Facebook - konwersja
Bubu z Montparnasse - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Bubu z Montparnasse - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Język:
Polski
Rok wydania:
2011
Rozmiar pliku:
244 KB
Zabezpieczenie:
brak
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Bubu z Montparnasse - opis ebooka

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ I

Na­za­jutrz po Czter­na­stym Lip­ca bul­war Séba­sto­pol był jesz­cze pe­łen ży­cia. Wpół do dzie­sią­tej wie­czo­rem. Krzy­kli­wa biel lamp łu­ko­wych po­mię­dzy rzę­da­mi drzew kre­śli cie­nie lub gubi się w li­sto­wiu. Ma­ga­zy­ny: „Pyg­ma­lion”, „Pe­tits Agne­aux”, „Cour ba­ta­ve”, „Me­il­leur mar­ché du mon­de” są już za­mknię­te, a ich mrocz­ne wi­try­ny na par­te­rze wiel­kich czar­nych do­mów, oświe­tla­ją­ce nie­daw­no uli­cę, zda­ją się te­raz rzu­cać cień na tro­tu­ary. Na pierw­szym, dru­gim i in­nych pię­trach wy­so­kie zło­co­ne szyl­dy, roz­bły­sku­ją­ce słoń­cem na bal­ko­nach w cza­sie dnia, zni­ka­ją w czer­ni wraz z li­te­ra­mi z żół­te­go drze­wa i zda­ją się od­po­czy­wać ra­zem z han­dlem hur­to­wym. Opusz­czo­no ża­lu­zje na kwia­ty i pió­ra, sprze­daż żyw­no­ści, tka­nin, przed­się­biorstw han­dlo­wych, wszyst­ko uci­chło na bul­wa­rze Séba­sto­pol.

O tej go­dzi­nie nikt nie pa­trzy już na wy­sta­wy. Roz­po­czy­na się ży­cie noc­ne, któ­re sku­pia się gdzie in­dziej. Po­jaz­dy za­pa­li­ły swo­je la­tar­nie: la­tar­nie fia­krów świe­cą ocza­mi roz­ko­szy, tram­wa­je z czer­wo­nym lub zie­lo­nym świa­tłem ha­ła­su­ją jak stło­czo­ny tłum. I tak wszy­scy prze­ci­na­ją so­bie dro­gę, kro­czą lub jadą. Na ho­ry­zon­cie, w oko­li­cy Wiel­kich Bul­wa­rów, jest ja­śniej. Świa­tło bije ku nie­bu, po­wie­trze jest świe­tli­ste i ro­ze­dr­ga­ne. Bo nie tu­taj, na bul­wa­rze Séba­sto­pol, gdzie skle­py są już po­za­my­ka­ne, znaj­du­je się cel. Pę­dzą po­jaz­dy. Te, któ­re kie­ru­ją się ku Wiel­kim Bul­wa­rom, jadą ku świa­tłu i spie­szą się jak oso­by zwa­bio­ne ja­kimś wi­do­wi­skiem.

Bul­war Séba­sto­pol sku­pia swo­je ży­cie na tro­tu­arze. Na­za­jutrz po Czter­na­stym Lip­ca cały Pa­ryż prze­cho­dzi sze­ro­kim tro­tu­arem w nie­bie­skim po­wie­trzu let­niej nocy i czu­je jesz­cze reszt­kę świę­ta. Lam­py łu­ko­we, li­sto­wie drzew, ja­dą­ce po­jaz­dy, oży­wie­nie prze­chod­niów, wszyst­ko to skła­da się na coś ostre­go i gę­ste­go, jak ży­cie prze­po­jo­ne al­ko­ho­lem i już zmę­czo­ne. To zwy­kły, co­wie­czor­ny ob­raz, ale za­kąt­ki ulic i fa­sa­dy do­mów za­cho­wa­ły jesz­cze wspo­mnie­nie wczo­raj­sze­go dnia. Sły­chać ja­kieś ha­ła­sy, ni to krzy­ki, ni pio­sen­ki pi­ja­ków. Tu i ów­dzie la­tar­nie i fla­gi w oknach do­ma­ga­ją się jak­by dal­sze­go cią­gu za­ba­wy. Ła­two od­gad­nąć, co dzie­je się w my­ślach. Ci, któ­rzy ba­wi­li się wczo­raj, wy­pa­tru­ją jesz­cze ja­kiejś przy­jem­no­ści. Gdyż lu­dzie, co za­zna­li przy­jem­no­ści, pra­gną jej wiecz­nie. Inni, wła­śnie ci bied­ni, wła­śnie ci brzyd­cy i nie­śmia­li, prze­cha­dza­ją się po­śród resz­tek świę­ta i szu­ka­ją po ką­tach od­pad­ków, któ­re im po­zo­sta­wio­no. Gdyż lu­dzie, co nie za­zna­li przy­jem­no­ści, mar­twią się tym i szu­ka­ją jej co dzień, aż wresz­cie sta­ją się zmę­cze­ni tym, że nic do nich nie na­le­ży.

Po­wie­trze wo­kół zda­je się drgać. Idą mło­dzi, do­brze ubra­ni męż­czyź­ni, po dwóch, po trzech, od­da­la­ją się. Mają nowe, sztucz­ne koł­nie­rzy­ki, ele­ganc­kie czy­ste kra­wa­ty z błysz­czą­cą szpil­ką i spie­szą w kie­run­ku świa­tła, czu­jąc pie­nią­dze w kie­sze­ni. Sprze­daw­cy roz­ma­wia­ją ze sobą: „Tań­czy­li­śmy do pół­no­cy. Po­zwa­la­ła na wszyst­ko. Za­pro­wa­dzi­łem ją do ho­te­lu przy uli­cy Qu­in­cam­po­ix. I jak na to le­cia­ła!” Dwaj przy­ja­cie­le mi­ja­ją dwie ko­biet­ki, rzu­ca­ją ja­kieś słów­ko, a one spo­glą­da­ją na nich tłu­miąc chi­chot. Gdy prze­cho­dzi para, mło­dzi lu­dzie pa­trzą pa­ła­ją­cym wzro­kiem na ko­bie­tę. Tę­dzy pa­no­wie z za­do­wo­le­niem palą cy­ga­ra i my­ślą: „Je­stem wy­so­kim urzęd­ni­kiem, za­ra­bia­ją­cym dwa­na­ście ty­się­cy rocz­nie”. Prze­cho­dzą pary. Oto ele­ganc­ka mło­da ko­bie­ta, pod rękę z ele­ganc­kim mło­dym męż­czy­zną: jest szczę­śli­wa, bo wy­glą­da na bo­ga­tą; on jest szczę­śli­wy, bo jest po­żą­da­ny. Oto mło­da, mniej ele­ganc­ka dziew­czy­na z uko­cha­nym, któ­ry mówi do niej i my­śli o mi­ło­ści. Wresz­cie inne pary, mąż i żona, rzu­ca­ją spoj­rze­nia, wy­mie­nia­ją uwa­gi, ich my­śli i cia­ła przy­zwy­cza­iły się do sie­bie.

I tak prze­cho­dzi­li. Gdy prze­szli jed­ni, nad­cho­dzi­li inni. Kup­cy prze­cha­dza­li się przy­bie­ra­jąc taką po­sta­wę, jak­by sta­no­wi­li wy­sta­wy swo­ich skle­pów. Ja­kiś mło­dy czło­wiek ści­skał ra­mię ko­bie­ty i nad­ska­ki­wał jej. Czu­ło się, że po­szedł­by za nią na ko­niec świa­ta. Próż­ność, we­so­łość, roz­pu­sta prze­cho­dzi­ły w bla­sku. Roz­grze­wa­ły po­wie­trze. I cóż zna­czy­ło wczo­raj­sze zmę­cze­nie! Ude­rza­ło go­rą­co na wspo­mnie­nie hu­lan­ki, a ser­ca biły z po­żą­da­nia. Pa­ryż był zmę­czo­ny jak pies, któ­ry jed­nak wciąż bie­gnie za suką.

Pu­blicz­ne dziew­czy­ny ro­bi­ły to, co na­le­ży do ich za­wo­du. Oto mała Ga­brie­la, któ­ra żyła dwa lata z Ro­ber­tem, co za­bił Kon­stan­cję. Jej ko­cha­nek zo­stał ze­sła­ny na cięż­kie ro­bo­ty. Oto Ja­necz­ka ma­ją­ca do­pie­ro sie­dem­na­ście lat. Już od mie­sią­ca prze­cha­dza się po bul­wa­rze Séba­sto­pol. Na twa­rzy ma tyl­ko tro­chę pu­dru, w oczach błysz­czą jej pierw­sze pło­my­ki roz­ko­szy. Wie­lu lu­dzi nie do­my­śla się na­wet, że to pro­sty­tut­ka. Oto dziew­czy­ny pu­blicz­ne z od­kry­tą gło­wą i dziew­czy­ny pu­blicz­ne w ka­pe­lu­szach. Jed­ne mają chód cięż­ki, jak kro­wy, i bez­wstyd­nie za­cze­pia­ją męż­czyzn. Inne ko­ły­szą bio­dra­mi, ła­pią ko­goś ką­tem oka, z uśmie­chem w po­go­to­wiu. Na rogu uli­cy Ram­bu­te­au utwo­rzy­ła się grup­ka. Mó­wią wszyst­kie na­raz. Po le­wej wi­dać wil­got­ne Hale i na myśl przy­cho­dzą od­pad­ki ka­pu­sty. To tak jak­by żaby skrze­cza­ły koło ba­gna.

Po­li­cjan­ci z oby­cza­jów­ki cho­dzą po dwóch. Nie­trud­no ich roz­po­znać po spoj­rze­niu, za­nie­dba­nym ubra­niu i cięż­kim kro­ku. Są brud­ni, jak ich za­wód… idą sztyw­no jak lu­dzie bę­dą­cy na służ­bie. Lu­stru­ją ko­bie­ty od stóp do głów, ob­ma­cu­ją spoj­rze­nia­mi. Spoj­rze­nie prze­chod­niów oglą­da, spoj­rze­nie po­li­cji oby­cza­jo­wej pil­nu­je. Gru­by bru­net z woj­sko­wym od­zna­cze­niem i ob­fi­tym wą­sem pod­kre­śla­ją­cym fa­cja­tę idzie ko­ły­sząc pię­ścia­mi. Dziew­czy­ny pu­blicz­ne prze­cho­dzą sztyw­no, nie od­wra­ca­jąc gło­wy, z du­szą nie­wol­ni­ka, któ­ry wie, że ra­cja sil­niej­sze­go jest za­wsze na wierz­chu.

Za­chwa­la­ją to­war ulicz­ni sprze­daw­cy. Kie­dy po­li­cjant się od­da­la, po­ja­wia się sprze­daw­ca. Kasz­kiet, oży­wio­na twarz, wąs spło­wia­ły. Mó­wią go­rącz­ko­wo, gdyż pa­sje ich są gwał­tow­ne i chcą coś za­ro­bić na je­dze­nie i wy­pi­tek. Ten tu­taj nie ma chy­ba osiem­na­stu lat, kasz­kiet spa­da mu na uszy, wło­żył buty z cho­lew­ka­mi, krę­ci się po­śród ga­piów prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę. Sprze­da­je po dwa su ze­szy­ci­ki z wia­do­my­mi ob­raz­ka­mi i prze­su­wa je przed ocza­mi ru­chem sztuk­mi­strza: „Gdy­by ktoś zo­ba­czył kepi z po­li­cyj­nym znacz­kiem, pro­szę mnie uprze­dzić, chęt­nie na nich za­cze­kam”. Po­li­cja pil­nu­je ich jak dziew­czyn pu­blicz­nych, dla któ­rych są aman­ta­mi od ser­ca.

Pio­trek Har­dy pra­co­wał cały dzień w biu­rze, a te­raz spa­ce­ru­je wśród prze­chod­niów na bul­wa­rze Séba­sto­pol. Dwu­dzie­sto­let­ni mło­dy czło­wiek, do­pie­ro od pół roku w Pa­ry­żu, po­su­wa się nie­pew­nie wśród pa­ry­skich wi­do­ków. Pę­dzą­ce po­jaz­dy, ja­skra­we świa­tła, ulicz­ny tłum, roz­pu­sta i ha­łas spra­wia­ją, że wszyst­ko ogłu­sza jak w wie­ży Ba­bel, a po­mie­sza­ne my­śli tań­czą w gło­wie. Każ­dy pro­win­cjusz czu­je się taki nie­swój, za­ra­zem nie­zręcz­ny i smut­ny wo­bec tego wszyst­kie­go. Za­pew­niam was, że świet­ni chłop­cy ze wsi, pa­ra­du­ją­cy po za­ba­wach, wy­glą­da­ją ża­ło­śnie na Wiel­kich Bul­wa­rach.

Idą­cy męż­czy­zna nie­sie swo­je wszyst­kie ży­cio­we spra­wy i prze­trzą­sa je w gło­wie. Ten wi­dok na­su­wa wspo­mnie­nie, tam­ten wzmac­nia je. Na­sze cia­ło pa­mię­ta wszyst­ko, bu­dzą się pra­gnie­nia. Prze­bie­ga­my przez te­raź­niej­szość z wła­snym ba­ga­żem, idzie­my i w każ­dej chwi­li sta­no­wi­my ca­łość.

A oto z ja­ki­mi my­śla­mi prze­cha­dzał się tego wie­czo­ru Pio­trek Har­dy: Pio­trek ma dwa­dzie­ścia lat, w Pa­ry­żu miesz­ka do­pie­ro od stycz­nia, lubi więc po­wra­cać my­śla­mi do pew­ne­go domu w mia­stecz­ku po­ło­żo­nym na wscho­dzie kra­ju, gdzie jego ro­dzi­ce mają han­del drew­nem. Dom stoi wy­so­ko na zbo­czu wzgó­rza, tro­chę za mia­stem. Ota­cza go ogród. Cu­dow­nie jest usiąść w ogro­dzie w let­ni wie­czór, gdy czu­je się wśród ciem­no­ści po­wie­wy wia­tru, i ode­tchnąć nocą. My­śli zwra­ca­ją się ku gwiaz­dom, wi­dać cza­sem su­che bły­ska­wi­ce i żyje się spo­koj­nie po­śród bli­skich, pa­ląc swo­je pierw­sze pa­pie­ro­sy. Jak­że uro­cze są te wszyst­kie szcze­gó­ły. Wie­czo­rem, gdy jest zbyt cie­pło, za­miast zupy jest mle­ko; to chłod­nik orzeź­wia­ją­cy aż po ser­ce. Cza­sem przy­jeż­dża­ła na ty­dzień jego do­ro­sła za­męż­na sio­stra z có­recz­ką. Tro­chę wię­cej się go­to­wa­ło, było tro­chę wię­cej ra­do­ści. Młod­sza sio­strzycz­ka ba­wi­ła się w mamę ma­łej Jul­ci. Bra­ła ją na spa­cer i ku­po­wa­ła dla niej ła­ko­cie. I nie bra­ko­wa­ło im ni­cze­go. Wszy­scy człon­ko­wie ro­dzi­ny czu­li wy­raź­nie, że two­rzą jed­ność po­śród szczę­śli­wej na­tu­ry.

My­ślał jesz­cze o trzech la­tach szko­ły za­wo­do­wej. Na­uczył się ry­so­wać mo­sty i ma­szy­ny o skom­pli­ko­wa­nych kon­struk­cjach i pod­ma­lo­wy­wać tu­szem, czy­sto i do­kład­nie roz­pro­wa­dzo­nym. Jego ro­dzi­ce dali opra­wić i po­wie­si­li w swo­im po­ko­ju pięk­ny ry­su­nek przed­sta­wia­ją­cy sta­cję mię­dzy dwo­ma wzgó­rza­mi. Ukoń­czył szko­łę jako dru­gi, ze srebr­nym me­da­lem.

Mógł więc roz­po­cząć pra­cę ry­sow­ni­ka za sto pięć­dzie­siąt fran­ków mie­sięcz­nie w to­wa­rzy­stwie ko­lei że­la­znych. Ża­ło­wał, że nie za­pi­sał się, jak ra­dzi­li mu pro­fe­so­ro­wie, do Wyż­szej Szko­ły Nauk i Rze­miosł. Ro­dzi­ce zgo­dzi­li­by się na pe­wien wy­si­łek, a po­tem mógł­by szyb­ko zo­stać kie­row­ni­kiem biu­ra.

Te­raz prze­cha­dzał się po­śród ty­się­cy prze­chod­niów po bul­wa­rze Séba­sto­pol, gdzie ku­li­ste lam­py elek­trycz­ne od­da­la­ły się w pro­stej li­nii. Świa­tło prze­szy­wa­ło li­sto­wie drzew i po­przez ga­łę­zie pa­da­ło na tro­tu­ar. Zda­wa­ło mu się jesz­cze ja­śniej­sze, a tłum licz­niej­szy. Mło­dzi pro­win­cju­sze czu­ją się za­gu­bie­ni po­śród stu ty­się­cy osób. Nie znał ni­ko­go, szedł przed sie­bie, mi­ja­li go po­dob­ni do sie­bie nowi prze­chod­nie, z obo­jęt­no­ścią, bez jed­ne­go spoj­rze­nia. Ha­łas, jaki spra­wia­li, ota­czał go jak gwar ob­ce­go zgro­ma­dze­nia. Wi­dział ru­chli­we, ge­sty­ku­lu­ją­ce sku­pi­sko, we­so­łe ni­czym wy­bu­chy do­cho­dzą­ce­go go śmie­chu i błysz­czą­ce jak prze­lot­ne spoj­rze­nia ko­biet, któ­rych błysk po­chwy­cił.

Pró­bo­wał ucze­pić się cze­goś, aby uchro­nić się od tego za­le­wu. Pra­gnął za­głę­bić się w so­bie i od­na­leźć tam ja­kąś ra­dość, prze­ciw­sta­wio­ną temu, co go mi­ja­ło, by nie za­gu­bić się po­śród po­wszech­nej ucie­chy. Chciał od­gro­dzić się od wzno­szą­ce­go się przy­pły­wu i krzy­czeć: „Ja tak­że ist­nie­ję. Sta­ną­łem, jak tama z ka­mie­ni i ce­men­tu, i za­trzy­mu­ję was peł­nych wrza­sku”.

Miesz­kał na pią­tym pię­trze ho­te­li­ku przy uli­cy de l' Ar­bre Sec. Te ho­te­lo­we po­ko­je są za­wsze brud­na­we, bo żyło w nich zbyt wie­le osób. Łóż­ko, sza­fa z lu­strem, dwa krze­sła, sto­lik na kół­kach, i już jest cia­sno. Są tak małe, że czte­ry sprzę­ty pra­wie za­wa­dza­ją. Żyje się tu­taj ży­ciem po­zba­wio­nym pre­ten­sji, za dwa­dzie­ścia pięć fran­ków mie­sięcz­nie. Ma­te­ra­ce w łóż­kach są brud­ne, a fi­ran­ki w oknach sza­re jak dzień ubo­gie­go ży­cia. Słu­żą­cy ho­te­lo­wy ma klucz, któ­ry pa­su­je do wszyst­kich drzwi, może więc w każ­dej chwi­li wejść do każ­de­go po­ko­ju. Są­sie­dzi zmie­nia­ją się co dwa ty­go­dnie i sły­chać ich przez cien­ką ścian­kę. Albo są to kłó­cą­ce się pary al­ko­ho­li­ków. Od in­nych za­la­tu­je pro­sty­tu­cją, a je­śli na­wet nie­któ­rzy za­cho­wu­ją się przy­zwo­icie, nie bu­dzą za­ufa­nia. Bied­ni lo­ka­to­rzy ta­kich ho­te­li nie czu­ją się u sie­bie. Pio­trek Har­dy nie mógł so­bie po­wie­dzieć: „Kie­dy je­stem smut­ny, mam schro­nie­nie, gdzie mogę usiąść, oto­czo­ny rze­cza­mi, któ­re mi się po­do­ba­ją”.

Je­dy­ną uciecz­ką był dla nie­go przy­ja­ciel, Lu­dwik Bu­is­son, z któ­rym sprzy­mie­rzył się od pierw­sze­go dnia. Lu­dwik Bu­is­son miał lat dwa­dzie­ścia pięć i pra­co­wał jako ry­sow­nik w tym sa­mym biu­rze co Pio­trek. Był to czło­wie­czek mie­rzą­cy sto pięć­dzie­siąt trzy cen­ty­me­try, któ­ry ze wzglę­du na ni­ski wzrost zo­stał zwol­nio­ny od służ­by woj­sko­wej. Nie cie­szył się z tego po­wo­du zbyt­nim re­spek­tem wśród ko­le­gów. Uwa­ża­li go za do­bre­go chłop­ca, ale jego zna­cze­nie nie się­ga­ła po­nad metr pięć­dzie­siąt trzy. Miał zda­wać na po­li­tech­ni­kę, stu­dio­wał ma­te­ma­ty­kę, co spra­wi­ło, że na­brał zwy­cza­ju ana­li­zo­wa­nia wszyst­kie­go, i miesz­kał w in­ter­na­cie pro­win­cjo­nal­ne­go li­ceum aż do dwu­dzie­ste­go roku ży­cia, był więc przy­zwy­cza­jo­ny do cier­pie­nia. Roz­wia­nie się wszyst­kich pięk­nych ma­rzeń na­uczy­ło go skrom­no­ści. My­ślał: „Za­ra­biam sto osiem­dzie­siąt fran­ków mie­sięcz­nie. Jest tak, jak­bym był zu­peł­nie pro­stym czło­wie­kiem; za­ra­biam na chleb, któ­ry spo­ży­wam”. Wie­czo­ra­mi zaj­mo­wał się li­te­ra­tu­rą i fi­lo­zo­fią, po po­wro­cie ze spa­ce­ru, pod­czas któ­re­go przy­glą­dał się mło­dym ko­bie­tom. Mó­wił: „Lecą na to, co błysz­czy, na mło­dych bo­ga­czy i go­gu­siów. Mło­dzi bo­ga­cze przy­zwy­cza­ja­ją je do luk­su­su, a mło­dzi go­gu­sie zdra­dza­ją je, ucząc, że mi­łość jest zwy­kłą roz­ko­szą. Więc po­tem one wra­ca­ją do nas. Ruj­nu­ją nas na stro­je i przed­sta­wie­nia, a nie mają do­syć za­pa­łu, żeby się w nas za­ko­chać lub zo­stać na­szy­mi to­wa­rzysz­ka­mi. Co do mnie, utrzy­mu­ję ko­re­spon­den­cję z pew­ną mło­dą słu­żą­cą. Po­nie­waż jest pro­sta i pra­co­wi­ta, za­ło­ży­my dom. Chcę żyć jak ktoś z ludu, z ko­bie­tą z ludu. Prze­cież nie­na­wi­dzę bo­ga­tych, któ­rzy okra­da­ją nas z przy­jem­no­ści”.

Miał swo­je wła­sne me­ble i zaj­mo­wał po­kój na pią­tym pię­trze przy Quai du Lo­uvre. Pio­trek Har­dy opo­wia­dał mu o wszyst­kich swo­ich wra­że­niach i wszyst­kich przy­go­dach, a Lu­dwik Bu­is­son czy­nił po­dob­ne zwie­rze­nia; Taka przy­jaźń do­da­je nam od­wa­gi do ży­cia, prze­dłu­ża przy­jem­no­ści i po­cie­sza w zmar­twie­niach. Moż­na so­bie po­wie­dzieć: „Opo­wiem to Piotr­ko­wi, uśmie­je­my się. – Opo­wiem to Lu­dwi­ko­wi, a on mi po­wie: «Słu­chaj, sta­ry, cier­pi­my, bo je­ste­śmy bied­ni i nie­śmia­li, a przede wszyst­kim dla­te­go, że mamy czy­ste ser­ca”. Dzie­li­ła ich pew­na róż­ni­ca wy­kształ­ce­nia. Pio­trek Har­dy miesz­kał na uli­cy de l' Ar­bre Sec, na pa­ry­skiej uli­cy. Lu­dwik Bu­is­son miesz­kał na Quai du Lo­uvre, gdzie od­dy­cha się bar­dziej swo­bod­nie.

Są jed­nak wie­czo­ry, kie­dy przy­jaźń nie może nam wy­star­czyć. I sło­wa, i to, co zwy­kle to­wa­rzy­szy przy­jaź­ni, przy­no­si nam ulgę. Ale prze­cież od­czu­wa­my tak­że po­trze­bę dzia­ła­nia. Pio­trek Har­dy czuł po­śród tego po­to­ku odro­bi­nę ra­do­ści pły­ną­cej od przy­ja­cie­la i pa­trzył na tłum my­śląc: „Wy nie ma­cie ta­kie­go przy­ja­cie­la jak Lu­dwik Bu­is­son”. Ale to nie po­cie­sza­ło go wca­le, a cały gwar bul­wa­ru mó­wił: „Le­piej jed­nak jest mieć ko­bie­tę”. My­ślał jesz­cze: „Przy­go­to­wu­ję się do eg­za­mi­nu na kie­row­ni­ka w Za­rzą­dzie Dróg i Mo­stów. Na pew­no zo­sta­nę mia­no­wa­ny sze­fem biu­ra. Tylu męż­czyzn, któ­rzy te­raz prze­cho­dzą pod ra­mię z ko­bie­ta­mi, po­zo­sta­nie za­wsze na skrom­nych po­sad­kach!” Ale ten prze­wa­la­ją­cy się tłum krzy­czał do nie­go: „No i co z tego? Mamy ko­bie­ty i jest nam we­so­ło”. On zaś od­po­wia­dał: „Mam ojca i mat­kę, któ­rzy ko­cha­ją mnie wię­cej niż was wa­sze ko­bie­ty”. „I cóż z tego – mó­wił tłum. – Je­steś sam i nu­dzisz się. My mamy ko­bie­ty i jest nam we­so­ło”.

Mu­siał więc zro­zu­mieć, że cała ta świą­tecz­na ra­dość była war­ta wię­cej niż jego sa­mot­ne ist­nie­nie. Nie mógł ni­cze­go prze­ciw­sta­wić bla­sko­wi świa­teł i wez­bra­nej roz­ko­szy. Lu­dwik Bu­is­son, prze­ję­ty kil­ko­ma za­sa­da­mi fi­lo­zo­ficz­ny­mi, znaj­do­wał w nich do­syć siły, by móc pa­trzeć lu­dziom pro­sto w oczy. Zresz­tą pra­gnął po­przez nich od­kryć ja­kieś nowe za­sa­dy. Pio­trek Har­dy miał dwa­dzie­ścia lat i znaj­do­wał się zu­peł­nie sam z ty­sią­cem pra­gnień po­środ­ku tak ku­szą­ce­go Pa­ry­ża.

I czę­sto te pra­gnie­nia bra­ły górę. W pew­ne wie­czo­ry, kie­dy pra­co­wał do je­de­na­stej, za­my­kał książ­ki bar­dzo smut­ny wo­bec za­war­tej w nich wie­dzy. W wy­obraź­ni wi­dział ja­kieś ob­ra­zy na­po­tka­nych ko­biet i szedł za nimi, naj­pierw żeby nie­co od­po­cząć. Ale po­tem za­pa­lał się pło­mień jego dwu­dzie­stu lat, wszyst­ki­mi zmy­sła­mi od­czu­wał, czym jest ko­bie­ta. Pod­no­sił się więc, czuł, że wy­sy­cha mu w ustach, czuł ucisk koło ser­ca, ga­sił lam­pę i wy­cho­dził na uli­cę.

Prze­cha­dzał się. Bied­nie ubra­ne pro­sty­tut­ki krę­ci­ły się na ro­gach ulic, spo­glą­da­jąc za­chę­ca­ją­co: na­wet na nie nie pa­trzył. Szedł tak, jak może iść na­dzie­ja. Kie­dy do­strze­gał przed sobą dziew­czy­nę ści­śnię­tą w ta­lii, zwal­niał kro­ku, żeby ją le­piej obej­rzeć. I pro­szę, już się do nie­go uśmie­cha. Wte­dy wy­dłu­żał krok, żeby prę­dzej od niej uciec, ale i dla­te­go, że inna dziew­czy­na cien­ka w ta­lii… Szedł, jak idzie na­dzie­ja, od ko­bie­ty do ko­bie­ty. Jed­nych nie chciał, dla­te­go że były zbyt ła­twe. Do in­nych nie ośmie­lał się ode­zwać, po­nie­waż nie wy­glą­da­ły na ła­twe. Szedł, jak idzie na­dzie­ja, od ko­bie­ty do ko­bie­ty, aż wresz­cie nie było już żad­nej na­dziei.

Cza­sem wy­prze­dza­ła go mło­da spóź­nio­na ro­bot­ni­ca, spie­szą­ca się do domu. Mia­ła czar­ną spód­nicz­kę, pro­stą bluz­kę i ka­pe­lusz bez ozdób. Była mło­dą ko­bie­tą, któ­ra jak mło­dy męż­czy­zna pra­cu­je i my­śli o mi­ło­ści. Pio­trek Har­dy mó­wił so­bie to wszyst­ko bar­dzo na­iw­nie i szedł za nią, szyb­ko szedł za nią. Oce­niał ją, za­sta­na­wiał się my­śląc, ja­kie szczę­ście mo­gła­by mu przy­nieść. Kie­dy zrów­nał się już z nią, my­ślał: „Te­raz nic jej nie po­wiem, za dużo tu lu­dzi”. Szedł za nią krok w krok, snu­jąc swo­je my­śli i szedł za nią kro­kiem po­su­wi­stym, jak idzie się za ide­ałem. I szedł­by tak za nią da­le­ko po­przez noc, gdyż ona nio­sła świa­tło. Wszyst­kie te przy­go­dy koń­czy­ły się jed­na­ko­wo. Na­gle dziew­czy­na dzwo­ni­ła do bra­my ja­kie­goś domu. Była już u sie­bie. Spo­glą­dał na nią po raz ostat­ni i szedł swo­ją dro­gą my­śląc o ju­trze i o nad­cho­dzą­cych dniach, w któ­rych nie spo­tka szczę­ścia, bo oto po­zwo­lił, by mu ucie­kło. Jed­nak stru­dzo­ny spa­ce­rem czuł jesz­cze siłę daw­nych pra­gnień. Żeby mieć spo­kój, brał pierw­szą, jaka się nada­rzy­ła, i za czter­dzie­ści su na łóż­ku ho­te­lo­we­go po­ko­ju spusz­czał się w brud­ną dziew­czy­nę, jak w pu­blicz­ny ściek.

Tego wie­czo­ru, pięt­na­ste­go lip­ca, bul­war Séba­sto­pol był bar­dziej oży­wio­ny. Jed­ni prze­cho­dzi­li pa­ra­mi, wol­nym kro­kiem, tak jak­by opro­wa­dza­li swo­ją mi­łość. Mło­dzi lu­dzie mó­wi­li: „Mia­ła małe pręż­ne cyc­ki. Mu­szę ją od­szu­kać”. Pa­ryż szedł wraz z to­czą­cy­mi się po­jaz­da­mi, pio­sen­ka­mi pi­ja­ków i taką ilo­ścią pu­blicz­nych dziew­czyn, że zda­rza­ły się wśród nich po­cią­ga­ją­ce. Lam­py łu­ko­we w au­re­olach po­da­wa­ły so­bie świa­tło mię­dzy do­ma­mi, two­rzy­ły świe­tli­sty tu­nel wzno­szą­cy się po­nad da­chy, wstę­pu­ją­cy aż ku roz­świe­tlo­ne­mu bla­skiem nie­bu. Wszyst­ko było ską­pa­ne w sub­tel­nym flu­idzie, w prze­ni­kli­wej elek­trycz­nej ką­pie­li. A cie­płe po­wie­wy, opa­ry let­niej nocy, czy­ni­ły z Pa­ry­ża spo­co­ne wy­ją­ce zwie­rzę o wście­kłych oczach, zie­ją­ce od­de­chem aż po kres. Na je­den krzyk od­po­wia­dał dru­gi, w prze­chod­niu bu­dzi­ło się po­żą­da­nie, świa­tła roz­pa­la­ły go jak sło­mę, wszel­kie ży­cie na bul­wa­rze na­dy­ma­ło się i krzy­cza­ło, niby mi­ło­sne zwie­rzę, aż w głąb upa­da­ją­cych serc.

I Pio­trek Har­dy przy­po­mniał so­bie wszyst­kie spra­wy z ko­bie­ta­mi. Wstyd mu było przy­po­mi­nać to so­bie w ja­snym świe­tle po­mię­dzy ty­sią­ca­mi prze­chod­niów, czuł to jed­nak tak, jak męż­czy­zna od­czu­wa wiel­kie idee, któ­re go pro­wa­dzą. Wi­dział przed sobą idą­cą Ko­bie­tę, jej seks, otwar­ty seks, jak mó­wił Lu­dwik Bu­is­son. Pio­trek Har­dy nie był już sobą. Uno­sił go prze­le­wa­ją­cy się Pa­ryż, brał go na swo­je wiel­kie wody i po­cią­gał za sobą, jego, Piotr­ka Har­dy, syna han­dla­rza drew­nem, kan­dy­da­ta do eg­za­mi­nu na kie­row­ni­ka w Za­rzą­dzie Dróg i Mo­stów, uno­sił go po­mię­dzy dwo­ma za­tra­co­ny­mi brze­ga­mi i niósł tak aż na ko­niec świa­ta.

Na rogu uli­cy Gre­ne­ta grup­ka prze­chod­niów ota­cza­ła czwo­ro śpie­wa­ków. Nie było jesz­cze dzie­sią­tej i na ostat­nim rogu uli­cy śpie­wa­li ostat­nią już może swo­ją pio­sen­kę. Oj­ciec rzę­po­lił na skrzyp­cach z czer­wo­ne­go drze­wa, ich świe­ży i skrze­kli­wy głos niósł się ha­ła­śli­wie, on zaś spo­glą­dał ostro na krąg ga­piów, a w oczach prze­la­ty­wa­ły mu krwa­we bły­ski. Mat­ka z brzu­chem wiel­kim od po­ło­gów, z roz­dę­ty­mi pier­sia­mi zu­ży­te­go zwie­rzę­cia, mia­ła po­śród zruj­no­wa­nej twa­rzy dwo­je nie­bie­skich oczu, jak dwa brud­ne kwia­ty. Śpie­wa­ła pi­skli­wym gło­sem krzy­kli­wej ko­bie­ty. A dwo­je ma­łych dzie­ci, któ­re śpie­wa­ły przez cały wie­czór, chwia­ło się na no­gach. Je­den z chłop­ców wy­wra­cał ocza­mi niby złe zwie­rzę i przy­po­mi­nał ojca. Był tak zmę­czo­ny, że mógł­by gryźć. Ale mniej­szy, po­żół­kły, z nie­bie­ski­mi ocza­mi, wo­lał­by, jak mat­ka, wy­cią­gnąć się i usnąć. Pa­ryż po­chwy­cił ich w swo­je miaż­dżą­ce łapy i zmiaż­dżył wszyst­kich czwo­ro, do­brych i złych.

Czy pa­mię­tasz, Li­son,

Jak w po­ko­iku ma­łym

Zdej­mo­wa­łaś ha­lecz­kę

I ja się roz­bie­ra­łem?

Mat­ki i cór­ki słu­cha­ły. Trzy mło­de ro­bot­ni­ce, któ­re za­pła­ci­ły za pio­sen­kę, śle­dzi­ły sło­wa. Prze­chod­nie za­trzy­ma­li się w próż­nia­czym od­ru­chu, inni przyj­rzaw­szy się od­cho­dzi­li. Nie­wie­le było lu­dzi wo­kół śpie­wa­ków, bo już za dużo było pio­se­nek. Pio­trek Har­dy przy­sta­nął. Pa­trzy się na ta­kie coś, bo trze­ba się cze­muś przy­glą­dać. Było tak­że kil­ka pu­blicz­nych dziew­czyn, do­brze wie­dzą­cych, że ta­kie zbie­go­wi­ska do­star­cza­ją do­brych oka­zji. I nie­po­rad­ny głos czer­wo­nych skrzy­piec, wzno­szą­cy się po­nad inne gło­sy, rów­ny, me­cha­nicz­ny, po­zba­wio­ny de­li­kat­no­ści:

Ty mó­wi­łaś: bądź dla mnie

Jak dla mi­lej żon­ki

I wrzuć kil­ka mo­net

Do mo­jej skar­bon­ki.

„Komu pio­sen­kę za dwa su”. Pio­trek Har­dy ku­pił tekst. Prze­czy­tał go nie­zbyt uważ­nie, gdyż dziew­czy­na obok, też czy­ta­ją­ca tekst, po­wie­dzia­ła: „Na­praw­dę to ta pio­sen­ka jest inna”. Spoj­rzał i zo­ba­czył czar­ne, gład­ko przy­cze­sa­ne wło­sy i przy­jem­ną bu­zię. Bar­dzo go to prze­ję­ło: „A jak jest na­praw­dę w pio­sen­ce?” Od­po­wie­dzia­ła: „Praw­dzi­wa pio­sen­ka ma sło­wa:

Czy pa­mię­tasz, Li­son,

Tę pięk­ną nie­dzie­lę…"

Jemu było wszyst­ko jed­no, ale dziew­czy­na z gład­ko ucze­sa­ny­mi, czar­ny­mi wło­sa­mi może spra­wić, że wie­le rze­czy za­czy­na nas in­te­re­so­wać. Więc Pio­trek prze­stał słu­chać śpie­wa­ków. Po­wie­dział jej: „Po­win­na pa­nien­ka śpie­wać”. Od­po­wie­dzia­ła: „Nie te­raz, je­stem za­chryp­nię­ta”.

Zbli­ża­ła się dzie­sią­ta i nie­szczę­sny głos skrzy­piec roz­le­gał się jesz­cze, aż do chwi­li, gdy nie wol­no już ha­ła­so­wać. Opu­ści­li gru­pę cie­kaw­skich, a po­nie­waż dziew­czy­na nie wy­glą­da­ła na spło­szo­ną, po­sta­wił jej piwo. Bał się bar­dzo, że od­mó­wi.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: