Bruno Schulz idzie do szkoły. Biografia tematyczna - ebook
Bruno Schulz idzie do szkoły. Biografia tematyczna - ebook
W tej biografii Bruno Schulz nie rodzi się i nie umiera. Nie jest pisarzem ani artystą, ale przedstawia się nam jako uczeń i nauczyciel. Poznajemy go w najzwyklejszych sytuacjach. Uczy się podstaw języka ukraińskiego. Zakłada dobrze skrojony mundurek szkolny. Wybiera temat wypracowania maturalnego. (Czy bardziej interesowała go legenda Napoleona czy biografia Mickiewicza? Raczej nie „potęga pracy”). Podobnie jak inni artyści obejmuje posadę nauczyciela rysunków. Zostaje zwolniony. (Na krótko). Na zajęcia z robót ręcznych zapewnia gwoździe i zawiasy. Choruje na depresję. (Jaki wpływ na to mają warunki pracy?) Kupuje los na loterii, chcąc wreszcie uwolnić się od szkoły. Zawodu nauczyciela jednak nigdy nie porzuca. Szkoła zapewnia mu stabilizację, lecz uniemożliwia pisanie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Biografia naznaczona szkołą
Część pierwsza
Dzieciństwo w biografii pisarza
Biała szkoła – biała plama
Gymnasium felix
Ułamki zwierciadlanej biografii
Jak się uczył wybitny polski pisarz?
Część druga
Podwójne życie
Wykaz służbowy
Społecznik czy mizantrop?
Artysta w służbie szkolnej
Portret nauczyciela
Zuzanny
Los na loterii
Towarzysz nauczyciel
Bibliografia
Nota bibliograficzna
Przypisy
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8325-226-1 |
| Rozmiar pliku: | 18 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Biografia jako zobowiązanie
W historii literatury są biografie, które należy odzyskać. Dziedzictwo wymaga troski i zaangażowania, jak pisał w Widmach Marksa Jacques Derrida: „spuścizna nie jest nigdy czymś danym, jest zawsze zadaniem”¹. Podjąć się tego zadania – to znaczy dać się uwikłać w cudze życie i poświęcić część własnego. Oczekiwania, aby opracować biografię danej osoby, zgłasza się podczas konferencji, na kartach książek i łamach czasopism, mówi się o tym w środowisku, ale bynajmniej nie ocena stanu badań świadczy o randze obowiązku ani nawet o samym jego istnieniu. Pisanie biografii bowiem ma uzasadnienie moralne – jak gdyby historia sama domagała się opowiedzenia z powodu swojej wagi. Nie tyle doprasza się o nią wspólnota czytelnicza, ile, należąc do tej wspólnoty, trudno nie dostrzec braku i nie mieć poczucia, że każda chwila zwłoki pozwala na dalsze destrukcyjne działanie czasu. Do takich koniecznych narracji należy biografia Brunona Schulza.
Szoa pozbawiło go życia w dwojakim sensie: 19 listopada 1942 roku został zamordowany na ulicach Drohobycza, lecz proces zaprzepaszczania jego biografii zaczął się wcześniej i trwał dłużej. Zginęły dokumenty życia Schulza, rozproszone do granicy zauważalności, strawione przez wojenne pożary i spalone w piecach przez nowych gospodarzy domów, których poprzednich mieszkańców chciano jak najszybciej wymazać z pamięci tak indywidualnej, jak zbiorowej². Zginęło wielu świadków tego życia, którzy nie tylko nie mogli swoimi wspomnieniami wypełniać luk biograficznej opowieści, lecz także sami pozostawili dotkliwą pustkę, domagającą się dyskursywnego wypełnienia.
Co najmniej od 1947 roku – od początku działalności Jerzego Ficowskiego – trwa proces odwrotny: odzyskiwania tego, co utracone³. Nieocenioną rolę pierwszego biografa Schulza scharakteryzował Stanisław Barańczak: „Skrupulatnie zszywając w książkową całość wszystko, cokolwiek dało się odnaleźć w powojennych zgliszczach, ten, kto w wypadku Schulza był Maxem Brodem – jego niezmordowany biograf i edytor Jerzy Ficowski – przeciwstawił się nie ostatniej woli pisarza, ale woli Holocaustu. I głównie temu aktowi oporu wobec czegoś, czego nie da się odwrócić, zawdzięczamy dzisiaj to, że możemy spoglądać w twarz Brunona Schulza. Nie tylko w jego literacki autoportret pośrednio odbity na stronicach dwóch zbiorów opowiadań, jakie publikował za życia, ale także w twarz rozumianą dosłownie: niedającą się zapomnieć ludzką twarz patrzącą na nas z kart tej książki”⁴.
Ficowski po tym, gdy w 1942 roku jego list nie dotarł do Schulza, nigdy nie odżałował straty – inkorporował swojego nieocalonego, stał się kryptą⁵. Teatrolożka Joanna Godlewska z podziwem, choć uszczypliwie, nazwała go szaleńcem i maniakiem. Po słownik psychiatryczny sięgnął też publicysta i tłumacz Zbigniew Florczak, diagnozując u poety manię prześladowczą⁶. Ficowski, gdy kreślił swój schulzowski projekt – obok literackiego, translatorskiego, cyganologicznego i wojtkiewiczowskiego – zarzekał się, że u źródeł jego motywacji leży estetyczny zachwyt. A jednak wszystkie jego teksty o Schulzu podszyte są melancholią⁷. Przez ponad pół wieku napisał setki, a może i tysiące listów, odbył dziesiątki (setki?) spotkań, przetrząsnął parę mieszkań od piwnic po strychy, a nawet wraz z archeologami przekopał całe podwórko przy ulicy Kościuszki 46 w Łodzi. Starał się skonstruować spójną i pełną narrację o życiu Schulza oraz ustalić jedyną wersję jego śmierci, aby ten mógł umrzeć do końca. Zadanie to okazało się niemożliwe do zrealizowania, nie doszło do scalenia, co nie znaczy, że efekty nie są imponujące. Biografia zawsze jest zadaniem otwartym: z jednej strony nie da się opowiedzieć wszystkiego, przeszłość zawsze pozostaje tajemnicą, z drugiej – opowieść jest uwikłana w swoje tu i teraz i z czasem się zdezaktualizuje.
Prędko sprzymierzeńcami Ficowskiego stali się ci, którzy sami wiele utracili, ale którym udało się przetrwać. Jedni – Józefina Szelińska, Tadeusz Lubowiecki (Izydor Friedman) czy Michał Chajes – pozostali „ukrytymi świadkami”, jak nazwał ich Jerzy Kandziora, monografista Ficowskiego⁸. Inni – a wśród nich Izabela Czermakowa (Izabella Hermanowa) i Andrzej Chciuk – mimo niesprzyjających okoliczności historycznych publikowali swoje teksty jeszcze przed Ficowskim, dając początek tworzonej przez kilka pokoleń strudze ocalającej literatury wspomnieniowej o Schulzu⁹. Wykorzystawszy relację Chajesa, pierwszy powojenny szkic biograficzny ogłosiła związana z Żydowskim Instytutem Historycznym Ernestyna Podhorizer-Zajkin. Podkreśliła wspólnotową stratę, jaką przyniosła śmierć Schulza: „Tak zginął, jako zabawka dwóch morderców – utalentowany artysta, który pięknem swego talentu mógł długo jeszcze darzyć świat”¹⁰. Na własną rękę działał po wojnie Artur Sandauer, który miewał okresy „niechęci do biograficznych dociekań”, ale przy tym nie tylko brał bardzo istotny udział w popularyzacji Schulza po wojnie, lecz także pokusił się o genetystyczną z ducha interpretację jego twórczości oraz o wyznaczenie przecięć swojej i Schulzowskiej biografii¹¹.
Z czasem w sprawę odzyskiwania życia Schulza angażowało się coraz więcej osób, wymienię dla przykładu: Jerzego Jarzębskiego, Małgorzatę Kitowską-Łysiak, Wierę i Igora Menioków, Władysława Panasa, Stanisława Rośka, Branislavę Stojanović. Zaakceptowali założycielski etos i przyjęli, jak pisze Ficowski, zobowiązanie albo, jak woli Rosiek, wyzwanie¹². Pozwolili, aby nawiedziło ich Schulzowskie widmo, a nawet oddali się mu we władanie: nie wiadomo, czy skalę ich oddania mierzyć w latach, zapisanych stronicach czy może osobach zaproszonych przez nich do stołu, pod którym – jak w Księdze – trzymamy się wszyscy tajnie za ręce.
Kanadyjski pisarz i wykładowca o polsko-żydowskich korzeniach Norman Ravvin rozpoznał paradygmat śmierci Schulza jako przeciwstawny pozytywnemu i niosącemu nadzieję obrazowi Anne Frank i zaprotestował wobec redukowania Schulza do figury Zagłady. Zainteresowanie jego śmiercią nazwał obsesją¹³. Równie krytycznie polonista David Goldfarb ocenił dotychczasowe literackie przetworzenia biografii Schulza jako z gruntu nieschulzowskie: „Wpływ Schulza jest o wiele głębiej odczuwalny w pracach dramaturga i artysty Tadeusza Kantora i jugosłowiańskiego prozaika Danila Kiša, którzy wcielili Schulzowskie figury i ikony w swoją twórczość, zamiast rozwodzić się nad Brunonem Schulzem jako człowiekiem”¹⁴. I Ravvin, i Goldfarb podali przykład Davida Grossmana, który, jakby nie uwierzywszy w śmierć Schulza w Drohobyczu, snuł wizję jego ucieczki z getta i przemiany w łososia w wodach Bałtyku¹⁵. Slavoj Žižek, czytając Lacana i Lacanem, w Patrząc z ukosa wskazał na liczne powroty żywych trupów, które nie zostały należycie pochowane. Jako ofiara Szoa Schulz jest modelowym przykładem takiego zmarłego. Stanowi wcielenie czystego popędu, gdyż jego bezwarunkowe żądanie nie wiąże się z pragnieniem¹⁶. Jak określiła to historyczka sztuki Carol Zemel, „jest on tylko jeszcze jednym symbolem żydowskiej nostalgii: kolejnym duchem czy zjawą”¹⁷. Ciągle wraca jako bohater cudzych narracji, opowiadanych za niego – tak naukowych i popularnonaukowych, jak fikcjonalnych¹⁸.
W tej żałobnej opowieści jest miejsce na element konsolacyjny: nadejdzie Mesjasz. Naprawi choć część błędów historii, zbawi schulzologię. Ma swoich proroków: Sandauera i Feiwela Schreiera, którzy pamiętali urywki mesjańskiej fabuły¹⁹. Wszyscy czekają, aż Schulz powróci jako narrator własnej opowieści. Cynthia Ozick pozwoliła więc Larsowi Andemeningowi, bohaterowi Mesjasza ze Sztokholmu, aby nie tylko zobaczył ducha Schulza, swojego rzekomego ojca, ale też znalazł i spalił rękopis Mesjasza²⁰. I nawet jeśli historia literatury przechowuje spory katalog zaginionych dzieł, przypadek Schulza zdaje się wyjątkowy. Koincydencja tytułu i kontekstu zakrawa na drwinę z czytelników albo chłodną kalkulację – fundowanie cegiełki pod swoją pośmiertną legendę literacką. Jakby Schulz wpisał ideę mesjanistyczną w swoją recepcję, dał nadzieję na interpretacyjną rewolucję, a przy tym zmusił do ciągłych poszukiwań i wprowadził atmosferę nieustannego oczekiwania. W istocie owa idea mesjańska w schulzologii nie może być niczym innym jak okrutnym szyderstwem historii. „Los jest równie bezlitosny w swoich kaprysach jak śmieszny” – westchnął w kontekście Schulza Tadeusz Breza²¹.
Biografia z ułamków
Przeciwstawić się złemu losowi, wywiązać się z obowiązku to szukać pozostałych z Zagłady okruchów, które upływający czas zacierał w pamięci ocalałych i które w archiwach państwowych i prywatnych kurz pokrywa coraz grubszą warstwą²². „Tak tedy będziemy zbierali te aluzje, te ziemskie przybliżenia, te stacje i etapy po drogach naszego życia, jak ułamki potłuczonego zwierciadła. Będziemy zbierali po kawałku to, co jest jedno i niepodzielne, naszą wielką epokę, genialną epokę naszego życia”²³ – profesjonaliści i profesjonalistki oraz miłośnicy i miłośniczki z całego świata powtarzają kolejny bon mot z Księgi jak słowa roty²⁴. Okruchy, ułamki, kawałki, drobiny – schulzologia jest łapczywa, oczekuje kolejnych wielkich znalezisk, ale w istocie żywi się resztkami. Czeka na wszystkie te kwity z pralni i terminy spotkań, o które pytał Michel Foucault, próbując zdefiniować dzieło²⁵. „Przecież każdy szczegół dotyczący tak wielkiego twórcy zasługuje na pietyzm i uwagę” – stwierdził z przekonaniem Ficowski i w tym duchu działał przez lata²⁶. Izba Pamięci Brunona Schulza w Drohobyczu pieczołowicie przechowuje okołoschulzowskie pamiątki: w gablocie leżą list Dyrekcji Lasów Państwowych do Rajmunda Jarosza, wieloletniego burmistrza Drohobycza i właściciela uzdrowiska Truskawiec, oraz pudełeczko z apteki Gorgoniusza Tobiaszka przy Rynku, a na ścianie wiszą okucia drzwi z Floriańskiej 10 (dziś Jurija Drohobycza 12, wcześniej Bednarska 12)²⁷. Jako twórcy i twórczynie „Kalendarza życia, twórczości i recepcji Brunona Schulza” (schulzforum.pl) staramy się zrekonstruować każdy z przeszło osiemnastu tysięcy Schulzowskich dni, najchętniej co do godziny. Rosiek, spiritus movens kalendarzowego przedsięwzięcia, przyjął nadrzędną zasadę działania za Kroniką życia i twórczości Mickiewicza. Jest nią brak selekcji zdarzeń²⁸.
Już Szelińską, niegdyś narzeczoną Schulza, irytowało postępowanie Ficowskiego:
„Mam natomiast osobiste zastrzeżenia wobec zbyt daleko posuniętego szperactwa, które niewiele daje, nie pogłębia wiedzy o autorze. (Tak mało tego rodzaju poszukiwań w opracowaniu twórczości np. Dąbrowskiej, Iwaszkiewicza, S.I. Witkiewicza czy Nałkowskiej).
Czemu służy to tropienie osób, imion i nazwisk niewiele mówiących, ludzi występujących przelotnie w korespondencji czy w grafikach (Pilpel, Laura). Czemu służą te niesłychanie drobiazgowe daty metrykalne, daty urodzin, dni, miesięcy, nawet i godzin (godzina śmierci ojca) np. bratanków Sch. Koleje ich życia, nie mówiąc już o imieniu i nazwisku obrzezacza czy akuszerki!!
Nie odczuwam potrzeby tego zbyt daleko posuniętego szperactwa i wydaje mi się, że wyszczególnianie tych śladów tropienia w biografii poety winno raczej znaleźć się w przypisach. Czy ta cała faktografia i przyczynkarstwo posuwa wiedzę o autorze? Czy to ważne, że Henrietta czy Hendel, córka Berla i Małki (dane o obrzezaczu i akuszerce) – po co te domysły. Ber czy Bruno, zwłaszcza, że to tylko drobiazgowa i zbędna supozycja, Regina czy Ginia, Izrael Baruch – Izydor, data urodzenia Feliksa Lachowicza itp.
Nawet nie uważam za niezbędne sprostowania odnośnie do losów Bienstocka, Hildy Berger, Pleśniewicza i in., zwłaszcza że odnosiło się prawie tylko do «jakości» śmierci”²⁹.
Zdanie Szelińskiej można postrzegać jako odwrotną niż u Ficowskiego reakcję na stratę. Dociekania biograficzne, opierając się naturalnej pracy czasu, nie pozwalają zabliźnić się ranom, a być może narażają żyjących na konsekwencje odpomnienia z ich biografii kwestii, które ani za życia Szelińskiej, ani później niestety nie odeszły do lamusa historii. Szelińska dobrze wiedziała też, co wtedy, w 1984 roku, sądziło o biografistyce wielu literaturoznawców, a choć pogląd badaczy znacznie się do dziś zmienił, jej zastrzeżenia pozostają przecież w mocy.
Temu, co na gruncie schulzologii ma solidne fundamenty i długą tradycję, najbardziej dziwią się postronni. Być może gotowi są uznać kolejny drobiazgowy tekst za objaw pauperyzacji humanistyki albo dodatkowy argument na rzecz tezy o nadprodukcji miernych doktoratów i nadużywanie papieru w dobie ekologicznej katastrofy. Mogą gromić podobnie jak Justyna Sobolewska – najzupełniej słusznie – Agnieszkę Kosińską za Miłosza w Krakowie: „W rezultacie ta monumentalna historia codzienności na 750 stronach pokazuje, że z zawartości szuflady i nieistotnych dialogów nie można stworzyć portretu, bo po prostu nic z tego nie wynika”³⁰. Może nikogo spoza wąskiego środowiska nie interesuje, ani jak nazywała się akuszerka odbierająca poród Henrietty Schulz, ani o której Schulz wysiadł z pociągu w Paryżu³¹.
Tak określona schulzologia znajdzie jednak co najmniej dwóch patronów. Pierwszym byłby Walter Benjamin ze swoją słynną pochwałą z trzeciej tezy historiozoficznej: „Kronikarz, który snuje opowieści o zdarzeniach, nie odróżniając wielkich od małych, oddaje sprawiedliwość prawdzie, że niczego, co się kiedykolwiek zdarzyło, nie należy spisywać na straty”³². Drugim patronem zaś można by ogłosić Paula Ricœura. Może owe schulzologiczne ułamki zwierciadła, choćby najdrobniejsze, to ricœurowskie odpadki, osobliwości, niemożliwe do włączenia do systemu, pozornie bezsensowne, lecz warunkowane przez rozmaite struktury wyższego rzędu: epokę, środowisko, klasę etc. Dla Ricœura są one cząstkową całością, historią. Chociaż jednocześnie znoszą historię³³.
Wspominany przez Kosińską Miłosz ze swoim długim i spełnionym życiem, obszernym i dobrze zachowanym archiwum jako bohater biografii jest przeciwieństwem Schulza. „Uniknął sowieckich, litewskich i polskich kul, które krzyżowały się nad jego głową w krwawych początkach stulecia, wywózki na Wschód i łagru, obozu koncentracyjnego (choć był już przez Niemców aresztowany), zgubienia duszy i zaprzedania pióra w latach stalinowskich. Stworzył dzieło przerastające rangą bodaj wszystko, co w minionym stuleciu wydała z siebie polska literatura. Osiągnął wszystko, zdawał się, jak powiedziano o nim w młodości, «pieszczochem losu»” – gorzko charakteryzował Andrzej Franaszek we wstępie do opasłej biografii Miłosza³⁴. W późniejszym komentarzu wspominał swoją pracę: „korzystanie z artykułów lub listów Czesława Miłosza przypomina ewangeliczną przypowieść o łowieniu ryb, gdy sieć biografa zda się nieledwie pękać od zdarzeń, sądów, informacji”³⁵. Natomiast Ewa Kuryluk rozpoznała działający w recepcji Schulza mechanizm, któremu zresztą sama się nie oparła: „Tragiczna śmierć autora przydaje znaczenia dziełom sztuki, zmienia ich recepcję. Można się spierać o to, czy to dobrze, czy to źle. Wiadomo, że tak właśnie jest”³⁶. Innej schulzologii nie będzie.
Biografia tematyczna
Tu zrzucam żałobne szaty. Nie było mi w nich do twarzy. Męczy mnie i dziwi schulzologia zbyt poważna, napuszona i obrażalska, zapominająca, że Schulz sam siebie traktował cum grano salis. Obawiam się, że nie umiem rozmawiać z jego widmem. Moja perspektywa i mój język bywają od niego dalekie. Jeśli – jak to określiła Szelińska – nic, co ludzkie, nie było Schulzowi bliskie, to sprzeniewierzam się jego wizji świata i samego siebie³⁷. Wskazuję na wszystko to, co ludzkie, potoczne, codzienne, rutynowe i materialne, na co Schulz najchętniej nie zwracał uwagi, co zapalczywie ignorował albo co było dla niego udręką, owo „robactwo pospolitych trosk” z listu do przyjaciółki, Romany Halpern³⁸. Sprowadzam Schulza na ziemię, sprawiam, że staje się trywialny. Prawdopodobnie nadużywam gościnności na terytorium jego życia. Często nie o Schulza mi już chodzi, lecz o sprawę, o innych, którzy zawitali w jego biografii. On sam nieraz złości mnie, rozczarowuje i niepokoi, wprawia w niemoc, która nie zawsze jest niemocą tylko badawczą czy pisarską. Wbrew wnikliwym hermeneutom dzieła Schulza odzieram go z dostojeństwa wielkiego pisarza, którym bez wątpienia był. Nie uznaję Brunona Wielkiego.
Poetykę tytułu zawdzięczam Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi³⁹. Jego wyznania wiary z późnego okresu działalności poetyckiej budzą moje niedowierzanie, ale już eseistyczne szarże – pełen podziw. Jako biograf przeprowadził w Polsce rewolucję. Skonstruował silny podmiot piszący, który manifestuje się w tekście biografii, swobodnie przechodzi od archiwalnego szczegółu, drobiazgu czy resztki do wielostopniowego domniemania. Olga Masiuk odczytała postawę Rymkiewicza jako poety efeba, który musi przełamać dominację prekursora – Adama Mickiewicza⁴⁰. Rymkiewicz nie został Mickiewiczem, a jeśli jest moim prekursorem, już wiem, że nie zostanę Rymkiewiczem. Podobnie jak on, a w schulzologii Jan Gondowicz, mam słabość do anegdot, choć nie trafiam na równie barwne, oraz insynuacji, choć brak mi Rymkiewiczowego czy Gondowiczowego rozmachu. Jeśli raz po raz piszę o sobie, robię wycieczki autotematyczne, to po to, by dla dobra sprawy odsłonić miękkie podbrzusze swojego kształtującego się warsztatu, ujawnić źródła słownika później wnuczki, ale też trochę niezdarnej kuzynki, córki i siostry tych, którzy zajmują się Schulzem, biografią i literaturą w ogóle. (A Rymkiewicz i Harold Bloom zostają uwięzieni w ramach tego akapitu. Tu kończy się ich ekspansja).
Mój Schulz nie umiera. Jest to chronologicznie niemożliwe. Opowieść kończy się wcześniej. Kluczowy biografem zostaje pominięty, co ma niebagatelne konsekwencje: nie ma hagiografii bez śmierci bohatera.
Zazwyczaj biografia odsłania przed czytelnikiem wszystkie fazy życia osoby, którą prezentuje. Opowiada losy od narodzin do śmierci, a wcale nierzadko uwzględnia historię rodową i dzieje pośmiertne ciała czy akty pamięci po zmarłym. Ten model biografii będę nazywać całościowym, a w jego skrajnej odmianie – totalnym, gdy mamy do czynienia z historią wielowątkową, wielowymiarową i bardzo szczegółową. Inny model – selektywny – przewiduje dobór wydarzeń ze względu na wybrany aspekt egzystencji bohatera albo koncentruje się na danej fazie jego życia. Skupia się na problemowych, przestrzennych albo czasowych wycinkach losu, uznanych z jakiegoś powodu za ważne, ale bynajmniej nie ogranicza się do szkicu. Model ten realizują wszelkiego rodzaju biografie tematyczne⁴¹.
Takie publikacje jak Regiony wielkiej herezji Jerzego Ficowskiego, Schulz pod kluczem Wiesława Budzyńskiego, Bruno. Epoka genialna Anny Kaszuby-Dębskiej i Bruno Schulz. An Artist, a Murder, and the Hijacking of History (Bruno Schulz. Artysta, morderstwo i zawłaszczanie historii) Benjamina Balinta, a w jakimś sensie także należące do gatunku biograficznego dwa teksty Jerzego Jarzębskiego: Schulz z serii „A to Polska właśnie” i wstęp do wydania w serii „Biblioteka Narodowa”, są z założenia całościowe⁴². Przyświecały im cele: ogarnięcia wszystkiego, co do tej pory znane (Ficowski, Jarzębski, Kaszuba-Dębska), uzupełnienia dotychczasowego stanu wiedzy o nowe elementy, zasadniczo pochodzące ze wszystkich faz i obszarów życia (Budzyński), albo uprzystępnienia sylwetki Schulza, choćby kosztem redukcji szczegółów (Balint). Biografie te są oczywiście do pewnego stopnia sprofilowane zgodnie z zainteresowaniami i profesją autorów: Ficowskiego – poety i etnografa amatora; Budzyńskiego – konserwatywnego dziennikarza, specjalizującego się w reportażu historycznym; Kaszuby-Dębskiej – historyczki sztuki i artystki feministki; Jarzębskiego – literaturoznawcy i krytyka; oraz Balinta – amerykańsko-izraelskiego dziennikarza i literaturoznawcy. Prezentowane wydarzenia nie zostały jednak poddane żadnej pryncypialnej selekcji tematycznej.
Model selektywny w schulzowskiej biografistyce reprezentują: poprzednia książka Kaszuby-Dębskiej Kobiety i Schulz oraz Uczniowie Schulza Budzyńskiego i poniekąd jego Miasto Schulza, a także publikacja ukraińskich historyków Widomyj i newidomyj Bruno Schulz (Znany i nieznany Bruno Schulz). W herstory Kaszuby-Dębskiej Schulz pozostaje ośrodkiem narracji, a postaci kobiece emancypują się tylko do pewnego stopnia⁴³. Budzyński przeszedł od ogółu do szczegółu. W Uczniach Schulza spojrzał na losy pisarza przez pryzmat relacji jego byłych podopiecznych. Przy okazji opowiedział ich historię⁴⁴. Dalej jeszcze od Schulza oddalił się we – wcześniejszym niż Uczniowie – Mieście Schulza, które troszczy się o bohatera głównie w tytule. Tu pisarz stał się właściwie pretekstem do opowieści o mieszkańcach Drohobycza⁴⁵. Relacje biograficzne Schulza z rodzinnym miastem wyjaśnili historycy Bohdan Łazorak, Leonid Tymoszenko, Łesia Chomycz i Igor Czawa⁴⁶. W ich pracach Schulz stał się częścią środowiska pedagogicznego, żydowskiego i artystycznego Drohobycza. Węższy zakres mają teksty, których nie można nazwać biografiami, ale które przejawiają biograficzny charakter: Paola Caneppelego, zajmującego się okresem wiedeńskim, Łesi Chomycz – okupacją sowiecką, Tymoteusza Skiby – relacją z Gombrowiczem, Aleksandry Skrzypczyk – biografią akustyczną, Stanisława Rośka – pobytem w Paryżu⁴⁷.
Dotychczasowe biografie o całościowych ambicjach ukazują, jak trudno stworzyć spójną narrację o życiu Schulza. Są okresy i postaci, o których niewiele wiadomo. Ficowski przyznawał się do klęski: „Jego biografia, której ułamki zbierałem przez pół wieku, w dużej części zapadła w niepamięć wraz z tymi wszystkimi bliskimi, przyjaciółmi, powiernikami, sprzymierzeńcami, braćmi w sztuce… Tylko fragmenty udało się odnaleźć”⁴⁸. Jarzębski wtórował: „Bruno Schulz nie był pisarzem, o którym łatwo byłoby napisać książkę skomponowaną według modelu «życie i twórczość». To, co o jego życiu wiemy, nie nadaje się na romantyczną fabułę. Biografia Schulza zaiste nie jest tematem na dłuższą narrację”⁴⁹. Dlatego autorzy zazwyczaj wybierali układ problemowy, nie chronologiczny. Zgodnie z konwencją Jarzębski chronologicznie ułożył wstęp do wydania w „Bibliotece Narodowej”. Pozostałymi biografiami rządzi porządek tematyczny i nawet jeśli w poszczególnych partiach opowieść odzwierciedla przebieg życia Schulza, to układ całości jest raczej gwieździsty niż linearny. Na przykład Ficowski uporządkował Regiony według tematów literackich, choć zasadniczo zgodnie z biegiem życia Schulza. Okolice składają się już tylko z przyczynków⁵⁰. We wstępie do Schulza pod kluczem Budzyński rozpoczął opowieść od 1936 roku. Pierwszy rozdział zaś poświęcił śmierci, do której powrócił jeszcze w rozdziale „Zawiadowca gabinetu rysunkowego”. Jarzębski w Schulzu dwukrotnie sprowadził bohatera na świat, a to dlatego, że pierwsze narodziny otwierają krótką biografię Drohobycza, a dopiero drugie – biografię bohatera⁵¹. Kaszuba-Dębska w Brunonie. Epoce genialnej wyszła od zdarzeń paryskich. Balint tworzy klamrę kompozycyjną – punkt wyjścia i dojścia stanowią malowidła ścienne z tak zwanej willi Landaua. Dopiero od drugiego rozdziału wydarzenia toczą się z reguły chronologicznie.
Czasem próba napisania biografii całościowej spełza na biografii selektywnej. Maria Janion i Maria Żmigrodzka planowały kompletne biografie Zygmunta Krasińskiego i Elizy Orzeszkowej, ale udało im się wydać początkowe tomy o znamiennych podtytułach: Zygmunt Krasiński – debiut i dojrzałość oraz Orzeszkowa. Młodość pozytywizmu⁵². Selektywny model na pierwszy rzut oka wydaje się łatwiejszy w realizacji. Jakby wystarczyło napisać jedynie fragment biografii, więc tylko trochę się przy tym napracować. Przeczą temu na przykład dwie tematyczne biografie Andrzejewskiego autorstwa Anny Synoradzkiej-Demadre: Andrzejewski i Jerzy Andrzejewski. Przyczynek do biografii prywatnej⁵³. Trudno je nazwać skromnymi i niewątpliwie stoi za nimi tytaniczna praca. Jaskrawe przykłady imponujących biografii selektywnych stanowią również prace francuskiego literaturoznawcy Alaina Buisine’a: Proust, samedi 27 novembre 1909 (Proust, sobota 27 listopada 1909), opowiadająca jeden dzień z życia Prousta, czy Paul Verlaine. Histoire d’un corps (Paul Verlaine. Historia ciała), czyli biografia cielesna, korpografia, Paula Verlaine’a⁵⁴.
Wybór modelu selektywnego czyni zadanie, jakim jest odzyskanie biografii, pracą zespołową⁵⁵. Zwykliśmy łączyć biografię z intymną relacją jeden na jeden, z zajęciem pola, autorskim głosem, który albo woła na puszczy, albo musi zagłuszyć poprzedników. Dzięki zwielokrotnionemu modelowi selektywnemu biografia staje się polifoniczna. Wykorzystuje predyspozycje i specjalistyczną wiedzę autorów. Daje możliwość precyzyjnego określenia miejsca, z którego piszą, i zrywa z obłudą ideologicznej przejrzystości, jednocześnie nie sprowadzając całej bogatej biografii do wspólnego mianownika. Pozwala na pogłębioną problematyzację, częstsze przybliżenia, eksponowanie szczegółu.
Dziś, aby wyznaczyć obszar tematyczny dla biografii selektywnej, sięgnęlibyśmy na przykład po kategorie: przestrzenne – na podstawie biogeograficznej koncepcji Małgorzaty Czermińskiej i Elżbiety Rybickiej; genderowe – zgodnie ze wskazaniami Agnieszki Gajewskiej i Ingi Iwasiów; psychoanalityczne – w myśl ustaleń Agnieszki Sobolewskiej, i tak dalej⁵⁶. Ponieważ metody badawcze podlegają nieustannym negocjacjom, żadna ich lista nie może być ani ostateczna, ani wyczerpująca. Równocześnie każdy potencjalny bohater biografii dysponuje własnym zestawem najważniejszych biografemów i w pewnym sensie sam narzuca najefektywniejsze dla swojego przypadku perspektywy metodologiczne. Nie istnieje więc uniwersalny repertuar biografii tematycznych, które należałoby napisać.
Biografia naznaczona szkołą
Rosiek, gdy wyliczał najpopularniejsze schulzowskie biografemy, jako pierwszy wskazał następujący: „genialny twórca (samouk) pracuje jako skromny nauczyciel rysunków w prowincjonalnym miasteczku”⁵⁷. Pisarze mają swoje peryfrazy: „poeta czarnoleski”, „lirnik mazowiecki”, „smutny szatan”. Schulz jest „nauczycielem z Drohobycza”. Przez większość życia szkoła była jego codziennością. Został uczniem, gdy miał sześć lat, maturę zdał, mając osiemnaście. Pracę nauczycielską podjął w wieku lat trzydziestu dwóch, a przestał uczyć mniej niż rok przed śmiercią. Pomiędzy okresami szkolnymi zostaje czternaście lat przerwy. Tym samym szkoła jest jednym z głównych miejsc, w których przebywał, jednym z głównych środowisk, z którymi miał do czynienia. Biografia Schulza jest naznaczona szkołą.
Każda biografia składa się po trosze z biografii innych osób. W tym wypadku obecność bohaterów pobocznych intensyfikuje się z powodu niedomiaru głównego bohatera⁵⁸. Takie postaci, jak szkolni koledzy i nauczyciele Schulza, jego współpracownicy, szefowie, poznani dzięki szkole znajomi, a przede wszystkim uczennice i uczniowie, zadomowiły się w biografii pisarza. Nie chodzi tu bynajmniej o wzmiankę, lecz o całe stronice, a w wypadku Uczniów Schulza Budzyńskiego – o sporą część książki. Jednocześnie trudno mówić o gościnności: narracja o Schulzu zawłaszcza i funkcjonalizuje indywidualny los związanych z nim ludzi, sprowadza do tego, co istotne z perspektywy wielkiego twórcy. Szelińska pozostała „narzeczoną Schulza” nawet dla swojej biografki⁵⁹. I nawet jeśli Magdalenie Kicińskiej rzeczywiście udało się wyciągnąć Stefanię Wilczyńską z cienia Janusza Korczaka⁶⁰, to nadal działa prawo sformułowane przez Annę Nasiłowską: „Zasadą ukrytą gatunku pozostaje znane nazwisko postaci, której dotyczy. Największy kunszt biografa nie wykreuje postaci, jeśli nie była ona już wcześniej rozpoznawalna, można co najwyżej doczepić do celebryty/-tki żonę, męża, przyjaciółkę, mecenasa”⁶¹.
Okresy uczniowski i nauczycielski w życiu Schulza łączy miejsce-instytucja – Cesarsko-Królewskie Gimnazjum im. Franciszka Józefa, późniejsze Państwowe Gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły w Drohobyczu, ale przede wszystkim sama szkoła jako taka – aparat ideologiczny państwa. Pozwala jak w soczewce zobaczyć relacje władzy. „Szkoła i społeczeństwo stale symbolizują się wzajemnie i reprodukują bez końca założenie nierówności”, stwierdził Jacques Rancière w zgodzie z tezą Reprodukcji Pierre’a Bourdieu i Jeana-Claude’a Passerona, wyjaśniając koncepcję nauczyciela, który nie wie⁶². Pisać o szkole znaczy tyle, co przyglądać się relacjom społecznym. Wąski na pierwszy rzut oka temat zyskuje w optyce socjologicznoliterackiej funkcję synekdochy.
System szkolny warunkował życie Schulza w obu okresach: edukacyjnym i zawodowym. Nie tylko, jak w wypadku większości z nas, determinował sposób postrzegania świata zgodnie z jawnym i ukrytym programem nauczania, ale też czynił trybikiem w machinie ideologizującej. Kształtował habitus Schulza; dawał możliwości rozwoju, ale kłócił się z twórczością, ograniczał swobodę; wyznaczał status społeczny, a później też ekonomiczny; definiował sporą część relacji międzyludzkich; stawiał w roli zarówno dominującego, jak i zdominowanego; i tak dalej⁶³.
Zgodnie ze słynnym przykazaniem Fredrica Jamesona „Zawsze uhistoryczniaj!”, otwierającym The Political Unconscious, szkoła uhistorycznia biografię Schulza⁶⁴. Nie wyrywając biografii pisarza i artysty z gleby historii literatury i historii sztuki – w której wyrastają biografie twórcze, lokujące bohatera wobec innych autorów jego czasu, obowiązujących konwencji czy modeli recepcyjnych – szkoła zakorzenia ją również w historii społecznej, historii politycznej, historii oświaty i wychowania. Ukontekstawia egotyczną opowieść. Łączy wrażliwość na jednostkowy głos ze słuchaniem i opisywaniem otoczenia. Aparaturę należy od razu nastroić tak, ażeby uchwycić nie tylko „gwar dziejów, zgiełk historii”, lecz także „głuchy pomruk” w ich tle: szept zakonspirowanej młodzieży promienistej w Galicji oraz brzęk monety uderzającej o dno puszki podczas zbiórki funduszy na Ligę Obrony Przeciwpowietrznej i Przeciwgazowej w Drugiej Rzeczpospolitej⁶⁵.
Szkoła tworzy być może jedyny obszar biografii Schulza, w którym nie trzeba opierać się na domniemaniach. Co prawda z czasów uczniowskich wiele należy jeszcze zrekonstruować, ale nawet jeśli nie ocalało tyle źródeł bezpośrednio dotyczących Schulza, ile byśmy sobie życzyli, pozostało sporo dokumentów życia społecznego. W wypadku kariery nauczycielskiej zaś sytuacja jest więcej niż komfortowa. Można by znów powtórzyć za Brezą: „To wprost trudne do wiary, że los, zniszczywszy, jak mogłoby się zdawać, wszystko, jednocześnie tyle oszczędził”⁶⁶.
Może nienawidzić biurokracji tylko ten, kto nigdy nie pisał biografii. Agata Tuszyńska, biografka Szelińskiej, wygłosiła apologię: „Błogosławiona biurokracja, personalne i księgowe, urzędnicza skrupulatność i takież konieczności. Człowiek widziany przez dowody na jego pospolite istnienie, miejsca zatrudnienia, podwyżki, prośby o urlop, zwolnienia lekarskie, przegrupowania i tym podobne dolegliwości”⁶⁷. Szczęśliwie oświata wiąże się z ogromną biurokracją – wytwarza wielki zbiór dokumentów, często niepotrzebnych tu i teraz, ale przygotowanych na wypadek kontroli albo badań statystycznych. Pisze o każdym uczniu i pracowniku swoją beznamiętną opowieść o sprecyzowanym celu: pozwolić na prześledzenie rozwoju jednostki i porównywanie jej z inną⁶⁸. Na szkolną biurokrację w badaniach nad biografią Schulza poleca zwrócić uwagę Rosiek: „należy poddać ponownej lekturze znane już dokumenty, które – jak choćby dwie teczki personalne Schulza nauczyciela – nie zostały dotąd w pełni wykorzystane przez schulzologów”⁶⁹.
Archiwalia, o których pisze Rosiek, są znane, a jednak rzadko ktoś ich dotyka, zapewne z powodu kłopotów ze znalezieniem właściwej formuły opisu: monotonne, skończenie nudne w swojej drobiazgowości, powtarzalności i surowym języku zabijają najszczerszy zapał, a oparcie się na nich grozi narracyjną katastrofą. Bohater powstały z tej biurokratycznej papier mâché wypada blado, sztucznie. Ożywczą moc mają dopiero materiały wspomnieniowe – znów zarówno o samym Schulzu (a tych jest tak niewiele), jak i z nim bezpośrednio niezwiązane, opisujące realia epoki i środowiska. Nieraz nie pozostaje nic innego, jak postawić hipotezę, przytoczyć analogię, odtworzyć kontekst, wyliczyć możliwości i mieć nadzieję, że to wystarczy, ażeby w szary, jakby kafkowski świat wnieść trochę Schulzowskich barw.
Perspektywa szkolna pozwala dostrzec fenomen „powrotu do szkoły”, na który sam Schulz zwrócił uwagę w opowiadaniu Emeryt (a Witold Gombrowicz w Ferdydurke). Życie i dzieło (i plastyczne, i literackie) przeplatają się tu jak dwie osobne nitki. Nie wyrokuję o faktach biograficznych na podstawie twórczości. Nie stawiam sobie za cel tropienia wątków autobiograficznych, choć czasem włączam się w już toczące się dyskusje. Uważam, że życie i dzieło dobrze się wzajemnie oświetlają, że pozostają w ścisłej relacji. Nieraz przydają mi się Schulzowskie metafory, ponieważ trafnie nazywają różne aspekty biografii. Zgadzam się z Pawłem Tomczokiem, który odświeża, naturalnie co jakiś czas powracający, problem autobiografizmu pisarza, ale podczas gdy Tomczok każe patrzeć nie na biografię dziecięcą, lecz na sytuację Schulza z czasu, gdy pisał opowiadania – proponuję dla bezpieczeństwa spoglądać to w jedną, to w drugą stronę: twórczej teraźniejszości oraz determinującej ją przeszłości⁷⁰. Tam, gdzie temat szkolny wprost pojawia się w dziele, poddaję go mikrointerpretacji w kontekście biograficznym, ale skalą z pewnością rozczaruję i Michała Pawła Markowskiego, i Krzysztofa Stalę, domagających się całościowych odczytań. Oprócz dzieła Schulza uruchamiam też inne konteksty literackie, udając, że jak zdolniejszym koleżankom i kolegom wszystko mi się ze wszystkim kojarzy, że potrafię dokonywać błyskotliwych porównań albo chociaż zapobiegliwie zawsze mam na podorędziu którąś z klasycznych formuł w rodzaju Proustowskiej magdalenki albo Miłoszowego zniewolonego umysłu. Przede wszystkim próbuję dać jak najbogatszy, jak najżywszy i jak najpełniejszy obraz spraw, na których mi zależy, i dlatego szukam wsparcia, gdzie tylko mogę.
Piszę edukacyjną i zawodową biografię Brunona Schulza.