Brat Albert - ebook
Brat Albert, jakiego znamy z obrazów i świątobliwych opowieści, jest czuły, miłosierny i troskliwy, ale jednocześnie bardzo nieprawdziwy. Nastoletni Chmielowski napadł przecież na pocztowy furgon, a z oddziałem powstańców „komandosów” atakował Moskali, walcząc o życie i wolność. W czasie potyczki z nimi stracił nogę. Uciekając przed represjami, zamieszkał aż w Paryżu, gdzie klepał biedę, mogąc jedynie pomarzyć o życiu wyższych sfer. Po ogłoszeniu amnestii dla powstańców wrócił na ziemie polskie.
Był utalentowanym malarzem, który dopiero z czasem zaangażował się w pomoc najbiedniejszym. To jednak nie było łatwe. Musiał mierzyć się z odtrąceniem przez dotychczasowych przyjaciół, nie rozumiejących jego oddania się pracy na rzecz ludzi najuboższych, i niechęcią duchownych, którzy traktowali to jako fanaberię artysty.
Natalia Budzyńska przedstawia nam człowieka z krwi i kości. Uczłowiecza Świętego i pokazuje go takiego, jaki był naprawdę – surowego, bezpośredniego, twardego, ale równocześnie bezgranicznie kochającego.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-5028-4 |
| Rozmiar pliku: | 6,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Lubię to zdjęcie. Nie widziałam go w żadnej biografii, w żadnym opracowaniu. Dziwne, bo zdjęć Brata Alberta jest w ogóle niedużo, więc fakt niewykorzystania tego tym bardziej zastanawia. Nie lubił fotografowania i nie pozwalał sobie robić zdjęć. Unikał tego, jak mógł, i trzeba powiedzieć, że skutecznie. No bo jakie fotograficzne portrety Adama Chmielowskiego znamy? Najczęściej reprodukowane są cztery. Adam Chmielowski jako malarz i artysta, z długim włosem zaczesanym do tyłu, ufryzowaną i modnie przystrzyżoną bródką, rozmarzonym wzrokiem. Ubrany jest w marynarkę, kołnierzyk białej koszuli przewiązany wstążką. Adam Chmielowski apostoł Podola, z bujną brodą, czarną i gęstą, w baraniej czapce na głowie, patrzy stanowczo i zuchwale prosto w obiektyw. W podolskim kożuchu wygląda, jakby dopiero co zsiadł z konia. Brat Albert cztery lata przed śmiercią na tle jakiejś grubo tkanej zasłony. Całkiem siwa broda, binokle, wzrok zatroskany, jakby trochę zagubiony, wyraz twarzy jakiś taki… niemy. I jest jeszcze zdjęcie z urzędowej legitymacji z 1915 roku, ustawione przez fotografa: Brat Albert bez okularów, w płaszczu – pelerynie zapiętej pod szyją na kołek, z kapturem. Poza tym dosłownie kilka zdjęć zbiorowych, pozowanych, tylko jedno w habicie. Mało znany portret z młodości uczniowskiej i jeszcze jeden sprzed 1883 roku, z okresu bardzo dramatycznego, co widać po oczach: rozbieganych, wyostrzonych, uważnych. Nam utrwalił się jednak wizerunek z obrazu namalowanego przez osiemdziesięcioletniego Leona Wyczółkowskiego, który wprawdzie znał Adama Chmielowskiego, ale portret ten malował już po jego śmierci, korzystając z ostatnich fotografii. Na tym obrazie Brat Albert przytula dziecko. No i patrzy na nas tym zatroskanym wzrokiem. Tak bardzo smutnym i smętnym. Wyczółkowski malował ten portret w latach 1932–1933 na zlecenie związane z rozpoczęciem procesu beatyfikacyjnego. Zanotował: „_Brat Albert_ ma dobry wyraz. Do farb lawendowy olejek, bo oleju nie znoszę, drażni mnie. Habit Brata Alberta jak wór, dziecko tuli się”. Obraz nie jest dokończony i nie jest zbyt udany. Jego druga wersja przedstawia zakonnika już bez dziecka; właściwie jest to malarski odpowiednik fotografii z 1912 roku.
Brat Albert w Zakopanem, ok. 1915.
autor nieznany, źródło: archiwum sióstr albertynek w Krakowie
Te wizerunki nijak mi nie pasowały do Brata Alberta, jakiego zaczęłam poznawać. Nie był przecież ani przez chwilę ckliwym staruszkiem. Miłość, jaką otaczał ubogich i wszystkich dookoła, była męska i radykalna. Wymagająca i wybaczająca. Po prostu ojcowska. Dlatego tak podoba mi się zdjęcie z papierosem. Brat Albert jest na nim bliski, realny, prawdziwy. Patrząc na tę fotografię, czuję ciepło słońca, zapach traw i dymu papierosowego. Słyszę szumiący potok i opędzam się od much. Wydaje mi się, że kiedy dotknę habitu, poczuję jego szorstkość. Mogłabym usiąść na ławce pod tą drewnianą ścianą i po prostu pogadać. Ciekawa jestem, czy to jest ta fotografia zrobiona z zaskoczenia przez fotografa generałowej Zamoyskiej. Podobno znając niechęć Brata Alberta do aparatu fotograficznego, generałowa zorganizowała podstęp. Wiedząc, że będzie u niej z wizytą, kazała fotografowi stanąć w konkretnym miejscu i zrobić zdjęcie bez pytania, znienacka. Brat Albert był bardzo niezadowolony, był na nią zwyczajnie zły. Ale może dzięki temu podstępowi mamy Brata Alberta takiego na wyciągnięcie ręki, bliskiego i ludzkiego. Zaraz pochyli głowę, spojrzy gdzieś w bok, strzepnie popiół z papierosa, odwróci się i pójdzie dalej, poza kadr.1. Rodzice
Rodzice Adama Chmielowskiego, Wojciech i Józefa, poznali się najprawdopodobniej w Warszawie. On mieszkał sam przy ulicy Leszno, ona jakiś czas z rodzicami przy ulicy Świętojerskiej. Potem razem z nimi wyprowadziła się z miasta, ale niedaleko, mogli się więc widywać z Wojciechem na przykład w niedziele na proszonych obiadach. Wyobraźmy sobie niedzielne letnie przedpołudnia w podwarszawskim Brwinowie. Dworek, w którym mieszkała rodzina Borzysławskich: białe wiklinowe fotele, bladoróżowe malwy pod oknami, herbaciane róże na stole, motyle, brzęczące owady. Podjeżdża bryczka, wysiada z niej młody mężczyzna. Możliwe, że przybywało ich z Warszawy dwóch, bo w domu w Brwinowie były dwie panny i obie w tym samym roku wyszły za mąż. Musieli przyjeżdżać bryczką albo jakimś powozem, skoro Kolej Warszawsko-Wiedeńską przez Brwinów poprowadzono dopiero w 1845 roku. A tymczasem był rok, powiedzmy, 1837. Za rok ślub. Tak to właśnie mogło wyglądać. Jak inaczej mogli się bliżej poznać kawaler z Podola i panna z Warszawy? Nie odkryta pozostaje reszta okoliczności: kto ich ze sobą poznał, kiedy i jak się sobą zachwycili. Nie było żadnego mezaliansu. Oboje pochodzili z tej samej grupy społecznej: ze szlachty, która już nic nie miała. Może jakiś kawałek ziemi, który był tylko wspomnieniem dawnej świetności rodu. Herby na ścianach, drzewa genealogiczne w szufladach. I tyle. Trzeba było wiele sprzedać, żeby jakoś żyć, a co gorsza, trzeba było pracować dla innych. To była ta zubożała szlachta, której synowie zaczynali kariery urzędnicze z powodzeniem większym lub (niestety, częściej) mniejszym.
Zacznijmy od Wojciecha Chmielowskiego. Urodził się albo w Miropolu, albo we wsi Czartorya, w każdym razie z pewnością w powiecie żytomierskim, hen, na wschodzie dawnej Rzeczpospolitej Polskiej. Jeszcze wtedy, w 1811 roku, Chmielowscy posiadali tam majątek, który musieli potem sprzedać lub zwyczajnie go stracili i z Wołynia przenieśli się na Podole, najpierw do Jaryszowa, a potem do malowniczej wsi Kudryńce w zakolu rzeki Zbrucz. W Kudryńcach minęło dzieciństwo i młodzieńcze lata ojca przyszłego Brata Alberta, a i on sam w przyszłości spędzi tam wiele dobrych chwil z rodziną. Kudryńce będą bliskie i jemu, i jego braciom, i całej rodzinie, ale to dopiero później. Na razie nie żyje już ojciec Wojciecha, Franciszek, a matka, Felicjanna z Kwaśnickich, wychowuje siódemkę dzieci, z których Wojciech jest prawdopodobnie najstarszy, a Petronela najmłodsza. Petronela jest ważna, bo z nią Adam Chmielowski będzie miał bardzo dobry kontakt i to ją będzie z całej rodziny wspominał najczęściej. Wprawdzie w niektórych biografiach pisanych wiele lat później można się natknąć na stwierdzenie, że „Chmielowscy mieli wielkie dobra na Podolu”, ale to nie do końca prawda. Nie mogli mieć zbyt dużego majątku w Kudryńcach, bo tam właścicielami ziem byli niemal wyłącznie hrabiowie Koziebrodzcy. I w końcu właśnie im Felicjanna Chmielowska sprzedała to, co miała, i wyjechała z powrotem do Jaryszowa. Tam pochowany był jej mąż.
Więcej o młodości Wojciecha Chmielowskiego nie wiemy, niż wiemy. Nie brał udziału w bitwach, nie miał żadnego majątku, nie był karany i kto to wie, do jakich szkół chodził. Nigdzie nie przedstawiał żadnych świadectw, więc może uczył się w domu? Kiedy miał dwadzieścia lat, zaczął pracować jako cywil w wojsku. Będąc szlachcicem (herbu Jastrzębiec), miał pewne przywileje, na przykład omijał go pobór do wojska carskiego. Zajmował się intendenturą i szybko awansował, bo wiemy, że już w 1834 roku nie musiał dostarczać żywności do oddziałów stacjonujących w miastach Królestwa Polskiego, jeżdżąc od jednego do drugiego, ale mógł prowadzić życie bardziej ustabilizowane i osiadłe, pracując w Komisji Głównej Intendentury Armii Czynnej w Warszawie. Zamieszkał przy ulicy Leszno, numer posesji 744. Spokojna okolica, wysokie kamienice. To wtedy po raz pierwszy zobaczył Józefę Borzysławską. On miał lat dwadzieścia siedem, a ona dwadzieścia dwa, kiedy w czerwcu 1838 roku wzięli ślub w kościele Świętego Floriana w Brwinowie. Józefa od co najmniej dwóch lat mieszkała z rodzicami i młodszą o rok siostrą w tej podwarszawskiej wsi, gdzie jej stryj dzierżawił majątek. Na ślub i wesele nie przyjechał nikt z rodziny Wojciecha. Jego matka i rodzeństwo mieszkali wtedy w Jaryszewie w guberni podolskiej. Dzisiaj tereny te leżą w Ukrainie, przy granicy z Mołdawią. Od Warszawy jakieś osiemset kilometrów przez Tarnopol, Lwów, Lublin. Kawał drogi. Świadkami na ślubie byli członkowie rodziny Józefy: Maksymilian Borzysławski, brat ojca, oraz Jan Kłodnicki, brat matki. Józefa urodziła się w 1816 roku we wsi Hordzież na Podlasiu niedaleko Kocka. W dobrach serokomelskich należących do jej ojca spędziła dzieciństwo i wczesną młodość. Kiedy je sprzedano, rodzina Borzysławskich na krótko przeniosła się do Warszawy, a zaraz potem właśnie do Brwinowa.
Po ślubie Wojciech i Józefa zamieszkali wspólnie przy ulicy Leszno. Nie czuli się osamotnieni, bo Warszawa była przecież rodzinnym miastem Józefy. Jej matka była urodzoną warszawianką, do dziadka należała kamienica przy ulicy Świętojerskiej (numer posesji 1774). Teraz była własnością wuja Józefy Jana Kłodnickiego i jego młodej żony Kamili, z którą miał już dwoje dzieci. Z pewnością Chmielowscy często u nich bywali. W październiku 1838 roku do Warszawy sprowadziła się też siostra Józefy Aleksandra, która zaraz po ślubie zamieszkała ze swoim mężem przy ulicy Solec. I jeszcze w tym samym roku, po śmierci ojca Józefy i Aleksandry, znalazła się w Warszawie ich owdowiała matka. Aż dwadzieścia lat mieszkała w kamienicy przy ulicy Nowy Świat. Życie towarzyskie Wojciecha i Józefy Chmielowskich obracało się więc w gronie rodziny i znajomych Borzysławskich i Kłodnickich. A mogli być to znajomi z dość wysokich kręgów urzędniczych Królestwa Polskiego, bo przecież Jan Kłodnicki piastował niczego sobie stanowisko. Był sędzią Sądu Kryminalnego Guberni Mazowieckiej i Kaliskiej. To pewnie stąd wzięła się znajomość Chmielowskich z Hilarym Ostrowskim, radcą stanu i dyrektorem Wydziału Dochodów Stałych w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. Ostrowski zostanie potem jednym z chrzestnych pierworodnego syna Wojciecha i Józefy – Adama. Tymczasem Wojciech odszedł z pracy w wojsku i zatrudnił się jako „rewizor okopów w Warszawie”. Miał nawet konie, na których utrzymanie dostawał odpowiedni fundusz. W tym czasie okopy wokół Warszawy miały charakter przede wszystkim militarny: były to umocnienia wzniesione wokół miasta. Już dwa lata później znajomość z Hilarym Ostrowskim okazała się pomocna. Ostrowski, któremu podlegały komory celne w całym Królestwie Polskim, załatwił Wojciechowi nową posadę w służbie celnej. Zastanawia jednak trochę fakt, że jako pracownik w służbie celnej Wojciech Chmielowski zarabia mniej i na dodatek musi opuścić z żoną Warszawę.
Naczelnik izby celnej w Sierosławicach. Czy taki urząd był do pozazdroszczenia? Po pięciu latach życia w Warszawie, w samym centrum wydarzeń politycznych, towarzyskich i kulturalnych, Wojciech i Józefa, wciąż bezdzietni, przenoszą się na zapadłą wieś, trzysta kilometrów na południe od Warszawy. Po drugiej stronie Wisły była Galicja, a przepisy regulujące handel z nią skomplikowane do tego stopnia, że nielegalne interesy po prostu kwitły. Na takim pokątnym handlu miał zamiar wzbogacić się Cziczikow z powieści Gogola _Martwe dusze_. Wykombinował sobie, że najpierw będzie na wskroś uczciwy, wręcz nadgorliwy, żeby w ten sposób zdobyć awans, a potem już będzie mógł robić, co chciał. A więc przymykać oko na kontrabandę w zamian za ogromne łapówki. Jeśli Gogol wymyślił sobie takiego bohatera, to znaczy, że podobne praktyki miały miejsce dosyć często na granicach Cesarstwa. Nie wierzę jednak, żeby takie cele przyświecały Wojciechowi Chmielowskiemu. Musiał być człowiekiem bardzo prawym i uczciwym, a szlachectwo wciąż coś dla niego znaczyło. Dla takich jak on Polaków granica między zaborami znaczyła coś więcej niż możliwość pokątnych interesów, oddzielała bowiem rodaków od siebie. Podobno w tej sytuacji Polacy nawet ubiegali się o posady celników, bo dawało im to możliwość utrzymywania kontaktów ekonomicznych, rodzinnych i politycznych między trzema zaborami. Wojciech Chmielowski rozpoczął swoją karierę od razu jako Naczelnik Komory Celnej drugiej klasy w Sierosławicach w powiecie miechowskim, w kwietniu 1843 roku. Jako carski urzędnik musiał znać bardzo dobrze język rosyjski i niemiecki oraz orientować się doskonale w rosyjskim systemie miar i wag. Mieszkania dla pracowników celnych znajdowały się blisko komór celnych.
W Sierosławicach Chmielowscy mieszkali tylko rok, a potem zaczęły się awanse Wojciecha i coraz to nowe miejsca pracy: jedne ważniejsze od drugich. Już w lipcu Wojciech i Józefa pakują swoje rzeczy i przenoszą się zaledwie kilkanaście kilometrów na zachód, wzdłuż Wisły w kierunku Krakowa. Do Igołomi. To awans, bo w Igołomi znajduje się komora celna pierwszej klasy, co oznacza, że ruch tam jest większy, no i sama wieś, wydawałoby się, bardziej znacząca. Jest tam i dwór murowany, i park „w rozkosznem położeniu, skąd wspaniały roztacza się widok na w oddaleniu płynącą Wisłę i widniejące z dala Niepołomice i gęsto poza Wisłą rozsiane wioski, a ponad tem sinieją wyniosłe grzbiety Karpat”¹ (to opis ze _Słownika geograficznego Królestwa Polskiego_). Chmielowscy oczywiście we dworze nie mieszkają, tylko w domu należącym do zespołu budynków celnych. Obok komory celnej znajdowało się „osiedle cła”, czyli domów mieszkalnych i gospodarczych. Te mieszkalne były wyższe i większe niż inne zabudowania we wsi, postawione z jodłowego drzewa, pokryte strzechą, ale z murowanymi kominami. Przy każdym domu stał chlewik, stajnia i obora. Chmielowski dzierżawi kawałek ziemi, na której uprawia żyto, pszenicę i jęczmień. Igołomia okazuje się szczęśliwa przynajmniej pod jednym względem: Józefa nareszcie zachodzi w ciążę. Pod koniec roku 1844 modlitwy czekającego od siedmiu lat małżeństwa zostają w końcu wysłuchane i kolejne miesiące „Janinka”, jak mówił do niej Wojciech, chodzi w ciąży.
Dzisiaj trudno się wczuć w klimat Igołomi. Niestety współczesne podkrakowskie wsie bywają brzydkie. Chaotyczna rozbudowa i nagromadzenie fatalnych reklam skutecznie psują krajobraz. Ale wtedy nie było aż tak źle, mimo że w jedynym zachowanym liście napisanym stamtąd do matki Wojciech Chmielowski nazwał Igołomię po prostu „dziurą”. Może Józefa była bardziej wrażliwa na krajobraz i zgodziłaby się z opisem, którego autor (Ludwik Hieronim Morstin) porównuje te okolice do Umbrii: „Urodzajność czarnoziemu sprawia, że w epoce kwitnienia i dojrzewania wszystkie jej miedze i wąwozy są jak grzędy kwiatów, powietrze pachnie od ziół, pola złocą się od kłosów pszenicznego ziarna. (…) Pagórki wznoszące się nad doliną Szreniawy mają łagodne linie konturów. Słońce ubiera je w kolory pastelowe, delikatne, przeźroczyste. Jest nad nimi w pogodny dzień błękitne zadumanie, mieniące się tęczami. Coś, co przypomina szklaną Umbrię – ziemię świętego Franciszka”.2. Dziecko
Dla Adama, który urodził się 20 sierpnia 1845 roku, krajobraz Igołomi nie był ważny ani wtedy, ani w ogóle chyba nigdy. Za krótko tam Chmielowscy mieszkali, żeby to miejsce miało mieć dla nich jakieś znaczenie, nawet sentymentalne. Istotny był tylko ten jeden dzień. Była środa. Lato niezbyt upalne. Chłopiec urodził się o piątej rano. Sześć dni później Wojciech przyniósł dziecko do księdza Józefa Stanki, plebana igołomskiej parafii pod wezwaniem Narodzenia Matki Bożej. Przy chrzcie z wody obecni byli także obowiązkowi świadkowie. Chmielowski poprosił o tę przysługę kolegów z pracy, swoich podwładnych: Sylwestra Reisa, poborcę komory celnej, i Marcina Lipińskiego, kontrolera komory celnej. Niemal w samo południe ksiądz ochrzcił dziecko z wody, „z przyczyny odległości chrzestnych rodziców”. Chrzest właściwy z rodzicami chrzestnymi odbył się dopiero półtora roku później. Nie było jednak nic dziwnego w takim obrocie spraw. W rodzinach szlacheckich często najpierw, niemal zaraz po urodzeniu, chrzczono dziecko tylko z wody, by po jakimś czasie, gdy było już starsze, celebrować prawdziwą uroczystość z wielką pompą i gośćmi.
Kościół w Igołomi jest nieduży, murowany, w gotyckim prezbiterium ogromny krucyfiks, na nim umęczony Chrystus broczący z boku krwią. Robi wrażenie. Już wtedy od dawna mówiono, że słynie łaskami, na dowód czego ludzie zostawiali tam liczne wota. Wieszali wokół niego blaszane dłonie, serca błyszczące srebrem, tabliczki, medaliony, krzyżyki. Wnętrze lśni złotem, rokokowym bogactwem wiejskiego kościoła. A na ścianach – wszystkie kolory tęczy. Ciekawe jest to, że o tym swoim chrzcie nie wiedział sam Brat Albert, bo wypis z akt metrykalnych odnaleziono dopiero w latach czterdziestych XX wieku. I dopiero wtedy stała się znana prawdziwa data urodzenia syna Wojciecha i Józefiny. Dokument stanowi tak:
„Działo się w Igołomi dnia dwudziestego szóstego sierpnia tysiąc osiemset czterdziestego piątego roku o godzinie pierwszej z południa. Stawił się Wielmożny Pan Albert Chmielowski, naczelnik Komory Celnej I Klasy Igołomia i tu zamieszkały katolik lat trzydzieści cztery mający, w obecności Wielmożnych Jaśnie Panów Sylwestra Reis, poborcy Komory Celnej I Klasy Igołomia, lat trzydzieści osiem, tudzież Marcina Lipińskiego, kontrolera Komory Celnej I Klasy Igołomia, obu katolików w Igołomi zamieszkałych, i okazał nam dziecię płci męskiej tu w Igołomi urodzone pod numerem domu pięćdziesiątym trzecim dnia dwudziestego bieżącego miesiąca i roku o godzinie piątej rano, z jego małżonki Wielmożnej Pani Józefy z Borysławskich lat dwadzieścia cztery mającej². Dziecięciu temu na chrzcie świętym w dniu dzisiejszym jedynie z wody, z przyczyny odległości chrzestnych rodziców, nadane zostały imiona ADAM BERNARD. Akt ten stawającemu i świadkom przeczytany wraz z ojcem i świadkami. Podpisany został: ksiądz Józef Stanko – pleban igołomski, Adalbert Chmielowski – ojciec, Reis, Lipiński”.
Dziecko ochrzczone z wody – a zatem bezpieczne – rośnie zdrowo, czas leci. W marcu i kwietniu 1846 roku coś zaczyna zgrzytać. Wojciech Chmielowski ma problemy w pracy, tak poważne, że zostaje zawieszony i przez jakiś czas, do wyjaśnienia sprawy, nie odbiera pensji. Jeden z pracowników oskarżył go o coś przed zwierzchnikami. Na szczęście sprawa została wyjaśniona, choć życie w Igołomi i praca wśród nieprzyjaznych ludzi nie były już tak przyjemne jak dawniej. Wojciech pisał o tym w liście do swojej matki, sióstr i brata, do Jaryszewa na Podolu:
„Dziękuję Wam, dziękuję Wam, żeście zawiadomili nas o swoim zdrowiu; Bogu niech będą dzięki, żeście zdrowi, bo teraz najważniejsze jest zdrowie, o resztę już nie pytam; długo już, bardzo długo, jak żadnej wiadomości od Was nie miałem, ostatnią odebrałem przy końcu marca, zdaje mi się, czyli na początku kwietnia, ale cóż miałem odpisać, kiedy ja wtedy byłem bardzo nieszczęśliwy, byłem pozbawiony kawałka mojego chleba przez zazdrość, przez złość ludzi łajdaków, a osobliwie mojego jednego podwładnego, który mię oskarżył przed władzą. Lecz sprawiedliwość rządu naszego: po rozpoznaniu mojego usprawiedliwienia natychmiast mnie przywrócono, a tak byłem bez posady tutaj miesiąc. Przywrócono mnie nazad do Igołomi, lecz Jaśnie Oświecony Książę Namiestnik Królestwa Polskiego dozwolił mi starać się o translokację i w tym tygodniu odebrałem nowe przeznaczenie do Komory I Klasy Słupce – z czego bardzo jestem zadowolniony.
Komora ta położona jest od strony Prus na trakcie poznańskim, wielkie są przejazdy, a nawet często i Najjaśniejszy Cesarz przejeżdża, może przecież jakoś w czem będę się mógł odznaczyć – bo tu była straszna dziura, przeprowadzenie się nasze tylko jest przykre, bo przeszło 40 mil drogi jest od nas. Trakt ten jest od Warszawy do Kalisza, a dopiero na kilka mil przed granicą rozchodzi się do Słupcy, lecz komunikacja będzie łatwiejsza, bo pomimo że do Warszawy jest przeszło mil 40, jednakże w 12 godzin można zajechać, bo blisko pół drogi jest kolej żelazna, którą w przeciągu trzech godzin się przejeżdża. Najtrudniej mi jest urządzić się z moją dzierżawą, dzięki Bogu już żyto i pszenicę, i część jęczmienia sprzątnąłem, odstępować mi się na ten rok nie chce, a nie mam komu oddać pod zarząd. Janinka moja ciągle gospodaruje, przykro by było tak komu swojej pracy odstąpić – a że wiem już, co zrobi, w przeszłym roku wyszedłem bardzo dobrze i w tym także, chociaż taniej, ale mi się więcej urodziło, to także mogę wyjść dobrze; polecenie dostałem, abym z dniem 3/15³ sierpnia nową posadę objął, z tego tytułu za tydzień wyjechać zmuszony jestem”.
Wygląda na to, że Wojciech pojedzie do Słupcy sam, bo nie można tak ziemi w gorącym okresie żniw zostawić bez żadnego nadzoru. Spadnie to na głowę żony, która przecież musi równocześnie opiekować się małym synkiem. Roczne dzieci bywają bardzo ruchliwe. W tym samym liście Chmielowski pisze też o nim – raczej żartem niż na serio, bo kto by uwierzył w to, że takie dziecko może w czymkolwiek pomagać: „Żonę moją zostawiam z synem, który jej bardzo wiele dopomaga w dozorze żniwa i młocki do czasu, póki zupełnie sprzętu nie uskuteczni. Mój syn jest to tęgi mężczyzna i zupełnie na niego we wszystkim spuścić się mogę; przy tem bardzo roztropny, wszystko rozumie i pojmuje, chodzi sam, chociaż go za jedną rękę prowadzą. Śliczny dzieciak; nie patrzę na niego oczami ojca, ale jak Was wszystkich kocham, tak jest ładny i to do podziwienia, kto go tylko zobaczy, to każdy powiada, że podobnego dziecka, tak ładnego, jeszcze nikt nie widział; w tym roku będę go miał zaszczyt zaprezentować Najdroższej Babce i Wam, Kochane Ciotki i Wujaszku – to jest święta prawda, że Was w tym roku widzieć będziemy”. A pod spodem kilka zdań dopisuje Józefa, gratulując nie poznanej dotąd szwagierce córeczki („Cieszę się, że Anusia ma córkę, ja kocham dzieci, mam tylko jedno”) i podając kilka informacji o Adamie: „Wnuczek rośnie, zupełny ojciec z podobieństwa, aby tylko i charakter miał tak piękny jak ojciec. Miał koklusz, ale mu się skończył, ma już ośm zębów. Petronelcia czy ma kawalera? Bo u nas chłopcy żenią się na umór. Całuję nóżki Najdroższej Mamie, kiedy my się też poznamy, ale ja i tak Mamę kocham, bo Wojtunio ma być podobny ze wszystkiego, z duszy i z serca”.
Czy udało się Felicjannie poznać swojego wnuka i synową – nie wiadomo. Raczej nie, bo wkrótce zmarła. Po żniwach Józefa bierze syna i wyjeżdża do Słupcy. Czterysta kilometrów to daleka i z pewnością uciążliwa droga. A sama Słupca jest nieporównywalnie większa od Igołomi, z jeziorem, rynkiem, kościołami, cerkwią. W Słupcy Chmielowscy mieszkali rok, ale zanim Wojciech otrzymał przeniesienie do Szczypiorna, postanowili ochrzcić Adama. Uczynią to w czerwcu 1847 roku w Warszawie, z przyjęciem, podwójną parą chrzestnych, po prostu hucznie, po szlachecku. Chmielowscy przyjechali do Warszawy na kilka dni, może na trochę dłużej, a gościła ich ciotka Józefy Marianna w kamienicy przy Rynku Nowego Miasta. Uroczystość odbyła się w czwartek wieczorem, o godzinie dziewiętnastej, w pobliskim kościele pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny. Z tym wydarzeniem łączy się bardzo piękna legenda powtarzana przez kolejnych biografów Brata Alberta, choć do końca nie wiadomo, czy prawdziwa. Ale o niej zaraz. Z metryki za to wynika, że chrzestnych miał Adam Chmielowski czworo. Mimo że od soboru trydenckiego liczba chrzestnych miała zmaleć do dwóch osób, a ukaz carski wymagał, żeby byli to (jako świadkowie) mężczyźni, to wiele rodzin wybierało kilka par chrzestnych. Zdarzały się przypadki, szczególnie na wschodnim pograniczu, że odnotowywano ich nawet dziesięć! Taki zwyczaj był częsty szczególnie wśród szlachty. Dlaczego? Może chodziło o to, by ceremonia chrztu była naprawdę niezapomnianym wydarzeniem, a może o to, by dziecku zagwarantować więcej protektorów, albo też o to, by związać z rodziną osoby, na których rodzicom zależało? W metryce warszawskiego chrztu jest wyraźnie zaznaczone, że świadkami są mężczyźni, a potem jako rodzice chrzestni wymienione zostają dwie pary. A więc przede wszystkim Hilary Ostrowski, wysoki urzędnik, któremu rodzina Chmielowskich musiała być za coś mocno wdzięczna. Na jego cześć zmieniono dziecku drugie imię. Jan Kłodnicki to z kolei wuj Józefy, zdaje się, że człowiek, z którego zdaniem bardzo się w rodzinie liczono, majętny i władczy. Matki chrzestne to Joanna Borzysławska, babka Józefy, oraz Aleksandra Grabowska, siostra Józefy. Dokument brzmi tak:
„Działo się w mieście Warszawie dnia siedemnastego czerwca tysięcznego ośmset czterdziestego siódmego roku, o godzinie siódmej po południu. Stawił się Adalbert Chmielowski, naczelnik Komory Celnej Słupca i tamże zamieszkały, czasowo zaś pod liczbą trzysta osiemnaście bawiący, lat trzydzieści pięć liczący, w obecności Hilarego Ostrowskiego, radcy stanu, dyrektora Wydziału Dochodów stałych w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu, lat sześćdziesiąt, i Jana Kłodnickiego, sędziego apelacyjnego, lat czterdzieści ośm mających, w Warszawie zamieszkałych, i okazał nam dziecię płci męskiej, urodzone we wsi Igołębie, powiecie miechowskim, dnia dwudziestego sierpnia roku zeszłego, o godzinie dziewiątej rano, z jego małżonki Józefy z Borzysławskich, lat dwadzieścia siedm mającej. Dziecięciu temu na chrzcie świętym odbytym w dniu dzisiejszym nadane zostały imiona ADAM HILARY BERNARD, a rodzicami jego chrzestnymi byli wyżej wymieniony Hilary Ostrowski i Joanna Borzysławska, Jan Kłodnicki i Aleksandra Grabowska. Akt ten stawającemu i świadkom przeczytany, który wraz z nimi podpisali: w zastępstwie proboszcza ksiądz Józef Brocki, prefekt kościoła parafialnego Panny Maryi, Adalbert Chmielowski, Jan Kłodnicki”.
Tą metryką posługiwał się potem Adam Chmielowski, a przecież, jak teraz jasno widać, zawierała kilka błędów. Nie ma co zwracać uwagi na podany wiek rodziców i świadków, pewnego rodzaju zaokrąglenia często się zdarzały. Ale na rok urodzenia dziecka to już powinniśmy. Nie zgadza się ani rok, ani godzina (powiedzmy, że dziewiąta to wciąż rano, Wojciech mógł już zapomnieć, jak to rzeczywiście było), przekręcona nazwa Igołomi to już drobiazg.
Legenda mówi o tym, że do chrztu Adama trzymali żebracy stojący wcześniej pod kościołem. Faktem jest, że taki zwyczaj istniał, i to nie tylko wśród ludzi prostych, ale także wśród szlachty. Uważano, że to przyniesie dziecku szczęście, zdrowie i błogosławieństwo. Ksiądz Czesław Lewandowski⁴, spowiednik i przyjaciel Brata Alberta, kiedy spisywał wspomnienia o nim, zanotował także taką opowieść. Podobno usłyszał ją od samego Brata Alberta. Można powiedzieć, że z pewnością taka anegdota krążyła w rodzinie, ale czy była prawdziwa? Bardzo możliwe, że w kościele w tym czasie byli obecni jacyś żebracy i ich obecność zainspirowała taką ciekawą historię. Ksiądz Lewandowski pisał, że byli to „dziadek i babka spod kościoła”, a Brat Albert w związku z tym mówił, że „ponieważ zawdzięcza swe doczesne życie ubogim, więc ma obowiązek oddawać je na usługi tymże nędzarzom i biedakom, że jego życie do nich należy”. Po uroczystościach w kościele goście poszli na Rynek Nowego Miasta i tam świętowano dalej. Kto mógł być obecny na kolacji? Na pewno Hilary Ostrowski z żoną. Prababka Adama, jego chrzestna – sama, bo kilka lat wcześniej pogrzebała swojego drugiego męża. Babka Adama od strony matki – Józefa Borzysławska. Jego wuj i drugi chrzestny – Jan Kłodnicki z żoną i dwójką dzieci. Druga matka chrzestna – ciotka Aleksandra z mężem i dziećmi. Na pewno ciotka Petronela Chmielowska, która po śmierci matki przyjechała do Warszawy i zamieszkała przy ulicy Konwiktorskiej, a więc zupełnie po sąsiedzku. No i oczywiście gospodyni, ciotka Marianna z Kłodnickich Kobylańska, siostra Jana Kłodnickiego, i jeszcze jej mąż, wuj Karol. Co było na stole? Mięsa i sery oraz ciasta specjalnie na tę okazję upieczone. Na pewno czereśnie, bo właśnie pojawiły się na warszawskich straganach, o czym donosiła prasa. Bardzo obrodziły też nowalijki: „szpinaku i sałaty nie brakuje wszędzie; ogórki tegoroczne z inspektów, pokazują się także. Zieleniny i wczesne ogrodowiny na wsi przednówek znośniejszym czynią. Rzodkwi radiską zwanej teraz nadzwyczajne jest mnóstwo w Warszawie; pęczek z 30 sztuk złożony za grosz dostać można”. Takie informacje można wyczytać w „Kurierze Warszawskim”, podobnie jak to, że 17 czerwca był najpogodniejszym dniem tej wiosny.
Ksiądz Czesław Lewandowski.
autor nieznany, źródło: misjonarze.pl
Po tej krótkiej wizycie w Warszawie Chmielowscy wrócili do Słupcy, ale tam mieszkali już na walizkach, bo od sierpnia Wojciech awansował na naczelnika komory celnej w Szczypiornie (dzisiaj dzielnica Kalisza), gdzie znajdowało się jedno z najważniejszych przejść granicznych w Imperium Rosyjskim. Było to miejsce szczególnie ważne, a nawet dość niebezpieczne, bo granica była tam nieszczelna – zaznaczano, że w obie strony szedł ogromny szmugiel mięsa i wędlin, a nawet bydła i oczywiście spirytusu. Okoliczne miasteczka i wioski z tego przemytu żyły. Zdaje się, że ufano, iż Wojciech Chmielowski jakoś temu zaradzi.
Komora celna w Szczypiornie.
pocztówka, źródło: fotopolska.eu
Budynek komory celnej zachował się do dziś. Solidny, piętrowy. Adam Chmielowski wychowywał się więc w pobliżu przejść granicznych, a przez okno widział budkę strażniczą. Nastąpiły trzy lata, o których nic nie wiadomo: żadnych szczególnych wydarzeń, żadnych zachowanych listów. Oprócz tego, że 9 listopada 1848 roku urodził się Stanisław. Adam miał trzy lata, gdy na chrzciny przyjechała babcia Borzysławska. Jeszcze kilka lat i będzie miał kolejnego brata: w styczniu 1851 roku na świat przychodzi Marian i przez krótki czas w Szczypiornie pomaga Józefie ciotka Petronela. Chmielowskim powodzi się coraz lepiej i Wojciech słusznie myśli, że rodzinie dobrze zrobi, gdy od tej budki wartowniczej na granicy trochę się oddali. Ciągnie go do ziemi, przenoszą się więc na wieś. Czernice nad Wartą oddalone są od Szczypiorna osiemdziesiąt kilometrów, końmi to jakieś cztery godziny drogi na południowy wschód. Do Warszawy nadal daleko. Czy Wojciech ciągle pracuje w Szczypiornie? W pośmiertnym zaświadczeniu o przebiegu jego służby zawodowej napisano tak: „Najwyższym rozkazem z 14 stycznia 1850 roku nr 10 posunięty na sekretarza kolegialnego ze starszeństwem od 3 lutego 1842 roku. Takimże ukazem z dn. 30 października 1850 roku za nr. 215 posunięty na radcę honorowego ze starszeństwem od 3 lutego 1846 roku. Przy organizacji służby celnej w Królestwie przeznaczony na członka kasjera nowo urządzonej Komory Celnej Rosyjskiej I Klasy 1/13 stycznia 1851 roku”. Trochę to zagmatwane. W każdym razie w czerwcu 1852 roku w Czernicach przychodzi na świat Jadwiga Chmielowska i zostaje ochrzczona w pobliskim Osjakowie w kościele Świętej Jadwigi, po drugiej stronie Warty. Niedaleko mieszkają Madalińscy, w których rodzinę wżeni się wkrótce syn wujka Kłodnickiego, więc życie towarzyskie ma szansę się toczyć. To oni zwrócili uwagę Chmielowskich na Czernice. Wojciech i Józefa z dziećmi zamieszkają w majątku, najpierw go dzierżawiąc, ale zaraz kupią go na własność od sędziego Sądu Pokoju w Pyzdrach Jana Nepomucena Chmielewskiego. Mieli całkiem sporo: folwark Jasień, pustkowie Jasień, Smolary, Bielany i Piskornik z przyległościami i przynależnościami. Tyle można się dowiedzieć z aktu notarialnego. Mieszkali w ładnym drewnianym dworku otoczonym ogrodem, przy wjeździe do którego stała murowana kaplica. Majątek kupiony został za „cenę dobrowolną, umówioną i postawioną 63 000 reńskich”. Niedaleko rósł wyniszczony las, który całkiem nie tak dawno słynął z pięknych dębów.
We wrześniu 1852 roku życie płynie więc rodzinie sielsko anielsko, mimo że Wojciech zaczyna niedomagać. Troje dzieci biega przed domem: Adam ma lat siedem, Stanisław cztery, Marian półtora roku, a czwarte, trzymiesięczna Jadwiga, zasypia w kołysce przy trelach słowika. Przez chwilę Chmielowskim wydaje się, że będą wieść życie swoich przodków, które barwnie i trafnie opisała Maria Dąbrowska, zaczynając sagę rodzinną Niechciców: „Dawnymi czasy Niechcicowie żyli mniej więcej tak, jak żyją wszyscy po dworach na wsi. Utrzymywali zażyłe i urozmaicone stosunki z całą, nawet najdalszą, rodziną siedzącą przeważnie na takich samych jak i oni folwarkach lub na związanych źródłami dochodów ze wsią pańskich posesjach śród ogrodów na skrajach wsi. Czuli się organiczną częścią potężnego jakby plemienia, które wystarczało samo sobie, miało własną rodzinno-przyjacielską gwarę, zastanawiało się, w jaki sposób wychowywać swe dzieci, aby je raz na zawsze uchronić przed wpływami z zewnątrz, załatwiało wszystkie sprawy życiowe, prawie że nie wychodząc poza granice środowiska, a nawet zgoła poza granice narastającego ciągle od wszystkich stron rodu”.
Wiele lat później Stanisław Chmielowski będzie przeglądał papiery po ojcu i natknie się na plany reorganizacji majątku. Wojciech Chmielowski był zapewne dobrym urzędnikiem, ale serce jego należało do ziemi. Miał czterdzieści lat, kiedy zaczął chorować i przez kilka miesięcy nie mógł się stawić do pracy, a miejscowi lekarze nic nie potrafili na tę chorobę poradzić.
Wojciech Chmielowski zmarł 25 sierpnia 1853 roku w mieszkaniu swojej siostry Petroneli przy ulicy Konwiktorskiej w Warszawie. Chorował tak długo, że rodzina przyjechała do stolicy szukać pomocy u tutejszych lekarzy. Mieszkali u Petroneli co najmniej od maja. Brat Albert lubił wspominać, że rodzice podczas tego pobytu w Warszawie zabierali dzieci na spacery do folwarku Koszyki, a nawet, że wynajmowali dla nich ogród owocowy. Spędzali tam wszyscy pół dnia, zajadając się owocami zrywanymi prosto z drzew, a smak ich był wyborny. Ciekawe, czy pamięć o tym czasie mieszała mu się ze wspomnieniami z innych wizyt w Warszawie, czy też rzeczywiście ojciec jego nie był tak od razu obłożnie chory. Józefa zajęła się sprzedażą Czernic – Chmielowscy nie mieli już nadziei, że tam wrócą, że choroba minie. W czerwcu majątek kupił baron Tomasz Dangel, a dokument u notariusza podpisała tylko Józefa Chmielowska; jej mąż już nie opuszczał domu ani pewnie nawet łóżka. Sprzedaż odbyła się ze stratą, a pieniądze wypłacane były w trzech ratach. Pierwsza, 4500 rubli, przydała się na opłacenie lekarzy i pogrzebu. Kolejną wdowa dostała we wrześniu, a ostatnią i największą, bo aż 16 000 rubli – dopiero pięć lat później. „Majątek ruchomy”, czyli meble i ubrania Chmielowskich, nowy właściciel miał dowieźć furmankami do najbliższej stacji kolejowej. Kiedy dorosły Adam był hospitalizowany, powiedział lekarzom, że ojciec jego zmarł z powodu tętniaka aorty. Objawy choroby, takie jak duszność, kaszel, bóle klatki piersiowej czy zaburzenia przełykania, mogą się utrzymywać aż do momentu pęknięcia tętniaka i śmierci.
„Działo się to w Warszawie dnia dwudziestego szóstego sierpnia tysiąc osiemset pięćdziesiątego trzeciego roku o godzinie ósmej rano. Stawili się Hugo Grabowski, urzędnik Komisji Skarbu, lat czterdzieści, i Jan Klejna, urzędnik konsumpcyjny, lat trzydzieści cztery liczący, w Warszawie zamieszkali, i oświadczyli, że w dniu onegdajszym o godzinie dziewiątej rano umarł Wojciech Chmielowski, żonaty, obywatel tu w Warszawie przy ul. Konwiktorskiej pod liczbą dwa tysiące sto sześćdziesiąt osiem, lat czterdzieści dwa mający, urodzony we wsi Czartorya Guberni Wołyńskiej z Franciszka i Felicji małżonków Chmielowskich, zostawiwszy po sobie żonę Józefę z Borzysławskich”. No i dzieci, z których najstarsze miało osiem lat, a najmłodsze rok.
Dwa dni po śmierci Wojciecha jego pogrzeb na Powązkach zgromadził całą warszawską część rodów Chmielowskich i Borzysławskich. Na nagrobku Józefa kazała napisać: „Najgodniejszy człowiek, najlepszy mąż i ojciec, żył jak dobry chrześcijanin”. Nabożeństwo żałobne zapowiadane było dopiero na dwudziestego pierwszego października w kościele Bernardynów. Własnością tego zakonu był wówczas dzisiejszy kościół Świętej Anny.
Portret Wojciecha Chmielowskiego.
obraz, autor nieznany, źródło: archiwum sióstr albertynek w Krakowie
Bardzo dobrze pisze o Wojciechu Chmielowskim także radca stanu w atestacie wydanym na prośbę wdowy przez Komisję Rządową Przychodów i Skarbu. Zmarły odznaczał się „zdolnościami, gorliwością w wykonywaniu swoich obowiązków, moralnym postępowaniem i w ogólności dobrymi pod każdym względem przymiotami”. Zachował się wizerunek ojca Adama Chmielowskiego w mundurze carskiego urzędnika. Przez ramię przerzucone ma jakieś futro, na piersi odznaczenia, oprawa oczu i spojrzenie – zupełnie jak u najstarszego syna.3. Petersburg
Adam podczas spacerów ze swoją opiekunką w parku Saskim robił podobno furorę. Józefa Chmielowska po śmierci męża mieszkała z dziećmi u Petroneli na Konwiktorskiej. Zatrudniła do pomocy dziewczynę z podkrakowskiej wsi, która chodziła ubrana w krakowski strój. A mały Adam Chmielowski przez pewien czas ubierany był podobno w mnisi czarno-biały habit. Ten dziwny zwyczaj miał związek z pielgrzymką do Mogiły, nieznana jest tylko jej data. Jedne źródła podają, że pielgrzymkę obiecała Józefa po wielu latach oczekiwania na dziecko i gdy urodził się Adam, wypełniła obietnicę. Inne z kolei wspominają o jakiejś dziecięcej uporczywej chorobie, która cudownie minęła i pielgrzymka dziękczynna miała związek właśnie z tym. Tak czy inaczej, z pielgrzymki dziecko powróciło w mnisim habicie, w którym na pamiątkę tego wydarzenia przez jakiś czas chodziło. Takie były zwyczaje, że w podziękowaniu za, na przykład, uzdrowienie ubierano dziecko w habit tego czy innego zakonu. W tym wypadku był to habit cysterski, bo sanktuarium w podkrakowskiej Mogile należało do cystersów. Do słynnego sanktuarium Podwyższenia Krzyża Świętego od wieków przybywali chętnie pątnicy, szczególnie w czasie odpustu, we wrześniu. Najbardziej prawdopodobne jest, że Chmielowscy poszli z Adamem do Mogiły w czasie, gdy mieszkali w Igołomi. To zaledwie piętnaście kilometrów obok. Potem, z guberni kaliskiej, było im znacznie dalej, szczególnie daleko na podróż z małym dzieckiem. Ale trzeba przyjąć też i taką możliwość, że Adam wyzdrowiał z choroby i zgodnie z obietnicami złożonymi Bogu Józefa zabrała go na pielgrzymkę do miejsca, o którym wiele słyszała i które dobrze znała z czasów igołomskich. Dziewczyna w krakowskim stroju mogła opiekować się Adamem w czasie podróży, a potem widocznie przez jakiś czas mieszkała z Chmielowskimi w Warszawie. A dlaczego data tego wydarzenia jest taka niepewna? Bo w księdze sanktuarium długo nie było śladu takiej wizyty. Zapis podający rok 1851, na którym opierają się biografie, powstał dopiero w 1965 roku, prawdopodobnie po tym, jak pielgrzymkę Józefy Chmielowskiej z dzieckiem opisał ksiądz Konstanty Michalski w książce _Brat Albert._
O spacerach w dziwnych strojach wspominał jednak sam Brat Albert, bo skąd inaczej wiedziałby o nich jego przyjaciel i pierwszy biograf, ksiądz Czesław Lewandowski? Skądś wiedziała o tym także Pia Górska, która wprawdzie Brata Alberta spotkała tylko raz w życiu, ale obracała się w środowisku, gdzie go dobrze znano. Opisała to później w literackiej próbie jego biografii. Ale być może to tylko legenda.
O pierwszej komunii świętej Adama Chmielowskiego nic nie wiemy, ale można przypuszczać, że przystąpił do niej w kościele Nawiedzenia NMP na Nowym Mieście, w tym samym, w którym był ochrzczony. Niedaleko Konwiktorskiej. Tymczasem Adam ma osiem lat i czas pomyśleć o nauce. Materiał szkoły elementarnej przerabiał w domu, o czym świadczy świadectwo napisane w żartobliwym tonie. Wniosek z niego jest taki, że uczyła go nie żadna opłacona nauczycielka, ale matka i ciotka Petronela. „Pan Adam Chmielowski nauczył się przez 10 miesięcy całe religij elementarnej, i całe historyj świętej, geografij czterech części świata umie, tylko piątej części świata nie umie. Czyta po polsku jeszcze niepłynnie, to samo po niemiecku i po łacinie. Tabliczkę mnożenia umie porządkiem, tylko wyrywka błądzi nieco. Zaczął się uczyć czterech działań rachunkowych. Ministranturę umie i służył już do mszy świętej. Pisze ze wzorów i nieco z głowy. Po niemiecku nauczył się 4 arkuszy rozmów, rozumie już dosyć mówiących, lecz słabo mówi, i umie różne bajki. Trzeba mu się nauczyć po rosyjsku czytać i płynnie po polsku, i dyktando pisać”. Daty ani podpisu żadnego nie ma, i tak cud, że taka pamiątka rodzinna się zachowała. Zwykły świstek papieru, nic oficjalnego. Ale z takim zasobem wiadomości Adam mógł iść już do gimnazjum.
Wiązał się z tym jednak pewien kłopot natury materialnej: otóż nauka w gimnazjum kosztowała, a Józefa wciąż nie dostała trzeciej raty za sprzedany majątek. To jej wuj, Jan Kłodnicki, wpadł na pomysł wysłania Adama do darmowej dla carskich urzędników szkoły do Petersburga. Z jednej strony, była to szansa otrzymania porządnego wykształcenia, ale z drugiej strony – Adam miał dopiero dziesięć lat! Usłuchano jednak rady wuja, który miał, zdaje się, spory wpływ na rodzinę, być może pomagał Józefie finansowo, no i był chrzestnym Adama. Potem rodzina chyba miała do niego o ten Petersburg pretensje. U księdza Lewandowskiego czytamy: „Ów zakład naukowy w Petersburgu przysposabiał przeważnie młodzież na inżynierów, a wówczas w Polsce być inżynierem było marzeniem warstw oświeconych”. Co to była za szkoła, dzisiaj nie wiadomo, ale i tak nic z tego nie wyszło, bo Adam za słabo znał rosyjski. Po oblanym egzaminie wstępnym wuj Kłodnicki szybko zorganizował zupełnie nowe gimnazjum: szkołę kadetów, czyli coś jakby gimnazjum połączone z ćwiczeniami wojskowymi praktycznymi i teoretycznymi. W Petersburgu takich korpusów kadetów było kilka, nauka w nich trwała sześć lat i miała dawać wiedzę ogólną plus oczywiście umiejętności wojskowe. Zdarzało się, że uczyła się w nich polska młodzież, historycy mówią nawet o kilkuset takich osobach rocznie pod koniec XIX wieku. Mały Adam Chmielowski minął się z dziewiętnastoletnim Jarosławem Dąbrowskim, który akurat wtedy ukończył petersburski Korpus Kadetów w stopniu chorążego.
W „Tygodniku Petersburskim” i „Gazecie Urzędowej Królestwa Polskiego” z kwietnia 1855 roku matka Adama przeczytała zasady przyjmowania „małoletnich synów szlachty Królestwa Polskiego do Korpusu Kadetów”:
„Szlachta Królestwa Polskiego, życząca sobie umieścić swych synów lub krewnych w korpusach kadetów, powinna podać w tej mierze na imię Namiestnika Królestwa formalną prośbę na stemplu ceny 60 kop. srebr. Przy prośbach załączone być mają co do każdego małoletniego następne dowody z przekładem na język rosyjski:
a. Metryka urodzenia i chrztu, poświadczona przez Konsystorz Duchowny;
b. Świadectwo urzędu lekarskiego o zaszczepieniu ospy z dobrym skutkiem, o zdrowej budowie ciała i zdatności do wychowania wojskowego;
c. Świadectwo pochodzenia szlacheckiego, wydane przez Heroldyę na imię kandydata mającego wejść do korpusu kadetów;
d. Świadectwo z Gimnazjum Gubernijalnego lub Szkoły Powiatowej wydane, jako małoletni, mający wieku 9 i pół do 11 i pół lat czytają i piszą dobrze po rosyjsku, posiadają znajomość w języku rosyjskim pierwszych czterech działań arytmetycznych i umieją główne modlitwy: _Ojcze nasz_, _Skład apostolski_ i _Dziesięć przykazań Boskich_, według wyznawanej przez nich religii;
e. Jeżeli ojciec kandydata do korpusu kadetów pozostaje w służbie rządowej lub wziął z takowej uwolnienie, w takim razie do próśb tego rodzaju winien być dostarczony stan służby ojca”.
Pałac Woroncowa, siedziba Korpusu Kadetów w Petersburgu, 1860.
autor nieznany, źródło: _via_ Wikimedia Commons
Jak poradził sobie Adam z rosyjskim? Jakoś się udało, a najważniejsze, że szkoła kadetów była dla niego darmowa – dzięki wieloletniej pracy ojca na stanowisku rządowym i dzięki temu, że był najstarszym synem, jako że młodsi nie mieli już takich przywilejów. Inni musieli za naukę płacić dwieście rubli oraz przedstawić poręczenie osoby „znanej i zamieszkałej w bliskości tego miasta lub w samem mieście, w której znajduje się korpus, z zapewnieniem, iż osoba ta odbierze do siebie małoletniego z korpusu, w razie gdyby ustanowiona za utrzymanie jego opłata nie była regularnie wnoszona”.
Jak wyglądała podróż dziesięcioletniego Adama do Petersburga, z kim tam jechał – nie wiemy. Podróż trwała co najmniej cztery dni, a po drodze była minimum jedna przesiadka. Nie wierzę, że był dzielny i się nie bał. Tysiąc kilometrów od domu, wśród chłopców, których nie znał, w zupełnie nowym otoczeniu, gdzie na dodatek wszyscy mówili po rosyjsku, w którym nie czuł się – jak wiemy – najlepiej. Został skoszarowany i oddany pod opiekę korpusu, przez najbliższe miesiące nie miał zobaczyć nikogo bliskiego. Nie zachowała się korespondencja małego Adama Chmielowskiego z matką, ale wspominał potem, że każdego wieczora, zanim zasnął, specjalnie rozmyślał o matce, rodzeństwie, babci i każdym przedmiocie domowym, zmuszał się do tęsknoty i płakał w poduszkę, dopóki nie usnął. Wiemy też, że uczył się całkiem nieźle i podczas wizytacji w szkole Aleksander II kazał mu w dowód uznania nosić na mundurku honorowe pagony. Latem 1856 roku przyjechał do domu na wakacje i do Petersburga już nie wrócił. Legenda hagiograficzna mówi, że jego matka zrozumiała, iż dziecko ulega coraz większej rusyfikacji, gdy Adam zawołał do niej „maminka”. Nie spodobała jej się także duma syna z powodu uznania otrzymanego od „Najjaśniejszego Pana”, jak mówiono na cara. Chcąc ocalić polskość syna, zdecydowała się zatrzymać go w Warszawie, przy sobie. Opowiadał też, że gdy podbiegł zaraz po przyjeździe z Petersburga do swojej babci, ta odepchnęła go, krzycząc z odrazą: „Jakże on śmierdzi, co wyście zrobili, dziecko zapaskudzone, dziegciem nasmarowane!”.