Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Buddzie też było źle - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 września 2026
24,99 zł
2499 pkt
punktów Virtualo

Buddzie też było źle - ebook

„Buddzie też było źle” To reportaż zainfekowany snem — połączenie podróży, filozofii, codzienności, humoru i lekkiego surrealizmu. Zwykły świat zachowuje się tu normalnie tylko przez chwilę. Potem coś pęka: reklama zaczyna mówić, lustro przestaje odbijać właściciela, myśli trafiają na przesłuchanie, a używane ego pojawia się w ogłoszeniu drobnym drukiem. Książka prowadzi czytelnika przez najważniejsze idee buddyzmu bez akademickiego tonu i bez wymagania wcześniejszej wiedzy. . Nie trzeba zostać buddystą. Nie trzeba wierzyć we wszystko. Nie trzeba jechać do klasztoru w Himalajach. Można zacząć od pięciu minut ciszy, jednego niewysłanego gniewnego SMS-a, jednego aktu życzliwości albo od chwili, kiedy człowiek po raz pierwszy zauważa, że jego własna głowa nie zawsze mówi prawdę. Między rozdziałami pojawiają się krótkie literackie „infekcje”: sny, protokoły, formularze, ogłoszenia i instrukcje, które rozbijają zwyczajną narrację i nadają książce własny rytm.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Wiara i religia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I. WIELE DRZWI

_reportaż zainfekowany snem_

1. Człowiek, który przyszedł do buddyzmu przez przypadek

DELHI, 17:42. DESZCZ

Padało tak, jakby ktoś nad miastem rozpruł worek z wodą. Nie był to romantyczny monsun z fotografii podróżniczych. Deszcz był ciężki, brudny, pełen pyłu, który jeszcze godzinę wcześniej wisiał w powietrzu. Spływał po szybach autobusów, po reklamach telefonów, po twarzach ludzi, którzy nie mieli gdzie się schować. Kiedy woda zaczęła wlewać mi się do butów, przestałem udawać, że wiem, dokąd idę.

Wszedłem do pierwszego miejsca z dachem. Dopiero po chwili zobaczyłem, że stoję w małej buddyjskiej świątyni, wciśniętej między sklep z ładowarkami a punkt naprawy skuterów. Nie było marmuru ani ciszy. Z ulicy dochodziły klaksony. Wentylator pod sufitem obracał się z odgłosem helikoptera, który dawno powinien spaść. Przed złotą figurą Buddy ktoś zostawił plastikową butelkę wody i trzy mandarynki.

Mężczyzna w kasztanowej szacie siedział na krześle i przeglądał coś w telefonie. Spojrzał na mnie, potem na moje przemoknięte spodnie, i bez słowa przesunął w moją stronę ręcznik. Tak zaczęła się moja pierwsza rozmowa o buddyzmie: od wycierania łydek.

Nie zapytał, w co wierzę. Nie zapytał, czy szukam prawdy. Zapytał, czy chcę herbaty. Odpowiedziałem, że tak. Po chwili dostałem metalowy kubek, gorący tak bardzo, że musiałem trzymać go przez rękaw. Mnich powiedział coś po hindi do chłopaka z zaplecza, a potem usiadł naprzeciwko mnie.

Zaśmiał się pierwszy. Ja chwilę później. Zdanie było banalne, ale zostało ze mną na długo. W religijnych biografiach człowiek zawsze wie, że właśnie przekracza próg przeznaczenia. W życiu próg jest mokry, śliski i często wchodzi się przez niego dlatego, że nie ma lepszego dachu.

W kącie świątyni siedziała starsza kobieta. Przesuwała paciorki mali, poruszając ustami. Dwóch chłopaków weszło tylko po to, żeby zrobić zdjęcie posągowi. Dostawca jedzenia zostawił torbę pod ścianą i ukłonił się tak szybko, jakby Buddha był klientem czekającym na zamówienie. Nikt nie wyglądał na osobę, która właśnie porzuciła świat.

Zapytałem mnicha, dlaczego ludzie w ogóle interesują się buddyzmem. Wzruszył ramionami. Powiedział, że powodów jest prawdopodobnie tyle, ilu ludzi. Ktoś chce mniej cierpieć. Ktoś chce lepiej spać. Ktoś pokłócił się z Bogiem. Ktoś stracił żonę. Ktoś przeczytał książkę. Ktoś lubi posągi. Ktoś przyjechał do Indii i boi się przyznać, że po dwóch tygodniach nadal niczego nie zrozumiał.

W nocy śniło mi się, że wszystkie religie miasta były sklepami na jednej ulicy. W chrześcijańskim sprzedawano świece. W hinduistycznym kolorowy proszek. W islamskim wodę do obmycia. W buddyjskim nie było niczego. Sprzedawca siedział za pustą ladą i mówił: „Mamy wszystko, czego nie potrzebujesz”. Kiedy zapytałem o cenę, podał mi mokry ręcznik.

Następnego dnia wróciłem. Nie dlatego, że wydarzyło się coś mistycznego. Wróciłem, bo ciekawiło mnie, jak działa miejsce, które nie próbowało mnie nawrócić. To było podejrzane. W świecie, w którym każdy chce sprzedać mi abonament, dietę, pogląd polityczny albo wersję mnie samego po poprawkach, świątynia proponowała siedzenie na poduszce i patrzenie na własny oddech.

Mnich nazywał się Tenzin, choć od razu zaznaczył, że to imię ma tylu mnichów, że równie dobrze mógłby mieć na imię Jan. Urodził się w północnych Indiach, wychował częściowo w klasztorze, częściowo poza nim. Nie opowiadał o sobie jak o człowieku oświeconym. Narzekał na komary. Miał pękniętą obudowę telefonu. Twierdził, że jeśli medytacja czyni człowieka nieznośnym, to najwyraźniej coś poszło nie tak.

Na półce pokazał mi kilka książek. Jedne mówiły o uważności, inne o pustce, inne o współczuciu, jeszcze inne miały na okładkach groźne bóstwa z płonącymi włosami. Nie wyglądało to jak jedna religia. Bardziej jak biblioteka, w której ktoś pomieszał psychologię, metafizykę, rytuał, etykę i instrukcję obsługi własnego umysłu.

To pytanie jest bardziej niewygodne, niż wygląda. Można przez lata czytać o duchowości i ani razu nie zapytać, czego się od niej chce. Spokoju? Tożsamości? Sensu? Przynależności? Egzotyki? Usprawiedliwienia własnej samotności? Sposobu na śmierć? Sposobu na życie?

W buddyzmie początkujący szybko trafia na słowo „cierpienie” i łatwo uznać, że to ponura religia ludzi, którzy patrzą na życie jak na źle napisany rachunek. Tymczasem w małej świątyni przy ruchliwej ulicy nie widziałem ponurości. Widziałem ludzi, którzy przychodzili z rzeczami bardzo zwyczajnymi: napięciem, stratą, ciekawością, zmęczeniem, chaosem.

Może to jest pierwsza ważna rzecz. Buddyzm nie zaczyna się od odpowiedzi. Zaczyna się od zauważenia, że coś w naszym sposobie życia nie działa tak dobrze, jak obiecują reklamy. Nie trzeba być nieszczęśliwym. Wystarczy czasem poczuć drobne uwieranie, które nie znika po zakupach, wakacjach ani kolejnym planie samodoskonalenia.

Po godzinie przestało padać. Wyszedłem na ulicę. Delhi wróciło natychmiast: skutery, para z garnków, psy, mokre kartony, sprzedawca mango krzyczący do przechodniów. Nic się nie zmieniło. Nie zobaczyłem aureoli wokół ludzi. Nie usłyszałem ciszy ukrytej pod hałasem.

Tylko kiedy po dwudziestu metrach samochód ochlapał mnie wodą z kałuży, zamiast przekląć, zacząłem się śmiać. Trwało to może pięć sekund. Nie nazwałbym tego oświeceniem.

Ale pięć sekund to też jakieś drzwi.

Budda zapomniał, czego naucza

_SEN_

Budda siedział pod drzewem i patrzył na grupę ludzi czekających na naukę. Ktoś przyniósł notes. Ktoś inny włączył nagrywanie w telefonie. W pierwszym rzędzie mnich poprawił szatę, jakby za chwilę miało paść zdanie, które trzeba będzie powtarzać przez dwa i pół tysiąca lat.

Budda otworzył usta i nic nie powiedział.

Minęła minuta. Potem druga. W końcu ktoś zapytał: „Zapomniałeś?”

Budda zmarszczył brwi. „Chyba tak.”

Publiczność zaczęła się niepokoić. Jeden człowiek wyszedł. Drugi zażądał zwrotu datku. Trzeci uznał, że milczenie jest nauką najwyższą i natychmiast zaczął robić z niej system.

Budda popatrzył na niego z przerażeniem.

Obudziłem się z myślą, że człowiek potrafi przywiązać się nawet do pustego miejsca po odpowiedzi.

------------------------------------------------------------------------

2. Jedni szukają spokoju, inni chcą zniknąć

BODH GAYA, 05:11. PRZED WSCHODEM

Przed świtem ludzie są bardziej prawdziwi. Jeszcze nie założyli twarzy na cały dzień. Wokół świątyni Mahabodhi ktoś zamiatał kamienną alejkę. Kilku pielgrzymów wykonywało pokłony, raz za razem rzucając ciało na deski. Mnisi w bordowych szatach szli z termosami. Psy spały tam, gdzie noc je zostawiła.

Usiadłem obok mężczyzny z Francji, który miał na imię Luc i wyglądał, jakby nie spał od tygodnia. Powiedział mi, że przyjechał nauczyć się medytować. Po chwili dodał, że właściwie przyjechał przestać myśleć. Po kolejnej chwili: że przyjechał, bo rozwiódł się po siedemnastu latach małżeństwa.

To zdanie słyszałem potem wiele razy, w różnych językach. Ludzie przyjeżdżają do buddyzmu z hałasem. Czasem ten hałas ma postać pracy, długów, wiadomości w telefonie. Czasem wspomnienia. Czasem pytania, które budzą się szybciej niż oni sami.

Kilka metrów dalej młoda kobieta z Korei siedziała nieruchomo. Powiedziała później, że nie szuka spokoju. Szukała dyscypliny. Ktoś inny chciał zrozumieć śmierć matki. Niemiec w lnianej koszuli interesował się neurobiologią medytacji. Student z Kalkuty przyjechał, bo jego dziewczyna była buddystką. Starszy Tybetańczyk nie „szukał” niczego. Modlił się tak, jak robił to od dzieciństwa.

Jedno miejsce, wiele drzwi.

To niewygodne dla ludzi lubiących czyste definicje. Wolelibyśmy wiedzieć, że buddysta to ktoś, kto ma taki a taki pogląd i wykonuje taki a taki zestaw praktyk. Tymczasem początek jest rozrzucony. Jedni przychodzą od strony filozofii. Inni od strony cierpienia. Jeszcze inni od

strony estetyki: zapachu kadzidła, ciszy klasztoru, opowieści o Tybecie. Niektórych przyprowadza nauka. Niektórych kryzys.

Najbardziej niepokojący są ci, którzy przychodzą po zniknięcie.

Nie chodzi o fizyczną śmierć. Chodzi o marzenie, żeby na chwilę nie być sobą. Nie odpowiadać. Nie planować. Nie pamiętać. Nie dźwigać własnego imienia jak torby, której nie można nigdzie odstawić.

W zachodnich centrach medytacyjnych często mówi się o redukcji stresu. To brzmi bezpiecznie, niemal jak instrukcja do aplikacji. Ale gdy rozmawia się z ludźmi dłużej, spod słowa „stres” wychodzą inne rzeczy: samotność, wstyd, lęk przed starzeniem, poczucie bezsensu, gniew na rodziców, strach przed własnym ciałem.

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij