Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Broken soul - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 czerwca 2026
5400 pkt
punktów Virtualo

Broken soul - ebook

Gdy Leila wraca wieczorem z pracy w klubie, nie wie, że tej nocy jej życie rozpadnie się na kawałki.

Zostaje uprowadzona i niemal od pierwszych chwil poznaje, czym naprawdę jest strach i przemoc. Jej oprawcą jest Aiden – mroczny, niebezpieczny mężczyzna, który nie ukrywa swoich intencji. Kieruje nim zemsta. Chce, by Leila zapłaciła za cierpienie jego siostry.

Uwięziona w świecie bólu i ciszy, dziewczyna wraca do jedynej rzeczy, która daje jej namiastkę wolności – gry na pianinie. Ku jej zaskoczeniu Aiden jej na to pozwala. I właśnie wtedy zaczyna się między nimi coś, czego żadne z nich nie przewidziało – cicha, niebezpieczna walka z rodzącymi się uczuciami.

W chwili, gdy granice zaczynają się zacierać, Aiden podejmuje decyzję – wypuszcza ją. Każe odejść. Żyć dalej. Zapomnieć.

Ale Leila nie potrafi. Bo mimo bólu, który przez niego przeszła, Aiden stał się dla niej kimś więcej.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68837-12-4
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rekomendacja

To hi­sto­ria pe­łna in­ten­syw­nych emo­cji, bólu itrud­nych wy­bo­rów. Au­tor­ka po­ru­sza te­mat ze­msty, stra­ty oraz uczuć, któ­re po­ja­wia­ją się tam, gdzie nie po­win­ny mieć miej­sca. Re­la­cja bo­ha­te­rów jest skom­pli­ko­wa­na i mo­men­ta­mi kon­tro­wer­syj­na, ale wła­śnie to spra­wia, że ta ksi­ążka nie po­zo­sta­wia czy­tel­ni­ka obo­jęt­nym. Je­śli lu­bi­cie hi­sto­rie, któ­re wy­wo­łu­ją skraj­ne emo­cje i zmu­sza­ją do re flek­sji, war­to si­ęgnąć po tę opo­wie­ść.
Lea Re­voy
„Bro­ken Soul” to ksi­ążka, któ­ra od pierw­szych stron wci­ąga czy tel­ni­ka w wir in­ten­syw­nych emo­cji i nie po­zwa­la się ode­rwać aż do sa­me­go ko­ńca. Au­tor­ka stwo­rzy­ła hi­sto­rię pe­łną na­pi­ęcia, wktó­rej ka­żda sce­na ma zna­cze­nie ikon­se­kwent­nie bu­du­je co­raz sil­niej­sze za­an­ga­żo­wa­nie od­bior­cy. Ak­cja roz­wi­ja się dy­na­micz nie, nie tra­cąc przy tym głębi, co spra­wia, że czy­tel­nik ani przez chwi­lę nie od­czu­wa znu­że­nia. Bo­ha­te­ro­wie są wy­ra­zi­ści, wie­lo wy­mia­ro­wi ida­le­cy od sche­ma­tów, dzi­ęki cze­mu ła­two się zni­mi uto­żsa­mić lub przy­naj­mniej ob­ser­wo­wać ich zfa­scy­na­cją. Re­la­cja głów­nych po­sta­ci zo­sta­ła po­pro­wa­dzo­na wspo­sób nie­zwy­kle su ge­styw­ny, pe­łen na­pi­ęcia, emo­cji isub­tel­ne­go po­żąda­nia. To wła śnie ta che­mia mi­ędzy bo­ha­te­ra­mi spra­wia, że hi­sto­ria na­bie­ra jesz­cze wi­ęk­szej in­ten­syw­no­ści i au­ten­tycz­no­ści. Tem­po fa­bu­ły jest zna­ko­mi­cie wy­wa­żo­ne – szyb­kie, ale nie cha­otycz­ne, dzi­ęki cze­mu ka­żdy wątek ma prze­strzeń, by wy­brzmieć. Au­tor­ka umie jęt­nie daw­ku­je in­for­ma­cje, pod­sy­ca­jąc cie­ka­wo­ść i spra­wia­jąc, że trud­no prze­wi­dzieć roz­wój wy­da­rzeń. Ka­żdy roz­dział ko­ńczy się wspo­sób, któ­ry za­chęca do na­tych­mia­sto­we­go si­ęgni­ęcia po ko lej­ny. „Bro­ken Soul” to po­wie­ść, któ­ra nie tyl­ko do­star­cza roz­ryw ki, ale rów­nież po­zo­sta­je w pa­mi­ęci na dłu­go po jej prze­czy­ta­niu.
Syl­wia Kirsz
„Bro­ken Soul” to mrocz­na i emo­cjo­nal­na hi­sto­ria o bólu, trau­mie i nie­ocze­ki­wa­nych uczu­ciach. Re­la­cja Le­ili iA­ide­na pe­łna jest na pi­ęcia oraz psy­cho­lo­gicz­nej wal­ki. Au­tor­ka two­rzy dusz­ny kli­mat, któ­ry po­tęgu­je dra­ma­tyzm wy­da­rzeń. Bo­ha­te­ro­wie są zło­że­ni i bu­dzą skraj­ne emo­cje. Mo­tyw pia­ni­na do­da­je po­wie­ści wra­żli wo­ści in­a­dziei. Ksi­ążka po­ru­sza trud­ne te­ma­ty ze­msty iwew­nętrz nej prze­mia­ny. To ide­al­na pro­po­zy­cja dla fa­nów dark ro­man­ce.
Dia­na Je­mie­li­taProlog

Nie ba­łam się Aide­na – ba­łam się sa­mej sie­bie, swo­ich re­ak­cji i uczuć, któ­re na­gle za­częły się we mnie bu­dzić. Po­czu­łam coś do nie­go, choć wie­dzia­łam, że nie po­win­nam. A jed­nak to uczu­cie przy­szło samo, za­ska­ku­jące i trud­ne do od­rzu­ce­nia. Zro­zu­mia­łam, że cza­sem to, co naj­bar­dziej nas prze­ra­ża, to nie świat wo­kół, ale to, co no­si­my w środ­ku.

_Po­two­ry cza­ją się wszędzie. Ukry­wa­ją się w lu­dziach, któ­rych zna­my, w miej­scach, któ­re wy­da­ją się bez­piecz­ne. Cza­sem na­wet nie zda­je­my so­bie spra­wy, że już pa­trzą nam pro­sto w oczy._Rozdział 1

Leila

North Ber­wick było moim azy­lem na świe­cie. To tu­taj czu­łam się na­praw­dę sobą – spo­koj­na, wol­na i bez­piecz­na. Ka­żda pora roku mia­ła w tym mie­ście swój nie­po­wta­rzal­ny urok: wio­sna pach­nia­ła świe­żo­ścią oraz desz­czem, lato tęt­ni­ło ży­ciem i dźwi­ękiem ulicz­nych ar­ty­stów, zima przy­no­si­ła ci­szę i świa­tło lamp od­bi­ja­jących się w śnie­gu. Jed­nak to je­sień za­wsze była moją ulu­bio­ną. Czu­łam już, że zbli­ża się nie­uchron­nie – po­wie­trze sta­wa­ło się chłod­niej­sze, dni co­raz krót­sze, a po­ran­ki na­bie­ra­ły tej zna­jo­mej mgli­sto­ści. Jesz­cze chwi­la, jesz­cze kil­ka dni i uli­ce znów po­kry­ją się rdza­wy­mi li­śćmi, a mia­sto za­nu­rzy się w me­lan­cho­lij­nym bla­sku je­sie­ni. Tęsk­ni­łam za tym cza­sem, za spo­ko­jem, któ­ry przy­no­si­ła, i za tym uczu­ciem, jak­by świat na mo­ment zwal­niał, po­zwa­la­jąc mi zła­pać od­dech.

Ten wie­czór miał być jak ka­żdy inny. Sa­mot­nie wra­ca­łam do domu z klu­bu, w któ­rym do­ra­bia­łam. Nic sza­ło­we­go – by­łam tyl­ko kel­ner­ką – ale klub trzy­mał po­ziom i nie kręci­li się w nim zbo­cze­ńcy. Na­wet je­śli cza­sem tra­fia­ła się pro­ble­ma­tycz­na oso­ba, mój szef, Georg, re­ago­wał na­tych­miast. Często pro­po­no­wał, że od­wie­zie mnie do domu, ale nie chcia­łam ro­bić mu kło­po­tu.

Szko­da, że tego wie­czo­ru nie przy­jęłam jego pro­po­zy­cji.

Pra­co­wa­łam rów­nież z Sa­man­thą, bar­dzo sym­pa­tycz­ną dziew­czy­ną, któ­ra miesz­ka­ła kil­ka ulic da­lej. Często mia­ły­śmy wspól­ne zmia­ny, choć jej sy­tu­acja ży­cio­wa była nie­co trud­niej­sza – zaj­mo­wa­ła się mat­ką, zma­ga­jącą się z no­wo­two­rem pier­si. Pani Be­atri­ce się nie pod­da­wa­ła, za­wzi­ęcie wal­czy­ła z cho­ro­bą. Mąż od­sze­dł za­raz po jej dia­gno­zie, zo­sta­wia­jąc je same. Sa­man­tha bar­dzo to prze­ży­ła i, choć nie by­ły­śmy przy­ja­ció­łka­mi, po­ma­ga­łam, ile mo­głam. Cza­sem na­wet od­da­wa­łam jej swo­je zmia­ny, by mo­gła za­ro­bić wi­ęcej. Oczy­wi­ście ma­rzy­łam o zwie­dza­niu świa­ta i do­łącze­niu do mo­je­go bra­ta, któ­ry ro­bił to już od dwóch lat. Był w tylu pi­ęk­nych miej­scach – Hisz­pa­nia, Ate­ny, Los An­ge­les, Afry­ka i wie­lu in­nych. Za ka­żdym ra­zem przy­wo­ził mi pa­mi­ąt­ki i ró­żno­rod­ne zdjęcia. Był moją in­spi­ra­cją. Na­sza mama mia­ła z nas wiel­ki ubaw. Gdy nie wi­dzie­li­śmy się przez dłu­ższy czas, po­tem nie opusz­cza­li­śmy się na­wet na chwi­lę. By­li­śmy ze sobą bar­dzo zży­ci, a to wy­ni­ka­ło z na­głej śmier­ci na­sze­go ojca.

Zgi­nął pra­wie dwa lata temu w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. Nie­zna­ny spraw­ca ude­rzył w bok jego auta z ta­kim im­pe­tem, że wy­pa­dło z dro­gi i roz­trza­ska­ło się o ba­rier­ki mo­stu. Pod wpły­wem tak du­że­go ude­rze­nia ba­rier­ki nie wy­trzy­ma­ły, a mój uko­cha­ny tata zo­stał po­chło­ni­ęty przez mrocz­ną, zim­ną otchłań wody. Dłu­go nie mo­głam się po tym po­zbie­rać. Ma­mie i Mi­cha­elo­wi po­szło to zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej, ja sko­ńczy­łam na te­ra­pii, mia­łam de­pre­sję oraz na­pa­dy lęko­we. Oczy­wi­ście z cza­sem to mi­nęło, lecz były to dłu­gie lata ci­ężkiej pra­cy.

A te­raz po­now­nie przy­szło mi prze­ży­wać kosz­mar, tyl­ko tym ra­zem gor­szy.

Mia­łam za­le­d­wie dwa­dzie­ścia je­den lat, gdy los po­sta­no­wił ode­brać mi uko­cha­ne­go ro­dzi­ca. Wraz z nim zgi­nęła moja ra­do­ść z gry na pia­ni­nie. Ko­cha­łam to ro­bić, a oj­ciec za­wsze mnie ob­ser­wo­wał, wręcz po­chło­ni­ęty dźwi­ęka­mi mo­jej mu­zy­ki. Jed­nak w dniu jego śmier­ci moja pa­sja uto­nęła ra­zem z nim.

Wra­ca­łam, po­chło­ni­ęta my­śla­mi. Nie in­te­re­so­wa­ło mnie, co dzie­je się wo­kół. W gło­wie mia­łam tyl­ko jed­no: Mi­cha­ela, któ­ry pół go­dzi­ny temu na­pi­sał, że cze­ka na mnie na ta­ra­sie, na na­szej ulu­bio­nej hu­śtaw­ce, z kub­kiem go­rącej cze­ko­la­dy. Nie­ste­ty, wszyst­ko to na­gle po­szło w za­po­mnie­nie. Przede mną z pi­skiem opon za­trzy­mał się czar­ny SUV. Na­wet nie zdąży­łam od­wró­cić się w dru­gą stro­nę, a zo­sta­łam za­trzy­ma­na przez wy­so­kie­go, umi­ęśnio­ne­go mężczy­znę.

– Puść mnie! – krzyk­nęłam, za co zo­sta­łam bo­le­śnie spo­licz­ko­wa­na. Moja gło­wa od­le­cia­ła w bok, przez co lek­ko stra­ci­łam rów­no­wa­gę. Nie­zna­jo­my zła­pał mnie za dłoń.

– Za­milcz i nie krzycz. Chy­ba że chcesz się do­wie­dzieć, jak to jest mieć po­de­rżni­ęte gar­dło.

Unio­słam gło­wę, ła­pi­ąc się za bo­le­śnie pul­su­jący po­li­czek. Chcia­łam coś zro­bić, nie mo­głam się tak ła­two pod­dać. Dla­te­go zro­bi­łam naj­głup­szą rzecz, na jaką mo­głam wpa­ść – na­chy­li­łam się i ugry­złam na­past­ni­ka w dłoń. Nie wy­dał żad­ne­go dźwi­ęku, ale pu­ścił mnie, dzi­ęki cze­mu uda­ło mi się uciec.

By­łam okrop­nie prze­ra­żo­na, bie­głam, ile mia­łam sił w no­gach. Sły­sza­łam za sobą od­gło­sy ci­ężkich bu­tów, lecz się nie od­wra­ca­łam. Nie mia­łam na tyle od­wa­gi. W mo­men­cie, gdy by­łam już bli­sko domu, po­czu­łam moc­ne szarp­ni­ęcie za wło­sy. Pisk opu­ścił moje gar­dło. Zna­la­złam się w moc­nym uści­sku mężczy­zny, jego dłoń za­sło­ni­ła moje usta, tłu­mi­ąc krzyk.

– Oj, nie chcia­łbym być na two­im miej­scu, gdy twój nowy wła­ści­ciel do­wie się o two­im wy­czy­nie, skar­bie.

Fala mdło­ści za­la­ła mój umy­sł.

_Jaki wła­ści­ciel? O czym on do chu­ja mówi?_

Szar­pa­łam się z ca­łych sił, nie­ste­ty nie było to ta­kie pro­ste. Mężczy­zna naj­wy­ra­źniej stra­cił do mnie cier­pli­wo­ść, bo od­rzu­cił mnie jak śmie­cia i ru­nęłam ple­ca­mi na zie­mię. Siła tego upad­ku spra­wi­ła, że za­dzwo­ni­ło mi w uszach, a ciem­no­ść na chwi­lę przy­sło­ni­ła mi wi­dze­nie. Za­nim zdąży­łam zła­pać od­dech, po­czu­łam, jak ci­ężka dłoń chwy­ta mnie za kark i pod­no­si.

– Ostrze­ga­łem cię, ale wi­dzę, że lu­bisz się bun­to­wać – syk­nął, gdy jego twarz zna­la­zła się bli­sko mo­jej. Czu­łam na so­bie jego od­dech, ci­ężki i zim­ny, jak tru­ci­zna.

Nie zdąży­łam za­re­ago­wać, kie­dy pi­ęść wy­lądo­wa­ła na moim brzu­chu, po­zba­wia­jąc mnie resz­tek po­wie­trza. Upa­dłam zno­wu, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać łzy bólu, ale to tyl­ko bar­dziej go roz­wście­czy­ło.

– My­ślisz, że uciek­niesz? My­ślisz, że ktoś ci po­mo­że? – drwił z uśmie­chem. – Nie ma dla cie­bie ra­tun­ku.

Miał ra­cję – dro­ga była opu­sto­sza­ła, a świa­tła w oko­licz­nych do­mach po­ga­szo­ne. Nikt nie wi­dział, co się dzie­je. Zo­sta­łam ca­łkiem sama z moim opraw­cą. Nie by­łam w sta­nie na­wet bła­gać o po­moc.

Za­nim zdąży­łam co­kol­wiek zro­bić, zła­pał mnie za kost­ki i siłą prze­ci­ągnął w stro­nę za­par­ko­wa­ne­go nie­opo­dal sa­mo­cho­du. Pró­bo­wa­łam się wy­rwać, ale to było bez sen­su, był za sil­ny. Nie mia­łam szans z ta­kim po­two­rem jak on.

– Prze­stań się wy­ry­wać, do cho­le­ry! – wark­nął, po czym bru­tal­nie pod­nió­sł mnie i rzu­cił na tyl­ne sie­dze­nie auta. Ude­rzy­łam gło­wą o bok drzwi, a przed ocza­mi za­ta­ńczy­ły mi mrocz­ki. Ból wy­pe­łnił ka­żdą część mo­je­go cia­ła, a ja czu­łam, jak po­wo­li od­pły­wam.

Za­nim stra­ci­łam przy­tom­no­ść, usły­sza­łam jesz­cze, jak mówi:

– Nie­źle za­czy­nasz, mała. Ale zo­ba­czy­my, czy będziesz taka har­da, jak cię do­star­czę tam, gdzie trze­ba.

Drzwi za­trza­snęły się z hu­kiem, a ja zo­sta­łam po­chło­ni­ęta przez ciem­no­ść.

***
Ze snu wy­bu­dził mnie okrop­ny ból ca­łe­go cia­ła, bo­la­ło mnie do­słow­nie wszyst­ko. Ostro­żnie uno­si­łam po­wie­ki, ale na­wet ta czyn­no­ść kosz­to­wa­ła mnie wie­le wy­si­łku. Gdy na­resz­cie uda­ło mi się od­zy­skać wi­dze­nie, pró­bo­wa­łam usi­ąść, ale ból prze­szył moje cia­ło, jak­by pro­te­sto­wał ka­żdy mi­ęsień. Opa­rłam się o mi­ęk­kie, ob­szy­te je­dwa­biem po­dusz­ki, z tru­dem ła­pi­ąc od­dech. Moje ręce drża­ły, a si­nia­ki na nad­garst­kach przy­po­mi­na­ły o szar­pa­ni­nie z nie­zna­jo­mym.

– Gdzie ja je­stem? – spy­ta­łam sama sie­bie.

Ro­zej­rza­łam się po po­ko­ju. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się luk­su­so­we i wręcz ste­ryl­nie czy­ste. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach dro­gich per­fum, któ­re ko­ja­rzy­ły mi się z czy­mś ob­cym, zim­nym. Na sto­li­ku obok łó­żka sta­ła szklan­ka wody i kil­ka ta­ble­tek. Czy to dla mnie? Czy ktoś pla­no­wał mnie le­czyć, czy może otruć?

Moje my­śli były cha­otycz­ne, pe­łne py­tań i stra­chu. Ze­bra­łam się w so­bie i spró­bo­wa­łam wstać. Sto­py ze­tknęły się z mi­ęk­kim dy­wa­nem, ale cia­ło prze­szył chłód. Do­pie­ro wte­dy za­uwa­ży­łam, że zo­sta­łam prze­bra­na. Za­miast mo­ich rze­czy mia­łam na so­bie zwy­kłe sza­re dre­sy oraz za dużą ko­szul­kę. Ktoś mu­siał to zro­bić, gdy by­łam nie­przy­tom­na. Ta myśl przy­pra­wi­ła mnie o mdło­ści.

Pod­cho­dząc do okna, wal­czy­łam z na­ra­sta­jącą pa­ni­ką. Wyj­rza­łam przez szy­bę i zo­ba­czy­łam ogrom­ny ogród, oto­czo­ny wy­so­kim mu­rem. Drze­wa były sta­ran­nie przy­ci­ęte, tak samo jak traw­nik. By­łam jak ptak za­mkni­ęty w zło­tej klat­ce. Drzwi do po­ko­ju na­gle otwo­rzy­ły się z ci­chym skrzyp­ni­ęciem. Od­wró­ci­łam się gwa­łtow­nie, zbyt szyb­ko, bo po­czu­łam, jak ból prze­szy­wa moje cia­ło. W pro­gu stał mężczy­zna, ten sam, któ­ry mnie po­bił i po­rwał. Wy­so­ki, ele­ganc­ko ubra­ny, z chłod­nym wy­ra­zem twa­rzy. Miał ciem­ne oczy, któ­re pa­trzy­ły na mnie z mie­szan­ką obo­jęt­no­ści i cze­goś, cze­go nie po­tra­fi­łam roz­gry­źć.

– Wi­dzę, że się obu­dzi­łaś – po­wie­dział spo­koj­nym, lecz gro­źnym gło­sem.

– Kim je­steś? Co tu ro­bię? – wy­rzu­ci­łam z sie­bie, choć mój głos brzmiał sła­bo i drżał.

– Wszyst­kie­go do­wiesz się w swo­im cza­sie – od­pa­rł, nie od­ry­wa­jąc ode mnie wzro­ku. – Na ra­zie ra­dzę ci od­po­cząć. Cze­ka cię dłu­ga dro­ga.

Dłu­ga dro­ga? Co on miał na my­śli?

Za­nim zdąży­łam za­dać wi­ęcej py­tań, za­mknął drzwi, zo­sta­wia­jąc mnie samą. My­śli ko­tło­wa­ły się w mo­jej gło­wie. Kim był? Cze­go ode mnie chciał? I co gor­sza, dla­cze­go czu­łam, że to do­pie­ro po­czątek?

Zo­sta­łam sama w tym dziw­nym, ele­ganc­kim po­ko­ju, któ­ry miał stać się moim wi­ęzie­niem.

Czu­łam, jak ser­ce bije mi w pier­si, jak­by pró­bo­wa­ło uciec przed tym, co mia­ło na­de­jść. Choć cia­ło było wy­czer­pa­ne, umy­sł wci­ąż nie po­zwa­lał mi od­po­cząć. My­śli o tym, co się wy­da­rzy­ło, nie chcia­ły opu­ścić mo­jej gło­wy. Po­ry­wacz, nowy wła­ści­ciel, nie­po­ko­jące sło­wa mężczy­zny…

O co w tym wszyst­kim cho­dzi­ło?

Po­sta­no­wi­łam, że nie mogę cze­kać. Mu­sia­łam do­wie­dzieć się, gdzie je­stem i co się ze mną sta­nie. Nie­za­le­żnie od tego, jak bar­dzo bo­la­ło, mu­sia­łam dzia­łać.

Ostro­żnie po­de­szłam do drzwi. Przez chwi­lę na­słu­chi­wa­łam, ale pa­no­wa­ła zu­pe­łna ci­sza. Nikt się nie zbli­żał, przy­naj­mniej nie w tej chwi­li. Z ser­cem w gar­dle zła­pa­łam klam­kę i po­ci­ągnęłam w dół. Drzwi otwo­rzy­ły się bez opo­ru. Czu­łam, jak ad­re­na­li­na wpom­po­wu­je się w moje żyły, a dło­nie za­czy­na­ją się po­cić. Sta­łam w wąskim ko­ry­ta­rzu z ja­sny­mi ścia­na­mi, wzdłuż któ­re­go ci­ągnął się rząd drzwi do in­nych po­miesz­czeń. Na jego ko­ńcu do­strze­głam scho­dy w dół. Nie mia­łam po­jęcia, do­kąd pro­wa­dzą, ale nie mia­łam cza­su, by się za­sta­na­wiać. Mu­sia­łam do­wie­dzieć się, co się dzie­je. Ci­sza była nie­mal na­ma­cal­na, a ja czu­łam, jak ka­żdy krok jest wy­ra­źny w tej pu­st­ce. Prze­mknęłam ko­ry­ta­rzem jak cień, a moje ser­ce biło w rytm kro­ków.

W ko­ńcu do­ta­rłam do drzwi, któ­re wy­gląda­ły na we­jście do ja­kie­goś po­miesz­cze­nia. Za­ry­zy­ko­wa­łam i otwo­rzy­łam je po­wo­li. Za nimi znaj­do­wał się sa­lon – prze­stron­ny, no­wo­cze­sny, ale rów­nież zim­ny i bez­oso­bo­wy. Me­ble były dro­gie, ale cała at­mos­fe­ra spra­wia­ła, że czu­łam się jak w pu­łap­ce. Nim zdąży­łam się jed­nak ro­zej­rzeć, usły­sza­łam za sobą kro­ki. Od­wró­ci­łam się w pa­ni­ce, ser­ce po­de­szło mi do gar­dła. Stał tam. W jego oczach po­ja­wił się cień roz­ba­wie­nia, ale wci­ąż wy­glądał gro­źnie.

– My­śla­łaś, że uciek­niesz? – za­py­tał zim­no. – Nie­ste­ty, to nie jest ta­kie pro­ste, mała.

– Kim je­steś? Co chcesz ze mną zro­bić? – za­py­ta­łam, choć wie­dzia­łam, że nie do­sta­nę od­po­wie­dzi, któ­rej ocze­ku­ję.

– Wszyst­ko w swo­im cza­sie – od­po­wie­dział, a jego ton nie po­zo­sta­wiał miej­sca na dal­sze roz­mo­wy. – Te­raz wróć do po­ko­ju. Nie chcę, byś mu­sia­ła po­czuć, czym ko­ńczą się ta­kie nie­po­słu­sze­ństwa. Chy­ba pa­mi­ętasz swo­je wczo­raj­sze spo­tka­nie z moim gnie­wem.

– Zro­bi­łeś mi krzyw­dę. Je­steś po­two­rem – od­pa­rłam ci­cho. Może nie po­win­nam, ale zro­bi­łam to. On jed­nak tyl­ko po­pa­trzył na mnie przez chwi­lę, a po­tem się za­śmiał.

– Uwierz mi... to, co ja ci zro­bi­łem, to nic w po­rów­na­niu do tego, co cię cze­ka.

Za­nim zdąży­łam od­po­wie­dzieć, pod­sze­dł do mnie, chwy­cił za nad­gar­stek i bru­tal­nie po­ci­ągnął w stro­nę drzwi. Z bó­lem wci­ągnęłam po­wie­trze, czu­jąc, jak jego uchwyt za­ci­ska się wo­kół mo­ich ko­ści. Nie mia­łam szan­sy na wal­kę. Wró­ci­łam do po­ko­ju, z tru­dem sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój, ale we­wnętrz­nie by­łam zdru­zgo­ta­na.

– Pro­szę, wy­pu­ść mnie. Ile chcesz? Moi ro­dzi­ce z pew­no­ścią za­pła­cą okup. Po­wiedz tyl­ko ile.

Nie po­wstrzy­my­wa­łam łez, da­jąc ca­łko­wi­ty upust emo­cjom.

– Przy­kro mi, tu nie cho­dzi o pie­ni­ądze. Ale tego nie­dłu­go się do­wiesz. My­ślę, że jesz­cze dziś go po­znasz. Uprze­dzam cię. – Mężczy­zna moc­no chwy­cił moje po­licz­ki i za­ci­snął na nich swo­ją dłoń. – Nie sprze­ci­wiaj się. Rób, co każe, a po­win­naś prze­żyć. – Po tych sło­wach pu­ścił mnie, a skó­ra wci­ąż pul­so­wa­ła bó­lem. – Te­raz masz czas dla sie­bie. Od­pocz­nij, zre­lak­suj się. Po­my­śl, że to ta­kie wa­ka­cje.

– Je­steś cho­ry! W tej chwi­li mnie wy­pu­ść. Nie masz pra­wa mnie tu­taj trzy­mać, a tym bar­dziej tak trak­to­wać!

Ze­bra­łam w so­bie wszyst­kie siły i ude­rzy­łam nie­zna­jo­me­go w twarz. Jego gło­wa na­wet nie drgnęła, je­dy­nie wzrok zro­bił się bar­dziej mrocz­ny. Po­pe­łni­łam wiel­ki błąd.

– Ty mała suko! Nie po­tra­fisz po do­bro­ci? Do­brze. Mam zgo­dę, żeby usta­wić cię do pio­nu, je­śli za­czniesz spra­wiać pro­ble­my.

Ba­łam się, tak bar­dzo się ba­łam. Nie­zna­jo­my zbli­żał się do mnie co­raz bar­dziej, a ja, co­fa­jąc się, by­łam co­raz bli­żej ścia­ny, przez co moja szan­sa na ja­kąkol­wiek uciecz­kę ma­la­ła. Mężczy­zna był za­le­d­wie nie­ca­ły metr ode mnie, wi­dzia­łam, jak jego żyła na szyi pul­su­je, a szczęka za­ci­ska się moc­niej. W tym mo­men­cie wie­dzia­łam, że to mój ko­niec.

Nie­ste­ty, nie my­li­łam się. Mi­nęła se­kun­da, a pierw­sze ude­rze­nie tra­fi­ło w mój po­li­czek. Za­raz po nim ko­lej­ne i ko­lej­ne. Nie by­łam w sta­nie zli­czyć, ile razy mnie spo­licz­ko­wał, za­wzi­ęcie trzy­ma­jąc mnie za ra­mię, abym nie opa­dła z sił. Bi­jąc mnie, z wy­ra­źną sa­tys­fak­cją pa­trzył mi pro­sto w oczy.

– Wi­dzę, że tyl­ko ta­kie czy­ny na cie­bie dzia­ła­ją. My­ślę, że jemu się to spodo­ba.

– Pro­szę… – Nie by­łam w sta­nie po­wie­dzieć nic wi­ęcej, ból mnie wręcz roz­ry­wał. Po­licz­ki pie­kły, do tego czu­łam sączącą się z nosa i war­gi krew. To jed­nak nie był ko­niec.

Gdy my­śla­łam, że już mi od­pu­ści, na­gle z ca­łej siły ude­rzył mnie z pi­ęści w brzuch. Czu­łam, jak­by moje wnętrz­no­ści pęka­ły. Z bólu aż zgi­ęłam się wpół, nie by­łam w sta­nie na­wet na­brać po­wie­trza. Ude­rze­nie było zbyt moc­ne. Sku­li­łam się, opie­ra­jąc dło­nie o podło­gę i pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad mdło­ścia­mi, któ­re wzbie­ra­ły we mnie z ka­żdą se­kun­dą.

On jed­nak nie za­mie­rzał prze­stać.

– My­ślisz, że ktoś cię ura­tu­je? – za­py­tał z kpi­ną, zni­ża­jąc się do mo­je­go po­zio­mu. Jego głos brzmiał jak echo w mo­jej gło­wie. – Je­steś tyl­ko za­baw­ką, Le­ilo. Two­je bła­ga­nie o wol­no­ść ni­ko­go nie in­te­re­su­je, zwłasz­cza jego.

Za­nim zdąży­łam za­re­ago­wać, zła­pał mnie za wło­sy i unió­sł gło­wę, zmu­sza­jąc mnie do spoj­rze­nia mu w oczy. Zo­ba­czy­łam w nich czy­stą, bez­względ­ną nie­na­wi­ść.

Na­stęp­ny cios spa­dł na moją twarz. Ude­rze­nie było tak moc­ne, że prze­wró­ci­łam się na bok. Z ust po­pły­nęła ko­lej­na stru­żka krwi, a świat wo­kół mnie za­czął wi­ro­wać. Nie wiem, jak dłu­go to trwa­ło. Ka­żdy ko­lej­ny cios, ka­żde szarp­ni­ęcie sta­wa­ły się jed­ną roz­ma­za­ną pla­mą bólu. W ko­ńcu prze­sta­łam wal­czyć. Moje cia­ło nie re­ago­wa­ło, a ja mo­głam tyl­ko pa­trzeć na swo­je dło­nie po­kry­te krwią. Czu­łam się jak szma­cia­na lal­ka, po­zba­wio­na ja­kiej­kol­wiek god­no­ści.

Boże, za ja­kie grze­chy mu­sia­łam tra­fić do ta­kie­go pie­kła? Jesz­cze wczo­raj rano śmia­łam się z mamą przy śnia­da­niu, a dzi­siaj prze­cho­dzi­łam praw­dzi­wy kosz­mar.

Kie­dy w ko­ńcu się od­su­nął, po­czu­łam chwi­lo­wą ulgę, ale to trwa­ło za­le­d­wie se­kun­dę. Zła­pał mnie pod ra­mio­na, unió­sł bez wy­si­łku i ru­szył w stro­nę scho­dów. Pró­bo­wa­łam się wy­rwać, ale moje ru­chy były bez­sil­ne, jak­by ener­gia ca­łko­wi­cie mnie opu­ści­ła.

– Masz te­raz tro­chę cza­su, żeby się za­sta­no­wić nad swo­im za­cho­wa­niem – wark­nął, gdy otwie­rał ci­ężkie, skrzy­pi­ące drzwi. Wte­dy zro­zu­mia­łam, do­kąd mnie pro­wa­dzi. To mu­sia­ła być piw­ni­ca.

– Nie… pro­szę… nie za­my­kaj mnie tu, nie zo­sta­wiaj… – bła­ga­łam, ale mój głos był le­d­wie sły­szal­nym szep­tem.

Zi­gno­ro­wał mnie, nie­mal rzu­ca­jąc na zim­ną, wil­got­ną podło­gę. Po­miesz­cze­nie było ciem­ne, je­dy­nym źró­dłem świa­tła była mała ża­rów­ka przy su­fi­cie, któ­ra mi­go­ta­ła, jak­by za­raz mia­ła zga­snąć. Usły­sza­łam trzask za­my­ka­nych drzwi i prze­kręca­ne­go klu­cza.

Zo­sta­łam sama.

Czu­łam, jak chłód be­to­nu prze­ni­ka moje cia­ło. Ka­żdy od­dech spra­wiał mi ból, ka­żdy naj­mniej­szy ruch przy­po­mi­nał o cio­sach, któ­re przed chwi­lą otrzy­ma­łam. Ale naj­bar­dziej bo­la­ło mnie coś in­ne­go – po­czu­cie kom­plet­nej bez­sil­no­ści. Przy­tu­li­łam ko­la­na do sie­bie, pró­bu­jąc się ogrzać, i wsłu­cha­łam się w ci­szę. Nie wie­dzia­łam, ile wy­trzy­mam w tej ciem­no­ści, ból roz­cho­dził się co­raz bar­dziej, a moim cia­łem wstrząsa­ły dresz­cze.

Łzy spły­wa­ły po mo­ich po­licz­kach, mie­sza­jąc się z krwią. To wszyst­ko było jak kosz­mar, z któ­re­go nie mo­głam się obu­dzić.Rozdział 2

Leila

Nie wiem, ile mi­nęło cza­su od wy­jścia nie­zna­jo­me­go mężczy­zny. Zo­sta­wił mnie jak śmie­cia na brud­nej podło­dze. By­łam cała mo­kra, a moja wła­sna krew za­schła na po­ra­nio­nej skó­rze, two­rząc szorst­ką sko­ru­pę. Czu­łam się okrop­nie. My­śla­mi ucie­ka­łam do wczo­raj­sze­go dnia… a może i przed­wczo­raj­sze­go? Sama już nie wie­dzia­łam. Mój umy­sł po­wo­li wa­rio­wał. Nikt do mnie nie zaj­rzał. Gar­dło pa­li­ło mnie z pra­gnie­nia, a żo­łądek ści­skał się bo­le­śnie. Nie wspom­nę już o je­dze­niu. Ból brzu­cha był nie do znie­sie­nia – nie tyl­ko z gło­du, ale i od po­bi­cia.

– Spo­koj­nie… na pew­no cię już szu­ka­ją.

Po­wta­rza­łam te sło­wa jak man­trę, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc w nie uwie­rzyć. Na pew­no mnie szu­ka­li. Moja mama… a zwłasz­cza brat. Mi­cha­el ni­g­dy by mnie nie zo­sta­wił. By­łam jego oczkiem w gło­wie. Mie­li­śmy tyle pla­nów, tyle rze­czy do zro­bie­nia. A wszyst­ko ru­nęło jak do­mek z kart. Przez ja­kie­goś cho­re­go mężczy­znę, któ­ry po­sta­no­wił mnie upro­wa­dzić.

Prze­ta­rłam obo­la­łą dło­nią mo­kre po­licz­ki. Po­przed­nie łzy za­schły, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie pie­kące śla­dy. Czu­łam ból w ka­żdym cen­ty­me­trze cia­ła – nie było miej­sca, któ­re by mnie nie bo­la­ło. Do tego było tu prze­ra­źli­wie zim­no. Gęsia skór­ka nie opusz­cza­ła mnie ani na chwi­lę.

Ostro­żnie, tak by spra­wić so­bie jak naj­mniej bólu, po­ło­ży­łam się na boku. Tyl­ko na chwi­lę. Za­mknęłam oczy, cho­ciaż na mo­ment chcia­łam od­po­cząć

Wte­dy przy­śnił mi się dom – cie­pły, bez­piecz­ny.

Mój uko­cha­ny brat. Mat­ka. Oj­czym.

I… mój oj­ciec.

_Uśmie­chał się do mnie. Był tak re­al­ny, że przez se­kun­dę nie wie­dzia­łam, co jest fik­cją, a co kosz­ma­rem._

_– Tato… je­steś tu ze mną? – wy­szep­ta­łam i zro­bi­łam krok w jego stro­nę._

_Oj­ciec po­słał mi swój cie­pły, szcze­ry uśmiech. Za­wsze taki był – pro­mien­ny, tro­skli­wy, pe­łen ener­gii. Ni­g­dy nie po­zwa­lał mi się smu­cić. Wy­my­ślał nie­zli­czo­ne spo­so­by, by mnie roz­ba­wić._

_– Moja pi­ęk­na có­recz­ko… – Jego głos był mi­ęk­ki, zna­jo­my. – Za­wsze je­stem z tobą. Na­wet je­śli mnie nie wi­dzisz, ja za­wsze tu je­stem._

_Po­ło­żył dłoń na mo­jej pier­si, do­kład­nie tam, gdzie biło moje ser­ce. Łzy za­częły pły­nąć po mo­ich po­licz­kach. Nie mo­głam ich po­wstrzy­mać._

_– Tęsk­nię za tobą, tato… – Głos mi się za­ła­mał. – Tak bar­dzo chcę już być z tobą._

_Ob­raz za­czął się za­ma­zy­wać._

_– Nie!_

_Zro­bi­łam ko­lej­ny krok, ale on za­czął się co­fać._ _Im bar­dziej pró­bo­wa­łam się zbli­żyć, tym szyb­ciej zni­kał._

_– Nie zo­sta­wiaj mnie!_

_– Le­ilo, sło­necz­ko… – Jego głos był co­raz cich­szy. – Nie mo­żesz do mnie do­łączyć. Jesz­cze nie te­raz._

_– Pro­szę… ja już nie daję rady…_

_Za­mknęłam oczy – na se­kun­dę, może dwie. I wte­dy wszyst­ko znik­nęło._

_Zo­sta­ła tyl­ko pust­ka._

Z krzy­kiem usia­dłam na ma­te­ra­cu.

Od­dy­cha­łam ci­ężko, czu­jąc, jak zim­ny pot spły­wa mi po ple­cach. To był tyl­ko sen. Szczęśli­wy, ale i za­ra­zem bo­le­sny. Ro­zej­rza­łam się po po­nu­rym po­miesz­cze­niu. Moje ubra­nia i skó­ra prze­si­ąkły stęchli­zną brud­ne­go ma­te­ra­ca.

Z tru­dem wsta­łam. Moje cia­ło było sztyw­ne, obo­la­łe, zmęczo­ne. Cho­dzi­łam od ścia­ny do ścia­ny. To da­wa­ło mi na­miast­kę uko­je­nia. Ból na­dal pul­so­wał pod skó­rą, ale pró­bo­wa­łam o nim nie my­śleć.

Na­gle w zam­ku za­zgrzy­tał klucz.

Za­ma­rłam. Ser­ce po­de­szło mi do gar­dła.

Zim­ny dreszcz prze­bie­gł wzdłuż mo­je­go kręgo­słu­pa, gdy me­ta­licz­ny dźwi­ęk roz­sze­dł się echem po po­miesz­cze­niu. Wstrzy­ma­łam od­dech. Nie wie­dzia­łam, cze­go się spo­dzie­wać. Czy to on? Wra­ca, żeby znów mnie zła­mać?

Drzwi otwo­rzy­ły się po­wo­li, a do środ­ka we­szła ko­bie­ta.

Była wy­so­ka i szczu­pła, ubra­na w ciem­ne je­an­sy i pro­stą ko­szul­kę. Nie wy­gląda­ła na ko­goś, kto mó­głby mnie skrzyw­dzić, ale to nic nie zna­czy­ło. W tym miej­scu nic nie było oczy­wi­ste.

Bez sło­wa rzu­ci­ła na ma­te­rac ster­tę ubrań, a po­tem po­sta­wi­ła przede mną wia­dro. Pa­trzy­łam na nią w mil­cze­niu. Nie wy­ra­ża­ła wspó­łczu­cia, nie pa­trzy­ła na mnie z li­to­ścią. Była obo­jęt­na. Jak­by ro­bi­ła to set­ki razy. Jak­bym była tyl­ko ko­lej­ną dziew­czy­ną, któ­rą ka­za­no jej „przy­go­to­wać”.

– Umyj się. – Jej głos był chłod­ny, po­zba­wio­ny emo­cji. Nie za­re­ago­wa­łam. – Rusz się, bo zro­bię to za cie­bie. Uwierz mi, to nie będzie przy­jem­ne.

Coś w jej to­nie spra­wi­ło, że przez chwi­lę nie by­łam pew­na, czy ble­fu­je.

Pa­trzy­łam na nią tępym wzro­kiem, pró­bu­jąc oce­nić sy­tu­ację. Czy była jego pion­kiem? Czy może tyl­ko ko­lej­ną ofia­rą, któ­ra na­uczy­ła się grać we­dług jego za­sad? Nie mo­głam ry­zy­ko­wać.

Ostro­żnie uklękłam przy wia­drze, czu­jąc, jak ka­żdy mi­ęsień w moim cie­le pro­te­stu­je. Moja skó­ra była lep­ka od potu, krwi i bru­du.

– No, roz­bie­raj się.

– Wyj­dź, pro­szę. Zro­bię, co mi ka­żesz, tyl­ko zo­staw mnie samą. – Po­sła­łam jej swój bła­gal­ny wzrok, wi­dzia­łam jed­nak, że to nie po­mo­że.

W od­po­wie­dzi usły­sza­łam tyl­ko jej obrzy­dli­wy śmiech.

– Słu­chaj, masz ro­bić, co ci każę. Chy­ba nie chcesz mnie zde­ner­wo­wać?

W tym mo­men­cie zza ple­ców wy­jęła bicz. Je­ba­ny skó­rza­ny bicz, któ­re­go wcze­śniej nie za­uwa­ży­łam. To był mo­ment, w któ­rym po­czu­łam, że nie będzie mi tu ła­two prze­trwać.

– Roz­bie­raj się, chy­ba że chcesz po­czuć go na ple­cach? – rzu­ci­ła ści­szo­nym gło­sem.

Zde­cy­do­wa­łam się już nic nie od­po­wia­dać. Drżący­mi dło­ńmi zdjęłam ko­szul­kę, pod któ­rą mia­łam je­dy­nie sta­nik. Jak tyl­ko gór­na część gar­de­ro­by zna­la­zła się na zie­mi, za­bra­łam się za roz­pi­na­nie spodni. Ca­łkiem naga sta­nęłam przed tą cho­rą ko­bie­tą z chy­trym uśmie­chem i dziw­nym, pod­eks­cy­to­wa­nym spoj­rze­niem.

– No pro­szę… – mruk­nęła, prze­chy­la­jąc gło­wę. – Wi­dzę, że nasz wspól­ny zna­jo­my pi­ęk­nie za­jął się two­im cia­łem.

Za­drża­łam, nie mo­gąc po­jąć, jak może ją cie­szyć wi­dok mo­je­go cia­ła, któ­re zdo­bią okrop­ne, fio­le­to­wo-żó­łte pla­my. Na że­brach, na bio­drach, na ra­mio­nach. Wszędzie.

– Do­bra, a te­raz ści­ągaj bie­li­znę.

Spoj­rza­łam na nią z prze­ra­że­niem. Nie za­mie­rza­łam się przy niej aż tak ob­na­żać, tym bar­dziej że oka­za­ła się tak samo pier­dol­ni­ęta jak mój wcze­śniej­szy opraw­ca.

– Nie – od­pa­rłam i cof­nęłam się mi­ni­mal­nie.

Nie chcia­łam stać tak bli­sko niej, zwłasz­cza że jej oczy uka­zy­wa­ły dziw­ną żądzę.

– Nie? Je­steś pew­na słów, któ­re wła­śnie do mnie wy­po­wie­dzia­łaś?

Szła w moim kie­run­ku, ob­ra­ca­jąc w dło­ni skó­rza­ny bicz. By­łam pew­na, że jak tyl­ko bar­dziej ją zde­ner­wu­ję, nie po­wstrzy­ma się przed uży­ciem go na mnie.

– Klękaj i się umyj. Nie in­te­re­su­je mnie, cze­go chcesz, a cze­go nie.

Po­czu­łam moc­ne ude­rze­nie w po­ślad­ki. Nie by­łam w sta­nie utrzy­mać się na no­gach, więc mi­mo­wol­nie zro­bi­łam to, co mi ka­za­ła.

– Grzecz­na dziew­czyn­ka. Masz chwi­lę. I uwierz, nie chcesz mnie znów zde­ner­wo­wać.

Za­ci­snęłam zęby, po czym za­nu­rzy­łam dło­nie w lo­do­wa­tej wo­dzie. Szok prze­szył moje cia­ło, aż wstrzy­ma­łam od­dech. Zim­no było nie­mal bo­le­sne, ale za­ci­snęłam zęby i za­częłam ob­my­wać ręce, po­tem twarz i szy­ję. Nie pa­trzy­łam na ko­bie­tę, ale czu­łam jej wzrok na so­bie. Jak­by po­dzi­wia­ła ka­żdy skra­wek mo­je­go cia­ła.

– Nie spiesz się, ale też nie każ mi cze­kać za dłu­go.

Drżący­mi ręka­mi za­częłam spłu­ki­wać z sie­bie brud oraz za­schni­ętą krew, w my­ślach mo­dląc się, by to nie był po­czątek cze­goś jesz­cze gor­sze­go. Wi­dzia­łam, jak na mnie pa­trzy, to był wzrok pe­łen po­żąda­nia. Sta­ra­jąc się o tym nie my­śleć, roz­pi­ęłam sta­nik, uwal­nia­jąc tym sa­mym swój po­ka­źnych roz­mia­rów biust. Nie chcia­łam tego przedłu­żać, szyb­ki­mi ru­cha­mi ob­my­łam za­schni­ętą na pier­siach krew, a na­stęp­nie si­ęgnęłam po ręcz­nik, by się wy­trzeć.

– Mu­szę przy­znać, masz czym od­dy­chać. Spodo­ba mu się to, co so­bie upa­trzył.

Zi­gno­ro­wa­łam ją. Wsta­łam, do­kład­nie za­kry­wa­jąc się ręcz­ni­kiem. Do­pie­ro w tym mo­men­cie po­zby­łam się maj­tek. Po­zwo­li­łam so­bie na szyb­kie ob­my­cie miejsc in­tym­nych. Te­raz mo­głam po­wie­dzieć, że czu­ję się czy­sta. To jed­nak nie mo­gło się rów­nać z kąpie­lą we wła­snym domu.

– Bo­isz się? – za­py­ta­ła. – Cho­ciaż nie mu­sisz od­po­wia­dać, wi­dzę to. Od kie­dy tu je­stem, drżysz. I po­wiem ci, Le­ilo, że bar­dzo mi się to po­do­ba. Dzia­łasz na mnie w spo­sób po­bu­dza­jący i wiesz co? Zmie­rzam to wy­ko­rzy­stać.

– Co masz na my­śli? – za­py­ta­łam z nie­po­ko­jem.

Nie do­cze­ka­łam się od­po­wie­dzi.

Zro­bi­ła krok do przo­du. Po­czu­łam jej obec­no­ść tuż obok sie­bie, cie­pło cia­ła kon­tra­stu­jące z chło­dem po­wie­trza na mo­jej na­giej skó­rze. Opusz­ka­mi pal­ców prze­su­nęła po moim ra­mie­niu, mu­ska­jąc si­nia­ka.

– Trze­ba się tego po­zbyć.

Nie zdąży­łam za­re­ago­wać, a ręcz­nik, któ­ry chro­nił moje cia­ło, zna­la­zł się na brud­nej zie­mi. Sta­łam te­raz przed nią kom­plet­nie naga, ze sztyw­ny­mi sut­ka­mi i gęsią skór­ką.

Nie od­po­wie­dzia­łam. Czu­łam, jak moje gar­dło się za­ci­ska, a od­dech sta­je się płyt­szy. Na­gle ści­snęła mnie za bio­dro, moc­niej niż po­win­na, wci­ska­jąc pal­ce w bo­lące miej­sce. Syk­nęłam ci­cho, ale to tyl­ko zwi­ęk­szy­ło jej sa­tys­fak­cję.

– Po­do­ba mi się to, jaka je­steś kru­cha. Jak por­ce­la­na, któ­rą mo­żna ła­two stłuc. Jemu rów­nież się to spodo­ba, je­stem tego pew­na. Tyl­ko może naj­pierw będziesz przez ja­kiś czas moja.

Jemu? Czy­li ona zna po­two­ra, któ­ry po­sta­no­wił mnie po­rwać.

Za­ci­snęłam dło­nie w pi­ęści, wal­cząc ze sobą, żeby nie po­ka­zać wi­ęcej sła­bo­ści. Wie­dzia­łam, że je­śli dam jej tę sa­tys­fak­cję, pój­dzie o krok da­lej. Mu­sia­łam za­cho­wać spo­kój. Mu­sia­łam zna­le­źć spo­sób, by się stąd wy­do­stać. Ale jak mia­łam to zro­bić, sko­ro nie zna­łam tego miej­sca i na­wet nie wie­dzia­łam, gdzie je­stem?

Mój od­dech był płyt­ki, kon­tro­lo­wa­ny. Mu­sia­łam po­zo­stać nie­ru­cho­ma, choć skó­ra pło­nęła mi pod nie­chcia­nym do­ty­kiem. Jej pal­ce su­nęły le­ni­wie po moim bio­drze. Była jak dra­pie­żnik ba­wi­ący się swo­ją ofia­rą przed osta­tecz­nym cio­sem. Czu­łam mdły za­pach jej per­fum, in­ten­syw­ny, przy­tła­cza­jący.

– Tyle si­nia­ków… – mruk­nęła, mu­ska­jąc je­den. – Z wiel­ką przy­jem­no­ścią je wszyst­kie obej­rzę.

Ba­wi­ła się mną, te­sto­wa­ła moje re­ak­cje. Ka­żdy mi­ęsień w moim cie­le na­pi­nał się jak ci­ęci­wa łuku, ale nie mo­głam się od­su­nąć. Wie­dzia­łam, że to tyl­ko po­gor­szy­ło­by spra­wę.

Jej pal­ce prze­su­nęły się wzdłuż mo­je­go przed­ra­mie­nia, a po­tem na­gle za­trzy­ma­ły się na nad­garst­ku. Ści­snęła go moc­niej, kciu­kiem na­ci­ska­jąc na pul­su­jącą żyłę.

– Czu­jesz to? – wy­szep­ta­ła. – Two­je ser­ce bije tak szyb­ko…

Mia­ła ra­cję. Czu­łam jego nie­rów­ny rytm w ca­łym cie­le. Nie mo­głam tego kon­tro­lo­wać.

Nie od­po­wie­dzia­łam. W mo­jej gło­wie kłębi­ły się my­śli: jak się stąd wy­do­stać? Jak spra­wić, by stra­ci­ła za­in­te­re­so­wa­nie?

Uśmiech ko­bie­ty się po­sze­rzył.

– Na­dal my­ślisz, że masz ja­kąkol­wiek kon­tro­lę, praw­da?

– Oczy­wi­ście, że mam. Ka­żdy czło­wiek ma nad sobą kon­tro­lę. Ja też – od­pa­rłam but­nie.

– Nie roz­śmie­szaj mnie. Gdy­by fak­tycz­nie tak było, nie po­zwo­li­ła­byś mi na to, co wła­śnie ro­bię i mam w pla­nach zro­bić. Je­steś ni­kim.

Za­bo­la­ły mnie jej sło­wa, wie­dzia­łam jed­nak, że ma ra­cję. By­łam w tym mo­men­cie ni­kim, nic nie­war­tym czło­wie­kiem, za­mkni­ętym gdzieś z dala od domu.

– Idź na łó­żko i nie waż się sta­wiać. Chy­ba że po­now­nie chcesz po­czuć moją ulu­bio­ną za­ba­wecz­kę, ale na in­nych częściach swo­je­go cia­ła.

Spoj­rza­łam na nią i wie­dzia­łam, że nie ble­fu­je. Prze­ko­na­łam się już, że jest do tego zdol­na.

– No da­lej! Nie masz da­le­ko, słon­ko. Sia­daj, oprzyj się ple­ca­mi o ścia­nę i roz­łóż dla mnie uda.

„Ni­g­dy” – to była pierw­sza myśl, któ­ra po­ja­wi­ła się w mo­jej gło­wie.

Za­częłam się prze­miesz­czać, ale nie w kie­run­ku miej­sca, ja­kie mi wy­zna­czy­ła. Do­my­śla­łam się, co za­mie­rza, a ja nie mo­głam na to po­zwo­lić.

– Oj, no i dla­cze­go mnie nie słu­chasz?! Te­raz mu­szę cię uka­rać.

Pierw­sze ude­rze­nie po­czu­łam na udach – ból był okrop­ny, ale był ni­czym w po­rów­na­niu do tego, co po­czu­łam po­tem. Z im­pe­tem ude­rzy­ła mnie w ple­cy, mój krzyk było za­pew­ne sły­chać na­wet na gó­rze. Nie by­łam w sta­nie tego wy­trzy­mać. Pa­dłam na ko­la­na, a ona nie prze­sta­wa­ła. Biła mnie na­dal. Sku­li­łam się, cho­wa­jąc gło­wę.

– Ty suko! Pro­si­łam cię tyl­ko o jed­no, a ty po­sta­no­wi­łaś po­ka­zać, jaka je­steś sil­na. Pro­szę bar­dzo, masz za swo­je.

Na­gle prze­sta­ła i już mia­łam na­dzie­ję, że to ko­niec. Nie­ste­ty, my­li­łam się. Moja opraw­czy­ni po­sta­no­wi­ła wy­lać na mnie wia­dro zim­nej wody. Po­czu­łam się jesz­cze go­rzej niż wcze­śniej. Woda była lo­do­wa­ta i szczy­pa­ła mnie po ra­nach.

Cia­ło za­la­ła fala bólu, a jed­no­cze­śnie ser­ce biło w sza­le­ńczym ryt­mie, pra­wie du­sząc mnie w klat­ce pier­sio­wej. Pró­bo­wa­łam wstać, ale ka­żda pró­ba ko­ńczy­ła się nie­po­wo­dze­niem. Zer­k­nęłam w stro­nę ko­bie­ty, któ­ra nade mną sta­ła. Była za­do­wo­lo­na, pa­trzy­ła na mnie bez­li­to­snym wzro­kiem.

Czu­łam, jak po­wo­li słab­nę, jed­nak coś w środ­ku nie po­zwa­la­ło mi się pod­dać. Mimo bólu, mimo po­twor­ne­go zmęcze­nia, mimo tego, że by­łam bli­ska utra­ty przy­tom­no­ści, coś trzy­ma­ło mnie przy ży­ciu. Coś, co mó­wi­ło mi, że nie mogę dać jej tej sa­tys­fak­cji.

Gdy już my­śla­łam, że nie wy­trzy­mam, usły­sza­łam od­głos kro­ków. Były zde­cy­do­wa­ne, szyb­kie. Ktoś się zbli­żał. Ko­bie­ta za­ma­rła na chwi­lę, jej spoj­rze­nie mnie prze­szy­ło, jak­by wie­dzia­ła, że to ko­niec jej do­mi­na­cji.

Za­nim zdąży­ła się od­wró­cić, drzwi do po­miesz­cze­nia się otwo­rzy­ły.

W pro­gu stał mężczy­zna. Był wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny, o zde­cy­do­wa­nych ry­sach twa­rzy, z ocza­mi, któ­re pa­trzy­ły na nas obie bez wa­ha­nia. Nie wie­dzia­łam, kto to, ale w tej chwi­li to on był moją na­dzie­ją.

Pod­sze­dł do mnie, a ja czu­łam, jak moje cia­ło od­ma­wia wspó­łpra­cy. Pró­bo­wa­łam od nie­go uciec, lecz nie da­wa­łam rady. Mężczy­zna bez sło­wa się po­chy­lił, po czym wzi­ął mnie w ra­mio­na. Jego do­tyk – w prze­ci­wie­ństwie do zim­nej bru­tal­no­ści, któ­rej przed chwi­lą do­świad­czy­łam – był cie­pły i spo­koj­ny.

– Ci­cho – po­wie­dział, gło­sem pe­łnym opa­no­wa­nia, a po­tem de­li­kat­nie mnie pod­nió­sł, trzy­ma­jąc bli­sko sie­bie. – Już po wszyst­kim.

Chcia­łam za­dać py­ta­nie, ale moje gar­dło było zbyt su­che, a siły opu­ści­ły mnie ca­łko­wi­cie. Je­dy­ną rze­czą, któ­rą czu­łam, była na­dzie­ja na to, że może – tyl­ko może – po raz pierw­szy od dłu­gie­go cza­su mia­łam szan­sę na to, by zna­le­źć spo­kój. Jesz­cze za­nim stra­ci­łam przy­tom­no­ść, po­czu­łam, jak przy­kry­wa moje na­gie cia­ło ręcz­ni­kiem. Tuż po tym od­pły­nęłam w ni­co­ść.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij