Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Broken Oaths - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 czerwca 2026
44,90
4490 pkt
punktów Virtualo

Broken Oaths - ebook

Aria Jones próbuje odzyskać spokój po bolesnej sytuacji, która zachwiała jej codziennością. Mimo ogromnego talentu i prestiżowego stypendium zmuszona jest walczyć o swoją przyszłość. Connor Scott od lat buduje świat oparty na kontroli. Jako jeden z najpotężniejszych ludzi w świecie cyberbezpieczeństwa ma świadomość, że informacje są najcenniejszą walutą. Nie ufa nikomu i nie pozwala sobie na emocje – do czasu. Kiedy drogi dwojga zupełnie obcych ludzi przypadkiem się przecinają, między nimi rodzi się uczucie, którego żadne z nich nie planowało. Dla Arii to coś zadziwiająco prawdziwego. Dla Connora coś, czego nie powinien chcieć. On wie jednak o sprawach, do których ona nie została dopuszczona. Sekret sprzed lat łączy ich rodziny w sposób znacznie bardziej niebezpieczny, niż mogliby przypuszczać. W rzeczywistości, w której każdy sekret ma swoją cenę, a przeszłość nigdy nie zostaje pogrzebana na zawsze, miłość może okazać się największą słabością.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 405 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Aria

To miał być zwy­kły dzień. Bu­dzik, osiem ki­lo­me­trów bie­gu po mo­krym as­fal­cie, szyb­ki prysz­nic i lek­kie śnia­da­nie. Za­ło­ży­łam ulu­bio­ne je­an­sy, mi­ęk­ki swe­ter i czar­ny płaszcz – deszcz w No­wym Jor­ku ostat­nio był co­dzien­no­ścią. Wło­sy zwi­ąza­łam, bo nie było sen­su wal­czyć z wil­go­cią.

Za­trza­snęłam drzwi, prze­su­nęłam dło­nią po wy­słu­żo­nym da­chu mo­je­go For­da i ru­szy­łam. So­bo­ta ozna­cza­ła do­dat­ko­wą zmia­nę w bi­blio­te­ce – pa­nią Lar­son roz­ło­ży­ła gry­pa, a ja mia­łam ra­chun­ki, kre­dyt stu­denc­ki i dłu­gi, któ­re mu­sia­łam ure­gu­lo­wać.

Po śmier­ci mamy było mi odro­bi­nę trud­no. Już wcze­śniej nie ży­ły­śmy na wy­so­kim po­zio­mie, bo to w tym mie­ście jest rzad­ko mo­żli­we, ale gdy jej za­bra­kło, a wszyst­ko spa­dło na moje bar­ki, mu­sia­łam zro­bić wszyst­ko, aby spu­ści­zna, któ­ra po niej zo­sta­ła, po­zo­sta­ła nie­tkni­ęta. Mój oj­ciec od lat nie pła­cił ali­men­tów. Tak w za­sa­dzie nie wiem, czy gdy­bym spo­tka­ła go na uli­cy, by­ła­bym w sta­nie go roz­po­znać. Raz uda­ło mi się ukrad­kiem po­dej­rzeć jego zdjęcie. Od tam­te­go mo­men­tu mi­nęło spo­ro cza­su, a mama rze­czy po nim skrzęt­nie po­cho­wa­ła albo spa­li­ła.

Od­kąd tyl­ko si­ęgam pa­mi­ęcią, pra­co­wa­ła na dwa eta­ty i do­ryw­czo po­ma­ga­ła w domu opie­ki, by ni­g­dy ni­cze­go nam nie bra­ko­wa­ło, a na­wet dzi­ęki temu nie było ko­lo­ro­wo. Gdy kosz­ty jej ho­spi­ta­li­za­cji po­chło­nęły wszyst­kie na­sze oszczęd­no­ści, a fir­ma ubez­pie­cze­nio­wa nie wy­pła­ci­ła mi jesz­cze na­le­żno­ści z po­li­sy na ży­cie, któ­rą mama opła­ca­ła przez kil­ka­na­ście lat, zo­sta­łam zmu­szo­na do po­zo­sta­nia w ro­dzin­nym domu, wśród ścian, któ­re wi­dzia­ły ka­żdą łzę ra­do­ści i bez­rad­no­ści przez ostat­nie dwa­dzie­ścia je­den lat. Jed­nak je­dy­ne, o czym pa­mi­ęta­łam w tym mo­men­cie, to jej ostat­nie chwi­le tu­taj. Le­ka­rze po­zwo­li­li nam wró­cić do domu, żeby te dni mo­gła spędzić w zna­jo­mym oto­cze­niu.

Z le­tar­gu wy­bu­dził mnie dźwi­ęk klak­so­nu. Zno­wu się wy­łączy­łam. Nie mo­głam nad tym za­pa­no­wać, to wszyst­ko było wci­ąż zbyt świe­że. Rana jesz­cze się nie za­skle­pi­ła.

Zer­ka­jąc na ze­ga­rek, stwier­dzi­łam, że zdążę jesz­cze we­jść do skle­pu po małe za­ku­py. 7-Ele­ven było po dro­dze.

W środ­ku pach­nia­ło wy­pie­ka­mi i świe­ży­mi owo­ca­mi. Ga­pi­łam się na pó­łki i w my­ślach po­wta­rza­łam: _po­mi­do­ry, sa­ła­ta, ma­ka­ron, naj­ta­ńsza kawa_. Wte­dy ktoś gwa­łtow­nie wpa­dł na mój wó­zek skle­po­wy, a ser­ce za­bi­ło mi moc­niej.

– Pani wy­ba­czy. – Tembr jego gło­su wy­wo­łał we mnie nie­spo­dzie­wa­ne uczu­cie. Po­czu­łam dziw­ne cie­pło w ca­łym cie­le. Mężczy­zna unió­sł brew, za­pew­ne cze­kał na moją re­ak­cję.

– Nic się nie sta­ło, to moja wina, sta­łam na środ­ku alej­ki. – Czu­łam, jak na po­licz­ki wkra­da mi się so­czy­sty ru­mie­niec. Mu­sia­łam ode­jść jak naj­szyb­ciej, po­trze­bo­wa­łam za­czerp­nąć po­wie­trza, któ­re nie by­ło­by prze­si­ąk­ni­ęte jego per­fu­ma­mi. – Ży­czę panu mi­łe­go dnia! I jesz­cze raz prze­pra­szam.

Niech szlag tra­fi moje do­bre wy­cho­wa­nie, po­win­nam od­wró­cić się i po pro­stu ode­jść. Aura tego nie­zna­jo­me­go po­chła­nia­ła wszyst­ko w ob­rębie kil­ku­na­stu me­trów.

Na­le­ża­ło uciec, za­nim zu­pe­łnie stra­ci­ła­bym gło­wę. Po­pchnęłam wó­zek w stro­nę kas. Ka­sjer­ka uśmiech­nęła się do mnie pó­łgęb­kiem. Ter­mi­nal za­ci­ął się na se­kun­dę i do­pie­ro po­tem przy­jął płat­no­ść.

– Dziś wszyst­ko wa­riu­je – mruk­nęła.

Zby­łam to mach­ni­ęciem ręki

– Hej! Po­cze­kaj! – usły­sza­łam za ple­ca­mi, gdy scho­wa­łam pa­ra­gon do kie­sze­ni płasz­cza i szyb­kim kro­kiem kie­ro­wa­łam się w stro­nę drzwi wy­jścio­wych.

Na par­kin­gu deszcz za­mie­nił się w gęstą mżaw­kę. Do­strze­głam czar­ne­go Mer­ce­de­sa G kla­sy. Na taki sa­mo­chód mógł so­bie po­zwo­lić tyl­ko ktoś, kto nie li­czy się z ceną. Po­my­śla­łam, że to na pew­no _jego_ sa­mo­chód. Gdy­bym tyl­ko wte­dy wie­dzia­ła…

W bi­blio­te­ce za­pach pa­pie­ru dzia­łał jak bal­sam. Ka­ta­lo­gi, zwro­ty, krót­kie roz­mo­wy z czy­tel­ni­ka­mi – to była moja co­dzien­no­ść i bez­piecz­na przy­stań. Sta­ra­łam się ca­łko­wi­cie od­dać pra­cy, ale ob­raz nie­bie­skich tęczó­wek wra­cał ni­czym bu­me­rang, zu­pe­łnie jak głos, któ­ry brzmiał w mo­jej gło­wie jak echo…

O czwar­tej trzy­dzie­ści te­le­fon za­wi­bro­wał, wy­sy­ła­jąc po­wia­do­mie­nie z apli­ka­cji in­for­ma­cyj­nej. „Atak na ser­we­ry miej­skie. Część sys­te­mów w try­bie of­fli­ne, mo­żli­we wy­cie­ki da­nych”. Klik­nęłam od­ru­cho­wo, chcąc po­znać tre­ść. Ar­ty­kuł był krót­ki, bez żad­nych kon­kre­tów, zu­pe­łnie jak­by ktoś się spie­szył, żeby po­dać jako pierw­szy in­for­ma­cję opi­nii pu­blicz­nej. „Zwi­ęk­szo­na ak­tyw­no­ść w sie­ci”, „Wek­tor ata­ku nie­zna­ne­go po­cho­dze­nia”, „Wspó­łpra­ca z pry­wat­nym sek­to­rem”. Zi­gno­ro­wa­łam to. W No­wym Jor­ku ta­kie aler­ty były na po­rząd­ku dzien­nym, tak samo jak te o strze­la­ni­nach.

Za­mknęłam bi­blio­te­kę po siód­mej wie­czo­rem. Me­ta­licz­ny szczęk zam­ka po­nió­sł się echem. Deszcz ustąpił, a uli­ce błysz­cza­ły w świe­tle lamp. Mi­nęłam kil­ku prze­chod­niów z pa­ra­so­la­mi, któ­rzy tak jak ja do­kądś się spie­szy­li.

W domu zdjęłam buty, od­wie­si­łam płaszcz i skie­ro­wa­łam się w stro­nę kuch­ni, gdzie wsta­wi­łam wodę na her­ba­tę. W mi­ędzy­cza­sie od­two­rzy­łam Mo­zar­ta – _XI so­na­tę A-dur_ – żeby spró­bo­wać od­ci­ąć się od emo­cji tego dnia. Mu­zy­ka wy­pe­łnia­ła po­kój, a ja za­pi­sy­wa­łam w ze­szy­cie, by za­pła­cić prąd, spraw­dzić sta­tus wy­pła­ty z po­li­sy, wy­sta­wić ku­bły na śmie­ci. Zwy­kłe, co­dzien­ne spra­wy, o któ­rych nie mo­głam za­po­mnieć.

Le­żący obok mnie te­le­fon za­wi­bro­wał. Do­sta­łam po­wia­do­mie­nie z ban­ku: „Lo­go­wa­nie z no­we­go urządze­nia – je­śli to nie ty, zmień ha­sło”. Czym prędzej to zro­bi­łam, cho­ciaż wszyst­ko na po­zór wy­gląda­ło nor­mal­nie. Kie­dy chcia­łam odło­żyć ko­mór­kę, w rogu ekra­nu mi­gnęła iko­na syn­chro­ni­za­cji. Uzna­łam, że to za­pew­ne sła­by za­si­ęg przez po­go­dę. Wy­łączy­łam Wi-Fi i prze­łączy­łam się na dane ko­mór­ko­we.

Pó­źnym wie­czo­rem, tuż przed pó­jściem spać, za­sło­ni­łam okna w sa­lo­nie. Przez chwi­lę mia­łam wra­że­nie, że ktoś stoi przed moim do­mem. Cień mógł być od drze­wa, na któ­re pa­da­ło świa­tło ulicz­nej la­tar­ni, ale moje ser­ce i tak przy­spie­szy­ło. Sta­ra­łam się uci­szyć pędzące ni­czym wy­ści­gów­ka wi­zje.

Gdy za­sy­pia­łam, moje my­śli po­now­nie wró­ci­ły do _nie­go_. Do nie­bie­skich oczu wpa­tru­jących się we mnie, jak­by po­tra­fi­ły od­kryć ka­żdą ta­jem­ni­cę. Śmia­łam się sama do sie­bie z tego, jak ab­sur­dal­nie się za­cho­wu­ję, że tak bar­dzo po­ru­szy­ło mną przy­pad­ko­we spo­tka­nie z tam­tym mężczy­zną. Ale nie mo­głam wy­łączyć ani zmie­nić toru swo­ich roz­wa­żań. Po­zo­sta­ło mi je je­dy­nie za­ak­cep­to­wać.

W pó­łśnie usły­sza­łam krót­kie, ci­che „pik”.

_Dźwi­ęk po­wia­do­mie­nia?_

A może tyl­ko moja gło­wa, któ­ra od rana nie po­tra­fi­ła nor­mal­nie funk­cjo­no­wać.

_To za­pew­ne nic ta­kie­go…_ROZDZIAŁ 2

Connor

Rzad­ko kie­dy ro­bię za­ku­py sam. Za­zwy­czaj mam od tego lu­dzi, ale tego po­ran­ka coś mnie tknęło. Po­trze­bo­wa­łem kawy albo cze­go­kol­wiek, co po­sta­wi mnie na nogi po za­rwa­nej nocy. Dwie blon­dyn­ki, któ­re wró­ci­ły ze mną po im­pre­zie, wy­ssa­ły ze mnie reszt­ki ener­gii. Zwy­kle ta­kie przy­go­dy ko­ńczy­ły się jed­ną wiel­ką pust­ką, ale tym ra­zem do­dat­ko­wo to­wa­rzy­szy­ły mi ból gło­wy i roz­dra­żnie­nie.

Te­le­fon przy uchu brzęczał nie­prze­rwa­nie. Ryan na­wi­jał coś o ko­lej­nych pró­bach ata­ku na nasz ser­wer. Po­wi­nie­nem go słu­chać, ale by­łem zbyt roz­ko­ja­rzo­ny. Ka­żdy dzień w moim ży­ciu to wal­ka z ko­lej­ny­mi za­gro­że­nia­mi, a on do­sko­na­le wie­dział, że nie ma sen­su za­wra­cać mi gło­wy dro­bia­zga­mi. Jed­nak tym ra­zem w jego gło­sie brzmia­ła nuta pa­ni­ki. „Po­dej­rza­ne lo­go­wa­nia”. „Trans­fe­ry w tle”. „Ktoś grze­bie przy na­szych sys­te­mach”. Jed­nak kie­dy pa­dły sło­wa „wy­ciek da­nych”, krew we mnie za­wrza­ła.

I wte­dy, za­miast sku­pić się na tym, co wła­śnie usły­sza­łem, wpa­dłem na nią.

Drob­na syl­wet­ka. Za­sko­cze­nie w zie­lo­nych oczach wy­gląda­jących jak dwie za­klęte kro­ple szma­rag­du. Gdy­by nie moja szyb­ka re­ak­cja, upa­dła­by na podło­gę. Zła­pa­łem ją za ra­mio­na i uto­nąłem w jej spoj­rze­niu. Mia­ła w so­bie coś, co spra­wia­ło, że nie po­tra­fi­łem po­zwo­lić jej ode­jść bez sło­wa.

Smu­tek. Zmęcze­nie. I ta nie­śmia­ło­ść, któ­ra spra­wi­ła, że wy­gląda­ła jak ktoś, kto chce znik­nąć.

– Jezu, Con­nor, czy ty mnie w ogó­le słu­chasz?! – Głos Ry­ana wy­rwał mnie z tego dziw­ne­go transu.

– Od­dzwo­nię – wark­nąłem i roz­łączy­łem się, na­wet nie za­sta­na­wia­jąc nad kon­se­kwen­cja­mi.

Zo­ba­czy­łem, jak nie­zna­jo­ma ucie­ka w po­pło­chu, pcha­jąc swój wó­zek w stro­nę kas.

– Hej! Za­cze­kaj! – krzyk­nąłem, ale ona na­wet się nie obej­rza­ła. Zu­pe­łnie tak, jak­by sy­tu­acja w ogó­le się nie wy­da­rzy­ła.

Te­le­fon roz­dzwo­nił się po­now­nie. Tym ra­zem Ryan nie brzmiał jak ktoś, kto dra­ma­ty­zu­je.

– Prze­cież po­wie­dzia­łem, że od­dzwo…

– Wła­śnie w tym mo­men­cie ktoś wy­kra­da dane z ser­we­ra – prze­rwał mi. – To musi być ktoś z we­wnątrz. Wszy­scy mamy szy­fro­wa­ne to­ke­ny, a ślad po­cho­dzi z jed­ne­go z na­szych ter­mi­na­li. Po­trze­bu­ję cię w biu­rze.

– Będę za pięć mi­nut! – rzu­ci­łem, wy­bie­ga­jąc ze skle­pu.

– Je­stem już podłączo­ny, za­raz po­krzy­żu­ję im pla­ny. Cze­kam.

Wy­bie­głem na par­king, ale nie za­uwa­ży­łem ni­g­dzie nie­zna­jo­mej.

_Mu­sia­ła już od­je­chać._

Wsia­dłem do Mer­ce­de­sa i z pi­skiem opon ru­szy­łem.

