Brimstone - ebook
Obowiązek. Krew. Honor. Władza.
Saeris Fane nie pragnie tego ostatniego. Nie chce, aby jej imię rozbrzmiewało na ustach poddanych, a jednak, gdy zostaje królową Dworu Krwi, szybko odkrywa, że żywot władczyni jej nie służy. Na jej barki spada ciężar nie do udźwignięcia.
W ojczystym mieście na pomoc czeka brat, jak również ludzie z trzeciego okręgu, ale… przemiana, która dała Saeris siłę, jednocześnie ją osłabia. Zrodzona w świecie dwóch palących słońc z pewnością zginie, jeżeli przejdzie przez sadzawkę z merkurium, by powrócić do domu. Pozostaje jej więc tylko jedno wyjście – musi posłać kogoś w swoim imieniu…
Kingfisher spod Wrót Ajun pokonał w życiu wiele armii i przetrwał wszystkie możliwe koszmary, ale wyprawa do Zilvaren w towarzystwie Carriona Swifta może doprowadzić do jego zguby. W wąskich uliczkach Srebrnego Miasta czyhają na nich ukryte niebezpieczeństwa. Odkrywanie tajemnic wiąże się z pokonywaniem zagrożeń. Fisher musi zapanować nad przemytnikiem i wypełnić misję, nim straci szansę na ponowne spotkanie z partnerką.
Nad Yvelię nadciąga mrok. Świat wraz z zamieszkującymi go przyjaciółmi stoi na skraju zagłady. Saeris i Fisher wskoczą w ogień i sulfurium, aby go ocalić.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-102-5 |
| Rozmiar pliku: | 4,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kingfisher
Wilk to wszechstronne stworzenie.
Zdolne do adaptacji.
Należąc do watahy, jest częścią czegoś niezwykłego. Odgrywa pewną rolę, ma swoje miejsce. W stadzie odnajduje bezpieczeństwo.
Ale wilk może przetrwać również samodzielnie.
Nocą, w ciemnym lesie, otoczony drapieżnikami ze wszystkich stron, przemyka między drzewami niczym cień. Szuka schronienia w mrocznych gęstwinach, tropiąc ofiarę.
Czeka na wrogów i kąsa, gdy atakują…
_Zwłaszcza z boskim mieczem w dłoniach._
Byłem gotów na nadejście wampira. Odkąd wyszedłem od Saeris, śledził mnie jak upiór w niosących echo korytarzach Ammontraíeth. Czułem, że kipi złością. I czeka.
Odczytywanie żyjących nie wymagało zbyt wielkich umiejętności. Istnieli też tacy, którzy przez wieki doskonalili sztukę panowania nad swoimi uczuciami. Elfom opłacało się ukrywać myśli i emocje. Niemniej bez względu na to, jak ktoś był w tym biegły, i tak ostatecznie zdradzało go ciało. Nie dało się tego uniknąć.
Emocje zawierały się we krwi.
Szczęście.
Gniew.
Smutek.
Pożądanie.
Wszystkie z tych rzeczy wytwarzały własną energię. Wibrację. Tak samo każda miała własną woń. Elfy niezależnie od tego jak dobrze panowały nad uczuciami, to zawsze zdradzały subtelne oznaki nastroju.
Człowiecze wonie niekiedy potrafiły przytłaczać. Ludzie niezbyt dobrze kontrolowali emocje. Odczuwali wszystko otwarcie, gwałtownie i nie zdawali sobie sprawy, jak ich reakcje mogą wpływać na osoby o bardziej wyczulonych zmysłach.
Jednak nieżyjący to zupełnie inna kwestia. Ponieważ ich serca nie pracowały, krew pozostawała w żyłach jedynie jałową, czarną mazią. Członkowie sanasrothiańskiego dworu wydzielali zapach tylko wtedy, gdy zaraz po posiłku tląca się we krwi ofiary iskra życia rozbrzmiewała w ich ciałach echem emocji, które odczuwał nieboszczyk, umierając. Było to niczym śladowe ilości perfum na ubraniu zaraz po uścisku.
Godzinę temu miałem głowę pełną woni petrichoru, suchej ziemi po deszczu, gdy siedziałem obok swojej partnerki i słuchałem, jak zarzucała Tala pytaniami o Dwór Krwi. Odkąd odzyskała przytomność, niestrudzenie starała się pojąć i przygotować na to, co miało nadejść. Wyłożyliśmy jej podstawy planu. Saeris rozumiała swoją rolę w ich realizacji… ale bardzo się denerwowała.
Biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze kilka dni temu była człowiekiem, znacznie lepiej potrafiła już panować nad emocjami. Jednak nadal zmysł węchu miałem lepszy niż inni. Wyczuwałem jej wahanie. Pachniało niczym rozgrzany kamień, na który zaczynają spadać pierwsze krople deszczu.
Zaciągałem się jej wonią, tonąłem w niej, gdy do mojego nosa dotarł inny zapach.
Wampir musiał pożywić się sporą ilością krwi, zanim ukrył się w mrocznym korytarzu przed komnatą Saeris.
Przeprosiłem, że muszę wyjść i poszedłem szukać zgnilizny.
Znalazłem ją za pomocą koniuszka mojego miecza dwie kondygnacje niżej, w czeluściach Czarnego Pałacu.
Wampir okazał się piękny. Charakteryzowała go twarz, która za życia mogła być zupełnie zwyczajna, a z upływem czasu stałaby się matowa i obwisła. Ale śmierć go przed tym uchroniła. Zachowała w idealnym stanie. Miał wydatne kości policzkowe, królewski, orli nos i oczy, które zapewne niegdyś niebieskie, a teraz lśniły niczym upiorne opale. Kiedy rozchylił wargi, odsłonił białe jak kość, straszliwe kły. Otworzył usta w zdumieniu, ale nie zdołał wydać jakiegokolwiek dźwięku. Spojrzał w dół i ze zdziwieniem odkrył, że zatopiłem w jego piersi Nimerelle aż po rękojeść.
– Zniszczyłeś… aksamit – wychrypiał.
To prawda, ostrze boskiego miecza wycięło ponad siedmiocentymetrową dziurę w jego czarnej, aksamitnej kamizelce. Wzruszyłem ramionami ze skruchą.
– To irytujący skutek zabijania. – Westchnąłem. – Ubranie moich przeciwników często nie jest w stanie przetrwać tego procesu. Ale wiesz o tym, prawda?
Z przodu jego koszuli wykwitł czarny jak atrament kwiat śmierci. Gnojek, patrząc na mnie, miał czelność wyglądać na oburzonego.
– Wiem o tym… problemie, tak – wydusił.
– Ale nie będziesz musiał dłużej się nim przejmować – odparłem.
Jeszcze zanim wychynął z cienia, wiedziałem, że nie chciał walczyć. Reszta osób w Czarnym Pałacu jeszcze spała, więc i on nie powinien być na nogach. Jednak wampir, w eleganckim stroju i z żołądkiem pełnym krwi niewinnych, przybył szukać czegoś, na co nie zasługiwał. Czegoś, co tylko ja mogłem mu dać.
Z trudem zachowywał równowagę, starając się mnie złapać, aby się przytrzymać, ale jego dłonie już zamieniały się w proch. Kiedy się odezwał, słowa były suche niczym wiatr na pustyni.
– Przepraszam. Nie mogłem… zmierzyć się z…
Słońcem?
Ogniem?
W takim miejscu ogień nie był powszechnie dostępny. Wampir poszedłby z dymem jak suche polana, gdyby natrafił na płomienie. W Ammontraíeth ogniska i pochodnie na ścianach jarzyły się jedynie magiczną poświatą, więc ten żałosny drań prawdopodobnie nie znalazłby tu nawet zapałki. Zresztą, kto by się pokusił o tak ostateczną śmierć? To nie był łatwy sposób na odejście z tego świata, a raczej bolesny. Dramatyczny.
Rozpadnięcie się w pył zdawało się o wiele lepsze.
Bardziej miłosierne.
– Ocaliłeś mnie przed tym… czym bym się stał… – wyrzęził. W jego oczach malowała się wdzięczność. Ulga.
Pochyliłem się, gdy zaczął się rozpadać, aby usłyszał w chwili swojej ostatecznej śmierci każde moje słowo.
– Nie robię tego dla ciebie, a dla tych, na których się pożywiałeś. Miłego pobytu w piekle, gnido.
Z jego oczu zniknęła wszelka nadzieja na zbawienie, jaką we mnie pokładał.
– Chcą… ją zniszczyć, wiesz? To już… zostało zauważone. Ten dwór… upadnie… wraz z nią. – Skrzywił się, a ja nie potrafiłem orzec, czy był to uśmiech ulgi, czy wyraz drwiny.
– Saeris jest bezpieczna – warknąłem. – Nie pozwolę, żeby cokolwiek jej się stało.
Ale wampir wydał z siebie ochrypły, zduszony śmiech. Jego podbródek poszarzał, w ślad za nim poszły policzki. Głos załamał mu się w gardle, które się rozleciało. Kły się poluzowały i wypadły mu z ust, a wtedy skończył rechotać.
Upadł i przestał istnieć. Jego zęby wylądowały na posadzce – _dzyń, dzyń_ – a potem potoczyły się po schodach prowadzących w głąb Ammontraíeth.
_Dzyń…_
_Dzyń…_
_Dzyń…_
Czarny Pałac był przepastny. Straciłem rachubę, ilu już krwiopijców załatwiłem, odkąd tu zawitałem. Na początku w każdym z mrocznych, obsydianowych korytarzy czaiło się na mnie jedno lub dwoje dzieci Malcolma, bo przyciągał ich żar krążącego w moich żyłach życia. Jednak członkowie Dworu Krwi szybko pojęli, że nie zdołają stawić czoła boskiemu mieczowi ani dzierżącemu go mężczyźnie. W tej chwili większość spała, ale niebawem się obudzą, a potem ukryją, jeśli wiedzą, co dla nich dobre.
– Ach! Tutaj… jesteś! – U podnóża schodów stał zdyszany mężczyzna o rudych włosach. Spojrzał pod nogi i uniósł brwi, gdy zęby zatrzymały się przy jego stopach. Nawet o nich nie napomknął, tylko wrócił uwagą do mnie. – Musisz… iść ze mną. Szybko.
– Nie powinieneś wychodzić ze swoich pokojów, Carrion.
Dźwięk dziwnie się tu niósł. Powietrze było gęste. Szumiało od jakiegoś niesłyszalnego tonu, który jednak wibrował na skórze. Wypowiedziałem te słowa cicho, jednak rozbrzmiały na tyle głośno, że przemytnik je usłyszał. Sapnął z irytacją, a potem wbiegł po schodach, ale ruszyłem już w stronę, z której tu przyszedłem.
– Z chęcią… udałbym się w tej chwili do swoich pokojów, ale… zapada zmierzch. Pałac się budzi.
– No właśnie.
– Przestaniesz? Słuchaj, wyglądałem przez okno… i coś zobaczyłem…
– To się nazywa zachód słońca, Swift. Jeżeli chcesz przeżyć, aby zobaczyć ich więcej, zawsze mogę eskortować cię do Cahlish. Stamtąd będziesz mógł podziwiać zarówno zachody, jak i wschody. – Wciąż mogłem mieć nadzieję. Wielokrotnie proponowałem już, że zabiorę przemytnika z Ammontraíeth – i z Irrín – ale ten coraz bardziej się upierał, że zostanie z nami.
– Kuszące, nie powiem, ale poradzę sobie, dzięki. – Zdołał wbiec na samą górę stopni, a potem mnie dogonił, więc dotrzymywał mi kroku.
– Mogę ponownie zapytać, dlaczego wciąż kręcisz się po Ammontraíeth jak smród po gaciach? – rzuciłem. – Przecież to miejsce to istny koszmar.
– No wiesz, mam swoje powody – odparł wymijająco Carrion.
Mógł je mieć, dopóki jednym z nich nie była jakakolwiek nadzieja na to, że Saeris wyzna mu dozgonną miłość. Bo do tego nie dojdzie.
– Fisher, na bogów! Zwolnij, kurwa, co? To ważne!
Westchnąłem ciężko i odwróciłem się do niego.
– To naprawdę ważne, czy tylko tak ci się wydaje? – zapytałem, bo Carrion uważał, że wszelkie bzdury mają znaczenie, choć to z pewnością nie była prawda.
Uniósł brwi i się skrzywił, patrząc na mnie.
– Nie wiem. Czy uważasz, że szczęście twojej partnerki to ważna rzecz?
Spojrzałem na niego pustym wzrokiem.
– Mów. Tylko szybko.
Pokręcił głową.
– Potrzeba nam… okna.
Skoro słońce mogło zabijać, okno mogło oznaczać wyrok śmierci. Tutaj dziury w ścianach nie były częste. Podeszliśmy do jedynego otworu, jaki znaleźliśmy na wyższym piętrze. Był to zaledwie trzydziestocentymetrowy kwadrat, w który wprawiono dymne szkło, żeby zablokować większość promieni.
Roztaczający się z niego widok mógł być za wąski, żeby zdradzić źródło niepokoju Swifta, ale na szczęście zauważyłem to, co chciał mi pokazać. Rozejrzałem się po niezbyt szerokim horyzoncie i przyjrzałem się spalonej ziemi, rozciągającej się pomiędzy Ammontraíeth a rzeką, ale nie znalazłem…
Na bogów.
– Na początku sądziłem, że to łacha śniegu – wyznał Swift.
Moje serce zgubiło rytm.
– A potem zobaczyłem, że to się rusza. Biegnie. Szybko – wydyszał.
Puściłem się pędem, omijając Carriona, i zeskoczyłem ze schodów. Przemytnik ruszył za mną.
– Odszukałem cię tak prędko, jak tylko mogłem! Nie wiedziałem, czy… powinienem jej mówić albo…
– Zamknij się i przebieraj nogami!
– Co… co robisz? – rzucił zasapany.
– A jak myślisz? – odwarknąłem. – Ratuję tego cholernego lisa!
Zostawiłem go w Cahlish.
A nie w Irrín.
Był w Cahlish. _Po drugiej stronie gór._
Górskie pasmo Omnamerrin to najbardziej zdradliwe i śmiercionośne skały w całej Yvelii. Zbocza są tak strome, że praktycznie niemożliwe do pokonania przez elfy. Znałem niewielu wojowników, którzy wspięli się na ostrą grań szczytową i przeżyli, aby o tym opowiedzieć. Onyx urodził się w krainie śniegu i lodu, ale nawet on nie powinien móc przetrwać takiej przeprawy. W górach schodziły lawiny. Wielokrotnie mogły go pogrzebać. Musiałby wykopywać się spod śniegu. Nie miałby jedzenia ani kryjówki przed zimnym wiatrem.
Opuścił dla niej bezpieczne schronienie.
Przeszedł dla niej przez górę.
Przemierzył dla niej Irrín i rzekę.
A teraz po martwej ziemi Sanasroth ścigała go horda żerców. Musiał być zmęczony, bliski rezygnacji, ale parł naprzód. Dla niej.
A ja nie zamierzałem dać polec temu małemu lisowi.
Przebiegłem przez pałac i kogi – wielopoziomową osadę, którą przez lata wznoszono wokół pałacu. Brukowane ulice pozostawały puste, ale wkrótce się zapełnią.
Bill.
Musiałem dotrzeć do Billa.
Konie nie wchodziły do Ammontraíeth. Nie mogły przebywać w tutejszych stajniach. Wampiry szlachetnej krwi trzymały w nich swoje martwe wierzchowce, a głodni żercy zburzyliby ściany gołymi rękami, żeby tylko dostać się do ciepłego, końskiego mięsa. Billa, Aidę i dwie gniade klacze umieszczono zatem w budynku gospodarczym jakieś sto pięćdziesiąt metrów od głównego dziedzińca, tuż za wysokim murem, który otaczał najniższy poziom kogów. Prawie wyrwałem metalowe drzwi, żeby dostać się do mojego rumaka.
Nie założyłem mu ani wędzidła, ani uzdy. Wskoczyłem na jego nagi grzbiet i ścisnąłem boki, aby wyszedł z boksu. Mojemu wiernemu przyjacielowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Carrion nawet nie zdążył przebiec przez dziedziniec, gdy wyjechałem przez drzwi budynku gospodarczego.
– Wracaj do środka! – ryknąłem.
– Nie!
– Na bogów i pieprzonych grzeszników! – zakląłem po staroelficku, galopując obok mężczyzny i wyciągając do niego prawą rękę. Idiota chwycił mnie za przedramię i wskoczył za moje plecy na grzbiet Billa.
– Nie zapytasz, gdzie się tego nauczyłem?! – krzyknął przemytnik.
– Nie – warknąłem.
– Lorreth mi pokazał!
Jeśli pragnął wyrazów uznania, musiał jeszcze trochę poczekać. Dzieliło mnie od lisa jakieś półtora kilometra popiołu po kostki i luźnych łupków. W normalnych okolicznościach konie stąpałyby ostrożnie po obluzowanych kamieniach, ale teraz nie mieliśmy na to czasu. Bill prychnął i pobiegł ku zbliżającym się żercom – ani przez chwilę się nie wahał.
– Właśnie tak. Pędź dalej – mamrotałem pod nosem. – Dziękuję. Dziękuję.
Powinienem zostawić Carriona. Za lisem biegło więcej żerców, niż pierwotnie zakładałem. Chyba ze dwudziestu. A może trzydziestu? Z pewnością było ich więcej, niż mógłbym pokonać bez magii po tej stronie Darn, a mój towarzysz był przemytnikiem, a nie zaprawionym w boju wojownikiem. Słońce zaszło jednak za horyzont. A jeśli zapadł wystarczający zmrok dla żerców, wkrótce obudzą się również wampiry szlachetnej krwi Sanasroth. Bez kogoś, kto przeprowadziłby Carriona przez pałac, ten kretyn zginąłby w zaledwie kilka sekund…
Zdobywaliśmy przewagę.
Ale żercy nie odpuszczali.
Byli głodni i prawdopodobnie minęły całe wieki, odkąd żywe stworzenie miało czelność wkroczyć na ich ziemie. Bezrozumni żołnierze Sanasroth nie zamierzali przepuścić tak wyśmienitej okazji.
W tej chwili wyraźnie widziałem Onyxa.
Położył uszy, przyciskając ich czarne końcówki do głowy, gdy biegnąc, próbował ocalić życie. Odbił się od skały i przeciął powietrze niczym biała smuga na tle pogłębiającej się ciemności, a potem znów wylądował łapami na ziemi, wzbijając tuman popiołu.
– No dalej – syknąłem przez zęby. – Szybciej. Biegnij.
Zmniejszyliśmy dystans między nami a nim do niecałego kilometra… Ale żercy również doganiali lisa, który był wyraźnie zmęczony. Język wystawał mu z pyska i powiewał jak chorągiew. Widziałem białka oczu – zwierzak był przerażony.
Nie zwróciłem nawet uwagi, że Carrion trzyma się z tyłu za moją zbroję. Nie mając siodła, za które mógłby złapać, tak naprawdę nie miał innego wyjścia. Zdusiłem w gardle przekleństwo i spiąłem Billa. Rumak przyspieszył, nie wahając się ani przez chwilę. Ani na moment nie zwolnił kroku.
– Już prawie! – zawołał Carrion.
Zacisnąłem zęby tak mocno, że prawie je pokruszyłem.
– Trzymaj się!
Nie było mowy, by zwolnić. Jeśli to zrobimy, zginiemy. Trzymałem się kurczowo grzywy Billa, po raz drugi w tym tygodniu modląc się w duchu do bogów, których nienawidziłem.
_Ocalcie lisa._
_I Billa._
_Ocalcie lisa._
_I Billa._
_Proszę…_
Żercy mieli na twarzach białą pianę. Ich bezmyślne ryki wypełniały powietrze, gdy zbliżaliśmy się coraz bardziej.
_Ocalcie lisa._
_I Billa._
Już prawie dopadli Onyxa. Byli od niego dosłownie o włos. Najszybszy z nich – mężczyzna w brudnej, podartej koszuli – rzucił się naprzód, wyciągając ręce do swojej zdobyczy. Bill zatrzymał się i stanął dęba, rżąc z przerażenia. Kopytami ślizgał się po wulkanicznym szkle, kiedy w desperackiej próbie starał się odwrócić od nacierającego niebezpieczeństwa. Żerca ostrymi pazurami drasnął lisa, a ten wyskoczył…
I złapał go Carrion.
A potem spadł z konia, lądując na tyłku.
Na bogów i przeklętych męczenników!
– Wstawaj, Swift! – wrzasnąłem.
Ściskając Onyxa, miedzianowłosy książę próbował się podnieść. Był dość szybki, ale to nie wystarczyło. Ciasnym manewrem obróciłem Billa w stronę żerców, a potem zeskoczyłem z jego grzbietu.
– Spokojnie, przyjacielu. Już dobrze. Zaczekaj tu na mnie – szepnąłem do niego, po czym wyjąłem Nimerelle i zacząłem zabijać. Boski miecz pluł czarnym dymem, przecinając powietrze. Tam, gdzie uderzałem, martwe ciała i kruche kości rozstępowały się niczym mokry pergamin.
– Do broni, Swift! – zagrzmiałem przez ramię. Carrion już stał, dzierżąc Simona – swój boski miecz. Onyx wyrwał mu się z rąk i ukrył pomiędzy kopytami Billa, co nie pomogło w uspokojeniu wierzchowca. Rumak jednak trzymał się blisko mnie, tupiąc i rżąc, przewracając oczami. Wyraźnie się przeraził, ale zamierzał być posłuszny. Fala żerców mogła nas dopaść w każdej chwili. – Ścinaj im głowy! – krzyknąłem. – Nie spieprz tego, Carrion!
– Nie spieprzę! – Stanął obok mnie i przyjął postawę bojową, a ja się zdziwiłem. Odpowiednio ułożył nogi. No, prawie. A kiedy wygłodniali żercy nas dopadli, nie zginął od razu. _Doprawdy szokujące_.
Srebro i elficka stal siekały przeciwników, posyłając ich na ziemię. Trafiłem większość z nich. Tylko nieliczni mnie ominęli, by rzucić się na Carriona, ale również padli. Ci, z którymi walczył, wciąż mieli głowy i nadal próbowali go zabić, ale przynajmniej zdołał posłać ich na ziemię.
Znajdujący się za nami Onyx pisnął z przerażenia.
Siedmiu żerców.
Ośmiu…
Do trzech, których powalił Carrion, dołączył czwarty.
Jakieś dwanaście metrów dzieliło nas od kolejnej hordy. Złapałem przemytnika za kark i popchnąłem w kierunku Billa. Do tej pory mieliśmy szczęście, ale wiedziałem, że nie będzie nam ono dane na zawsze. Wziąłem lisa na ręce, wskoczyłem na koński grzbiet i podciągnąłem za sobą Swifta.
Ammontraíeth majaczył przed nami – iglice wychylające się z mgły wyglądały niczym knykcie zaciśniętej pięści. To nie był pałac, a twierdza.
Chwyciłem się grzywy Billa, zmawiając ostatnią modlitwę do bogów, i pomknęliśmy jak wiatr.
Zanim dotarliśmy do kogów, piekło zdążyło się obudzić i zaczęło kłapać zębiskami. Zarówno wampiry szlachetnej, jak i pospolitej krwi zerkały zza obsydianowych murów, które strzegły niewielkiego miasta u stóp zamku Ammontraíeth, a w oczach potworów malowały się ocena i głód, gdy Bill niechętnie wrócił do budynku gospodarczego. W środku czekał na nas Lorreth, krzyżując ręce na piersi i mocno się krzywiąc.
– Na wszystkich bogów, mówisz, że wychodzisz tylko na chwilę, a moment później widzę, jak galopujesz przez martwe pola, szarżując na hordę nieumarłych!
Carrion zsunął się z jękiem z końskiego grzbietu.
– A ty? Odbiło ci? – syknął Lorreth. Zmrużył oczy, wpatrując się w przemytnika, jakby naprawdę mógł dostrzec jego głupotę.
– Na mnie nie patrz. Zabiłem tylko czterech żerców i uratowałem życie Kingfisherowi – powiedział zwyczajowym beztroskim tonem, chociaż pobrzmiewała w nim również nuta prawdziwego strachu. Wydawało się, że bliskie spotkanie ze śmiercią jednak wywarło na nim jakiś wpływ.
Miałem ochotę go ukatrupić.
– Najwyżej ich okaleczyłeś – warknąłem. – A kiedy uratujesz mnie na polu walki, włożę suknię i zatańczę pieprzonego ludowego jiga.
Podążając za mną, mógł zabić nas obu. Spadł, kurwa, z konia. Jeśli coś by mu się stało… To co?
Saeris wkurzyłaby się na mnie.
Ale…
Onyx pisnął.
Wtulił się w moją pierś, zwinął w kłębuszek i patrzył czarnymi, szklistymi, wciąż pełnymi strachu oczami. Miał brudne futro, prawą tylną łapę we krwi. Zaskowyczał, gdy dotknąłem zranionej kończyny, najwyraźniej go bolała.
Później przyjdzie pora, żeby wydzierać się na Carriona Swifta.
– Chodźcie – poleciłem. – Wejdźmy do środka, zanim te sukinsyny zapolują na któregoś z nas. – Spojrzałem na przyjaciela. – Znalazłeś go? – zapytałem cicho.
Dostrzegłem, że nozdrza Lorretha rozszerzyły się i drgnął mięsień na jego policzku.
– Nie. Szukałem dosłownie wszędzie. Jeśli Foley tu jest, nie potrafię stwierdzić, gdzie dokładnie.
To niedobrze. Potrzebowaliśmy Foleya. Westchnąłem, dusząc w sobie rozczarowanie.
– Dobra. Szukaj dalej. Wydaje mi się, że nie powinniśmy się tak wcześnie poddawać.
– Kim jest Foley? – zagadnął Carrion.
Lorreth otworzył usta, aby mu odpowiedzieć, ale kiedy na mnie spojrzał, zawahał się.
Wszechświat mógłby chylić się ku upadkowi, a Carrion Swift nie zaprzestałby o wszystko wypytywać, ale pewnie będąc na jego miejscu, czułbym się podobnie. Skinąłem krótko głową i odwróciłem wzrok, a Lorreth zaczął wyjaśniać.
– Kiedyś był przyjacielem. Wciąż nim jest. Jednym z nas. Straciliśmy go pod Ajun.
Saeris mówiła, że Lorreth śpiewał balladę o Wrotach Ajun, o bitwie, która się tam rozegrała, ale ponieważ merkurium zażądało utworu w zamian za pozwolenie, by ponownie wykuć Avisiétha, który to miecz oddało we władanie właśnie jemu, pieśń została zapomniana.
Carrion jednak od tamtej pory nie przestawał wypytywać o Wrota Ajun. Kiedy czekaliśmy, aż Saeris ocknie się po Pocałunku Nocy, Lorreth opowiadał przemytnikowi o naszych dokonaniach. Mówił również o przyjacielu, którego zabił smok. Nie przekazał mu jednak całej historii.
– Jeśli zginął pod Ajun, to jak… – Carrion zmarszczył brwi, gdy nagle do niego dotarło. – Och. Utraciliście go, ale on nadal żyje. Jest tutaj? – dociekał, unosząc głowę i spoglądając na ostre jak brzytwa ściany górującego nad nami Czarnego Pałacu.
– Tak – odparł Lorreth. Niesamowite, że to pojedyncze słowo niosło za sobą aż tyle napięcia. Wojownik odchrząknął. – Jeżeli będę musiał, przetrząsnę to miejsce do fundamentów, Fisher. Nie martw się. Znajdę go. Idź. Wejdź do środka. Saeris robiła dobrą minę do złej gry, gdy wychodziłem, ale wiem, że panikuje. Wyszczotkuję Billa i go schłodzę – powiedział i przesunął dłonią po spoconej końskiej szyi, a potem poklepał wierzchowca po grzbiecie.
Zeskoczyłem, uważając, aby nie potrząsać Onyxem.
Wylądowałem miękko na ziemi, a mimo to lis i tak pisnął. Czułem pod sierścią jego kostki. Z sercem w gardle zobaczyłem, że poduszki na jego łapkach popękały i krwawią.
– Będziesz musiał go nieść – rzuciłem do Carriona, gdy wracaliśmy przez kogi.
– Co? Nie mogę. On mnie nie lubi.
Pospiesznie wyjąłem Nimerelle i obróciłem się z bronią tak, aby Swift mógł ją zobaczyć.
– Chcesz więc zamiast lisa nieść to? – zagadnąłem. – Będziesz potrzebował obu boskich mieczy, jeśli zamierzasz torować nam drogę z powrotem przez kogi do pałacu.
Przemytnik zbladł, wpatrując się w oręż. W najlepszym razie dotykając broni innego wojownika, skończyłby z poważnymi oparzeniami. W najgorszym wypadku straciłby rękę. Albo życie.
– To wolę już trzymać lisa – odparł, wciąż nieufnie zerkając na Nimerelle.
Powrót do komnat Saeris zajął znacznie więcej czasu, niż bym sobie tego życzył. Zostawialiśmy za sobą ślad rozsypanych kłów, które lądowały najpierw na brukowanych ulicach, a potem na wypolerowanych posadzkach, gdy wchodziliśmy na kolejne kondygnacje pałacu. Zanim dotarliśmy za bezpiecznie zamknięte drzwi komnat Saeris, straciłem rachubę, ilu krwiopijców wykończyłem. Carrion był cały w plamach czarnej posoki, a Onyx osłabł ze zmęczenia.
Saeris zastaliśmy na progu, a po jej bladej, pięknej twarzy płynęły łzy. Miała na sobie gruby szlafrok, tkany misternie złotą nicią na kieszeniach. Przeraziła się na widok lisa.
– Na bogów. Nic mu nie jest? – zapytała szeptem, jakby zbyt bała się odpowiedzi, aby rozwikłać tę kwestię pełnym głosem.
– Wszystko z nim w porządku – odparłem. O bogowie, jakże chciałem zgarnąć ją w objęcia i przytulić. Dobrze wiedziałem, co oznacza lekkie zgarbienie jej sylwetki, sposób w jaki kosmyki włosów kręciły się przy skroniach. Znałem jej buntowniczość, którą traktowała jak tarczę, ale jeszcze nie poznałem jej żalu, który był niczym nieproszony nieznajomy, więc zapragnąłem go jak najszybciej wyrzucić. Z powodu jego obecności krajało mi się serce.
Lisek, pomimo obrażeń, kręcił się w ramionach Carriona, zdeterminowany, aby dotrzeć do swojego celu. Wydawał się nieco odprężyć dopiero, gdy znalazł się bezpieczny przy piersi Saeris.
Drżał i dyszał, wpatrzony w swoją panią, która, odkąd ją poznałem, przeklinała moje imię i pokazywała zęby przy każdym zagrożeniu. Wrzał w niej bunt nawet, kiedy znalazłem ją na schodach Sali Zwierciadeł po tym, jak Harron śmiertelnie ją zranił. A teraz płakała, tuląc lisa, a ja nie mogłem na to patrzeć.
Wyciągnąłem po niego rękę.
– Daj mi go, proszę – powiedziałem.
Oczy Saeris zdawały się tak jasnoniebieskie, jak wyłaniający się zza gór zimowy świt. Widziałem, że drży jej dolna warga, gdy spojrzała na mnie niepewnie, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Z trudem przełknęła ślinę, odetchnęła głęboko i oddała mi Onyxa.
Carrion odszedł. Chociaż raz ten złodziej prawidłowo ocenił sytuację i zniknął. Saeris wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami i z mocno bijącym sercem, kiedy niosłem lisa do wyjścia na jej balkon.
Jako pierwszy ze wszystkich wampirów i król Dworu Krwi, Malcolm rozgościł się w tych komnatach, jakby miał do tego prawo, ale nie spędzał w tych ścianach zbyt dużo czasu. Tal mówił, że spał w wieży nad nami, a paranoja podpowiadała mu, żeby zamykał się wtedy za szeregiem grubych na pół metra, metalowych drzwi. Nie potrafiłem wyobrazić go sobie na tym balkonie, na otwartej przestrzeni pod nocnym niebem, usianym gwiazdami. W tym miejscu chyba za bardzo obawiałby się własnego cienia…
Saeris w poświacie księżyca promieniała. Włosy powiewały jej na wietrze niczym sztandar.
– Po prostu… – zaczęła ze łzami w oczach. – Jeżeli musisz to zrobić, to przynajmniej niech to będzie szybko.
Serce podeszło mi do gardła. Wydawało jej się, że zamierzam skrócić cierpienia tej biednej istoty. Myślała w ten sposób, a mimo to oddała mi lisa. Ufała, że zrobię to, co konieczne, aby oszczędzić bólu jej pupilowi…
Pokręciłem głową i słabo się uśmiechnąłem.
– Mówiłem, że nic mu nie jest, Osha. Naprawdę. – Usiadłem na piętach, a potem położyłem sobie zakrwawioną kulę białego futra na kolanach. Czarne, szklące się oczy wpatrywały się we mnie z ufnością.
– Niezbyt dobrze uzdrawiam – szepnąłem do niego. – Chyba masz szczęście, że jesteś malutki… oboje je mamy. – Czekałem, aż strumień magii rozgrzeje mi dłonie. Używałem tej mocy do leczenia siniaków, gdy byłem młody. Kiedyś naprawiłem sobie złamany kciuk, ale niemal wyczerpało to zasoby mojej energii. Niegdyś poskarżyłem się mamie, że nie potrafię wprawnie uzdrawiać, ale tylko się zaśmiała i poczochrała mnie po włosach.
„Nigdy nie wątp w swoją moc, kochany”, powiedziała mi wtedy. „Każda jest darem. Wystarczy, gdy najbardziej będziesz jej potrzebował. Uwierz w siebie. Zawsze będziesz wystarczający”.
Modliłem się, żeby miała rację, gdy położyłem palce na poranionej łapie lisa. Na początku czułem opór – jakby barierę, która nie chciała ustąpić tak łatwo, jak ta pomiędzy mną a moimi cieniami. W końcu się jednak poddała i zalała mnie fala bólu. Skrzywiłem się…
– Co robisz? – dopytywała Saeris. – Co się dzieje? Co ty wyprawiasz?
Onyx pisnął i położył łebek na mojej nodze. Jego wyczerpanie przepłynęło przez połączenie, które między nami utworzyłem. Był do cna wyzuty z energii, a jego łapa wciąż boleśnie pulsowała. Na szczęście nie była złamana, ale pogruchotana. Biegł od tak dawna.
– Fisher!
– Jeszcze chwilę, Osha – poprosiłem. – Zaufaj mi. To już nie potrwa za długo.
Zamknąłem oczy i pociągnąłem. Niektóre elfy nie miały dostępu do małej magii, która nie była częścią ani męskiego, ani żeńskiego dziedzictwa, jak moje cienie. To była znacznie słabsza energia – nikła koligacja, jaką można było dostać w swojej linii mocy. W przeciwieństwie do tej wrodzonej, mała magia była ograniczona.
Dłonie mi drżały, gdy szukałem głęboko w sobie każdego skrawka uzdrawiającej siły, jaka tylko we mnie płynęła. Kiedy wyobraziłem ją sobie w centrum mojej piersi, przelałem ją do Onyxa.
Lis się zatrząsł, a chwilę później jego oddech znacznie zwolnił. Osłabł promieniujący z jego ciała ból, aż stał się jedynie tępym pulsowaniem w łapie. Poduszki się zasklepiły. Pogruchotana kość się zrosła… ale nie do końca. Nie miałem w sobie wystarczająco uzdrawiającej magii, żeby doprowadzić go do całkowicie dobrego stanu, niemniej tyle wystarczy. Z resztą sam sobie poradzi.
Zwierzak ziewnął, a potem zaczął się wyrywać, jakby pragnął się ode mnie uwolnić. Jego sierść znów była czysta, zniknęła plamiąca ją wcześniej krew. Kuśtykał na łapę ledwie zauważalnie, gdy pobiegł do swojej pani.
Saeris patrzyła ze zdumieniem i ulgą, następnie pochyliła się i wzięła go na ręce.
– Co? Ale… jak? – Śmiała się, gdy lis szturchał ją nosem w szyję i lizał po policzku. – Nie wiedziałam, że potrafisz uzdrawiać!
Wzruszyłem ramionami.
– W tej chwili to niemożliwe. Już nie. To niewiele, ale dałem mu wszystko, co miałem.
Saeris nieco spoważniała.
– Ale… skoro masz w sobie magię uzdrawiającą, nie powinna się odrodzić? Jak w przypadku mocy Te Lény?
Ze smutkiem pokręciłem głową.
– Niektóre rodzaje magii tak nie działają, Osha. – Innym razem dokładniej jej to wyjaśnię. Nadal tak wiele nie wiedziała o tym świecie, jego mieszkańcach i tutejszej magii. Jednak to mogło poczekać. Onyx był w znacznie lepszym stanie, a Saeris przestała płakać. Na razie tylko to miało znaczenie.
– Zatem poświęciłeś tę moc, żeby mu pomóc? – zapytała. Na bogów, była tak cholernie piękna. Księżyc malował poświatą jej skórę, więc wyglądała, jakby promieniała srebrem.
Pokiwałem głową.
Chyba nie wiedziała, co powiedzieć. Na chwilę wtuliła twarz w futro liska i zaciągnęła się jego zapachem. Kiedy uniosła głowę i ponownie na mnie spojrzała, zrobiła to ze zdziwieniem.
– Dlaczego? – zapytała. – Dlaczego tak się poświęciłeś?
Wcześniej bym nie odpowiedział. Nie potrafiłbym jej okłamać, więc musiałbym milczeć. Tyle się jednak wydarzyło. Tak wiele zmieniło się między nami. Prawda z łatwością wyszła z moich ust.
– Nie wiesz? Nie ma nic, czego bym nie poświęcił, żeby cię uszczęśliwić, Osha. Trochę magii uzdrawiającej to tak naprawdę nic wielkiego.
Przed Gillethrye przez tygodnie panowało między nami silne napięcie. W tej chwili nasze dłonie i nadgarstki znaczył boży węzeł. Zostaliśmy połączeni w sposób, który wydawał się jednocześnie dziwny i ekscytujący.
Pozostało jednak tak wiele do powiedzenia.
Wisiało to między nami jak ciężar… Ale kobieta, w której tak bardzo bałem się zakochać, po prostu pokiwała głową, starając się nie uśmiechać.
– Rozumiem. A już zaczynałam myśleć, że zmieniłeś zdanie w kwestii Onyxa.
Też starałem się nie zaśmiać. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Na bogów, była tak cholernie piękna.
– O, nie – mruknąłem. – Wciąż sądzę, że byłaby z niego niezła czapka.3
Upojony
Kingfisher
Na piersi Saeris pojawił się nowy tatuaż – cienka, czarna linia, która znaczyła jej skórę od ramienia do ramienia, ciągnąc się tuż pod obojczykami. To była tylko zwykła linia, ale w jakiś sposób okazała się uderzająca. Moja partnerka zapierała dech, gdy obróciła się twarzą do sali, a w jej oczach lśniła galaktyka gwiazd. Sama znajdowała się w jej centrum. I tak mnie do niej ciągnęło, ale po tym, co właśnie zrobiła – nawet nie wiedziała, co się stało – mój fiut stał się najtwardszy w życiu i ledwie mogłem myśleć.
Na bogów, ta pieprzona suknia…
Ereth wchodził po schodach na podwyższenie, aby zbliżyć się do Saeris, a ja obserwowałem, jak moja partnerka szeroko otwartymi oczami rozglądała się po sali i wiedziałem od razu, co czuje. Moimi żyłami również płynęła euforia. Powinienem wykazać się nieco większą ostrożnością, gdy kazałem jej pić. Nie zdawała sobie sprawy z tego, co się stanie, jeśli wbije we mnie kły, ale nie pociągnie krwi. To była tylko moja cholerna wina, bo powinienem ją o tym poinformować. Musiałem jej to wyjaśnić. Kiedy obróciłem się twarzą do sali, członek wciąż pulsował nieubłaganie w moich spodniach.
Ereth dotarł na szczyt schodów i pokłonił się z szacunkiem przed moją partnerką. Saeris ledwie zwróciła na niego uwagę. Biedna mała Osha wciąż przeżywała skutki ugryzienia. Ja jednak byłem od niej o wiele, wiele lat starszy, więc wiedziałem, jak stłumić tę euforię. Zrobiłem to niechętnie – miło by było wciąż unosić się na falach czystej ekstazy, ale wampir zachęcał ją do ugryzienia mnie z jakiegoś konkretnego powodu. Jakby liczył, że to doświadczenie ją sponiewiera. Zapewne miał nadzieję, że kiedy Saeris nakarmi się ode mnie, przytępi moje zmysły i osłabi czujność… ale Ereth mnie nie znał. Nigdy nie spotkaliśmy się na polu walki. Nie odwiedził mnie, gdy zostałem uwięziony w labiryncie Malcolma. Nie miał pojęcia, kim jestem, ani co potrafię, a zatem nawet się nie domyślał, jakich strasznych zbrodni się dopuszczę, żeby tylko zapewnić bezpieczeństwo mojej partnerce.
Ten gnój z zakrzywionym nosem uniósł złoty diadem i ostrożnie umieścił go na głowie Saeris, która zatrzepotała powiekami, gdy wróciła do rzeczywistości, a moja czujność wyostrzyła się niczym brzytwa. Saeris była bezbronna, gdy ten wampir stał tak blisko. Zbyt krucha. Zjeżyłem się, aż zaczęły mrowić mnie palce.
_Cierpliwości_, szepnęło merkurium.
Odkąd Te Léna zaczęła współpracować z Iseabail, by wyciągnąć ze mnie substancję, głosy w mojej głowie stały się mniej chaotyczne, a bardziej wyraziste. Łatwiej było mi je zrozumieć. Uzdrowicielka i czarownica osiągnęły wspólnie to, czego żadna z nich nie byłaby w stanie dokonać samodzielnie. Nić merkurium, która we mnie pozostała, już nie sprawiała wrażenia, jakbym tylko paznokciami trzymał się zdrowego rozsądku. Po raz pierwszy od momentu, w którym substancja skaziła mnie w młodości, zaczynałem myśleć, że była bardziej jak błogosławieństwo niż przekleństwo. Obserwowałem teraz Eretha jak jastrząb, a ona podpowiadała, żebym był ostrożny. _Czekaj. Czekaj. Cierpliwości…_
Jednak ta cecha nigdy nie była moją mocną stroną. Zmienił to dopiero labirynt. Stałem stabilnie, pokładając w wampirze swoje zaufanie. Praktycznie nic o nim nie wiedziałem. Wydawało mi się mało prawdopodobne, żeby poruszał się tak szybko po…
Nie.
Miałem rację.
Wiedziałem, kurwa.
W dłoni lorda pojawiło się ostrze z rękojeścią owiniętą rzemieniem. Zapewne sprawiało mu ból, gdy do tej pory ukrywał je pod peleryną, przyciśnięte do swojego boku. Było nikczemne, ostre i połyskiwało jasnym srebrem. Stanowiło idealną broń wampira szlachetnej krwi, który nie miał doświadczenia w walce wręcz, ale ten sztylet mógł wbić w ucho wroga, wciskając je wprost w jego mózg.
Ereth poruszał się bardzo szybko.
Ale ja byłem szybszy.
Saeris również przystąpiła do działania. Z jej oczu zniknęła mgła oszołomienia. Sięgnęła po sztylet, który jej dałem, ale już byłem przy niej. Uderzyłem w lorda.
Ereth wydał gardłowy bulgot, gdy spadał z podwyższenia, a powietrze uchodziło z jego płuc. Upadł z hukiem na schody. Podniósł rękę z nożem, jakby zamierzał nim rzucić, ale…
Sięgnąłem przez ramię.
Zacisnąłem palce wokół rękojeści Nimerelle.
W okamgnieniu miecz rozmył się w powietrzu.
Wymachiwałem nim z całą siłą.
Metal ciął, wirując, zataczając łuk i w ostatniej chwili rozpłatał ciało Eretha po skosie, przepoławiając jego tors.
Zatrzymałem Nimerelle ostrzem do dołu i zadrżałem, gdy weszło w obsydianowe podium na dobre piętnaście centymetrów.
_Łup._
_Łup._
Dwie połówki Eretha upadły na posadzkę zupełnie bez gracji. Wnętrzności wampira były poczerniałe, narządy martwe, sączyła się z nich kleista, ciemna posoka, która cuchnęła jak smoła. Śmierć siedziała na ramieniu tego potwora od tak dawna, że w tej chwili nie zamierzała tracić czasu na rozkoszowanie się nagrodą. Mimo wszystko Nimerelle to boski miecz – z domieszką srebra oraz magii bogów. Może i nie ściąłem Erethowi głowy, ale gnojek leżał w kawałkach na podłodze. Nie miałem wątpliwości, że go zabiłem.
Po mojej lewej stronie trzy wampiry szlachetnej krwi, odziane w czarne kaftany z wyhaftowanymi krwistoczerwonymi smokami, szamotały się na schodach. Przybyli swojemu przywódcy na ratunek, ale ktoś ich powalił. Taladaius stał przed podwyższeniem z wyciągniętą dłonią i pustym wyrazem twarzy, racząc napastników swoją magią. Nie bez powodu poprzedni król tego dworu uczynił Tala swoją prawą ręką. Wampir do tej pory nie afiszował się mocą, ale widać było, że jest potężny. Jeszcze przed przemianą potrafił władać większością płynów. Właściwie wszystkimi poza merkurium. Krew również była cieczą… A w tej chwili sprawiał, że gotowała się w żyłach leżącej na schodach trójki.
Z otwartych ust buchała para, aż ucichły ich krzyki. Tal obserwował ich mękę z mistrzowsko zagranym znudzeniem. Po sali poniosły się zniesmaczone pomruki – użycie tej tajemniczej magii przeciwko swoim było rzadkie, ale nie niespotykane. Pogłoski mówiły, że Malcolm uwielbiał obserwować, jak jego nieposłuszni poddani płoną. Saeris jednak nie nakazała Talowi wkroczyć do akcji. Zadziałał z własnej woli. Z pewnością poniesie za to konsekwencje, ale to już nie była moja sprawa.
Saeris stała za mną.
Natychmiast omiotłem ją spojrzeniem, szukając obrażeń. Wydawało się, że nic jej nie jest, ale nie ufałem własnym oczom. Musiałem to usłyszeć. _Nic ci się nie stało?_ – zapytałem w myślach.
_Nie. Wszystko w porządku._
Ogarnęła mnie wielka ulga. _Zostań tutaj. I zaczekaj na mnie. Nikt inny nie wejdzie po tych schodach._ Pośród przerażonych, spanikowanych krzyków, które poniosły się po sali, zszedłem z podwyższenia i udałem się do miejsca, gdzie leżało rozpołowione ciało Eretha.
– Założę się, że teraz tego żałujesz – warknąłem.
Z ust lorda wypłynęła czarna ciecz, znacząc mu wargi i podbródek.
– Ona jest… potępiona. Przeklęta – wydusił. – Bogowie ją… napiętnowali.
– Serio? – Kucnąłem obok niego. – Czyżby? – Nadal nie miałem na sobie jednego naramiennika. Uniosłem prawą rękę, żeby pokazać mu to, co do tej pory zasłaniała moja zbroja, a także rękawiczki Saeris. Chciałem, żeby zobaczył moje rozległe tatuaże, które naznaczały zarówno nas, jak i naszą relację, jako boski węzeł. Z pewnością słyszał legendy o takich parach. Wybałuszył oczy, gdy dojrzał tusz na moim nadgarstku. Wzory, które uformowały się już w labiryncie, kiedy to merkurium wciągnęło moją partnerkę do krainy samych bogów. – Nie napiętnowali jej, a otoczyli opieką. – Może to nie była prawda. Relacje osób związanych bożym węzłem często kończyły się śmiercią, ale Saeris już raz umarła, a ja w labiryncie też niejednokrotnie padłem trupem. Wydawało mi się więc, że śmierć już dostała od nas to, co jej się należało. Postrzegałem nasze znaki jako błogosławieństwo.
Z ust Eretha dobył się śmiech, chociaż przypominał mokry grzechot.
– Ty g-głupcze. Mamy r-różnych bogów.
A potem umarł.
W przerwie pomiędzy oddechami jego ciało rozsypało się w proch.
W powietrzu rozległ się wściekły krzyk, po czym Zovena rzuciła się, ale nie na mnie, a na mój miecz, który wciąż tkwił pośrodku mozaiki przedstawiającej pięcioramienną gwiazdę.
Podniosłem się, obnażając zęby.
– Dotknij go, Zoveno. Śmiało, rzucam ci wyzwanie, żebyś to zrobiła.
Suka zamarła, ale nie dlatego, że zatrzymał ją zdrowy rozsądek, ale ponieważ przed oczami śmignęła mi srebrna smuga. Tal uderzył w kobietę i powalił ją na podłogę.
– Przestańcie!
Wrzask Saeris poniósł się po Sali Łez, a słysząc jej rozkaz lordowie, Tal, Zovena oraz wampiry szlachetnej krwi, które zdołały poderwać się z miejsc, zamarły.
– Jestem władczynią tego dworu i macie mnie słuchać! – Stanęła na skraju podwyższenia, piękna i niszczycielska jak burza, a powietrze wokół niej falowało i buzowało. Nie byłem członkiem sanasrothiańskiego dworu, ale nawet w moich uszach brzmiała autorytarnie. Jej głos sprawił, że wiele wampirów z pierwszych rzędów padło przed nią na kolana. – Od tego momentu, za każdym razem, gdy mnie zobaczycie, właśnie w taki sposób macie mnie witać. Na kolanach! Wszystkim poddanym Dworu Krwi z Sanasroth zabraniam krzywdzenia, utrudniania mi życia i zabijania mnie, mojego partnera lub któregokolwiek z moich przyjaciół. Ponadto od tej chwili żaden żywiciel zniewolony przez wampira szlachetnej krwi z tego dworu nie może zostać wykorzystany do szerzenia wojny, spisków i chaosu. Przemówiłam. Moje słowo staje się prawem!
Fala potężnej energii wstrząsnęła salą, targając szatami zgromadzonych i zmuszając ich, by osłonili oczy.
Saeris wygłosiła edykty. Pierwsze dekrety nowej monarchini weszły w życie z całą surowością. Powstały podwaliny naszego planu. Wampiry z Sanasroth nie miały wyjścia, jak tylko ugiąć się przed wolą władczyni.
– Upoiła cię? Na oczach całego sanasrothiańskiego dworu?
Brnąłem przez błoto, kręcąc głową, gdy usłyszałem rozbawiony głos Renfisa. Za bardzo cieszyła go moja opowieść.
– Chyba nie zrozumiałeś sedna całej sprawy. Zabiłem lorda północy. Celebrację koronacji odwołano. Musiałem opuścić Ammontraíeth, zanim wybuchły rozruchy.
Przyjaciel przytaknął, pocierając żuchwę.
– Tak. Jasne. Okej. Chyba nie tak wyobrażaliśmy sobie przebieg tej ceremonii. Ale kogo w ogóle obchodzi Ereth? Zgromadzą kworum i zastąpią tego drania. Chcę wiedzieć więcej o tym, jak cię upoiła. Rozerwałeś jej ubranie na oczach ich wszystkich?
Zacisnąłem na chwilę zęby, a potem odetchnąłem głęboko.
– Nie, nie zerwałem z niej ubrań. Ledwie mnie tknęła. Kiedy połapałem się, co robi, poleciłem jej picie, a następnie… – Przypomniałem sobie żar jej jadu w żyłach i znów zakręciło mi się w głowie. – Słuchaj, skupmy się, co? Właśnie przyjechałem z Ammontraíeth na koniu, a potem musiałem ślizgać się przez pół cholernej Darn, nim wróciła mi magia. Jak mam skutecznie chronić Saeris, skoro nie jestem w stanie stworzyć przeklętego portalu?
Ren miał zarumienione policzki. Miły widok. Od chwili, w której przenieśliśmy Layne do wschodniego skrzydła w Cahlish, nabrał nieco lepszego nastroju. Otworzyła wczoraj oczy, co stanowiło niewielki postęp. Renfis zawsze chronił moją przyrodnią siostrę – nawet gdy byliśmy młodsi i niemiłosiernie go prowokowała. Teraz sprawiał wrażenie zobowiązanego, by dopilnować jej szybkiego powrotu do zdrowia. Pochylił głowę i wszedł za mną do namiotu narad wojennych.
– Wygląda na to, że Saeris jest jedną z najpotężniejszych istot po tej stronie zaświatów. Koronowali ją na swoją królową. Wypowiedziała rozkaz, który stał się ich prawem.
Jedynie chrząknąłem z niezadowolenia.
– Muszą się jej podporządkować, bracie – ciągnął. – Na tym polega klątwa ich dworu. Możesz za to podziękować paranoi Malcolma. Każdy wampir z jego linii krwi musi okazać posłuszeństwo koronie Sanasroth. A skoro spoczywa ona w tym momencie na głowie Saeris, która zabroniła im jej skrzywdzić, stała się niemalże nietykalna. Nie potrzebuje ochrony. Poddani muszą wypełniać jej edykty. Nie zrobią krzywdy ani jej, ani tobie. Ale nie tylko to, praktycznie wycofała z walk całą hordę, Fisher.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_