-
nowość
-
promocja
Boginistka. Między siłą a wrażliwością. - ebook
Boginistka. Między siłą a wrażliwością. - ebook
Jak nazwać kobietę, która z jednej strony potrafi sama poukładać swoje życie, podejmować decyzje, zarabiać, działać i nie potrzebuje nikogo, żeby „dać sobie radę”… a z drugiej strony wciąż lubi bliskość, wsparcie, ciepło, obecność drugiego człowieka i nie udaje, że jest z kamienia? Jak nazwać kobietę, która nie chce być ani „grzeczna i wygodna”, ani przesadnie twarda i odcinająca się od wszystkiego, tylko po prostu… sobą? Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi definicjami, pomiędzy etykietkami, które świat tak chętnie przypina, a tym, co naprawdę czujesz w środku, pojawia się przestrzeń, której nikt wcześniej dobrze nie nazwał. I właśnie w tej przestrzeni rodzi się „Boginistka”. To brakujące słowo dla kobiety, która nie mieści się w schematach. Która nie chce wybierać między siłą a wrażliwością, niezależnością a potrzebą bliskości, rozumem a intuicją. Która przestaje dopasowywać się do gotowych ról i zaczyna tworzyć własną definicję siebie — na swoich zasadach.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398099813 |
| Rozmiar pliku: | 867 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dawno, dawno temu, zanim świat nauczył się bać kobiecej mocy, wszystkie kobiety kroczące po ziemi nazywane były Boginiami. Były silne, świadome swojej wartości i głęboko połączone z życiem – znały rytm natury, ufały swojej intuicji i po prostu były sobą, bez pytania kogokolwiek o zgodę. Żyły na własnych zasadach – ich rzeczywistość nie opierała się na lęku, lecz na wewnętrznej spójności. Rodziły dzieci, przynosiły idee i zmiany, wiedząc, że akt tworzenia nie ogranicza się wyłącznie do macierzyństwa, lecz jest naturalnym przejawem obecnym w każdej sferze istnienia kobiecej mocy. Kochały bez rezygnowania z siebie, bez składania własnej tożsamości w ofierze cudzym oczekiwaniom.
Z czasem świat, który wyrósł wokół nich, przestał tę siłę rozumieć. Nie dlatego, że była zła, lecz dlatego, że nie można było jej ujarzmić. Wolność kobiet budziła lęk, zaczęto więc ograniczać ją słowami, historiami i zasadami, które miały im dyktować, kim powinny być, a kim nie.
Rzucono na boginie zaklęcia wstydu, strachu i umniejszania. Wmówiono im, że są zbyt głośne, zbyt dumne i zbyt wymagające. Że powinny się dostosować, uspokoić, zejść z drogi. Że ich niezależność jest zagrożeniem, a życie według własnych zasad – błędem.
Boginie zostały więc zepchnięte w czeluści zapomnienia. Wszystko to, z czym się utożsamiały – głęboka więź ze swoim wnętrzem, zdrowe poczucie własnej wartości, zaufanie do intuicji i prawo do ustalania zasad oraz granic – zostało z czasem nazwane pychą, egoizmem, zagrożeniem, a w końcu uznane za coś, co należy stłumić i zepchnąć w cień. To, co stanowiło ich istotę, stopniowo przekształcono w coś podejrzanego – w nadmiar, przesadę, brak pokory wobec narzuconego z zewnątrz porządku.
Świat nauczył się bać kobiet, które znają swoją wartość, więc odebrał im język, w którym mogłyby mówić o sobie z miłością. W zamian postawił przed nimi lustra. Lustra zbudowane z cudzych oczekiwań, norm, ocen i ról, a boginie, przeglądając się w nich, miały stać się kimś innym, niż były naprawdę.
Lustra te sprawiały, że odtąd patrzyły na siebie obcymi oczami.
Nieprzychylny świat nie mógł ich jednak całkowicie unicestwić, gdyż niosły w sobie dar życia – a tego nie da się zniszczyć bez zniszczenia wszystkiego dookoła. Dlatego nigdy nie zniknęły. Zostały uśpione, przeklęte i zapomniane. Zapadły w głęboki sen, by nie wzbudzać niepokoju, by nie przypominać światu o sile, której nie potrafił unieść.
Z każdym kolejnym pokoleniem boginie rodziły się na nowo – pozbawione jednak pamięci, ukryte w ciałach nieświadomych kobiet.
Żyły jako córki i matki, partnerki i kobiety samotne, zanurzone w codzienności i w rolach, które przyjmowały jako oczywistość, nie wiedząc jeszcze, że to fragment tego, kim są naprawdę. Że niosą w sobie siłę starszą niż język, którym próbowano je opisać.
Że niosą prawdę, która istniała, zanim powstały wszystkie opowieści, wśród których próbowano je wychować. Prawdę tak pierwotną, że ludzie nauczyli się jej bać, bo burzyła porządek będący fundamentem ich spokoju.
Uczyły się świata, który nie był dla nich łaskawy, idąc przez życie z poczuciem niewystarczalności i niekompletności – z cichym przekonaniem, że są „za bardzo” albo „nie dość”. Wątpiły w siebie i milczały wtedy, gdy chciały mówić. Dopasowywały się do ról, które nigdy tak naprawdę nie były ich własne.
Ale każdy sen ma swój kres. I nadszedł czas przebudzenia…KIM JESTEM, KIEDY NIE MUSZĘ WYBIERAĆ?
Przez całe dorosłe życie próbowałam zrozumieć, kim właściwie jestem. Nie w sensie imienia, roli społecznej czy statusu, ale głębiej – kim jestem jako kobieta. Jaką mam funkcję w świecie, który lubi wszystko nazywać, porządkować i wkładać w szufladki. Jakim słowem można mnie określić, do której definicji przypisać, w której rubryce postawić krzyżyk.
Z jednej strony jestem niezależna. Mam własne zdanie i nie boję się go wypowiadać. Nie lubię, gdy ktoś próbuje mnie ustawiać; narzucać mi swoje decyzje; mówić, jak powinnam żyć albo gdzie przebiegają moje granice. Sama biorę odpowiedzialność za swoje życie, nie oddaję jej w cudze ręce. Nie czuję potrzeby podporządkowania się komukolwiek tylko po to, by zasłużyć na akceptację, spokój czy miłość. Nie chcę być czyjąś własnością ani dodatkiem do czyjegoś świata. Chcę być sobą – w całości, bez zgody na umniejszanie sobie.
Z drugiej strony, jestem osobą ciepłą i serdeczną. Potrzebuję bliskości, miłości i obecności drugiego człowieka. Lubię dzielenie codzienności, wspólną przestrzeń, wymianę energii i spokój, który rodzi się z bycia razem. Lubię dawać i lubię przyjmować. Nie uciekam od więzi ani nie udaję, że ich nie potrzebuję. Równocześnie bliskość drugiego człowieka nie jest dla mnie fundamentem mojej własnej wartości, tylko jej dopełnieniem. Nie potrzebuję czyjejś obecności czy aprobaty, żeby docenić samą siebie. Nie tracę siebie, kiedy kogoś kocham.
I właśnie w tym miejscu świat zaczyna się gubić.
Bo jak opisać kobietę, która nie chce wybierać między niezależnością a miłością? Dla której siła i czułość nie są ze sobą sprzeczne – tak samo jak wolność i bycie z kimś? Która nie żyje w kontrze do świata, ale też nie zgadza się na życie według cudzych scenariuszy?
Nie wierzę, że niezależność polega na robieniu wszystkiego samodzielnie tylko po to, by coś komuś udowodnić. Tak samo jak nie wierzę w to, że przyjmowanie pomocy odbiera kobiecie siłę. Wierzę natomiast, że prawdziwa dojrzałość wiąże się ze swobodą – to życie według własnych wartości, bez oglądania się na cudze oczekiwania i bez lęku przed brakiem akceptacji.
Nie odnajduję się w byciu kobietą, która znika w cudzych potrzebach ani w takiej, która oddaje swoją wolność, głos, pasje i ambicje w zamian za bliskość. Nie wierzę w miłość, która wymaga pomniejszenia siebie. I właśnie tu pojawia się pytanie, którego nikt nas nie uczy zadawać: Kim jestem, kiedy nie muszę wybierać?
Jak przestać błądzić między siłą a czułością, niezależnością a miłością, wolnością a byciem z kimś? Kto powiedział, że kobieta musi się rozdwoić, żeby zasłużyła na akceptację? Ja nie chcę wybierać połówek. Chcę być całością.
I z tą świadomością wychodzę do świata – nie po to, by się tłumaczyć i nie po to, by kogokolwiek przekonywać. Robię to tylko dlatego, że już wiem… Wiem, kim jestem i nie potrzebuję stawiać krzyżyka przy żadnej z gotowych definicji – które powstały po to, by uprościć coś, co jest przecież żywe, złożone i prawdziwe.
Nie interesuje mnie wybór między siłą a czułością. Między niezależnością a miłością. Między wolnością a bliskością. Jestem kobietą, która potrafi stać sama i – która z wyboru – potrafi się oprzeć. Kobietą, która potrafi przyjmować pomoc, wsparcie, obecność bez poczucia winy, i dawać uwagę, troskę, miłość bez poświęcania siebie. Która nie traci mocy, kiedy kocha, i nie traci serca, kiedy jest silna.
Dlatego nie pytajcie mnie już, gdzie mnie przypisać. Nie szukajcie rubryki, w której da się mnie zamknąć. Jeśli musicie mnie nazwać, mówcie mi Boginistka.BOGINISTKA – NOWE SŁOWO, NOWA PERSPEKTYWA
Przyszedł czas na porządki. Na to, żebyśmy przestały udawać, że nie widzimy tego, co od dawna puka do nas od środka. Na przypomnienie sobie, kim naprawdę jesteśmy i na obudzenie tego, co przez lata było uśpione, zagłuszone i określone definicjami, które nie uwzględniały pełni naszej kobiecości.
Nie dlatego, że świat tego od nas oczekuje ani dlatego, że trzeba się jakkolwiek określać. Coraz więcej kobiet po prostu nie ma już ochoty żyć według cudzego widzimisię. Zwłaszcza że zwykle jest to mniej więcej tak satysfakcjonujące, jak randka z kimś, kto przez cały wieczór mówi tylko o sobie.
Dlatego chcę opowiedzieć o Boginistce. Nie w formie definicji z podręcznika, lecz z mojej – kobiecej – strony. Tak, jak ją rozumiem i czuję. Opowiem o tym, czym jest boginizm i dlaczego nie jest kolejną z przyklejanych przez lata kobietom łatek: od „feministki” po „tradycyjną panią domu” (czytaj: kurę domową).
Boginizm w gruncie rzeczy nie jest skomplikowaną teorią ani ideologią, lecz stanem, w którym kobieta zaczyna być sobą bez pytania świata o pozwolenie, przestaje patrzeć na siebie przez pryzmat ról, oczekiwań i definicji, które ktoś kiedyś dla niej przygotował, a zaczyna słuchać własnego czucia i intuicji. Bierze odpowiedzialność za swoje życie, ciało i emocje, a także za decyzje – nawet wtedy, gdy nie są one wygodne dla otoczenia.
Nie jest religią ani ruchem politycznym i nie powstał po to, by kobiety nastawiać przeciwko mężczyznom, rodzinie czy miłości. Jego sednem nie jest też walka, lecz powrót do siebie – do miejsca, w którym kobieta przestaje żyć w trybie „jak wypada”, a zaczyna żyć w trybie „jak czuję i co mi służy”.
W tej perspektywie znika też fałszywy wybór pomiędzy skrajnościami, który przez lata próbowano narzucić kobietom. Czy chcemy być silne czy wrażliwe, niezależne czy w relacji, racjonalne czy kierujące się intuicją? W końcu wiemy, że kobieta może być jednocześnie decyzyjna i czuła, logiczna i emocjonalna, a jej zmienność nie jest wadą, lecz naturalnym rytmem – tak jak zmienia się księżyc czy pory roku.
Boginizm zakłada też coś bardzo prostego: miłość własna nie jest egoizmem, lecz fundamentem zdrowych relacji. Dopiero kobieta, znająca swoją wartość, potrafi kochać bez lęku, dawać bez poświęcania siebie i odejść wtedy, gdy relacja przestaje być przestrzenią wzrostu.
To również zgoda na własne granice; na mówienie „nie”, które nie wymaga tłumaczenia; na prawo do przyjemności, odpoczynku i zmiany drogi – bo kobieta żyjąca w duchu boginizmu nie istnieje po to, by spełniać cudze scenariusze.
Najprościej mówiąc, to powrót na swój własny tron tożsamości – zgoda na bycie sobą w każdym wymiarze, bezwzględna akceptacja oraz lojalność wobec siebie, niezależnie od oczekiwań otoczenia. Tron tożsamości to prawowite miejsce każdego człowieka – miejsce, którego nikt nie musi Ci nadawać ani potwierdzać. Istniało zawsze, tylko z czasem oddajesz je innym, zapominając, że to Ty masz do niego pełne prawo – prawo do bezwzględnego bycia sobą.
Boginistka
Boginistka to kobieta, która zna swoją wartość i traktuje ją jak najwyższą świętość. Taka, której nie da sobie w kaszę dmuchać, nawet jeśli ktoś się bardzo stara i używa do tego manipulacji albo tekstów w stylu „No ale kiedyś kobiety…”. Boginistka stawia siebie na pierwszym miejscu. Nie dlatego, że jest egoistką, tylko dlatego, że wreszcie zrozumiała jedno: jeśli sama siebie nie postawi na piedestale, to świat z radością postawi ją w kącie. Ma swoje zdanie. I owszem – bywa stanowcza, pewna siebie, nieustępliwa. Nie dlatego, że nie umie słuchać, tylko dlatego, że już się nasłuchała. Ogarnia życie, rachunki, dzieci, pracę, emocje i własne kryzysy egzystencjalne – czasem w szlafroku, z kawą w ręku i myślą, że życie to jednak trochę za dużo jak na jedną osobę. A mimo to daje radę.
To pokazuje wyraźnie, że Boginistka wcale nie jest zimna ani twarda jak beton, ponieważ jej druga strona jest ciepła i czuła. Uwielbia mieć obok siebie mężczyznę – docenia jego ramiona, spokój i to, że może się poczuć przy nim bezpiecznie, a kiedy coś się zepsuje, on po prostu to naprawia, więc nie musi udawać, że pralka ważąca pół tony jest dla niej drobiazgiem. Z radością pozwala sobie być po prostu kobietą, która nie musi wszystkiego dźwigać sama. Przyjmuje wsparcie bez poczucia winy i bez potrzeby tłumaczenia, że „dałaby sobie radę” (bo dałaby, ale po co?). Boginistka ceni pomoc, siłę i gotowość do działania mężczyzn – o ile niosą tę pomoc z własnej woli, a nie dlatego, że „tak wypada”.
Sama natomiast – kiedy ma czas i ochotę – ugotuje pyszny obiad dla całej rodziny. Podzieli się dobrym słowem i wesprze. Potrafi być miękka, czuła i uważna. Ale uwaga: to nie czyni z niej kury domowej.
Nie oddaje swojej niezależności w zamian za miłość.
Nie znika w czyichś potrzebach ani nie przestaje być sobą tylko dlatego, że kogoś kocha. Taka kobieta nie wpisuje się w żadne gotowe schematy.
Nie jest ani „feministką”, ani „tradycyjną panią domu”.
Jest przekonana, że może być jednocześnie silna, kobieca i niezależna bez konieczności wybierania jednej roli kosztem drugiej. Nie walczy ze światem. Ona po prostu nie pozwala światu wejść sobie na głowę. I jeśli zapytasz ją, kim jest, odpowie bez długich wyjaśnień: Boginistką.
Kropka.
Boginistka w praktyce to kobieta, która:
* stawia siebie w centrum własnego życia nie z egoizmu, lecz z odpowiedzialności za siebie, swoje wybory i swoje granice; nie negocjując swojej wartości ani w imię miłości, ani dla aprobaty, ani ze strachu przed samotnością;
* łączy siłę z czułością, niezależność z bliskością oraz racjonalne myślenie z podążaniem za intuicją, nie postrzegając tych cech jako sprzeczności, lecz jako naturalne elementy swojego jestestwa;
* potrafi być sama, a w relacje wchodzi z wyboru, nie z lęku, kochając bez utraty siebie i nie zamieniając bliskości w zależność;
* posiada nienegocjowalne granice, których nie musi tłumaczyć ani usprawiedliwiać, i wie, że ma prawo w spokoju odejść, jeśli relacja z drugim człowiekiem wymagałaby zdrady samej siebie;
* potrafi przyjąć pomoc bez poczucia winy, a także dawać wsparcie bez poświęcania siebie;
* nie buduje swojej tożsamości w opozycji do mężczyzn czy innych kobiet, nie walczy z nimi, ale również nie oddaje im swojej mocy;
* nie żyje według cudzych scenariuszy i nie wybiera w myśl zasady „albo jedno, albo drugie”, lecz funkcjonuje w logice „i jedno, i drugie”, pytając przede wszystkim siebie, a nie świat, czy to, co robi, pozostaje z nią w zgodzie;
* nie potrzebuje etykiet ani ideologicznych ram, by wiedzieć, kim jest, ponieważ jej tożsamość wynika ze świadomości, a nie z buntu czy podporządkowania;
* pozwala sobie być niedoskonałą; zmęczoną i radosną; silną i łagodną; stanowczą i wrażliwą – w zależności od etapu i okoliczności życia.
Boginizm a feminizm
Zanim wytłumaczę, dlaczego boginizm nie jest feminizmem, muszę powiedzieć coś bardzo uczciwie i bardzo jasno: ten ruch nie wziął się z kaprysu. Nie powstał dlatego, że kobiety pewnego dnia wstały i stwierdziły, że mają ochotę się buntować.
Feminizm był odpowiedzią na bardzo realną, twardą nierówność. Mowa o czasach, kiedy kobiety nie miały prawa głosu, prawa decydowania o sobie, o swoim ciele i o swojej przyszłości. Były niewidzialne w przestrzeni publicznej i zależne ekonomicznie. W tym sensie feminizm zrobił coś niezwykle ważnego – nazwał problem, podniósł głos i powiedział głośno: „Halo, tu jesteśmy!”. Dał kobietom język, widoczność i prawa, które dziś dla wielu z nas są oczywiste. I za to feminizmowi należy się szacunek.
Problem zaczyna się nie tam, gdzie feminizm powstał, ale tam, gdzie dla części kobiet przestał być narzędziem, a zaczął być częścią ich tożsamości opartej na walce. Bo ten ruch – z samej swojej natury – operuje językiem sprzeciwu. Jest ruchem reakcyjnym, czyli takim, który rodzi się przeciwko czemuś: przeciwko opresji, przeciwko nierówności, przeciwko dominacji. To ma sens na poziomie historycznym. Ale na poziomie zwykłego życia bywa czasem… dość męczące.
Bo jeśli pewne przekonania powstają w opozycji, potrzebna jest druga strona, żeby w ogóle mogła istnieć. Pojawia się konflikt, napięcie, ten ktoś „po drugiej stronie barykady”. I bardzo często opozycją stają się mężczyźni – nie konkretni, nie indywidualni, lecz jako zbiorowa figura „tych, z którymi trzeba walczyć”.
I tu zaczyna się coś, co dla wielu kobiet – w tym dla mnie – przestaje być naturalne. Bo ja naprawdę nie czuję, że jestem w stanie wojny. Nie wstaję rano z myślą, że muszę coś komuś udowodnić. Szczerze mówiąc, rano najczęściej zastanawiam się, ile razy mogę jeszcze kliknąć „drzemka”, zanim naprawdę będę musiała wstać. Lubię mężczyzn i nie mam poczucia, że to czyni mnie słabszą albo mniej świadomą.
No i cóż… z mojej perspektywy część współczesnego feminizmu opiera się na tym, że trzeba krzyczeć, żeby zostać usłyszaną. Wchodzić na ring i udowadniać swoją rację, wołając: „Spójrzcie na nas, mamy prawa, nie możecie nam ich zabrać!”.
I choć rozumiem, skąd to się wzięło, to jednocześnie mam poczucie, że w takim podejściu łatwo wpaść w pewną pułapkę. Kiedy zaczynasz walczyć o to, żeby ktoś Cię zauważył albo uznał Twoją wartość, w pewien sposób oddajesz tę wartość w jego ręce – i zupełnie nieświadomie ustawiasz się w pozycji osoby, która wciąż musi o coś zabiegać.
Boginistka patrzy na ten ring i myśli:
„No way, to nie dla mnie – ja nie mam potrzeby niczego udowadniać”.
Dlaczego? Bo boginizm nie wyrasta z potrzeby walki, tylko ze zwykłego zatrzymania się i podjęcia decyzji, że naprawdę nie trzeba już się z niczym siłować ani budować własnej wartości w odniesieniu do czegokolwiek. Kobieta będąca w zgodzie z tą myślą po prostu robi swoje i żyje po swojemu, bez ciągłego oglądania się na to, co ktoś powie albo pomyśli. Nie wchodzi na ring i nie bierze udziału w tych wszystkich przeciągankach o to, kto ma rację, bo zwyczajnie nie czuje takiej potrzeby. A prawda jest taka, że ile jest Boginistek, tyle jest racji.
Boginizm a „tradycyjna pani domu”
Skoro boginizm nie jest feminizmem, może pojawić się pytanie: Czy w takim razie jest powrotem do „tradycyjnej pani domu”? Modelu, którego przez lata oczekiwano, poprawnego i bezpiecznego dla świata. Kobiety miłej, ugodowej i zawsze skłonnej się dostosować, takiej, która stawia potrzeby drugiego człowieka ponad swoimi, bo „tak trzeba”, nie wyznacza stanowczo granic i potrafi wiele znieść w imię spokoju, rodziny albo – jak to często się mówi – „dla dobra innych”.
Ten wzorzec przez lata przedstawiano jako ideał. Kobieta miała być cierpliwa, wyrozumiała i raczej skromna w swoich potrzebach. Musiała dopasować się do wszystkiego i wszystkich – do mężczyzny, do rodziny, do oczekiwań, do sytuacji. A jeśli coś bolało, należało to po prostu przetrwać. Trochę zacisnąć zęby, trochę się uśmiechnąć… i cieszyć się z tego, co się ma.
Boginizm nie idzie tą drogą. Nie dlatego, że odrzuca ciepło, troskę czy bliskość. Tylko dlatego, że odrzuca rzeczywistość, w której ceną za bycie kochaną jest rezygnacja z samej siebie. Boginistka nie jest kobietą zgadzającą się na wszystko, byle tylko relacja mogła trwać. Nie tłumi swoich emocji w imię harmonii i nie przemilcza pewnych spraw, żeby komuś było wygodniej. Nie wierzy też, że im kobieta mniej potrzebuje, tym jest lepsza.
Różnica jest subtelna, ale bardzo ważna. Tradycyjny wzorzec często uczył: „Bądź dla innych”. Boginizm mówi: „Bądź najpierw dla siebie – a dopiero potem z innymi”. Boginistka nie oddaje siebie w zastaw w imię relacji, rodziny, domu czy bliskości. Jej „tak” ma wartość właśnie dlatego, że potrafi powiedzieć „nie”.
Boginizm a „zołza”
Jest jeszcze jedna opcja. Może Boginistka to „zołza” z książki Dlaczego mężczyźni kochają zołzy? To pytanie pojawia się dość naturalnie, bo na pierwszy rzut oka można dostrzec pewne podobieństwa: Boginistka nie negocjuje swojej wartości, nie poświęca siebie w relacjach, potrafi odmawiać, nie stawia mężczyzny w centrum swojego życia…
I właściwie w tym miejscu podobieństwa się kończą.
„Zołza” opisywana w książce Dlaczego mężczyźni kochają zołzy jest przede wszystkim pewną strategią relacyjną – zestawem zachowań, które mają wywołać określoną reakcję drugiej strony, w tym wypadku: zainteresowanie, pożądanie, zaangażowanie. W byciu „zołzą” bardzo często chodzi o świadome budowanie dystansu, utrzymywanie przewagi w relacji i o granie pewnym napięciem, które ma sprawić, że druga osoba będzie się bardziej starać.
Boginistka nie działa w ten sposób. Jej zachowania nie wynikają ze stosowanych technik ani relacyjnych gierek. Nie są sposobem na zrobienie wrażenia ani strategią zdobywania czyjegoś zainteresowania. Wynikają raczej z czegoś dużo prostszego – z poczucia własnej wartości i relacji z samą sobą.
Dlatego kobieta żyjąca w zgodzie z boginizmem jest w gruncie rzeczy taka sama – zarówno w relacji, jak i wtedy, gdy jest sama. Nie musi niczego odgrywać, niczego kalkulować ani sprawdzać, czy zachowuje się wystarczająco „dobrze”, żeby ktoś został.
„Dlaczego mężczyźni kochają zołzy – to powinna przeczytać każda kobieta!” – słyszałam już w gimnazjum. Niestety sięgnęłam po nią dopiero po trzydziestce. Za to do dziś przeczytałam ją jakieś pięć razy. I rozumiem, dlaczego dla wielu z nas jest tak ważna – bo bywa początkiem uczenia się, co jest Twoje, a co już nie, oraz odzyskiwania siebie. Ale to wciąż tylko jeden z etapów. Z czasem przestaje już chodzić tylko o granice, a zaczyna o coś więcej – o to, kim jesteś, kiedy nikt na ciebie nie patrzy ani niczego od ciebie nie oczekuje. Mówiąc wprost: „zołza” to strategia. Boginistka to stan, który nie potrzebuje żadnych strategii.
„Tradycyjna pani domu” vs. feminizm vs. boginizm
Pozwolę sobie pominąć „zołzę” i spróbuję umieścić boginizm gdzieś pomiędzy dwiema skrajnościami. Nie jest on ani buntem przeciwko tradycji, ani jej bezrefleksyjnym powielaniem. Jest raczej złotym środkiem. Bo jeśli feminizm bywa opowieścią o walce, a tradycyjny wzorzec opowieścią o poświęceniu, to boginizm jest opowieścią o świadomym wyborze.
---------------------------- -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- ----------------------------------------------------------------------------------- -----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Obszar „Tradycyjna pani domu” Feminizm Boginizm
Źródło Wynika z pełnionych ról: żony, matki, „dobrej duszy”. Jej wartość jest mierzona stopniem dopasowania do oczekiwań. Przekonania budowane są w kontrze do opresji. Siła rodzi się z oporu i sprzeciwu. Wynika z wewnętrznej spójności i świadomości siebie, niezależnie od ról czy opozycji względem innych ideologii.
Relacja z mężczyznami Często oparta na zależności, poświęceniu lub podporządkowaniu. Nierzadko oparta na dystansie lub konflikcie systemowym. Oparta na wyborze, wzajemności i szacunku
Relacja z innymi kobietami Porównywanie się i cicha rywalizacja. Wsparcie i solidarność, czasem presja myślenia podobnie. Bez porównywania i nakładania presji – każda idzie swoją drogą.
Miłość i związek Miłość jako obowiązek, trwanie „na dobre i na złe” bez względu na wszystko. Miłość często postrzegana jako potencjalne zagrożenie dla wolności. Miłość jako wybór dwóch kompletnych osób, a nie ratunek czy poświęcenie.
Własne granice Często niejasne lub przekraczane w imię dobra innych. Twarde, czasem stawiane w trybie obronnym. Spokojne, ale nienegocjowalne. Stawiane bez tłumaczenia się i bez agresji.
Siła kobiety Postrzegana jako zdolność do znoszenia trudów i bólu, wytrwania oraz poświęcenia. Rozumiana jako niezależność i odporność na działanie systemu. Pojmowana jako bycie w prawdzie ze sobą i niedzielenie się na role.
Czułość i delikatność Oczekiwana, często kosztem siebie. Czasem traktowana jako słabość lub zagrożenie. Naturalna część dojrzałej siły, a nie jej zaprzeczenie.
Autonomia Ograniczona przez normy, rodzinę i tradycję. Stanowiąca centrum przekonań, często ponad wszystko. Naturalna i stabilna, ale niewykluczająca relacji i wsparcia.
Postawa wobec życia „Tak trzeba, tak wypada”. „Nie zgadzam się, walczę”. „To jest ze mną w zgodzie”.
---------------------------- -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- ----------------------------------------------------------------------------------- -----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Boginizm jako wewnętrzna spójność, a nie wybór jednej strony
Przez długi czas żyłyśmy w świecie uproszczeń, które brałyśmy za prawdę. W świecie, w którym wszystko musiało mieć swoją nazwę, granicę i miejsce, a kobiecość próbowano opisać za pomocą schematów.
Albo jesteś silna, albo czuła.
Albo wolna, albo w związku.
Albo nowoczesna, albo konserwatywna.
Boginizm mówi spokojnie: „nie”.
Nie dlatego, że to wszystko nie ma sensu, tylko dlatego, że to fałszywy wybór. Boginizm nie stawia kobiety po żadnej stronie barykady. Nie zmusza do opowiedzenia się „za” albo „przeciw”. Nie każe decydować, czy bliżej Ci do siły, czy do wrażliwości. Pozwala mieć jedno i drugie – bez poczucia sprzeczności.
Boginizm nie proponuje kolejnej instrukcji bycia kobietą. Zamiast tego zaprasza do powrotu do wewnętrznej spójności, bez potrzeby dostosowywania się do sprzecznych z nią oczekiwań.
Boginistka nie pyta już: Czy to wypada?
Nie pyta: Czy tak powinna zachowywać się kobieta?
Pyta tylko: Czy ja jestem w tej sytuacji w zgodzie ze sobą?