-
nowość
Borikén. Ostatnia kolonia świata - ebook
Borikén. Ostatnia kolonia świata - ebook
35 na 100 mil - miejsce, które mimo skromnych rozmiarów mieści ogrom historii łączących cztery kontynenty. Niewielka wyspa od setek lat rozbudza wyobraźnię Hiszpanów i Amerykanów, kontrolujących ją jako swoje terytorium. Nie bez przyczyny nazwana została Portoryko, Bogatym Portem, którego rzeki niosły złoto, a ziemia przez cały rok dawała plony. Na skraju Karaibów możliwe było zbudowanie niezwykłej kariery, ale również ukrycie grzechów, za które nigdy nie ponosi się kary. Od momentu pojawienia się ekspedycji Kolumba do dziś Borikén zaledwie przez jeden dzień cieszyło się wywalczoną niepodległością. Portorykańczykom nie brakowało jednak woli do walki o samostanowienie. Dziś, już jako terytorium zależne od Stanów Zjednoczonych, określane jest nieraz "ostatnią kolonią świata" - miejscem zawieszonym w sytuacji bez wyjścia, w którym referenda w sprawie zmiany statusu terytorium są niemal równie regularne jak huragany.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398004039 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wstęp
Ziemia Dzielnego Władcy
Nadejdą bogowie – pierwsi Hiszpanie na Karaibach
400 lat zależności
Klub Borinquen
Republika Portorykańska
Luis Muñoz Rivera
Karta Autonomii
Nowa władza
U.S.A.
Ustawa Forakera
Po wojnie hiszpańsko-amerykańskiej
Korporacje
Brązowe złoto
Kawa
Czerwona dekada – strajki
Operation Bootstrap
Prawo Knebla
Don Pedro
Masakra w Ponce
Lolita Lebrón
Cerro Maravilla
COINTELPRO
Klauzula o Spiskowaniu
La Princesa
Kolonialne laboratorium
Niepodległość – ostatnia kolonia świata
Śnieg pod palmami
Nueva Lucha
Terroryzm
The Young Lords
Edukacja
Walka z żywiołem
Dług
Yo soy Boricua
Folklor
Teraźniejszość
Lista referendów w sprawie statusu politycznego Portoryko
Bibliografia
PrzypisyWSTĘP
Niewielkie terytorium, położone na wschodnim skraju Wielkich Antyli, oddalone od Miami o 897 mil morskich, od 1899 roku podlega Stanom Zjednoczonym jako Wspólnota Portoryka.1 Współczesna historia kraju zaczęła się od wojny hiszpańsko-amerykańskiej, w wyniku której ci drudzy przejęli kontrolę nad większością hiszpańskich posiadłości na Karaibach i na Pacyfiku. Wtedy Stany Zjednoczone ulokowały na wyspie władzę, najpierw wojskową, następnie cywilną, reprezentowaną przez gubernatora. Obecnie, od 1948 roku, mieszkańcy wspólnoty mają prawo do samodzielnego wybierania przedstawicieli rządu w wyborach powszechnych. Tak można pokrótce zacząć opisywać najważniejsze geopolityczne fakty o Portoryko. Niezbędne dla Europejczyka, który do zrozumienia każdego fragmentu świata potrzebuje opisania go liczbami, statystykami i zamknięcia w ramach definicji. Borikén kryje w sobie natomiast bogactwo kultur i historii, jakie przez tysiąclecia budowały tożsamość mieszkańców tej niewielkiej ziemi, która pięć wieków temu witała Hiszpanów po długiej podróży w nieznane, jeszcze zanim nadano jej miano Portoryko.
Portoryko, poza główną wyspą o tożsamej nazwie, składa się ze 143 wysepek, atoli i wysp koralowych, z których zaledwie dwie największe są zamieszkałe. Vieques i Culebra są domem dla odpowiednio ośmiu i niespełna dwóch tysięcy mieszkańców. Trzecia co do wielkości wyspa Mona, niegdyś zamieszkana przez rdzenną ludność Taíno, od kilku lat jest oficjalnie uznawana za opuszczoną, a jedynymi osobami pozostającymi na niej dłużej niż na jednodniową wycieczkę są pracownicy straży przybrzeżnej i Wydziału Zasobów Naturalnych i Środowiskowych (_Departamento de Recursos Naturales y Ambientales)_, pilnujący terenów rezerwatu przyrody. Łącznie na obszarze wysp mieszkają ponad 3 miliony Portorykańczyków, kolejnych 5,8 miliona tworzy drugą co do wielkości populację latynoską w kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych.2 Trzy największe fale emigracji przypadły na lata 20., 30. i 50. XX wieku – dla wielu rodzin Portoryko pozostaje więc ziemią przodków, jednak wciąż deklarują swój związek z zamorskim terytorium.
Spisana na kartach historia archipelagu zawiera zaledwie skrawek doświadczeń, rozpoczynając od przybycia Hiszpanów na Karaiby, poprzez przekazanie władzy Stanom Zjednoczonym, aż do czasów dzisiejszych i wykształcenia się diaspory przewyższającej liczbę mieszkańców archipelagu. Niewiele wiadomo o czasach niezależności, która pozwalała Portorykańczykom swobodnie przemieszczać się między karaibskimi wyspami, prowadzić handel na swoich zasadach i współistnieć z ludnością Taíno rozproszoną na tysiącach kilometrów. Jeszcze mniej śladów ich codziennego funkcjonowania zachowało się w formie dziedzictwa kulturowego, gdyż tworzone na wyspach rękodzieło było skromne w rozmiarach i nietrwałe, a ludzie niosący ze sobą bagaż opowieści, melodii i umiejętności nie przetrwali brutalnego starcia z Europejczykami. Nie znaczy to jednak, że poznanie historii Portoryko jest niemożliwe – na wyspach aktywnie działają organizacje zajmujące się szerzeniem wiedzy o przedkolonialnej kulturze, można odwiedzić zrekonstruowane _caney _– charakterystyczne okrągłe chaty z drewna i trzciny lub zajrzeć do muzeum El Cemí, z budynkiem w swojej wyjątkowej formie, łączącym w sobie symbolikę pierwotnych wierzeń mieszkańców archipelagu.
Wraz z rozwojem masowej turystyki, największe porty Portoryko stały się stałym punktem odwiedzin luksusowych wycieczkowców, oferujących rajskie krajobrazy Karaibów, codziennie zawijające do innego portu, tak, aby w pełni wykorzystać zasłużony urlop. Klientów kuszą ciepłe wieczory spędzone na piciu słodkich koktajlów na bazie rumu i kokosa i towarzysząca im żywiołowa muzyka, grana na żywo przez lokalnych artystów, przy której powietrze drga radośnie do wtóru afrykańskich bębnów. Dostęp do piaszczystych plaż jest pilnie strzeżony przez najskuteczniejszego strażnika świata – zawartość portfela, więc wakacje można spędzić bez obaw o niechciane towarzystwo. Następnego dnia można spokojnie udać się na kolejną wyspę, oferującą niemniej magiczne doświadczenia, wszystko dzięki dyskretnej lecz uważnej kontroli pracowników korporacji organizującej wyprawę, z anglojęzyczną ulotką i ofertą przeznaczoną dla osób pragnących unikać zbędnego zamieszania z wyrabianiem wiz. Zostawiając na ladzie recepcji hotelu Hilton kartę do pokoju, można jeszcze przez chwilę rzucić okiem na czarno-białe zdjęcia i wrócić pamięcią do lat jego budowy i wielkiego planu stworzenia na wybrzeżu San Juan ikonicznej budowli w czasie, gdy na obrzeża miasta napływała ludność z górskich plantacji, zamieszkując rosnące w szybkim tempie dzielnice biedy. Wznoszący się nad zatoką San Juan ośrodek miał być klamrą spinającą obustronne interesy Stanów Zjednoczonych i Portoryko, podkreślającą przyjaźń obu terytoriów. W 1949 roku, kiedy uroczyście otwarto go w towarzystwie telewizyjnych kamer i dostojnych gości zaproszonych na wielką fetę, majątek przeciętnego Portorykańczyka był daleki od ufundowania sobie choć jednej nocy w nowoczesnym gmachu. Wiedział on natomiast, że pieniądze wydane na budowę pochodziły z podatków płaconych przez mieszkańców, w tym jego samego, i że powstająca na wybrzeżu reprezentacyjna architektura nie powstała z myślą o Portorykańczykach, a wdziera się na wyspę tak samo jak amerykańskie autostrady, jedzenie, muzyka i polityka.
I mimo, że na świecie wciąż wiele terytoriów funkcjonuje w relacjach, które moglibyśmy określić _kolonializmem_, _postkolonializem_ czy _neokolonializmem_, samo mianowanie Portoryko „ostatnią kolonią świata” zostało zaczerpnięte z wypowiedzi działaczy niepodległościowych, które wielokrotnie padało z ich ust jako hasło nawołujące do pełnej suwerenności wspólnoty. Zostało ono przytoczone jako podtytuł, mimo nie mniejszej trafności innych wykorzystywanych w dyskusjach politycznych określeń, jak chociażby „najstarsza kolonia świata”, ponieważ dalsza treść tej książki, z wyjątkiem nielicznych fragmentów, opisuje zjawiska nierozerwalnie związane z zależnością kraju i jego mieszkańców najpierw od Korony Hiszpańskiej, następnie Stanów Zjednoczonych. Ten układ zachował się do dziś, przeżywając etapy wzmacniania więzi obu terytoriów, przeplatane popularnością ruchów niepodległościowych sięgających po środki pacyfistyczne, ale również terroryzm, omawiany w kilku rozdziałach w związku z różnymi formami jego wykorzystywania w działaniach separatystycznych. Do września 2001 to właśnie portorykańscy separatyści byli najuważniej obserwowani jako potencjalne zagrożenie bezpieczeństwa państwowego. Stany Zjednoczone – krótkim czasie osiągające jedną z najbardziej wpływowych pozycji w świecie globalnej polityki i jeden z najważniejszych graczy w historii XX wieku – były bezlitosne dla swoich obywateli zamieszkujących niewielką wyspę położoną półtora tysiąca kilometra od wybrzeży Florydy. Najpierw za czasów Hiszpanów, następnie Amerykanów, Portorykańczycy musieli stale uważać – na porządku dziennym była cenzura, inwigilacja, aresztowania na tle politycznym i wygnania. Ziemia przodków stała się dla Portorykańczyków nieprzyjaznym terytorium, na którym mimo wszystko udało im się zachować dumę z bycia tym, kim są i jakimi ukształtowała ich historia. Dalej celebrowali katolickie święta, posługiwali się językiem hiszpańskim, mimo prób wprowadzenia angielskiego jako języka urzędowego, i grali wywodzącą się z afrykańskim tradycji muzykę. Tak jak przez cztery stulecia obecności Hiszpanów, tak i teraz funkcjonowali obok elit, które stanowiły faktyczną władzę na wyspie, nierzadko zupełnie nie przejmując się losem jej mieszkańców. Doskonałe warunki geograficzne i dostęp rąk do pracy ułatwiał myślenie o Portoryko jako o miejscu, w którym pojawiało się na moment, zdobywało szybki majątek i opuszczało je, gdy tylko pozwalały na to okoliczności lub nie dawało się dłużej ukrywać popełnionych tu występków.
W 1999 roku gubernator Pedro Roselló został zmuszony do przyznania się i przeproszenia za ponad pięć dekad inwigilacji i nielegalnych represji państwowych, jakie Stany Zjednoczone popełniały wobec Portorykańczyków podejrzewanych o sentymenty separatystyczne.3 Jednak niewiele osób dotkniętych wydarzeniami tamtych czasów miało możliwość doświadczyć zadośćuczynienia za zniszczone życiorysy. Zgoda na otrzymanie skromnej rekompensaty finansowej wiązała się z pozbawieniem możliwości wniesienia jakichkolwiek przyszłych roszczeń związanych z inwigilacją prowadzoną przez funkcjonariuszy różnorodnych służb, które na przestrzeni pół wieku zbierały informacje na wyspie. Wiele osób zwyczajnie nie dożyło czasów, w których ich akta zostały odtajnione, lub nigdy nie wniosło o udostępnienie ich teczki. Ciężar wiedzy o tym, jak intymne fragmenty życia były przedmiotem obserwacji przez obcych ludzi, mógł być dla nich zbyt przytłaczający. _Carpetas_ do dziś pozostają ogromnym archiwum, wertowanym przez kolejnych historyków, sięgających po kolejne fragmenty układanki.
Portoryko przyciąga radosną atmosferą, którą zawdzięcza swoim mieszkańcom, ich kulturze, muzyce i stylowi życia. Jednak zza fasady karaibskiego raju, poza przyhotelowymi plażami, na których przesiadują amerykańscy turyści, wyłania się historia stuleci upokorzeń, wyzysku i problemów, jakie na tę ziemię sprowadzili przybysze. Dziś, gdy Portorykańczycy stanowią etniczny miks genów z obu Ameryk, Afryki i Europy, z dumą podkreślają swoją tożsamość i wszystko, co ze sobą niesie – dzielą się tą mozaiką ze światem. Choć większość wydarzeń opisanych na kolejnych stronach książki rozgrywało się na terytorium największej wyspy, konieczne jest rozróżnienie pozwalające zrozumieć, które kwestie dotyczyły całego obszaru atolu, dodatkowo uwzględniając zależność Portoryko od reszty Stanów Zjednoczonych. Dlatego obszar Wspólnoty Portoryka będzie określany słowami „wyspy”, „wyspa” bądź „archipelag”, natomiast dla wydarzeń rozgrywających się na terytorium Stanów Zjednoczonych zamiennie będzie stosowane określenie „kontynentalne” lub „północ”. Podobnie jak w Waszyngtonie, miejscem, w którym mieści się Senat i Izba Reprezentantów Portoryko jest znajdujący się w San Juan budynek Kapitolu, wzorowany na rzymskim Panteonie reprezentacyjny gmach wzniesiony nad zatoką. Kolejne strony poświęcone zostaną historii zmian zachodzących w przekazywaniu władzy w ręce poszczególnych organów, ich kompetencji i roli, jaką pełniły w codziennym życiu mieszkańców wyspy.ZIEMIA DZIELNEGO WŁADCY
Pierwsi osadnicy najprawdopodobniej dotarli do Portoryko około 4000 lat przed naszą erą, w czasie, gdy mieszkańcy basenu Morza Karaibskiego rozwijali umiejętności dalekomorskich podróży.4 Pochodzący z plemion Arawak Taíno opuścili pierwotnie zamieszkiwane tereny dorzecza Orinoko i osiedli na wyspach Wielkich Antyli w kilku falach migracyjnych na przestrzeni kilku tysięcy lat, stąd jednoznaczne podanie czasu pojawienia się ich na wyspach należących do Portoryko różni się w zależności od omawianych zjawisk i zachowanych artefaktów. Są oni uznawani za ostatnią grupę, która wyemigrowała z tamtejszych ziem, i do dziś stanowią jedno z ważniejszych ogniw łączących mieszkańców wysp rozciągających się od Kuby po Wyspy Dziewicze. To właśnie do dziedzictwa Taíno odwołują się współcześni Portorykańczycy, podkreślając ciężar doświadczeń i etniczną destrukcję, która nastała wraz z dominacją hiszpańską i amerykańską. Obecnie DNA przeciętnego Portorykańczyka nosi w sobie 10–15% pochodzenia rdzennego, jednak nie jest ustalone bezsprzecznie, w jakim stopniu ten komponent odzwierciedla pochodzenie Taíno. Ponad 60% DNA jest związanego z pochodzeniem europejskim.5 Samo określenie _Taíno_ zostało przyjęte ze względu na historiografię hiszpańskojęzyczną związaną z kolonizacją Karaibów, nie wiemy, jakim określeniem swojej grupy społecznej posługiwali się sami mieszkańcy. Podobnie jak w innych przypadkach spotkania z grupami posługującymi się nieznanym językiem, Hiszpanie przyjęli jedno z powtarzanych przez mieszkańców słów za formę przedstawiania się. Prawdopodobnie słowo _taíno_ określało dobre zamiary mieszkańców względem przybyszów i informowało ich o braku złych intencji.6 Nie wynikało to wyłącznie z łagodnego uosobienia, a było strategią przetrwania, wypracowaną jeszcze przed przybyciem Europejczyków.
Około 2500 lat temu, jak pokazują odkrycia archeologiczne, nastąpiła drastyczna zmiana w życiu codziennym Karaibów. Ludzie zaczęli żyć w większych osadach, intensywnie uprawiając rośliny takie jak kukurydza i słodkie ziemniaki. Ich ceramika stała się bardziej wyrafinowana i wyszukana. Dla archeologów zmiana ta wskazuje na koniec tego, co nazywają epoką archaiczną, i początek epoki ceramicznej. Znane nam zapisy o życiu codziennym Taíno pochodzą z relacji Hiszpanów oraz późniejszych interpretacji znalezisk archeologicznych rozsianych po całym basenie Morza Karaibskiego. Gdy na wyspy dotarli Holendrzy, Anglicy i Francuzi, po pierwotnych mieszkańcach pozostało już wyłącznie wspomnienie.7 W całym obszarze Karaibów odkryto ponad 400 pochówków, które pozwoliły nam poznać zwyczaje pogrzebowe przedstawicieli różnych klas, będące niezwykle istotnym źródłem wiedzy o jednym z najważniejszych momentów w życiu człowieka – przejściu ze świata żywych do świata tego, co niepoznane. Taíno składano do grobu w pozycji embrionalnej, łącząc go z Ziemią, w indywidualnych pochówkach ulokowanych na obrzeżu wioski. Cała społeczność uczestniczyła w ceremoniach związanych z najważniejszymi świętami i celebracjami, do których zaliczał się ślub kacyka lub jego śmierć, nadchodząca walka wraz z etapem przygotowań, coroczne złożenie hołdu _zemi_ i ceremonia _areito_, mająca upamiętnić dokonania przodków.8 Do tego celu wykorzystywano chłodne jaskinie rozsiane po całej wyspie, do których wstęp miał wyłącznie szaman i kacyk, towarzyszący mu w wybranych obrzędach. Poza tymi wyjątkowymi okolicznościami miejsca te nie były odwiedzane ani zamieszkiwane, co pozwoliło przetrwać w niemal nienaruszonym stanie pozostawionym w nich naczyniom i petroglifom.
Przeciętna osada była zamieszkana przez sto do dwustu osób i mogła składać się zaledwie z jednego budynku lub z nawet pięćdziesięciu _caney_, rozmieszczonych w nieregularnym układzie wokół centralnego placu. W jednym _caney_ mieszkała jednak lub kilka rodzin, wyłącznie rodzina kacyka mogła liczyć na oddzielne domostwo, _bohío_, ulokowane na placu.9 Domy nie były bogato wyposażone, można w nich było znaleźć przede wszystkim służące do spania hamaki. Trzymano tam również _zemi_, a te najpotężniejsze znajdowały się w posiadaniu kacyka. _Zemi_ stanowiły fizyczną reprezentację duchów żyjących w lesie, wodzie, skałach i innych elementach krajobrazu, w formie niewielkich figurek, które towarzyszyły Taíno. Były one przekazywane w wymianie handlowej, wręczane jako upominki lub zostawiane w spadku.10 Wykonywano je z różnorodnych tworzyw naturalnych, wykorzystując również ludzkie kości po okresie naturalnego rozpadu ciała.11 Niektórym _zemi_ przypisywano moce magiczne, dzięki którym mogły przemawiać do ludzi lub wpływać na pogodę, inne miały pomagać kobietom w bezpiecznym porodzie lub wyciągać z ciała chorobę. Dbano więc o nie podczas corocznych rytuałów, podczas których okrywano je bawełną, regularnie czczono i karmiono.12 Dziś osoby zainteresowane życiem codziennym Taíno w Portoryko mogą odwiedzić stanowiska archeologiczne z odrestaurowanymi _batey_ i niewielkimi zbiorami muzealnymi w okolicach Ponce i Caguana. Huragany, które dla mieszkańców stanowią źródło ciągłych zmartwień i przynoszą coroczne zniszczenia, w tym przypadku odsłoniły historię skrywaną przez stulecia pod warstwą ziemi i korzeni.
Życie rodzinne było silnie powiązane z funkcjonowaniem w społeczności zorganizowanej wokół figury przywódcy wioski, który łączył funkcję polityczną, religijną i kulturową. Kobiety cieszyły się wyjątkowo silną pozycją, będąc odpowiedzialne nie tylko za działalność rolniczą i rzemieślniczą, ale mając możliwość objęcia funkcji kacyka w wyniku dziedziczenia tego tytułu w systemie matrylinearnym, co zostało odnotowane w całym obszarze Karaibów13. W przypadku męskiego kacyka, jego następcami zostawały dzieci jego siostry. Kacykowi, odpowiedzialnemu za rozpoczynanie obrzędów religijnych, doradzał _bohique_, łączący funkcje kapłana – pośrednika między boginią Atabei i ludźmi – szamana i lekarza, sprawnie poruszającego się w świecie roślin i rytuałów. Postaci te należały do klasy wyższej – _nitaínos_, którzy prawdopodobnie byli wojownikami wywodzącymi się ze starożytnej grupy koczowniczej, która mogła wyprzeć wcześniejszych archaicznych mieszkańców. Cieszyli się oni pewnymi przywilejami, choć daleko im było do niemal nieograniczonych korzyści, jakie wysoki stan zapewniał w tym samym czasie na Starym Kontynencie. Kacyk mógł poślubić więcej niż jedną kobietę, mógł również zdecydować, by po jego śmierci jego ulubiona żona została pochowana przy jego boku. Mieszkali w jednoizbowych budynkach, które zapewniały więcej przestrzeni dla sztabu dowodzenia i stanowiły symbol ich władzy, podczas przyjmowania gości zasiadając na niewielkim, drewnianym stołku, co stanowiło wyjątek wśród pozostałych mieszkańców, zwyczajowo siadających na ziemi. Na terytorium Borikén, w przeciwieństwie do Hispanioli, przyjęto dominację jednego kacyka nad pozostałymi jako najważniejszego na wyspie. Pozostali mieszkańcy stanowili grupę _naboríos_, klasy niższej, robotników trudniących się wszystkimi zajęciami niezbędnymi do funkcjonowania wiosek. Łowy i zbiory dzielono po równo między mieszkańcami, przyjmując, że wyłącznie kacyk może liczyć na nieco więcej pożywienia niż inni.
Jedynymi ubraniami noszonymi przez kobiety były przepaski na biodrach, _nagua_, których długość uzależniona była od statusu posiadaczki. Niezamężne kobiety dodatkowo zakładały na włosy opaskę. Mężczyźni z kolei poruszali się nago lub przepasani bawełnianą opaską na biodrach. Przed udziałem w ceremoniach obie płcie ozdabiały swoje ciała farbą, najchętniej czerwoną, podobnie czynili mężczyźni przed udziałem w walce.14 Wyłącznie ze względów estetycznych deformowano czaszki dzieci, przykładając do nich twarde przedmioty tak, by nadać czołu płaski kształt.
Taíno wyznawali animizm i politeizm, pozostawiając po sobie wizerunki panteonu, który nierozerwalnie związany był z siłami natury. Większość wiedzy związanej z różnorodnością bóstw przepadła bezpowrotnie wraz z ich wyznawcami, jednak jesteśmy w stanie odtworzyć, niestety zaledwie w niewielkim stopniu, fragment bogatego świata duchowego tej części Karaibów. Za główne bóstwo przyjmuje się Atabei, której przypisywano płodność i piękno, niemniej ważne były _zemi_ uosabiające różnorodne siły natury i duchy przodków. Atabei, tak potężna, że nie tylko zrodziła się z siebie samej, ale dała również początek wszechświatowi. To jej syn, z zazdrości przed pięknem stworzonym przez swoją rodzicielkę, w gniewie sprowadził siłę, która od początku fascynowała i przerażała – huragany. Rolę nadrzędną nad innymi bóstwami pełnił również Yúcahu, któremu przypisywano moc płodności i dokończenie dzieła jego matki w kreacji wszechświata. Nie tylko rozjaśnił niebo gwiazdami i zasiedlił ziemię zwierzętami, ale jako swojego następcę sprowadził na świat człowieka, który od tej pory miał kontynuować jego pracę.NADEJDĄ BOGOWIE – PIERWSI HISZPANIE NA KARAIBACH
Złoto to cudowna rzecz! Kto je posiada,
jest panem wszystkiego, czego pragnie.
Za pomocą złota można nawet duszom
wrota raju otworzyć.15
fragment listu KRZYSZTOFA KOLUMBA
z Jamajki, 1503 r.
19 listopada 1493 roku, podczas swojej drugiej wyprawy, Kolumb dotarł do wysp znanych dziś jako Portoryko. Prowadziła go tutaj chęć podbicia nowego świata i korzystne wiatry, które kierowały flotę na bezpieczne wybrzeża znane dziś jako San Juan, Hawana i Santo Domingo. Choć nie ma jednoznacznych dowodów na to, że sam kiedykolwiek zszedł ze statku u wybrzeży Borikén, jego wyprawa doprowadziła do całkowitego zniszczenia dotychczasowego stylu życia mieszkańców w ciągu zaledwie kilku dekad od pojawienia się Hiszpanów na lądzie. Czy mieszkańcy Borikén mogli wiedzieć, że na nieodległej Quisquei, dzisiejszej Dominikanie, już rozpoczęła się walka o przetrwanie, a nieplanowani goście na dobre przystąpili do wcielenia nowych terytoriów do majątku Korony? Taíno zamieszkiwali przecież tereny rozciągające się na cały archipelag, pozostawali ze sobą nie tylko w kontaktach handlowych, ale również w relacjach rodzinnych. Prawdopodobnie przeciętny mieszkaniec wybrzeża miał więcej wspólnego z mieszkańcami sąsiedniej wyspy niż własnymi krajanami osiadłymi w górzystej głębi lądu. Współczesne badania potwierdzają, że zamieszkujący różne wyspy mieszkańcy utrzymywali ze sobą stały kontakt, poruszając się na krótkich odcinkach pomiędzy wyspami, a opuszczenie osady i osiedlenie się na innym terenie, na przykład w wyniku zawarcia małżeństwa, nie oznaczało całkowitego porzucenia swojej rodziny. Uznaje się też obecnie, że mieszkańcy Borikén wiedzieli, że mogą spodziewać się napaści ze strony przybyszów z drugiego krańca świata. Świadczy o tym pierwsza relacja Kolumba, który zastał opuszczone osady i spłoszonych Indian.16
Opanowanie sztuki pływania _canoe_ sprawiło, że ruch w basenie karaibskim był intensywny i regularny, stając się podstawową formą nawiązywania kontaktów między plemionami. Wielkie statki, onieśmielające swoim rozmachem w momencie wyłaniania się zza horyzontu, niewidziane dotychczas u wybrzeży Karaibów, i ich niezwykli pasażerowie nie mogli zostać przeoczeni. Hiszpanie postawili pierwsze kroki na Nowej Ziemi zaledwie trzynaście miesięcy przed odkryciem Borikén, przez cały ten czas wierząc, że dotarli do wysp u wybrzeży Chin. Dopiero trzecia wyprawa z 1496 roku i odkrycie Wenezueli uświadomiło Kolumbowi, że ma do czynienia ze znacznie większym terytorium. Jednak do tej pory machina chrystianizacji i gorączka złota działała już na pełnych obrotach na całym terytorium zajętym przez Hiszpanów. Zarówno mieszkańcy Haiti, Bahamów, Jamajki, Kuby, jak i Portoryko musieli samodzielnie zmierzyć się z coraz śmielszymi zapędami osadników. Przyjęta przez tubylców pokorna postawa w momencie nieuniknionej konfrontacji wynika z opracowanej przez matkę najpotężniejszego lokalnego kacyka, Agüeybaná I, pokojowej strategii jako jedynej możliwości przetrwania.17 Matriarchalna struktura w społeczeństwie Taíno i status, jakim cieszyła się matka wodza, dawał jej ogromną przewagę negocjacyjną, jednak konfrontacja z Hiszpanami była zadaniem kacyka. Hiszpanie byli zainteresowani dyskusją z Taíno, ale ich uwagę tym bardziej przykuły błyskotki zdobiące ich ciało. Mieniące się złoto, wówczas obficie wypełniające strumienie spływające z gór Borikén, było równie bezcenne co świeża woda dostępna niemal bez ograniczeń, pozwalająca osiąść na wyspie, zakładać plantacje i stąd kontynuować podbój kolejnych terytoriów nieznanej jeszcze Ameryki Łacińskiej. Hiszpanie byli pod wrażeniem nie tylko biżuterii, ale wszelkich dekoracji, jakimi Taíno przyozdabiali swoje ciała. W przekłute nozdrza i płatki uszu wtykali pióra i zatyczki, biodra i szyje oplatali paskami i sznurami koralików. Kacyk prezentował swoje insygnia w postaci zawieszek w kształcie ludzkiej twarzy. Mieszkańcy Borikén sprawnie tworzyli ozdoby z wykorzystaniem kamieni, muszli, drewna czy kości, jednak nie nabyli jeszcze umiejętności obróbki metali.18
Powstały podczas drugiej wyprawy Kolumba tekst o religijności i zwyczajach Taíno, opracowany przez Ramóna Pané, pierwszego Europejczyka, który posługiwał się lokalnym językiem, pomaga nam zrozumieć reakcje wyspiarzy na pojawienie się nowych osadników. Mimo, że oryginalny tekst _Relación de las antigüedades de los indios_ zaginął, jego współczesne włoskie tłumaczenie przetrwało dzięki hiszpańskiemu historykowi Alfonso de Ulloa. Jedną z przytoczonych przez Pané historii z Hispanioli jest ta o poście odbywanym przez dwójkę kacyków, oczekujących na objawienie im przyszłości przez _zemi_. Gdy bóstwa przemówiły, zapowiedziały, że „_ci, którzy zostaną przy życiu po śmierci, przez krótki czas będą cieszyć się panowaniem, bo do ich kraju przybędzie lud odziany, który nimi zawładnie i zabije, a oni sami umrą z głodu_”.19 Choć przepowiednia mogła odnosić się do ludu Karaibów, z perspektywy czasu wydaje się oczywistym, że zagrożeniem wskazanym przez bóstwa byli Hiszpanie. Współczesne relacje donosiły o od 100 000 do nawet ponad miliona Taíno zamieszkujących różne terytoria Karaibów, z czego przypuszczalnie ponad połowa żyła na Haiti. Stosunkowo słabo zaludniona była Kuba, gdzie na stałe mogło żyć tyle samo osób, co w dziesięciokrotnie mniejszym Borikén. Na największej z nich, mianowanej na cześć Jana Chrzciciela San Juan de Bautista, zaś przez samych mieszkańców określaną Borikén – Ziemią Dzielnego Władcy, mieszkało zaledwie trzydzieści tysięcy osób.20 Współcześni badacze podważają te szacunki, wskazując, że badania genetyczne nie potwierdzają różnorodności, jakiej można by oczekiwać po tak dużej grupie, i że prawdopodobnie na całych Wielkich Antylach mieszkało kilkukrotnie mniej osób, niż świadczą o tym spisy Hiszpanów.21 Wskazywałby na to również fakt, że Bartolomé de las Casas w swoich apelach do króla wyolbrzymiał liczby, żeby podkreślić dramatyczny spadek ludności i zmusić władcę do interwencji i zapewnienia ochrony ludności rdzennej. Właściciele ziemscy, sprowadzeni z Hiszpanii, również podawali zawyżone liczby, czym uzasadniali konieczność sprowadzenia niewolników z Afryki.22 Z kolei spisy powszechne prowadzone były pobieżnie, Metysi uznawani byli za Hiszpanów i wyłączani z kategorii Taíno, nie zliczano też Taíno zbiegłych wraz z afrykańskimi niewolnikami w głąb wyspy.
To właśnie mieszkańcy karaibskich wysp jako pierwsi zostali błędnie nazwani Indianami, co utrzymało się przez kolejne lata w relacjach zdawanych przez Kolumba na europejskich dworach. Konkwistador spodziewał się trafić na prostych, usłużnych tubylców, których łatwo będzie ochrzcić i wykorzystać w roli służby. Takie oczekiwania zrodziły się w nim w wyniku połączenia własnych przypuszczeń, europejskiej religijności i studiowania lektur innych odkrywców, przybliżających charakter mieszkańców Azji. Taíno nie mieli możliwości stworzenia własnego wyobrażenia na temat płynących w ich stronę podróżników, przez co nadejście Hiszpanów połączyli z przekazywanymi między wyspami wierzeniami i mitologią, upatrując się w przybyszach boskich postaci. W końcu byli tak różni od ich dotychczasowego wroga – plemion Karaibów, agresywnych i atakujących Taíno przez sto lat przed przybyciem Hiszpanów. Ale przede wszystkim wyróżniała ich karnacja, jaśniejsza, zbliżająca ich do wizerunku azteckiego boga Quetzalcoatla, który według legend stworzył ludzi, podarował im ziarno kukurydzy, po czym odszedł, zostawiając swoich podopiecznych, zapowiedziawszy swój powrót w przyszłości. Silny kult boga, który podzielił się z ludźmi dotychczas pilnie strzeżonym zbożem, przez inne bóstwa zazdrośnie ukrywanym w niedostępnych górach, i wiara w jego powrót okazała się zgubna dla plemion zamieszkujących Mezoamerykę i Karaiby. Taíno nie wiedzieli jeszcze, że przybyszom daleko do bycia bóstwami, a kolejne dekady doprowadzą do niemalże całkowitego wymarcia rdzennych mieszkańców karaibskich wysp.
Zamieszkiwany przez nich _raj_ _na_ _ziemi_, jak ujął to Kolumb w listach do króla, nie przygotował ich do agresji i walki o terytorium, która w tym czasie dla Europejczyków była niemal codziennością, a widząc jego towarzyszy, ratowali się ucieczką, w przestrachu zostawiając za sobą nawet członków rodziny. „_Są oni z natury bojaźliwi i tchórzliwi. Gdy się atoli czują bezpiecznymi, pozbywszy się strachu, są nadzwyczaj otwarci, dobroduszni i hojni – a gdy kto o co prosi, nie odmawiają, zachęcają nas owszem do żądania tego, co posiadają” –_ pisał_._23 Z zadowoleniem podkreślał, że Taíno są wiecznie uśmiechnięci i przyjacielscy, nie znają zbrodni takich jak kradzież i morderstwa, a ogromną przyjemność sprawia im spełnianie potrzeb Hiszpanów. Choć Hiszpanie chętnie zachwalali Taíno, a nawet prezentowali ich na królewskim dworze, żeby udowodnić ich potencjał jako przyszłych niewolników Korony, nie można zapomnieć, że wśród mieszkańców Antyli byli również wojownicy. Taíno mieli przecież za sobą doświadczenia walki z Karaibami, których tak bardzo obawiali się Hiszpanie. Przypuszczalnie współczesne określenie „kanibal” wywodzi się właśnie od hiszpańskiego _caribal_, a praktyka zjadania mięsa pokonanego przeciwnika miała zapewnić przejęcie jego umiejętności, co tak bardzo przerażało Hiszpan.24 Jednak nawet zawiązanie sojuszu i walka ramię w ramię z o wiele bardziej doświadczonymi i agresywnymi Karaibami podczas pierwszej rebelii w 1511 roku nie dawała Taíno żadnych szans w starciu z bronią, jaką dysponowali kolonizatorzy. Hiszpanie szybko zdobyli przewagę, najpierw zaczynając mianować wyspy własnymi nazwami, stopniowo wprowadzając nowe zasady, dotychczas niepotrzebne w świecie żyjącym rytmem wygrywanym przez plony ziemi i relacje społeczne. Niezależnie od dotychczasowego statusu, wszyscy Taíno zostali poddanymi w ramach _encomienda_ i zmuszeni do pracy na rzecz nowych panów. * Sprowadzone przez Hiszpanów konie były nieznanymi stworzeniami i budziły nawet większe obawy mieszkańców niż towarzyszący im ludzie. Wystarczy wspomnieć, że Kolumb w czasie swojej drugiej wyprawy do Ameryki miał do dyspozycji 1200 mężczyzn, a 17 statków było wypełnionych bronią i zwierzętami. Jeźdźców uznawano wręcz za zjednoczonych z dosiadanym rumakiem, niczym zupełnie odmienny gatunek człowieka, niemożliwy do pokonania i nieśmiertelny. Po powrocie ze swojej pierwszej ekspedycji Kolumb odnotował w liście do króla Ferdynanda i królowej Izabeli, że płochliwi tubylcy nie stanowią zagrożenia, ponadto nie znają żelaza, a broń jest im całkowicie obcym wynalazkiem. Zaznaczył też, że bez problemu objął w imieniu króla w posiadanie wszystkie wyspy odkryte w trakcie pięciomiesięcznego pobytu na Karaibach, rozwijając na nich sztandar hiszpańskiej Korony. Przyszłość Borikén została przypieczętowana. Wyspa miała się stać jedną z najważniejszych fortec strzegących interesów i symbolem dominacji w Nowym Świecie.
Nie można odmówić Kolumbowi celnych obserwacji. Drzewa całorocznie rodzące owoce i wyspiarska bliskość mieszkańców nigdy nie wymagała od nich angażowania się w konflikty celem przetrwania, a prowadzony z wykorzystaniem _canoa_ handel z innymi plemionami wystarczał, by zaspokoić najważniejsze potrzeby. ** Pracowali stosunkowo mało, tyle, ile wystarczało do wykarmienia wszystkich mieszkańców. Nie musieli przechowywać dużych ilości jedzenia ani konserwować go do późniejszego wykorzystania przez czas niedostatku. Żywiono się zbiorami z obfitujących w owoce roślin, kukurydzą jedzoną prosto z kolby i zwierzętami, które można było upolować lub trzymać w zagrodach do czasu, aż były gotowe do spożycia. Wśród diety Taíno znajdowały się dzikie papugi, iguany, ryby, żółwie, hutie i psy – te ostatnie różniły się od ras, które później sprowadzili Hiszpanie, nie były też uczone wykonywania poleceń człowieka.25 Wschodnich Taíno wyróżniało budowanie sojuszy na drodze pokojowej, poprzez małżeństwa i łączenie rodzin, unikając dzięki temu bliskich związków pomiędzy krewnymi. Nieuniknione spory można było rozwiązać, rozgrywając między zwaśnionymi stronami grę w _batú _– w niewielkiej społeczności nieraz to wystarczało, by powstrzymać eskalację konfliktu i zapobiec wojnie, dodatkowo stanowiło ważny aspekt wzmacniania relacji między rodzinami. *** Mieszkańcy wysp mieli bardzo pragmatyczne podejście do budowania wspólnoty i utrzymywania pokoju, nie mając ambicji podbojów innych terytoriów, mimo, że przecież byli świadomi istnienia większego świata poza ich wyspą. Wiemy to chociażby z petroglifów, na których zachowały się wizerunki małp, które nie towarzyszyły im na Borikén, ale które twórcy mogli odtwarzać jako wzór wywodzący się jeszcze z czasów zamieszkiwania dorzecza Orinoko. Podróżowanie między lądami wymagało od nich sztuki dyplomacji, a tę prowadzili na dwa sposoby – odwołując się do wspólnego języka i więzów krwi. Nierzadkie były więc aranżowane małżeństwa z kobietami z innych klanów, które wzmacniały więzi między ich przedstawicielami. Część z nich moglibyśmy współcześnie określić jako związki na odległość, bez zmuszania żony do zamieszkania z rodziną męża i pozwalające jej pozostać w swojej wiosce. W rezultacie w basenie Morza Karaibskiego nietrudno dostrzec przeplatanie się kultur, wyrażone w zachowanych do dziś obyczajach i artefaktach. Te ostatnie to głównie niewielkich rozmiarów figurki, pełniące zarówno funkcje sakralne, jak i czysto użytkowe. Portorykańscy Taíno jako jedyni w swoim kręgu etnicznym opanowali sztukę rzeźbienia w kamieniu, co według Ricardo Alegría, antropologa i archeologa, który poświęcił swoją karierę naukową badaniom dziedzictwa Taíno, może świadczyć o lepszej organizacji politycznej i centralizacji niż wśród mieszkańców sąsiedniej Hispanioli. Jako jedyna grupa w regionie potrafiła też wykorzystać kamień w celach budowlanych.26 Około 500 lat przed naszą erą nastąpiły znaczące zmiany, na które prawdopodobnie miały wpływ nowe grupy osadników, docierające z północnego wybrzeża Ameryki Południowej. Ludzie zaczęli żyć w większych osadach, zaczęto uprawiać nowe gatunki roślin, takie jak bataty i kukurydza. Rozwinął się język, w którym pojawiły się znane do dziś słowa, i umiejętności tworzenia ceramiki, od której swoją nazwę wzięła nowa epoka, zakończona wraz z przybyciem Hiszpanów.
8 sierpnia 1508 roku Ponce de León założył pierwszą europejską osadę, Caparrę, ulokowaną w pobliżu dzisiejszego San Juan. Miejsce to bynajmniej nie zostało wybrane ze względu na piękne plaże – Agüeybaná I, lokalny kacyk pełniący zwierzchnictwo nad większością wyspy, przywitał europejskich przybyszy z otwartymi ramionami, jak Taíno zwykli odnosić się do swoich gości. Ci z kolei nie myśleli o rezygnowaniu z planów podbicia bogatej w złoto wyspy, niezależnie od sympatii, jaką okazali im tubylcy. _Guatiao_, symboliczna wymiana imion podczas pierwszego spotkania, zgodnie ze zwyczajem Taíno, rozpaliła chęci Ponce de Leóna do przypodobania się koronie jako wzorcowy konkwistador. Za jego dyktandem Hiszpanie bardzo szybko przystąpili do prób zdominowania mieszkańców i zaczęli wprowadzać swoje zasady, które w ostateczności wyniosły Ponce de Leóna na stanowisko gubernatora i kapitana generalnego prowincji zaledwie rok po przybyciu. W rękach gubernatora zawierała się cała władza nad wyspą, zarówno polityczna, jak i wojskowa. To on nadzorował skarbiec, czuwał nad dochodami plantacji i kościołów, był najwyższym sędzią i miał do swojej dyspozycji wojsko i milicję.
Znalezione w Nowym Świecie złoto zawładnęło umysłami Hiszpanów, którzy w pierwszych siedemdziesięciu latach od przepłynięcia Atlantyku wywieźli do Europy ponad 100 ton tego kruszcu. Przypisywane Hernánowi Cortésowi słynne słowa „_My, Hiszpanie, cierpimy na chorobę, którą uleczyć może tylko złoto”_ wskazują na obsesję, jaką było pozyskiwanie drogocennego kruszcu z nowo odkrytych potoków i ziem.27 Jednak w krótkim czasie zasoby złota wyczerpały się, nie przynosząc mieszkańcom obu Ameryk bogactwa ani postępu, a jedynie doprowadzając do jeszcze tragiczniejszego ubóstwa – któremu towarzyszyły coraz większe represje ze strony samozwańczych panów z Europy. Pogoń za zwiększaniem dopływu naturalnego bogactwa na Półwysep Iberyjski przybrała postać szaleństwa.
Jednak nie tylko złoto zawładnęło umysłami Hiszpanów, na miejscu zastali też inny zasób – ciężką pracę ludzkich rąk i nóg. Grupa przybyszy, nieprzekraczająca w 1510 roku trzystu osób, zdołała uczynić natywnych mieszkańców tej ziemi ich absolutnymi poddanymi. Cristóbal de Sotomayor, przybyły na wyspę w 1510 roku celem założenia drugiego po Caparrze miasta, był jednocześnie pierwszym osadnikiem, który otrzymał prawo do posiadania lokalnych niewolników. Jego włościami miały stać się tereny na południu wyspy, dotychczas pod wodzą Agüeybaná I, wraz z tamtejszą ludnością jako pracownikami. Kacyk, wciąż zdecydowany na zachowanie kompromisowej postawy wobec kolonizatorów, pozwolił Sotomayorowi i jego ludziom osiąść na zachodzie, w miejscu współczesnego miasta Aguada. Jednak jego śmierć i przejęcie władzy przez wrogo nastawionego Agüeybaná II szybko zmieniła obrót spraw. Sotomayor i towarzyszący mu Hiszpanie szybko zauważyli opór mieszkańców i konieczność wprowadzenia drastycznych metod zarządzania, jeśli chcieli utrzymać kontrolę nad nadanymi ziemiami. We wrześniu 1510 roku Agüeybaná II i Guarionex byli gotowi do zabicia najeźdźcy i spalenia jego posiadłości, jednak tuż przed atakiem siostra Agüeybaná II poinformowała przyszłą ofiarę o planach rebelii i egzekucji, którą jej brat ma przeprowadzić osobiście. Piastujący wówczas wysokie stanowisko nadzorcy posiadaczy ziemskich Sotomayor natychmiast skierował się do Caparry w towarzystwie czwórki żołnierzy, poszukując ratunku. W trakcie podróży cała piątka została ujęta w zasadzce, jednak Juanowi Gonzálezowi i wtajemniczonego w plany Taíno, Hiszpanowi znającemu lokalny język, darowano życie, gdy przyrzekł lojalność kacykowi. Po uwolnieniu z rąk Taíno, ranny dotarł do stolicy i przekazał informacje o wydarzeniach minionej nocy. Ciało Sotomayora znaleziono częściowo pochowane nad rzeką Jauca, ze stopami wystającymi z ziemi i głową skierowaną w dół. Prawdopodobnie miało to stanowić rytuał, w którym Taíno posłali jego duszę prosto do piekła, o którego istnieniu dowiedzieli się właśnie od hiszpańskich księży.28
Guarionex, Mabodomaca, Urayoán, Luquillo, Cacimar i Yaureibo – kacykowie zebrani pod wodzą Agüeybaná II byli zdecydowani na walkę do ostatecznego odzyskania swoich ziem i zabicia każdego konkwistadora na wyspie. Ta decyzja miała w krótkim czasie przynieść katastrofalne konsekwencje nie tylko dla uczestników rewolty, ale również zwykłych mieszkańców, niezaangażowanych w walkę. W kolejnych latach dochodziło do regularnych starć, w których następował nie tylko pokaz siły. Każda z konfrontacji niosła za sobą ładunek rytualny, związany ze starciem lokalnych wierzeń z tradycją katolicką sprowadzoną przez kolonizatorów.
Uknuty przez Urayoána i Agüeybaná II spisek, który kosztował życie jednego Hiszpana podstępem zwabionego nad rzekę i utopionego przez wojowników, był pierwszy epizodem tragicznej walki przeciwko europejskim najeźdźcom. Zanim Taíno przystąpili do ataku na większą skalę, musieli upewnić się, że nie narażają się na boski gniew za podniesienie ręki przeciwko niebiańskim wysłannikom. Interpretując na swój własny sposób biblijne historie przytaczane przez żołnierzy Korony i towarzyszących im misjonarzy, przez trzy dni czuwali przy ciele Diego Salcedo, czekając, czy na pewno nie powstanie z martwych. Widząc, jak jego ciało gnije pod wpływem gorąca, utwierdzili się w decyzji, że nadszedł czas na przystąpienie do ataku. Polem bitwy miało stać się zachodnie wybrzeże wyspy. Agüeybaná II zebrał ludzi i wydał rozkaz do walki. Do decydującego starcia doszło pod Yagüecas (współcześnie okolice Mayagüez i Añasco) – Borikén wystawiło kilkanaście tysięcy wojowników przeciw zaledwie garstce Hiszpanów, ledwo sięgającej setki. Według przekazów, pierwszą ofiarą był sam Agüeybaná II, trafiony kulą z arkebuza należącego do Ponce de Leóna, jeszcze przed starciem. Brak jest jednak jednoznacznego potwierdzenia tego incydentu w zapisach historycznych, a postać Agüeybaná II przerodziła się z czasem w mit wojownika, widzianego w różnych bitwach, również przez kolonizatorów. Jest prawdopodobne, że wraz z innymi zbiegami osiadł na Wyspach Zawietrznych, skąd kontynuował walkę z Hiszpanami.29 Ambitny zryw doprowadził w konsekwencji do zamordowania sześciu tysięcy mieszkańców wyspy celem przywrócenia dyscypliny.30 Taíno mieli niewielkie szanse, stając przeciw lepiej przygotowanym i dysponującym bronią palną Hiszpanom. Pozostający przy życiu Taíno rozpierzchli się po całych Karaibach, angażując się w kolejne rebelie, z każdym rokiem jednak obserwując, jak europejska ekspansja obejmuje kolejne obszary Karaibów. Organizowane ataki były skierowane już nie tylko przeciw kolonizatorom, ale również kacykom, którzy dołączali do Hiszpanów i dostarczali im rąk do pracy spośród swoich krajan. W jednym z aktów rebelii podłożono ogień pod prywatną rezydencję biskupa Alonso Manso w Caparrze wraz ze znajdującą się tam biblioteką, będącą prawdopodobnie pierwszym takim obiektem w Ameryce, gromadzącym ponad dwieście pozycji. Manso był pierwszym biskupem Nowego Świata i pierwszym Inkwizytorem Generalnym Indii, administratorem dóbr kościelnych i niewolników, znanym z niegospodarności i rozrzutności.31 Korzystając ze swoich przywilejów, posiadał w pewnym momencie 150 niewolników przyznanych mu przez króla, których wykorzystywał do pracy w kopalniach.32 Jego najpoważniejszymi grzechami było przywłaszczenie funduszy w związku ze złym zarządzaniem jako administrator biskupstwa i opóźnienia w wypłacaniu dziesięcin do królewskiego skarbca. Regularne prośby o wsparcie finansowe z Europy, skargi na zbyt małą liczbę księży do prowadzenia działalności ewangelizacyjnej i oskarżanie tubylców o czynienie szkód zmusiły Koronę do interwencji i zweryfikowania sytuacji w Portoryko. Gdy w 1532 roku biskup Wenezueli, Rodrigo de Bastidas, dotarł na wyspę z poleceniem uporządkowania finansów biskupstwa, odkrył, że rachunki z ostatnich dwudziestu lat prawie nie istnieją.33 Był to początek wielowiekowej historii Portoryko, będącego miejscem, w której dzieją się rzeczy, które chciano ukryć przed oczami innych.
1.
* _Encomienda –_ system przymusowej pracy ludności tubylczej pod władzą kolonialną.
2.
** _Canoa_ – charakterystyczna dla Taíno łódź przypominająca kajak, rzeźbiona z jednego kawałka drewna i wykorzystywana do transportu ludzi i produktów. Według relacji Krzysztofa Kolumba największe canoa mogły pomieścić do 150 osób.
3.
*** _Batú _– gra zespołowa polegająca na odbijaniu wykonanej z liści i gumy piłki średniej wielkości do gracza drużyny przeciwnej, używając dowolnej części ciała z wyjątkiem stóp i dłoni. W grze brały udział dwie drużyny, każda składała się z 10 do 30 graczy.400 LAT ZALEŻNOŚCI
Kilkanaście lat później główny port, wcześniej znajdujący się w pobliżu Caparry, został przemianowany na San Juan, a cała wyspa nazwana Puerto Rico. Borikén, jaką znali Taíno, przestała istnieć w ciągu niespełna 20 lat od dotarcia do niej Krzysztofa Kolumba, przeradzając się w hiszpańskie latyfundium. Mimo gorszego jakością złota niż na sąsiedniej Hispanioli i nieprzyjaznego klimatu, wymagającego radzenia sobie w obliczu regularnych niszczycielskich huraganów, które corocznie nawiedzają wybrzeże, wyspa w 1511 roku doczekała się nowego imienia – _Puerto_ _Rico_, z hiszpańskiego „Bogaty Port”. Nie bez znaczenia była imponująca ilość wydobywanego z rzek kruszcu, który na długie lata stał się głównym źródłem dochodów zamieszkujących wyspę Hiszpanów, mnożących swoje majątki i zaciągających kolejne kredyty na rozwój biznesu po drugiej stronie oceanu. Taíno przypadła rola poławiaczy złota, trafiającego do sakiewek nowej klasy panującej na wyspie. Każdy Taíno powyżej czternastego roku życia musiał co trzy miesiące dostarczyć ilość złota odpowiadającą niewielkiemu okrągłemu dzwonkowi, który zawieszano na szyi jastrzębia; karą za opieszałość było odrąbanie dłoni. Zachłanność Hiszpanów doprowadziła do niemal całkowitego wyeksploatowania zasobów naturalnych wyspy do 1540 roku. Drugie bogactwo, jakie stanowili ludzie, nie było w lepszej kondycji. Lata nadużyć ze strony Hiszpanów w dramatyczny sposób zmniejszyły liczbę mieszkańców, a przywiezione z Europy choroby zdziesiątkowały tych, którzy przetrwali bezlitosne rządy. Mieszkańcy szybko zaczęli mierzyć się z problemami związanymi z ekspansją europejskich potęg w basenie Karaibów, przypuszczających regularne ataki na pierwszy port na szlaku w drodze do Ameryki Łacińskiej – San Juan. Poważne konsekwencje prawne związane z uczestnictwem w kontrabandzie, zarówno w kwestii samego jej prowadzenia, jak zdobywania produktów, przekształciły _bogaty port_ w miejsce regularnie dotykane brakami niezbędnych artykułów. Hiszpania trzymała kontrolę nad wszystkim, co lądowało na wyspie, jednak obecność flot holenderskiej, angielskiej i portugalskiej w basenie Morza Karaibskiego skutecznie utrudniała dostarczanie towarów. Wyspa musiała zapewnić sobie niezależność z zakresie produkcji pożywienia, w tym samym czasie umacniając fortyfikacje broniące dostępu do portu. Ziemia obiecana, która miała zapewnić relokowanym Hiszpanom nieskończone bogactwa, okazywała się być o wiele trudniejszym terytorium, niż zakładano.
Rozwój rolnictwa i jego dywersyfikacja miały złagodzić skutki kryzysu ekonomicznego, który groził Portoryko po wyczerpaniu złóż złota. Hiszpanie wprowadzili uprawy kawy, tytoniu i trzciny cukrowej jako głównych produktów przeznaczonych na eksport. Potrzeba było jednak rąk zdolnych do ciężkiego wysiłku, a tych brakowało. Nieuleczalne zarazy trawiące całe wioski i niewolnicza praca wykonywana dotychczas przez rdzennych mieszkańców nie pozostały bez wpływu na jej demografię. W 1530 roku, zaledwie 40 lat po ustanowieniu na Hispanioli rządów kolonialnych, spis gubernatora Manuela de Lando odnotował istnienie tylko 1148 Taíno pozostałych w Portoryko, z czego 473 żyło w encomendach, a 675 jako niewolnicy.34 Poza nimi wyspę zamieszkiwało 369 białych, 1168 czarnoskórych niewolników i 355 czarnoskórych niewolnic. Łącznie zaledwie 1523 mieszkańców. Portoryko było na skraju całkowitego wyludnienia.35 Dane te zostały zebrane głównie na wybrzeżu, brakuje więc uwzględnienia ludności natywnej, która w wyniku walk z Hiszpanami osiedliła się w górach w głębi wyspy, jednak również ten brak odnotowania istnienia części osób zamieszkujących Borikén pozwala nam zrozumieć, jak pewne społeczności funkcjonowały na obrzeżach nowo powstającego organizmu państwowego, w którym nie było miejsca dla tubylców, o ile nie nieśli oni ze sobą mierzalnego zysku.
W ciągu kilku lat dziesiątki tysięcy osób zmarło w wyniku chorób, głodu i samobójstw, które były jedyną możliwością ucieczki przed niewolą. Kobiety, w wyniku gwałtu noszące w sobie hiszpańskich potomków, rzucały się z klifów lub zjadały trujące liście manioku. Znalezienie złota, a następnie zmuszenie mężczyzn do pracy, by zapewnić stały dopływ drogocennego kruszcu do hiszpańskich skarbców i miesiące spędzone na kolonialnych plantacjach, doprowadziły do opuszczenia pól, na których przez wieki uprawiano rośliny pozwalające wyżywić mieszkańców wysp. Dodatkowe szkody czyniły zwierzęta sprowadzone z Europy, poruszające się swobodnie po wyspie, rozsiewające choroby, depczące i wyjadające rośliny, które dotychczas stanowiły pożywienie mieszkańców. Populacja niegdyś zdrowych fizycznie i sprawnych Taíno, których Kolumb zabierał ze sobą do Europy, by pochwalić się swoim odkryciem rasy pokornych i zdrowych poddanych z odległych kolonii, kurczyła się w zastraszającym tempie. Wszelkimi sposobami starano się odbudować populację wyspy. Hiszpańscy mężczyźni brali za żony kobiety z plemienia Taíno, a ich potomkowie byli pierwszym pokoleniem nowej populacji Metysów, łączących w sobie geny karaibskie i europejskie. Po dwóch dekadach od pierwszego kontaktu ponad 40% Hiszpanów obecnych na wyspach było związanych węzłem małżeńskim z lokalnymi kobietami. Utrzymanie wysp wciąż było w interesie Hiszpanii, jednak w obliczu malejącej liczby Taíno Korona musiała znaleźć sposób nakłonienia rodaków do pozostania. Z każdą dekadą bogactwa kurczyły się, wpędzając Hiszpanów w długi związane z zakupem niewolników i niszczycielskimi huraganami, obracającymi w pył całe zgromadzone majątki. Choć na mapie zasięg Hiszpanii robił wrażenie niemal nieograniczonego i stale postępującego, w rzeczywistości była ona nieprzygotowana do zarządzania rozległymi ziemiami, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i kulturowym. Podejmowane impulsywnie decyzje, niecierpliwość w dążeniu do zdobycia jak największej ilości skarbów ukrytych w potokach i ziemi kolonii oraz hiszpańska duma doprowadziły do ekonomicznego załamania. Tymczasem zamorskie majątki wymagały od nich pracy i inwestycji, których nie byli skłonni ponosić. Powszechnie myślano o powrocie do Europy albo dalszym penetrowaniu Nowego Świata. Zniechęcić do podjęcia takich kroków miało surowe karanie ludzi złapanych na ucieczce poprzez ucięcie stopy.