Nasz ma­ga­zyn nie przy­po­mi­nał już daw­nej sie­dzi­by mo­je­go ojca. On han­dlo­wał czy­mś na­ma­cal­nym, pro­stym. Ja roz­bu­do­wa­łem jego im­pe­rium w cy­fro­wą for­te­cę, ma­jąc w ga­rści wiel­kie szy­chy. W piw­ni­cach kry­ły się rzędy ser­we­rów i całe ścia­ny ekra­nów, pra­co­wa­li przy nich lu­dzie, któ­rzy wie­dzie­li, że za naj­mniej­sze po­tkni­ęcie mo­żna za­pła­cić naj­wy­ższą cenę. To była moja for­te­ca. Mój świat, w któ­rym dane i in­for­ma­cje sta­no­wi­ły wa­lu­tę bar­dziej cen­ną niż zło­to.

Ryan cze­kał już przy jed­nym z ter­mi­na­li. Twarz miał na­pi­ętą, a w jego spoj­rze­niu cza­iło się zde­ner­wo­wa­nie.

– To Ja­vier – po­wie­dział. – Nasz kie­row­ca. Lo­go­wał się do głów­ne­go kom­pu­te­ra i pod­pi­ął pen­dri­ve’a z opro­gra­mo­wa­niem. Ktoś do­brze ukrył szkod­ni­ka w tym opro­gra­mo­wa­niu, ale nie na tyle do­brze, że­by­śmy tego nie wy­kry­li.

Spoj­rza­łem na głów­ne­go po­dej­rza­ne­go. Sie­dział na krze­śle, spo­co­ny, bla­dy, a jego od­dech z ka­żdą mi­nu­tą co­raz bar­dziej przy­spie­szał. Wci­ąż pró­bo­wał uda­wać nie­win­ne­go, ale ręce drża­ły mu tak bar­dzo, że to go zdra­dza­ło.

– Dla­cze­go chcia­łeś wy­kra­ść dane? – za­py­ta­łem. Głos mia­łem spo­koj­ny, nie­mal obo­jęt­ny. W moim wy­pad­ku to nie był do­bry znak.

– Nie wiem, o czym mó­wisz – od­pa­rł, te­stu­jąc moją cier­pli­wo­ść. My­śla­łem, że lu­dzie z po­nad­prze­ci­ęt­nym IQ, któ­rych za­trud­nia­łem, są mądrzej­si, ale chy­ba się my­li­łem.

Ryan na­ci­snął kil­ka kla­wi­szy, a na ekra­nie po­ja­wi­ły się in­for­ma­cje. Ka­żdy nie­pro­szo­ny ruch w sie­ci, ka­żda go­dzi­na, ka­żde miej­sce nie­po­wo­ła­ne­go lo­go­wa­nia do na­szych sys­te­mów. Wszyst­ko po­da­ne na tacy.

– Masz ostat­nią szan­sę – rzu­ci­łem. – Dla kogo pra­cu­jesz?

– De­Ru­so – od­pa­rł. To na­zwi­sko było mi dziw­nie zna­jo­me. – Za­pła­cił mi po­dwój­nie, że­bym wła­mał się do two­je­go ser­we­ra i ukra­dł in­for­ma­cje, któ­re masz na nie­go i jego lu­dzi. Mu­sia­łem się zgo­dzić, te pie­ni­ądze są mi po­trzeb­ne, żeby od­zy­skać cór­kę. Moja była żona nie po­zwa­la mi się z nią spo­ty­kać – wy­chry­piał. – Za­pew­niał mnie, że ni­g­dy nie od­kry­jesz tego opro­gra­mo­wa­nia. Mu­sia­łem tyl­ko pod­pi­ąć pen­dri­ve’a pod głów­ny kom­pu­ter w fir­mie.

I te­raz wszyst­kie ele­men­ty ukła­dan­ki za­częły wska­ki­wać na swo­je miej­sca. Ode­zwa­ły się du­chy Kan­sas City.

Przez dzie­si­ęć lat zbu­do­wa­łem jesz­cze wi­ęk­szą po­tęgę niż mój oj­ciec przez nie­mal całe ży­cie. Prze­sta­łem się ba­brać w nie­le­gal­nym gów­nie i nie za­mie­rza­łem po­zwo­lić im prze­jąć mo­je­go biz­ne­su.

_Na­zy­wam się Con­nor Scott. Mam trzy­dzie­ści dwa lata, a Nowy Jork jest moim mia­stem. Biz­nes zaś spu­ści­zną, któ­rą roz­bu­do­wa­łem dwu­krot­nie. I ni­g­dy jej nie od­dam. Ni­g­dy._

Na se­kun­dę spoj­rza­łem na Ja­vie­ra ina­czej. Wie­dzia­łem, co to zna­czy stra­cić ko­goś, kogo nie po­tra­fisz ochro­nić. Ale se­kun­do­we wspó­łczu­cie nie zmie­nia­ło fak­tu, że spró­bo­wał mnie okra­ść.

– Wiesz, wy­star­czy­ło, że przy­sze­dłbyś z tym do mnie. – Czu­łem, jak moje opa­no­wa­nie szlag tra­fia. Po raz ko­lej­ny mu­sia­łem sprzątać ba­ła­gan mo­je­go zma­rłe­go ojca. To dla­te­go te­raz wy­ko­ny­wa­łem wszyst­ko w bia­łych ręka­wicz­kach, aby nikt nie mógł mnie z ni­czym po­łączyć. – Je­stem do­brym pra­co­daw­cą i je­śli mój pra­cow­nik na to za­słu­gu­je, za­wsze otrzy­ma ode mnie po­moc. Ty jed­nak po­sta­no­wi­łeś sko­rzy­stać z in­nej opcji. – Wes­tchnąłem. – Kie­dy ma ci za­pła­cić?

– Dzi­siaj o pó­łno­cy. Mam się z nim spo­tkać pod Mo­stem Bro­okly­ńskim.

Przy­tak­nąłem. Za­sta­na­wia­łem się, co z nim zro­bić. Nie był mi już do ni­cze­go po­trzeb­ny. Zer­k­nąłem na Ry­ana, da­jąc mu znak, aby wy­ko­nał te­le­fon do lu­dzi, któ­rzy na na­sze ży­cze­nie sprząta­li ba­ła­gan albo przy­po­mi­na­li, że strach to po­tężne uczu­cie. Tym ra­zem zo­sta­wi­łem to im. Wie­dzie­li, co ro­bić. Ka­żdy, kto po­my­ślał o czy­mś po­dob­nym, miał świa­do­mo­ść, czym to się sko­ńczy.

– Tra­fi­łeś na dzień, w któ­rym nie mam cza­su. – Wsta­łem z krze­sła. – Ja­vier – zła­pa­łem go za ra­mię – za­pa­mi­ętaj so­bie moje sło­wa. Je­stem kró­lem No­we­go Jor­ku. Mnie się nie okra­da i nie oszu­ku­je.

– Dzi­ęku­ję… dzi­ęku­ję, – O mało nie po­ca­ło­wał mnie w dłoń. – Obie­cu­ję, że to się już ni­g­dy wi­ęcej nie po­wtó­rzy.

– Och, na pew­no się nie po­wtó­rzy. – Uśmiech­nąłem się ta­jem­ni­czo, jak­bym wie­dział o czy­mś, o czym on nie ma po­jęcia.

– Ale… nie ro­zu­miem.

– Już nie­ba­wem się do­wiesz, co mam na my­śli. – Skie­ro­wa­łem się w stro­nę wy­jścia, nie ogląda­jąc za sie­bie, lecz za­trzy­mał mnie głos Ry­ana:

– Za­pa­mi­ętaj dzi­siej­szą lek­cję na dłu­go. Bo gdy­byś tra­fił na mnie… – Urwał na mo­ment. – Nie zgi­niesz, ale do­sta­niesz na­ucz­kę. Do­ceń to i po wszyst­kim się spa­kuj. Ni­g­dy tu nie wra­caj. Za­po­mnij, że kie­dy­kol­wiek nas po­zna­łeś.

Cza­sem za­po­mi­na­łem, że z nas dwóch to Ryan jest bar­dziej po­ryw­czy. Choć obaj by­li­śmy tem­pe­ra­ment­ni, to ja za­wsze trzy­ma­łem emo­cje na krót­kiej smy­czy, pod­czas gdy on uwiel­biał kła­pać zęba­mi.

Zer­k­nąłem do tyłu i zo­ba­czy­łem jego cwa­niac­ki uśmiech.

– Uwiel­biam oglądać strach, gdy do­cie­ra do nich, że jed­nak nie pu­ści­my ich wol­no, jak my­śle­li. Choć my­śla­łem, że po­pa­trzy­my na jego przy­spie­szo­ny kurs lo­jal­no­ści.

Prze­wró­ci­łem ocza­mi.

– Nie mam na to cza­su. Mu­sisz coś dla mnie zro­bić. – Wzi­ąłem bu­tel­kę wody i upi­łem łyk. – Znaj­dź dla mnie pew­ną dziew­czy­nę.

Brwi pod­je­cha­ły mu nie­mal do li­nii wło­sów.

– Jaką dziew­czy­nę? – za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem.

Opi­sa­łem mu sy­tu­ację ze skle­pu, a na jego twa­rzy ma­lo­wał się co­raz wi­ęk­szy szok i – ku mo­je­mu zdzi­wie­niu – roz­ba­wie­nie.

– A po co ci wie­dzieć, jak się na­zy­wa? I dla­cze­go sam nie mo­żesz tego zro­bić? – Skrzy­żo­wał ra­mio­na na tor­sie.

– Mo­żesz nie za­da­wać py­tań, na któ­re i tak nie do­sta­niesz od­po­wie­dzi? – Tra­ci­łem cier­pli­wo­ść, a ta roz­mo­wa za­czy­na­ła mnie męczyć. Było jesz­cze wcze­śnie, a ja już mia­łem dość tego dnia. – Mam za chwi­lę roz­mo­wę z bur­mi­strzem, któ­rej nie mogę prze­ło­żyć. Dla­te­go, jako do­bry szef, de­le­gu­ję za­da­nia – wy­ce­dzi­łem ci­cho.

– Do­bra, już do­bra. – Pod­nió­sł ręce, jak­bym mie­rzył do nie­go z bro­ni. – Daj mi go­dzi­nę, a do­star­czę ci ra­port.

Ka­żdy z nas od­sze­dł w swo­ją stro­nę – do ga­bi­ne­tów na gór­nym pi­ętrze bu­dyn­ku. Ja za­szy­łem się w swo­im biu­rze, żeby móc spo­koj­nie po­roz­ma­wiać. I je­dy­ne, o czym po­tra­fi­łem my­śleć, to pi­ęk­na isto­ta, któ­ra przy­pad­ko­wo po­ja­wi­ła się na mo­jej dro­dze.

Mu­sia­łem ją po­znać. Do­wie­dzieć się, co spra­wi­ło, że smu­tek za­go­ścił w tych pi­ęk­nych, zie­lo­nych oczach.

Kur­wa, ni­g­dy w ży­ciu żad­na ko­bie­ta nie za­in­te­re­so­wa­ła mnie do tego stop­nia, bym chciał po­znać i za­pa­mi­ętać jej imię. Wcze­śniej li­czy­ło się tyl­ko, czy jest chęt­na i ład­na, cho­ciaż na to ni­g­dy nie mo­głem na­rze­kać. Wo­kół mnie kręci­ły się mo­del­ki, cór­ki se­na­to­rów i wie­le in­nych pi­ęk­no­ści. Ni­g­dy nie mu­sia­łem się sta­rać. Wy­star­czy­ło, że oka­za­łem względ­ne za­in­te­re­so­wa­nie.

A te­raz na­gle za­pra­gnąłem wie­dzieć coś wi­ęcej?

Nie. To na pew­no cie­ka­wo­ść. Coś no­we­go. Bo prze­cież ile mo­żna ru­chać jed­ne i te same ko­bie­ty? Na tym eta­pie swo­je­go ży­cia za­li­czy­łem ka­żdą po­zy­cję, ka­żdą po­je­ba­ną ak­cję. Zro­bi­łem chy­ba wszyst­kie zbo­czo­ne rze­czy, o ja­kich mo­żna po­ma­rzyć. La­ski w moim oto­cze­niu pra­gnęły mo­je­go ku­ta­sa i port­fe­la. Ka­żda z nich my­śla­ła, że za­ma­cha mi sztucz­ny­mi cyc­ka­mi, a ja na dru­gi dzień przy­bie­gnę z pie­rścion­kiem, go­to­wy pla­no­wać wspól­ną przy­szło­ść.

Dla­cze­go mia­łem z tego nie ko­rzy­stać? Po stre­sie, któ­ry gro­ma­dził się we mnie ka­żde­go dnia, mu­sia­łem mieć ko­goś, przy kim mó­głbym od­re­ago­wać. Ce­cy­lia, któ­rą zna­łem od kil­ku lat, za ka­żdym ra­zem bar­dzo chęt­nie się mną zaj­mo­wa­ła. Jed­nak gdy za­uwa­ża­łem, że za­nad­to za­czy­na się do mnie zbli­żać, mu­sia­łem ją od­su­wać na kil­ka ty­go­dni, żeby my­śle­nie wró­ci­ło jej na wła­ści­we tory. Nie mia­łem za­mia­ru się że­nić. Ani te­raz, ani w naj­bli­ższej przy­szło­ści. A już na pew­no nie z Ce­cy­lią. Łączył nas biz­nes. Ja cze­goś od niej chcia­łem, ona ode mnie, a przy tym ko­rzy­sta­li­śmy z oka­zji i roz­ła­do­wy­wa­li­śmy ra­zem stres.

Moje roz­my­śla­nia prze­rwa­ło wtar­gni­ęcie Ry­ana, któ­ry nió­sł wy­pcha­ną tecz­kę. Po­ło­żył ją na biur­ku, uśmie­cha­jąc się przy tym trium­fal­nie.

– Oto two­ja ta­jem­ni­cza nie­zna­jo­ma.

– Aż tyle? – Pa­trzy­łem to na tecz­kę, to na przy­ja­cie­la.

– Zer­k­nij, a sam się prze­ko­nasz. Tym­cza­sem spa­dam, mam ro­bo­tę do zro­bie­nia.

– Pa­mi­ętaj, że to ja je­stem two­im sze­fem! Jaka to ro­bo­ta?

– Mu­szę za­dbać, by moje na­zwi­sko prze­trwa­ło. Dzwo­ni­ła Nina. Jak wi­dzisz, obo­wi­ąz­ki wzy­wa­ją. – Wy­szcze­rzył się, jak­by z po­wro­tem miał szes­na­ście lat, i wy­sze­dł, za­nim zdąży­łem sko­men­to­wać jego szcze­niac­kie za­cho­wa­nie.

Skur­czy­byk zna­la­zł so­bie ko­bie­tę ide­al­ną. Nie dość, że pi­ęk­ną i mądrą, to jesz­cze ak­cep­to­wa­ła tego po­je­ba w stu pro­cen­tach. Nie ukry­wam, że by­łem tro­chę za­zdro­sny, gdy mia­łem oka­zję zo­ba­czyć tych dwo­je ra­zem. Cza­sem na­cho­dzi­ła mnie też myśl, że gdy­by tra­fi­ła mi się part­ner­ka cho­ćby w po­ło­wie taka jak Nina, to sam by­łbym chęt­ny na ustat­ko­wa­nie się…

Otwo­rzy­łem tecz­kę.

Aria Jo­nes, uro­dzo­na 17 stycz­nia 1998 roku

Wie­dzia­łem, że skądś znam te zie­lo­ne ni­czym szma­rag­dy oczy.ROZDZIAŁ 3

Aria

Mi­nęły dwa ty­go­dnie od spo­tka­nia z ta­jem­ni­czym nie­zna­jo­mym, a jego ob­raz wci­ąż upar­cie po­wra­cał w mo­jej gło­wie. Nie zna­łam jego imie­nia, nie wie­dzia­łam nic o jego ży­ciu, a mimo to za­pa­dł mi w pa­mi­ęć moc­niej, niż chcia­łam przy­znać. Sta­ra­łam się nie roz­my­ślać o tym zbyt często, sku­pia­jąc się na pra­cy i na­uce. Dni mi­ja­ły mi w jed­no­staj­nym ryt­mie: do­dat­ko­we, let­nie za­jęcia na uczel­ni, bi­blio­te­ka, dom, cza­sem kawa z So­phie. Wró­ci­łam do co­dzien­nej ru­ty­ny, ale coś się zmie­ni­ło. Jak­by od tam­te­go wie­czo­ru wszyst­ko wy­bla­kło.

Tak też było i tego dnia. Ko­lej­ne spo­koj­ne po­po­łud­nie w bi­blio­te­ce. W słu­chaw­kach _XI so­na­ta for­te­pia­no­wa A-dur_ Mo­zar­ta – czy­li utwór, któ­ry będę mu­sia­ła za­pre­zen­to­wać pod­czas eg­za­mi­nów. Ka­żdą wol­ną chwi­lę wy­ko­rzy­sty­wa­łam na na­ukę, a szczęśli­wie mój prze­ło­żo­ny przy­my­kał oko na to, że nie za­wsze sztyw­no trzy­mam się re­gu­la­mi­nu. Wie­dział, że nie wpły­wa to na ja­ko­ść mo­jej pra­cy.

Kil­ka razy prze­kła­da­łam jed­ną se­rię z pó­łki na pó­łkę, pró­bu­jąc lo­gicz­nie ją roz­mie­ścić, żeby i mnie, i czy­tel­ni­kom było ła­twiej ją zna­le­źć, gdy na­gle usły­sza­łam ci­chut­ki gło­sik za sobą.

– Prze­pra­szam pa­nią, gdzie znaj­dę pierw­szy tom _Har­ry’ego_ Pot­te­ra?

Od­wró­ci­łam się i do­strze­głam dziew­czyn­kę, któ­ra na oko mia­ła może trzy­na­ście lat. Uśmiech­nęłam się do niej przy­ja­źnie.

– Je­steś za­cie­ka­wio­na _Har­rym Pot­te­rem_? – Kiw­nęła twier­dząco gło­wą. – Nie mo­głaś le­piej tra­fić. Je­stem jego naj­wi­ęk­szą i za­ra­zem naj­wier­niej­szą fan­ką – za­szcze­bio­ta­łam, chcąc roz­lu­źnić at­mos­fe­rę. Do­strze­głam, jak jej ra­mio­na opa­dły, więc uzna­łam, że chy­ba do­brze mi idzie. – I tak się skła­da, że tu jest – si­ęgnęłam do re­ga­łu – pro­szę. Ale mam je­den wa­ru­nek!

– Jaki? – Po­pa­trzy­ła na mnie skon­ster­no­wa­na.

– Jak sko­ńczysz czy­tać, to wróć do mnie i po­roz­ma­wia­my o two­ich od­czu­ciach. Je­stem bar­dzo cie­ka­wa, czy i to­bie spodo­ba się Ho­gwart. Co ty na to?

Oczy jej za­błysz­cza­ły.

– Zgo­da!

– Nie mogę się już do­cze­kać. – Skie­ro­wa­ły­śmy się do kon­tu­aru, gdzie na­bi­łam ksi­ążkę na jej kar­tę. – Ter­min masz do ko­ńca mie­si­ąca, choć mam ci­chą na­dzie­ję, że uda ci się prze­czy­tać to szyb­ciej i nim się obej­rzę, będzie­my sie­dzieć w tych ogrom­nych fo­te­lach przy we­jściu i roz­ma­wiać o chłop­cu, któ­re­go całe ży­cie zmie­ni­ło się po prze­czy­ta­niu jed­ne­go li­stu. – Po­sła­łam jej uśmiech.

– Dzi­ęku­ję. – Roz­pro­mie­ni­ła się, a moje ser­ce stop­nia­ło na wi­dok jej ra­do­ści z tak bła­hej spra­wy jak za­in­te­re­so­wa­nie, któ­re jej ofia­ro­wa­łam. – Do zo­ba­cze­nia.

Zer­k­nęłam na go­dzi­nę i uzna­łam, że po­win­nam się zbie­rać do domu. Po kil­ku go­dzi­nach w ko­ńcu nad­sze­dł ko­niec mo­jej zmia­ny. Zga­si­łam świa­tła, po­że­gna­łam się z ochro­nia­rzem i wy­szłam z bi­blio­te­ki. Od­wró­ci­łam się od drzwi i… wpa­dłam na ko­goś.

– Naj­moc­niej prze­pra­szam… – Urwa­łam, wi­dząc naj­pi­ęk­niej­sze tęczów­ki, któ­re śni­ły mi się nie­mal ka­żdej nocy od na­sze­go spo­tka­nia. – To pan…

– Też się cie­szę, że spo­ty­ka­my się po raz ko­lej­ny. – Uśmiech­nął się.

Do­strze­gam naj­słod­szą rzecz na świe­cie – do­łe­czek w pra­wym po­licz­ku.

_Czy ten fa­cet musi być aż tak ide­al­ny?_

_Za­raz!_

_Jaki ide­al­ny?!_

Prze­cież go nie zna­łam, na li­to­ść bo­ską, nie wie­dzia­łam na­wet, jak ma na imię. Od kie­dy sta­łam się taka pró­żna, że zwra­ca­łam uwa­gę tyl­ko na wy­gląd?

– Co pan tu robi? – za­py­ta­łam, roz­gląda­jąc się do­oko­ła.

By­li­śmy sami. Ob­le­ciał mnie strach, ale na­tych­miast go stłu­mi­łam. Uzna­łam, że znaj­du­je­my się w miej­scu pu­blicz­nym, a w środ­ku bu­dyn­ku jest Pe­ter, któ­ry za­czął noc­ną zmia­nę. Do­dat­ko­wo Pi­ąta Ale­ja za­wsze tęt­ni ży­ciem. Jak cały Nowy Jork.

Kie­dyś nie­na­wi­dzi­łam tego ci­ągłe­go po­śpie­chu, wiecz­nych kor­ków, ale z ka­żdym ro­kiem do­ce­nia­łam to co­raz bar­dziej. Gdy­by nie to mia­sto, nie mo­gła­bym pra­co­wać w naj­wi­ęk­szej bi­blio­te­ce ofe­ru­jącej set­ki ty­si­ęcy ksi­ążek z ka­żde­go ga­tun­ku. Nie mo­gła­bym stu­dio­wać – co praw­da nie na wy­ma­rzo­nej uczel­ni, ale mimo wszyst­ko nie na­rze­ka­łam.

Mia­łam na­dzie­ję, że gdy za­ko­ńczę w przy­szłym roku li­cen­cjat z naj­lep­szym wy­ni­kiem, będę się ubie­gać o naj­wy­ższe sty­pen­dium, któ­re umo­żli­wi mi zdo­by­cie _ma­ster’s de­gree_ na wy­śnio­nej uczel­ni, dla­te­go też na­wet la­tem ro­bi­łam kur­sy, by we­jść w nowy se­mestr jak naj­bar­dziej przy­go­to­wa­ną.

Otrząsnęłam się z my­śli, gdy mężczy­zna po­now­nie się ode­zwał:

– My­ślę, że nie mu­si­my być tacy ofi­cjal­ni. – Pod­sze­dł do mnie z wy­ci­ągni­ętą ręką. – Con­nor.

Brzmie­nie jego gło­su w po­łącze­niu z tym męskim imie­niem spra­wi­ły, że ciar­ki prze­szły mi po ple­cach. Po chwi­li wa­ha­nia po­da­łam mu dłoń.

– Aria. – Po­trząsnęłam jego ręką. – Za­py­tam jesz­cze raz: co tu ro­bisz?

Kącik jego ust się unió­sł, zu­pe­łnie jak­by miał ura­czyć mnie ko­lej­nym znie­wa­la­jącym uśmie­chem.

– Prze­cho­dzi­łem obok i za­uwa­ży­łem, jak za­my­kasz drzwi. Nie mo­głem ode­jść bez przy­wi­ta­nia. – Po­pa­trzył mi w oczy i od­nio­słam wra­że­nie, jak­by chciał prze­wier­cić się nimi do mo­jej du­szy. – Ego­istycz­nie mu­szę przy­znać, że li­czy­łem też na roz­mo­wę, w któ­rej nie uciek­niesz po kil­ku se­kun­dach, tak jak to mia­ło miej­sce ostat­nim ra­zem.

Po­czu­łam, jak na moje po­licz­ki wkra­da się ru­mie­niec.

– Sko­ro te­raz już się zna­my i wy­mie­ni­li­śmy kil­ka zdań, któ­re mogą ucho­dzić za roz­mo­wę, to mo­że­my się ro­ze­jść. – Po­sła­łam mu cwa­niac­ki uśmiech.

Chy­ba nie spo­dzie­wał się ta­kiej od­po­wie­dzi – przez kil­ka se­kund pa­trzył na mnie w kom­plet­nym osłu­pie­niu, po czym wy­buch­nął śmie­chem.

– Masz ra­cję, ale te­raz chcia­łbym za­pro­sić cię na kawę.

Z tru­dem za­ma­sko­wa­łam za­sko­cze­nie.

– Sądzę, że spo­tka­nie tej sa­mej oso­by dwu­krot­nie w ta­kim mie­ście jak Nowy Jork to znak od wszech­świa­ta. Nie chcia­łbym ode­jść z po­czu­ciem, że omi­nął mnie miły wie­czór z za­chwy­ca­jącą ko­bie­tą.

– A może zro­bi­my tak: je­śli ja­ki­mś cu­dem wpad­nie­my na sie­bie jesz­cze raz, ca­łkiem przy­pad­kiem, to wte­dy pój­dzie­my na kawę? Sko­ro wszech­świat nam sprzy­ja, to na pew­no się spo­tka­my. – Nie wie­dzia­łam, co we mnie wstąpi­ło. Ni­g­dy nie by­łam taka od­wa­żna względem przy­ja­ciół, a co do­pie­ro ob­cych.

Mi­ęsień na jego szczęce drgnął i uzna­łam, że nie na rękę mu moja od­po­wie­dź. Nie sądzi­łam, że będzie drążył – w ko­ńcu fa­cet jego po­kro­ju za­pew­ne nie mógł się opędzić od chęt­nych pa­nie­nek.

Nie ro­zu­mia­łam tyl­ko jed­ne­go… _Jak to mo­żli­we, że ten nie­zna­jo­my mężczy­zna sta­je na mo­jej dro­dze dwu­krot­nie w tak krót­kim cza­sie?_ Tak jak wspo­mi­nał, Nowy Jork nie sprzy­ja ta­kim przy­pad­kom. W ko­ńcu miesz­ka tu­taj po­nad osiem mi­lio­nów lu­dzi. _A może… je­stem jego ofia­rą?_

Mia­łam ocho­tę przy­bić so­bie men­tal­ną pi­ąt­kę w czo­ło. Chy­ba na­czy­ta­łam się zbyt wie­lu ksi­ążek z wąt­kiem po­rwa­nia, bo już to­tal­nie mi od­bi­ja­ło. Prze­cież mnie nie śle­dził – na li­to­ść bo­ską – spo­tka­li­śmy się w skle­pie i pod bi­blio­te­ką miej­ską. Rów­nie do­brze mógł to być ka­żdy inny prze­cho­dzień, na któ­re­go nie zwró­ci­ła­bym na­wet uwa­gi.

– Sko­ro tak sta­wiasz spra­wę… Ży­czę ci mi­łe­go wie­czo­ru. – Od­wró­cił się. – Miło było cię po­znać, Aria, i… mam na­dzie­ję: do zo­ba­cze­nia – rzu­cił przez ra­mię i od­sze­dł, a ja sta­łam w ca­łko­wi­tym szo­ku.

_Nie sądzi­łam, że tak szyb­ko od­pu­ści._

Po­czu­łam lek­kie ukłu­cie roz­cza­ro­wa­nia, a prze­cież sama tego chcia­łam. Jesz­cze kil­ka se­kund wpa­try­wa­łam się w nik­nącą syl­wet­kę mężczy­zny, aż ru­szy­łam w stro­nę swo­je­go sa­mo­cho­du.

W dro­dze do domu po­dzi­wia­łam mie­ni­ące się świa­tła, któ­re chy­ba ni­g­dy nie ga­sną, i za­sta­na­wia­łam się, czy gdy­bym pod­jęła inną de­cy­zję, ża­ło­wa­ła­bym tak, jak ro­bi­łam to w tym mo­men­cie.

Wie­czo­rem, le­żąc w ciem­no­ściach swo­jej sy­pial­ni, to­wa­rzy­szy­ło mi dziw­ne uczu­cie by­cia ob­ser­wo­wa­ną…ROZDZIAŁ 4

Connor

Stwier­dzi­łem, że sko­ro pra­gnie się ze mną ba­wić, po­zwo­lę jej na to. Niech my­śli, że to ona tu­taj roz­da­je kar­ty. Bo ja, od­kąd tyl­ko zo­sta­wi­łem ją pod drzwia­mi bi­blio­te­ki, śle­dzi­łem ka­żdy jej ruch.

Z po­cząt­ku, ra­zem z Klau­sem, jed­nym z mo­ich naj­lep­szych lu­dzi od bez­pie­cze­ństwa, po­je­cha­li­śmy za nią do domu. Stra­te­gicz­ne za­par­ko­wa­nie po­zwo­li­ło mi ob­ser­wo­wać świa­tło w jej oknach, syl­wet­kę prze­miesz­cza­jącą się za za­sło­na­mi. Przez kil­ka­na­ście mi­nut nie dzia­ło się nic in­te­re­su­jące­go, więc od­pa­li­łem wła­ści­we pro­gra­my – po­łączy­łem się z jej urządze­nia­mi. Wy­star­czy­ło kil­ka klik­ni­ęć, by jej lap­top prze­ka­zy­wał ob­raz z ka­mer­ki na mój te­le­fon. Nie mu­sia­łem prze­cież sie­dzieć pod jej do­mem jak ja­kiś ama­tor.

Po chwi­li na ekra­nie ko­mór­ki po­ja­wi­ła się _ona_. Usia­dła na pa­ra­pe­cie przy oknie wy­cho­dzącym na ogró­dek, z ksi­ążką w dło­ni. _Po­win­na bar­dziej uwa­żać._ Fakt, że okno nie wy­cho­dzi­ło na uli­cę, nie ozna­czał jesz­cze pry­wat­no­ści. Zo­sta­wio­ny otwar­ty lap­top to za­pro­sze­nie. Wła­ma­nie się do sys­te­mu to ża­den pro­blem. Ka­żdy po­cząt­ku­jący by to zro­bił. Ona nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, jak ła­two mo­żna mieć do­stęp do ca­łe­go jej ży­cia. Sza­ra mysz­ka nie wie­dzia­ła, że w sie­ci nie ma ci­chych za­ka­mar­ków.

Na ra­zie nikt nie po­wi­nien się nią in­te­re­so­wać. Była bez­piecz­na. Ale to mo­gło się zmie­nić, kie­dy ktoś zo­ba­czy­łby ją u mo­je­go boku. Dla­te­go zle­ci­łem, by Klaus prze­jął obo­wi­ąz­ki jej pry­wat­ne­go ochro­nia­rza, cie­nia.

Nie za­po­wia­da­ło się, żeby gdzie­kol­wiek się wy­bie­ra­ła. Poza tym w ra­por­cie nie byli wspo­mnia­ni żad­ni zna­jo­mi oprócz prze­lot­nych zna­jo­mo­ści za­war­tych w szko­le i jed­nej przy­ja­ció­łki, któ­ra, cze­go się rów­nież do­wie­dzia­łem, spędza­ła wie­czór poza mia­stem, w domu swo­je­go bra­ta.

Po od­kry­ciu to­żsa­mo­ści Arii prze­pro­wa­dzi­łem szcze­gó­ło­wą ana­li­zę wszyst­kie­go, co tyl­ko jest z nią zwi­ąza­ne. Mu­sia­łem prze­cież wie­dzieć, z czym będę mieć do czy­nie­nia.

Zszo­ko­wał mnie brak wi­ęk­szej licz­by zna­jo­mych. Zu­pe­łnie jak­by podświa­do­mie nie chcia­ła na­wi­ązy­wać z ni­kim głęb­szym re­la­cji. A może to mat­ka po­kie­ro­wa­ła jej ży­ciem tak, aby nie zbli­ża­ła się do ob­cych? W ko­ńcu, mimo że roz­sta­ła się z jej oj­cem, nie mo­gła ca­łko­wi­cie wy­kre­ślić go z ich ży­cia, bo tym sa­mym na­ra­zi­ła­by swo­je je­dy­ne dziec­ko na nie­bez­pie­cze­ństwo. Za­dba­ła o wszyst­ko, czym znacz­nie uła­twi­ła mi za­da­nie.

Pod­je­cha­łem pod swój trzy­kon­dy­gna­cyj­ny dom, od­ci­ęty od resz­ty świa­ta. Za­par­ko­wa­łem sa­mo­chód obok po­zo­sta­łych i wsze­dłem do re­zy­den­cji. O tej go­dzi­nie Kla­ra, moja go­spo­sia, po­win­na być już w środ­ku.

W kuch­ni z za­do­wo­le­niem od­kry­łem przy­go­to­wa­ny dla mnie po­si­łek i kar­tecz­kę z in­for­ma­cją, że ju­tro przyj­dzie go­dzi­nę pó­źniej, bo musi za­pro­wa­dzić wnucz­ki do przed­szko­la. Ta ko­bie­ta była nie­sa­mo­wi­ta, nie dość, że pra­co­wa­ła dla mo­je­go ojca, od­kąd by­łem ma­łym chłop­cem, to po­sta­no­wi­ła prze­nie­ść się do mnie, gdy tyl­ko wy­pro­wa­dzi­łem się z ro­dzin­ne­go domu po sko­ńcze­niu stu­diów. Moja mat­ka od tam­te­go cza­su sama dba­ła o ojca, a gdy jego za­bra­kło, rów­nież nie po­trze­bo­wa­ła ni­ko­go do po­mo­cy. Obec­nie wi­ęk­szo­ść cza­su spędza­ła u swo­jej sio­stry, w Mia­mi.

Od za­wsze skru­pu­lat­nie sta­ra­łem się do­bie­rać oso­by, któ­re znaj­du­ją się w moim oto­cze­niu, któ­re do­pusz­czam do swo­je­go ży­cia. Pro­wa­dze­nie ta­kie­go ży­cia było nad wy­raz męczące, dla­te­go dom to mój azyl. Prze­strzeń, gdzie nie mu­sia­łem kon­tro­lo­wać ka­żde­go sło­wa. Kla­ra to jed­na z naj­bar­dziej za­ufa­nych mi osób, na tyle dys­kret­na, że sta­ra­ła się wy­cho­dzić, nim ja po­ja­wia­łem się w domu.

Z ko­bie­ta­mi było ina­czej. Wszyst­kie trak­to­wa­ły mnie jak śro­dek do celu. Chcia­ły dresz­czy­ku emo­cji, cia­ła, port­fe­la, wła­dzy. Ja da­wa­łem im to, cze­go pra­gnęły, i bra­łem, co chcia­łem w za­mian. Tyl­ko raz po­zwo­li­łem so­bie na za­ufa­nie. O raz za dużo. Od tam­tej pory trak­to­wa­łem ka­żdą spo­tka­ną ko­bie­tę jak na­rzędzie.

_Prócz niej…_ Aria obu­dzi­ła we mnie nie­zna­ne do­tąd uczu­cia, być może dla­te­go, że bez względu na wszyst­ko w ko­ńcu by­śmy się spo­tka­li. Nie mo­głem od­mó­wić so­bie jej to­wa­rzy­stwa i nie za­mie­rza­łem cze­kać do wy­zna­czo­ne­go cza­su.

Od­grza­łem obiad. Kla­ra prze­szła tego dnia samą sie­bie, przy­go­to­wa­ła moje ulu­bio­ne da­nie, zu­pe­łnie jak­by szó­stym zmy­słem wie­dzia­ła, że będę po­trze­bo­wał ule­czyć moje ura­żo­ne ego po spek­ta­ku­lar­nej od­mo­wie Arii. Ma­ka­ron z ło­so­siem w so­sie śmie­ta­no­wym z po­mi­do­ra­mi i szpi­na­kiem nie­za­le­żnie od sy­tu­acji po­pra­wiał odro­bi­nę moje sa­mo­po­czu­cie. Oczy­wi­ście wo­la­łbym ostry seks, ale to nie wcho­dzi­ło w tym mo­men­cie w grę.

Usia­dłem przy sto­le, włączy­łem lap­to­pa, by po raz ostat­ni tego dnia skon­tro­lo­wać sys­tem prze­chwy­ty­wa­nia trans­mi­sji dy­plo­ma­tycz­nych. Ope­ra­cja trwa­ła całą dobę, w ko­ńcu po­li­ty­ka ni­g­dy nie śpi, a tym bar­dziej ci, któ­rzy nią ste­ru­ją z ukry­cia.

Je­śli chcesz mieć wpływ na układ sił w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku, mu­sisz wie­dzieć, kie­dy mil­czeć – i kie­dy pu­bli­ko­wać. Lub tak jak ja, kie­dy prze­chwy­ty­wać to, co naj­cie­kaw­sze.

A że tyl­ko ja mia­łem do­stęp do kom­plet­nych da­nych z sys­te­mu LEM­NI­SCA­TE – sa­te­li­tar­ne­go snif­fe­ra sy­gna­łów, naj­bar­dziej za­awan­so­wa­ne­go sys­te­mu pod­słu­chów – wie­dzia­łem, że to, co na mnie cze­ka, może mi przy­nie­ść wie­le ko­rzy­ści.

Włączy­łem pod­gląd se­sji za­re­je­stro­wa­nej go­dzi­nę temu. Wi­deo nie było istot­ne – wy­star­czył dźwi­ęk. Roz­po­zna­łem gło­sy. Pre­zy­dent USA i prze­wod­ni­czący Chi­ńskiej Rady Bez­pie­cze­ństwa. Obaj spi­ęci, mó­wi­ący pó­łsłów­ka­mi. I bar­dzo do­brze – lu­dzie, któ­rzy się boją, mó­wią naj­wi­ęcej.

Wy­bra­łem nu­mer An­to­nia, mo­je­go tech­ni­ka od de­ko­do­wa­nia war­stwy za­bez­pie­czeń.

– Sze­fie – ode­brał, jak zwy­kle la­ko­nicz­ny.

– Przej­rza­ne wszyst­ko z dzi­siej­sze­go pa­kie­tu?

– Tak. Głów­na roz­mo­wa była za­szy­fro­wa­na po­dwój­nie, ale pu­ści­łem ją przez Fan­tom. Jest czy­sta.

– Co za­wie­ra?

– W skró­cie: USA te­stu­je wa­riant wi­ru­sa w la­bo­ra­to­rium w Ka­li­for­nii. Wspó­łpra­ca z Chi­na­mi po­le­ga na wy­mia­nie da­nych ge­ne­tycz­nych. Twier­dzą, że cho­dzi o „kon­tro­lę po­pu­la­cji stra­te­gicz­nej”.

Na mo­ment za­mil­kłem. Tego się spo­dzie­wa­łem, ale jed­no to do­my­sły. Co in­ne­go – do­wód.

An­to­nio wes­tchnął po­iry­to­wa­ny.

– Chcesz trans­kryp­cję czy sam prze­słu­chasz?

– Prze­ślij mi su­ro­wy plik. I przej­rzyj, czy nie ma od­nie­sień do pro­jek­tów sa­te­li­tar­nych z Hong­kon­gu.

– Już idzie. Coś jesz­cze?

– Nie. – Roz­łączy­łem się bez zbęd­nych po­że­gna­nia.

Po­pa­trzy­łem na ze­ga­rek. _Kil­ka mi­nut po pó­łno­cy. Świat śpi._

A ja wła­śnie trzy­ma­łem go za gar­dło. _Jak za­wsze._

Uda­łem się do ła­zien­ki. Zrzu­ci­łem ubra­nia i wsze­dłem pod prysz­nic, by zmyć z sie­bie mi­nio­ny dzień. Nie­spo­dzie­wa­nie przed ocza­mi po­ja­wił mi się ob­raz po­nęt­nej bru­net­ki o zie­lo­nych oczach i krągłych bio­drach. Po­czu­łem, jak mój ku­tas za­czy­na drgać.

– Nie te­raz, ko­le­go – mruk­nąłem, opie­ra­jąc się dło­ńmi o ścia­nę.

Cie­pły stru­mień wody spra­wił, że na­pi­ęcie po­wo­li za­częło zni­kać. Mo­je­go umy­słu nie chciał jed­nak opu­ścić wi­dok jej so­czy­stych, wi­śnio­wych ust.

Ocza­mi wy­obra­źni wi­dzia­łem, jak mój ku­tas za­głębia się w nich i wcho­dzi głębo­ko w jej gar­dło. Wark­nąłem i chwy­ci­łem go moc­niej, niż było to ko­niecz­ne. Nie wa­li­łem so­bie, od­kąd sko­ńczy­łem szes­na­ście lat, ale naj­wi­docz­niej w tym mo­men­cie było to nie­unik­nio­ne. In­ne­go spe­łnie­nia nie mo­głem ocze­ki­wać, Ce­cy­lia wy­je­cha­ła, mia­ła ja­kieś spra­wy do za­ła­twie­nia, a nie mia­łem siły wy­cho­dzić na mia­sto w po­szu­ki­wa­niu chęt­nej la­ski. Me­to­dycz­nie po­ru­sza­łem dło­nią w górę i w dół, a moją gło­wę na­wie­dza­ły ró­żne sce­na­riu­sze z Arią w roli głów­nej. Już po chwi­li osi­ągnąłem spe­łnie­nie, a cia­ło choć odro­bi­ne się roz­lu­źni­ło.

Wy­sze­dłem spod prysz­ni­ca owi­ni­ęty je­dy­nie ręcz­ni­kiem. Przy­wy­kłem do spa­nia nago, więc tak też wsze­dłem do łó­żka, a ostat­nie, co za­re­je­stro­wa­łem, to jej cwa­niac­ki uśmiech, gdy pew­na sie­bie od­mó­wi­ła spo­tka­nia.

_Skar­bie, wie­dzia­łem, że będzie­my się świet­nie ba­wić, a te­raz nie mogę się już tego do­cze­kać…_

Może ta umo­wa wca­le nie była taka zła…ROZDZIAŁ 5

Aria

Nie­dzie­la to dzień tyl­ko dla mnie. Nie że­bym mia­ła całą rze­szę chęt­nych osób do spędza­nia ze mną cza­su, nie­mniej moja je­dy­na przy­ja­ció­łka cza­sem po­sta­na­wia­ła za­bu­rzyć mój ry­tu­ał: wpa­da­ła na kawę, wy­ci­ąga­ła mnie na spa­cer albo zwy­czaj­nie pra­gnęła spędzić kil­ka chwil w moim to­wa­rzy­stwie. Wte­dy obie sia­da­ły­śmy na we­ran­dzie z tyłu domu – pod wa­run­kiem, że po­go­da do­pi­sy­wa­ła – i za­czy­ty­wa­ły­śmy się w lek­tu­rach, cie­sząc swo­ją obec­no­ścią. To ten etap przy­ja­źni, kie­dy nie mu­sia­ły­śmy ci­ągle roz­ma­wiać. Wy­star­cza­ła nam wspól­na ci­sza.

Tego dnia, ze względu na jej nie­obec­no­ść, po­sta­no­wi­łam prze­je­chać się do Cen­tral Par­ku, by na­cie­szyć się chłod­niej­szą po­go­dą. Śro­dek lata w mie­ście pe­łnym dra­pa­czy chmur to ist­na ka­tor­ga, dla­te­go gdy tyl­ko żar prze­sta­wał lać się z nie­ba, sta­ra­łam się ko­rzy­stać z ka­żdej oka­zji. Nie mo­głam się do­cze­kać, aż ta pora roku prze­mi­nie, a ja będę mo­gła w pe­łni czer­pać z uro­ków je­sien­nych dni. Tak bar­dzo lu­bi­łam wte­dy czuć de­li­kat­ne pro­mie­nie mu­ska­jące moją twarz i lek­ki wie­trzyk nio­sący za­pach li­ści, że mo­gła­bym spędzać na dwo­rze całe dnie.

Prze­mie­rza­łam do­brze zna­ną ście­żkę o nie­rów­nej po­wierzch­ni, na któ­rej kil­ka razy o mały włos nie skręci­łam kost­ki. Roz­gląda­łam się do­oko­ła, po­dzi­wia­jąc kwit­nące kwia­ty i lu­dzi, któ­rzy – po­dob­nie jak ja – po­sta­no­wi­li wy­ko­rzy­stać nie­co chłod­niej­szy dzień.

My­śla­mi wró­ci­łam do Con­no­ra. Po­wi­nien wzbu­dzać we mnie lęk i nie­po­kój – w ko­ńcu po­ja­wił się wczo­raj pod moją pra­cą w spo­sób kom­plet­nie nie­ocze­ki­wa­ny. A jed­nak aura, jaka od nie­go biła, spra­wia­ła, że czu­łam się… bez­piecz­nie. Brzmi ab­sur­dal­nie, ale mia­łam wra­że­nie, jak­by na­praw­dę był mną za­in­te­re­so­wa­ny. I to nie­po­wierz­chow­nie. Wzbu­dzał we mnie za­ufa­nie, co samo w so­bie było dziw­ne i za­sta­na­wia­jące. Za­zwy­czaj stro­ni­łam od nie­zna­jo­mych. Już od dzie­ci­ństwa mia­łam pro­ble­my z na­wi­ązy­wa­niem kon­tak­tów, lecz tym ra­zem było ina­czej. Nie czu­łam nie­chęci, bar­dziej cie­ka­wo­ść.

Roz­ło­ży­łam na tra­wie koc, usia­dłam i wy­jęłam z tor­by ter­mos z her­ba­tą oraz ksi­ążkę. Tym ra­zem pa­dło na go­rący kow­boj­ski ro­mans. O tej po­rze park był nad­zwy­czaj spo­koj­ny. Kil­ku prze­chod­niów spa­ce­ro­wa­ło alej­ka­mi, ale nie było tłu­mów, mo­głam więc od­dać się lek­tu­rze, cie­sząc ci­szą, i ob­ser­wo­wać pta­ki, któ­re co­raz licz­niej po­ja­wia­ły się wśród ko­ron drzew.

Mój te­le­fon za­wi­bro­wał krót­kim po­wia­do­mie­niem. Spoj­rza­łam na ekran, ale nic tam nie do­strze­głam. Ani SMS-a, ani po­wia­do­mie­nia. Uzna­łam, że to może błąd apli­ka­cji, sieć znów wa­riu­je, jak to często w No­wym Jor­ku. Odło­ży­łam urządze­nie obok, sta­ra­jąc się nie przej­mo­wać, choć w gło­wie na mo­ment po­ja­wi­ło się dziw­ne uczu­cie, że ktoś na mnie pa­trzy.

Zer­k­nęłam z utęsk­nie­niem na prze­cho­dzącą obok ro­dzi­nę. Choć nie mia­ły­śmy z mamą ła­twe­go ży­cia, da­wa­ła z sie­bie wi­ęcej, niż mo­gła. I mimo że bra­ko­wa­ło nam wie­lu rze­czy, ona spra­wia­ła, że czu­łam, iż je­stem dla niej ca­łym świa­tem, i to mi wy­star­cza­ło.

Po kil­ku go­dzi­nach sie­dze­nia w jed­nej po­zy­cji wsta­łam z za­mia­rem po­wro­tu do domu. Nie spo­dzie­wa­łam się, że zro­bi­ło się już tak pó­źno. Sło­ńce chy­li­ło się ku za­cho­do­wi, nie­bo na­bie­ra­ło od­cie­ni po­ma­ra­ńczy i fio­le­tu. Ale tak wła­śnie bywa, gdy bo­ha­te­ro­wie ksi­ążek wci­ąga­ją cię do swo­je­go świa­ta – tra­cisz po­czu­cie cza­su.

Po do­tar­ciu do domu po­sta­no­wi­łam spędzić wie­czór w mo­żli­wie naj­przy­jem­niej­szy spo­sób: z kub­kiem go­rącej her­ba­ty i po­wtór­ką _The No­te­bo­ok_, za­po­wia­da­ną w te­le­wi­zji.

Ko­ńczy­łam wła­śnie swo­ją wie­czor­ną to­a­le­tę, gdy roz­brzmiał dźwi­ęk SMS-a. Zmarsz­czy­łam brwi, za­sta­na­wia­jąc się, kto mó­głby pi­sać do mnie o tej po­rze. Ekran te­le­fo­nu na chwi­lę za­mi­go­tał, jak­by miał pro­blem z podświe­tle­niem, po czym wy­świe­tli­ła się wia­do­mo­ść.

SO­PHIE: Cze­ść, cza­row­ni­co! Za­po­mnia­łaś o swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ció­łce?

Uśmiech­nęłam się na wi­dok jej imie­nia.

JA: Cze­ść, ro­pu­cho! Nie za­po­mnia­łam! By­łam w par­ku ;)

SO­PHIE: Ach, niech zgad­nę… spędzi­łaś tam cały dzień.

JA: Jak­by Ci to po­wie­dzieć…

SO­PHIE: Je­steś nie­mo­żli­wa. My­śla­łam, że spędzi­my dzi­siaj ra­zem wie­czór i że dasz się wy­ci­ągnąć na drin­ka… Pro­szę ;)

JA: Nie ma mowy! Wiesz, że ju­tro mam za­jęcia let­nie na uczel­ni.

SO­PHIE: Prze­stań ma­ru­dzić! Za­jęcia masz do­pie­ro na 11 i będą trwa­ły je­dy­nie 3 go­dzi­ny :p

JA: Czy za­wsze mu­sisz mieć ostat­nie zda­nie?

SO­PHIE: Cóż, mó­wisz tak, jak­byś mnie nie zna­ła… Będę za 20 mi­nut. Le­piej, że­byś była wy­szy­ko­wa­na albo przy­naj­mniej ko­ńczy­ła się szy­ko­wać.

JA: So­phie!

SO­PHIE: Nie mogę pi­sać, bo wsia­dam wła­śnie do sa­mo­cho­du. Bu­zia­ki, wi­dzi­my się za chwi­lę!

Odło­ży­łam te­le­fon i wes­tchnęłam. Tej dziew­czy­nie na­praw­dę nie dało się prze­mó­wić do roz­sąd­ku. Do tej pory zmu­si­ła mnie jed­nak do wy­jścia do klu­bu tyl­ko trzy razy – wcze­śniej moją wy­mów­ką była cho­ro­ba mamy, któ­ra w ka­żdej chwi­li mo­gła po­trze­bo­wać po­mo­cy. Obec­nie, gdy mi­nęło już kil­ka mie­si­ęcy od jej śmier­ci, mu­sia­łam za­cząć żyć od nowa.

Zer­k­nęłam na ze­ga­rek i o mało nie do­sta­łam za­wa­łu. _Ta ro­pu­cha będzie tu za mo­ment!_ Bie­giem wpa­dłam do sy­pial­ni, by po­szu­kać od­po­wied­nie­go ubio­ru. Oba­wia­łam się, że nic nie będzie wy­star­cza­jąco do­bre, by pó­jść w tym do miej­sca, w któ­rym wy­lądu­je­my.

Nie wie­dzia­łam jesz­cze, że prze­zna­cze­nie tak szyb­ko po­now­nie mi o so­bie przy­po­mni…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij