Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Brak znamion czynu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 stycznia 2026
24,00
2400 pkt
punktów Virtualo

Brak znamion czynu - ebook

„Bez znamion czynu” to mroczna, realistyczna powieść kryminalna o sprawie, która nie chce zniknąć z akt. O mechanizmach wyparcia, presji społecznej i pieniądzach, które potrafią skutecznie wyciszać niewygodne historie. O ofierze, która musi zmierzyć się nie tylko z traumą, ale i z niedowierzaniem świata. O sprawcy, który od lat uczył się, że konsekwencje są negocjowalne. I o policjancie, który wie, że czasem jego rolą nie jest wygrać — tylko zostać do końca. To nie jest historia o prostym dobru i złu. To opowieść o systemie, który działa dokładnie tak, jak został zaprojektowany. I o cenie, jaką płacą ci, którzy nie mieszczą się w rubrykach. Dla czytelników mocnych kryminałów, noir społecznego i literatury inspirowanej prawdziwymi sprawami. Dla tych, którzy wiedzą, że brak wyroku nie oznacza braku winy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368732238
Rozmiar pliku: 10 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PREFACE

WSTĘP

Pierwszy błąd popełnia się zawsze wcześniej, niż się wydaje.

Nie w chwili, gdy ktoś podaje drinka.

Nie wtedy, gdy zamykają się drzwi.

Nawet nie wtedy, gdy ktoś mówi „nic się nie stało”.

Pierwszy błąd popełnia się wtedy, gdy wszyscy dookoła uznają, że TO NIE ICH SPRAWA.

W papierach nazywa się to krótko: _brak znamion czynu_.

Trzy słowa, które kończą więcej historii, niż jakikolwiek wyrok.

Przez lata pracy widziałem je setki razy. Czasem jako decyzję prokuratora, czasem jako notatkę służbową, czasem jako zdanie wypowiedziane półgębkiem na korytarzu. Zawsze znaczyły to samo: _zamknąć, odłożyć, zapomnieć_.

Problem w tym, że ludzie nie potrafią tak po prostu zapominać.

Ta sprawa też miała być jedną z wielu. Zgłoszenie z klubu. Alkohol. Młodzi ludzie. Urwana pamięć. Koleżanki, które „coś podejrzewają”. Dziewczyna, która nie jest pewna, czy chce cokolwiek zgłaszać.

Klasyka.

Gdyby nie jedno:

cisza była zbyt głośna.

Nie było krzyku. Nie było histerii. Nie było rozmazanego makijażu ani dramatycznych oskarżeń. Była dziewczyna siedząca pod ścianą, owinięta cudzą kurtką, z rękami splecionymi tak mocno, jakby bała się, że jeśli je puści, wszystko się rozsypie.

Nie płakała.

To zawsze powinno zapalić lampkę.

W takich sprawach nauczyłem się jednego: im spokojniejsza ofiara, tym bardziej ktoś wcześniej zadbał o narrację. O to, żeby „nic się nie stało”. Żeby wszystko wyglądało normalnie. Żeby nikt nie zadawał pytań, na które odpowiedzi są niewygodne.

Miasto też było spokojne tej nocy. Zbyt spokojne, jak na to, co miało dopiero wyjść na jaw. Neony klubów jeszcze świeciły, choć muzyka już ucichła. Ludzie wracali do domów, niektórzy trzymając się pod ręce, inni w milczeniu.

Nikt nie wiedział, że ta noc nie skończy się wraz ze świtem.

Bo są sprawy, które zaczynają się dopiero wtedy, gdy ktoś próbuje je zamknąć.

Telefon zadzwonił o 2:17.

Zbyt wcześnie, żeby noc zdążyła się rozpaść, i zbyt późno, żeby jeszcze udawać, że to dzień.

Nie odebrałem od razu.

Pozwoliłem mu zadzwonić drugi raz.

Nie dlatego, że liczyłem na cud.

Tylko dlatego, że wiedziałem, co usłyszę.

— Wójcik — powiedziałem w końcu.

— Mamy zgłoszenie — odezwał się dyżurny. — Młoda kobieta. Klub na Śródmieściu. Podejrzenie… przestępstwa seksualnego.

Nie zapytałem o nazwę klubu.

I tak bym ją znał.1

ZGŁOSZENIE

Telefon zadzwonił o 2:17.

Zbyt wcześnie, żeby noc zdążyła się rozpaść, i zbyt późno, żeby jeszcze udawać, że to dzień.

Nie odebrałem od razu. Pozwoliłem mu zadzwonić drugi raz. Nie dlatego, że liczyłem na cud, tylko dlatego, że wiedziałem, co usłyszę. Telefony o tej porze nigdy nie niosą nic nowego. Różnią się tylko szczegółami.

— Wójcik — powiedziałem w końcu.

Dyżurny brzmiał tak, jak zawsze. Suchy głos, zmęczony, trochę metaliczny, jakby mówił przez filtr, który od lat nie był czyszczony.

— Mamy zgłoszenie. Młoda kobieta. Klub na Śródmieściu. Podejrzenie… — zawiesił głos na ułamek sekundy. — Przestępstwa seksualnego.

Nie zapytałem o nazwę klubu. I tak bym ją znał. O tej porze wszystkie drogi prowadzą w te same miejsca.

— Jedziesz? — zapytał.

— Jadę.

Rozłączyłem się i przez chwilę siedziałem w ciszy. W mieszkaniu było chłodno. Zostawiłem uchylone okno, chociaż wiedziałem, że to bez sensu. Miasto i tak wlewało się do środka: zapachem spalin, odległym szumem, pojedynczymi krzykami, które noc niesie dalej, niż powinna.

Wstałem powoli. Kolana zaprotestowały, jak zawsze. Nie bolały — raczej przypominały, że są. To była różnica, którą znałem na pamięć.

W łazience spojrzałem w lustro tylko na tyle, żeby sprawdzić, czy mam otwarte oczy. Nie interesowało mnie, jak wyglądam. Od dawna nie miałem potrzeby się ze sobą konfrontować.

Włożyłem koszulę, tę samą co zwykle. Granatową. Neutralną. Taką, która nie prowokuje pytań. W kieszeni kurtki znalazłem notatnik. Kartki były już prawie całe zapisane, ale wiedziałem, że jeszcze się zmieszczę. Zawsze się mieszczę.

Na klatce schodowej pachniało czyjąś kolacją. Ktoś smażył cebulę. Ten zapach zawsze mnie uderzał. Przypominał, że gdzieś, równolegle do tego, co robię, toczy się inne życie. Normalne. Ciepłe. Z zamkniętymi drzwiami.

Na ulicy było wilgotno. Deszcz przestał padać niedawno, ale asfalt jeszcze oddychał parą. Wsiadłem do samochodu i przez chwilę siedziałem bez ruchu, zanim odpaliłem silnik. Lubiłem ten moment. Krótki. Zanim znowu stanę się częścią mechanizmu.

Klub był oświetlony jak zawsze: zbyt jasno, zbyt kolorowo, zbyt głośno jak na coś, co właśnie dogorywa. Przed wejściem stały dwie dziewczyny, paląc papierosy i śmiejąc się nerwowo. Nie zwróciły na mnie uwagi. Policjanci są niewidzialni, dopóki nie staną się problemem.

W środku było duszno. Muzyka już nie grała, ale jej echo wciąż wisiało w powietrzu. Bas wgryzł się w ściany i nie chciał ich opuścić. Ludzie kręcili się bez celu, jak po pożarze — niby wszystko widać, a jednak nikt nie wie, gdzie iść.

Zobaczyłem ją od razu.

Siedziała na krześle pod ścianą, owinięta cudzą kurtką. Za dużą. Ręce trzymała na kolanach, palce miała splecione tak mocno, że knykcie pobielały. Nie płakała. To zawsze było gorsze.

Obok niej stała dziewczyna w krótkiej sukience. Trzęsła się. Nie wiem, czy z zimna, czy z emocji. Pewnie z obu rzeczy naraz.

— To ona — powiedziała, zanim zdążyłem zapytać.

Skinąłem głową. Zawsze zaczyna się tak samo. Ktoś wskazuje. Ktoś inny siedzi i czeka, aż świat zdecyduje, co z nim zrobić.

— Jak masz na imię? — zapytałem.

Spojrzała na mnie, jakby musiała się upewnić, że pytanie jest naprawdę do niej.

— Anna — powiedziała po chwili. Głos miała cichy, ale stabilny. To mnie zaniepokoiło bardziej niż histeria.

— Dobrze, Anno. Opowiesz mi, co się stało?

Wzruszyła ramionami. Minimalnie. Prawie niedostrzegalnie.

— Nie wiem — powiedziała.

„Nie wiem” to najuczciwsza odpowiedź, jaką można dać w takich sytuacjach. Reszta to próby sklejenia czegoś, co już się rozsypało.

— Pamiętasz, z kim tu byłaś?

— Z dziewczynami. — Skinęła głową w stronę tej stojącej obok. — I jeszcze z dwiema.

— Piłyście alkohol?

Kiwnęła głową.

— Dużo?

Zastanowiła się.

— Normalnie.

„Normalnie” to słowo, które nic nie znaczy, ale wszyscy go używają.

— Poznałaś kogoś?

Zawahała się. Pierwsze prawdziwe zawahanie.

— Tak.

— Imię?

— Bartek.

Zawsze jest jakiś Bartek. Albo Michał. Albo Paweł. Imiona, które niczego nie obiecują i niczego nie zdradzają.

— Co było dalej?

Patrzyła gdzieś ponad moim ramieniem. Jakby próbowała coś zobaczyć na ścianie, na której nie było nic poza plamami światła.

— Tańczyliśmy. Rozmawialiśmy. Kupił mi drinka.

— Jednego?

— Chyba dwa.

— Sama piłaś?

— Tak.

— Co było potem?

Milczała długo. Wystarczająco długo, żeby cisza zaczęła ciążyć.

— Obudziłam się u niego — powiedziała w końcu. — Nie pamiętam, jak tam trafiłam.

Dziewczyna obok wciągnęła powietrze gwałtownie, jakby ktoś ją uderzył w brzuch.

— Byłaś naga?

Anna skinęła głową.

— Bolało?

Odpowiedziała szybciej:

— Tak.

Zamknąłem notatnik, chociaż nic w nim nie zapisałem. Na razie wystarczyło, że słuchałem. Procedura mówiła, co powinienem zrobić dalej. Znałem ją na pamięć.

— Zabierzemy cię do szpitala — powiedziałem. — Lekarz cię zbada. To ważne.

— Nie — odpowiedziała natychmiast. — Nie chcę.

— Dlaczego?

— Bo nic się nie stało.

To zdanie zawisło między nami jak coś obcego. Jak intruz.

— Anno…

— On jest w porządku — przerwała mi. — Był miły. Nie zrobiłby tego.

Dziewczyna obok otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.

Wstałem, zrobiłem krok w bok, jakbym chciał rozprostować nogę, a tak naprawdę chciałem tylko złapać dystans do słów, które już zaczynały się układać w schemat.

— Kto dzwonił na policję? — zapytałem dziewczynę w sukience.

— Ja… znaczy… my. — Spojrzała na dwie inne, które stały nieco dalej. — Ona nie chciała.

— Jak masz na imię?

— Marta.

— Dobra, Marta. Powiedz mi krótko, co widziałyście. Bez wersji „ładnej”. Tylko to, co wiecie.

Marta skinęła głową gwałtownie, jakby się bała, że jeśli przestanie, to nie utrzyma się na nogach.

— On… on się do niej przykleił. Najpierw fajny był, wie pan, taki… czarujący. A potem… potem ona jakby… jakby ją ktoś wyłączył. Mówiła, że wszystko okej, ale… my ją znamy.

— Co znaczy „wyłączył”?

— No… patrzyła przez nas. Śmiała się nie wtedy, kiedy trzeba. Zrobiła się… miękka.

Anna poruszyła dłońmi, jakby chciała protestować, ale nic nie powiedziała.

— Widziałyście, jak dawał jej drinka?

— Tak.

— Zostawiała go bez opieki? Odwracała się?

Marta zawahała się.

— Na chwilę. Byłyśmy przy niej, ale… on stał tak, że… — urwała, bo zabrakło jej odwagi opisać coś, co już w głowie miało kształt oskarżenia.

Znam to. Ludzie boją się słów bardziej niż rzeczy. Słowa zostają w papierach.

— Wróciła z nim? — zapytałem.

— Wyszła. My… my próbowałyśmy ją zatrzymać. Ona się wkurzyła. Powiedziała, że przesadzamy.

— A potem?

— Potem już tylko pisałyśmy do niej. Nie odpisywała. Rano… — Marta spojrzała na Annę i głos jej zadrżał. — Rano zadzwoniła. Powiedziała, że jest u niego. Że nie pamięta. Że chce wrócić do domu.

Anna zacisnęła palce jeszcze mocniej.

— I wróciłaś? — zapytałem ją.

— Tak.

— Sama?

— On… on mnie przywiózł kawałek. Potem wysiadłam.

— Dlaczego nie przywiózł do domu?

Wzruszyła ramionami.

— Nie wiem.

„Nie wiem” wróciło jak refren.

Ochroniarz klubu stał w pobliżu i udawał, że go to nie dotyczy. Widziałem to po jego twarzy: wolałby, żebyśmy zniknęli. Żeby noc się domknęła bez śladów.

Podszedłem do niego.

— Kierownik?

— Ja tu tylko ochrona — odpowiedział szybko. — Kierownik jest, ale nie ma go teraz.

— Monitoring działa?

— Działa.

— Zabezpieczcie zapis z dziś. Od północy do zamknięcia. I niech nikt tego nie kasuje ani nie „nadpisuje”. Zaraz przyjedzie technik albo ktoś z dochodzeniówki.

Ochroniarz prychnął.

— Panie, tu co tydzień ktoś chce monitoring.

Spojrzałem na niego tak, żeby zrozumiał, że nie rozmawiamy o „ktoś”.

— Dzisiaj nie ktoś. Dzisiaj sprawa. Jak zniknie zapis, to będziesz się tłumaczył prokuratorowi. Nie mnie.

Zamilkł. Ludzie potrafią ignorować moralność, ale boją się papierów z pieczątką.

Wróciłem do Anny.

— Słuchaj mnie uważnie — powiedziałem spokojnie. — W szpitalu nie będziesz musiała niczego udowadniać. Lekarz tylko sprawdzi, czy wszystko jest w porządku, czy nie ma obrażeń, czy nie potrzebujesz pomocy. To też dla ciebie. Nie dla mnie.

— Nie chcę — powtórzyła. Uparcie, jak dziecko.

— Możesz nie chcieć. Ale pojedziemy.

— Pan nie może mnie zmusić.

— Nie muszę cię zmuszać.

Powiedziałem to łagodnie, ale w środku czułem znajome napięcie: tę granicę między tym, co mi wolno, a tym, co powinienem.

Wyjąłem telefon.

— Dyżurny? Wójcik. Potrzebuję karetki na adres klubu… Tak. Kobieta, podejrzenie wykorzystania, możliwe środki odurzające, zaburzenia pamięci. I jeszcze: potrzebuję patrolu do zabezpieczenia monitoringu i spisania obsługi.

Anna spojrzała na mnie jak na zdrajcę.

— Pan mi nie wierzy.

— To nie o wiarę chodzi.

— To o co?

Zastanowiłem się przez sekundę, bo prawda była prosta, ale ludzie nie lubią prostych prawd.

— O to, żeby jutro nie było za późno.

Nie odpowiedziała. Przesunęła wzrok na podłogę, jakby tam można było znaleźć coś, co ją uspokoi.

Karetka przyjechała szybko. Ratownicy weszli z tym swoim spokojem, który jest albo profesjonalizmem, albo znieczuleniem — czasem jedno i drugie wygląda tak samo.

Dwóch: mężczyzna po trzydziestce z krótką brodą i kobieta, która mówiła cicho, ale stanowczo. Lubiłem takich. Nie robili teatru.

— Dzień dobry — powiedziała ratowniczka. — Anna?

Anna skinęła głową.

— Co się stało?

— Nic — powiedziała Anna.

Ratownik spojrzał na mnie.

— Podejrzenie wykorzystania seksualnego, możliwe odurzenie, amnezja fragmentaryczna — powiedziałem, jakby to był kod.

Ratowniczka kucnęła przy Annie.

— Aniu, pojedziemy do szpitala. Tam lekarz sprawdzi, czy nic ci nie grozi. To standard. Dobrze?

— Nie chcę — Anna powiedziała to ciszej niż wcześniej, ale wciąż uparcie.

Ratownik pochylił się lekko.

— Byłaś przytomna?

— Tak. Znaczy… chyba.

— Mdliło cię? Wymiotowałaś?

— Nie.

— Boli cię coś?

Anna zawahała się. W końcu skinęła głową minimalnie.

— Gdzie?

Anna nie odpowiedziała. Jej policzki zrobiły się czerwone, ale nie od wstydu — bardziej z takiej wściekłości, która przychodzi, kiedy ktoś dotyka miejsca, które chce się ukryć.

Ratowniczka nie naciskała.

— Dobrze. Wystarczy, że pojedziesz. Resztą zajmie się lekarz.

Spojrzałem na Martę i pozostałe dziewczyny.

— Jedna z was jedzie z nią. Kto?

Marta od razu.

— Ja.

Anna spojrzała na nią z niechęcią.

— Nie musisz.

— Muszę — powiedziała Marta. — Bo jak nie pojadę, to znowu powiesz, że wymyślamy.

Anna chciała coś powiedzieć, ale w końcu zamilkła. Czasem ludzie milkną nie dlatego, że się zgadzają, tylko dlatego, że nie mają już siły walczyć.

Wyszliśmy na zewnątrz. Powietrze było zimniejsze, świeższe, ale nie czystsze. W nocy w mieście nic nie jest czyste.

W karetce pachniało plastikiem i środkiem do dezynfekcji. Anna siedziała na brzegu noszy, jakby nie chciała się położyć, żeby przypadkiem nie przyznać, że jest pacjentką.

Ratownik przypiął jej pulsoksymetr i mankiet do mierzenia ciśnienia.

— Oddychaj normalnie — powiedział.

Anna spojrzała na niego tak, jakby normalne oddychanie było najtrudniejszą rzeczą na świecie.

Jechałem za karetką radiowozem, chociaż nie powinienem. Powinienem zostać w klubie, zbierać dane, spisywać obsługę, zabezpieczać ślady. Ale wiedziałem, jak to się kończy, kiedy zostawisz taką dziewczynę samą na SOR-ze. Zniknie. Wyjdzie. Pójdzie do domu. A potem będzie „za późno” w papierach.

Szpital nocą wygląda inaczej niż w dzień. W dzień udaje, że jest miejscem pomocy. W nocy jest fabryką. Zmęczenie ludzi wchodzi w ściany.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij