Brokatowy dom - ebook
Po tragicznej śmierci rodziny Milana próbuje zacząć od nowa. Odcina się od wspomnień, które mogłyby ją zniszczyć, i od tajemnicy, której nigdy nie powinna zdradzić. Kiedy jednak otrzymuje propozycję sprzedaży rodzinnego domu, wszystko powraca.
Strach. Poczucie winy. I prawda, która przez lata pozostawała w ukryciu.
Bo Brokatowy dom to nie tylko miejsce. Jego ściany pamiętają więcej, niż Milana chciałaby wiedzieć, a ukryte w nim tajemnice mogą okazać się śmiertelnie niebezpieczne. Z każdym kolejnym krokiem Milana zbliża się do odkrycia tego, co naprawdę wydarzyło się przed laty. Jednocześnie coraz bardziej ryzykuje, że po raz drugi straci wszystko.
Ten dom nigdy nie zapomniał.
Odważysz się otworzyć jego drzwi?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368657678 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Nie pogłaśniaj – poprosiłam, kiedy ręka Jeremiego powędrowała do pokrętła. – Potrzebuję ciszy.
Prychnął, ale posłusznie cofnął dłoń i położył ją z powrotem na kierownicy.
– Daj spokój, to twój brat – odparł.
– Co nie zmienia faktu, że ma trzy lata i jest nieznośny.
– Nie jest nieznośny – upierał się. – Jest dzieckiem.
Westchnęłam, kręcąc głową.
– Nieważne – mruknęłam. – Potrzebuję ciszy.
Wiedziałam, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Jeremi nigdy nie pozwalał mi powiedzieć złego słowa na mojego brata, co jednocześnie mnie bawiło i irytowało. W końcu był moim chłopakiem, więc powinien trzymać moją stronę.
– Powinnaś odpuścić – powiedział. – Minęły już trzy lata, odkąd jest na świecie, a ty dalej nie potrafisz się z tym pogodzić.
Trudno pogodzić się z tym, że w wieku dziewiętnastu lat zostałam siostrą, kiedy równie dobrze mogłabym zostać matką. A nie chciałam być ani jedną, ani drugą. Pewnie ucieszyłabym się z rodzeństwa kilkanaście lat wcześniej, kiedy potrzebowałam kompana do zabaw. Po niemal dwóch dekadach samotności nauczyłam się jednak radzić sobie w pojedynkę. Wypracowałam własną rutynę, miałam codzienne nawyki, które całkiem lubiłam, i nagle wszystko rozsypało się jak domek z kart.
Nie tylko przestałam być na świeczniku, lecz także musiałam zrezygnować z wielu rzeczy. Na przykład z gry na fortepianie, kiedy Nikodem spał, albo z ciszy, kiedy darł się wniebogłosy. Oddałam mu swój pokój, swoją przestrzeń, swoje rzeczy i rodziców. Wkrótce w domu nie było już dla mnie miejsca, więc postanowiłam się wyprowadzić. To była najlepsza decyzja w moim życiu.
– Przerabialiśmy już to – rzuciłam na odczepne i szybko zmieniłam temat: – Napiszę mamie, że jedziemy za nimi. Ile możemy być do tyłu?
– Z piętnaście minut.
Weszłam w wiadomości i wysłałam mamie krótkiego esemesa. Po niespełna minucie odpisała, że spotkamy się w domu, więc zablokowałam telefon i odłożyłam go na kolana.
– Jeszcze będziesz za nim tęsknić – stwierdził Jeremi i mimo moich wcześniejszych protestów pogłośnił radio.
– Wątpię – burknęłam.
Kolejne kilka kilometrów pokonaliśmy bez słowa, aż nagle duży czerwony samochód zajechał nam drogę i gwałtownie się zatrzymał.
Jeremi musiał odbić w lewo, żeby w niego nie wjechać. Szarpnęło nami do przodu, kiedy wcisnął hamulec. Pas bezpieczeństwa boleśnie wbił mi się w skórę na szyi. Zaczęłam masować to miejsce i jednocześnie spojrzałam na chłopaka.
– Nic ci nie jest? – zapytał i włączył światła awaryjne.
– Nie – odparłam, po czym rozejrzałam się wokół. – Co jest?
Nie wiem, co zauważyłam jako pierwsze. Od rana nad ziemią unosiła się gęsta mgła, która na autostradzie jeszcze bardziej ograniczała widoczność. Poza tym wszystko działo się tak szybko, że mogłam coś źle zarejestrować. Kiedy jednak Jeremi zaczął trąbić na kierowcę czerwonego dostawczaka, wyjrzałam przez szybę i zobaczyłam na prawym pasie kilka samochodów. Każdy miał wgniecioną maskę i tylny zderzak. Niektóre stały bardziej bokiem niż przodem. Jeden leżał odwrócony do góry kołami.
Nie od razu go rozpoznałam. Dopiero po chwili dostrzegłam znajomą osłonę przeciwsłoneczną na tylnej szybie, z motywem z Psiego Patrolu. Miałam wrażenie, jakby ktoś uderzył mnie obuchem w głowę. Świat stanął w miejscu.
To był samochód moich rodziców.1
Usłyszałam pukanie do drzwi, a zaraz potem ciche skrzypienie, gdy ktoś je otworzył.
– Pani doktor?
Nie odwróciłam się w stronę głosu. Całą uwagę skupiłam na dokumentach, które właśnie wypełniałam.
– Pani Mileno? – odezwał się ponownie cichy damski głosik.
– Milano – poprawiłam automatycznie niezbyt uprzejmym tonem.
Nie mogłam nic poradzić na to, że irytowało mnie przekręcanie mojego imienia. W końcu nie było aż tak skomplikowane. Niespotykane, owszem, ale nie skomplikowane.
Naprawdę nie wiem, czym kierowali się moi rodzice, kiedy je wybierali. Chyba tylko tym, że urodziłam się dwudziestego drugiego września, a tego dnia przypadają imieniny Milany. Reszta informacji, które można o nim przeczytać w internecie, zupełnie do mnie nie pasowała. Szczególnie fragment o kurze domowej, marzącej wyłącznie o tym, by stać u boku ukochanego mężczyzny i rodzić mu dzieci.
Byłam niezależną, samodzielną kobietą. Skończyłam studia i odnosiłam sukcesy w pracy. Rzadko bywałam w domu, bo pracę godziłam z kolejnymi szkoleniami podnoszącymi kwalifikacje. Moje życie towarzyskie praktycznie nie istniało. Gdyby nie Jeremi, pewnie nie miałabym go wcale. Siedziałabym tylko w domu, w pracy albo na szkoleniach i nadal byłabym singielką. Dobrze się złożyło, że poznałam go znacznie wcześniej.
– Przepraszam – wybąkała kobieta nieco głośniej. Dopiero teraz ją rozpoznałam. To była moja nowa asystentka. – Chciałam tylko powiedzieć, że ktoś do pani przyszedł.
– Nie przyjmuję już pacjentów – odparłam, nadal nie odrywając wzroku od dokumentów. – Zapisz go na najbliższy wolny termin.
– To nie pacjent.
Zamarłam z długopisem przyłożonym do kartoteki. Po kilku sekundach doszłam do siebie, skończyłam zdanie, a potem bardzo powoli odwróciłam się w stronę drzwi.
Z trudem ukryłam zaciekawienie. Nikt nie odwiedzał mnie w pracy. Nawet mój chłopak.
Asystentka, na oko dziewiętnastoletnia, stała zmieszana w drzwiach i kątem oka zerkała przez ramię na kogoś, kto czekał za jej plecami, najwyraźniej na moje pozwolenie.
– Proszę wejść – powiedziałam na tyle głośno, by tajemniczy gość mógł mnie usłyszeć.
Dwie sekundy później znajoma sylwetka zastąpiła asystentkę w drzwiach, a ja momentalnie pożałowałam swojej decyzji.
– Och, to ty – mruknęłam.
– Ciebie też miło widzieć, Milano.
Po jej minie trudno było to stwierdzić. Wyglądała raczej, jakby połknęła cytrynę. Gdyby nie ten grymas i kilka drobnych szczegółów, pomyślałabym, że mam zwidy. Tak bardzo przypominała moją mamę. Niestety to nie ona stała teraz przede mną, tylko jej starsza siostra.
– Co cię do mnie sprowadza? – zapytałam, próbując ukryć rozczarowanie i ból, który zaczął wypełniać moje serce.
– Musimy porozmawiać. Może pójdziemy na kawę?
Zerknęłam na zegarek.
– Dochodzi dwudziesta pierwsza – zauważyłam. – Trochę późno jak na kawę.
– To na drinka.
– Jestem autem.
Ciotka westchnęła, najwyraźniej poirytowana moim zachowaniem, po czym przeczesała dłonią ciemne loki, które zaczęły opadać jej na twarz. Przez kilka sekund wyglądała, jakby nad czymś się zastanawiała. Już myślałam, że odpuści, ale nagle rzuciła torebkę na wolne krzesło, domknęła drzwi i pokonała dzielącą nas odległość.
– Dobra, skoro nie chcesz rozmawiać gdzie indziej, to porozmawiamy tutaj – powiedziała, stając przede mną i krzyżując ręce na piersi. – Dlaczego nie odbierasz moich telefonów?
– Bo nie mamy o czym rozmawiać.
– Jesteśmy rodziną. Zawsze będziemy miały o czym rozmawiać.
– Obie wiemy, że nie dzwonisz, żeby zapytać, co u mnie, tylko przez dom.
– Nieprawda.
– Prawda.
– Pytam o ciebie, ale zawsze odpowiadasz tak samo. Że wszystko po staremu. Więc nie drążę.
– Jeśli chodzi o dom, też wszystko jest po staremu, a mimo to drążysz.
– Mam powód, żeby wałkować ten temat.
– Jaki?
– Nie mieszkasz w nim, nie wynajmujesz go, nawet nie sprawdzasz, czy coś nie wymaga remontu – wymieniała. – Z roku na rok traci na wartości. Wkrótce w ogóle nie będzie nadawał się do zamieszkania, więc jedyne, co będziesz mogła z nim zrobić, to go zburzyć.
Poczułam, jak ogarnia mnie gniew.
– I to tak bardzo cię boli? – spytałam. – To nie są twoje pieniądze.
– Milano – zwróciła się do mnie łagodniejszym tonem. – Nie sądzisz, że najwyższy czas odpuścić?
Przymknęłam powieki i pokręciłam głową.
Nie mogłam odpuścić, bo to oznaczałoby, że pogodziłam się z ich stratą. A to nie była prawda. Minęły trzy lata od dnia, w którym widziałam ich po raz ostatni, chociaż wciąż miałam wrażenie, jakby to było zaledwie wczoraj. Najpierw stawały mi przed oczami ich szczęśliwe twarze, a zaraz potem przewrócony do góry nogami samochód.
– Oni nie wrócą – dodała ciocia. – Bardzo bym chciała, żeby to było możliwe, ale wiesz, że…
– Wyjdź – przerwałam jej.
Kiedy nawet nie drgnęła, podniosłam wzrok i na nią spojrzałam. Wyglądała na zaskoczoną. Oczy miała pełne łez. Właściwie ja też, ale mimo to powtórzyłam opanowanym tonem:
– Wyjdź.
– Próbuję ci pomóc…
– Masz kupca?
– Słucham?
– Pytam, czy znalazłaś kogoś, kto go kupi.
Chyba uraziło ją to pytanie, jednak miałam to gdzieś. Skoro ona nie trudziła się, żeby być miła, ja też nie zamierzałam.
– Ja tylko próbuję ci pomóc – powtórzyła. – Czas leci, a ty stoisz w miejscu. To nie jest dla ciebie dobre.
– To ja decyduję, co jest dla mnie dobre – zauważyłam. – Wujek wie, że tu przyjechałaś?
Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknęła.
– Pewnie uznałby to za głupi pomysł – kontynuowałam. – I zgodziłby się ze mną, że to moja decyzja, co i kiedy zrobię z domem.
– Jesteś jeszcze dzieckiem… Nic nie wiesz o życiu.
– Już dawno przestałam nim być. Powinnaś pójść.
Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w ciszy, a potem powtórzyłam:
– Wyjdź.
Nie od razu mnie posłuchała, jednak w końcu drgnęła. Przeszła przez gabinet, chwyciła torebkę i podeszła do drzwi, po czym nacisnęła klamkę.
– Popełniasz błąd, drogie dziecko – powiedziała łamiącym się głosem.
Nie czekała na moją odpowiedź. Zresztą pewnie i tak by jej nie usłyszała. Wyszła, zamykając za sobą drzwi, a ja poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Zgięłam się wpół, nadal siedząc przy biurku nad kartotekami pacjentów. Spod moich powiek uwolniło się kilka łez, które starłam gwałtownym ruchem.
Jebać to, pomyślałam. Nie pozwolę, żeby obsesja ciotki na punkcie mojego domu zniszczyła wszystko, co zbudowałam.
Wzięłam kilka głębokich wdechów, zamrugałam intensywnie, odganiając łzy, a potem wróciłam do pracy.2
– Nie uwierzysz, kto miał czelność przyjść do mnie do pracy – powiedziałam, zdejmując buty.
Rzuciłam klucze na komodę, po czym podeszłam do Jeremiego i pocałowałam go na powitanie.
– Domyślam się, bo najpierw przyszła tutaj – odparł.
Pokiwałam głową. Ciocia nie wiedziała, gdzie pracowałam. Nie widziałam sensu, żeby jej o tym mówić. Pewnie nawet nie zdradziłabym jej naszego adresu, ale Jeremi miał firmę, którą prowadził z domu, więc podawał go do służbowej korespondencji. Łatwo było go znaleźć. Chociaż nie zdziwiłabym się, gdyby po prostu do niego zadzwoniła, a on podał jej adres przez telefon. Nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego byłam na nią taka cięta.
Wyminęłam go, bo właśnie wtedy do moich nozdrzy dotarł niesamowity zapach z kuchni. Zaburczało mi w brzuchu i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że ostatni posiłek jadłam około południa, a właśnie dochodziła dziesiąta wieczorem.
– Jesteś zła, że powiedziałem jej, gdzie cię znajdzie? – zapytał.
Weszłam do kuchni i podeszłam do kuchenki, na której stała patelnia. Uniosłam pokrywkę, pozwalając, by para buchnęła mi w twarz. Jeremi przygotował moją ulubioną potrawkę z kurczakiem.
– Chciała z tobą porozmawiać – dodał. – Powiedziałem jej, że jesteś w pracy.
Odwróciłam się i spojrzałam na niego. Na jego przystojnej twarzy malowało się podenerwowanie wymieszane ze skruchą.
Czasami, kiedy tak na niego patrzyłam, zastanawiałam się, jak to możliwe, że ktoś z takim wyglądem pracował zdalnie nad stronami internetowymi. Równie dobrze mógłby zostać modelem, piłkarzem albo trenerem personalnym, co ostatnio było mocno na topie. Ale to nigdy go nie interesowało. Przynajmniej nie na tyle, żeby wiązać z tym zawodową przyszłość.
Poznaliśmy się w gimnazjum i już wtedy ciągnęło go do komputerów. Lubił wychodzić z chłopakami na piłkę, a w liceum spodobały mu się treningi na siłowni, mimo to zawsze na pierwszym miejscu stawiał programowanie stron internetowych. To dawało mu mnóstwo frajdy i satysfakcji. Kiedy o tym mówił, oczy błyszczały mu z ekscytacji. Chyba nigdy tego nie zrozumiem, ale nie mam z tym problemu. Akceptuję to tak samo, jak on akceptuje moją pracę i to, że praktycznie cały czas jestem poza domem.
– Dobrze wiesz, że ona nie chce ze mną rozmawiać. Próbuje tylko przekonać mnie do swoich racji, a to, co dzisiaj zrobiła, to szczyt bezczelności.
– A więc jesteś zła…
– Nie – odparłam – ale mogłeś mnie uprzedzić.
Odwróciłam się do niego plecami i sięgnęłam do szafki po talerze. Usłyszałam kroki na podłodze, a kilka sekund później jego ramiona owinęły się wokół mojej talii, przyciskając moje plecy do jego torsu.
– Przepraszam.
Odłożyłam talerze na kuchenny blat, położyłam dłonie na jego dłoniach i zadarłam głowę, żeby go pocałować.
– To nie twoja wina, że jest taka wścibska – mruknęłam w jego usta, a potem musnęłam je swoimi. – Znowu próbowała przekonać mnie do sprzedaży domu.
Uwielbiałam jego pełne wargi. Były takie miękkie i zawsze chętnie odpowiadały na moje pieszczoty. Niestety nie tym razem. Wyczułam opór, więc obróciłam się przodem do niego i odsunęłam się odrobinę, żeby spojrzeć w jego ciemne oczy.
– Co jest? – zapytałam, nie rozumiejąc jego zachowania.
Westchnął i odwrócił wzrok, jakby już przeczuwał, że to, co zamierza powiedzieć, może mnie zaboleć. Poczułam skurcz w brzuchu, tym razem jednak nie z głodu.
– Myślę, że ma rację – wyznał.
Skurcz się wzmógł. Właściwie znowu miałam wrażenie, jakby ktoś przywalił mi pięścią w brzuch.
– Chyba sobie żartujesz – oburzyłam się, wyślizgując z jego objęć.
Próbował mnie złapać, ale zwinnie go wyminęłam, chwyciłam talerze, które wcześniej odłożyłam, i ze złością postawiłam je na stole.
– Milano – westchnął zrezygnowany. – Proszę cię.
Spojrzałam na niego, mrużąc oczy.
– Serio? – prychnęłam.
– Powinnaś odpuścić. I tak nie zamierzasz tam mieszkać.
– I co z tego?
– To, że bez sensu jest płacić za dom, który powoli niszczeje.
Wzruszyłam ramionami i założyłam ręce na piersi.
– Przypominam ci, że ja za niego płacę i nie widzę w tym problemu – zauważyłam.
– Ja też bym nie widział, gdybyś w nim mieszkała albo go komuś wynajmowała, ale tak cały czas stoi pusty. Nawet nie jedziesz sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Nie obchodzi cię, że trzeba w nim od czasu do czasu napalić i że niektóre rzeczy wymagają remontu…
– Mówisz jak ciotka.
– Musisz przyznać, że mam rację. Kiedy ostatni raz tam byłaś?
– Nie wynajmę go obcym ludziom – powiedziałam stanowczo. – To mój rodzinny dom. Powinien zostać w rodzinie.
– W takim razie powinniśmy się do niego wprowadzić.
– Nie ma mowy.
– Dlaczego?
– Przecież wiesz.
Podeszłam do kuchenki i chwyciłam za uchwyt patelni. Przeniosłam ją na stół, gdzie Jeremi przygotował już podstawkę. Uniosłam pokrywkę i nałożyłam nam potrawkę na talerze.
– Milano… – zaczął.
– Dlaczego nagle trzymasz jej stronę?
– Bo mam dość tej wojny, którą prowadzicie od śmierci twoich rodziców. To twoja jedyna rodzina, a wy bez przerwy drzecie ze sobą koty. Najbardziej o dom, w którym nikt nie mieszka.
– To mój dom.
– Wiem, ale…
– Nie sprzedam go – weszłam mu w słowo.
Westchnął i przeczesał dłonią włosy.
– Nie rozumiem, dlaczego nadal się upierasz – wyznał. – Minęły trzy lata. Czas leci.
Spróbowałam potrawki, która swoją drogą była pyszna, ale przez jego słowa nagle straciłam na nią ochotę. Odłożyłam sztućce na talerz i odsunęłam krzesło od stołu.
– Nie dla mnie – mruknęłam, wstając. – Idę wziąć prysznic.
– Mila! – zawołał za mną, ale nawet nie drgnęłam.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi łazienki, oparłam się o nie plecami i zaczęłam cicho szlochać.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle płakałam. Chyba właśnie trzy lata temu. Wtedy zaczął się ten cały koszmar, który już nigdy nie miał dobiec końca.