Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Brutal. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 lutego 2026
E-book: EPUB, MOBI
44,90 zł
Audiobook
44,90 zł
44,90
4490 pkt
punktów Virtualo

Brutal. Tom 2 - ebook

King, bezwzględny przestępca, ponownie zostaje wciągnięty w spiralę brutalnej przemocy i krwawej zemsty. Ludzie, którzy jedynie udają, że prawo jest dla nich najwyższą wartością, próbują odebrać mu ukochaną kobietę. Król podziemia nie może sobie na to pozwolić. Musi raz jeszcze udowodnić, kto rządzi w tym okrutnym świecie…
Po utracie pamięci Doe próbuje odkryć, kim była oraz komu może zaufać. Na skutek manipulacji zostaje rozdzielona z Kingiem i trafia z powrotem do rzekomo kochającej ją rodziny. Rozdarta między dawnym życiem a wielką miłością, mierzy się z bolesnymi prawdami o sobie i swojej tożsamości.
Brutal to mroczna powieść erotyczna, w której gwałtowna namiętność splata się z niewyobrażalnym bólem. T.M. Frazier stworzyła historię pełną napięcia, moralnej niejednoznaczności, a także emocjonalnych wzlotów i upadków.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-91-8098-750-9
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

King

Średni czas, jaki prze­stępca spę­dza na wol­no­ści po wyj­ściu z wię­zie­nia, wy­nosi sześć mie­sięcy.

Ja by­łem na wol­no­ści przez trzy lata.

Spo­dzie­wa­łem się, że w sa­mo­cho­dzie od­najdę Max. A za­miast tego skuto mi nad­garstki zim­nymi kaj­dan­kami. W do­datku ten skur­wiel, de­tek­tyw, miał czel­ność śmiać się w głos, gdy za­kła­dał mi me­ta­lowe ob­rę­cze wo­kół nad­garst­ków, i to wcale nie de­li­kat­nie.

Ale ja na­wet się nie skrzy­wi­łem. Nie dał­bym mu tej sa­tys­fak­cji. Bru­tal­nie we­pchnął mnie na tylne sie­dze­nie sta­rego po­li­cyj­nego wozu. Wy­lą­do­wa­łem na boku z po­licz­kiem przy­ci­śnię­tym do le­pią­cego się sie­dze­nia. Pach­niało tu rzy­gami i złymi de­cy­zjami. Mro­wiło mnie w ra­mio­nach, bo kaj­danki utrud­niały prze­pływ krwi w mo­ich ży­łach.

Ten du­pek miał szczę­ście, że sie­dzia­łem tu skuty kaj­dan­kami.

Trzy lata. Już prze­trzy­my­wali mnie przez trzy za­srane lata, a te­raz chcieli mnie wsa­dzić do paki na znacz­nie dłu­żej. Po­rwa­nie nie było ka­rane ude­rze­niem po dło­niach, szcze­gól­nie w przy­padku osoby, która miała kar­to­tekę rów­nie barwną, co moja. Obie­ca­łem so­bie, że ni­gdy tam nie wrócę, ale też ni­gdy nie by­łem do­bry w do­trzy­my­wa­niu obiet­nic.

Tak na­prawdę mia­łem to wszystko gdzieś. Sys­tem mógł mnie za­trzy­mać. Tam było moje miej­sce, ale oni nie mieli nade mną wła­dzy. I ni­gdy nie będą mieć.

To ona miała nade mną kon­trolę.

Po­sia­dała moje serce i moją za­sraną, czarną du­szę.

Każ­dego pie­przo­nego dnia uśmie­cha­jąc się z wyż­szo­ścią, będę pod­cho­dził do ko­lejki przy bu­fe­cie, ma­jąc na so­bie po­ma­rań­czowy, uwie­ra­jący strój wię­zienny. Będę grał w karty z naj­gor­szymi więź­niami i przy­mi­lał się do straż­ni­ków, któ­rzy dzięki temu tro­chę mi od­pusz­czą. A w nocy, gdy zo­stanę sam w swo­jej celi bez okien, trzy­ma­jąc fiuta w ręce, przy­po­mnę so­bie, jak to było mieć ją w swoim łóżku. Jak jej duże, nie­winne oczy pa­trzyły na mnie, kiedy po­ru­sza­łem się w niej. Jak wy­gi­nała plecy w łuk, gdy do­pro­wa­dza­łem ją do or­ga­zmów.

Wma­wia­łem so­bie, że nie mam jej nic do za­ofe­ro­wa­nia, ale my­li­łem się. Mia­łem mi­łość.

Zwier­za­czek. Doe. Ray. Nie­za­leż­nie od imie­nia ko­cha­łem za bar­dzo, by uznać to za nor­malne, ra­cjo­nalne czy zdrowe, i z chę­cią oraz z uśmie­chem na ustach zgnił­bym w wię­zie­niu, je­śli tylko miał­bym pew­ność, że z moją dziew­czyną bę­dzie wszystko w po­rządku.

Tylko że nie mia­łem pew­no­ści.

Po­wi­nie­nem był się do­my­ślić, że ten skur­wiel mnie wy­kiwa.

– Nie­sławny Bran­tley King – po­wie­dział ten du­pek, który za­jął miej­sce na przed­nim sie­dze­niu. Sztuczna skóra za­skrzy­piała nie­przy­jem­nie, a on za­mknął drzwi i uru­cho­mił sil­nik. – Szkoda, że jesz­cze się nie na­uczy­łeś, chłop­cze. A mia­łeś oka­zję.

Za­śmiał się i po­krę­cił głową. To było oczy­wi­ste, że fa­cet czer­pał ja­kąś chorą sa­tys­fak­cję z tego, że to on za­kuł mnie w kaj­danki.

– King – po­pra­wi­łem go su­chym to­nem. Nikt poza nią nie mó­wił mi po imie­niu.

– Słu­cham? – za­py­tał, uno­sząc brwi i pa­trząc na mnie we wstecz­nym lu­sterku.

Wy­pro­sto­wa­łem się i na­po­tka­łem jego wzrok, jak­bym chciał na wskroś prze­szyć jego tchórz­liwą du­szę.

– Na­zy­wają mnie King, ty skur­wielu.

Za­czą­łem go­to­wać się ze zło­ści. I wła­śnie wtedy za­uwa­ży­łem, że de­tek­tyw nie wy­je­chał na główną drogę, lecz skrę­cił i po­je­chał ścieżką pro­wa­dzącą do lasu.

Ten fa­cet nie był żad­nym gliną. Spoj­rza­łem na jego broń, która le­żała na de­sce roz­dziel­czej. Wy­glą­dała jak re­wol­wer, a nie po­li­cyjna spluwa. On wcale nie za­bie­rał mnie do wię­zie­nia.

Ra­czej pro­sto do grobu.

Nie mia­łem czasu do stra­ce­nia.

Moje dziew­czyny mnie po­trze­bo­wały.

A co waż­niej­sze, ja po­trze­bo­wa­łem ich.

Ten kre­tyn za­kuł mi ręce z przodu. To od razu po­winno dać mi do my­śle­nia. Praw­dziwy glina ni­gdy by cze­goś ta­kiego nie zro­bił, chyba że prze­wo­ziłby nie­groź­nego kry­mi­na­li­stę.

Czyli na pewno nie mnie.

Za­ło­ży­łem mu łań­cuch łą­czący kaj­danki na szyję i po­cią­gną­łem mocno, przy­ci­ska­jąc głowę męż­czy­zny do opar­cia fo­tela. Po­cią­gną­łem tak mocno, że nie­mal mię­śnie mo­ich ra­mion eks­plo­do­wały od na­pię­cia.

Zdjął ręce z kie­row­nicy i pró­bo­wał zła­pać mnie za głowę, ale uchy­li­łem się i scho­wa­łem za sie­dze­niem.

Sa­mo­chód zbo­czył ze ścieżki i za­czął po­ru­szać się po niej sla­lo­mem, aż w końcu wje­chał w wy­so­kie po ko­lana za­ro­śla.

Czu­łem na­ra­sta­jący ból, który po­ja­wił się za mo­imi oczami. Raz jesz­cze ści­sną­łem szyję oszu­sta, który po­da­wał się za de­tek­tywa. W końcu sa­mo­chód za­trzy­mał się, a ży­cie ucie­kło z ciała tego czło­wieka.

Oszust miał ra­cję – ni­gdy nie będę ni­kim wię­cej niż nie­sław­nym Bran­tleyem Kin­giem.

Nie prze­szka­dzało mi to jed­nak, bo mu­sia­łam dać na­uczkę se­na­to­rowi. Nie za­biera się tego, co moje, chyba że za­płaci się za to krwią, po­tem lub cipką.

On ode­brał mi moją dziew­czynę. I chciał ode­brać mi ży­cie.

Więc za­płaci za to krwią.ROZ­DZIAŁ 1

King

Ze­msta jest słodka.

A przy­naj­mniej tak po­wia­dają. Po­ją­łem praw­dzi­wość tych słów do­piero wtedy, gdy wy­do­sta­łem się z po­tłu­czo­nego sa­mo­chodu, strze­pu­jąc z sie­bie odłamki szkła.

Nie­mal czu­łem smak ze­msty na ję­zyku, śli­ni­łem się w ocze­ki­wa­niu na mo­ment, w któ­rym będę mógł zdjąć z przed­ra­mie­nia skó­rzaną bran­so­letę i owi­nąć ją wo­kół szyi se­na­tora za to, że mnie oszu­kał.

Mi­nęło tylko kilka chwil, od­kąd za­bi­łem czło­wieka.

Ale już dawno nie czer­pa­łem z tego praw­dzi­wej przy­jem­no­ści.

Przez moje żyły pły­nęła tak po­tężna ad­re­na­lina, jak jesz­cze ni­gdy do­tąd. Jej ilość mo­głaby oży­wić trupa.

Na­pa­wa­łem się tym uczu­ciem. Ży­wi­łem nim.

Zu­peł­nie jak­bym pod­su­nął so­bie pod nos mi­skę bia­łego proszku i wcią­gał go tak długo, aż po­czu­łem się nie­zwy­cię­żony.

Jak pie­przony bóg.

I nie za­mie­rza­łem koń­czyć tego haju, do­póki nie na­pra­wię wszyst­kiego, co ze­psu­łem. Szkoda mi było każ­dego dupka, który bę­dzie mieć na tyle duże jaja, by sta­nąć mi na dro­dze.

To była chwila, gdy po raz pierw­szy go usły­sza­łem.

Preppy.

Czas po­ka­zać tym skur­wy­sy­nom, że za­darli z nie­wła­ści­wym dzie­cia­kiem po nie­wła­ści­wej stro­nie mia­sta. Głos Preppy’ego był tak wy­raźny w mo­jej gło­wie, jakby przy­ja­ciel stał tuż obok mnie.

Za­czy­nało mi od­bi­jać.

Gdy udało mi się wy­do­stać z lasu i do­trzeć do domu, za­uwa­ży­łem, że Bear wła­śnie zsiada ze swo­jego mo­to­cy­kla. Kiedy mnie uj­rzał, rzu­cił nie­do­pa­łek pa­pie­rosa na zie­mię. Ru­szył w moją stronę sta­now­czym kro­kiem, marsz­cząc czoło groź­nie i za­ci­ska­jąc pię­ści. Su­che źdźbła trawy chrzę­ściły pod jego sto­pami.

– Po­słu­chaj, su­kin­ko­cie. Nie chcia­łem, żeby do­szło do rę­ko­czy­nów, ale uwa­żam, że chu­jowo po­ra­dzi­łeś so­bie z tą sy­tu­acją. Ona za­słu­guje na coś lep­szego, o wiele lep­szego niż pie­przone kłam­stwa… – Bear za­marł, gdy za­uwa­żył, że by­łem po­kryty bło­tem i krwią. – A to­bie co się, kurwa, stało?

Ode­pchną­łem go i omi­ną­łem, igno­ru­jąc py­ta­nie. Po­bie­głem w stronę domu i prze­sko­czy­łem po trzy schody na­raz. Otwo­rzy­łem drzwi z taką siłą, że śrubki z gór­nego za­wiasu wy­le­ciały w po­wie­trze i wy­lą­do­wały na ganku.

– Zwier­zaczku! – za­wo­ła­łem. Ja­kaś część mnie wciąż wie­rzyła, że ona mimo wszystko zna­la­zła spo­sób, by zo­stać. Ale gdy tylko wsze­dłem do domu, po­czu­łem pustkę i nie mu­sia­łem już za­glą­dać do każ­dego po­koju. – Kurwa! – krzyk­ną­łem, pod­no­sząc w kuchni krze­sło. Rzu­ci­łem nim przez po­kój. Krze­sło roz­biło szklany sto­lik i za­trzy­mało się na cien­kiej gip­so­wej ścia­nie, w któ­rej po­ja­wiła się dziura wiel­ko­ści piłki bejs­bo­lo­wej.

Bear wszedł za mną do domu.

– Po­wiesz mi, co się stało, czy bę­dziesz da­lej ruj­no­wać ten dom? – za­py­tał. Prze­sze­dłem obok niego i skie­ro­wa­łem się do ga­rażu. Mu­sia­łem do­stać się do mo­jego mo­to­cy­kla i kilku in­nych rze­czy.

Ta­kich, które wy­ma­gały na­bo­jów.

– Nic ta­kiego. Wy­star­czy tylko torba na zwłoki, by to na­pra­wić.

Jedna ob­ręcz kaj­da­nek wciąż ota­czała mój nad­gar­stek, druga zwi­sała ni­żej. Łań­cuch po­kry­wała krew oszu­sta. Jak tylko ten skur­wiel zdechł, sa­mo­chód za­trzy­mał się na drze­wie, a ja wy­sia­dłem z niego przez przed­nie drzwi. Na szczę­ście du­pek miał w kie­szeni klu­czyki do kaj­da­nek.

– Ro­zu­miem – stwier­dził Bear. – A gdzie, do cho­lery, jest Doe? – W jego gło­sie usły­sza­łem opie­kuń­czy ton, który mi się nie spodo­bał, ale nie za­mie­rza­łem te­raz za­wra­cać so­bie tym głowy.

Zajmę się tym, gdy już od­zy­skam swoją dziew­czynę.

– Se­na­tor mnie oszu­kał. Nie było Max. A gdy po raz ostatni wi­dzia­łem Doe, krzy­czała i ko­pała no­gami w po­wie­trzu, gdy za­bie­rał mnie wy­na­jęty mor­derca. – Wście­kłem się, gdy w my­ślach uj­rza­łem se­na­tora trzy­ma­ją­cego Doe. – Wy­ko­naj kilka te­le­fo­nów – na­ka­za­łem. – Do­wiedz się, do­kąd mo­gli ją za­brać.

– Kurwa – po­wie­dział Bear. Za­miast wy­cią­gnąć te­le­fon, po­chy­lił się i oparł ręce na ko­la­nach.

– Co tym ra­zem? – wark­ną­łem.

Bear chwy­cił się pal­cami za grzbiet nosa.

– Ist­nieje po­wód, dla któ­rego wró­ci­łem, stary. Poza tym, że chcia­łem ci sko­pać dupę za to, jak zje­ba­łeś sprawę z Doe. My­ślę, że za­nim za­czniesz roz­wią­zy­wać pro­blem przy uży­ciu kul, po­wi­nie­neś wie­dzieć, że to chyba nie se­na­tor chciał cię po­grze­bać – oznaj­mił, pro­stu­jąc się. Oparł się o ścianę i za­pa­lił pa­pie­rosa.

– A co to ma, kurwa, zna­czyć? To on ka­zał tam­temu czło­wie­kowi mnie aresz­to­wać. Oczy­wi­ście, że to był on.

Bear po­krę­cił głową.

– Fakt, on sta­nowi pro­blem, ale nie je­dyny. Nie­całe dwa­dzie­ścia mi­nut temu dzwo­nił Rage, a jak pew­nie wiesz, fa­cet ma oczy i uszy wszę­dzie. Mówi się, że sprawa z Isa­akiem jesz­cze nie jest skoń­czona. Na­wet w przy­bli­że­niu. – Prze­su­nął ręką po wło­sach, a po­piół z jego pa­pie­rosa spadł na dy­wan.

– Roz­wa­li­łem temu chu­jowi łeb na ka­wałki. Jak dla mnie wy­glą­dało to na skoń­czoną ro­botę – oznaj­mi­łem.

– Nie, nie cho­dzi o Isa­aca. On jest te­raz po­kar­mem dla ro­ba­ków. Cho­dzi o ko­goś, kto się wku­rzył, bo Isaac jest mar­twy, a w związku z tym nie może sprze­dać jego to­waru na Flo­ry­dzie. Ktoś, kto jest w sta­nie za­bić całe ro­dziny, by do­stać się do tego, kto za­lazł mu za skórę.

Ze­sztyw­nia­łem. Do­sko­nale wie­dzia­łem, o kim mó­wił.

– Eli.

– Tak, stary – po­twier­dził Bear. – I gdy­bym miał się za­ło­żyć, to sta­wiał­bym na to, że Eli chciał cię za­bić, wy­ko­rzy­stu­jąc do tego ta­tu­sia se­na­tora.

Eli Mit­chell był osobą, któ­remu Isaac od­da­wał część pie­nię­dzy ze sprze­daży nar­ko­ty­ków. Cóż, a przy­naj­mniej do­póki ja, Preppy i Bear nie za­bi­li­śmy Isa­aca i nie wy­tłuk­ li­śmy jego gangu. Eli za­wsze no­sił oku­lary prze­ciw­sło­neczne w czar­nej oprawce i nie był wy­soki, nikt na­wet nie po­dej­rze­wałby go o po­łowę rze­czy, które robi na co dzień.

Kiedy chce się wy­ku­rzyć kró­lika z jego nory, trzeba rzu­cić bombę dymną. Dla Eliego taką bombą było za­bi­ja­nie każ­dego, kogo ko­cha­łeś, do­póki się mu nie po­ka­żesz. By wtedy mógł w końcu za­bić też cie­bie.

– Mam tajne in­for­ma­cje, na pod­sta­wie któ­rych są­dzę, że Eli wciąż prze­bywa w Miami, ale nie­długo zrobi ja­kiś ruch. Mój gang mo­to­cy­klowy ukrył się w oba­wie przed od­we­tem. Sta­ru­szek cho­ler­nie się wku­rzył.

– Naj­pierw Isaac, a te­raz ten pie­przony Eli – po­wie­dzia­łem. – Czy ja nie mogę mieć cho­ciaż chwili spo­koju? Cza­sami my­ślę, że le­piej by mi było, gdy­bym wciąż sie­dział w wię­zie­niu.

– Ro­zu­miem cię, stary. Też tak mam. Tu już nie cho­dzi o sprawy mo­to­cy­kli­stów. Te­raz do­ty­czy to ca­łego kar­telu. To grub­sza sprawa, bar­dziej nie­bez­pieczna… Trzeba li­czyć się ze śmier­cią – stwier­dził Bear. – I nie mogę za­mknąć w na­szej kry­jówce Grace. Wiem, że ona jest dla cie­bie jak matka, bar­dziej niż była nią tamta suka, ale mój sta­ru­szek jest ostat­nio po­de­ner­wo­wany. Nie chce, żeby w klu­bie po­ja­wili się cy­wile, szcze­gól­nie w kry­jówce. Bę­dziemy mu­sieli zna­leźć dla niej ja­kieś bez­pieczne miej­sce na pe­wien czas. – Bear pa­trzył na mnie cały czas, gdy to mó­wił, i do­piero po chwili do­tarło do mnie, co miał na my­śli. – Nie mam ni­kogo bli­skiego, kto nie na­leży do klubu, ale ty zde­cy­do­wa­nie masz ta­kie osoby.

Doe.

– Kurwa! – krzyk­ną­łem i wtedy zro­zu­mia­łem, że nie mogę spro­wa­dzić jej do domu. Od­wró­ci­łem się i ude­rzy­łem pię­ścią w ścianę, prze­bi­ja­jąc się przez nią na drugą stronę. Po­czu­łem ból w ko­ściach w ca­łym ra­mie­niu, co i tak było o wiele lep­sze niż to, co czu­łem głę­biej. To było uczu­cie prze­gra­nej. – To moja wina, że Prep nie żyje. Ni­gdy nie po­wi­nie­nem był po­zwa­lać mu za­kła­dać Bab­ci­nej Zie­larni. Po­wi­nie­nem był… – Prze­cze­sa­łem ręką włosy. Nie wie­dzia­łem, co jesz­cze mo­głem zro­bić. W ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy całe moje ży­cie było po brzegi wy­peł­nione smut­kiem, po­czu­ciem winy i szczę­ściem. Tak wiele rze­czy chciał­bym zmie­nić, gdy­bym mógł cof­nąć czas. My­śla­łem, że w ży­ciu bra­kuje mi tylko jed­nego: Max. Tylko że te­raz nie mia­łem Max, Doe… i Preppy’ego.

I co­kol­wiek bym zro­bił, ko­go­kol­wiek bym za­bił, Preppy już nie wróci.

– A więc jaki jest plan, stary? – za­py­tał Bear.

– Do­trzemy do niego, za­nim on do­trze do nas… I zro­bimy to jesz­cze dzi­siaj – po­wie­dzia­łem, strze­la­jąc pal­cami. Skoń­czyło się uża­la­nie nad sobą. Czas za­bić jesz­cze kilku lu­dzi.

– Od­ważny ruch – pod­su­mo­wał Bear.

– Może i tak, ale naj­pierw mu­szę się do­wie­dzieć, gdzie jest Doe. Może i nie uda mi się jej stam­tąd wy­cią­gnąć, ale mu­szę się z nią zo­ba­czyć. I po­wie­dzieć, co się dzieje.

Bear po­ki­wał głową.

– Mogę się do­wie­dzieć, gdzie ona jest. Prze­słać jej wia­do­mość – za­pro­po­no­wał.

Po­krę­ci­łem głową.

– Nie, tę wia­do­mość mu­szę do­star­czyć oso­bi­ście, bo tylko w ten spo­sób mnie wy­słu­cha.

– Ro­zu­miem. Na jej miej­scu od­ciął­bym ci jaja – po­wie­dział Bear. Spoj­rza­łem na niego groź­nie, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że te­sto­wał resztki mo­jej cier­pli­wo­ści. – Do­wiem się, gdzie jest – wy­mam­ro­tał Bear, wy­cią­ga­jąc te­le­fon z kie­szeni. Zga­sił pa­pie­rosa w po­piel­nicy sto­ją­cej na pa­ra­pe­cie i za­pa­lił ko­lej­nego. – To wszystko jest bar­dzo ry­zy­kowne, stary. Czy ty się może ude­rzy­łeś w głowę, czy coś?

Wy­sze­dłem na po­most i opar­łem się o ba­rierkę, wdy­cha­jąc słone nocne po­wie­trze.

– Wła­ści­wie to tak. Cier­pię na to samo, co mój zwier­za­czek.

– Czyli na co? – za­py­tał Bear, po­dą­żyw­szy za mną.

– Oboje za­po­mnie­li­śmy, kim by­li­śmy wcze­śniej.

Bear za­czął prze­szu­ki­wać kon­takty. Sły­sza­łem dźwięk po­łą­cze­nia, gdy przy­ło­żył te­le­fon do ucha.

– A te­raz już pa­mię­tasz?

– Tak, przy­po­mnia­łem so­bie.

– I kim do­kład­nie je­steś? – za­py­tał Bear.

– Je­stem, kurwa, złym czło­wie­kiem. Zło­czyńcą.ROZ­DZIAŁ 2

Doe

Była m zszo­ko­wana.

Przy­tło­czona. Oszo­ło­miona. Nie mo­głam zna­leźć wła­ści­wych słów. Szczęka mi opa­dła.

„Szok” to naj­lep­sze okre­śle­nie tego, jak się czu­łam, gdy sie­dzia­łam w sa­mo­cho­dzie.

Mia­łam w gło­wie mi­lion py­tań, ale nie mo­głam wy­do­być z sie­bie głosu, by za­dać cho­ciaż jedno.

I nie mo­głam się zmu­sić, by za­cho­wy­wać się uprzej­mie wo­bec dwóch męż­czyzn, któ­rzy po­da­wali się za moją ro­dzinę. Byli dla mnie ob­cymi ludźmi, któ­rzy wy­cią­gali broń, kiedy nie chcia­łam iść z nimi po do­broci.

No i do tego jesz­cze ten chłop­czyk z blond locz­kami i du­żymi nie­bie­skimi oczami, zu­peł­nie ta­kimi jak moje.

Chłop­czyk, który na­zwał mnie ma­mu­sią.

Od­kąd obu­dzi­łam się bez wspo­mnień, moje ży­cie przy­po­mi­nało se­rię po­pie­przo­nych wy­da­rzeń, które ra­zem two­rzyły jedną wielką plą­ta­ninę. Za każ­dym ra­zem, gdy by­łam na tyle głu­pia, by my­śleć, że uda mi się to roz­wią­zać, plą­ta­nina za­cie­śniała się bar­dziej, po­chła­niała mnie i wszystko do­okoła, aż znisz­czyła to, co po­ten­cjal­nie mo­gło być do­bre w moim ży­ciu.

Du­siła to w za­rodku.

To ża­ło­sne z ich strony, że przy­pro­wa­dzili tu chłopca. Tylko z jego po­wodu sie­dzia­łam te­raz oszo­ło­miona i mil­cza­łam, nie mo­gąc za­dać mi­liona py­tań. Ba­łam się, że go wy­stra­szę lub po­wiem coś złego i przez to dziecko bę­dzie mieć traumę do końca ży­cia.

Ci­sza w sa­mo­cho­dzie była nie­mal ogłu­sza­jąca. Nie wąt­pi­łam w to, że je­śli ktoś wy­star­cza­jąco wy­tę­żyłby słuch, usły­szałby moje zszo­ko­wa­nie. Z ulgą przy­wi­ta­łam dźwięk przy­spie­sza­ją­cych opon, gdy wje­cha­li­śmy na au­to­stradę.

Męż­czy­zna, który po­da­wał się za mo­jego ojca, sie­dział na fo­telu pa­sa­żera. Wy­da­wał się sztywny i zimny jak ka­mień. Jego gar­ni­tur nie miał ani jed­nego za­gnie­ce­nia czy plamy potu, a po­mimo upału i wil­got­nego po­wie­trza nie zdjął ma­ry­narki. Za­czy­na­łam my­śleć, że ten gar­ni­tur był od­ręb­nym, ży­ją­cym or­ga­ni­zmem. Wy­glą­dał zbyt do­sko­nale. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby oka­zało się, że w rę­ka­wach tego gar­ni­turu żył mały ko­smita, który kon­tro­lo­wał se­na­tora i to ubra­nie.

Na­gle roz­legł się dźwięk te­le­fonu.

– Price – wark­nął se­na­tor do apa­ratu. Wy­mam­ro­tał coś ci­cho, a na­stęp­nie wy­cią­gnął rękę i na­ci­snął ja­kiś gu­zik. Wtedy szyba od­dzie­la­jąca przed­nie i tylne sie­dze­nia unio­sła się.

Sie­dzia­łam jak naj­da­lej od chło­paka, który przed­sta­wił się jako Tan­ner.

I to był mój chło­pak.

A wła­ści­wie jej.

– Wiesz… – po­wie­dział do mnie szep­tem. W jego oczach po­ja­wił się ło­bu­zer­ski błysk. – …spo­sobu, w jaki on od­biera te­le­fon, nikt nie na­zywa po­wi­ta­niem. – Zmu­si­łam się do uśmie­chu, a Tan­ner po­now­nie sku­pił wzrok za oknem.

Przez więk­szość go­dzin­nej jazdy ga­pi­łam się na niego, gdy mia­łam pew­ność, że nie pa­trzy, i pró­bo­wa­łam zmu­sić mój po­psuty mózg, by przej­rzał li­stę za­po­mnia­nych przeze mnie osób i od­na­lazł na­zwi­sko Tan­nera oraz moje uczu­cia do niego.

Wy­glą­dał do­brze, zu­peł­nie jak fa­cet z re­klamy pa­sty do zę­bów. Ale gdy na niego pa­trzy­łam, my­śla­łam tylko o tym, że wy­gląda na… mi­łego. I mimo że był w moim wieku, to na­dal mia­łam go tylko za chłopca.

I to wła­śnie było jedno słowo, któ­rego nie mo­głam użyć, by okre­ślić… Kinga.

Nie po­tra­fi­łam jesz­cze o nim my­śleć. Nie chcia­łam. Było zbyt wiele do prze­tra­wie­nia. Zdrada Kinga, jego aresz­to­wa­nie… Wo­la­łam o tym nie my­śleć. Ale kiedy pa­trzy­łam na Tan­nera, nie mo­głam po­wstrzy­mać się od po­rów­na­nia. Jego skóra była ja­sna i nie­wy­ta­tu­owana, był wy­soki i szczu­pły, miał syl­wetkę pły­waka. King był wy­ta­tu­owany, opa­lony, jego oczy za­wsze ci­skały bły­ska­wice, a ciało wy­glą­dało, jakby zo­stało wy­rzeź­bione pod­czas tre­nin­gów z sa­mym dia­błem.

Kiedy nie ga­pi­łam się na Tan­nera, wie­dzia­łam, że on pa­trzy na mnie, czu­łam na so­bie jego pa­lący wzrok. Jed­nak za każ­dym ra­zem, gdy zer­ka­łam w jego stronę, on od­wra­cał twarz i uda­wał, że pa­trzy na coś in­te­re­su­ją­cego za oknem.

No i jesz­cze ten mały chłop­czyk.

To, że mia­ła­bym być jego matką, wy­da­wało mi się ab­sur­dal­nym żar­tem.

To zu­peł­nie nie­wia­ry­godne.

Ale co dziwne, chłop­czyk był je­dyną osobą w tym sa­mo­cho­dzie, która nie bu­dziła mo­ich wąt­pli­wo­ści.

Mój oj­ciec, chło­pak i syn. W sa­mo­cho­dzie sie­działa moja do­mnie­mana ro­dzina, a mimo to każda ko­mórka mo­jego ciała mó­wiła mi, że ro­dzina – z wy­jąt­kiem tego ma­łego – od­dala się ode mnie z każ­dym ki­lo­me­trem.

Cho­dziło mi o Kinga.

Może to wszystko było tylko kłam­stwem. Każdy naj­mniej­szy szcze­gół. King po­wie­dział, że mnie ko­cha – ale może to też było tylko kłam­stwem. Nie wie­dzia­łam, komu mam wie­rzyć.

Nie eg­zy­stuj. Za­cznij żyć, po­wie­dział kie­dyś.

A więc za­czę­łam żyć.

I ko­chać.

Gniew, który czu­łam do niego przez to, że mnie okła­mał, znik­nął na chwilę, gdy uj­rza­łam na twa­rzy Kinga roz­cza­ro­wa­nie, kiedy oka­zało się, że Max nie było w tam­tym sa­mo­cho­dzie.

A po­tem, gdy de­tek­tyw za­ło­żył mu kaj­danki, po­czu­łam ośle­pia­jącą wście­kłość.

Chcia­łam o niego wal­czyć. Pra­gnę­łam od­dać mu córkę. Da­ła­bym mu wszystko, co tylko w le­żało w mo­jej mocy, ale nie po­tra­fi­łam zro­bić nic, gdy od­gry­wała się przede mną ta okropna scena. Czu­łam się spa­ra­li­żo­wana, gdy de­tek­tyw za­ku­wał Kinga w kaj­danki. Ści­skało mnie w żo­łądku, kiedy wpy­chał go do swo­jego sa­mo­chodu, by za­wieźć do ja­kiejś celi bez okien.

Mó­wi­łam prawdę, kiedy oznaj­mi­łam se­na­to­rowi, że King mnie ura­to­wał. I nie cho­dziło mi o to, że ura­to­wał mnie przed Edem czy na­wet przed Isa­akiem.

Cho­dziło mi o to, że ura­to­wał mnie przede mną samą.

Ni­gdy nie spo­dzie­wa­łam się, że za­ko­cham się w Kingu. Moim po­ry­wa­czu, drę­czy­cielu, ko­chanku, przy­ja­cielu, moim ca­łym świe­cie.

Ale tak się stało.

Chło­piec śpiący na mo­ich ko­la­nach po­ru­szył się lekko. Jego od­dech ogrze­wał moją skórę przez ko­szulkę w miej­scu, gdzie jego nos był przy­ci­śnięty do mo­jego brzu­cha.

Mia­łam wiele py­tań. Tak wiele, że dzwo­niło mi w gło­wie go­rzej niż wtedy, gdy Nikki mnie po­strze­liła. Mia­łam ochotę wy­krzy­czeć je z pręd­ko­ścią po­ci­sków ka­ra­binu ma­szy­no­wego, ale nie chcia­łam wy­stra­szyć chłop­czyka o py­za­tych po­licz­kach, któ­rych do­ty­kały rzęsy, gdy spał. Prze­su­nę­łam dło­nią po jego mięk­kich krę­co­nych wło­sach, a on wes­tchnął przez sen z za­do­wo­le­niem.

– Nie do wiary, że to na­prawdę ty, Ray. My­śla­łem, że już ni­gdy cię nie zo­ba­czę, a mimo to sie­dzisz tu te­raz przede mną. Już so­bie mnie przy­po­mi­nasz? Albo jego? Co­kol­wiek? – za­py­tał Tan­ner z nie­cier­pli­wo­ścią w gło­sie. Unio­słam głowę, by na­po­tkać jego wzrok. Jego piękne, orze­chowe oczy były je­dy­nym, co pa­mię­ta­łam z tam­tego ży­cia. Wi­dzia­łam je w swoim śnie.

Po­krę­ci­łam głową.

– Pa­mię­tam tylko twoje oczy. Śni­łam o nich. Raz – przy­zna­łam.

– Hm, a więc o mnie śni­łaś, tak? – Tan­ner uniósł brwi su­ge­styw­nie. Szturch­nął mnie ra­mie­niem, a ja od­su­nę­łam się gwał­tow­nie, za­sko­czona tym na­głym do­ty­kiem. – Prze­pra­szam – po­wie­dział, gdy za­uwa­żył, że ze­sztyw­nia­łam. – To z przy­zwy­cza­je­nia.

– W po­rządku – oznaj­mi­łam, cho­ciaż nie by­łam pewna, czy po­wie­dzia­łam to szcze­rze. – Mu­szę za­py­tać cię o jedną rzecz.

Tan­ner spoj­rzał z mi­ło­ścią na chłopca le­żą­cego obok mnie.

– Pro­szę.

– Ile on ma lat? Po­wie­dzia­łeś, że mam osiem­na­ście lat. Kiedy to się stało? I jak?

– Jak? – Tan­ner za­śmiał się ner­wowo. – Cóż, Ray, gdy męż­czy­zna i ko­bieta bar­dzo się ko­chają… – Za­milkł, gdy za­uwa­żył, że się nie uśmie­cha­łam. – Prze­pra­szam, je­stem przy­zwy­cza­jony do tego, że czę­sto żar­to­wa­li­śmy. Je­steś je­dyną, która ro­zu­mie moje żarty. A wła­ści­wie by­łaś. – Tan­ner prze­su­nął ręką po krę­co­nych wło­sach i wes­tchnął. Za­czął sku­bać szwy na skó­rza­nych sie­dze­niach.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się na­gle przed du­żym dwu­pię­tro­wym do­mem o ró­żo­wych ścia­nach. Ga­nek pod­trzy­my­wały spi­ralne ko­lumny. Wo­kół licz­nie stały pla­sti­kowe fla­mingi, a w ogro­dzie znaj­do­wały się kra­snale o róż­nych roz­mia­rach. Do bu­dynku pro­wa­dził pod­jazd z ró­żo­wej kostki ukła­da­jący się w kształt wa­chla­rzy. Na traw­niku rów­nież stały pla­sti­kowe fla­mingi. Po­nadto po­sia­dłość ota­czały be­to­nowe fon­tanny, każda w in­nym stylu. Było ich około trzy­dzie­ści.

– To mój dom – oznaj­mił Tan­ner, otwie­ra­jąc drzwi. Za­brał chłop­czyka z mo­ich ko­lan, a serce skur­czyło mi się bo­le­śnie.

– Za­cze­kaj, do­kąd idziesz? – za­py­ta­łam na­gle spa­ni­ko­wana.

– To był dla niego długi dzień. Kie­dyś spę­dzał dużo czasu u cie­bie w domu, ale skoro znik­nę­łaś, za­miesz­kał ze mną – po­wie­dział Tan­ner. Mimo że nie pa­mię­ta­łam tego dziecka, to po­czu­łam się roz­cza­ro­wana, bo nie mógł ze mną po­je­chać. Tan­ner chyba wy­czuł moje emo­cje, bo do­dał: – Ale obie­cuję, że nie­długo wrócę. Jedź do domu i przy­zwy­czaj się do no­wego miej­sca, a po­tem do­koń­czymy roz­mowę.

Se­na­tor wy­siadł z sa­mo­chodu.

– Za­cze­kaj! – za­wo­ła­łam. Tan­ner ob­ró­cił się. – Jak on ma na imię? – Wska­za­łam na dziecko, które przy­tu­lało po­li­czek do ra­mie­nia Tan­nera. Nie obu­dził się, mimo lek­kich wstrzą­sów.

Tan­ner uśmiech­nął się.

– Sa­muel.

Ści­snęło mnie w sercu. Sa­muel.

Tak miał na imię Preppy.

– Ale na­zy­wamy go Sammy – do­dał Tan­ner.

– Tan­ner – ode­zwał się se­na­tor lek­ce­wa­żą­cym to­nem, jakby od­pra­wiał chło­paka. Męż­czy­zna za­jął miej­sce obok mnie. Na­tych­miast po­czu­łam od­razę, którą wcze­śniej w so­bie stłu­mi­łam, bo obok mnie znaj­do­wał się Sammy. Wy­je­cha­li­śmy na główną drogę i za­czę­łam za­da­wać py­ta­nia.

– Dla­czego King zo­stał aresz­to­wany? – za­py­ta­łam, nie mo­gąc ukryć go­ry­czy w moim gło­sie. – On mnie przy­jął. Za­pew­nił dach nad głową. Za­nim go po­zna­łam, miesz­ka­łam na uli­cach, wal­czy­łam o prze­trwa­nie i że­bra­łam o je­dze­nie. Moją je­dyną przy­ja­ciółką była bez­domna pro­sty­tutka, która współ­czuła mi ta­kiego ży­wota!

Se­na­tor na­wet się nie skrzy­wił, sły­sząc opo­wieść o mo­jej nie­doli. Wy­glą­dał, jakby w ogóle go to nie ru­szało. Po­pra­wił spinki od man­kie­tów i za­czął prze­glą­dać coś w te­le­fo­nie.

– Bran­tley King jest by­łym ska­zań­cem, oszu­stem i mor­dercą – oznaj­mił, nie pod­no­sząc wzroku. – Re­la­cja, która naj­wy­raź­niej was łą­czyła, była tylko farsą. W do­datku nie­mal nie­le­galną. Kiedy do mnie przy­szedł i za­su­ge­ro­wał, że łą­czy was coś… in­tym­nego, na­prawdę mia­łem na­dzieję, że chciał mnie po pro­stu wku­rzyć, ale te­raz wi­dzę, że mó­wił prawdę. Ten męż­czy­zna przy­szedł do mnie, chcąc użyć cie­bie jako karty prze­tar­go­wej, by do­stać to, czego pra­gnie. Nic wię­cej. Wy­ko­rzy­stał cię, a je­steś tylko na­sto­latką. Chciał mnie oszu­kać. A te­raz trafi tam, gdzie so­bie za­słu­żył, i do­sta­nie to, co mu się na­leży. I ni­gdy wię­cej nie chcę o tym słu­chać, młoda damo.

– On chciał tylko od­zy­skać swoją córkę – opo­no­wa­łam z ra­mio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. Se­na­tor uwa­żał, że efek­tyw­nie za­koń­czył tę kon­wer­sa­cję, ale nie mia­łam za­miaru do tego do­pu­ścić.

– Nie za­wsze do­sta­jemy to, czego chcemy – po­wie­dział gło­sem wy­pra­nym z emo­cji. Jego słowa od­biły się echem w mo­ich my­ślach, jak­bym już gdzieś je sły­szała. – Poza tym nie wiem, jaką we­dług niego se­na­tor ma wła­dzę. Ja co naj­wy­żej mógł­bym mu na­pi­sać list do sądu ro­dzin­nego. Może mógł­bym za­dzwo­nić do sę­dziego Flet­chera, je­śli cią­gle ma swoją po­sadę.

– To dla­czego tego nie zro­bi­łeś i nie do­trzy­ma­łeś umowy? – do­cie­ka­łam. – Ja na­wet cię nie znam. Za­bierz mnie z po­wro­tem! – krzyk­nę­łam i się­gnę­łam do klamki, nie dba­jąc o to, że sa­mo­chód wciąż był w ru­chu. Otwo­rzy­łam drzwi i uj­rza­łam umy­ka­jącą spod kół sa­mo­chodu jezd­nię. Se­na­tor wy­cią­gnął się, szybko za­mknął drzwi i za­blo­ko­wał je.

– Ra­mie, nie wy­głu­piaj się. Nie masz do czego tam wra­cać. A poza tym czy na­prawdę chcesz zo­sta­wić swo­jego syna? – za­py­tał, uno­sząc brwi.

Kurwa.

– We­dług Tan­nera wmó­wi­łeś lu­dziom, że by­łam w Pa­ryżu, żeby nie ośmie­szyć się fak­tem, że twoja córka jest ucie­ki­nierką. Nie uwa­żasz, że le­piej było po­świę­cić czas na szu­ka­nie mnie, a nie na wy­my­śla­nie ko­lej­nych kłamstw? – za­py­ta­łam, wciąż trzy­ma­jąc rękę na klamce drzwi. – Gdy­byś był mną, to chciał­byś tu zo­stać, wie­dząc, jak cię po­trak­to­wano?

Se­na­tor wes­tchnął.

– Szu­ka­li­śmy cię, Ra­mie. Ale nie wie­dzie­li­śmy o tym, że stra­ci­łaś pa­mięć. Gdy nie mo­gli­śmy cię od­na­leźć, po­my­śle­li­śmy, że po pro­stu nie chcesz zo­stać od­na­le­ziona. I prze­stań ro­bić z sie­bie cen­trum świata. To nie­po­wo­dze­nie nie wpły­nęło tylko na cie­bie, więc może po­myśl tro­chę, za­nim za­czniesz oskar­żać lu­dzi wo­kół.

– King mnie nie po­rwał. Masz wy­co­fać oskar­że­nia. Nie chcę, by znowu tra­fił do wię­zie­nia – oznaj­mi­łam, za­kła­da­jąc ra­miona na piersi.

Se­na­tor zmru­żył oczy.

– Coś ci po­wiem. Od­wiedź spe­cja­li­stę, z któ­rym się skon­tak­to­wa­łem. Po­sta­raj się od­na­leźć w swoim sta­rym ży­ciu. Spró­buj przy­po­mnieć so­bie coś, za­nim odej­dziesz i rzu­cisz wszystko, by zo­stać pierw­szą damą… Lo­gan’s Be­ach. – Wy­mó­wił Lo­gan’s Be­ach jakby ta na­zwa zo­sta­wiła w jego ustach zły po­smak. Otwo­rzy­łam usta, by coś po­wie­dzieć, ale nie dał mi dojść do słowa. – Daj so­bie mie­siąc. Mie­siąc praw­dzi­wych sta­rań, by wy­zdro­wieć. I je­śli po tym cza­sie wciąż bę­dziesz chciała wró­cić, wy­co­fam za­rzuty prze­ciwko niemu i każę szo­fe­rowi od­wieźć cię do jego domu z li­stem po­le­ca­ją­cym do sądu ro­dzin­nego, który bę­dzie mógł wy­ko­rzy­stać, by sta­rać się o córkę. To jest moja oferta. – Wy­gła­dził kra­wat. – Żad­nej in­nej nie złożę.

– Nie ufam twoim ofer­tom. Spójrz tylko, co zro­bi­łeś z Kin­giem – wark­nę­łam.

– Ra­mie, on jest prze­stępcą! On na­wet nie ma prawa głosu, na mi­łość bo­ską! Dla mnie nie ist­nieje jako oby­wa­tel tego kraju, a poza tym nie mam za­miaru wcho­dzić w układy z kry­mi­na­li­stami. Ale ty je­steś moją córką. – Gdy to oznaj­mił, w końcu ode­rwał wzrok od ekranu te­le­fonu. – Ni­gdy nie zło­żył­bym ci obiet­nicy, któ­rej nie mógł­bym do­trzy­mać.

Nie ufa­łam mu. Za grosz. W końcu był pie­przo­nym po­li­ty­kiem. Ale czy po­zo­sta­wał mi inny wy­bór? Po­nie­kąd się nie my­lił. Nie mia­łam do czego wra­cać. I drę­czyła mnie cie­ka­wość, która ni­gdy nie znik­nęła, bo chcia­łam wie­dzieć, kim na­prawdę by­łam. Pra­gnę­łam do­wie­dzieć się, jak wy­glą­dało moje ży­cie wcze­śniej.

– Okej – zgo­dzi­łam się. – Ale mam wię­cej py­tań do­ty­czą­cych mnie i mo­jego…

Na­gle za­dzwo­nił te­le­fon se­na­tora. Uniósł apa­rat do ucha i wy­war­czał swoje po­wi­ta­nie, sku­tecz­nie koń­cząc na­szą roz­mowę.

Nie by­łam pewna, ja­kiego ro­dzaju re­la­cja łą­czyła mnie z oj­cem wcze­śniej, ale od­no­si­łam wra­że­nie, że on nie był ty­pem ro­dzica, który ki­bi­co­wałby mi na me­czach i po­ma­gał w od­ra­bia­niu pracy do­mo­wej z ma­te­ma­tyki.

Kilka mi­nut po tym, gdy wy­sie­dli Tan­ner i Sammy, sa­mo­chód za­trzy­mał się i se­na­tor oznaj­mił:

– No i je­ste­śmy. – Wło­żył te­le­fon do kie­szeni ma­ry­narki. Po obu stro­nach drogi wy­ra­stały ogromne palmy, mu­siały li­czyć przy­naj­mniej sześć me­trów. Za­trzy­ma­li­śmy się na pod­jeź­dzie w kształ­cie li­tery „U” tuż przed du­żym, otwar­tym gan­kiem w po­łu­dnio­wym stylu, z bia­łymi ba­rier­kami.

Wy­cią­gnę­łam szyję, by le­piej przyj­rzeć się bu­dyn­kowi.

– To tu­taj miesz­kasz?

– Nie, my tu miesz­kamy – po­pra­wił mnie se­na­tor. – Ty, twoja matka, ja, Sammy i na­sza go­spo­sia, Nad­ine. A gdy mnie tu nie ma, miesz­kam w Tal­la­has­see lub w Wa­szyng­to­nie.

Se­na­tor wy­cią­gnął się i otwo­rzył dla mnie drzwi. Ge­stem na­ka­zał mi wy­siąść z sa­mo­chodu. Mu­sia­łam osło­nić oczy przed ra­żą­cymi pro­mie­niami słońca prze­dzie­ra­ją­cymi się przez palmy.

Dom nie wy­glą­dał na tak duży czy oka­zały, jak so­bie wy­obra­ża­łam. Był ra­czej mały, z nie­ska­zi­tel­nie bia­łymi ścia­nami i ak­cen­tami w po­staci nie­bie­skich okien­nic. Na ganku ko­ły­sał się fo­tel bu­jany, co do­da­wało bu­dyn­kowi po­łu­dnio­wego uroku. Przed fron­to­wymi drzwiami po­wie­wała flaga Ame­ryki. Na drze­wach za­wie­szono dzwo­neczki, któ­rymi ko­ły­sał wiatr. Ich dźwięk i ruch były hip­no­ty­zu­jące.

– Nie ma jak w domu – pod­su­mo­wał se­na­tor oschłym to­nem.

Nie. Może rze­czy­wi­ście kie­dyś tam miesz­ka­łam, ale nie czu­łam, by było to moje miej­sce.

Ten bu­dy­nek na­wet nie zo­stał zbu­do­wany na pa­lach.

– Nad­ine wskaże ci twój po­kój – oznaj­mił se­na­tor, ki­wa­jąc głową w stronę ko­biety w śred­nim wieku o oliw­ko­wej skó­rze i ciem­no­brą­zo­wych wło­sach ścią­gnię­tych w koka tuż nad kar­kiem, która wła­śnie wy­szła z domu. Miała na so­bie czarne spodnie i białą ko­szulkę polo z krót­kim rę­ka­wem. – Wta­jem­ni­czy­li­śmy Nad­ine, wie wszystko o two­jej sy­tu­acji. I od­po­wie na każde twoje py­ta­nie. – Se­na­tor wy­glą­dał na usa­tys­fak­cjo­no­wa­nego tą pre­zen­ta­cją, jakby co naj­mniej przed­sta­wił swo­jemu sze­fowi no­wego pra­cow­nika. – Czy w ogóle pa­mię­tasz Nad­ine, Ra­mie?

– Nie, nie pa­mię­tam ni­kogo – wark­nę­łam z na­ci­skiem.

Se­na­tor prze­wró­cił oczami.

– Wi­dzę, że twój cha­rak­te­rek nie wy­pa­ro­wał tak, jak wspo­mnie­nia. Nad­ine jest… cóż, ona zaj­muje się tu wszyst­kim. Jest z nami, od­kąd się uro­dzi­łaś. Wkrótce bę­dziemy mieli oka­zję po­roz­ma­wiać dłu­żej. – Ski­nął głową w moją stronę i wsiadł do sa­mo­chodu. Po chwili otwo­rzył okno i do­dał: – Mimo tego, co mo­żesz so­bie o tym wszyst­kim my­śleć, na­prawdę do­brze jest znów mieć cię w domu, Ra­mie.

– Wy­jeż­dżasz? – za­py­ta­łam. – Tak po pro­stu?

– Nie­długo wrócę. Mam spo­tka­nia. Two­jej matki też nie ma. Jest w spa… Znowu. Wkrótce po­ga­damy. – Za­mknął drzwi i sa­mo­chód od­je­chał.

– Pie­przony waż­niak – wy­mam­ro­ta­łam. Nad­ine za­śmiała się na głos, ale szybko za­kryła usta dłońmi. Od­chrząk­nęła i po­wie­działa:

– Cóż, on ma ra­cję co do jed­nej rze­czy – po­wie­działa ze sła­bym po­łu­dnio­wym ak­cen­tem. – Twój cha­rak­te­rek nie znik­nął.

Nad­ine po­pro­wa­dziła mnie po scho­dach na ga­nek i otwo­rzyła dla mnie fron­towe drzwi, ustę­pu­jąc mi miej­sca.

– Dziew­czyno, znam cię, od­kąd no­si­łaś pie­lu­chy. Znam cię jak nikt inny – po­wie­działa z ta­kim uśmie­chem, że jej uwie­rzy­łam. – Chodź, zro­bię ci coś do je­dze­nia, a po­tem bę­dziesz mo­gła iść do swo­jego po­koju i go obej­rzeć. – Po­dą­ży­łam za Nad­ine ni­czym za­gu­bione ka­czątko za matką. Nie spodo­bało mi się to. Nie czu­łam się tak bez­radna, od­kąd wy­lą­do­wa­łam na ulicy. Obie­ca­łam so­bie, że już ni­gdy nie do­pusz­czę, by tak się po­czuć, a te­raz po­dą­ża­łam za obcą osobą w nie­zna­nym mi domu, bo nie mia­łam wyj­ścia.

Nie, nie dano mi wy­boru, przy­po­mnia­łam so­bie. Mo­gła­bym prze­cież za­dzwo­nić po tak­sówkę i wy­je­chać stąd, ale było tylko jedno miej­sce, do­kąd mo­głam się udać.

I ni­kogo bym tam nie za­stała.

Na­wet gdyby King nie je­chał te­raz do wię­zie­nia, to czy wciąż by mnie przy­jął po tym, jak go­towy był mnie od­dać?

Czy ja w ogóle chcia­ła­bym tam prze­by­wać po tym wszyst­kim?

Jesz­cze nie by­łam go­towa, by o tym my­śleć.

Pod­łogę w bu­dynku po­kry­wały ciem­no­brą­zowe pa­nele, a ściany miały go­łę­bio­szary ko­lor. Wy­strój spra­wiał wra­że­nie gu­stow­nego, ale nie przy­tła­czał. Wy­da­wał się kom­for­towy, ale też no­wo­cze­sny.

Cho­ler­nie mi się nie po­do­bał.

– Ten dom wy­gląda dość zwy­czaj­nie jak na dom po­li­tyka, prawda? – za­py­ta­łam.

Nad­ine za­mknęła za sobą drzwi, a ja za­trzy­ma­łam się w ma­łym foyer, które słu­żyło rów­nież za ko­ry­tarz, i ro­zej­rza­łam się po po­miesz­cze­niu.

– Se­na­tor jest wscho­dzą­cym po­li­ty­kiem – wy­ja­śniła. – Nie po­cho­dzi z bo­ga­tej ro­dziny jak wielu jego zna­jo­mych. Kie­dyś pra­co­wał jako pro­gra­mi­sta kom­pu­te­rowy. Do­tarł tu, gdzie te­raz jest, dzięki skła­da­nym obiet­ni­com, a nie dzięki pie­nią­dzom – po­in­for­mo­wała mnie Nad­ine. – A to rzad­kość w tych cza­sach.

– Brzmisz, jak­byś go lu­biła – stwier­dzi­łam za­sko­czona.

Po­krę­ciła głową.

– To nie kwe­stia sym­pa­tii. Se­na­tor ma swoje wady. Jak wszy­scy. Ale trzeba uznać jego re­alne za­sługi. – Po­de­szła do mnie i znowu gdzieś mnie po­pro­wa­dziła. Ru­szy­łam za nią. – Jego me­tody wy­cho­waw­cze po­zo­sta­wiają na­prawdę wiele do ży­cze­nia, ale je­śli cho­dzi o po­li­tykę, nie można za­prze­czyć, że nie­mało osią­gnął.

Za­trzy­ma­ły­śmy się po­środku domu. Kuch­nia, sa­lon i ja­dal­nia two­rzyły ra­zem otwartą prze­strzeń. Kuch­nia znaj­do­wała się w naj­od­le­glej­szym ką­cie. Szafki były wy­so­kie, w ko­lo­rze zła­ma­nej bieli, a blaty czarne i błysz­czące.

– Sia­daj. – Nad­ine ski­nęła głową w stronę wy­so­kich stoł­ków we­pchnię­tych pod ba­rek ku­chenny. Ja jed­nak ani drgnę­łam. W końcu do­tarło do mnie, co się wła­ści­wie działo. Za­wsze za­sta­na­wia­łam się, jak wy­glą­dał dom, w któ­rym do­ra­sta­łam, i oto tu je­stem. Ale mimo to nie czu­łam ta­kiego za­chwytu, ja­kiego ocze­ki­wa­łam.

Wciąż by­łam w szoku. Zła. Roz­go­ry­czona. Cho­ler­nie zdez­o­rien­to­wana.

Ale za­chwy­cona?

Zde­cy­do­wa­nie nie.

Nad­ine wy­cią­gnęła z kilku sza­fek ja­kieś skład­niki i włą­czyła ku­chenkę.

– Sia­daj, dziew­czyno, a ja coś dla cie­bie przy­go­tuję. Mo­żesz mnie py­tać, o co tylko chcesz. Wiem, że lu­bisz za­da­wać py­ta­nia.– Uśmiech­nęła się sze­roko i wy­tarła ręce o far­tuch, który za­ło­żyła przed chwilą.

– Cóż, naj­wy­raź­niej to się nie zmie­niło – po­wie­dzia­łam, w końcu sia­da­jąc na stołku. – Od paru mie­sięcy ktoś cią­gle mi mó­wił, że za­daję za dużo py­tań.

Nad­ine wbiła jajka do mi­ski.

– Ale ty się zmie­ni­łaś. Wi­dzę to.

– I jak mnie­mam, na gor­sze? – wes­tchnę­łam.

– Nie. – Po­de­szła do mnie i oparła się łok­ciami o blat na­prze­ciwko mnie. – Wła­ści­wie… Na­wet mi się to po­doba.

– Co to zna­czy, że się zmie­ni­łam? – do­py­ty­wa­łam.

Nad­ine wy­dęła wargi w za­my­śle­niu.

– Nie je­stem w stu pro­cen­tach pewna, ale po­wiem ci, jak tylko do tego dojdę. – Wy­cią­gnęła rękę i pstryk­nęła mnie w ko­niu­szek nosa. Pu­ściła do mnie oczko, od­wró­ciła się w stronę ku­chenki i za­częła mie­szać skład­niki drew­nianą łyżką.

– To nie fair – po­wie­dzia­łam. Za­brzmiało to tro­chę płacz­li­wiej, niż chcia­łam. – Wszy­scy mnie znają, ale każdy jest dla mnie kom­plet­nie obcy. Sama dla sie­bie je­stem nie­mal obca.

– Dziecko, przy­kro mi, że mu­szę ci to mó­wić, ale czy twój oj­ciec w ja­kiś spo­sób po­zwo­lił ci od­nieść wra­że­nie, że jest cie­płą i przy­ja­zną osobą? – Nad­ine wy­cią­gnęła cho­chlę z szu­flady.

– Nie – od­po­wie­dzia­łam bez wa­ha­nia.

– Cóż, no więc w pe­wien spo­sób wy dwoje za­wsze by­li­ście dla sie­bie obcy. A więc w tej kwe­stii nie­wiele się zmie­niło – stwier­dziła z uśmie­chem.

Za­gry­złam dolną wargę.

– Nie wiem, czy to do­brze, czy źle.

Nad­ine wzru­szyła ra­mio­nami.

– A co z moją matką? Kto cho­dzi do spa, gdy ich za­gi­nione dziecko jest w dro­dze do domu? – za­py­ta­łam, nie cho­wa­jąc na­wet urazy w gło­sie, bo na­prawdę czu­łam się ura­żona.

Nad­ine skrzy­wiła się, jakby wcze­śniej miała na­dzieję, że nie za­cznę wy­py­ty­wać o matkę. Ko­bieta nie ode­rwała wzroku od swo­jego ak­tu­al­nego za­ję­cia.

– Spa jest tu­taj swego ro­dzaju ko­dem. To zna­czy, że albo ukrywa się gdzieś w ho­telu, albo jest na od­wyku w ja­kimś ośrodku lub na pu­styni, czy gdzie­kol­wiek ona jeź­dzi, by wy­le­czyć swoją scho­ro­waną wą­trobę. – Wy­tarła rękę o ścierkę zwi­sa­jącą z jej ra­mie­nia. – To zna­czy, ja tylko…

Ode­chciało mi się już słu­chać o mo­jej matce, więc prze­rwa­łam Nad­ine, bo mia­łam prze­czu­cie, że za­cznie prze­pra­szać za swoje za­cho­wa­nie.

– Co ro­bisz do je­dze­nia? – za­py­ta­łam, opie­ra­jąc łok­cie na bla­cie i po­chy­la­jąc się.

– Twoje ulu­bione: śnia­da­nie na obiad! – Moje serce za­biło moc­niej, gdy na­brała cho­chlą cia­sto i na­lała je na roz­grzaną pa­tel­nię. Kiedy prze­wró­ciła szpa­tułką za­war­tość pa­telni, uj­rza­łam przed sobą Preppy’ego, który stał w jej miej­scu, ma­jąc na so­bie swój ulu­biony czer­wony, ko­ron­kowy far­tuch.

– Na­le­śniki – wy­szep­ta­łam. Ści­snęło mnie w sercu i na­gle zro­biło mi się słabo, a gwiazdki za­tań­czyły mi przed oczami. Przy­trzy­ma­łam się blatu, by nie spaść ze stołka.

Nad­ine po­de­szła do mnie i po­sta­wiła przede mną ta­lerz z trzema ide­al­nie okrą­głymi na­le­śni­kami ocie­ka­ją­cymi sy­ro­pem. Na czubku stosu roz­ta­piał się ka­wa­łek ma­sła, tłuszcz spły­wał po bo­kach na ta­lerz. Słodki za­pach za­ata­ko­wał moje zmy­sły. To spra­wiło, że znów po­czu­łam ból, gdy przy­po­mnia­łam so­bie chwilę, gdy ob­ser­wo­wa­łam ucho­dzące z mo­jego przy­ja­ciela ży­cie.

– Już nie lu­bisz na­le­śni­ków? – za­py­tała Nad­ine, źle zro­zu­miaw­szy moją re­ak­cję.

Po­trzą­snę­łam głową.

– Nie o to cho­dzi – przy­zna­łam z tru­dem, bo ści­skało mnie w gar­dle.

– A więc w czym tkwi pro­blem, ma­leńka? – za­py­tała Nad­ine, kła­dąc ręce na mo­ich ra­mio­nach i pa­trząc na mnie z tro­ską w oczach. Nie od­po­wie­dzia­łam.

Nie po­tra­fi­łam.

A gdy przy­tu­liła mnie do swo­jej mięk­kiej piersi, nie wal­czy­łam z nią i po pro­stu do niej przy­lgnę­łam. Po śmierci Preppy’ego tak bar­dzo mar­twi­łam się o Kinga, że sama nie mia­łam oka­zji wła­ści­wie opła­kać śmierci mo­jego przy­ja­ciela. Nie za­uwa­ży­łam, że za­czę­łam szlo­chać, do­póki nie po­czu­łam, jak drżą mi ra­miona.

– Po co te łzy?

– Bo tak – udało mi się wy­du­sić, od­dy­cha­jąc płytko.

– Ale dla­czego?

– Bo… to na­le­śniki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij