo po­win­no­by się dziać u lu­dzi? I czy nie to wła­śnie by­ło­by szczę­ściem.

Je­śli jest wie­ku­ista Mą­drość, co świa­tem rzą­dzi, je­śli jest wiecz­ne Pra­wo, co nim kie­ru­je, je­śli jest Wola wyż­sza, co nas do­kądś pro­wa­dzi, to po­kie­ru­je i za­pro­wa­dzi bez na­sze­go wtrą­ca­nia się. Nie­po­trzeb­ne jej na­sze py­ta­nie, nie­po­trzeb­ne na­sze sza­lo­ne tę­sk­no­ty, na­sze roz­pa­cze i na­sze za­chwy­ty, i na­sze wglą­da­nie poza za­sło­nę, za­cią­gnię­tą umyśl­nie przed na­sze­mi ocza­mi, i na­sze wspi­na­nie się za­cie­kłe na mur, któ­ry nas od­gra­dza od »tam­tej stro­ny«. Nie­po­trzeb­ne to wszyst­ko.

Choć­by­śmy na­wet rą­bek za­sło­ny zdo­ła­li od­chy­lić, bieg świa­ta nie od­mie­ni się ani na jotę, bo nie my nim rzą­dzi­my.

Więc poco?

O, być ta­kim pro­stym, zwy­czaj­nym czło­wie­kiem, po­rząd­nym ato­mem, któ­ry funk­cyę swą uczci­wie wy­peł­nia – co za spo­kój! co za szczę­ście!

Py­ta­nie – czy, gdy­bym się był wów­czas z Tolą Ob­roc­ką oże­nił, czy­bym ta­kim uczci­wym ato­mem zo­stał? Praw­do­po­dob­nie. I był­bym szczę­śli­wy, zdrów, bo­ga­ty – go­spo­da­ro­wa­li­by­śmy w Ka­mi­lów­ce, któ­rej­by za dłu­gi nie sprze­da­no, ho­do­wa­li­by­śmy dzie­ci, zbie­ra­li­by­śmy pie­nią­dze, by­li­by­śmy sza­no­wa­ni, sta­wia­ni in­nym na wzór. I nie umie­rał­bym sa­mot­nie w trzy­dzie­stym pią­tym roku ży­cia…

Ale to było nie­moż­li­we. Na to trze­ba było mieć ser­ce pro­ste i umieć po­ko­chać uczci­wie. A ja po­ko­chać uczci­wie już nie mo­głem, ja, któ­ry by­łem za­tru­ty i ja­dem prze­siąk­nię­ty od tak mło­dych lat. Nie dar­mo się ob­cu­je z Li­siń­skie­mi et comp. Nie bez­kar­nie do chło­pię­cej jesz­cze du­szy wrzu­ca się bło­to – na samo dno – czy­ste, nie­win­ne dno…

Praw­dzi­wie po­wie­dział ja­kiś po­eta, zda­je mi się, że Sul­ly Pru­dhom­me:

»Lo co­eur d'un hom­me vier­ge est un vase pro­fond.

Si la pre­mier eau qu' on y ver­se est im­pu­re,

To­ute la mer y pas­se­ra sans la­ver la so­uil­lu­re,

Car Pa­bi­me est im­men­se et la ta­che est au fond«.

I w mo­jem ser­cu le­żał brud ni­czem nie zmy­ty. Nor­mal­nej, pro­stej, uczci­wej mi­ło­ści do­znać już nie mo­głem. La­ta­nie po ob­ło­kach, pla­to­nizm i po­ezye były jed­ną z form, któ­rą moje na­mięt­no­ści przy­bie­ra­ły – były jed­ną wię­cej po­tra­wą na moim sto­le – nie były wca­le dą­że­niem do ja­kie­goś ide­ału. Jed­ną zaś rze­czą sta­le i trwa­le po­gar­dza­łem, to obo­wiąz­kiem i ży­cio­wą pro­zą. Nie chcia­łem tego, od­rzu­ca­łem precz od sie­bie. Dla­te­go też wstręt­ną mi była żona, zna­ją­ca się na ce­nach i tar­gu­ją­ca się z Ży­dów­ka­mi za Że­la­zną Bra­mą. Więc Tola wy­szła za pana Mil­skie­go, któ­ry pew­nie bar­dzo rad z tego, że ona umie się tar­go­wać – a ja?… O, ja wkrót­ce po­zna­łem księż­nę Adę – i zu­peł­nie za­po­mnia­łem nie tyl­ko o Toli, lecz o ca­łym świe­cie. Było to wła­śnie… w je­sie­ni… te­goż…

15 maja. Ostat­ni raz, gdym tu pi­sał, czu­łem się zdrów i rzeź­wy. Aż na­głe za­czę­ło mię du­sić, tchu zbra­kło, od­kaszl­ną­łem, i za­la­łem się krwią. I tak mi było sła­bo, że ręki z chust­ką nie mo­głem przy ustach utrzy­mać, ani do dzwon­ka się­gnąć. By­łem pew­ny, że już umie­ram.

Co czu­łem w tej chwi­li? Albo ja wiem! Tro­chę, lęku przed­tem czemś nie­zna­nem, co szło ku mnie i bra­ło mnie w ra­mio­na, tro­chę żalu nad sobą, że tak koń­czę mar­nie – sa­mot­ny, za­po­mnia­ny. Wiem, że szep­ta­łem po kil­ka razy: Mamo, Mamo!… – Ja­kie to śmiesz­ne, praw­da? – że czło­wiek cho­ry po­wra­ca, jak­by do dzie­cin­nych lat.

Ja, gdy by­łem zdrów, to bar­dzo mało dba­łem o mamę. Po­tem zro­bi­ło się ciem­no i po­my­śla­łem. Aha, to mnie do gro­bu wkła­da­ją, i chcia­łem krzyk­nąć: Po­cze­kaj­cie! mu­szę coś po­wie­dzieć. Ale krzyk­nąć nie mia­łem siły – i chwy­ci­ła mię roz­pacz. Ale tyl­ko przez jed­ną se­kun­dę, bo ja­kieś wie­ko ciem­ne za­mknę­ło się nade mną – i był ko­niec.

Po­tem, Ma­ciej mi opo­wia­dał, że był pew­ny, iż już po wszyst­kiem, gdy mnie zo­ba­czył bez ru­chu, zu­peł­nie mar­twe­go i za­la­ne­go krwią. I dłu­go mię cu­ci­li i do­cu­cić się nie mo­gli. Dok­tór na­wet zo­stał na całą noc. Te­le­gra­fo­wa­no po­tem do Ma­ryl­ki, ale ona nie mo­gła się ru­szyć, le­ża­ła, cho­ra tak­że – jest zno­wu w po­waż­nym sta­nie, więc Mik przy­je­chał na kil­ka dni. Aż mi się le­piej zro­bi­ło.

I poco mnie cu­ci­li! By­ła­by rzecz skoń­czo­na. A tak, za ty­dzień, za mie­siąc, roz­pocz­nie się »da capo«.

23 maja. Dziś wsta­łem po raz pierw­szy od owe­go krwo­to­ku. Bar­dzo mi sła­bo. Coś mu­sia­ło się zro­bić w pra­wej stro­nie płuc, gdyż czu­ję tam i ból i ja­kąś za­po­rę. No, trud­na rada! Wszak­że su­cho­ty to nie za­baw­ka.

Po­czci­wy dok­tór czu­je się cza­sem w obo­wiąz­ku tu­ma­nić mię ja­kie­miś na­dzie­ja­mi. Ale ja mu się w oczy śmie­ję i py­tam: »Dla­cze­go się dok­tór fa­ty­gu­je? Je­śli dla wła­snej sa­tys­fak­cyi, to bar­dzo pro­szę. Ale je­że­li dla mnie, to nie war­to. Wiem ja do­brze, co mam my­śleć«.

A swo­ją dro­gą, to dziw­ne! Ma­ciej ze swym chłop­skim spo­ko­jem, draż­ni mię. Raz, przy­cho­dzi bar­dzo za­fra­so­wa­ny i po­wia­da: »A ja do pa­ni­cza przy­szedł po radę…« – »No, cóż ta­kie­go?« – »Bo to my, z Ka­ta­rzy­ną, na­my­śla­li się. Ona mówi, żeby ja­śnie pa­ni­cza ubrać w tu­żu­rek. A ja, to­bym zda­je się frak na­ło­żył… cze­góż ża­ło­wać?…« – »Mnie frak! Gdzie? Do­kąd?« – »A do trum­ny«. – »A idź – że do stu dy­abłów!« Roz­gnie­wa­łem się. I cze­go?
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: