Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Buntownik i róża. Tajemnice Fantome. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 lipca 2026
51,90
5190 pkt
punktów Virtualo

Buntownik i róża. Tajemnice Fantome. Tom 2 - ebook

Z odległego schronienia na szczycie wzgórza Seraphine i jej Zakon Płomieni planują unicestwić Mrok. Jednak przeznaczenie wzywa Serę z powrotem do Fantome – i do asasyna, który nawiedza jej sny.

Tymczasem Ransom, rozdarty między obowiązkiem a uczuciami, nie potrafi wyrzucić Sery z głowy. Gdy ich rywalizacja się zaostrza, przywódca Zakonu Sztyletów zaczyna coraz bardziej czuć, że nie jest tym, kim naprawdę chciałby być.

Kiedy w królestwie wybucha bunt, ich losy ponownie splatają się w niebezpiecznej grze o władzę, magię i serca. A pradawna przepowiednia, która na zawsze odmieni losy Valterre, zaczyna się spełniać…

Kontynuacja płomiennego romansu enemies-to-lovers, Sztylet i płomień. Dla fanów Sarah J. Maas, Leigh Bardugo i Stephanie Garber.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68934-01-4
Rozmiar pliku: 3,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SŁOWA UZNANIA DLA POWIEŚCISZTYLET I PŁOMIEŃ

„Bogato skonstruowany świat, dowcipne dialogi i romantyczne napięcie składają się na uzależniającą, przezabawną powieść fantasy”.

– „The Guardian”

„Gorący romans, zachwycający świat wyobraźni, popisowy styl”.

– Lauren Roberts, autorka _Bezsilnej_

„_Sztylet i płomień_, wypakowany po brzegi charakterystycznymi dla Doyle bogatymi opisami i sarkastycznym humorem, zabiera nas na wspaniałą przygodę w zdradzieckich zaułkach miasta Fantome. Oszałamiający romans typu _enemies to lovers_, w którym bohaterowie przysięgają się wzajemnie pozabijać, choć jednak wolą się całować, groźna tajemnica i wstawki o słodkich zwierzaczkach – ta książka zawiera wszelkie upragnione cechy romantasy i ucieszy fanów tej formy literackiej”.

– Melinda Salisbury, autorka _Córki zjadaczki grzechów_

„Szybkie tempo, ekscytująca i mądra treść, a ponieważ to Catherine Doyle, to również piękny styl. A czy wspominałam, że ta powieść jest bardzo, ale to bardzo gorąca?”

– Louise O’Neill, autorka _Pod taflą_

„Wspaniała i bezlitosna: proszę zrobić przejście, nadchodzą prawdziwi _rivals to lovers_”.

– Sarah Rees Brennan, autorka _Niech żyje zło_

„Zachwycająca, ekscytująca i porażająco romantyczna. _Sztylet i płomień_ to z pewnością twoja nowa obsesja”.

– Katherine Webber, współautorka _Bliźniaczych koron_

„Zręcznie skonstruowana fabuła”.

– „The Bookseller Buyer’s Guide”

„Catherine Doyle powraca do korzeni opowieścią z rodzaju _enemies to lovers_, która z pewnością urzeknie czytelników. Gęsta i zawiła historia usiana charakterystycznym dla Doyle humorem to _must-read_ dla fanów fantasy”.

– „The Irish Examiner”

„W tej błyskotliwej powieści Doyle bawi się takimi motywami jak magia, intryga, przyjaźń, rodzina, etyka i miłość”.

– Children’s Books Ireland, Recommended Reads

„Pięknie skonstruowana powieść dla młodzieży z nastrojową scenerią i frapującymi bohaterami. Między Seraphine i Ransomem aż skwierczy od chemii, a dowcip i emocje tryskają ze stron tej wciągającej powieści”.

– „The Times”, Best Irish Children’s Books 2024

„_Sztylet i płomień_ dowozi na pełnej”.

– „The Irish Independent”

„Romantycznie, dramatycznie i mrocznie”.

– „The Daily Mail”Lista graczy

ZAKON PŁOMIENI

Seraphine Marchant – współzałożycielka Zakonu Płomieni

Theodore Branch – współzałożyciel Zakonu Płomieni

Valerie – współzałożycielka Zakonu Płomieni

Sabine Fraser – współzałożycielka Zakonu Płomieni

ZAKON SZTYLETÓW

Hugo Ralphe Versini – założyciel Zakonu Sztyletów

Gaspard Dufort – były przeor Zakonu Sztyletów (zmarły)

Ransom Hale – przeor Zakonu Sztyletów

Nadia Raine – Sztylet, zastępczyni przeora

Caruso Dantes – Sztylet, drugi zastępca przeora

ZAKON PŁASZCZY

Armand Versini – założyciel Zakonu Płaszczy

Madame Cordelia Mercure – przeorysza Zakonu Płaszczy

Madame Josephine Fontaine – była przeorysza Zakonu Płaszczy

DYNASTIA RAYERE, ICH KRÓLEWSKIE MOŚCI

Bertrand IV – król Valterre

Odette I – królowa Valterre

Andreas Mondragon – książę Valterre, bratanek Bertranda

ŚWIĘCI PATRONI VALTERRE

1. Calvin – patron śmierci

2. Celiana – patronka poezji i pieśni

3. Frederic – patron farmerów i myśliwych

4. Maud – patronka utraconej nadziei

5. Maurius – patron podróżujących po lądach i morzach

6. Oriel – patronka przeznaczenia

7. Serene – patronka zwierząt

8. Alisa – patronka chorych

9. Cadel – patron wojowników

10. Calliope – patronka młodości i piękna

11. Placido – patron pokoju

12. Jasper – patron rzemieślników

13. Lucille Versini – patronka uczonychCZĘŚĆ I

Ciemność, co spod ludzkiej ręki wyszła,

zniknie, gdy rozbłyśnie iskra.

Burza świętych wybierze,

runą trzy kamienne wieże.

Komu nie w smak czekanie,

daru magii nie dostanie.

Chciwość nim zawładnie,

sam moce wykradnie.

Lecz ta magia nic niewarta.

W talii jest Twórczyni karta.

To ta, którą wskaże ziemia,

będzie ręką przeznaczenia.

Wkrótce wojna wstrząśnie krajem,

miecz naprzeciw róży stanie.

Sojusze zostaną zdradzone,

Królestwo Świętych przemienione.

Ostatnia przepowiednia Oriel Beauregard,
patronki przeznaczeniaBurza

Burza waliła w Fantome tak zaciekle, że całe miasto się trzęsło. Nawet rzeka drżała. Niebo łkało, grzmoty huczały raz po raz, jakby próbowały powiedzieć coś istotnego. A w najstarszej uczelni Valterre, położonej w części północnej i spoglądającej stamtąd na rozległe zabudowania, pewien młody uczeń uważnie słuchał odgłosów nawałnicy.

Książę Andreas Mondragon Rayere siedział na parapecie w swoim dormitorium i z czołem przyciśniętym do szyby obserwował rozdarte niebo. Czekał na tę noc od wielu lat, a teraz wreszcie nadeszła.

Ta burza.

Ta iskra.

Ta wielka przemiana losu.

Z szerokim uśmiechem zeskoczył z parapetu, z wieszaka na ścianie ściągnął płaszcz przeciwdeszczowy, narzucił go na ramiona i wymknął się na kamienny korytarz. Lampy olejne migotały zachęcająco, gdy ruszył przed siebie, skręcił za róg i pokonał schody po trzy stopnie na raz. Na zewnątrz wciąż szalała burza, lecz w czcigodnych murach Akademii panowała wręcz upiorna cisza. Pozostali uczniowie już się rozeszli, każdy w swoją stronę, by oddać się samotnej lekturze w zaciszu sypialni lub wykorzystać jeszcze z godzinę lub dwie na naukę w przyjaznym cieple biblioteki.

Andreas spędził tyle bezsennych nocy pośród stosów ksiąg, że potrafił odtworzyć w pamięci każdy ze złoconych grzbietów, a nawet na własną modłę uformował poduszki w ulubionym fotelu uszaku. Długie lata zaciekłych badań, polowania na zagubione słowa świętej Oriel teraz wydawały się ledwie kilkoma dniami. Przeminęły w mgnieniu oka.

Pojawił się w Akademii sześć lat temu, niemal co do dnia. Rozpieszczone książątko lat szesnaście, o miękkich rączkach i rozgwieżdżonym spojrzeniu, z bagażem w postaci dziewięciu skrzyń wytwornych strojów i błyszczących trzewików oraz zbiorem ksiąg, z którego spokojnie dałby radę zbudować w sypialni replikę Wieży Aurory.

A teraz był studentem. W pokoju piętrzyły się setki dzienników i nieprzebranych zwojów pergaminowych, zapełnionych gorączkowymi notatkami. Opuszki palców miał nieustannie poplamione atramentem, włosy długie i w nieładzie, a wszystkie trzewiki pozdzierane od długich spacerów po lasach otaczających uczelnię.

Od dnia, gdy wysiadł z królewskiego powozu i pokonał stopnie prowadzące do wejścia, każdą wolną chwilę poświęcał na zgłębianie dziejów świętych, niestrudzenie badał fragmenty ostatniego proroctwa świętej Oriel i usiłował pozlepiać je w całość jak części układanki.

Miał wielką nadzieję, że właśnie nadeszła noc, na którą czekał tak długo.

Początek Drugiego Przyjścia.

Znów uderzył piorun i ostre srebrne światło zalało dziedziniec. Burza szalała coraz zacieklej. Książę przyspieszył kroku. Pokonał jedną kondygnację w dół, potem kolejną, aż wreszcie dotarł do drzwi na końcu długiego korytarza, za którymi znajdował się mokry kwadratowy dziedziniec. Ruszył biegiem, czując, jak deszcz całuje mu policzki i wygładza włosy.

Był mgliście świadom twarzy obserwujących go z okien.

Drzwi prowadzące na wieżę zegarową na północnym krańcu kołysały się w zawiasach. Znak od świętej Oriel, wielkiej wróżbitki losu! Na ogromnej tarczy, białej niczym księżyc, krótsza wskazówka z wolna zbliżała się do północy. Serce waliło chłopakowi jak młotem, gdy pokonując po trzy stopnie naraz, ruszył w górę kręconych schodów, ku dzwonom na szczycie.

Kręciło mu się w głowie, gdy myślał o wszystkim, co przyniesie ta noc.

Możliwości…

Moc!

Jego ojciec – jedyny brat władcy, niegdyś cieszący się szacunkiem dowódca królewskiej armii – zawsze gardził obsesją syna na punkcie świętych. Uważał, że los pokarał go potomkiem nieobecnym duchem i słabym, który, choć urodzony do osiągnięcia wielkości na polu bitwy, wolał siedzieć z nosem w wystrzępionych zwojach, zatopiony w lekturze niemal zapomnianych i niesprawdzonych bredni. Plama na herbie rodowym. Przypadek dla Maud, patronki utraconej nadziei.

Matka z kolei, księżna sąsiedniej Urniki, z zasady głosząca przeciwne opinie niż małżonek, z ulgą przyjęła akademickie zainteresowania syna, jako że zawsze radośnie kierowała jedynaka w stronę ksiąg zamiast do toczenia wojen. I kiedy w wieku lat szesnastu zapytał, czy mógłby studiować na Akademii, podważyła wieka królewskich kufrów i spełniła jego życzenie.

A ojciec, rzecz jasna, nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie pozbędzie się syna.

Sporo lat minęło od dnia, gdy pożegnali się na schodach przed wejściem do gmachu uczelni. Od tamtej pory książę ani razu nie widział się z ojcem, jedynie czerpał wieści o jego kolejnych bohaterskich czynach z listów regularnie przychodzących od matki. A potem o śmierci na polu bitewnym – z niedzielnej prasy brukowej.

Niech mu ziemia ciężką będzie.

Dysząc, dotarł na szczyt wieży. Wąskie drzwiczki nie były zaryglowane – no bo który uczeń przy zdrowych zmysłach wychodziłby na taką burzę? Albo w ogóle?

Książę stanął w wąskim przejściu. Tarcza zegara otoczyła jego głowę jak aureola, gdy popatrzył na zachód, w stronę Wieży Aurory, migoczącej pośród nocy niczym świeca.

Niebo rozdarła błyskawica.

Wspiął się na tarczę, opierając stopy na metalowych wskazówkach.

Z dołu dobiegły krzyki:

– Andreas, ty durniu, złaź natychmiast!

– Andreas, spadniesz!

– Całkiem mu odbiło!

– Andreas! Andreas!

Uczniowie gromadzili się na zielonym dziedzińcu. Andreas nie odrywał wzroku od nieba, wspinał się coraz wyżej, ostrożnie i metodycznie przesuwając ręce i stopy, aż wreszcie podciągnął się na stromy dach wieży. Spojrzał przez ramię i zobaczył, jak Aurora wybucha złocistym blaskiem, jaśniejszym niż jeszcze chwilę temu, jaskrawszym niż kiedykolwiek wcześniej.

Magia.

Magia śpiewała na wzmagającym się wietrze.

Stanął na drżących nogach, mocno wbił stopy po obu stronach kalenicy.

Głosy w dole połączyły się we wrzaskliwy chór.

Andreas!

Andreas!

Andreas!

Niebo gwałtownie pojaśniało, kolejna błyskawica rozdarła chmury. Książę wyrzucił ramiona w górę, jakby sięgał po burzę.

– ORIEL, POBŁOGOSŁAW MNIE! – zawołał z siłą dorównującą grzmotom. – ODDAJĘ CI SIĘ CAŁY!

Błyskawica przemknęła obok niego, wbiła się w miasto jak krzywy palec i walnęła w Wieżę Aurory. Andreas patrzył z zachwytem zmieszanym z przerażeniem, jak budowla rozpada się na jego oczach.

Z piersi księcia wyrwał się maniacki śmiech.

– Pierwsza wieża padła! Proroctwo się spełnia!

Burza połknęła jego krzyki.

Wyciągnął dłoń w stronę nowej błyskawicy.

– ORIEL, WYBIERZ MNIE!

Jednakże i ta błyskawica wyminęła go łukiem i skierowała się na zachód, w stronę mgieł wiszących nisko nad Ra’azule. Nerwy chłopaka się napięły, serce waliło tak głośno, że ledwo słyszał spanikowane wołania uczniów i wykładowców… nawet rektor, osobisty mentor księcia, oddany mu bez reszty, wybiegł na dziedziniec w szlafmycy i szlafroku.

Andreas nadal nie odrywał wzroku od nieba. Znał ostatnie proroctwo równie dobrze jak linie na własnych dłoniach. Bywały dni, kiedy miał wrażenie, jakby Oriel wypisała swoją obietnicę na tkaninie jego duszy. Jeszcze jedna błyskawica. Ostatnia szansa. Przysięgał, że nie będzie błagał. Żaden książę Valterre nigdy by się tak nie upokorzył, ale desperacja wzięła górę.

Wspiął się na palce.

– ORIEL, PROSZĘ!

Rozległy się dzwony na wieży. Przez chwilę brzmiały jak rozpaczliwy okrzyk niebios.

Bom!

Bom!

Bom!

Ciemność otoczyła gmach Akademii. Książę poczuł się całkiem sam na świecie. Włosy na głowie sterczały mu na wszystkie strony. Uniosły się nawet delikatne jasne włoski na ramionach i karku. Usta wypełnił metaliczny smak, z nosa pociekła krew.

Chmury z wolna się rozstąpiły, jakby rozgarnięte dłońmi samego świętego Mauriusa. W wyrwie ukazała się włócznia srebrnego światła.

Książę rozchylił usta, by ją połknąć.

Przeszyła go jak pogrzebacz.

Plecy wygięły się w łuk, z gardła wyrwał się krzyk bólu tak przejmujący, że odebrał mu głos.

Świat obrócił się w srebro, a żar pochłaniał jego ciało, przeżuwał kości na popiół. Serce stało się wulkanem pompującym lawę do żył.

Nie. Nie!

Za gorąco. Za jasno. Zbyt boleśnie.

Nie mógł tego wytrzymać.

Nie mógł tego zatrzymać.

Nagle wieża zaczęła się kruszyć, nogi odmówiły mu posłuszeństwa i zaczął bezwładnie zjeżdżać z dachu. Próbował chwycić się dachówek, które zdzierały skórę z pleców, ale w końcu zsunął się ze skraju jak kropla deszczu.

I pomknął w dół.

Nie poczuł twardego uderzenia o trawę. Nie słyszał przerażonych krzyków innych uczniów rozgarniających gruz, by do niego dotrzeć. Zatonął w czerni, złapany w sidła złocistego spojrzenia, utkwionego w nim pośród cieni umysłu.

Święta Oriel, tkaczka losu.

– Złodziej – wyszeptała.Rozdział 1

Seraphine

Seraphine Marchant drżała pod oślepiającą furią burzy, rozpaczliwie wyciągając ręce do nieba. Z dołu dobiegło bicie dzwonu ogłaszające nową godzinę.

Bom!

Bom!

Bom!

Błyskawica przeszyła ją jak strzała, poraziła wnętrze żarem zdającym się roztapiać kości. Nastąpił wybuch bólu, świat zawirował. Upadła. A pośrodku tego wszystkiego świeciła biała niczym księżyc tarcza zegarowa z powoli przesuwającymi się wskazówkami.

Rozległy się krzyki, głosy wołające jej imię.

Nie, to nie było jej imię.

„To nie jest moje wspomnienie”.

„To nie ja”.

A potem twardo uderzyła o ziemię…

Ocknęła się ze zduszonym okrzykiem i gwałtownie usiadła. Pippin, drzemiący na jej kolanach, nastawił uszu i nisko zaburczał z głębi piersi. Siedząca naprzeciwko Bibi wychyliła się i chwyciła Serę za rękę.

– Nic ci nie grozi – powiedziała, lekko ściskając palce przyjaciółki. – To był tylko sen.

Wciąż z trudem łapiąc oddech, Sera odsunęła jasne kosmyki z twarzy.

– Chyba przysnęłam.

Błękitne oczy Bibi wypełniły się troską.

– Znowu to samo?

Sera przytaknęła, marszcząc brwi.

– Wieża zegarowa.

To był niemal zawsze ten sam koszmar: wieża, krzyki, lecz skierowane nie do niej, nieznane miejsce.

– Jesteśmy tutaj – zapewniła Bibi, żeby oderwać ją od sennych majaków. – Rozejrzyj się.

Sera patrzyła ze swojego miejsca w tylnej części powozu na senną wieś Aberville, rozpościerającą się dokoła niczym książkowa sceneria. Urokliwy zlepek krętych brukowanych uliczek i kamiennych domków, ślicznych witryn sklepowych osłoniętych markizami wykończonymi frędzlami, a wszystko to w otulinie gęstych lasów sosnowych oddzielających mieszkańców od chaosu stolicy. Zima miała się ku końcowi, ale szron jeszcze się skrzył na wszystkim dokoła, pokrywał warstwą szyby i zdobił dachy brylantowymi łzami.

Aberville, leżące w łagodnie pofałdowanej okolicy, znajdowało się dość daleko od Halbrachtu, górskiej wioski będącej ich domem przez ostatnie trzy miesiące. Mimo to Sera nie nudziła się podczas długiej podróży, miała przecież za towarzystwo Bibi i ukochanego Pipa.

Dziewczyny spędzały dni na grze w karty. Pippin radośnie podgryzał sznurówki Sery, a Bibi nalegała, żeby zagrać w „widzę coś na literę…” za każdym razem, gdy powóz przejeżdżał przez miasteczko lub wieś. Zatrzymywały się na nocleg w najbliższym zajeździe, gdy konie zaczynały się męczyć. Sera przemycała tam Pippina pod płaszczem, a potem szły na kolację i łapczywie pochłaniały lokalną potrawkę czy co tam akurat było w ofercie.

Powóz zatrzymał się przed domem z żółtej cegły, należącym do niejakiej Othilde Eberhard, najwytrawniejszej szmuglerki w całej Valterre. Bibi wychyliła się przez okno i powiedziała:

– Spójrz, jaki wielki ogród. Chyba widzę nawet jezioro.

Ptaki ćwierkały w koronach drzew, zwiastując nadejście wiosny. Sera nie słyszała tego dźwięku od długich miesięcy. Jastrzębie zamieszkujące góry wokół Halbrachtu wolały skrzeczeć, a nawet jeśli czasem rozbrzmiał śpiew zabłąkanego rudzika, zaraz nikł, zagłuszony końskim rżeniem i meczeniem kóz. Uznała ptasią melodię za pomyślny znak.

Wyskoczyły z powozu. Sera zawołała do Remy’ego, stangreta:

– Długo nam to nie zajmie. Godzinę, góra dwie.

– Przedstawienie czas zacząć – mruknęła Bibi.

W tej samej chwili Pippin również zeskoczył z pojazdu i pognał śladem dziewczyn.

W oknie widniała skrzywiona twarz szmuglerki.

Sera prędko chwyciła Pippina na ręce, zanim zdążył nasikać na przebiśniegi. Miała szczerą nadzieję, że Othilde Eberhard lubi psy.

Godzinę później krążyła nerwowo brzegiem jeziora na końcu ogrodu Othilde Eberhard. Dosłownie czuła z tyłu głowy spojrzenie starszej kobiety obserwującej ją z okna kuchni. Zapewne rozważała propozycję, którą jej przedstawiły. W skrócie: „Porzuć jedyną profesję, jaką kiedykolwiek się parałaś. Postaw wszystko na Ognik”.

Ognik, antidotum na Mrok. Złota pylista substancja zdolna bez trudu zniwelować śmiercionośne cienie Mroku. Dziewczyny obsypały Othilde pochlebstwami i słodkimi słówkami, a kiedy już zaprosiła je do środka, przedstawiły swoją propozycję wraz z bezcenną fiolką. Szmuglerka już wiedziała o potworach z Fantome i o mocy Ognika, toteż potraktowała ich wywód z zaintrygowaniem i chętnie wysłuchała historii o tym, jak odkryli pradawne magiczne antidotum i co zamierzają z nim zrobić: mianowicie udoskonalić ostateczną recepturę i rozprowadzić substancję po całym Fantome, tak aby każdy mieszkaniec otrzymał zapas Ognika. Ochrona przed Sztyletami osłabi ich władzę nad stolicą i w końcu raz na zawsze zniesie ponurą moc Mroku.

Nie proponowały jedynie nowej profesji. Proponowały nowy zakon. Nowy świat. I bardzo chciały, żeby Othilde, doświadczona, bystra i zręczna osoba, stała się jego częścią. Co byłoby nie tylko zyskiem dla Zakonu Płomieni, lecz także stratą dla Zakonu Sztyletów.

W końcu mniej szmuglerów to mniej Mroku na rynku.

Othilde przerwała ciszę i nazwała dziewczęta dwójką wichrzycielek, Serę (z nutą niechętnej czułości) obdarzyła mianem Zadry, po czym wyrzuciła obie z domu, twierdząc, że musi się zastanowić.

Minuty ciągnęły się niemiłosiernie. Sera rzucała patyk Pippinowi i patrzyła, jak pozbawiony jednej łapy terier ugania się za kijem jak mały szary pocisk. Mimo woli się uśmiechnęła. Zapach sosen i wysokich traw łaskoczących ją w łydki, ptasie tryle i rozległa płachta bladego nieba – wszystko to przypominało jej dom. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że znów jest na równinach, że stoi w ogrodzie przy chacie, w swoim dawnym życiu, i bawi się z Pipem. Mama krząta się przy koszach z kwiatami, obrywa martwe liście i sadzi cebulki żonkili, żeby zakwitły na wiosnę.

Wspomnienie wydawało się takie prawdziwe. To uczucie. Dom. Szczęście. Sera poczuła ciepło w piersi, a na policzkach mrowienie od nagłej bliskości magii. Tej dziwnej, nieprzewidywalnej mocy, która zapuściła w niej korzenie trzy miesiące temu na szczycie Wieży Aurory. Sera poznała ją pod postacią swego rodzaju ognia. Płomienia rozświetlonego od wewnątrz. Nie rozumiała jednak, jak to działa ani czego od niej oczekuje. Czasami, w chwilach smutku, strachu czy gniewu, magia płonęła w jej sercu jak ognisko. A czasem była zimna, uśpiona, niedostępna.

Prezent, którego Sera nie umiała rozpakować.

Moc, która w równym stopniu ją fascynowała, co wprawiała w dezorientację.

Sekret, o którym wiedzieli tylko najbliżsi przyjaciele.

– Tylko uważaj, żebyś nie wpadła do mojego jeziora, Zadro. Stara Othilde Eberhard cię nie wyłowi. Nie zginam tych skrzypiących kolan od dobrych dwudziestu lat.

Sera natychmiast otworzyła oczy i obróciła się na pięcie. Othilde Eberhard stała pośród trzcin w jaskrawoczerwonych kaloszach. Szczupła jak kij od grabi i podobnego wzrostu, opatulona w za duży kraciasty płaszcz. Długie siwe włosy, tworzące ostry kontrast z oliwkową cerą, swobodnie powiewały na wietrze.

– Podjęłam decyzję.

Seraphine zamrugała.

– Szybko.

Czyżby? Właściwie jak długo tu stała, zatopiona w myślach? I gdzie się podziała Bibi?

Othilde uniosła jasną brew.

– A jak długo rozważali twoją propozycję inni szmuglerzy?

– Nie zdążyłam odwiedzić zbyt wielu – przyznała się Sera. Odkąd uciekła z Fantome i razem z Bibi, Val i Theem znalazła azyl w Halbrachcie, ledwo miała czas porządnie zaczerpnąć tchu. Przez długie tygodnie zima szalała z taką furią, że praktycznie wykluczyła wszelkie podróże. Ambitne plany dotyczące Ognika, a co za tym idzie dalszych dziejów Fantome, odrodziły się dopiero niedawno. – Ale jedna przed tobą pogoniła mnie patelnią, więc…

– Czyli stara mądrala Othilde nie figurowała na szczycie waszej listy rekrutacyjnej.

Cóż, to nie była kwestia preferencji, tylko odległości.

– A co powiesz na pierwszą piątkę?

– Powiem, że do dupy. – Othilde ruchem głowy wskazała Pippina, który właśnie przybiegł z patykiem w pysku i złożył go u jej stóp. Zdobyła się na zdawkowy uśmieszek i dodała: – Przywlekłaś tu sierściucha, żeby mnie rozczulił?

– To zależy… Udało się?

Othilde podniosła kij i rzuciła.

– Całe życie spędziłam w stworzonej ludzką ręką ciemności tego królestwa – podjęła, kiedy Pippin pognał za zdobyczą. – Ale dochodziły mnie słuchy na temat Ognika. Opowieści o tym, jak mogłoby wyglądać Fantome, gdyby Lucille Versini doprowadziła sprawy do końca. – Pokręciła głową. Żal zasnuł jej brązowe oczy. – Nie wierzyłam w nie do czasu, aż pojawiły się potwory. Gdybym tylko wiedziała… – Zawiesiła głos. Jej wargi drgnęły. – Być może poświęciłabym życie lepszej sprawie. Lepszemu światu. Takiemu, jaki zostawili nasi święci.

– Jeszcze nie jest za późno, żeby po ten świat sięgnąć – zauważyła Sera bez nuty potępienia w głosie. Szmuglowanie Mroku nie wiązało się z prostym wyborem. Dla wielu osób oznaczało po prostu szansę na przetrwanie. Wyjście z nędzy, bólu, harówki i desperackiej walki o życie. Nie zamierzała potępiać Othilde za takie same wybory, jakich dokonała jej własna matka. – Nadal możesz odmienić los Fantome, Othilde.

Zawdzięczali to mamie Sery. Sylvie Marchant poświęciła życie na szukanie Ognika. I w końcu je oddała, o mało nie pociągając za sobą całego miasta. Przez wiele miesięcy zatrute przez nią potwory siały terror w mieście. Setki rodzin nadal opłakiwały zmarłych. A jeśli chodzi o Zakon Sztyletów… Sera nadal nie wiedziała, ile osób poległo tamtej nocy, gdy bestie wdarły się do katakumb… Ile wciąż by żyło, gdyby w odpowiedniej chwili wspięła się na Wieżę Aurory i wyzwoliła potwory.

Próbowała o tym nie myśleć. Przynajmniej na jawie. Ale we śnie dręczyły ją koszmary. Jeśli nie spadała z wieży zegarowej, to przeżywała tamten straszny dzień na Aurorze, wciąż i wciąż od nowa. Stanowczo zbyt wyraźnie odtwarzała w pamięci, jak uderzył ją piorun i jak przycisnęła dłoń do piersi Sztyleta, który przyszedł ją tam zabić.

Lark Delano.

Usmażyła go dotknięciem.

Nie była Sztyletem.

Ale stała się morderczynią.

Jej palce drgnęły na to wspomnienie.

Nic nie mogło umknąć przenikliwym brązowym oczom Othilde.

– Sądzę, że nie jest za późno dla nas obu.

Sera uśmiechnęła się wymuszenie.

– Powinnaś wiedzieć, że Sztylety będą bardzo niezadowolone z utraty kolejnej szmuglerki. Płaszcze tak samo. Uznają twoją decyzję za akt…

– Zdrady? – prychnęła Othilde. – A co mnie to obchodzi? – Odwróciła się i spojrzała na Pippina, który właśnie wynurzył się spośród trzcin z aż trzema patykami w pysku. Zmyślny zwierzak. – Sama wyznaczam sobie drogę. A Dufort nie żyje. Głąb i buc. Gdy tu przyłaził, nigdy nie raczył wytrzeć kopyt przed wejściem. Chłeptał herbatę jak pies. Ledwo kojarzę jego następcę. I zapewniam, że się go nie boję.

– Ransom. – Wypowiadając to imię, Sera poczuła szarpnięcie w piersi, ale jak zwykle nie potrafiła odróżnić, czy to dziwne odczucie jest wywołane nadzieją, czy strachem. – Nazywa się Ransom.

Dłoń jej drgnęła, jakby chciała sięgnąć po wspomnienie o nim.

Obróciła się i popatrzyła na wodę, żeby ukryć rumieniec. Zalały ją niecenzuralne obrazy i na krótką chwilę znów znalazła się w tamtym zaułku, z plecami przyciśniętymi do zimnego kamiennego muru, podczas gdy usta Sztyleta błądziły po jej szyi i całowały wrażliwy punkt poniżej ucha.

Ransom. Bastian. Te jesienne oczy. Uśmiech ze skazą blizny. Cienie wspinające się po jego łydkach, spowijające pierś…

Zabójca. Kochanek. Wróg.

Jego też mogła uratować.

Czy mu się to podobało, czy nie.

– Martwisz się o Ransoma, Zadro, a ja o swoje zesztywniałe stawy.

Zaśmiała się mimo woli. Nie spodziewała się, że tak polubi starą szmuglerkę.

– Powiedz: czy w Halbrachcie jest równie pięknie, jak w Aberville? – zapytała Othilde.

Seraphine przez chwilę szukała odpowiednich słów.

– Tam jest bardziej dziko. Są wodospady i drzewa iglaste, skały i groty. Czasem pojawia się nawet niedźwiedź brunatny. Zwierzęta chodzą swobodnie. Tamto miejsce raczej mniej się kojarzy z piękną baśnią, a bardziej… z wielką przygodą.

Ciemne oczy szmuglerki zalśniły.

– To dość daleko stąd. Podróż potrwa co najmniej trzy dni. I to tylko pod warunkiem, że mróz na północy odpuści…

Othilde już maszerowała w stronę chaty.

– Zbiorę rzeczy na wyjazd. A ty pozbieraj myśli.

Sera odprowadziła kobietę wzrokiem. Westchnęła. Jaka szkoda, że jej – i mamie – nikt nie złożył podobnej propozycji, zanim sprawy wymknęły się spod kontroli. Na pewno skorzystałaby z szansy na odmianę losu. Mało tego, w razie konieczności wyciągnęłaby mamę z domu za fraki.

Poczuła ciepło w piersi, a znajomy wybuch frustracji podsycił siłę magii. Iskry zatańczyły we wnętrzach dłoni. „Twórczyni”, wyszeptał ten pradawny głos w jej wnętrzu. Ten sam, który po raz pierwszy usłyszała tamtej nocy, gdy zawaliła się Aurora – gdy zabrała ze sobą również Serę. „Wybierz mnie. Posłuż się mną”.

Ogarnięta tym jakże znajomym poczuciem dezorientacji, Sera zerwała źdźbło trzciny i obróciła je w dłoniach. Patrzyła, jak barwa zmienia się z zielonej w złotą, jak szeroka, płaska końcówka liścia zwija się i przekształca w delikatne płatki róży.

Kwiat zalśnił w słońcu. Dziwna magia podtrzymywała jego formę, nawet gdy Sera cisnęła go na powierzchnię zamarzniętego jeziora. Krótkotrwała sztuczka, ale głos w jej wnętrzu ucichł, najwyraźniej zadowolony.

Te kwiaty nie były może niczym szczególnym, ale najlepszym, co Sera potrafiła stworzyć. Jedynym, co potrafiła stworzyć. Czasem obdarowywała nimi Thea, kiedy zaharowywał się przy gospodarstwie, Bibi, gdy dręczył ją smutek i tęsknota za Domem Armanda, i Val, zawsze gdy chciała ją wkurzyć.

– Czy ty podziwiasz własne odbicie?! – zawołała Bibi, wychodząc spomiędzy drzew. Wiatr plątał jej długie rude włosy. Kiedy poprawiła szalik, błysnął złoty wisiorek w kształcie łezki. Bezcenny koralik Ognika. Wszyscy członkowie Zakonu Płomieni nosili takie ozdoby, kiedy opuszczali bezpieczne schronienie Halbrachtu.

– Raczej napawam się naszym sukcesem – odpowiedziała Sera. – Othilde postanowiła do nas dołączyć.

Bibi wykonała triumfalny podskok, a potem się pochyliła i podrapała Pippina. Nagle zauważyła złotą różę tkwiącą na zmarzniętej tafli jeziora i ściągnęła brwi.

– Dla kogo?

Sera wzruszyła ramionami, obracając się w jej stronę.

– Niech święta Oriel zdecyduje.

Bibi popatrzyła przyjaciółce prosto w oczy.

– Kto jak kto, ale ty powinnaś wiedzieć, że droczenie się ze Sztyletem to jak igranie z ogniem.

Na wargach Sery zatańczył uśmiech.

Czasem po prostu nie potrafiła się oprzeć.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij