Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Bóle fantomowe - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lutego 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Bóle fantomowe - ebook

Bóle fantomowe to poruszająca opowieść o bólu, którego nie widać, a który potrafi kształtować całe życie. Autorka z niezwykłą szczerością i odwagą prowadzi czytelnika przez własne doświadczenia, nie uciekając od tematów trudnych, bolesnych i niewygodnych. Bez upiększeń, bez pozy — za to z głęboką świadomością i prawdą. To jednak coś więcej niż historia osobista. To opowieść o drodze przez ciemność ku światłu. O chwili, która wydaje się końcem, a staje się początkiem przemiany. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-638-0
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Nie jestem pisarką z dużego wydawnictwa. Jestem autorką z potrzeby serca.

Ta prawdziwa historia powstała po to, by pomagać, a nie po to, by być idealna. Książka została wydana w self-publishingu. Dołożyłam do niej wszelkich starań.

Jeśli odnajdziesz w tych słowach siebie lub kogoś bliskiego, to znaczy, że cel tej książki został spełniony.

_Człowiek szukający poczucia bezpieczeństwa, choćby tylko w sferze psychiki, przypomina kogoś, kto odrąbałby sobie nogi po to, by zastąpić je protezami, które nie sprawią mu bólu, ani przysporzą kłopotów._

Henry Milter

_Po dwudziestce nie przejmujemy się tym, co świat o nas myśli. Po trzydziestce martwimy się, co świat o nas myśli. Po czterdziestce odkrywamy, że świat nie myślał o nas wcale._

anonim

Opowieść ta została zapisana z konieczności, nie z ambicji ani dla rozrywki, nie dla zysku materialnego. Nosi w sobie więcej zmęczenia niż nadziei i więcej prawdy, niż zwykło się tolerować. Może być przestrogą dla tych, którzy wierzą, że człowiek zawsze ma wybór, oraz dla tych, którzy cudzy ból mierzą własną odpornością. Niech będzie także niepokojem dla wszystkich, którzy sądzą, że milczenie oznacza zgodę.

Czytać ją można na wiele sposobów: cicho, jeśli nauczyłaś się nie zajmować miejsca; głośno, jeśli Twoim zadaniem było tłumaczyć innym świat, lub wcale, jeśli prawda wciąż wydaje się zbyt kosztowna.

Nie jest to opowieść ku poprawie nastroju.

Nie oferuje recept ani pocieszeń.

Elizabeth Maziakowska

W procesie tworzenia, pozostając otwarta, odprężona, skoncentrowana na tym, co robię, czyli będąc uważna, liczy się dla mnie tylko tu i teraz. Otworzył się kanał wyższego wymiaru, z którym się łączę. Stąd przychodzi do mnie inspiracja, wgląd i prowadzenie. Wychodzimy z założenia, że nieskrępowany obieg myśli może tylko pomóc, a nie zaszkodzić w wypracowaniu sensownego stanowiska w dyskutowanych kwestiach. Życie jest łatwiejsze niż nam się wydaje. Wystarczy godzić się z tym, co jest nie do przyjęcia, obywać się bez tego, co niezbędne, i znosić rzeczy nie do zniesienia. Koniec świata, do którego przywykliśmy, opiera się na przekonaniu, że w imię sterowania materią technologiczną ludzkość jest jednością, a tego nie można zignorować. Załóżmy, że wszystko, co wiemy, nie jest nie tylko niewłaściwe, ale też są to bardzo dokładnie dobrane kłamstwa. Załóżmy, że nasze umysły wypełnione są nieprawdą o sobie, o historii, o otaczającym nas świecie, zaszczepioną przez wpływowe siły, aby ukołysać nas do snu…

Na razie najpopularniejszym sposobem przetrwania jest kodeks walki. Pragnienia przyciągają, my zaś jesteśmy uwodzeni. Czy będziemy bratnią duszą, dobrymi przyjaciółmi, czy receptą na katastrofę?

Nie wiedząc często, z jakim obiektem mamy do czynienia, musimy zawsze liczyć się z kursem kolizyjnym, bo na to często wskazują kalkulacje.Wstęp

Istnieje pewna opowieść, która krąży od lat. Dla jednych jest żartem, dla innych czymś, czego nie da się już „odśmiać”. Samolot rozbija się w nieznanej dżungli. Z katastrofy ocalał jeden mężczyzna. Sam, przerażony, zdeterminowany, by przeżyć. Przedziera się przez gęstwinę, szukając wyjścia, aż staje twarzą w twarz z tubylcem. Ten daje mu wybór: śmierć albo bongo-bongo. A przecież każdy chce żyć, prawda? Mężczyzna wybiera bongo-bongo. To oznacza bolesny gwałt. Przeżywa i idzie dalej. Po czasie spotyka dwóch tubylców. Otrzymuje ten sam wybór. Myśli: „_z _dwójką dam sobie jeszcze radę”. Znowu wybiera bongo-bongo. Przeżywa i idzie dalej. Wyjścia jednak nie widać. Wyczerpany, poraniony, psychicznie i fizycznie złamany, trafia na cały tłum tubylców. Ich przywódca powtarza pytanie: „śmierć czy bongo-bongo?”. Tym razem mężczyzna ma dość. Doświadczył już zbyt wiele. Patrząc na dziesiątki oczu wlepionych w niego jak w świeże mięso, wybiera śmierć.

Na co przywódca odpowiada:

— No to śmierć przez bongo-bongo_?_

Śmieszne? Dla niektórych tak. Dla innych tylko niesmaczne. A dla mnie bolesne i prawdziwe, bo ten żart nie jest o dżungli.

Jest o wyborach, jakie rzuca nam los, które zmuszeni jesteśmy podjąć. O decyzjach, które podejmujemy nie dlatego, że chcemy, ale dlatego, że nie widzimy wyjścia. O umyśle, który potrafi być srogim panem i bardzo kiepskim sługą. Ja również dokonałam takiego wyboru. Wybrałam pewien rodzaj śmierci po wieloletnim bongo- bongo. Nie mówię o przemocy fizycznej. Mówię o tej, która nie zostawia siniaków, ale zostawia pustkę. O tej, która powoli, konsekwentnie wyciera człowieka psychicznie na wszystkie strony.

Może ciebie też to dotyczy?

Dla innych było to niemożliwe do uwierzenia. Przez całe życie słyszałam, że jestem zorganizowana, odpowiedzialna, przedsiębiorcza. Słyszałam na okrągło, że dbam o rodzinę, ich bezpieczeństwo, zasoby. Jakbym w jednej osobie była kobietą i mężczyzną. Filarem z oparciem i rozwiązaniem, ale nawet najsilniejszy filar pęka. Nie da się żyć wiecznie w trybie przetrwania. Nie da się ciągle wybierać „mniejszego zła”. Nie da się bezkarnie ignorować własnego bólu. Ta książka jest o bólu, którego nikt nie widzi.

O bólu, który bywa kwestionowany.

O bólu fantomowym realnym, choć niewidzialnym.

I o tym, co się dzieje, kiedy w końcu…

przestajesz wybierać bongo-bongo.I Nie ma odwrotu

Straciłam kontakt z tym światem na parę godzin w 2024 roku. Zapaść? Nie wiem. Nie musiałam wtedy sprawdzać, czy jestem, czy oddycham, czy się obudzę. Pamiętam za to powietrze — przyjemnie ciepłe, otulające, choć wszystko wskazywało na jesień. Do dziś nie potrafię tego pojąć. W drodze na strych, z usilnym pragnieniem teleportacji do innego życia, świata, opierając się o ścianę komina, w jednej chwili znalazłam się w miejscu, które zdawało się… piękne, lepsze. Jakby ktoś na moment wyłączył ciężar. Siedziałam bardzo wysoko, w drewnianej chacie. Przede mną trzaskało ogromne okno, wyskakujące z zawiasów. Poruszane silnym, choć zaskakująco ciepłym wiatrem, który wpuszczał do środka powietrze, kojąc każdy fragment ciała. Okno na przemian otwierało się i zamykało. Wiatr był gwałtowny, a jednak szyba nie pękła. Było to typowe poddaszowe okno, otwierane pionowo. Mogłam trwać w tym bezruchu bez końca. Podeszłam bliżej i wtedy zauważyłam ją. W rogu siedziała młoda kobieta. Byłam przekonana, że jestem sama. Miała podkulone nogi, wzrok wbity w telefon, palce poruszające się po klawiaturze w nienaturalnym transie. Nie zauważyła mnie.

Poprosiłam ją, żeby pomogła mi z oknem. Jeden zawias był już wyrwany, bałam się, że zaraz wypadnie i obie zostaniemy wessane przez wiatr. Odpowiedziała obojętnie, żebym poprosiła o to swoją mamę. Powiedziałam, że to niemożliwe, mojej mamy tu nie ma, a nawet gdyby była, obecnie jest bardzo chora, słaba, nie miałaby siły. Czarnowłosa postać wzruszyła ramionami i dalej pisała. Spojrzałam przez okno. To był widok nie do opisania. Jedna z tych rzeczy, których nie da się objąć umysłem, a co dopiero przelać na papier tak, by ktoś zrozumiał choć jeden procent. Ujrzałam złoto-żółte barwy, jak królestwo. Na drzewie, dokładnie na wysokości okna, rosły jabłka tak ogromne, że jednym można by nakarmić z jedenaście osób. Byłam zachwycona. Wołałam do współlokatorki, że tymi owocami dałoby się wykarmić wszystkich, że bieda nie miałaby tu wstępu. Liście szeleściły. Okno trzeszczało. Ona nie odpowiedziała. Zapytałam, czy zdaje sobie sprawę, w jak pięknym miejscu mieszka? Ile ma tu zasobów! Jak czyste i ciepłe jest powietrze, mimo jesieni. Nastała cisza. Moja ekscytacja zaczęła ją drażnić. Ostatni raz podeszłam do okna, próbując złapać klamkę i zamknąć je bezpiecznie, ale podmuch był zbyt silny. Nie miałam szans. I wtedy usłyszałam głos. Powiedział mi, że kobieta w rogu jest symbolem. Nie jednej osoby, ale wielu tych, którym pomagałam, a ja jestem po drugiej stronie ekranu telefonu. Zawsze dostępna, pocieszająca. Z ripostą, sarkazmem, wsparciem, mentalnym, psychicznym, a gdy trzeba także finansowym.

Przed telefonem była istota, która uznała, że to jej się należy. Skoro znalazła antenę — mnie, która wszystko odbiera — to dlaczego z niej nie korzystać? Zrobiło mi się zimno. Wiatr przestał być otulający. Zaczął zostawiać na skórze ślady odmrożeń. Cofnęłam się. Głos krzyczał: „Nie ma odwrotu!”. Okno zostało wyrwane. Pod stopami nie było podłogi. Grunt poruszał się, jakby był na kółkach. To były szpitalne łóżka. Jedno obok drugiego. Trudno było utrzymać równowagę. Moja stabilność zniknęła. Kobieta z pokoju również. Huragan porwał mnie dalej, wciągając w nieznaną, ciemną otchłań, dziurę. Została tylko nicość, pustka i dźwięk serca z niedomykającą się zastawką.

Robiłam porządki w szufladzie z dokumentami. Szukałam papierów z moich nieszczęsnych studiów. Po odzyskaniu sił wiedziałam, że powrót na rynek pracy będzie nieunikniony, ale już na własnych zasadach. Przeglądałam świadectwa pracy, dyplomy, referencje, stare CV. Wszystko wydawało mi się reliktem prehistorycznego dinozaura. Jakby należało do kogoś, kim już nie jestem. Wtedy wpadła mi w ręce teczka. Nie z kolejnymi „sukcesami zawodowymi”, lecz z aktem zgonu i jego przyczyną. Boże kochany, w tym roku mijało dziewięć lat od chwili, gdy mój ojciec… mój ojciec popełnił samobójstwo. Zawsze chciał to zrobić. Miał wcześniej kilka nieudanych prób.

Po każdej z nich mówił do mamy:

— Danuśka, nawet diabeł nie chce mojej duszy.

I opadał bezbronnie na fotel, taki zamknięty w sobie. Nigdy nie mówił, co naprawdę w nim się kotłuje. Był jednym z najsilniejszych braci w rodzeństwie. To on przejął gospodarstwo, ale jak to w życiu bywa, nie ma nic za darmo. Despotyczny ojciec, a mój dziadek, wykończył go psychicznie. Gospodarkę przepisał na tego najsilniejszego, pojąc swojskim bimbrem i każąc pracować ponad siły. Można by to porównać do sytuacji, gdzie tak naprawdę mój tato był skupem w tej rolniczej „firmie”, a ostatnie słowo należało do dziadka. Przemoc fizyczna i psychiczna była tam na porządku dziennym. Ojciec bał się swojego ojca. Latami śnił, że bije się z nim na cmentarzu widłami. Koszmary wykraczające poza ludzki umysł. I nawet dla tak silnego mężczyzny, jakim był mój ojciec, wewnętrzne demony sprawiły, że te sny były nadzwyczaj realne.

Są takie zgony, przy których podczas składania kondolencji ma się ochotę wyrwać księdzu mikrofon i powiedzieć głośno, że kondolencje były potrzebne dla bliskich zmarłego, za życia tego człowieka, tego, którego teraz spuszcza się do dołu z ulgą. A dziś należą się raczej… gratulacje. Tak w duchu i w myślach niejeden pomyślał przy pogrzebie mojego dziadka — ojca mojego taty. Śmierć dziadka Michała była pewnego rodzaju ulgą dla wszystkich domowników. Pamiętam go z dzieciństwa i czasów nastoletnich. Dziadek Michał — ten, przy którym gratulacji nigdy się nie składa, bo przecież „każdego szkoda”. Nie, nie każdego. Nie boję się tego powiedzieć. Pamiętam, jak jako pięciolatka widziałam, jak gonił moją mamę z siekierą. Podobno dla dziecka to traumatyczne przeżycie. Pamiętam, jak uderzył mojego brata łańcuchami od krów na polu.

I pamiętam horror mojej mamy, która weszła w tę rodzinę jak w najgorszy scenariusz grozy, mroku, sponiewierań i pijaństwa ojca. Dziadziunio Michał był „tylko człowiekiem”. Miał swoje traumy. Uciekali z babcią Marysią z terenów rzezi wołyńskiej. Strzelano do niego. Po emigracji gnieździli się po kilka rodzin w jednym domu, aż moja babcia za swoje dobre serce dostała od Niemców dom w prezencie. Mieli ośmioro dzieci. Sami chłopcy. Podobno na wschodzie byli jeszcze jacyś bliźniacy, ale zmarli zaraz po porodzie. Z całego rodzeństwa został obecnie tylko jeden wujek Adam, mieszkający w Stanach Zjednoczonych. Tak to już jest. Jeden w Zjednoczonych, drugi we własnych stanach lękowych.

Wujek Staszek był tym innym dzieckiem z całej ósemki. Ukochanym synem. Babcia Jadzia ze strony mamy twierdzi, że zawsze bardziej kocha się to jedno dziecko. Stanisław był tym wyjątkiem, który sam szył sobie ubrania. Dostał się do marynarki wojennej. W tamtych latach duma rodziny. Na jednej z przepustek dał się namówić znajomemu na przejażdżkę motocyklem. Znajomy ten był pod wpływem alkoholu. Nie odjechali daleko. Na zakręcie motor wypadł tak niefortunnie, że rura wydechowa przebiła wujkowi główną tętnicę szyjną. Nie było żadnych szans. Zginął na miejscu, wykrwawiając się. Miał dwadzieścia kilka lat. Pamiętam zdjęcia z pogrzebu, które oglądałam za dziecka. Leżał w trumnie w mundurze. Młody chłopak, na twarzy miał założony biały welon, żeby nie przyciągać uwagi rany i zasinień. Mój tata miał wtedy około czternastu lat. To musiała być potężna trauma dla wszystkich.

Po tej śmierci dziadek Michał można powiedzieć, że w pewnym stopniu zwariował. Przez jakiś czas bardzo się rozchorował. Leczono go specjalną miksturą na bazie białego wina gronowego, miał też wstawioną jakąś blaszkę do głowy, ale to wydarzenie nie uczyniło go lepszym człowiekiem. Nie zamknął się w sobie. Stał się niebezpieczny. Uważam, że człowiek, który ma w rękach siekierę, widły czy jakiekolwiek narzędzie i nie zawaha się go użyć, jest zagrożeniem. A on miał różne narzędzia i używał ich, gdy tylko coś mu nie odpowiadało. To „coś” nie dotyczyło wyłącznie mojej mamy czy ojca.

Dotyczyło także obcych ludzi. Jeśli ktoś przyjechał na wieś na czereśnie, dziadek uważał, że wszystko jest jego własnością. Potrafił kłuć młodego chłopaka czy dziewczynę widłami od dołu, żeby zeszli z drzewa i nie jedli „jego” owoców. Owoców z tego drzewa, niczym w Edenie.

Nie muszę dodawać, że był katolikiem. Prawda? Z naciskiem na pierwszy człon tego słowa: kat. Dziadkowie od strony ojca stracili więc z ośmiorga dzieci czworo, nie licząc bliźniąt na wschodzie. W późniejszym czasie: półrocznego Frania i Staszka z wypadku. Franio zmarł na zapalenie płuc. Babcia go wykąpała, nie wiedząc, że jest chory. Tak to kiedyś było, dzieci rodziło się dużo, ale śmierć zabierała je szybko i bez ostrzeżenia. Życie z dziadkiem pod jednym dachem nie należało do łatwych. Mój tata nadużywał alkoholu. Typowe dla nieprzepracowanych emocji u mężczyzny, z benefitem pojenia trunkiem w polu. Niszczył tym nałogiem siebie i bliskich wokół. Wielokrotnie zostawiał moją mamę na pastwę losu, która w tym związku pełniła rolę matki, ojca, niańki i „białego Murzyna”. Pracowała na gospodarce jak niewolnica, a także dorabiała u innych. Prawdziwy koń pociągowy z niezliczoną liczbą wagonów. Prawdziwy mężczyzna, kochający swoją kobietę i mający z nią dzieci, nie zachowuje się w ten sposób. Wychowałam się więc w atmosferze niepokoju, niskiego poczucia bezpieczeństwa i ciągłego lęku o finanse, o byt. To miało ogromny wpływ na ukształtowanie mnie jako człowieka. Było coś jeszcze ważniejszego. Żadne z tych doświadczeń mnie nie złamało. Nie stałam się jak mój dziadek. Nie powieliłam schematu mojego ojca. Nigdy nie byłam uzależniona od żadnych substancji, poza papierosami, które rzuciłam skutecznie ponad dwa lata temu. Papierosy krzywdzą i szkodzą głównie nam samym. Nie odbierają jednak rozumu. Nie zamieniają człowieka w agresywną małpę. I to też jest część tej historii.

Gwałtowne uduszenie. Tak widniało w dokumentach jako przyczyna zgonu mojego ojca. Czytałam dalej, daty, opisy. Wracał tamten dzień. Nie mogłam uwierzyć, że minęło dziewięć lat. Teraz, kiedy to piszę, dziesięć. Za każdym razem, gdy ktoś umiera, czy to w wypadku, w chorobie, czy przez samobójstwo, pojawiają się setki wersji. Ludzie snują domysły. Tak było i tym razem.

Mój ojciec często zostawiał mamę samą. Zawsze wtedy, gdy warunki były najtrudniejsze, albo w srogiej zimie, albo w lato przy żniwach. A żniwa same się nie wykoszą. Mama żyła w ciągłym napięciu, że wszystko zgnije w polu, że nie będzie z czego żyć. Czy dorastanie w takich lękach jest wspierające? Nie sądzę. Jeszcze trudniej jest potem nie przenieść tego na własne dziecko. Wypracowałam tę umiejętność skrupulatnie.

3 sierpnia 2015 roku, w poniedziałek, panowały rekordowe upały. Szłam na pocztę nadać listy z pracy. Pracowałam wtedy w agencji pracy w Głubczycach. Zwykle ta droga była rutyną, wychodziłam około południa. Tamtego dnia poczułam silny ucisk w klatce piersiowej. Każdy krok ciągnął się w nieskończoność. Świat zwolnił. Ciężko mi się oddychało. Nadałam listy i wróciłam do biura. Pamiętam, że zachwalałam dziewczynom jakiś nowo zamówiony puder z mango i wtedy zadzwoniła mama.

Odebrałam.

— Ela, Ela, dzwoń na pogotowie… tato się powiesił — usłyszałam zdanie.

Był sierpień, a jeszcze niedawno w lipcu, jak gdyby nigdy nic, rodzice wpadli do mnie do pracy z czereśniami dla wszystkich. Ojciec uśmiechnięty, elokwentny, dowcipny. Kto go nie znał, nigdy nie powiedziałby, że ma problem z alkoholem. Potrafił budować relacje. Robił doskonałe wrażenie.

Sygnał się urwał. Nie wiem, ile minęło czasu. Pamiętam tylko, że powiedziałam na głos w biurze:

— _Mój tato się powiesił._

Zapadła cisza, a ja osunęłam się pod stół. Dziewczyny mnie podniosły. Zaczęłam płakać. Zadzwoniłam na pogotowie. Zawsze był problem z nawigacją i zlokalizowaniem naszej wsi, bo była zbyt mała, zbyt ulotna, niewidoczna, często mylona na mapach. Można było przy tej lokalizacji zginąć jak w trójkącie bermudzkim. Ratowało mnie jedno zdanie: iż jest to blisko przejścia granicznego na Osoblahę. Dyspozytor zapytał, czy powieszenie było skuteczne czy nieskuteczne? Skąd, do cholery, miałam to wtedy wiedzieć?

Pojechałam z koleżanką Martą do rodzinnej wsi. Szybko zatankowałyśmy, za nami jechała druga dziewczyna w eskorcie, żeby później odwieźć Martę i sprawdzić, czy ja w ogóle dam radę dojechać. Las Marysieńka ciągnął się bez końca. Słońce migotało między drzewami, a ja zadawałam sobie jedno pytanie: czy mój tato żyje, czy już nie? Bałam się o mamę. Czy jest tam sama? Gdzie on to zrobił? Cienie leśne się skończyły. Wjechałam do wsi. Na środku jak zawsze stało już na środku towarzystwo wzajemnej adoracji i dyskutowało o tragedii. Zaparkowałam z boku, przy bramie. Na podwórku było pogotowie i radiowóz. Mój tato leżał pod drzewem. Jakby spał.

Bez sinicy, bez wysuniętego języka, bez wykrzywionej twarzy. Nie miał skręconego karku. Powieszenie było na klęcząco na bocznej gałęzi jabłoni w sadzie. Cały żywot zakończony został na białym sznurku, który często stosowało się do wiązania worków. Taki biały skurczybyk dał radę, a mój ojciec całe życie silny jak biblijny Samson tym razem nie dał. Mama siedziała na ławce i trzymała się za głowę. Zgon stwierdzono około godziny 13:20. Przyczyna: gwałtowne uduszenie. Leżał tak, jakby spał, ale już się nie obudził.

Do osiemnastej trwały czynności. Prokurator, oględziny. Sprawdzanie, czy nie było zamieszanych osób trzecich. Standardowa procedura. I nastał ten moment, kiedy tato został zapakowany w czarny worek i załadowany do samochodu, zmierzając prosto na sekcję zwłok. Było ponad trzydzieści stopni na plusie, upał nieznośny. Moim zadaniem było poinformować o wszystkim rodzeństwo. Siostra była wtedy z narzeczonym w Wiśle. W zasadzie już wracali. Brat był w trasie, w pracy. Najpierw zadzwoniłam do bratowej. Zapytałam, czy taki telefon to dobry pomysł? Bałam się, że brat, zawodowy kierowca, może czegoś nie dopilnować na drodze. Przecież to tragiczna informacja, jak to zrobić delikatnie? Zastanawiałam się. Musiał być skupiony, czujny, a wiadomość była druzgocąca. Został nam tylko wyjący płacz przez telefon i próba pogodzenia się na tyle, na ile w tamtym momencie było to w ogóle możliwe, z faktem, że nie ma odwrotu. Tato nie wróci. Pogrzeb odbył się w piątek, 7 sierpnia. Wydrukowałam zdjęcie taty, żeby można było położyć je na trumnie. Trumny wspólną decyzją nie otwieraliśmy, ani dla siebie, ani dla innych. Wspieraliśmy się nawzajem, czerpiąc resztki sił z głupkowatych rozmów, plotek, niedowierzania. Do mojego brata potrafił zadzwonić kolega i zapytać wprost:

— To prawda, że twój stary się powiesił?

Zero delikatności. Jakby pytał, czy prosiak już wypatroszony na obiad.

Podczas uroczystości pogrzebowej brat złamał się w momencie tzw. Ofiarowania. Gdy ludzie zaczęli krążyć wokół ołtarza, żeby sypnąć groszem do koszyka, zobaczył, ilu ich jest. Tłumy. I wtedy pękł. Jego ciałem zawładnęły wstrząsy płaczu, szarpania, żalu, niedowierzania. To normalne, po chwili się uspokoił. Dla mnie najtrudniejsze było zdjąć przy wszystkich zdjęcie taty z trumny, odwrócić się twarzą do ludzi i spojrzeć komukolwiek w oczy, ale zrobiłam to.

Nie miałam wyjścia.

Na cmentarzu przy składaniu kondolencji ludzie nie omieszkali zapytać brata o pole, dzierżawę, maszyny, dodając: „jakby co, to dzwoń”. Idealny moment na interesy spadkowe. Ludzie nie mają taktu ani wyczucia, ani współczucia. Karmią się cudzą tragedią i snują własne domysły. Nic więcej. Są tacy, którzy w takich momentach mają zawyżone skłonności do wykorzystania innych na cudzej tragedii. Nazajutrz, w sobotę, zadzwonił brat, żebym przyjechała z córką na basen. Obiecał upiec kukurydzę, posiedzieć razem. Zgodziłam się. W noc po pogrzebie nie mogłam zasnąć. Czułam, że ktoś mnie głaszcze po głowie. To nie był mój mąż. Miałam to samo po śmierci dziadka ze strony mamy. Znam to uczucie. Czyżby tato przyszedł się pożegnać? Zabrać choć namiastkę tych kotłujących się myśli? Ostatni raz widziałam go żywego w lipcu. Miewał wtedy swoje ciągi alkoholowe, ale akurat wtedy był trzeźwy. Mama się do niego nie odzywała. Miała żal. Nienawidziła jego pijaństwa. Zeszłam do taty przy garażu i pochwaliłam się, że dostałam pierwszy w życiu mandat w wysokości 50 zł. Zapytał, jak wyglądał policjant. Odpowiedziałam, że taki z łysą pałą. Stwierdził, że to chyba pan N. 57 km/h w terenie zabudowanym, sprawca: Fiat Seicento! To jak próba ucieczki przed życiem samochodem, który sam ledwo zipie, podczas gdy świat i tak pędzi po twoich zwłokach. Potem poszłyśmy z mamą na chwilę do sadu. Szykowała się na basen. Była wściekła na tatę. Mocno wiało, podobnie jak w tym moim śnie na strychu, choć powietrze było inne. Ciepłe, ale inne. Zawsze paliłam po kryjomu przed ojcem. Przy mamie normalnie. Przy nim nigdy bym się nie odważyła, choć wiem, że nic by mi nie zrobił. Mama obserwowała, gdzie jest, a ja stresowałam się i atmosferą, i tym papierosem, żeby ze strachu nie połknąć go w popłochu i nie zapalić się od środka. Tato przyszedł do nas nieśmiało. Z poczuciem winy. Niesfornie próbował zagadać. Mama odwróciła głowę i ściągnęła usta w podkowę. Tato dał mojej córce orzecha laskowego. Postanowiłam wracać do domu. Skoro mama szła na basen, nie było tam już dla mnie miejsca. Atmosfera była dziwna, a ojciec zamknięty. Wyjeżdżając, zatrzymałam się przy bramie. Tato był po drugiej stronie. Podeszłam, powiedziałam, że jadę do domu. Poprosiłam, żeby dbał o siebie i uważał, bo się martwię. Odpowiedział, że musi jakoś dotrwać do emerytury mamy, żeby ją dostała. A potem… niech się dzieje, co chce, że ma dość. To było nasze ostatnie spotkanie za jego życia, pod koniec lipca 2015 roku.

Zaczęłam szykować siebie i Laurę do brata. Upały trwały w najlepsze. W pośpiechu i jakiejś dziwnej nieprzytomności po tym pogrzebie wyjechałam do niego w samym staniku. Tak było gorąco. Zawróciłam, modląc się, żeby żadnego sąsiada nie było na podwórku. Założyłam koszulkę i ruszyłam dalej. U brata w cudownie zaaranżowanej altanie było wszystko: kuchnia, lodówka, huśtawka. Azyl. Trochę pomoczyłam się w basenie z dziećmi, potem usiadłam przy stole. Rozmawialiśmy. Doszliśmy do wniosku, który dawał odrobinę nadziei, że tato już nie cierpi i musi mu być lżej niż tutaj. Kiedyś przeczytałam zdanie, że samobójcom nie powinno się pomagać przeżyć. Babcia kiedyś dodała, że trafiła na rozszerzoną wersję historii wskrzeszenia Łazarza. Podobno on bardzo żałował, że Jezus przywrócił go do życia. A wszystko to tylko dlatego, bo niewiasty płakały. Łazarz powrócił do życia z poczuciem utraty. Dało mi to do myślenia. Ten wątek w Biblii jest okrojony i to mocno. Ktoś coś przed nami solidnie ukrył. Coś, co mogłoby wieloma porządnie wstrząsnąć. Rozważam to często wielokrotnie.

Życie toczyło się dalej. Za każdym razem, gdy odwiedzałam mamę, przez kolejne lata słuchałam jej wersji wydarzeń, jeszcze zanim dojechałam na miejsce. O czymkolwiek byśmy nie rozmawiały, wszystko i tak wracało do dnia śmierci taty. Dlaczego? To zawsze priorytetowe pytanie przy śmierci, w dodatku przy samobójstwie. Do człowieka nie dociera, że mogło być inaczej. Mama często myślała, że tato tego nie chciał, że był w amoku. Sądziła, że chciał ją tylko nastraszyć. Myślał, że mama pójdzie za nim szybciej, że zobaczy, co zamierza, ale tak się nie stało. Nawet jeśli chciał zwrócić na siebie uwagę, nie wyszło. Pomysłów na śmierć za życia miał wiele: granaty, broń, aż w końcu powieszenie. W końcu dopasował skuteczną metodę. Tamtego dnia mama zajrzała do pokoju. Tato leżał sflaczały, brudny, wychudzony. Jedzenia nie brakowało, ale ostatni ciąg alkoholowy był tak silny, że tato miał słabe odżywianie. Po chwili wstał. Minął się z mamą na schodach, jakby się nie znali. Mama gotowała obiad. Przypomniała sobie, że musi nakarmić psa. Zeszła na dół, przygotowała karmę i poszła do sadu. Zobaczyła na trawniku pod nogami klapek. Podniosła wzrok i zamarła. Ojciec wisiał na klęcząco, twarzą do siatki. W panice złapała nóż do roślin, który leżał nieopodal.

Przecięła sznurek. Ojciec runął jej ciężko przez ręce na ziemię. Później zadzwoniła do mnie. Gdy stała tak chwilę nad jego ciałem, zza siatki wynurzył się sąsiad z dolnej części wsi. Zagadnął do mamy: „Co? Franiu przeholował i poszedł spać?”. Na co mama odpowiedziała ze spokojem: „Nie, Franek nie żyje”. Sznurek spalono, a gałąź odcięto, przecież relikwia z tego nie byłaby dobrym pomysłem. Babcia bardzo to przeżyła, powtarzała do każdego: „Co mu w łeb strzeliło?”. Jak mógł zrobić to żonie, dzieciom, wnukom? Standardowa reakcja. Przede wszystkim jak mógł zrobić to sobie? Takie było moje pytanie. Którejś nocy, zasypiając i przechodząc do snu, znalazłam się w sadzie. Był tam suto zastawiony stół, długi w drewnie, piękna pogoda, a na końcu tego stołu siedział uśmiechnięty mój tato Franciszek. Zachwycona jego widokiem i świadoma, że nie żyje, że nie ma go tutaj, zapytałam, co tu robi? I czy pozwolili mu przyjść na chwilę? Na co uśmiechnięty odpowiedział, że tak, pozwolili. Chwyciliśmy się za ręce i tak postaliśmy w milczeniu. Nie chciałam żadnej odpowiedzi, tylko cieszyłam się chwilą, jaką nam dano. Tato powiedział na końcu jedno ważne zdanie: „Nie myśl o tym tyle, wszystko jest tak, jak być powinno”. I obudziłam się. Chociaż często żałuję, że się budzę. Spotkania z innymi po drugiej stronie to nie pierwsze i zapewne nie ostatnie doświadczenie. A przecież sama śmierć porównana jest do snu.

Nieprzepracowane traumy międzypokoleniowe oraz toksyczne relacje rodzinne kształtują dorosłe życie przede wszystkim poprzez narzucenie permanentnego trybu przetrwania. Powoduje to, że dorosły człowiek nie podejmuje wyborów z wolności, lecz z poczucia braku wyjścia. Porównałam to do tragicznego wyboru między „śmiercią a bongo-bongo”. Traumy te manifestują się w dorosłości jako bóle fantomowe, realne cierpienie psychiczne i fizyczne, które, choć niewidoczne dla innych, niszczy jakość życia i relacji.II Dom, który przestał być domem

Trauma rzadko zaczyna się od nas. Najczęściej przychodzi wcześniej z historią, której nie przeżyliśmy osobiście, ale która zamieszkała w naszych domach, ciałach i sposobach reagowania na świat. W mojej rodzinie zaczęło się od ucieczki. Od strachu tak intensywnego, że nie było czasu go przeżyć, trzeba było przeżyć siebie. Dziadek ocalał z rzezi wołyńskiej, ale to, co go uratowało fizycznie, psychicznie uczyniło go twardym, bezwzględnym, odciętym. Nie miał języka na ból, więc nauczył się przemocy. Został katem nie dlatego, że nim był z natury, ale dlatego, że inaczej nie potrafił już żyć. Ojciec dorastał przy kimś, kto sam był zniszczony. Jego dzieciństwo nie miało bezpiecznej przestrzeni. Było szkołą strachu, podporządkowania i milczenia. To doświadczenie rozłożyło go psychicznie na długie lata. Alkohol stał się sposobem, by choć na chwilę uciszyć obrazy i napięcie, których nie umiał nazwać. Nie pił z chciwości ani lekkomyślności, pił, żeby nie czuć. Trauma przeszła dalej, nie pytając o zgodę. Zmieniła się tylko forma. Dzieci wychowane w takich domach uczą się jednego bardzo wcześnie: świat nie jest bezpieczny, a miłość bywa warunkowa. Zamiast spontaniczności pojawia się czujność. Zamiast ciekawości gotowość do reagowania. W dorosłym życiu często nieświadomie wracamy do tego, co znamy. Wybieramy ludzi, relacje, miejsca pracy, w których napięcie jest znajome, a lęk ma rozpoznawalny kształt.

Nie dlatego, że tego chcemy, tylko dlatego, że to jedyny krajobraz, w którym nauczyliśmy się oddychać. Z takich domów bardzo często wychodzą „konie pociągowe”. Ludzie, którzy biorą na siebie więcej, niż powinni. Filarzy, których zadaniem jest trzymać wszystko w całości: rodzinę, relacje, emocje innych, a często także ich finanse.

Ja też taka byłam. Zorganizowana, odpowiedzialna, zawsze dostępna. Zawsze gotowa, by nieść, ratować, dopinać, dźwigać. Nie dlatego, że byłam silniejsza od innych, ale dlatego, że nie umiałam przestać. Nadodpowiedzialność była moim sposobem na kontrolę chaosu. Jeśli ja trzymam wszystko, nic się nie rozsypie. Jeśli ja się nie zatrzymam, nic złego się nie stanie. Tyle że to złudzenie. A ciało prędzej czy później upomina się o prawdę. Tak też było w moim przypadku.

Rok 2021 przyniósł mi kolejne zmiany — takie, które tym razem mocno zachwiały sensem mojego istnienia. Siostra zaczynała wspólne życie z narzeczonym w nowo wybudowanym domu, a moja mama miała zostać sama w tym wielkim, wiejskim gospodarstwie. Zapadła decyzja o sprzedaży domu i rozpoczęciu życia gdzieś w bloku. Z dala od tej zdziczałej wsi, gdzie oprócz ciszy i wyludnienia nie było już nic. Nawet Czechy przestały być atrakcyjne. Wszystko się pozamykało: basen, knajpy. Nawieziono tam Cyganów, że strach było przejść przez rynek. Wczesną jesienią siostra zamieściła ogłoszenie. Zainteresowanie było spore. Teren ogromny: sad, dom, budynki gospodarcze. Całość, o którą moja mama po śmierci taty dbała jak nikt inny. Kosiła, zimą paliła w piecu, rąbała drewno, uprawiała ogród. Ciągle w ruchu. Zawsze dwudaniowy obiad, zawsze zajęta i perfekcyjna. W czasie pandemii wszystko tam jeszcze bardziej poszarzało. Mama mówiła, że pierwsze sześć lat po śmierci taty było najlepszym okresem w jej życiu. To samo powiedział jej śledczy, że po pół roku od tragedii „odżyje”. Wreszcie doświadczy spokoju. Skończyło się nasłuchiwanie niepewnego, zataczającego się kroku na schodach w środku nocy. Koniec tego pieprzonego niepokoju i strachu. Ojciec nie był agresywny po alkoholu, ale nie miał w sobie odpowiedzialności za pracę, był u siebie na gospodarce, to sobie rządził. Moja mama harowała jak osioł. Dlatego chwile, w których mama mogła spokojnie pojechać autobusem do miasta, zadbać o edukację najmłodszej córki i po prostu spokojnie pożyć, były naprawdę jej czasem. Mama była zawsze zadbana, elegancka, pomocna. Jak mówi mój szwagier — kwoka, która chroni swoje pisklęta bez względu na ich wiek. Oczywiście po trzydziestu wspólnie spędzonych latach z ojcem nerwica i ataki lękowe nie odchodzą ot tak, oj nie.

W tamtym czasie i ja wisiałam emocjonalnie na włosku. Po wydaniu pierwszej książki mój rozwód był bardzo blisko. Dziś wiem, że wiele z tych problemów miało swoje źródło w dzieciństwie. Teraz mam na tyle dużą niezależność emocjonalną, że nie boję się samotności. Uważam, że lepiej być samemu niż tkwić w ciągłych negocjacjach, zazdrości i emocjonalnym dziadostwie. Zastanawiałam się wtedy, gdzie sama miałabym się podziać? Jak dojeżdżać do pracy? Mama szykowała mi pokój na wsi, ale ja nie chciałam zmieniać pracy ani życia. To było totalne zagubienie.

Od zawsze byłam jak moja mama — koniem pociągowym. Za dużo wagonów, zwykle załadowanych cudzym ciężarem. Większość była na mojej głowie: dom, finanse, samochód, awarie, pies, choroby, życie. Dlatego wiem jedno, że moje dziecko nauczy się samodzielności. Powtarzam córce często, że ma zrobić prawo jazdy, bo to pewna niezależność. Młody człowiek zakochany po uszy nie myśli, że partner nie ma prawa jazdy. To zwykła wygoda, a tu nie o samą jazdę chodzi, ale i o serwisy, ubezpieczenia, awarie, to jest naprawdę ciężka praca dbać o to, pilnować. Nie uważam się za super kierowcę. Do prawa jazdy zmusiło mnie miejsce, w którym się wychowałam i w którym mieszkam.

Dom został zarezerwowany przez młodą parę. Podpisano umowę przedwstępną, ale co chwilę pojawiały się problemy. Młodzi snuli plany, wizje z organizacją kolonii, remonty, a do mnie wciąż nie docierało, że ten dom naprawdę zniknie z naszego życia. W trakcie sprzedaży wyszło, że wujek ze Stanów Zjednoczonych nadal jest tam zameldowany. Cała procedura spadła na mojego brata. Były nerwy, sądy, awantury. Wujek był początkowo obrażony, bo dla niego „sprzedaż za plecami” to zdrada. Nic tam jednak nie należało do niego. Nie wyobrażam sobie, żeby mama została bez niczego po tym, ile się tam narobiła i doświadczyła. Piekło na ziemi. Jakby tego było mało, nie minęło jeszcze pięć lat od śmierci taty. Dom formalnie można było sprzedać dopiero od stycznia 2022 roku. Inaczej płaciło się wysoki podatek. Mama była strzępkiem nerwów. Umowa przewidywała karę w razie wycofania się obu stron.

W październiku mama wyprowadziła się z domu. Na chwilę zamieszkała u siostry. Wytrzymała tam niecałe dwa tygodnie. Poszło o psa, który miał wyznaczoną swoją strefę ruchu. Zamknęła się w pokoju, nie jadła, nie wychodziła. U koleżanki, u której sprzątała, powiedziała, że jest bezdomna. To stawia dzieci w złym świetle, a bardzo się staraliśmy wszyscy. Wierzę, że życie daje znaki, tylko rozumiemy je dużo później. W moim przypadku takim znakiem są mandaty. Pierwszy otrzymałam w lipcu 2015 roku, a miesiąc później mój ojciec się zabił. Drugi w 2021 roku, wtedy pojawił się największy kryzys małżeński. Trzeci w październiku 2022 roku, w drodze ze szpitala od mamy. Zaraz po tym trzecim w grudniu straciłam pracę, dla której rzuciłam całą dotychczasową karierę. Przypadek? Nie sądzę.

Siostra dzwoniła do mnie codziennie z płaczem. Była wykończona tym, że mama tak się zachowuje. Sama przestała jeść i przez telefon dało się wyczuć tę groteskową, duszną atmosferę. U mnie nie było miejsca na dłuższe zamieszkanie osób trzecich. A u naszej babci? To w ogóle było niedorzeczne, choć tam miejsce było, to mental fanatyka religii jest bardzo niebezpieczny. Mama zawsze czuła się gorsza w porównaniu do swojego brata, który mieszkał w Niemczech. Babcia wypowiadała się o nim zawsze cieplej, z dumą. Oni mogli jeździć na wczasy pięć razy do roku, ale gdy ktoś z nas gdziekolwiek się wybierał, babcia nie omieszkała skomentować: „A gdzie ich licho niesie”. Pisałam wcześniej o jej filozofii, która zakłada, że jedno dziecko kocha się bardziej niż drugie. Nie wspomnę już o tym fanatyzmie religijnym. Nie mając innego wyjścia, zabrałam mamę do babci. Do czasu, aż miało się znaleźć mieszkanie. Był grudzień, zbliżały się święta, a za miesiąc miał być przepis, wtedy można było działać.

Podczas pobytu u babci mamie odszedł pies. Wyzionął psiego ducha w listopadzie. Miał czternaście lat, chorował na serce. Mama stwierdziła, że dla niego to też był stres i dlatego odszedł. Bardzo to przeżyła. Po tym wydarzeniu mama podupadła na zdrowiu. Byłyśmy z mamą blisko siebie, ona na osiedlu u babci, ja niżej, w dole miasteczka. Odwiedzała mnie niemal codziennie. Paliła w piecu, siedziała i czekała, aż wrócę z pracy. Byleby nie siedzieć z dogryzającą jej babcią. Pracowała nawet chwilę jako ogrodnik, razem z koleżanką. Później okazało się, że mój kolega z pracy sprzedaje mieszkanie. Fakt, mamę bardziej interesowały Głubczyce niż Baborów, ale tak bardzo chciała odejść od babci, że jak sama powiedziała, mogłaby zamieszkać nawet w stodole. Zaczęłam działać. Obejrzała mieszkanie kolegi, dogadali się, że w styczniu je kupi i zrobi się przepis. Pamiętam, jak dziękowała mi na whatsAppie, pisząc, że będzie mi wdzięczna do końca życia. Mieszkanie było na trzecim piętrze, ale przestronne, ładne. Do tego działka z altanką. Droga dojazdowa była do remontu, ale wtedy nikt nie przypuszczał, że działalność jednego przedsiębiorstwa rozrośnie się tak bardzo, że nie będzie tam przejazdu, a przez kolej nie da się przejść, dziś z drogi nie zostało nic. Ciężki transport zrobił spustoszenie. Remont drogi obiecywany był od lat, ale do dziś nic tam się nie dzieje w tym kierunku dobrego.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij