Brama nad Bugiem - ebook
Zatem gdyby historia zdarzyła się inaczej niż ją pamiętamy? „Brama nad Bugiem — Czas Rozdarty” to opowieść o Polsce różnych epok, odmiennych kultur i ideologii. O losie kraju i ludzi splecionym przypadkiem a może przeznaczeniem? O świecie, który ginie — i świecie, który istnieje wbrew logice wydarzeń. Historia zwykłych ludzi, których czas wyrzucił w miejsca obce i zmusił do walki o każdą ze swoich ojczyzn i o własne przetrwanie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-636-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_ZDARZA SIĘ NA PEWNO W KTÓREJŚ Z RZECZYWISTOŚCI_
_— Hugh Everett III_
Rzeka płynęła leniwie, szumiąc jednostajnie wśród kamieni. Z pobliskich zarośli dochodził szczebiot ptaków, a wyżej, nad drzewami, rozlegał się ostry krzyk krążącego drapieżnika.
Zarośla pachniały wilgocią i mułem, w gęstwinie przy brzegu kołysały się turzyce, szumiały trzciny i pałki wodne, poruszane podmuchem od rzeki. Niżej, tuż nad wodą, widać było ciemne kępy mozgi i manny, które pochylały się nad nurtem jakby nasłuchiwały.
Gdy wjechali na kamienny most, końskie kopyta skrzesały snopy iskier. Głośny stukot odbił się echem od brzegów, oznajmiając przejazd trójki jeźdźców. Zatrzymali się zaraz za mostem. Jeden z mężczyzn zeskoczył z siodła jednym płynnym ruchem i pomógł kobiecie zejść z konia. Rozejrzał się uważnie, jakby porównywał widok z pamięcią. Drugi z mężczyzn też bacznie się rozglądał.
— Tutaj — powiedział w końcu, pewnym tonem. — Nasze miejsce było dokładnie tutaj. Twoje, jak pamiętam, trochę głębiej, w parowie.
Kobieta spojrzała na niego z niepokojem.
— Jesteś pewien, że to może się udać?
— Jeśli się nie uda, po prostu nic się nie wydarzy. Tego jestem pewien.
— Czyli wystarczy czekać…
— Pojedziemy do miasta. Wiorstę stąd jest hotel, w którym spałaś tamtego dnia. Z okien widać most, a nam wystarczy widok horyzontu. Jeśli zacznie się dziać to, czego oczekujemy, spokojnie zdążymy wrócić.
— Nikt nie widział błysków od dawna. Zaczynamy popadać w szaleństwo, kochany.- W dłoni zaciskała kurczowo mały srebrny medalik. Jak talizman na szczęcie a może jak zapowiedź nieszczęścia?
— A może po prostu nikt o nich nie opowiadał? — wtrącił drugi z mężczyzn — Chcemy wrócić do domu, żeby wasze dzieci urodziły się- zawahał się jakby szukając właściwego słowa -tam, gdzie powinny?
Spojrzała w górę, jakby próbowała odnaleźć coś na niebie.
— Niebo jest takie samo jak wtedy… Tak samo ciężko się oddycha. Tu chyba zawsze tak jest.
— Nie. — Wciągnął powietrze głęboko, jakby nagle coś poczuł. — Rzeczywiście zrobiło się ciężej na piersiach. Może mamy niewyobrażalne szczęście! Zejdźmy niżej, do parowu!
Wskazał ręką kierunek i przepuścił ją przodem. Cała trójka aczęła ostrożnie zsuwać się po zboczu. Najpierw powoli, potem coraz szybciej. Nagle tuż obok nich przeciął powietrze suchy, dziwny trzask. Potem drugi. I trzeci.
Powietrze przed nimi zamigotało. Błękitna poświata, jak poranna mgła, zaczęła zasłaniać dno wąwozu.
Jeden z męźczyzn zaczepił się o porastające zbocze chaszcze, stracił równowagę i runął w dół, prosto w migoczącą zasłonę.
— Uważaj! — krzyknęła kobieta, ale jego sylwetka już znikała w błękicie.
Zdecydowana, zsunęła się szybciej, niemal biegiem. Za nią zsuwał się drugi mężczyzna. Gdy dotarli na dno parowu, poświata zgasła. Powietrze stało się przejrzyste, a dzień jakby nagle się wypogodził.
Rozejrzała się gwałtownie, a strach zaczął narastać w jej piersi.
— Gdzie jesteś? Gdzie… on jest?
Wokół była tylko wąska, obrośnięta mchem niecka parowu. Oboje rozglądali się nerwowo. Żadnego zagłębienia, żadnego drzewa, żadnego miejsca, w którym mógłby zniknąć.
Niewielki srebrny medalik wysunął się z kobiecej dłoni.
Znowu była sama.Od wieku nie widziano takiego tumultu pod klasztorem Bernardynek na południe od Brześcia. Auta wszelkich gabarytów parkowały w nieładzie na polnej drodze. Pomiędzy nimi stały furmanki z woźnicami drzemiącymi na kozłach, dalej namioty nierówno rozstawione i sterty sprzętu przykryte pałatkami. Całość tego rozgardiaszu stanowiła naturalną przeszkodę dla gawiedzi licznie przybyłej z miasta. Napór tychże był tak duży, że poproszono Policję Państwową, aby dodatkowo teren zabezpieczyć.
Nieco oddaleni, nad brzegiem Bugu, stali luźno rozsypani aktorzy spodziewanego widowiska. Ubrani w mundury żołnierzy Kongresówki, pieszo, konno czy siedząc, gdzie było to możliwe, oczekiwali na kolejny znak wzywający ich na plan zdjęciowy. Zgodnie z informacją wędrującą po całej Rzeczypospolitej, ekipa filmowa najdroższego polskiego filmu — pierwszego w kolorze — zawitała właśnie na błonia pod Brześciem, aby nakręcić kluczowe sceny batalistyczne narodowej epopei.
„Cud nad Bugiem” miał być wielkim widowiskiem, na które przeznaczono podobno trzy kilometry taśmy filmowej. Wszystkie sceny historyczne miano filmować w plenerach, a nie w studiu, zaś kluczową bitwę od początku postanowiono nakręcić w miejscu autentycznego zdarzenia. Film miał uświetnić obchody rocznicowe i być gotowy na ich setną rocznicę, jednakże — jak to z takimi projektami bywa — na trzy dni przed pierwotnie wyznaczoną premierą jego produkcja nadal była daleka od ukończenia.
Nad brzegami Muchawca i za Bugiem widzowie zebrani pod klasztorem gorąco dyskutowali o wszystkim, co filmu dotyczyć mogło, ale i nie tylko — głównie z nudów, jak to podczas oczekiwania bywa. A to mundury poddawano krytyce, że nie takie, bo to „Panie, ładownice inne, a i kolor kurtek niekoniecznie historyczny”. A to rzędy końskie — współczesne, tylko trochę ucharakteryzowane — i każdy się przecież zorientuje, że nie z epoki.
— Panie kochanieńki, przecież działa chyba wcale nie te, co być powinny, i gdzie ta piechota w ogóle stawać będzie, jak przecie z północy od szosy szli, a tu już czekają prawie że pod twierdzą, co wcale historyczne nie jest!
— A gdzież tam, panie szanowny, oni będą co wiedzieć, jak reżyser Liebke czyli Niemiec, to co on wiedzieć może, jak tu było?
— A skąd pan takie informacje posiadasz? Że on Niemiec? Jak w „Monitorze” stało, że nasz z samej Warszawy to twórca, Żyd pewnie, stąd nazwisko takie.
— Ależ proszę państwa! W radiu jeszcze dziś rano mówili, że Liebker się nazywa i Szkotem zasadniczo jest, z dawnej Kurlandii pochodzący, a i kilka dużych filmów nakręcił już.
— Tej ruskiej piechoty jakby za mało jest i jak oni to myślą oszukać?
— Ano klatki ponoć ręcznie kolorować będą czy jakąś tam podobną techniką, to może dorysują brakujące tysiące.
— Syn mój w pułku służy, to mówił, że im cztery kompanie do filmu pożyczyli tylko, a reszta statystów ma być.
— Ano było w gazecie, że płacą ośm złotych polskich za calutki dzień dla tych statystów, co pan powiedziałeś.
— Wszystko furda! — krzyczał w złości wysoki jegomość, wymachując drewnianą laską. — Skąd oni błyski wziąć zamierzają? Też dorysują?
Gdy tylko dyskusje na temat błysków się zaczynały, każdy miał swoją teorię, koncepcję, przemyślenia i wnioski. Bo tak to już w tym kraju jest od wieku, że gdy przychodzi opisać najważniejsze wydarzenie, które Rzeczpospolitą najpierw na mapy przywróciło, a potem w jedności i wielkości utrzymać zdołało, każdy jej obywatel własny pogląd posiada. Każdy wie, co się stało, ale opowieści o tym, jak to się stało, jest tyle, ilu opowiadających.
W kronikach zapisano, że 13 kwietnia 1831 roku polskie pułki, idące pod generałem Prądzyńskim w pościgu za pobitym już wcześniej korpusem rosyjskim, trafiają pod Brześć. Tu, zamiast spodziewanego wroga, którego ścigały, stają oko w oko z wielką armią samego feldmarszałka Dybicza. Podjąć walkę czy się wycofać? Za nimi rzeka i jeden wąski mostek, który uniemożliwia odwrót, przed nimi pewna śmierć. Wtedy podpułkownik Bem w marszu swoją artylerię lekko konną rozwija i z zaskoczenia swoimi działami kilka, a może i kilkanaście salw oddaje. Będąc w ruchu, pozycje swych dział co rusz zmieniając, rozbija kompletnie rosyjską artylerię. Według świadków strzela ze swoich dział na wprost w rosyjskie baterie, a nie po paraboli, jak sztuka wojenna nakazuje. Kiedy zaraz potem polska piechota rusza do natarcia na bagnety, Rosjanie zaczynają się cofać. Odwrót szybko przeradza się w bezładną ucieczkę! Prądzyński wchodzi do Brześcia bez jednego strzału, a na karkach uciekających aż do zmierzchu jadą polscy ułani.
Takie są fakty, choć dodać do nich należy, że szerząca się wśród wojska rosyjskiego cholera i śmierć feldmarszałka w czasie bitwy były głównymi przyczynami ich klęski. Raporty z potyczki wspominają także o dziwnym zjawisku pogodowym, które zdarzeniu towarzyszyło. Pomiędzy frontami wojsk rozszalała się spektakularna burza, z której jednak ani kropla deszczu nie spadła, a tylko błyskawice niebo w szaleńczych grzmotach rozdzierały. Od ilości piorunów zrobiło się ponoć tak jasno, że nie widać było nic poza tym oślepiającym blaskiem.
Wieść o wielkiej wiktorii rozpala umysły i wyobraźnię. Dziwna burza, szeroko przez żołnierzy opisywana, urasta do rangi opatrznościowej pomocy. Jedni widzieli Najświętszą Panienkę, która w błyskach niebiańskich ukazała się nad polskim wojskiem i go swoim płaszczem otuliwszy, nie tylko od zagłady ocaliła, ale i do zwycięstwa poniosła. Inni zauważyli, jak sama piorunami, niczym Zeus starożytny, we wroga miotała i jak ten przerażony, broń wszelką porzuciwszy, z pola zrejterował. W końcu jak jednym skinieniem sprawiła, że wielki feldmarszałek natychmiast ducha wyzionął w bólach nieludzkich i męczarniach.
Opowieściom nie było końca. Oto w Częstochowie złota zasłona cudownego obrazu Czarnej Madonny sama się podniosła i ukazała wizerunek Jej jasnym, niebiańskim błękitem otoczony. W tym samym czasie w wielu parafiach pod Jej wezwaniem dzwony same zaczęły bić, wielką wiktorię ogłaszając i wzywając wiernych na modlitwę. Dzwon Zygmunta w Krakowie, od czterdziestu lat milczący, odezwał się ponoć, obwieszczając powstanie narodowe w Galicji. Generała Prądzyńskiego okrzyknięto hetmanem, zaś bohaterem pierwszym został podpułkownik Bem, który swoimi działami „cudowi nad Bugiem” w znacznej mierze dopomógł.
Takie historie opowiadane są w tym kraju od wieku przez ludzi, którzy nigdy pewnie nie widzieli twierdzy brzeskiej ani Bugu, ani wojska polskiego, ani żadnego innego, o sztuce wojennej także zapewne niewiele wiedząc.Rozdział 1
_Brześć nad Bugiem, kwiecień 1931_
1
— Więcej dymu! Bo nam się ujęcie całkiem już skiepści i będziemy od nowa wszystko zaczynać! Piechota gotowa?! — Jeden z asystentów reżysera, z tubą wielkich rozmiarów, komenderował niczym generał ze stosu skrzyń, co rusz spoglądając w stronę głównego twórcy, czy aby ten nie chce mu przekazać innych koncepcji. — Więcej dymu, przecież mówię chyba?! — powtarzał ciągle, widząc niezadowoloną minę pryncypała.
Na pierwszym planie ustawiono grupę konnych tak, aby zmieścili się w centralnym kadrze podczas marszu wynurzającej się z dymu piechoty.
— Panie Aleksandrze! — wrzasnął przez tubę asystent w stronę tejże grupy. — Panie Żabczyński! Bądź pan łaskaw się nieco w prawo obrócić! Ale razem z koniem, bardzo proszę! Ta chabeta pana nie zrzuci! Spokojnie… O! Teraz dobrze, tak! I niech pan łaskawie się wyprostuje, nawet wypręży nieco. Śmiało! W końcu jest pan hetmanem, nie?
Reżyser Liebker, który w rzeczywistości nie był ani Żydem, ani Szkotem, tylko Ormianinem pochodzącym spod Kamieńca Podolskiego, wstał ze swego krzesełka, ocenił sytuację na planie, po czym skinął głową na znak aprobaty. Na ten znak asystent przyłożył tubę do ust i krzyknął raz jeszcze:
— Uwaga wszyscy! Powtarzam! Piechota wychodzi z dymu z lewej i przemaszeruje w szyku przed sztabem, który stoi na pierwszym planie! Piechota patrzy przed siebie! Nie tutaj!
Po tych słowach zszedł ze stosu skrzynek i podał tubę reżyserowi, a ten natychmiast rzucił głośno:
— Kamery?!
Liebker usłyszał cztery odpowiedzi, że gotowe. Tę scenę kręcono z czterech różnych ujęć, aby potem wybrać najbardziej odpowiednie.
— Akcja! — krzyknął reżyser i oddał tubę asystentowi.
— „Cud nad Bugiem”! Scena siedemdziesiąta szósta! Ujęcie pierwsze! — Głośny klaps złotowłosej asystentki potwierdził rozpoczęcie akcji.
— Ujęcie pierwsze i jedyne… — zamruczał pod nosem reżyser.
Dym spowijał już niemal połowę planu; sączony ze specjalnych dmuchaw, przynajmniej w teorii tworzył krajobraz bitewny. Właśnie z oparów zaczęła wynurzać się wspomniana piechota, kiedy całkiem niedaleko, tuż za kłębami dymu, w kaskadzie trzasków i wyładowań pojawiły się rozbłyski podobne do tych, które występują przy spięciu przewodów elektrycznych.
— Co u licha? — zdążył zapytać reżyser, jednak zamilkł zupełnie, widząc totalną katastrofę swojej długo przygotowywanej sceny.
Konie aktorów stojących na pierwszym planie spłoszyły się gwałtownie, wyrzucając z siodeł niektórych niczego niespodziewających się jeźdźców. Oczywiście wśród tych, którzy w wielkim hałasie wylądowali na ziemi, znalazła się gwiazda filmu, Aleksander Żabczyński.
— Kurwa! — reżyser zaklął doskonałą polszczyzną, zdruzgotany sytuacją.
— Kręcimy! — wrzasnął bardziej przytomny asystent, wdrapując się czym prędzej na skrzynki, aby go było lepiej widać i słychać. — Kąt na piechotę i błyski! Widać coś przez ten dym?
— Widać, ale jacyś ludzie weszli w kadr! Policja miała pilnować tych gapiów! — odezwały się głosy gdzieś zza kamer.
— Scena do kosza, ale błyski filmujemy, potem się może zmontuje coś z tego — ocenił reżyser. — Skąd one się w ogóle wzięły?
— Nie słyszał pan o błyskach brzeskich? — zdziwił się asystent, znowu zstępując na ziemię. — W końcu film pan o tym kręci.
2
— Mamy ciężko rannego, policja już wiezie lekarza z miasta — oznajmił asystent reżyserowi, kiedy godzinę później siadali w zaimprowizowanej reżyserce, aby na spokojnie obejrzeć materiał z czterech obiektywów.
— Jednak musimy przynajmniej jedną kamerę ruchomą zrobić na szynach — reżyser podzielił się swoimi uwagami po wstępnym przejrzeniu taśmy. — Jak to: ciężko rannego mamy? Przecież wszyscy aktorzy, których konie zrzuciły, są w dobrej formie, sprawdzałem.
— Nie! — zaprzeczył asystent. — Jakiś obcy człowiek, ktoś z gapiów może… Mówią, że prądem porażony czy coś. Lekarz w drodze, jak mówiłem.
— Aha. Druga kamera, proszę materiał.
Większość nagranej taśmy byłaby w porządku, gdyby nie wypadek ze zwierzętami. No i ci ludzie w kadrze na trzeciej kamerze. „Nawet interesująco to wyszło” — pomyślał Liebker. Dwóch ludzi, a raczej ich lekko rozmazane kontury, pojawia się nagle we mgle i wśród błysków. „Oczywiście to nasz dym” — pomyślał asystent — „ale teraz z tymi ludźmi wygląda prawie jak mgła”. Postacie znikają z kadru na kilka sekund, po czym wracają, dźwigając bezwładne, trzecie ciało, by po chwili znów zniknąć. Tym razem jednak dym nie przesłaniał już kadru i było widać dość wyraźnie, że powietrze lekko faluje i drży, a ludzie rozpływają się w jednym momencie.
— No i gdzie są ci ludzie? — zapytał reżyser, osobiście cofając taśmę na projektorze, aby jeszcze raz zobaczyć ten fragment.
— Nie mamy pojęcia — odparł jeden z techników.
— A kamerę żeście na kolanie trzymali czy jak? Czemu ten obraz faluje i trzęsie się?
— Z kamerą w porządku jest i było. Na statywie stała jak zawsze — odparł technik. — Operator też się dziwił i nawet wszystko posprawdzał potem, ale tak się sfilmowało, jak widać.
— Trzy dni przygotowań psu na budę. Do dupy wszystko. Wydaliśmy lwią część budżetu na te jedną konkretną scenę, a mamy jedno konkretne nic.
Liebker był zły. Przez następne dwie godziny studiował materiał, usiłując wymyślić, jak mógłby użyć tych kadrów w filmie. Trzeba będzie ciąć, sklejać, oglądać, znowu pewnie ciąć i tak w koło Macieju, głupiego robota. Jednak całkiem niedługo nastąpiły wydarzenia, które oderwały go od pracy na znacznie dłużej, niż przypuszczał.
— Ten ranny nie przeżył jednak — oznajmił asystent, pojawiając się nagle obok pochłoniętego myślami reżysera. — A co więcej, sprowadzony lekarz też nie żyje.
— Co?! Jakieś fatum? Jaki znowu lekarz nie żyje? Co tu się dzieje dzisiaj?
— Nie wiemy. Nie mamy kolejnego lekarza na podorędziu. Chyba udar albo zawał, starszy gość był — odrzekł asystent. — Już się tym UOR zajmuje.
— Jaki znowu UOR?
— Urząd Ochrony Rzeczypospolitej — usłyszeli obaj głos wchodzącego do reżyserki człowieka, który z daleka machał urzędową legitymacją. — Zabezpieczamy filmy z dzisiejszych nagrań. Wszystkie kasety z rolkami, bez wyjątku. Panowie niestety będziecie musieli pojechać z nami.Rozdział 2
_Warszawa, kwiecień 1931_
1
Młody człowiek zakutany w długi, wełniany płaszcz z wysoko podniesionym kołnierzem, w filcowej fedorze na głowie, której szerokie rondo skutecznie zasłaniało twarz, stał zamyślony albo po prostu nieco zmarznięty na szerokim trotuarze przed imponująco wysokim budynkiem.
Xawery Prądzyński, dziennikarz — to on bowiem kilka minut wcześniej opuścił biura największej w tym kraju redakcji dziennika codziennego: „Monitora Polskiego”. Nastrój miał podły i faktycznie trochę zmarzł w ten zimny, kwietniowy poranek. Był już całkiem pewien, że dzień nie ułoży się leniwie, jakby sobie tego życzył tuż przed narodowym leniuchowaniem z okazji Święta Niepodległości. Zapiął dokładniej płaszcz, by ochronić się przed podmuchami chłodnego wiatru. Poprawił fedorę na głowie nonszalanckim, często trenowanym przed lustrem ruchem, bo był aż do przesady dumny z jej posiadania — może dlatego, że zapłacił za nią aż sto czterdzieści dziewięć złotych polskich, co stanowiło dwie trzecie jego miesięcznej pensji. Odruchowo uniósł wzrok ku zachmurzonemu niebu, jednak zobaczył tylko kłębowisko burych chmur, które opasywały ostatnie piętra wieżowca „Warty”.
Od kiedy pół roku temu redakcję „Monitora” przeniesiono na parter nowego, reprezentacyjnego drapacza chmur Krajowego Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Warta”, usytuowanego w Warszawie przy Placu Napoleona, Xawery miał zdecydowanie bliżej do pracy. Był nawet trochę dumny, że jako jeden z nielicznych może się pochwalić biurem w tym budynku. Biuro… Może stare biurko przyklejone do ściany tuż przy wejściu na salę prasową nie spełniało do końca wymogów nazwania go biurem, ale o tym wiedział tylko on. W końcu w wieku dwudziestu pięciu lat był redaktorem największej gazety codziennej w tym kraju. Wprawdzie w rubryce nowości i sensacji zamieszczanej na przedostatniej stronie, ale z prawem do zdjęcia przy artykule — a to już był prestiż.
Myślał tak do dzisiejszego dnia, zanim naczelny wezwał go pilnie z samego rana. „Naczelny wie o moim istnieniu” — stwierdził z mieszanymi uczuciami, idąc na piętro do obszernych gabinetów „generałów pióra”. Wśród pracowników funkcjonowała taka nazwa biura Redaktora Naczelnego.
— Pan jesteś od niespodzianek i cudów? — powitał go uśmiechem rubaszny głos starszego pana. — Xawery Prądzyński… No, masz acan nazwisko, ho, ho, tylko pozazdrościć! — zachwycał się naczelny, być może nawet szczerze. — A ja, widzisz pan, zwykły Lisiecki, taki prawie Kowalski — perorował tonem wyjaśniającym. — No ale cóż począć, ojciec zamiast w generały, poszedł w innym kierunku, niestety.
Lisiecki z miną wielce nieszczęśliwą przez chwilę wyglądał tak, jakby mu te generalskie szlify ktoś sprzed nosa ukradł. Szybko jednak ożywił się ponownie.
— Pan siada. Cygaro? Może kawy? Pił pan już? Nic tak nie pobudza do życia jak kawa… Ale, ale! My tu o głupotach, a praca jak zając — nie poczeka. Pojedzie pan do Siedlec i do Brześcia. Aparat pan ma, jak rozumiem?
— Dokąd? — Xawery faktycznie usiadł zaskoczony. — Po co?
Właśnie zdał sobie sprawę, że jego plany na najbliższe dni legły w gruzach. No, ległyby, gdyby je miał.
— Tak, mam aparat. Leicę — dodał zupełnie mimochodem.
— Doskonale! — Lisiecki klasnął w dłonie i uśmiechnął się, maskując zatroskanie, które nagle pojawiło się na jego twarzy. — Zrobi pan fotoreportaż z nekropolii. Wiesz pan: uroczystości, wiec narodowy, te sprawy. I niech się pan nie martwi o stronę pisaną, że się tak wyrażę — dorzucił, jakby spodziewał się, że niedoświadczony redaktor może się bać, iż go sprawa przerośnie. — Tekst napisze panna Adela, którą zaraz acan poznasz i którą panu pod kuratelę oddaję.
Lisiecki wskazał gestem dłoni za plecy zmieszanego nadal Xawerego. Ten jak na komendę wykonał zwrot w tył i ujrzał rzeczoną Adelę, wchodzącą lekko, ale pewnie do gabinetu. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy zobaczył osóbkę nad wyraz młodą, której się w redakcji nie spodziewał i której nigdy wcześniej nie widział.
— Panno Adelo — Lisiecki przeszedł nadspodziewanie zwinnie obok Xawerego, sprawnie ujmując drobne rączki dziewczyny w swoje. — Pan Xawery Prądzyński, nasz człowiek od cudów i rzeczy dziwnych. — Dokonał prezentacji. — Panna Adela Zagórzanka, która swych sił popróbować postanowiła w reporterskim fachu. Od pana potrzebujemy fotografii i muszą być one aktualne. W końcu to setna rocznica, nie można drukować byle czego, jakichś przebitek z ubiegłych lat, sam acan rozumiesz. A jeszcze, nie daj Panie Boże, wydarzy się coś ciekawego, innego niż zwykle, nieszablonowego… Niczego pan nie przegap, palec na cynglu i cykać! Panna Adela wrażenia opisze, na miejscu się przejrzy, może coś uzupełni… Klisze do aparatu weźmie pan u sekretarki. Pięć rolek wystarczy?
Lisiecki zawahał się i machnął ręką.
— A weź acan dziesięć! Nie będziemy przecież oszczędzać na patriotycznych uczuciach narodu.
Uderzył się otwartą dłonią w czoło teatralnym gestem.
— No i delegacja! Byłbym zapomniał. Policzmy: dwa noclegi w Brześciu ze śniadaniem w hotelu Hetmańskim — gdzieżby jaki nie hetmański hotel był w okolicy… — naczelny skomentował szyderczo własne słowa. — Dziewiętnaście złotych to będzie. No i obiady, oczywiście!
Wziął pióro z ozdobnego kałamarza i zaczął kreślić słupki matematyczne na kartce papieru, mrucząc pod nosem:
— Siedem jeszcze… no, osiem może… dwa bilety powrotne do Brześcia — a nie, to już kupione przecież. Bilety kolejowe na ekspres do Kijowa w sekretariacie pan odbierze — rzekł, patrząc znad kartki na Xawerego. — Razem dwadzieścia siedem złotych polskich plus na ekstra wydatki, żeby ewentualnie języka zasięgnąć… niech będzie pięćdziesiąt złotych.
— Rozumiem. Pięćdziesiąt złotych — zgodził się bezwiednie Xawery.
— No, to mamy omówione — zakończył naczelny. — Ale pana głównym zadaniem jest Brześć!
Lisiecki wstał zza biurka i usiadł obok Xawerego na skórzanej sofie.
— Znowu były błyski koło twierdzy! — zakomunikował pryncypał. — Tak, wiem — dodał szybko — „znowu, kogo to obchodzi”, powiesz acan. Otóż tym razem mają to na taśmie filmowej! — wykrzyknął, obserwując, jaki efekt wywrze ta nowina.
Xawery musiał mieć minę przynajmniej obojętną, bo Lisiecki machnął ręką, jakby chciał odgonić natrętną muchę, i niezrażony kontynuował:
— Kręcą tam ten słynny film o cudzie i akurat się sfilmowało to i podobno jeszcze więcej! Zadzwonił do nas jeden z techników z taką informacją.
— Jeszcze więcej? Czyli co dokładnie?
— Właśnie tego mają się państwo wspólnymi siłami dowiedzieć!
Xawery nadal stał przed wieżowcem „Warty”, odtwarzając w pamięci przebieg rozmowy. Obraz ogólny mąciła mu jednak postać panny Adeli, jej nieśmiałego uśmiechu, zalotnego spojrzenia. „E tam, wymyślam sobie!” — karcił się w duchu za tworzenie wyobrażeń o dziewczynie, która prawdopodobnie zupełnie taka nie była. Jednak myśli uparcie krążyły wokół niej, przeplatane błyskami brzeskimi. „Ot, ludowe opowieści i bajania o tym, jak to Matka Boska swoim gwiaździstym płaszczem otacza swoje dzieci i chroni je przed złem. Generalnie brednie ciemnego ludu”.
Świadkowie tych błysków to albo dzieci bawiące się pod murami fortu, albo pastuchy, albo w najlepszym przypadku grupa kamieniarzy idąca rano do pracy. A teraz błyski sfilmowano… Xawery nigdy zbyt poważnie nie zastanawiał się nad tym zjawiskiem. Czy to była prawda, czy po prostu legenda podsycana, by trwała w pamięci narodu, jak cudowny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej? Według podań błyski pojawiają się tam od pamiętnej bitwy z Rosjanami sto lat temu, którzy — jak mówi legenda — oślepieni majestatem Najświętszej Panienki, porzucili broń i zrejterowali z pola bitwy. Klęska ich była całkowita, morale upadło, a polskie pułki bez przeszkód wkroczyły do Brześcia, a potem dalej i dalej, aż do ostatecznego zwycięstwa.
Czy ktoś wierzył w tak przedstawioną historię? Xawery nie wierzył. Uważał, że legenda żyje własnym życiem i służy jedynie podnoszeniu ducha. Była Wanda, co nie chciała Niemca, byli rycerze Łokietka uśpieni w grotach — więc może być i gwiaździsty płaszcz Najświętszej.
2
Panna Adela była dziś wyjątkowo pogodnie nastawiona do życia. Zadowolona, że udało jej się przekonać najpierw ojca, a potem redaktora Lisieckiego — przyjaciela domu — do dania jej szansy wykazania się w dziennikarskim fachu. Była wyjątkowo krnąbrną córką, o czym zwykł mawiać jej ojciec profesor. Mimo wielokrotnych starań, aby uczynić z niej obiecującą archeolog, a przynajmniej pracownika naukowego uniwersytetu, Adela robiła wszystko, by nikim takim na pewno się nie stać.
Zaraz po studiach, których ukończenia nie mogła odmówić ojcu, wyjechała do nowej Niemieckiej Republiki Ludu, aby na własne oczy zobaczyć z bliska ów „nowy, wspaniały raj na ziemi”. Znajomość języków, w tym niemieckiego, bardzo pomogła jej w poznawaniu świeżej — i jak się potem okazało, mocno przereklamowanej — rzeczywistości kraju robotników i wszelkich proletariuszy, a zwłaszcza jednego z nich: Dietmara Hoffa. Młoda absolwentka konserwatywnego uniwersytetu, zafascynowana utopijną ideologią i ludźmi ją tworzącymi, przeżyła burzliwy romans, zgoła nieproletariacki.
Niestety szybko wyszło na jaw, że obiekt jej romantycznych westchnień okazał się być zupełnie nieproletariackim szpiegiem. Gdy niespodziewanie wokół niego zaczęła zaciskać się pętla wywiadowczych macek, Adela została uprowadzona w sposób mało wyszukany i przewieziona do Rzeczypospolitej jako bagaż dyplomatyczny księcia Bahrajnu. Ojciec odebrał ją na granicy osobiście i w oszczędnych słowach wyjaśnił, że jej szpiegowska przygoda właśnie dobiegła końca. Nie zdążyła mu wytłumaczyć, że nie miała z żadnym wywiadem nic wspólnego, bo gdy z jej sukienki wypruto kawałki gęsto zapisanej bibuły, zrozumiała, że okazała się głupią gęsią wykorzystaną w grze, o której nie miała pojęcia. Na złość ojcu, którego po cichu podejrzewała o współudział w tej aferze, postanowiła zostać nauczycielką zamiast pracownikiem naukowym.
Siedziała teraz na swojej ostatniej godzinie lekcyjnej, błądząc myślami wokół zbliżającej się podróży i pozwalając uczniom skupić się na próbnym teście olimpijskim, który jak co roku obowiązkowo pisali wszyscy wychowankowie szkół zarówno powszechnych, jak i wyznaniowych. Adela nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego wszyscy musieli w owym teście narodowym uczestniczyć. Niektórzy z jej uczniów nie posiadali elementarnej wiedzy w tym kierunku, nie interesowało ich to lub mieli trudności z zapamiętaniem podstawowych dat. A była to przecież szkoła powszechna o ustalonym, dobrym poziomie nauczania. Jak radzili sobie uczniowie szkół żydowskich, rusińskich czy choćby katolickich, gdzie poziom edukacji leciał w dół wprost proporcjonalnie do odległości placówki od stolicy? Jednak Komisja Edukacji Narodowej uparcie lansowała program: wszyscy obywatele Rzeczypospolitej Narodów mówią i piszą w języku urzędowym — po polsku — i chętnie wezmą udział w narodowym blamażu historycznym.
— Pszepanią, kiedy tego orła postawili?
— Nie mówimy „pszepanią”, tylko „proszę pani” — poprawiała mechanicznie. — W tysiąc osiemset pięćdziesiątym roku.
— A kiedy umarł hetman?
— W tym samym roku, przecież to łatwo zapamiętać. Orzeł, hetman, konstytucja. Zawsze trzeciego maja — irytowała się Adela, ale odpowiadała na każde, nawet najbardziej niedorzeczne pytanie podopiecznych.
— Dlaczego Gwiaździsty Płaszcz jest niebieski, a nie biały? Przecież gwiazdy są białe?
— Jest błękitny, nie niebieski — odpowiadała nadal beznamiętnie.
„Podobno Hetman nie zgodził się na wizerunek Matki Boskiej w płaszczu i zastąpili go orłem. Czy to prawda, tatku?” — pytała ojca, kiedy jeszcze sama zadawała podobne pytania w szkole. Jej ojciec, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i czynny archeolog, w kontaktach z córką-jedynaczką był wybitnie cierpliwy. Potrafił obrazowo tłumaczyć zagadnienia, o które pytała, często robiąc szkice ołówkiem, a nawet układając jej lalki w kolumny wojska, by wyjaśnić zawiłości operacji militarnych.
— Podobno — przytakiwał. — Stało się tak dlatego, że bardzo zależało wszystkim na przedstawieniu nowej Rzeczypospolitej w świecie jako kraju nowoczesnego, a przynajmniej bardziej nowoczesnego niż carska, klerykalna Rosja. Rosja, którą właśnie pobiliśmy. Sytuacja wtedy nie była dla nas najlepsza, mimo wszystko. Przecież naszą kolebkę narodową, Wielkopolskę, odebraliśmy Niemcom zaledwie przed chwilą. Na południu Austriacy stracili Kraków, a w Galicji wciąż trwało powstanie. Trzeba było pokazać Europie i światu, że jesteśmy tu i będziemy, i to nie Bóg tak chce, tylko My, Polacy, oraz wszyscy ci, którzy Rzeczpospolitą za swoją matkę-ojczyznę uznają. Orzeł do tego pasuje idealnie, to przecież symbol naszego kraju od zarania dziejów. Jak dziś widzisz Błękitny Sztandar Rzeczypospolitej Narodów, zastanawiasz się, skąd się wziął, czy po prostu jesteś dumna?
Adela, wspominając słowa ojca, odruchowo spojrzała na zawieszony w klasie Zestaw Patriotyczny, który można było zakupić za niecałe dziesięć złotych polskich w każdym sklepie na terenie kraju. Ów zestaw bowiem, zgodnie z ustawą, musiał być dostępny w cenie urzędowej dziewięciu złotych i dziewięćdziesięciu groszy w dowolnym punkcie handlowym, a także w polskich placówkach dyplomatycznych i innych agendach za granicą.
W zestawie znajdował się błękitny sztandar, fotokopia portretu Hetmana Prądzyńskiego oraz — tu już wymiennie — fotokopie portretów aktualnych przywódców państwa. Od czasów Hetmana (tego pisanego wielką literą) Prądzyńskiego, przywódcami zawsze byli hetmani, a że pełnili tę funkcję dożywotnio, nie było ich zbyt wielu. Władzę faktycznie sprawował Sejm Ustawodawczy, wybierany w głosowaniu powszechnym wszystkich stanów co cztery lata. Sejm wyłaniał Rząd Narodowy, a jego Prezydent był politycznym liderem narodu. Żaden duchowny ani żołnierz nie mógł być posłem na Sejm, więc Rzeczpospolita zawsze miała u władzy duet: Hetmana-żołnierza oraz polityka-cywila.
Adela spoglądała zatem na sztandar. W błękitnym polu biały orzeł, a wokół niego wirujące białe gwiazdy… Jak to było? Tyle gwiazd będzie w sztandarze Rzeczypospolitej, ile narodów ją tworzących. Gdzie tu miejsce dla Matki Boskiej, otaczającej płaszczem swoje dzieci?
Dzwonek wyrwał wszystkich ze stanu uczniowskiego skupienia i w jednej chwili przestawił ich na tryb euforii. Adela wiedziała, że próby powiedzenia czegokolwiek w tej chwili nie mają sensu. Powoli zebrała z biurka swoje rzeczy, poczekała, aż wszyscy opuszczą klasę i wyszła ostatnia. Zaczynało się kilkudniowe, radosne Święto Niepodległości i jej pierwsza przygoda z dziennikarstwem, na spotkanie z którym nie zamierzała się spóźnić ani o minutę.Rozdział 3
_Brześć nad Bugiem, kwiecień 1931_
1
Komisarz Policji Państwowej w Brześciu nad Bugiem, Marek Hrynicki, siedział na posterunku szóstym i pił już trzecią kawę, przeglądając ze znudzeniem miejscowy „Głos Narodowy”. Zastanawiał się właśnie, dlaczego niemal każdy lokalny dziennik musi być koniecznie „narodowy” albo „patriotyczny”, skoro jego zawartość to zwyczajowe zapchajdziury: ogłoszenia, nekrologi i nieco sportu na ostatniej stronie. Nic, na czym można by zawiesić oko na dłużej niż trzy sekundy.
_„Poznam Panią w celu matrymonialnym, o miłej aparycji i uczciwych dochodach”._ I kolejna sensacja: _„Zmarł wczorajszego wieczora, doznając udaru, znany w mieście doktor od spraw medycyny ogólnej, któren ratował porażonego prądem elektrycznym kolejarza brzeskiego. Rodzina nieutulona w żalu etc, etc”_. Albo wszechobecne reklamy czego się tylko da: _„Jąkaniec oraz wszelkie inne zboczenia mowy radykalnie usuwa zakład leczenia dla jąkałów na ulicy Prądzyńskiego przy magistracie. Śniegowce odnawia, naprawia i lakieruje zakład wulkaniczny…”._
Komisarz Hrynicki, dobrze zbudowany, wysoki mężczyzna około trzydziestki, z włosami elegancko zaczesanymi do tyłu i lekko połyskującymi pod obowiązkową warstwą brylantyny, był — jak co dnia — nienagannie ogolony. Sprawiał wrażenie znacznie lepsze niż cała reszta policjantów nie tylko w Brześciu, ale być może i w znacznej części kraju. Jego sportowa przeszłość wyraźnie odbijała się tak w proporcjonalnej sylwetce, jak i w charakterze. Jak tłumaczył kolegom, nie miał czasu nauczyć się pić ani palić i jakoś musiał z tym żyć, a na częstych policyjnych popijawach lub sobotniej „rybce” pozostawał przy butelce piwa.
Od czternastego roku życia uprawiał lubianą i popularną w kraju dyscyplinę sportową, nazywaną soccerem. W swojej seniorskiej karierze wystąpił w stu czterdziestu dziewięciu meczach ligowych Orła Brześć i nie obronił zaledwie dwudziestu dziewięciu strzałów! Dwukrotnie powoływano go do kadry Rzeczypospolitej na mecze międzypaństwowe, gdzie nie zagrał jednak ani minuty. Złamana noga i poważny uraz stawu biodrowego zakończyły jego profesjonalną karierę w chwili, kiedy miała na dobre rozkwitnąć. Po sezonie 1923/24 głośno pisano o jego nowym kontrakcie z Pogonią Lwów — najlepszą drużyną piłkarską w kraju i czołową w środkowej Europie.
Po roku rekonwalescencji zarzucił sport wyczynowy i zajął się swoją drugą pasją: kryminalistyką. W policji starościńskiej szybko zauważono jego zdolności dedukcyjne, znajomość przepisów i biegłość w wykorzystywaniu nowinek technicznych. Sam starosta brzeski rekomendował go do pracy w Policji Państwowej, bo — jak stwierdził — szkoda, aby talent marnował się w „straży miejskich skautów”, jak potocznie nazywano starościńskie jednostki porządkowe. Z poparciem odpowiednich ludzi, ale głównie dzięki własnej pracy i profesjonalizmowi, Marek Hrynicki szybko stał się jednym z najlepszych śledczych w mieście, któremu powierzano najtrudniejsze sprawy.
Był jednak coraz bardziej rozdrażniony sytuacją, w jakiej się znalazł. Nie mogąc odmówić komendantowi, dawał się wplątywać w zdarzenia zgoła niepotrzebne.
— Pojedzie pan na „szóstkę”. Dzwonił tam jakiś świadek ostatniej ferii światełek z informacją, że był świadkiem być może zabójstwa — komendant przeczytał notatkę otrzymaną z dyżurki.
— Jak to: być może? — wtrącił Hrynicki, zupełnie zbędnie. Przecież nawet gdyby zadzwonił ktoś podający się za króla Ubu, komendant przekazałby mu tę informację bez śladu emocji.
— No, tak podobno powiedział. Nie chciał słuchać, co powinien zrobić w tej sytuacji, tylko nalegał na spotkanie ze śledczym od zabójstw. Twierdzi, że ma dowody i takie tam. Dziwna sprawa, ale nie możemy tego po prostu zbagatelizować, sam pan rozumie.
Rozumiał, ale to nie pomagało na rozdrażnienie. Gdyby był pijący jak inni koledzy, miałby przy sobie dyskretną piersiówkę od Baczewskiego i mógłby umilić sobie czas oczekiwania. Żona opuściła go nie dlatego, że pił, ale dlatego, że nie pił i nie wracał na noc, co było dla niej, Rusinki z dziada pradziada, mocno podejrzane. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego zdrowy mężczyzna nie pije wódki jak każdy normalny człowiek, tylko wymyśla historie o nocnych eskapadach. Tłumaczenia, że policjant, kurwa i złodziej na jednym jadą wozie i to zwykle nocą, nie przynosiły rezultatu. Gdy odmówił zmiany zawodu, żona znalazła sobie aktora-domatora i wyjechała z nim do Lwowa, gdzie ów gach kariery nie zrobił, wpadł w alkoholizm i przestał wracać na noce. Co się z nią działo dalej — nie wiedział i nie był ciekaw.
— Do komisarza Hrynieckiego? — pytanie wyrwało go z letargu.
Stał przed nim około trzydziestoletni mężczyzna z nienaturalnie siwą czupryną, która dominowała nad jego wyglądem.
— Hrynickiego — poprawił. — To pan telefonował do komendy?
— Tak, dyżurny kazał mi się tu stawić — odparł przybyły, siadając lekko na krześle i rozglądając się ukradkiem.
— Czemuż to nie złożył pan zeznań do protokołu jak przykładny obywatel, tylko fatyguje pan komisarza Policji Państwowej i jeszcze się spóźnia?
— Musiałem mieć pewność, że nikt za mną nie idzie. Wie pan, taka dodatkowa ostrożność.
Hrynicki spojrzał na rozmówcę z niedowierzaniem. „Kolejny świr, a ja muszę mieć notatkę służbową, bo inaczej potrącą mi dniówkę za lewiznę na służbie. Święta — wysyp świrów…” — pomyślał.
— Przecież przyszedł pan na komendę policji, a to łatwo zaobserwować komuś, kto mógłby pana śledzić…
— Bo… nieważne — zmieszał się nieco przybyły. — Jestem geodetą. Prowadzę aktualnie pomiary działek za twierdzą na zlecenie magistratu. Takie tam, nudne w sumie, nie ma o czym opowiadać.
Hrynicki zwrócił uwagę, że polszczyzna, jak i akcent rozmówcy, były dość dziwne. Na pewno nie był z tych stron. „Musi być z dalekiego wschodu” — pomyślał, analizując melodyjność jego głosu.
— Do rzeczy, panie…
— Edelmann. Tak się nazywam. Tak, Edelmann. Jakby tu… no, o błyskach pan słyszał, a może i widział ostatnio u filmowców? To wiadomo, mam nadzieję…
— Panie Edelmann, bądź pan łaskaw powiedzieć o przestępstwie — napomniał komisarz.
— No właśnie ku temu zmierzam, szanowny panie. — Edelmann powtórzył, szukając zgubionej frazy. — Więc widzę ten galimatias… no, wszyscy, co tam byli, widzą, żadna tajemnica. I tych ludzi, co to się niby nagle pojawili i znikli równie nagle, nieboszczyka ze sobą taszcząc.
— Chce mi pan powiedzieć, że widział pan jakichś ludzi z nieboszczykiem?
— Ja nie wiem, czy oni byli z nieboszczykiem — geodeta odparł szybko. — Taszczyli bezwładne ciało, tyle widziałem, zanim zniknęli.
— I tylko pan to widział? Ktoś stał z panem? — dopytywał komisarz. — Tam sporo ludzi było tego dnia.
— Akurat przy mnie nikogo nie było, nie przypominam sobie, ale też nie w tym rzecz.
— W czym zatem rzecz jest?
— Jak już kurz po wszystkim opadł, przeszedłem się tamtędy. Korciło mnie sprawdzić, z ciekawości, co to mogli być za ludzie i skąd się wzięli. Bo wedle mnie oni po prostu przeszli przez jakieś zamaskowane przejście, takie… bardziej niewidzialne dla innych.
— Niewidzialne przejście, mówisz pan… — Hrynicki powtórzył, zastanawiając się nad czymś zupełnie innym. — I cóżeś pan odkrył?
Edelmann położył na stole mały pakunek. Policjant ostrożnie zaczął go rozwijać, by w końcu ujrzeć klamrę i kawałek parcianego paska.
— Klamra od pasa — wymamrotał pod nosem. Na metalu widniał wygrawerowany napis cyrylicą. — CCCP… — wydukał z trudem komisarz. — Nic mi to nie mówi. Co w tym istotnego? — zapytał sam siebie i odwrócił klamrę, by zobaczyć jej wewnętrzną stronę.
Zauważył tam wyraźnie wygrawerowane godło, przypominające prawdopodobnie symbolikę Niemieckiej Republiki Ludu: sierp i młot skrzyżowane ze sobą w otoczeniu wieńca z liści laurowych na rzymską modłę. Hrynicki długo się temu przyglądał, jednak nie mógł sobie z całą pewnością przypomnieć, jak dokładnie wygląda oficjalne godło NRL. „A na cholerę mi to wiedzieć?” — żachnął się w duchu. Pod spodem widniały równie wyraźne litery, także cyrylicą: Sława i chwała.
— I pan to znalazłeś gdzie? Tam, gdzie ci ludzie w tę bramę niewidzialną weszli?
— Tam właśnie.
2
Komisarz Hrynicki wyszedł z posterunku na podwórze, minął dwa przylegające dziedzińce i skrótem dostał się na ulicę prowadzącą wprost ku twierdzy. Dzięki temu nie zauważył zdarzeń, które w tej samej chwili rozgrywały się niemal przed frontem komisariatu.
Edelmann, rosły młodzieniec z nienaturalną czupryną siwych włosów, wyszedł tylnymi drzwiami, tak jak polecił mu dyżurny. Był zmęczony, przygarbiony, jakby rozmowa z Hrynickim kosztowała go więcej, niż chciałby przyznać. Zatrzymał się na schodku, poprawił kołnierz płaszcza i rozejrzał się odruchowo — nie jak ktoś śledzony, raczej jak człowiek, który ma za dużo na głowie.
Ulica przed komisariatem była spokojna. Kilka kobiet wracało z targu, chłopak prowadził rower, a na rogu stała dorożka. Koń trwał nieruchomo, jakby drzemał na stojąco. Woźnica siedział na koźle, pochylony, z rękami głęboko w kieszeniach płaszcza. Siwowłosy ruszył w stronę domu.
Przeszedł zaledwie kilka kroków, gdy po drugiej stronie ulicy pojawił się starszy mężczyzna. Niewyróżniający się: szary płaszcz, kapelusz, twarz jak z tłumu. Tylko spojrzenie miał inne — zimne, skupione, jakby na coś czekał. Edelmann go nie zauważył. Tamten przeszedł powoli na środek chodnika, zatrzymał się przy latarni i wyjął z kieszeni niewielki przedmiot przypominający kieszonkowy zegarek. Obrócił czymś w palcach. Nic więcej.
W tej samej chwili koń przy dorożce gwałtownie uniósł łeb, jakby pchnięty niewidzialnym bodźcem. Woźnica — dotąd ospały — wyprostował się i chwycił lejce. Nie spojrzał na zwierzę. Patrzył prosto na siwowłosego. Dopiero potem szarpnął.
Koń ruszył z miejsca z nienaturalną energią. Dorożka potoczyła się szybciej, niż pozwalały przepisy, ale nie na tyle gwałtownie, by wzbudzić podejrzenia. Edelmann usłyszał stukot kopyt dopiero w ostatniej chwili. Odwrócił się, zdążył zrobić pół kroku w bok — za mało. Uderzenie rzuciło go na bruk. Zanim woźnica zdołał osadzić pojazd, było po wszystkim.
Ludzie z pobliskich sklepów wybiegli na ulicę. Woźnica zeskoczył z kozła, krzycząc wniebogłosy:
— On mi wyszedł prosto pod konie! Koń się spłoszył! Ja nic nie mogłem!
Koń jednak stał już spokojnie, jakby nic się nie wydarzyło.
Starszy mężczyzna w szarym płaszczu trwał jeszcze chwilę przy latarni. Patrzył na leżącego bez emocji. Potem schował mały przedmiot do kieszeni, odwrócił się i odszedł w stronę bocznej uliczki. Zniknął, zanim ktokolwiek zwrócił na niego uwagę.
Gdy policja przyjechała, świadkowie mówili już tylko o „nieszczęśliwym wypadku”. Woźnica powtarzał swoją wersję jak wyuczony tekst. W raporcie zapisano krótko: Śmierć w wyniku potrącenia przez dorożkę. Brak znamion udziału osób trzecich.
Nikt nie wspomniał o starszym mężczyźnie. Nikt nie zauważył, że dorożka nie posiadała numeru cechowego. Nikt nie zapytał, dlaczego koń ruszył tak gwałtownie. Dorożka zniknęła z ulicy pół godziny później. Woźnica również.
3
Hrynicki zaintrygowany dziwną klamrą od paska, przewędrował pół miasta, poświęcając na to prawie całą sobotę.
Odwiedził Muzeum Wojny o Niepodległość, zaszedł nawet do biura kustosza. Był w twierdzy, gdzie w części udostępnionej dla zwiedzających obejrzał prawie każdy butik i stragan z pamiątkami — i nie dowiedział się niczego. Postanowił zrobić jeszcze rundę po sklepach z militariami, których, jak wiedział, były w mieście dwa. Jeśli i tam niczego nie wskóra, da sobie spokój. W końcu to jego prywatne śledztwo, czy raczej ciekawość, która zabierała mu czas, a ten mógłby przecież spędzić… No właśnie, gdzie? Z kim? Żona odeszła, dzieci nie miał, rodzina mieszkała daleko. Jedyną jego pasją była praca.
Pierwszy sklep z militariami okazał się mocno przereklamowany. Wyszedł zawiedziony. Po niedługim spacerze trafił do kolejnego punktu, gdzie — jak sobie przypomniał — znał właściciela. Trafił on swego czasu do policyjnego rejestru w związku z niejasnym śledztwem dotyczącym napadu rabunkowego i przerobionego rewolweru, ale szczegółów komisarz już nie pamiętał. Właściciela rozpoznał od razu: starszy, tęgi mężczyzna z krótką kozią bródką, kompletnie łysy i w śmiesznych okrągłych okularach.
— Witam pana komisarza! — zaryczał zza kontuaru wykonanego chyba z dna starej łodzi rybackiej. — Miło widzieć! Cóż pana sprowadza? Czyżby znowu ktoś mojej broni użył niezgodnie z przeznaczeniem?
Hrynicki natychmiast przypomniał sobie tamtą sprawę: postrzelony właściciel salonu meblarskiego i dochodzenie, które kazano mu zamknąć ze względu na brak dowodów. Wtedy właśnie poznał Alojzego, który raz występował w roli świadka, raz ofiary włamania, by za chwilę stać się cichym informatorem policji. Nie spodziewał się zobaczyć go tutaj w roli sklepikarza.
— Spokojnie, panie Alojzy, jestem tu całkiem prywatnie — uśmiechnął się komisarz, podając rękę na przywitanie.
— Policja Państwowa nawet jak jest prywatnie, to nie jest… wie pan, taki fach. Jak mogę pomóc?
— Ano, może mógłby pan — odparł Hrynicki, kładąc klamrę na kontuarze.
Alojzy chwycił lupę i zaczął metodycznie lustrować przedmiot. Trwało to chwilę, po czym jednym płynnym ruchem zniknął za kotarą. Wynurzył się po chwili, kładąc obok klamry nóż z długim ostrzem.
— To wojskowy nóż z cechami bagnetu — wyjaśnił Alojzy. — Nie znam tej techniki i tego modelu. Ale bez wątpienia jest tu ten sam symbol, prawda?
Hrynicki spojrzał uważnie. Grawerunek przedstawiał skrzyżowany sierp z młotem i litery CCCP. Pod numerem seryjnym komisarz odczytał datę: 2017.
— Skąd pan…
— Kupiłem to jako znalezisko z pola bitwy, gdzieś w Prusach — odparł szybko Alojzy. — Wątpię jednak w tę wersję. A i oferent był ciekawą postacią: młody człowiek z mocno wschodnim akcentem i czupryną naturalnie siwych włosów.
— Możliwe — Hrynicki już wiedział, że trafił na trop. — Co pan powie o tych rzeczach?
— W klamerce jest zatrzask. Takich klamer używa się teraz w armii, ale to są bardzo świeże rozwiązania, dopiero wchodzą do użycia.
Alojzy zawahał się.
— Zapraszam na zaplecze. Zamknę sklep. Coś sprawdzimy.
W pomieszczeniu odezwał się terkot telefonu, którego Hrynicki nie mógł zlokalizować. Zobaczył dopiero słuchawkę przy uchu Alojzego i wyraz jego twarzy, który wyraźnie tężał.
— No, to żeście po prostu dali dupy i to po całości — odezwał się półgłosem do słuchawki. — Nie, poradzę sobie… Porozmawiamy później. — Odłożył niewidoczne urządzenie i zwrócił się do policjanta: — Przepraszam, kapitanie… sprawy handlowe. Wracając do tematu.
Alojzy położył na blacie blaszaną tablicę.
— Widzi pan — wskazał na napis: Posen Betriebsrat. — Pamiątka po odzyskaniu Poznania w 1922 roku. To ich godło. Podobne do tego na klamrze, ale tylko podobne. Tu jest młot i cyrkiel, a tam młot i sierp. Te narzędzia są takie same jak na moim bagnecie.
Sięgnął po atlas i postukał palcem w fotografię godła Niemieckiej Republiki Ludu Liebknechta i Uljanowa.
— To samo. Na klamrze nie ma godła NRL. Wiem jedno: to nie jest niemieckie. Jest taki profesor z Warszawy, archeolog Belina. Zajmuje się militariami. Można by go zapytać.
— Za daleko dla mnie — odparł Hrynicki. — Przejdę jeszcze na błonia. Może ktoś coś przeoczył.
— Czyli to jest to, co znaleziono na planie filmu, kiedy zaobserwowano błyski? — zapytał Alojzy wyczekująco.
— Pewności nie mam. Ale to wersja, którą znam.
— Samochód stoi przed sklepem. Mam pełny bak. Jeszcze dziś możemy być w Warszawie. A wcześniej podwiozę pana na miejsce znaleziska.
— Byłoby dziwne, gdyby takie rzeczy sprzedawali hurtowo przypadkowi ludzie — mruknął komisarz, chowając klamrę do kieszeni. — Czyli ta CWS Torpeda przed sklepem to pańskie cacko?
Alojzy uśmiechnął się szelmowsko. Odpowiedź była zbędna.Rozdział 8
_Warszawa, kwiecień 1931_
1
Xawery Prądzyński, redaktor „Monitora Polskiego” z wydziału ciekawostek i nowości, męczył się od trzech godzin, aby sprostać zadaniu opisania ostatnich wydarzeń w artykule nieprzekraczającym pięciuset wyrazów. Jak miał ubrać w słowa stratę Adeli? Stratę? Wszystkie miejscowe służby mundurowe trzykrotnie przeczesały błonia i okolicę. Szukały psy, sprawdzali płetwonurkowie w rzece, wypytano każdego, kogo tylko było można. Ale niektórych przesłuchać się nie dało. Nie odnaleziono starego pasterza, którego Xawery wskazał jako głównego podejrzanego, a być może nawet porywacza.
Taksówkarz spod hotelu Hetmańskiego był ostatnim, który widział Adelę. Wskazał miejsce, gdzie ją dowiózł, i na tym ślad się urywał. Po kilku dniach bezowocnych poszukiwań policja przerwała działania, odnotowując w raportach: Adela Zagórzanka, zaginiona bez wieści…
Xawery był jednak pewien, że starzec, który rozpłynął się w powietrzu, ma z tym zaginięciem najwięcej wspólnego. O pasterzu wiedział jednak tylko on. Tak mu się przynajmniej zdawało, dopóki nie spotkał Julii. Młoda, energiczna blondynka w pierwszej chwili wydała mu się niemal kopią Adeli. Ta sama kaskada loków opadająca w nieładzie na czoło, podobny zalotny uśmiech i przenikliwe spojrzenie.
— Julia Wejchert, „Nowiny Lwowskie” — zaczepiła go bezceremonialnie i przysiadła się do stolika, przy którym pił kawę i teoretycznie pracował nad tekstem.
— Nie udzielam wywiadów — odrzekł, nie podnosząc wzroku.
— To i dobrze — dziewczyna odparowała natychmiast. — Bo nie ma o czym opowiadać, dopóki nie ustalimy, gdzie przepadają ludzie na błoniach, prawda?
Xawery uniósł głowę, spoglądając na nią uważniej.
— Ludzie? — zapytał. — Zaginęła moja koleżanka, to jeszcze nie „ludzie”…
— Prawie dwa lata temu w tym samym miejscu zniknęło przynajmniej trzech mężczyzn. Pan jeszcze do tego nie dotarł, a ja owszem. — Uśmiechnęła się niemal identycznie jak Adela. — Jednym z tamtych zaginionych był Horowitz, dziennikarz z pańskiego „Monitora”.
— Panno Julio…
— Drugim zaginionym jest mój brat, porucznik SZRN, Karol Wejchert — dodała szybko.
— Wojsko? Dwa lata temu? — Xawery wyprostował się na krześle.