Bolesne sekrety - ebook
Bolesne sekrety - ebook
Zwieńczenie porywającej sagi Rodzinne tajemnice
Życie Olivii Croft znalazło się na rozdrożu. Po kolejnym nieudanym przesłuchaniu do filmu i zdjęciu z anteny prowadzonego przez nią programu Crofty Cooks pozostała jej już tylko nadzieja, że wraz z mężem Derekiem wreszcie zdołają począć dziecko, którego tak pragnie – i że będzie w stanie zapomnieć o sensacyjnym odkryciu, jakiego dokonała niedawno ze swoimi dwoma siostrami, a mianowicie, że ich zmarła matka i słynna gwiazda filmowa Jillian Croft nie mogła urodzić żadnej z nich.
Jej świat wali się jednak doszczętnie, kiedy na jaw wychodzi okrutny sekret Dereka, który ją oszukiwał przez osiem lat małżeństwa. Olivia nie potrafi wybaczyć mu tej zdrady i ucieka z LA na wybrzeże Maine, do miejsca, z którym łączą się jej najszczęśliwsze wspomnienia z dzieciństwa oraz te, związane z jej ukochaną matką.
Próbując dojść do ładu z utratą kariery, męża i marzeń, Olivia znajduje pokrewną duszę w Duncanie, którego życie również legło w gruzach. Zanim jednak będzie gotowa otworzyć się na nową przyszłość, musi się najpierw uporać z przeszłością i zmierzyć z całą prawdą o matce – z prawdą, jakiej nawet nie była w stanie sobie wyobrazić.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8230-113-7 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
28 lipca 1993 (środa)
Ileż się dzieje. Mam trzy córki i bajeczną karierę. Jestem tak zarobiona, że nie mam czasu na pisanie pamiętnika. Ale to ważne, żebym uwieczniła moje niesamowite życie.
Właśnie wróciliśmy z kolejnego wypoczynku w naszym pięknym domu na wybrzeżu Maine. Dziewczynki uwielbiają tam przyjeżdżać. To dla nas radość, że mogą swobodnie się pobawić na skalistym brzegu i pochodzić po lesie. Nie to co na plażach w LA, gdzie muszę mieć je bez przerwy na oku. Mężczyźni łypią pożądliwie na Olivię, która nabiera już kobiecych kształtów, choć ma dopiero dwanaście lat. Poza tym tylko tak mogę zapobiec sytuacji, w której Rosalind odpłynęłaby za daleko i utonęła. Przynajmniej Eve siedzi grzecznie przy mnie i stawia zamki z piasku.
W naszym domu w Stirling nie ma żadnych męskich drapieżników, którzy mogliby zakłócić szczęście Olivii, nie ma też innych nastolatków, dla których byłaby gotowa porzucić swoje siostry, żeby być cool. Rosalind z kolei nie ma szans się utopić, bo woda jest za zimna na kąpiel, a Eve ma frajdę, budując domki z kamieni, gałązek, liści i mchu.
Daniel i ja naprawdę odpoczywamy. Kiedy kupiliśmy ten dom, obiecaliśmy sobie, że nie będziemy przywozić tutaj pracy, nawet jeśli przez to będziemy mogli zostać tylko na tydzień. W tym roku wszystko – pogoda, pływy i nasz zapał – dopisało i udało nam się urządzić clambake. Myślałam, że umrę ze szczęścia, spędzając ten czas ze swoją cudowną rodziną. Moje piękne dziewczynki i mój przystojny mąż wyglądali jeszcze piękniej i przystojniej w blasku słońca zachodzącego nad Maine.
Prawie żałowałam, że musimy wracać do naszego chaotycznego życia na świeczniku. Ale je też uwielbiam.
La primadonna
Jillian Croft
Olivia Croft zwróciła się do kamery telewizyjnej, przybierając swoją najlepszą minę radosnej gospodyni programu – oczy lekko rozszerzone i czujne, usta gotowe do uśmiechu. W środku jednak powoli, acz systematycznie się rozsypywała. Kiedy skończą się reklamy, pojawi się po raz ostatni w show, który stworzyła od zera, podsunęła szefom stacji i prowadziła przez pięć ostatnich lat na antenie lokalnego kanału 53. Program Crofty Cooks był jej oczkiem w głowie, a cała jego ekipa jej rodziną. Szeroki wachlarz gości, wybranych spośród zwykłych, domowych kucharzy – mieszkańców Los Angeles – zdecydowanie wzbogacił jej doświadczenia związane z tym miastem. Przede wszystkim jednak możliwość prowadzenia własnego programu zaspokoiła jej wewnętrzną potrzebę występowania na ekranie, kiedy mijały kolejne lata, a ona wciąż nie zdobyła gwiazdorskiej sławy. Dzięki Crofty Cooks pozostawała w centrum zainteresowania i nie nękały jej dręczące myśli, że marnuje swój potencjał, że nie spełnia swojego marzenia ani oczekiwań matki odnośnie do jej kariery. Bo kiedy ma się za matkę jedną z największych gwiazd światowego kina, bycie jedną z najmniejszych naprawdę boli.
Ostatni odcinek programu był poświęcony dzieciom, więc wszystko kręciło się wokół nich: porady, jak przemycać warzywa i pełnoziarniste produkty w postaci smakołyków, komentarze pediatrów na temat spożycia cukru i jego zdrowotnych konsekwencji, a także segmenty nakręcone wcześniej w tygodniu prezentujące niektóre lokalne, przyjazne dzieciom restauracje ze zdrowym jedzeniem. Na planie gościnnie pojawiło się sześcioro dzieci, w wieku od czterech do ośmiu lat, pomagających przygotować przepisy, reagujących na przysmaki, dzielących się zabawnymi opiniami na temat potraw, które uważały za zdrowe.
Jakaś smaczna zielenina? Miętowe lody! Zielone M&M’sy! Budyń pistacjowy!
– Dziesięć sekund, Olivio. – John, kierownik planu, w którym się podkochiwała, bo nie można było inaczej, pokazał jej obie dłonie.
– Dziękuję.
Mała dziewczynka – Amber, jeśli wierzyć jej tabliczce z imieniem – wyskoczyła zza stołu w telewizyjnej kuchni, gdzie wraz z kolegami i koleżankami, którzy również występowali w programie, pałaszowała „całkiem pożywne” ciasto, upieczone wcześniej przez Olivię, z mąki pełnoziarnistej, przetartych suszonych śliwek dla dodatkowej porcji błonnika i słodyczy oraz z kakao. Olivia porwała ją w ramiona i wzięła na ręce, łaskocząc w brzuszek, żeby się roześmiała.
– Pięć sekund.
Olivia odprawiła machnięciem ręki rozgorączkowaną mamę Amber. Potem, nie mogąc się oprzeć, pochyliła się instynktownie i wciągnęła w nozdrza słodki zapach małej dziewczynki, o którym tak marzyła. Może kiedy zdejmą jej show, będzie bardziej zrelaksowana i wreszcie jej i Derekowi uda się począć dziecko. To był chyba jedyny pozytywny aspekt całej tej sytuacji, jaki potrafiła dostrzec. Jako trzydziestodziewięciolatka bała się, że jej okienko na zajście w ciążę już się zamyka. Znowu coś się dla niej zamyka.
Kiedy Bóg zamyka jeden show, otwiera przesłuchania do kolejnego. To jedno z wielu powiedzonek wymyślonych przez jej matkę. Oby Jillian miała rację.
– Trzy, dwa… – John kontynuował odliczanie na palcach do „wielkiego startu”. Tak przynajmniej myślała o tym Olivia.
– Witam po przerwie w Crofty Cooks. Ta urocza dziewczynka, którą trzymam na rękach, to Amber. – Olivia zwróciła się do dziecka: – Świetnie się dzisiaj bawiłam. A ty? Nauczyłaś się czegoś ważnego?
Amber pokiwała główką. Na jej policzku pysznił się rozsmarowany niebieski kleks kremu o niskiej zawartości cukru.
– Że ciasto jest dobre.
– Brawo. – Olivii stopniało serce. Nie, uschło z rozpaczy. To małe ciałko układało się tak naturalnie w jej ramionach, jakby były do tego stworzone.
Przez kolejne dwa tygodnie zamierzała skupić się w swoim show na problemach i radościach karmienia dzieci, ale…
Odwróciła się ponownie do kamery, wytrzymując w niezbyt pewnym uśmiechu.
– Nasze dzieci są przyszłością tego świata. Powinniśmy zagwarantować im jak najlepszy start. Im mniej będą jeść słodkich potraw, tym mniej będą łase na cukier. Tak, szczęśliwe przyszłe mamy, to dotyczy także was i tego, co jecie w ciąży. Więc uściskajcie dzisiaj swoje maluchy. – Olivia przytuliła Amber, uradowana, że dziewczynka nie zaczęła krzyczeć za mamą. – Obiecajcie sobie, że będziecie je zdrowo karmić. A jeśli tak samo jak ja macie problem z zajściem w ciążę albo jesteście bezdzietne z innych powodów, to pamiętajcie, aby nie rozpieszczać czyichś pociech cukrem, tylko miłością i zabawą. Dziękuję wam gorąco, że byliście dzisiaj ze mną. – Szybko odchrząknęła, aby zamaskować łamiący się głos. – Kocham was. Odżywiajcie się zdrowo! Amber, pomachasz ze mną na pożegnanie?
Ona i Amber pomachały widzom. Kiedy przez kadr zaczęły przewijać się napisy końcowe, Olivia postawiła dziewczynkę, złapała ją za maleńką miękką rączkę i zaprowadziła z powrotem do stołu obleganego przez umorusane ciastem dzieci, a potem przykucnęła przy każdym i zamieniła z nim po dwa słowa.
W końcu John dał znać, że zaczęły się reklamy.
Stało się.
Olivia zmusiła zesztywniałe usta do uśmiechu. Rodzice weszli na plan i zabrali swoje pociechy, przechwalając się między sobą umówionymi przesłuchaniami, lekcjami tańca i planami dietetycznymi każdej z nich. Matka Amber, całkiem urocza blondynka, która wyróżniała się powściągliwością na tle tłumu matek promujących swoje dzieci, prześlizgnęła się ostrożnie w stronę Olivii, przytrzymując córkę na biodrze, zupełnie jakby się bała, że jeśli znajdzie się za blisko nawet takiej niezbyt dużego kalibru gwiazdy, to się sparzy. Olivia uśmiechnęła się ciepło. Zdecydowanie wolała takich nieśmiałych fanów od tych, którym się wydawało, że należała do nich – dotykalskich, zanudzających historyjkami o swoich rodzinach, domagających się niezliczonych selfie. Wszechobecne aparaty fotograficzne nie pozwalały Olivii cieszyć się prywatnością, ale nie dało się ukryć, że mile łechtały jej ego.
– Cześć… – Zerknęła na plakietkę z imieniem kobiety. – Jeanine.
– Chciałam tylko powiedzieć, że uwielbiam twój show.
– Dziękuję. – Olivia biła się z myślą, czy powiadomić widownię w studiu, że dzisiejszy odcinek jest jej ostatnim, lecz postanowiła, że nie zostawi ich ze wspomnieniem tego, jak wypłakuje sobie oczy. Perspektywa sprawienia zawodu fanom, takim jak Jeanine, była druzgocąca, ale szychy na górze zadecydowały. Miała tylko nadzieję, że odejdzie z nienaruszoną godnością. – Wielkie dzięki.
– Kiedyś w twoim programie wystąpiła moja sąsiadka. Przerobiłaś przepis jej babci na tetrazzini z indyka. Od tamtej pory nadal przygotowuje twoją wersję.
Olivia uśmiechnęła się promiennie, jakby dokonanie światowego przewrotu w sposobie przyrządzania tetrazzini z indyka było jej życiowym celem. A przecież Olivia Croft była aktorką, nie kucharką.
– Dobrze wiedzieć.
– Chciałam też jeszcze powiedzieć, że… – Jeanine przełożyła sobie Amber na drugie biodro. – Kiedyś poznałam twoją matkę.
– Naprawdę? – Uśmiech Olivii stał się bardziej naturalny, kiedy poczuła, jak wypełnia ją ciepło. A chwilę później nieuchronny smutek.
– Miałam wtedy dziesięć lat. Tak bardzo chciałam zostać aktorką. Zobaczyłam ją na ulicy. Była taka piękna, nawet poza ekranem.
– Owszem. – Olivia pokiwała dumnie głową. Jej matka zwracała uwagę, dokądkolwiek się udała. Kiedy Olivia szła z nią ulicą, czuła się jak królowa.
– To było takie niespodziewane. Kiedy ją zobaczyłam, tak się podekscytowałam, że padłam do jej stóp. Dosłownie. Było mi strasznie wstyd. – Jeanine się roześmiała, przewracając ślicznymi niebieskimi oczami, a jej policzki oblały się rumieńcem. – Ale ona była taka uprzejma. Nie dość, że pomogła mi wstać, to jeszcze poświęciła czas na rozmowę ze mną, wypytywała mnie o moje zainteresowania, zachęcała do ciężkiej pracy i do tego, żebym wytrwale dążyła do celu.
– Cała mama. – „Nigdy się nie poddawaj” to była mantra Jillian Croft, którą wbijała Olivii do głowy tak długo, aż zyskała pewność, że jej najstarsza córka ją sobie przyswoiła.
Jeanine pokręciła głową z podziwem.
– Jillian Croft, największa gwiazda na świecie, i zachowywała się tak, jakby naprawdę ją obchodziło, kim jestem.
– Bo tak było. – Olivia wyciągnęła rękę i poprawiła koronkowy kołnierzyk przy różowej sukience Amber. – Była niesamowicie szczerą osobą i kochała dzieci.
– A dla mnie była wielkim autorytetem. – Jeanine przycisnęła usta do czoła Amber w instynktownym matczynym odruchu, na widok którego Olivia westchnęła z zazdrości. – Z aktorstwem nigdy nie wypaliło, ale… tak czy siak, chciałam to powiedzieć.
– Cieszę się, że to zrobiłaś, Jeanine.
– Dziękuję, że Amber mogła wystąpić w twoim programie! Amber, powiesz „dziękuję”?
Amber pokręciła przecząco głową. Nie. Jeanine zamarła z nietęgą miną.
– Amber miała dziś pracowity dzień. – Olivia położyła dłoń na niesamowicie miękkiej dziecięcej rączce. – Świetnie ci poszło, skarbie. Ale pewnie chciałabyś już stąd pójść, prawda? Wrócić do domu i się pobawić? Może uciąć sobie drzemkę?
Amber entuzjastycznie przytaknęła.
– Pobawić się.
– W porządku. Dziękuję za pomoc. Pa, pa. – Olivia machała za nimi, dopóki nie wyszły z pokoju, jako ostatnie z gości.
Kiedy tylko zeszła z niej adrenalina, natychmiast pojawiły się uczucie napięcia i zmęczenie, zajmując należne im miejsce obok smutku. Dzięki Bogu obie jej siostry przyleciały, żeby spędzić ten dzień z nią – Rosalind z Nowego Jorku, Eve z Bostonu. Derek był gdzieś w terenie w Montanie. Gdyby Olivia wróciła teraz do pustego domu, wypiłaby butelkę szkockiej, a potem rzygałaby całe popołudnie. Tymczasem kiedy ona była zajęta na planie, Eve i Rosalind pojechały po zakupy na piknik, który miały sobie urządzić we trójkę na Zuma Beach.
Olivia pożegnała się czule, choć z wielkim bólem, z całą ekipą w studiu, dokładając starań, aby zwrócić się do każdego z osobna po imieniu i nadmienić, jakąż to świetną robotę wykonali, żeby ułatwić jej życie. Tego też nauczyła ją matka: Nigdy nie zapominaj tego, co ktoś dla ciebie zrobił, choćby to była drobnostka.
W końcu przeszła do części, w której czekały jej siostry, spodziewając się, że poczuje ulgę, jaką zwykle czuła w obecności ludzi, przy których – gdyby zaszła taka potrzeba – mogła bez skrępowania odpłynąć.
– Byłaś fenomenalna. – Rosalind, jej średnia siostra, brunetka i wolny duch, otoczyła ją ramionami, a Eve, najmłodsza z rodziny, już czekała w kolejce, żeby ją zastąpić.
Tego dnia Rozzy wyglądała zaskakująco normalnie, ubrana w sięgające do kolan różowe szorty i jednolity żółty top. Zazwyczaj tak bardzo naginała granice mody, że groziły pęknięciem. Eve z kolei na ogół ubierała się tak, jakby chciała zniknąć – preferowała stonowane kolory i klasyczny styl. Dzisiaj rzucała się w oczy jako szykowna blondynka w granatowych rybaczkach z kwiecistym wzorem i prostym białym T-shircie. Przez ostatni rok życie ich obu zasadniczo się zmieniło – na lepsze. Życie Olivii także się zmieniło, tyle że zasadniczo na gorsze.
– Dziękuję. Dziękuję, że obie przyleciałyście. – Olivia odwzajemniła żarliwie uściski sióstr, walcząc z dławiącym w gardle wzruszeniem. – No to zabierajmy się stąd.
Ruszyła w stronę wyjścia, a Eve i Rosalind pośpieszyły za nią.
– Trzymasz się jakoś? – spytała Eve.
– Na razie o tym nie myślę. – Powstrzymując łzy samą siłą nienawiści, jaką żywiła do płaczu, przemaszerowała w typową dla LA idealnie piękną czerwcową pogodę na maleńki placyk, na którym parkowała przez ostatnie pięć lat. – Zaszalejmy w Malibu.
– Och, super. – Rosalind westchnęła z rozkoszą. – Od lat nikt mi tego nie proponował.
Olivia wyjęła telefon z torebki, żeby sprawdzić, czy Derek napisał jej coś miłego dla wsparcia i otuchy.
– Pewnie dlatego, że od lat cię tutaj nie było.
– No, niewykluczone. – Rosalind wydawała się bardziej rozbawiona niż zirytowana. Trudno ją było wyprowadzić z równowagi. Nie to, co Eve… W jej przypadku to było tak proste jak zabranie dziecku lizaka.
Żadnych wieści od Dereka. To niemożliwe, żeby zapomniał. Choć z drugiej strony był tylko facetem.
Olivia dostała za to maila od Susan, recepcjonistki ze studia nagrań, i nagle stanęła jak wryta pół metra od auta – jaskrawoczerwonego audi RS7, które uwielbiała za luksus i komfort oraz za prędkość, jaką wyciągało. W LA wybór samochodu był równie istotny jak wybór domu; w obu człowiek spędzał tyle samo czasu.
– Co jest? – spytała Rosalind.
– Dziwne. – Olivia podniosła telefon. – Recepcjonistka ze studia przysłała mi maila. Zgadnijcie, kto właśnie dzwonił i mnie szukał.
– Steven Spielberg?
– Martin Scorsese?
– Ha… ha. – Posłała siostrom swoje słynne krzywe spojrzenie. – To by mnie aż tak nie zdziwiło. Otóż była żona Dereka, Jade.
– Utrzymujesz z nią kontakt? – Rosalind otworzyła samochód i podała kluczyki Olivii.
A ta je oddała.
– Ty prowadź. Ja muszę się przebrać. I nie, oczywiście, że nie utrzymuję z nią kontaktu. Rozwiedli się jakieś dwanaście lat temu. My jesteśmy małżeństwem od ośmiu. Nigdy jej nawet nie poznałam.
– Nie, tylko nie ja. Nienawidzę jeździć po LA. – Rosalind podsunęła kluczyki Eve.
– Nie ma mowy. – Eve podniosła ręce, odmawiając prowadzenia. – To rzeczywiście dziwne, że jego eks chce z tobą rozmawiać. Chyba nie myślisz, że on się z nią kontaktuje?
– Nic mi o tym nie wiadomo. Ale rozstali się raczej w przyjaznej atmosferze, więc nawet gdyby, to nie miałabym nic przeciwko. Kto wie? – Olivia władowała się na tylne siedzenie, na które rano przed przyjazdem do studia wrzuciła strój plażowy. – No dobra, dziewczyny, jedźmy już. Eve, ty prowadzisz.
Eve usiadła na siedzeniu kierowcy, mamrocząc pod nosem.
– Rosalind, jakim cudem nienawidzisz jeździć po LA? – Olivia zrzuciła czółenka od Waltera Steigera. – Przecież mieszkasz w Nowym Jorku!
– Nie jeżdżę po Nowym Jorku. – Rosalind zajęła miejsce dla pasażera. – Jeszcze nie zwariowałam.
– Polemizowałabym.
– Ha, ha. – Wyjęła telefon. – Zaraz sprawdzę najszybszą trasę.
– Samochód ma GPS, użyj go.
– Nie-e, przywykłam do tego. – Rosalind kliknęła w ekran i prześledziła trasę. – Przez miasto będzie szybciej, ale tylko o piętnaście minut. Pojedźmy wybrzeżem. W centrum jest okropny ruch, ale dalej powinno być lepiej.
Olivia rozpięła szeroki pasek z białej skóry, który dobrała do obcisłej sukienki do kolan z kolekcji Caroliny Herrery. Z nich trzech tylko ona miała jakieś pojęcie o modzie, mimo iż ich matka dokładała wszelkich starań, żeby je wszystkie czegoś nauczyć. Jak mawiała: Ubranie może uratować każdą sytuację.
– Gdzie kupiłyście lunch?
– Bristol Farms w zachodnim Hollywood. – Eve sprawdziła natężenie ruchu i dodała gazu. Samochód napędzany przez ośmiocylindrowy silnik wyrwał do przodu z takim impetem, że Eve zaniosła się nerwowym śmiechem. – Twój samochód ma niezłego kopa!
– Mamy grillowane karczochy, tabouli, sery, bagietkę, winogrona, czeko… – Rosalind pisnęła. – Uważaj!
– To on niech uważa.
– Dorastałyśmy tutaj, tutaj wyrobiłyście prawko. – Olivia wyswobodziła się z sukienki. – Przecież dawałyście sobie radę w LA. Gdzie wasze jaja?
– Moje odpadły, kiedy się przeprowadziłam – zripostowała Eve. – W Bostonie wszyscy jeżdżą jak wariaci, ale nie zapuszczam się autem do miasta.
– Ostatnio jeździłyśmy tutaj ponad dziesięć lat temu. Od tego czasu zrobiło się znacznie gorzej. – Rosalind podłączyła swój telefon do portu USB w samochodzie. Z urządzenia rozbrzmiał elektroniczny głos, podając wskazówki dojazdu. – Eve i ja byłyśmy w szoku, że aż tak.
Olivia pokiwała głową, wkładając jaskraworóżowy dół od bikini.
– No, to prawda. Poważnie się zastanawiam nad kupnem drugiego domu, do którego mogłabym uciec. Gdzieś w północnej Kalifornii lub w Maine. Głupio zrobiłyśmy, sprzedając dom rodziców w Stirling.
– Niewykluczone… – Rosalind, jak zwykle dyplomatka. – Z tym miejscem wiąże się wiele wspomnień.
– Może kupimy coś na spółkę? – Olivia odpięła stanik i zastąpiła go górą od stroju kąpielowego.
– Fajnie by było mieć tam jakąś miejscówkę – stwierdziła Eve. – Ze Swampscott jest łatwy dojazd.
– Zależy od lokalizacji – oznajmiła Rosalind. – Zakładam, że myślisz o czymś na wybrzeżu. Może gdzieś blisko taty i Lauren?
– Oczywiście, że na wybrzeżu. A niby gdzie? W krainie łosi po sąsiedzku z babcią Betty? – Olivia skończyła się przebierać, narzucając na bikini białą koronkową tunikę.
Eve tymczasem odkrywała uroki jazdy po Los Angeles wraz z większością jego czterech milionów mieszkańców, którzy także próbowali dokądś dotrzeć.
– Olivio, masz na widoku jakieś castingi?
– Jeden. – Starała się nie okazywać, jak bardzo ją to przygnębia. – Do filmu o kosmitach. Szczyt szczytów w mojej dennej karierze. Jeśli to nie wypali… to nie wiem. Obawiam się, że cały ten stres nie pomaga nam w poczęciu dziecka.
– Czasem warto zrobić sobie przerwę. – Eve przyspieszyła na żółtym świetle. – To faktycznie może stanowić problem.
Rosalind odwróciła się do Olivii z szerokim uśmiechem.
– Już się nie mogę doczekać, żeby zostać zwariowaną cioteczką tego biednego dziecka.
– Prędzej sama będziesz mieć własne. – Olivia zapięła pasy i oparła się o zagłówek. Przerwa może i była dobrym pomysłem, ale kto wie, czy nie przespałaby roli życia. Jak powiedziałaby ich mama: Nie możesz przewodzić watasze wilków, będąc małym kotkiem. – Bryn już się oświadczył?
– Nie-e. – Rosalind zbyła tę sugestię machnięciem ręki. – Nawet jeśli wkrótce się pobierzemy, to i tak chcę poczekać z dzieckiem.
– Mówię tylko, żebyś nie czekała za długo. – Olivia westchnęła, patrząc na przewijające się za oknem budynki oraz wystawy sklepowe, i nagle znużona zamknęła oczy. Jej siostra poznała Bryna, rzeźbiarza i w ogóle świetnego gościa, minionej jesieni, kiedy wykazała się nie lada odwagą i pojechała do New Jersey, żeby odszukać swoją biologiczną matkę. – Nigdy nie wiadomo, ile to potrwa.
– Racja…
Olivia jeszcze przez jakiś czas mgliście rejestrowała, że siostry kontynuują rozmowę, potem samochód się zatrzymał, a Eve zgasiła silnik. Gdy siłą woli zmusiła się do otworzenia oczu, odkryła, że stoją na parkingu przed Zuma Beach.
– Łooo, jak długo drzemałam, godzinę?
– Prawie. – Rosalind pchnięciem otworzyła drzwi, wpuszczając do środka wspaniale orzeźwiającą bryzę. – Jupi! Uwielbiam tę plażę. Dobrze tu wrócić.
– To prawda. – Eve wysiadła z samochodu.
Olivia również się wygramoliła i dołączyła do sióstr. Zuma była też jej ulubioną plażą: niemal pięć kilometrów piaszczystego brzegu, rzadko zatłoczona, obmywana przez łagodne fale przyboju, znakomite do pływania.
Wyjęły z bagażnika jedzenie, koc i ręczniki, po czym znalazły idealne miejsce na wielkiej połaci piasku. Nad głowami szybowały im mewy, a znad kotłującego się oceanu wiał ciepły wiatr.
– Najpierw pływanie czy jedzenie?
– Jedzenie! – Rosalind położyła dłoń na brzuchu. – Konam z głodu.
– Mnie pasuje. – Eve rozłożyła koc i zaczęła rozpakowywać koszyk. – Olivia, ty siadaj tutaj i daj się rozpieszczać.
– To jedna z nielicznych rzeczy, w których jestem prawdziwą ekspertką. – Wyciągnęła się na ręczniku i spryskała skórę oraz włosy sprayem przeciwsłonecznym marki Clarins. – Eve, jak ci idzie projektowanie domów?
– Pomału, ale nie najgorzej. – Eve otworzyła pojemnik ze smakowitymi grillowanymi sercami karczochów. Dla Olivii były to istnie rajskie warzywa. – Wczoraj zaproponowano mi kolejne zlecenie na Washington Island.
– Nie żartuj! – Rosalind nie żałowała sobie kremu z filtrem. – Wspaniale!
– Może przenieś się od razu do Wisconsin? – zasugerowała Olivia. – Clayton na pewno byłby zachwycony.
Eve wzruszyła ramionami, nie dając się podpuścić. Olivia umierała z ciekawości, czy minionej wiosny między Eve i mężczyzną, którego poznała na wyspie, Doszło Do Seksu.
Oczywiście chamsko byłoby zapytać wprost.
– No więc czy ty i Clayton zaliczyliście już bzykanko?
– Olivia! – Rosalind zasłoniła usta dłonią, próbując zakryć uśmiech.
Krzywe spojrzenie Eve niemal dorównywało temu, z którego słynęła Olivia.
Olivia wybuchnęła śmiechem.
– Po prostu nie mogę się doczekać, aż w końcu będziesz szczęśliwa.
– Ciebie powiadomię pierwszą. Tak czy siak, to ciekawe zlecenie. Projekt renowacji wnętrza. Pewnie je przyjmę. A jeśli chodzi o moją przeprowadzkę, to raczej nie mam tego w planach. Wisconsin to ładny stan, a jezioro Michigan jest naprawdę fajne, ale…
– To tylko jezioro. – Olivia wskazała fale przyboju, łapczywie wciągając w płuca wilgotne powietrze. – Mieszkam tu całe życie, ale nadal jestem pod wielkim wrażeniem, że mogę ot tak wyskoczyć na plażę, gdy tylko najdzie mnie ochota. Zostałam stworzona do tego, aby żyć nad oceanem. Mama też to uwielbiała. Bardziej niż tata, tak sądzę.
Jej siostry wymieniły spojrzenia. Ale Olivia i tak to zignorowała. Odkąd zeszłego lata we trzy odkryły, że Jillian nie mogła mieć dzieci, widać było, że Eve i Rosalind czują się nieswojo, rozmawiając o matce. Zupełnie jakby nagle przestała nią być.
Jeśli chodzi o Olivię, to Jillian Croft była jej mamą, koniec kropka. Jeśli uciekła się do… kreatywnego rozwiązania, aby mieć dzieci, które wszyscy, włącznie z nimi samymi, uważali za jej własne, to tylko jej powinszować.
Oczywiście to nie było takie proste. Zatrudnienie kobiet, które jej mąż miał zapłodnić, podczas gdy ona sama nosiła ciążowe przebrania, samo w sobie było dość pokręcone. Ale rozmyślanie o etycznych komplikacjach męczyło Olivię, zwłaszcza kiedy dotyczyły one kobiety, którą ubóstwiała i wielbiła niczym bożyszcze. Więc… załadowała to wszystko do rakiety i wystrzeliła na planetę zwaną „Wyparcie”. Nie powiedziała o tym nawet Derekowi.
– Plaża była jedynym takim miejscem w Kalifornii, do którego mama zawsze wybierała się incognito, pamiętacie? Nie chciała, żeby ktokolwiek przeszkadzał jej w opalaniu i surfowaniu. – Olivia zanurzyła palce w piasku i nabrała ciepłą garść. – Jak byłam mała, przyjeżdżała ze mną na Zumę, żebym pokopała w piasku. Byłam zdeterminowana, żeby przekopać się aż do Chin, i jakże zawiedziona, bo nigdy nie starczało mi na to czasu.
– Urocze. – Eve podała siostrze kromkę bagietki posmarowaną czymś śnieżnobiałym, co miało kozi posmak i było bajeczne. – Ja właściwie nie pamiętam mamy na plaży.
– Byłaś jeszcze taka mała, kiedy zmarła. – Znajomy smutek odebrał Olivii część serowej rozkoszy z przeżuwanego kęsa. Eve miała dopiero jedenaście lat, kiedy ich matka tuż przed północą w sylwestra dwa tysiące pierwszego roku niechcący przedawkowała leki. Rosalind miała wtedy szesnaście, a Olivia dwadzieścia. Z nich wszystkich Olivia znała Jillian najdłużej i była z nią najbardziej zżyta, głównie dlatego, że dzieliły to samo zamiłowanie do aktorstwa i związane z nim ambicje.
– Gdzie tym razem poniosło Dereka? – Rosalind poczęstowała się kolejnym karczochem i wzięła jeszcze trochę sera.
Olivię doprowadzało do szaleństwa, ile to krzepkie ciało byłej gimnastyczki jest w stanie pochłonąć i się nie roztyć. Eve była jeszcze gorsza, zawsze z niedowagą, chociaż odkąd rzuciła swojego wstrętnego chłopaka i poznała Claytona, przestała straszyć kościstą figurą. Przynajmniej teraz, przez cały ten stres związany z tajemniczą bezpłodnością i zdjęciem programu, Olivia była całkiem zadowolona ze swojej wagi i mogła opychać się serem bez większych wyrzutów sumienia.
Okay, z wielkimi wyrzutami sumienia, ale później wystarczyło, że potrenuje dwa razy ciężej. W mieście chodzących wieszaków udających kobiety nie chciała, żeby jej waga była powodem, dla którego nie dostanie roli.
– Jest w Montanie. Musiał znaleźć ranczo do filmu o dzieciach specjalnej troski uczących się jazdy konno. Reżyser miał tę swoją wizję, jak duże powinno być ranczo, jakiego koloru, jaki powinno mieć „klimat”, jakie to, jakie tamto, ile drzew, ile szlaków, ile koni. Derek mało nie oszalał. Ale dopiął swego. – Olivia była dumna z męża. Uwielbiał swoją pracę, która polegała na wyszukiwaniu lokacji filmowych, a ona uwielbiała to, że często wyjeżdżał. W ich małżeństwie lepiej się układało, kiedy za nim tęskniła, a potem mogła się cieszyć z jego powrotu. Tak często, jak było trzeba.
– Umieram z ciekawości, czego chciała jego była.
Olivia wyjęła telefon.
– Nie wiem, czy zostawiła num… Czekaj. Kolejny mail od Susan.
– Nie masz przypadkiem sługuski, która czyta maile za ciebie? – spytała jakże słodko Rosalind.
– Miałam. – Olivia odpowiedziała z werwą, żeby nie dać po sobie poznać, jak bardzo jest zasmucona. Jej asystentka Donna znalazła sobie inną pracę, a Olivia musiała spojrzeć prawdzie w oczy i pogodzić się z faktem, że nie ma sensu zatrudniać nowej, skoro jej show zdejmowano z anteny. – Boże, znowu telefon od Jade. Prosi, żebym oddzwoniła. Mówi, że to ważne.
– Łooo. – Eve spojrzała na nią znad widelca z tabouli. – To naprawdę dziwne. Myślisz, że z Derekiem wszystko okay?
– Oczywiście. – Serce Olivii zaczęło walić. – Dlaczego mieliby się kontaktować akurat z nią, gdyby coś mu się stało?
– No to oddzwoń do niej – rzuciła niecierpliwie Rosalind. – Zżera mnie ciekawość, czego chce.
Olivia poczuła się nieswojo. Nie była pewna dlaczego, ale naprawdę nie chciała wiedzieć, co też takiego ważnego może mieć jej do powiedzenia była żona jej męża.
– W tej chwili?
– Czemu nie?
Nie przyszedł jej do głowy żaden powód, więc tylko wlepiła wzrok w wiadomość, z irytacją mrużąc oczy, bo ostatnio było jej coraz trudniej odczytać mały druk.
– Okay. Zadzwonię.
Jade odebrała po pierwszym dzwonku.
– Olivia.
– Cześć, Jade, o co chodzi? – Olivia nie zamierzała tracić czasu na gadkę szmatkę. Derek i Jade byli parą od college’u, pobrali się i rozwiedli w tym samym roku, nie mieli dzieci i nie żywili do siebie urazy.
– Oglądałam dzisiaj Crofty Cooks.
– Och. – Olivia spojrzała na siostry i przewróciła oczami, po czym podeszła bliżej, żeby i one posłuchały, jak Jade rozpływa się nad ostatnim odcinkiem albo prosi, żeby Olivia podzieliła się jej starym rodzinnym przepisem w nieistniejącym już programie. – Miło.
– Chodzi mi o tę część, kiedy mówiłaś o bezdzietności. Ty i Derek. Nie mogę… Przepraszam, jestem taka roztrzęsiona.
Olivia zmarszczyła brwi. Ona jest roztrzęsiona?
– Okaaay.
Rosalind uklękła i przysunęła się na kolanach, by lepiej słyszeć.
– Staracie się o dziecko? – spytała Jade.
– Tak. – To chyba jasne.
– Nie wierzę.
Olivia i jej siostry wymieniły spojrzenia.
– Jade, o co ci chodzi?
– Derek nigdy nie chciał mieć dzieci.
Olivia parsknęła.
– Cóż, najwyraźniej zmienił zdanie. Po co do mnie dzwoniłaś?
– Przepraszam, naprawdę przepraszam. Źle się do tego zabrałam.
Olivia udała, że ciska telefon w piach, licząc, że Rosalind i Eve to rozbawi. Ale nie rozbawiło.
– Do czego?
– Kiedy Derek i ja byliśmy małżeństwem, on nie chciał mieć dzieci, więc… poddał się wazektomii.
Eve i Rosalind wciągnęły gwałtownie powietrze i odsunęły się, jakby nie chciały już nic więcej słyszeć. Olivia znieruchomiała z telefonem przy uchu, starając się pojąć słowa Jade.
– Nie gadaj głupot – odparła zbyt wysokim głosem i zdecydowanie nie dość szorstko.
– Tak mi przykro, Olivio. Kiedy usłyszałam, że masz problemy z poczęciem, aż nie chciało mi się wierzyć. To się nie trzymało kupy. Ale potem… to znaczy, wiem, że Derek jest zdolny do… – Jade westchnęła z irytacją. – Lepiej na tym poprzestanę. Pewnie dobrze go znasz. Lepiej niż ja.
Rosalind i Eve spojrzały na Olivię z takim samym grymasem ponurej akceptacji. One naprawdę wierzyły w to, co usłyszały.
To jakiś obłęd.
– Musiał ją odwrócić. Po waszym rozwodzie. – Chociaż powodzenie takiego zabiegu nie jest gwarantowane. Tylko dlaczego o tym nie wspomniał? – Na pewno to zrobił.
– Możliwe. Ale był zdecydowanie przeciwny dzieciom. Przepraszam, chciałam się tylko upewnić, że jesteś tego świadoma. On potrafi… Cóż, bierze to, co chce i kiedy tego chce. Zapewne już to wiesz.
Strach wziął nogi za pas i ustąpił miejsca złości.
– Słuchaj. Nie chcę już z tobą rozmawiać o moim mężu.
– Tak, tak. Jasne. Przepraszam. Chciałam tylko, żebyś wiedziała.
– No, dzięki. – Olivia zakończyła rozmowę i roześmiała się złośliwie. – Strata czasu.
– Olivio… – Pełne współczucia spojrzenie Rosalind podziałało na Olivię jak płachta na byka.
– Mój mąż nie miał wazektomii! – Kozi ser przewracał jej się w żołądku. – Nie ma mowy, żeby przez te wszystkie lata rozmyślnie kazał mi przechodzić istne piekło. Wykluczone.
– Lekarz powiedział, że wszystko jest z tobą w porządku…
– I z nim też.
Twarz Eve zasnuła się troską.
– Usłyszałaś to od lekarza? Czy od Dereka?
Olivia spojrzała na nią buńczucznie, nienawidziła Eve za jej logikę. Ale prawda była taka, że dowiedziała się od Dereka.
– Może właśnie dlatego lekarz nie chciał spróbować inseminacji domacicznej. I dlatego też Derek ostatecznie nie wyraził zgody na in vitro. – Rosalind wyglądała tak samo mizernie, jak zapewne czuła się Olivia. – Może obaj wiedzieli, że to i tak nic nie da.
– Nasz lekarz to święty człowiek. Na pewno by mi powiedział, gdyby to z Derekiem był jakiś problem.
– Tajemnica lekarska. – Eve wymówiła te słowa niczym wyrok śmierci. – Lekarz nie ma prawa ujawniać informacji o stanie zdrowia pacjenta bez jego zgody.
– A mnie ciekawi, dlaczego, do… piiip, Derek nic ci nie powiedział. – Rosalind ujęła się pod boki, niczym anioł zemsty w różu i żółci. – Jeśli to prawda i celowo kazał ci cierpieć takie katusze, to go…
– Pomogę ci – wtrąciła Eve.
– Nie. Nie. On by mi tego nie zrobił. Jeśli poddał się zabiegowi wazektomii, to na pewno później odwrócił jego efekty. Zaraz do niego zadzwonię i go spytam. Koniec pieśni. – Olivia podniosła telefon, rozmyślając, jak delikatnie sformułować to pytanie. W końcu doszła do wniosku, że tak się nie da. – Co ja wyprawiam? Nie mogę go o to spytać. Poczuje się do głębi urażony, wiedząc, że byłam skłonna w to uwierzyć. A przecież to nieprawda.
Rosalind i Eve nie wyglądały na przekonane.
– Poza tym, jeśli go spytasz, i tak wszystkiemu zaprzeczy. – Rosalind ponownie usiadła. – Na pewno wie, że nie masz na to dowodu. Może ci nagadać, że jego była żona chce się tylko na nim zemścić, jego słowo przeciwko jej, bla, bla, bla. Nie będziesz wiedzieć, czy mówi prawdę, czy nie.
– Ależ ja wiem. Ja. Wiem. – Olivia była świadoma, że jej głos brzmi tak, jakby zaraz miała się rozkleić. – Na to wszystko na pewno jest całkiem proste, logiczne i dobre wytłumaczenie.
Eve zagryzła wargę. Wyglądała przy tym tak ślicznie, że to po prostu niesprawiedliwe.
– Chyba właśnie je usłyszałaś. Od Jade.
Olivia wstała, trzęsąc się i czując mdłości. Była wściekła, że ten ponury dzień, który miał rozjaśnić uroczy piknik z rodziną, właśnie stał się jeszcze bardziej przygnębiający.
– Dlaczego miałabym wierzyć jej, a nie własnemu mężowi? Może rzeczywiście chce się zemścić i tylko ze mną pogrywa?
– Dwanaście lat po polubownym rozwodzie? – spytała Rosalind. – Dlaczego miałaby nagle zapragnąć zemsty?
Olivia nie mogła znieść tego, że obie jej siostry reagują tak spokojnie i racjonalnie na coś tak szalonego. Powinny lamentować i biegać w kółko jak opętane po plaży. Ona sama była od tego o krok.
– Jeśli nie mogę zapytać Dereka, o co chodzi, to jak mam dowieść, że to nie jakiś dziwny fortel ze strony Jade, która chce mi tylko namącić w głowie?
Nie znały odpowiedzi.
– Widzicie? – Olivia rozłożyła ręce w geście irytacji. – To niemożliwe.
Zadumały się w posępnym milczeniu wśród rozradowanych okrzyków dzieci atakujących fale i uciekających przed nimi, tworzących zgoła surrealistyczne tło muzyczne dla ich myśli.
– Zaraz! – Rosalind podniosła rękę, a oczy jej rozbłysły. – Jest jeden sposób. Właśnie na to wpadłam.