Facebook - konwersja
Brud`n`opis - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Brud`n`opis - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-7942-457-3
Język:
Polski
Data wydania:
1 października 2014
Rozmiar pliku:
1,2 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
33,00
Cena w punktach Virtualo:
3300 pkt.

Brud`n`opis - opis ebooka

Tomasz, dręczony nerwicą natręctw nauczyciel języka angielskiego z Kalisza, zostaje wytypowany przez kuratorium do wzięcia udziału w programie edukacyjnym EDEN. Razem z innymi nauczycielami borykającymi się z problemami psychicznymi przyjeżdża na szkolenie do Smoczego Zamku w Pępku nieopodal Kalisza i tam postanawia odkryć, kto stoi za EDEN-em i jakie są jego cele. Prywatne śledztwo prowadzi go do zaskakujących odkryć i podjęcia brzemiennych w skutkach decyzji…
Para płatnych morderców, Cow i Chicken, przyjeżdża do Polski na zlecenie tajemniczej i bogatej firmy Dreamcatcher. Swoją misję mają wykonać pod przebraniem nauczycieli uczących w Gimnazjum Eksperymentalnym EDEN-u w Pępku. Ich misja jednak zmienia się w zaskakujący sposób po odkryciu zagrażającego światu spisku Redguyów i po spotkaniu Tomasza z Cowem…

Nauczyciele w polskim systemie oświaty pełnią tę samą rolę, co dialogi w filmie porno. Czyli drugorzędną. A oni bezwstydnie pchają się do przodu! A nawet do końca!! I to do końca świata! Bezczelni!
Jadwiga Nazgul, specjalista od wszechwiedzenia przy Kuratorium Oświaty w Poznaniu

Okazuje się, że Bóg istnieje! To skandal!!
Biskup Burzum

System oświaty w dobre ręce oddam. System jest posłuszny, załatwia się na dworze, daje głos na życzenie, uciesznie merda ogonkiem i umie ładnie prosić.
Nowy Rząd RP

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Jestem potworem i żyję dłużej niż którykolwiek z potworów na tym świecie.

Ja, potwór, będę mówił o prawdzie. Ponieważ prawda także jawi się jako potwór – zbyt fantastyczna i straszna, żeby zaakceptować jej istnienie.

Ja całe to moje długie życie poświęciłem poszukiwaniu światła. Szukam go nadal. Staram się chwycić szponami jego płochliwie ulotne cząsteczki. Przeważnie – czyniąc to – okazuję się głupcem. Ale to dobrze…

Nauczyłem się, że istnieją dwa świetlne odcienie: światło czarne i światło niewidzialne, które pochodzi spoza nas. Przychodzi tak jasne, tak nieludzkie, że sami sobie wydajemy się ciemnością.

W moim domu, tuż nad frontowymi drzwiami, stary szklarski mistrz wykonał wysoki witraż przedstawiający postać przypominającą człowieka. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Nie wierzmy wzrokowi, bo ten akurat ze wszystkich naszych zmysłów oszukuje nas najbardziej. Gdy przychodzi światło, rozpala witraż tysiącem barw i zamienia wnętrze mojego domu w tęczę. Wtedy rozświetlone stworzenie na witrażu wydaje się zyskiwać twarz drugą. Potworną. Gadzio-kogucią. O wszystkim decyduje tu światło: to, o jakiej porze i pod jakim kątem pada na mój witraż.

Witraże są piękne, ale tylko jeśli pozwolić światłu – jedynie światłu – rządzić ich wnętrzem. Jeżeli jednak człowiek zapragnąłby zapanować nad ich krystaliczną i kruchą materią, jeżeli zechciałby miesić ją palcami i ugniatać jak glinę, cóż wtedy? Szkło pękłoby, porżnęłoby poszarpanymi krawędziami palce takiego uzurpatora. Jego krew poplamiłaby czerwienią zniszczony witraż. I wpatrując się w tę plamiącą czerwień, któż, polegając jedynie na wzroku, mógłby osądzić, że jest to z pewnością krew ludzka, a nie – dajmy na to – świńska jucha.

***

Światła przychodzą do nas z ziemi i z nieba.Piękna

Cherubinek, człowiek Mecenasa, masował wciąż spuchniętą i obolałą od ciosu Julii twarz. Starł dłonią pot z zaczerwienionego od gorąca karku. Słońce paliło od rana, a liście na krzakach i drzewach miały wciąż kolor głębokiej zieleni. Jesień, jak każda zjawiskowa dama, kazała na siebie czekać. Oj, kobiety, kobiety. Gangster rozparł się w metalowym krzesełku, ciesząc się cieniem, który dawał parasol w ogródku piwnym na Rynku Głównym w Kaliszu. Niebo nabrało koloru wody w toalecie pomieszanej z niebieskim czyszcząco-myjącym płynem do spłuczek. Dookoła stały kilkupiętrowe klasycystyczne kamieniczki i cieszyły oczy tęczą barw. Co prawda, tęcza ta była cokolwiek wyblakła i szara niczym reklamy wizualne z czasów PRL-u, a tu i ówdzie od ścian odłaził tynk, ale i tak było przyjemnie. Bruk pstrzył się w słońcu, a kwiaty z trawnika przed ratuszem pieściły oczy feerią barw i zatapiały zmysł powonienia przypływem słodkich zapachów. Na ławeczkach, klombach i chodnikach wokół placu ratuszowego można było dostrzec wesołe ptaszki uwijające się raźno przy okruszkach pieczywa, a także odwiecznych i najwierniejszych towarzyszy ptaszków, czyli miejskich żuli. Wszystko to wlewało się do serc ludzkich kolorowym pachnącym wodospadem, wzbudzając uczucia jak najbardziej pozytywne. Cherubinek jednakowoż nie odczuwał beztroskiej radości. On czekał na klucz. Ilekroć dostawał to zadanie, doświadczał drażniącego niepokoju. W kluczu było coś dziwnego, co wzbudzało w Cherubinku uczucia, których nie potrafił nazwać. Kiedykolwiek szef chciał otworzyć jakieś drzwi, a nie mógł tego zrobić dostępnymi mu środkami, uciekał się do klucza. Klucza generalnego – master key – otwierającego wszystkie zamki, szczególnie te magiczne. I to na ten klucz Cherubinek oczekiwał już od pół godziny. Wreszcie go zobaczył. I to wyraźnie, albowiem klucz miał na sobie czerwoną sukienkę i wdzięcznie kroczył po kaliskim bruku, elegancko stukając obcasami. Kluczem była piękna kobieta.

Piękna szła, karmazynowa na tle miejskich brązów, szarości i zieleni. Miodowo-złote włosy połyskiwały w słońcu wokół jej delikatnej i szlachetnie trójkątnej twarzy. Piękna była niezwykle, wręcz bajkowo smukła, a jej ruchy były perfekcyjnym odzwierciedleniem kobiecości. Była nimfą. Uśmiechały się do niej i kłaniały przed nią drzewa i krzaki. Bielizna z wystaw sklepowych chciała być jej, sukienki, spódniczki i obcisłe bluzeczki wyciągały ku niej z tęsknotą rękawki i ramiączka. Latarnie miejskie zamarły w zachwycie. Ludzie milkli w pół słowa, kwiaty rozkwitały, słońce pokryło się rumieńcem wstydu, gdyż okazywało się brzydkie w porównaniu z piękną. A piękna szła…

Cherubinek powitał ją bez słowa i eskortował do Biura Nadzoru Przedsięwzięć Archeologicznych, mieszczącego się w kamieniczce tuż przy ratuszu. Piękna weszła do środka.

Każdy interesant udający się do owego biura już na samym początku swej przygody z polską administracją musiał dokonać strategicznego wyboru: zapukać do drzwi po prawej czy po lewej stronie. Jeżeli wybór padł na drzwi po lewej, petent stawał przed panią Ludwiką. Pani Ludwika była ułożoną i niezwykle elegancką, wręcz dystyngowaną damą. Uważała, że jako kobieta po trzydziestce powinna szczególnie dbać o aparycję. A że po trzydziestce była już dobre piętnaście lat, tym bardziej musiała się starać. Pani Ludwika, choć była niezwykle pryncypialna, na ogół starała się być miła i wyrozumiała wobec interesantów. Niestety, ta ciepła i sympatyczna osóbka skrywała pewien straszliwy sekret. Podobnie jak wilkołak, raz w miesiącu pani Ludwika doświadczała kilkudniowej straszliwej metamorfozy. Przeistaczała się w potwora, a czas takowej zmiany znany jest pod nazwą monstruacja. I cóż pani Lusia mogła na to poradzić? Monstrum, którym się stawała, właśnie wyrzuciło za drzwi człowieka, którego sprawa innego dnia załatwiona byłaby od ręki. Gdy pani Ludwika dyszała z wywalonym jęzorem, liżąc swoje ostre kły i ostrząc szpony, rozległo się delikatne pukanie do drzwi.

– Wejść! – warknęła, przy czym kropla jadu z jej kłów spadła na podłogę i przepalając parkiet, fundamenty budynku, a następnie skorupę i płaszcz naszej planety, dotarła do jądra zewnętrznego, wzburzyła magmę i wywołała wybuch kilku wulkanów na półkuli południowej.

– Dzień dobry. – Do pokoju weszła złotowłosa dziewczyna w czerwonej obcisłej sukience. – Oj, przepraszam najmocniej. Pomyliłam drzwi.

Piękna instynktownie wyczuła, że za drzwiami po lewej nie ma czego szukać. Nie, nie. Z tych gruszek nie będzie kompotu.

Za drzwiami po prawej stronie rezydował pan Józef, miły i przyzwoity starszy dżentelmen. Pan Józef był urzędnikiem, choć dokładniejszym jego określeniem był termin „komisja”. Komisja ta miała czterech członków – w jej skład wchodził naturalnie pan Józef (choć członkiem najważniejszym nie był), a także dwa jego jądra oraz członek (piastujący funkcję przewodniczącego). I to właśnie ta komisja kolektywnie podejmowała najważniejsze decyzje w życiu tak osobistym, jak i zawodowym pana Józefa. Przy czym członek i jądra zawsze miały większość głosów, a pan Józef, będąc entuzjastą demokracji, podporządkowywał się woli większości. Nic więcej i tak nie mógł, nieboga, zrobić.

Nagle drzwi skrzypnęły. Pan Józef wychylił się zza monitora, a jego oczom ukazała się smukła postać w czerwieni.

– Panie Józefie, potrzebuję pana pomocy. – Piękna spoglądała na Józefa smutnymi, a jednocześnie pełnymi nadziei oczyma, które pod długimi rzęsami pokryły się kryształową wilgocią. – Czy pomoże pan kobiecie w opresji?

Pan Józef już miał nieśmiało powitać nieznajomą, ale główny członek jego komisji był szybszy. Członek zerwał się z miejsca i skoczył ku udręczonej niewieście.

– Oczywiście! Z dziką rozkoszą, ale niechże panienka nie płacze. Wszystko będzie dobrze – mówił członek, obskakując uroczą interesantkę i prowadząc ją delikatnie ku czarnemu fotelowi obciągniętemu sztuczną skórą. Należy tu zaznaczyć, że członek posługiwał się, rzecz jasna, ustami pana Józefa (przecież przyjaciele użyczają sobie różnych drobiazgów), albowiem członek nie posiadał własnych ust, przynajmniej nie takich, które pozwalałyby na zrozumiałą artykulację.

– Dziękuję panu! Jest pan bohaterem! – Piękna usiadła wdzięcznie w fotelu. – Chciałabym się przed panem otworzyć.

Członek uśmiechnął się szeroko, ukazując pożółkłe zęby pana Józefa.

– Proszę mi mówić Józek albo nawet Dżoł – szepnął członek, a pan Józef chciał zaoponować przeciwko takiej zażyłości, ale oba jądra uszczypnęły go w prostatę. Biedak pisnął nieśmiało i mógł już tylko siedzieć cichutko jak myszka i oczekiwać na rozwój wypadków. – Może coś do picia?

– Dziękuję, ale nie chcę pana wykorzystywać.

– Nie mam nic przeciwko temu – gorliwie zapewnił członek.

Piękna ujęła dłoń członka pana Józefa, czyli – notabene – pana Józefa dłoń fizyczną.

– Krótko mówiąc… Nie mam wyboru… Zapytać pana o… Potrzebuję pomocy… Och, przepraszam, wszystko pokręciłam. Ułożyłam sobie w głowie to, co chciałam powiedzieć, ale przy silnych mężczyznach tracę jasność umysłu. Proszę mi wybaczyć.

Członek-Józef przysunął się bliżej.

– Bo widzi pan – śpiewnie zawodziła Piękna – moi dwaj bracia potrzebują podjąć pracę jako nauczyciele w eksperymentalnej placówce edukacyjnej w Pępku. Mają oczywiście skompletowane dokumenty oraz wszelkie uprawnienia, ale… Potrzebują podjąć pracę właśnie tam. Tam, gdzie znajdują się stanowiska archeologiczne. Obaj piszą doktoraty i praca w pobliżu szybu odkrytego w Pępku pomogłaby… Jest tak naprawdę koniecznym warunkiem… A ja tak chciałam zrobić im niespodziankę…Wiem, że dla pana nie ma nic niemożliwego. Czy mogę liczyć…?

– Ależ oczywiście, że nie! – krzyczał pan Józef. – To niemożliwe. To karygodne! To nieetyczne! Praca w Pępku została zlecona przez rząd. Przydzielono tam tylko nielicznych, i to najwybitniejszych naukowców ze względu na wagę znalezisk, a ja – skromny, acz lojalny koordynator prac archeologicznych – nie mam najmniejszego zamiaru sprzeniewierzyć się w tak haniebny sposób elementarnym zasadom etyki!!

Pan Józef krzyczał, ale nikt go nie słyszał. Ani jeden z jego szlachetnych protestów nie wydostał się z gardła, albowiem dwa jądra, rechocząc szyderczo, zagłuszały jego wołanie, a członek zapewniał głośno Piękną przez usta pana Józefa, że oczywiście, że wszyściutko da się zrobić, żeby się nie martwiła, że tatuś się wszystkim zajmie, żeby się przytuliła…

Twarz Pięknej nabrała lamparciego wyrazu.

***

– Panowie wybaczą, ale z oczywistych względów nie wyjawię imienia i nazwiska pani psycholog – powiedział Mecenas, przedstawiając Piękną zebranym wokół dębowego stołu gościom.

– Jesteśmy oczarowani – mruknął Too-Sexy, garbaty karzeł.

– Podsumowując, mamy już pozwolenie na dołączenie do zespołu archeologów. Otrzymaliśmy też potrzebne dokumenty z kuratorium. – Tu Mecenas zwrócił się do Kała i Czikena. – Za dwa dni jedziecie do Pępka jako nauczyciele. Gratuluję. Potrzeba nam jeszcze misji z kurii dla katechety. No i musimy zdobyć kuratora.

– Misja z kurii będzie załatwiona dziś wieczorem – odezwała się Piękna. – Ale z kuratorem nie dam rady. To impotent.

– Musimy zatem coś przedsięwziąć. – Mecenas uruchomił przeglądarkę internetową i wpisał hasło. – To będzie zatem nasz następny cel.

Po kilku sekundach na ekranie pojawiło się zdjęcie kuratora.

– To jakieś jajca?! – krzyknął Mecenas.

Na zdjęciu z podpisem „Wielkopolski Kurator Oświaty” widniał bowiem Cherubinek, „żołnierz” Mecenasa. Cherubinek podawał dyplomy uczniom zgromadzonym w jakiejś auli. Jego buldogowato-świńska twarz uśmiechała się głupio.

– Cherubinek!! – zaryczał Mecenas. – Dawaj tu!

Cherubinek wpadł do pokoju z pętkiem nadgryzionej kiełbasy w ręku.

– Co to jest, kurwa? – ryknął Mecenas, wskazując na monitor.

– Zdjęcie – odparł Cherubinek. – Zdjęcie mojego brata bliźniaka, chuja jebanego.

– Ale ty, Cherubinek, zawsze mówiłeś, że twój brat jest pedofilem – zabuczał basem Romeo.

– No bo jest! – Cherubinek przegryzł kiełbasą.

– Pedofilem? Cherubinek, a nie czasem pe-da-go-giem? – syknął pytająco Too-Sexy.

– A to nie to samo? – zdziwił się Cherubinek.

– Nie, nie to samo. Zdecydowanie nie to samo, panie kuratorze. – Piękna wstała i pieszcząc powietrze swoimi kształtami, zbliżyła się do Cherubinka i pogładziła go po policzku.

Cherubinek rozejrzał się po twarzach zgromadzonych. Spocił się przy tym i zaczął się drapać po całym ciele. Zawsze tak reagował, kiedy nie wiedział, co się dzieje.

– Julia! Romeo! Jedziecie do Poznania – zakomenderował Mecenas. – Natychmiast. Panowie Kał i Cziken – już jutro czeka panów podróż do Pępka. Wprawiamy w ruch wszystkie tryby.Pępek pod Kaliszem

Przed budynkiem Urzędu Gminy w Pępku pod Kaliszem rosły krzaki dzikiej róży. Bladoróżowe płatki, liście oraz delikatne nitki pajęczyny utkane między gałązkami krzewów ozdobione były kroplami porannej rosy, która nie zdążyła jeszcze obeschnąć. W ciszę poranka niczym klin wdarło się brutalnie głośne trzaśnięcie drzwi. Pajęczyna zadrżała. Kilka kropel spadło na trawę, a z budynku gminy wyszedł spasiony mężczyzna z brzuchem potężnym jak balon służący do pędzenia wina. Mężczyzna miał na sobie maskujący ubiór myśliwski. Pogładził ogorzałą twarz ozdobioną wąsami à la Motorhead, wydął dolną wargę tak mocno, że przelatujący tamtędy ptaszek mógłby mu na nią śmiało narobić. Motorhead omiótł pogardliwym wzrokiem okolicę i kiwając głową lekko na boki, zszedł wolno schodkami na niedawno położony chodnik, a następnie wszedł na trawnik. Tam stanął z szeroko rozstawionymi nogami, uniósł dumnie brodę, sięgnął pod brzuszysko i rozpiął rozporek. Następnie oddał mocz na wypielęgnowaną trawę niczym buhaj znaczący swój teren, co było zresztą prawdą. Był to bowiem wójt gminy Pępek. Uśmiechnął się do siebie – nikt poza nim nie mógł pozwolić sobie na publiczne szczanie na trawę przed urzędem gminy. Nikt! Motorhead dzierżył tu władzę absolutną. Było tak od lat. Zresztą przez większą część życia zawodowego Motorhead był kierowcą PKS-u, więc nic dziwnego, że chłop był przyzwyczajony do dzierżenia steru w grubachnym ręku, jak i do tego, że w pracy miejsce innych było za jego plecami. Jeżeli któryś z pasażerów wysforował się zbytnio na przód autobusu, Motorhead z wrodzonym wdziękiem sugerował takiemu, żeby spieprzał do tyłu.

Dzięki koneksjom wójt mógł wspiąć się na wyższe szczeble politycznej kariery, ale wtedy jego władza nie byłaby kompletna. Musiałby dzielić się nią z innymi. Co gorsza, miałby zwierzchników, może nawet jakichś młodych obszczaj-łydków – wykształconych albo po prostu ładnych – przed którymi musiałby się płaszczyć. Nie. Wolał zostać w Pępku i posiadać władzę całkowitą. Najwyższą. Zresztą nie było na co narzekać. Wieś była jeśli nie ładna, to przynajmniej estetyczna. Nowa szosa, niezniszczony chodnik, zadbane ogródki, wypielone rabatki, wymieciony placyk przed sklepem oraz duma wójta – nowiutkie rondo ze świętą figurą w samym centrum! Figurą, którą Motorhead osobiście ufundował. Wójt w swoim życiu kierował się bowiem wiarą, i to w jak najbardziej biblijnym tego słowa znaczeniu. Otóż obcował z rzeczywistością niewidzialną, jakby była widzialna. Bo też, mimo że od lat nie widział swojego ptaka na własne oczy ze względu na nawis ogromnego brzuszyska, zawsze gdy rozpinał rozporek, wierzył, że poszukiwany instrument tam będzie. I rzeczywiście stwierdzał, że ptak trwał dzielnie na swoim miejscu i można go było wyjąć na zewnątrz i wyszczać się (szczanie bez wyjmowania ptaka ze spodni zdarzało mu się tylko od święta, gdy w urzędzie gminy świętowała śmietanka towarzyska z okolicy, przyjmując większe ilości napojów wyskokowych niż w dni robocze). Zresztą takie publiczne szczanie przed budynkiem urzędu gminy było jedynym przywilejem, który dzięki zajmowanemu stanowisku Motorhead mógł zapewnić swojemu siusiakowi. Albowiem wójt był VIP-em (very impotent person). Na nic więc zdały się dekolty, krótkie spódniczki, przezroczyste bluzeczki i inne powszechnie stosowane załączniki do podań urzędowych, za pomocą których w katolickiej Polsce nagminnie pomaga się mężczyznom na wysokich stanowiskach podejmować właściwe decyzje. Ze względu na tę niewrażliwość wójt pośród wielu przedstawicielek płci pięknej zyskał opinię chama, ponieważ traktował kobiety z taką samą zjadliwością, z jaką kobiety traktują inne kobiety.

Wójt ruszył w stronę parku. Przechodząc obok sklepu spożywczo-monopolowego, przyjrzał się w szybie swojemu strojowi moro. Wójt lubił ten myśliwski uniform – leżał dobrze, ponieważ był skrojony na miarę, a poza tym przypominał mundur, a Motorhead wyglądał w nim jak generał. Nosił go, choć nie był zapalonym myśliwym – na wszystkie jego trofea myśliwskie składała się potrącona sarna, kilka zastrzelonych psów i niezliczona chmara komarów, które Motorhead zatłukł na własnym spoconym cielsku. Strój moro miał jednak wymowę propagandową – Pępek leżał pośród gęstych lasów, zasobnych w zwierzynę łowną i tanie tirówki. Do Pępka przybywało zatem wielu myśliwych, aby skorzystać z rozrywki dostarczanej przez jedną i drugą grupę miejscowej fauny. Rzecz oczywista, wizyty te stanowiły silny bodziec do rozwoju miejscowej gospodarki, a ich początek zbiegł się w czasie z objęciem przez Motorheada urzędu wójta.

Sprawdziwszy strój, wójt ruszył przed siebie, wpierw powoli, potem nieco szybciej. Wreszcie dotarł do parku, a park był malowniczym miejscem. Wysokie klony, kasztanowce i dęby wydawały się smukłymi kolumnami ogromnej bajkowej sali zwieńczonej zielonym stropem z liści. Motorhead zatrzymał się nad brzegiem stawu z nenufarami. W lustrze wody odbijała się strzelista bryła miejscowego cudu architektury – Smoczego Zamku. Zamek był tu od początku istnienia osady. Nie zachowały się jednak żadne źródła pisane, które przybliżyłyby historię budowli sprzed wieku piętnastego. A zamek wybudowano wiele lat wcześniej. Co do tego wątpliwości nie miał nikt. Zachowała się tylko legenda, według której dawny pan zamku zamienił się w smoka, aby zyskać nieśmiertelność.

Legendarna masywna budowla cieszyła się także dużym zainteresowaniem naukowców. Najpierw opłacanych przez państwo, a po roku dziewięćdziesiątym przez prywatnego inwestora. Inwestor jednak się wycofał. Potem znaleziono innego sponsora i próbowano przerobić zamek na centrum konferencyjne. Dobudowano część hotelową (kanciasty blok połączony z zamkiem wspólnym holem). Niestety sponsor splajtował. I tak oto zamek pozostał bez sponsora niczym porzucona galerianka. Służył od tamtej pory lokalnym prominentom do celów rozrywkowych.

Wójt wspiął się po schodach i zatrzymał przed głównymi drzwiami wykonanymi z masywnych dech dębowych, ponabijanych gotyckimi gwoździami. Nad wejściem głównym mieścił się wysoki witraż. Wójt nie wiedział, co miał on przedstawiać. Na pierwszy rzut oka był to mężczyzna w kolorowym stroju. Kiedy jednak promienie słoneczne rozświetlały witraż, postać na nim nabierała jakiejś potworności i wiele osób widziało w niej smoka. Wójt odwrócił się i czekał.

Czarny jeep wreszcie przyjechał. Wójt uśmiechnął się pod nosem. Z wozu wysiadły cztery osoby. Pierwsza z nich już teraz sadziła ku wójtowi wielkimi krokami. Była to kobieta odziana w białą powłóczystą suknię z kwiatowymi motywami wokół głębokiego dekoltu i krawędzi rękawów. Z rozwichrzonymi, ogniście rudymi włosami przypominała pogańską kapłankę. Próbowała za nią nadążyć inna tłusta kobieta, odziana w przyciasną kwietną sukienkę. Truchtając, pokwikiwała z cicha i potrząsała ciężkimi wdziękami jak miską zimnych nóżek wieprzowych.

Kiedy kapłanka zbliżyła się do wójta, dostrzegł wyraźnie na jej szyi i piersiach dziwny naszyjnik: rzemyk podtrzymujący kółko wykonane z jakiejś gałązki. W kółku rozpięta była siatka przypominająca pajęczą sieć, a od spodu dołączone do niej były sznureczki z pstrokatymi piórkami. Ozdoba miała w sobie coś indiańskiego.

„Pocahontas” – pomyślał wójt. Z bliska dostrzegł jej twarz, trójkątną, nieco spasioną, ze skośnymi, szeroko osadzonymi oczkami. „Jak u świni” – stwierdził Motorhead. „Pocahontas ze świńskim ryjem. Świniohontas?”

Tymczasem Świniohontas minęła wójta, nawet nań nie spojrzawszy, jakby był powietrzem. Jej przyjaciółka, Zimne Nóżki, przebiegła mimo i obrzuciła go pełnym obrzydzenia spojrzeniem, jakby nie był powietrzem, a chmurką wypierd-gazu. Świniohontas tymczasem pchnęła masywne skrzydła drzwi i wraz z Zimnymi Nóżkami weszła władczo do zameczku, jakby to ona, a nie Motorhead, była panem tego miejsca. Wójt poczuł, że strumyczek potu spłynął mu między pośladki, żyłka na czole napęczniała, a lica nabrały koloru pupy masochisty, którą zajęła się gorliwa domina. Nie zdążył jednak zareagować, ponieważ spostrzegł przed sobą wyciągniętą dłoń kolejnego pasażera jeepa.

– Bazyli – z uśmiechem przedstawił się szczupły, niski dżentelmen o wysokim czole. – Miło mi pana poznać.

Wójt podał dłoń, którą Bazyli nadzwyczaj mocno uścisnął.

– Jestem kustoszem generalnym w województwie wielkopolskim. – Nieznajomy uśmiechnął się śmielej, odkrywając białe, mocne zęby. Chyba nieco węższe i dłuższe niż zęby przeciętnego człowieka. Motorhead natychmiast przestał się pocić. Poczuł gęsią skórkę wyrastającą na skórze niczym kryształki szadzi. Był pewien, że wcześniej spotkał już tego mężczyznę, choć nigdy nie słyszał o stanowisku kustosza generalnego. A wójt słyszał już o wielu rzeczach.

– Jestem pewien, że nasza współpraca będzie owocna. – Dżentelmen podniósł walizkę. – Pozwoli pan, że udam się do swojej kwatery. Znam drogę. Miałem już kilka razy przyjemność gościć w tym urokliwym zameczku.

„A tak” – pomyślał wójt. „Główny kustosz. Pewnie do lochu przyjechał”.

Zamek w Pępku i jego okolice stanowiły miejsce wielu wykopalisk archeologicznych. Obecnie prowadzono tu prace wykopaliskowe w podziemiach – wójt musiał stamtąd usunąć swoją bimbrownię.

„Wreszcie jakiś normalny” – pomyślał wójt na widok niskiego, baryłkowatego pięćdziesięciolatka w brązowym garniturze.

– Witam Wicewojewodę! – krzyknął wójt do baryłkowatego urzędnika, który w rzeczywistości nie piastował nigdy tej funkcji, ale dzięki licznym znajomościom i zdolności do wywierania mniej formalnych wpływów potrafił zdziałać w urzędzie wojewódzkim naprawdę wiele. Baryłkowaty wytaszczył z samochodu opasłą teczkę i trzy laptopy.

– Idziemy – sapnął do wójta. – Do Myśliwskiej. Mógłbyś mi z łaski swojej pomóc?

Wójt chwycił teczkę i ruszył pierwszy, choć nie musiał służyć za przewodnika. Sala Myśliwska znana była Wicewojewodzie (i wielu wysokim urzędnikom z Wielkopolski) niczym zawartość własnego rozporka. Umiejscowiona w głębi zameczku, zaciemniona, o ścianach wyłożonych futrem niedźwiedzi i wilków, stanowiła cichą i przytulną metę. Można tu było spokojnie popić, podymać i porzygać (w dowolnie ustalonej kolejności).

– Nie mogę. Ten upał mnie wykańcza – syknął Wicewojewoda i wyciągnął srebrną piersiówkę. Pociągnął kilka łyków i odetchnął. – A więc tak…

– Co to, kurwa, za paradę równości mi tu dzisiaj sprowadzasz, panie dzieju, co? – przerwał Motorhead. – I kiedy ja się o tym dowiaduję? Przedwczoraj, kurwa, z wieczorka. Wiesz, co tu się mogło dziać?

Obaj wiedzieli. Przez zameczek mogła, wesoło szemrząc, płynąć spora rzeczka wódy. Odświeżający się w rzeczce miejscowi prominenci mogli zachowywać się jak zwierzątka z pobliskich lasów. Mogli odbywać orgie w zaplombowanej przez Urząd Kontroli Inwestycji Archeologicznych sali sypialnej, szczać na rozpięte na ścianach kobierce, wieszać się na kryształowych żyrandolach. Albo wieszać się na kobiercach, szczać w sali sypialnej i uprawiać orgie na kryształowych żyrandolach. Albo uprawiać orgie na kobiercach rozpiętych na ścianach, szczać…

– Wiem! Wiem, co tu się mogło dziać. – Wicewojewoda otarł rękawem czoło i pociągnął łyk z piersiówki. – Ale się nie dzieje! A ja sam dowiedziałem się dwa dni temu.

– Trzeba było zrugać chama, który cię za późno zawiadomił. – Motorhead uśmiechnął się pogardliwie. Od zawsze miał Wicewojewodę za bezjajca.

– Głupio tak rugać ministra edukacji narodowej. – Baryłkowaty pociągnął kolejny łyk wódy.

Motorhead przestał się śmiać.

– Ci tu… Musisz się z nimi obchodzić delikatniutko jak z własnymi jajcami.

– Nic nie muszę! – Wójt trzasnął pięścią w masywną ławę. – Nic! Wiesz dobrze!

– Ja wiem. Ale minister nie.

– Nawet nie wiem, w której części dupy mam ministra! Ale na pewno gdzieś głęboko.

– To, co się tu ma dziać, jest wielkie… Większe od nas… Ale wiedziałem, że się będziesz stawiał. Zarobisz więcej niż na tych wszystkich myśliwych. A jak podskoczysz, to cię zgaszą i zdepczą jak kipę. Te dwie baby – cycata w kwiatki i nawiedzona z naszyjnikiem – są z SUPER.

– Skąd, kurwa?

– Są z S-U-P-E-R. SUPER – System Upowszechniania Projektów Edukacyjno-Rozwojowych.

– Belfry?

– Jakie belfry?!! Co to, ja bym się belfrów bał?! Pogoniłbym jak psy. Zwiewaliby do budy z podkulonymi ogonami. Tu nie chodzi o belfrów, ale o SUPER!

– A co to, kurwa, jest?

– Widzisz, też nie miałem pojęcia. Do przedwczoraj. Ale podzwoniłem, proszę ciebie, tu i tam. I powziąłem odpowiednią wiedzę!

– Może byś się tak tą wiedzą podzielił?

– SUPER to organizacja integrująca europejskie systemy oświaty. Modyfikują, a właściwie ujednolicają programy szkolne w Europie według własnego modelu w oparciu o dziedzictwo myśli europejskiej.

– Bełkot! Konkrety proszę.

– Mają potężne wsparcie Unii i Stanów. Wsparcie finansowe i polityczne. Tak olbrzymie, bratku, że mogą mieć realny wpływ na budżet państwa. I teraz już mają. Dwa tygodnie temu podjęli oficjalną współpracę z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Teraz posłuchaj, kiciu: SUPER zabiera się do programów nauczania w polskich szkołach. Tworzy je praktycznie od podstaw. Do tego urządza masę szkoleń, żeby wdrożyć belfrów w nowy system. Szkolenia oznaczają wynajem sal, opłacenie wykładowców, zapewnienie szkolonym bazy noclegowej, całe mnóstwo materiałów szkoleniowych i innych papierów. I to wszystko za darmo, bo sponsorowane przez Unię. I przez Stany (przez kogo w Stanach, nie wiem, ale za to wiem, że lepiej tego nie wiedzieć). – Baryłkowaty pociągnął ostatni łyk z piersiówki.

Wójt wyjął nową flaszkę z lodówki i nalał do jednego z całej masy kieliszków ustawionych w rządkach w antycznym kredensie. – A to nie wszystko. Nowy program oznacza konieczność stworzenia nowych podręczników, materiałów multimedialnych itd. Wyobrażasz sobie samą tylko wymianę wszystkich podręczników w całym kraju? Wszystko to oczywiście rozłożone na kilka lat. Ale to i tak cała góra szmalu – mówimy o całym kraju! I za to wszystko płacą sponsorzy. Pokrywają też koszty wspomnianych szkoleń, e-materiałów… Nie wiem… wszystkiego. Dokładają się do modernizacji szkół i kuratoriów, fundują stypendia, wymiany zagraniczne, cokolwiek ci się zamarzy. Ba, pokrywają w pewnej części uposażenie nauczycieli. Są gigantyczne oszczędności. W szkołach rewolucja, jest głośno, kolorowo, dużo się dzieje, jest nowy sprzęt. Dzieci się cieszą, rodzice zadowoleni, czyli poparcie rządu wzrasta (wybory za niespełna rok!), minister edukacji jest bohaterem, a premier idolem.

Baryłkowaty sam sobie nalał nową porcję schłodzonej wódki do kieliszka. Wychylił, a następnie powtórzył czynność.

– Dobra wódka – chuchnął. – Nie trzeba popitki. Gdzie to ja skończyłem…? A! Rzeka kasy! A my z tej rzeki możemy, bracie, czerpać, ile się da.

– My? Wzrusza mnie twoja hojność.

– My! A nie ma co cię wzruszać. – Baryłkowaty nalał sobie kolejny kieliszek. – Daruj, Stasiu, że to mówię, ale osobiście uważam, że jesteś sukinsynem. I z pewnością nie mnie zawdzięczasz, że Pępek pod Kaliszem stanie się teraz edukacyjną stolicą Polski. To SUPER postawiło warunek, że szkolenia mają się odbywać właśnie tu. A oni, Stasiu, mogą stawiać warunki. Jakiekolwiek warunki.

– A…

– A jeśli zażądają, żeby wójt gminy Pępek biegał po ulicy w męskich stringach tył na przód, to pójdziesz kupić sobie takie stringi albo uszyją ci je na miarę, bo możesz nie znaleźć właściwego rozmiaru. I nie miej do mnie pretensji – w biznesie trzeba sprawy stawiać jasno i szybko się orientować, co i jak. Teraz, Stasiu, musisz myśleć bardzo szybko. Bo widzisz, oświata to wymarzona strefa wpływów każdej mafii. Edukacja w Polsce jest obowiązkowa, więc na usługi i towary z nią związane masz miliony klientów, którzy nie mają możliwości odmówić kupna twojego towaru. Wszystko to w majestacie prawa. Nie ma sensu bawić się w jakieś pieprzone haracze, porwania czy handel narkotykami – w oświacie zarobisz sto razy tyle i jeszcze ci pomnik postawią. To wszystko przy minimum inwestycji z twojej strony. Chcesz zarobić? Zakładasz organizację wspierającą SUPER. Każesz belfrom ze swojej gminy wziąć udział w jakimś wymyślonym przez siebie, debilnym projekcie. Każdy z nich, w ramach tego projektu, napisze ci jakiś artykuł. Ty to potem zbierasz, każesz innym belfrom to przeredagować, a potem wydajesz to jako swoje dzieło i jeszcze ci dopłacą. Takich akcji możesz podjąć tysiące. Zarabiasz krocie i jesteś czyściutki jak sumienie ojca dyrektora! A belfrzy wszystko ci napiszą, bo srają ze strachu przed tobą. Jeszcze ci podziękują. To tania i bezwolna siła robocza, Stasiu. W porównaniu z belframi kobiety z krajów arabskich to emancypantki. Belferki będą zapieprzać jak mróweczki. Aż będzie furczało. Wszystko zrobią.

– I co? I to wszystko takie różowe jak majtki Barbie?

– Każde majtki z czasem się brudzą. Takie są odwieczne prawa przyrody. I jak za długo je nosisz, to prędzej czy później inni cię wyczują. Dlatego, jak się już rzekło, Stasiu, musisz myśleć szybko.

– A ten… naczelny kustosz? Co to za cholera? Skąd go tu przyniosło? I po co?

– No właśnie. Skąd go przyniosło, nie wiem. Ale wiem, że przyniosło, bo wznawiają tu prace archeologiczne. I to jest kolejna ciekawa rzecz, bo sam zamek otrzymuje status jakiegoś tam obiektu nietykalnego… Nie wiem, nie pamiętam terminu prawnego i nie znam się na tym. Koniec końców, nikt nie ma do zamku dostępu. Cały teren jest, że tak powiem, strefą zamkniętą dla osób postronnych.

– Strefą zamkniętą? I jednocześnie robią tu konferencję?

– Tak, bo gdybyś chciał udostępnić ten obiekt, dajmy na to, firmie prywatnej takiej jak moja, to nie ma szans. Ale instytucja edukacyjna to co innego. Nie wypada takiej instytucji odmówić. Bo taka instytucja przyczynia się do rozwoju oświaty, a co za tym idzie – krzewi kulturę. No i nauczyciele! Ludzie wykształceni i godni, pies ich w odbyt łomotał, nie są jak prywatni przedsiębiorcy, nie uchlają się i nie będą srać do wykopów w lochu.

– Podczas ostatniej popijawy faktycznie nasraliście im do wykopów. Dwudziestu chłopa srało przez długi weekend na jakieś tam częściowo odkryte reliefy. Panowie archeolodzy musieli waszą kupcię usuwać patyczkami i pędzelkami przez kilkanaście dni. To były bardzo delikatne płaskorzeźby. Za delikatne, żeby je szlauchem potraktować. Pierwszy archeolog, który tam wskoczył, gonił mnie potem z kilofem aż do budynku urzędu gminy. A wiesz, że ja bardzo nie lubię biegać. Szkodzi mi na figurę.

– To był niewinny i kulturalny żart. Poza tym to SUPER finansuje też archeologów, więc niech się odpierdolą.

Wójt nalał wódki tym razem sobie. Sytuacja go przerastała. Jak żył, nie pamiętał ani nie słyszał o podobnym zamieszaniu.

– I coś jeszcze, Stasiu!

– Tak?

– Tu chodzi o coś więcej. W całym tym bajzlu jest coś jeszcze. Nie wiem co, ale coś wielkiego. I lepiej się nie dowiadywać, co to jest.

Baryłkowaty wyjął papierosa i zapalniczkę. Nacisnął kółko, które potarło z chrobotem o krzemień, i płomień rozświetlił zaciemnioną salę. Zza jednej z ciężkich zasłon wyleciała ćma i zakreśliwszy kilka wariackich wzorów w powietrzu, wpadła wprost w płomień zapalniczki. Spaliła się z sykiem. Zaśmierdziało. Baryłkowatemu papieros wypadł z gęby. Schylił się więc po niego z sapnięciem. Nie zdążył go dosięgnąć. Zgrabna męska dłoń uprzedziła jego ruch. Dłoń o silnych paznokciach. Blada.

– Czego?! – Baryłkowaty rzucił się do tyłu, fajtając krzywymi nóżkami.

– Papieros – odezwał się uprzejmie niski i przyjemny głos starszego pana. – Wypadł panu. Można w ten sposób niechcący zaprószyć ogień. Szkoda byłoby tego pięknego miejsca – ono było świadkiem tylu niewyobrażalnych wydarzeń. Bywał tu niegdyś sam Janusz Radziwiłł. Urządzał bankiety, tak jak panowie.

– Skąd pan wie o… i jak pan tu wszedł? – zachrypiał Motorhead.

– Ta komnata ma sekretne wejście. O tu! – Głos zmaterializował się w ciemny kształt przed dwoma urzędnikami.

Był to pan Bazyli, kustosz generalny. Wskazywał teraz na ogromną niszę w białej ścianie, pośrodku której przytwierdzono czaszkę jelenia zwieńczoną dziwnym porożem. Rogi miały kształt dwóch prostych szpikulców. Ani wójt, ani też baryłkowaty nie zwracali wcześniej uwagi na to paskudztwo.

– To czaszka jelenia zabójcy – wyjaśniał spokojnie i rzeczowo pan Bazyli. – Jelenie o tradycyjnej rozłożystej koronie nie zadają sobie poważniejszych obrażeń w trakcie zwarć ze względu na kształt poroża. Jeleń mutant z takimi rogami jak tutaj może bez trudu przebić rywala. A tu oto mamy zamaskowane wejście.

Pan Bazyli zbliżył się do niszy i postąpił krok naprzód. Obserwującym go mężczyznom zdało się, że kustosz przeniknął przez ścianę. Obaj ruszyli się ciężko ze swoich miejsc. Bliżej muru. Na chropowatej powierzchni ściany wewnątrz niszy widniało malowidło. Przedstawiało ono kobietę rodzącą ciemny kształt. Obaj przysunęli twarze bliżej, żeby przyjrzeć się owocowi łona kobiety. Był to mały potwór przypominający wrednego koguta-smoka. Nagle brzuch rodzącej nabrzmiał, rozszerzył się jak w przerażającej kreskówce. Ściana wybrzuszyła się, a z rozwarcia w środku niszy niczym z pękniętego łona wynurzyła się uśmiechnięta twarz pana Bazylego.

– Proszę śmiało za mną. Wewnątrz niszy zawieszona jest tkanina imitująca ścianę.

Pan Bazyli rozchylił ciężkie zasłony, a oczom urzędników ukazał się wąski korytarzyk, który, jak się później okazało, prowadził do komnaty sypialnianej. Normalnie, żeby do niej dotrzeć, należało wyjść z Sali Myśliwskiej, zatoczyć łuk korytarzem, przejść przez hol i następnie skręcić kilka razy, idąc wzdłuż kolejnego korytarza. Zajmowało to dobrych kilka minut. Najwidoczniej ukryte przejście zbudowano, aby ułatwić gościom zamku schadzki. Oczywiste już było, że ani Motorhead, ani wicewojewoda nie pełnili tu dłużej roli gospodarza. Byli tylko intruzami. Jak do tej pory tolerowanymi, tak jak się toleruje ćmy, które pod nieobecność właściciela domu wlatują do pokoju. Świadomość ta była nie tyle drażniąca, co straszna. Wójt kilkanaście lat pełnił swój urząd. W zameczku bywał nawet wcześniej, a nic nie wiedział o tajemnych przejściach. Nie wiedział też o innych tajemnicach zamku. Tajemnicach mających moc, by zatrząść światem w jego złoto-plastikowych, unurzanych w fekaliach posadach.
mniej..

BESTSELLERY