- nowość
- promocja
Burn Book. Technologia i ja: historia miłosna - ebook
Burn Book. Technologia i ja: historia miłosna - ebook
Wielokrotnie nagradzana dziennikarka Kara Swisher napisała błyskotliwą, ostrą, lecz przede wszystkim szczerą książkę o branży technologicznej i o jej założycielach, którzy chcieli zmienić świat na lepsze, ale zamiast tego go popsuli.
Burn Book to z jednej strony osobiste wspomnienia, a z drugiej – zapis wydarzeń związanych z najpotężniejszymi graczami technologicznymi. To insiderska opowieść o współczesnej Dolinie Krzemowej i o największym boomie bogactwa w historii świata. To książka, na którą wszyscy czekaliśmy.
Kiedy tytani nowych technologii stwierdzili, że „będą działać szybko i nie zawahają się psuć”, Kara Swisher zaczęła działać jeszcze szybciej i psuć im szyki, zdobywając ukrywane przez nich informacje. Podczas relacjonowania rozkwitu sektora cyfrowego na początku lat dziewięćdziesiątych Swisher stała się znana z błyskawicznych i niezwykle trafnych doniesień na temat „nowego porządku świata”, przez co jeden z CEO posądził ją o „prowadzenie nasłuchu firmowych kanałów grzewczych”. Sheryl Sandberg, COO Facebooka, powiedziała kiedyś: „To dyżurny żart Doliny Krzemowej – kiedy sporządzamy osobiste notatki, mówimy: »Mam nadzieję, że Kara tego nigdy nie zobaczy«”.
Jeszcze w college’u Swisher rozpoczęła pracę w „The Washington Post”. Była jednym z niewielu dziennikarzy w redakcji zainteresowanych relacjonowaniem rodzącego się internetu. Następnie zatrudniła się w „The Wall Street Journal”, dołączając do Walta Mossberga, z którym stworzyła przełomową konferencję D: All Things Digital, a także pionierskie witryny z wiadomościami ze świata technologii.
Przeprowadziła wywiady ze wszystkimi liczącymi się w branży technologicznej graczami. Robiła to przez ponad trzy dekady, podczas których innowacje całkowicie zmieniły nasz świat: na lepsze i na gorsze. Wśród przepytywanych przez dziennikarkę znaleźli się między innymi Steve Jobs, Jeff Bezos, Elon Musk, Bill Gates, Sheryl Sandberg, Bob Iger, Larry Page, Sergey Brin, Meg Whitman, Peter Thiel, Sam Altman i Mark Zuckerberg. Ale to tylko mała próbka rozmówców, z których Swisher wyciskała ostatnie poty (co w przypadku Zuckerberga należy rozumieć dosłownie).
Swisher zwraca uwagę na poważne zagrożenia związane z technologią, ale pozostaje optymistką, jeśli chodzi o potencjał innowacji w rozwiązywaniu naszych problemów. Wzywa jednak branżę do dokonywania lepszych, bardziej przemyślanych wyborów, szczególnie teraz, gdy niewyobrażalne możliwości sztucznej inteligencji mogą po raz kolejny odmienić świat.
Ta książka to historia miłosna związku Kary Swisher z technologią. Osoby, która zna obiekt swoich uczuć lepiej niż ktokolwiek inny.
Kategoria: | Literatura faktu |
Zabezpieczenie: |
Watermark
|
ISBN: | 978-83-68352-20-7 |
Rozmiar pliku: | 8,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jeśli wczoraj upadłeś, podnieś się dzisiaj.
H.G. Wells
Wiem, że sięgnęliście po tę książkę, bo chcieliście przeczytać historie o miliarderach z branży nowych technologii, takich jak Elon, Mark, Sheryl, Peter, Jeff, Steve czy Tim.
Bez obaw, poznacie ich wszystkich, tak jak ja poznałam ich w ciągu swojej trzydziestoletniej dziennikarskiej kariery. Ci faceci – bo powiedzmy sobie szczerze, większość technologicznych magnatów to faceci – są głównymi bohaterami mojej książki. Ale jest to także książka o mnie i o technologii, o związku, który początkowo przypominał miłosne zauroczenie, by z czasem nabrać goryczy. Żeby zrozumieć moją relację z technologią, musicie najpierw dowiedzieć się co nieco o mnie. Obiecuję, że będę się streszczać (adekwatnie do swoich 158 centymetrów wzrostu).
Urodziłam się w roku 1962, tym samym, w którym zaczęła się historia internetu. Pewien naukowiec z Massachusetts Institute of Technology zaproponował wówczas połączenie komputerów w sieć, co zaowocowało powstaniem ARPAnetu, czyli sieci Agencji Zaawansowanych Projektów Badawczych (Advanced Research Projects Agency Network), która stała się technologicznym zalążkiem internetu. Istnieją sprzeczne opinie na temat celu, jaki przyświecał stworzeniu pierwszej sieci komputerowej: jedni twierdzą, że było nim opracowanie systemu komunikacyjnego zdolnego do przetrwania ataku nuklearnego, według innych chodziło o ułatwienie badaczom dostępu do nielicznych wówczas superkomputerów o dużej mocy obliczeniowej, a jeszcze inni uważają, że było to po prostu ciekawe wyzwanie technologiczne, z którym zapragnęli zmierzyć się naukowcy. Jedno nie ulega wątpliwości – inicjatorem zbudowania komputerowej sieci komunikacyjnej był J.C.R. Licklider, znany informatyk o nadzwyczaj płodnym umyśle. Swój pomysł opisał w notatce z 1963 roku, w której przedstawił też ideę „międzygalaktycznej sieci komputerowej”. Zawsze uwielbiałam tę koncepcję, ponieważ wydawała mi się wzniosła i zarazem odrobinę niepoważna. Licklider uważał, że dzięki cudom techniki uda się osiągnąć jedność rodzaju ludzkiego. To przekonanie znalazło wielu zwolenników, którzy tak jak Licklider upatrywali w technologii sposób na zjednoczenie ludzkości dla wyższych celów.
Moja historia zaczęła się znacznie mniej ekscytująco. Przyszłam na świat i dorastałam w Roslyn Harbor w stanie Nowy Jork, w północnej części wyspy Long Island, jako środkowe z trojga dzieci. Kiedy miałam pięć lat, zmarł mój ukochany ojciec. Stwierdzenie, że moje życie się zmieniło w chwili, gdy bez ostrzeżenia doznał on wylewu krwi do mózgu, byłoby niedopowiedzeniem. Kilkadziesiąt lat później próbowałam opisać to doświadczenie dziennikarzowi, który przeprowadzał ze mną wywiad. „Wyobraź sobie, że połowa twoich przyjaciół umarła”, powiedziałam, przywołując porównanie, którym posłużyła się autorka książki The Loss That Is Forever (Permanentna strata), poświęconej wpływowi, jaki wywiera na dziecko śmierć rodzica. „Gdy masz pięć lat, rodzice są dla ciebie całym światem. Gdyby połowa twoich przyjaciół nagle umarła, byłbyś zszokowany i zdruzgotany. Myślę, że takie doświadczenie sprawia, iż zdajesz sobie sprawę z nieprzewidywalności życia; uświadamiasz sobie, że może się ono zmienić w mgnieniu oka, że czasem dzieje się coś złego i że jesteś w stanie to przetrwać. Po prostu żyjesz dalej”.
Wspomnienia szybko się zatarły i pozostały mi tylko fotografie. Na każdym zdjęciu mój ojciec sprawia pogodne i optymistyczne wrażenie, uśmiechając się szeroko do obiektywu. Jestem przekonana, że kochał życie, które udało mu się zbudować. Pochodził z niezamożnej rodziny osiadłej w Wirginii Zachodniej i za młodu zaciągnął się do marynarki wojennej, ponieważ amerykańskie wojsko fundowało żołnierzom studia. Marynarka pokryła koszty jego nauki w college’u oraz na uczelni medycznej. Po zakończeniu służby wojskowej w stopniu komandora podporucznika podjął swoją pierwszą pracę w cywilu: został kierownikiem oddziału anestezjologii w szpitalu Brooklyn Jewish. Zarabiał na tyle dobrze, że mógł sobie pozwolić na kupno domu dla swojej powiększającej się rodziny. Umarł, zanim zdążył się do niego wprowadzić.
Czy potrafię wyrazić tę stratę słowami? Nie sądzę. Nie da się opisać czegoś, czego tak naprawdę nigdy się nie miało. O tym właśnie był artykuł, który napisałam w 1989 roku, wkrótce po tym, jak na prośbę babci zleciłam ekshumację i przeniesienie ciała ojca na cmentarz w jego rodzinnej Wirginii Zachodniej. Próbowałam w nim zmierzyć się z doświadczeniem przemijania wpisanym w naszą egzystencję. Przez całe życie nieuchronnie coś tracimy i zostawiamy za sobą.
Ten aspekt ludzkiej egzystencji ironicznie kontrastuje ze specyfiką cyfrowego medium, którym wkrótce potem zajęłam się w pracy zawodowej. W internecie, inaczej niż w życiu, wszystko jest w zasadzie nieusuwalne.
W „The Washington Post” opisywałam to tak:
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz powiedziałam ojcu dobranoc. (…) Nie pamiętam żywej twarzy, jedynie tę, którą widzę na fotografiach. Przypuszczam, że był taki moment, kiedy zrobiłam to ostatni raz, a on zapewne odpowiedział mi wtedy, jak zwykle przeciągając leniwie samogłoski: „Dobranoc, dobranoc, dobranoc”, a potem zgasił światło. Pamiętam wiele takich wieczorów, natomiast nie potrafię sobie przypomnieć tego ostatniego. Czasami ze wszystkich sił próbuję zmusić pamięć do działania, ale tak naprawdę już wiele lat temu pogodziłam się z tym, że niczego z niej nie wycisnę. Kiedy dzwonię do administracji cmentarza, żeby omówić szczegóły ekshumacji, mam poczucie, że podejmuję jeszcze jedną próbę ocalenia tego, co już dawno zostało utracone. Robię to mimo ostrzeżeń przyjaciół, którzy przekonują mnie, że „odgrzebywanie” – tak, jedno z nich użyło właśnie tego słowa – przeszłości nie przyniesie mi nic poza cierpieniem.
Miał zaledwie trzydzieści cztery lata. Doktor Louis Bush Swisher zmarł na skutek powikłań tętniaka, który pękł w jego mózgu pewnego słonecznego niedzielnego poranka ponad dwadzieścia lat temu. W moim pokoju było tak ciemno, że kiedy wyszłam na korytarz, żeby zawołać ojca na śniadanie, oślepiło mnie jasne światło dnia i odruchowo cofnęłam się w głąb. Przyglądałam się stamtąd, jak mój brat puka natarczywie do drzwi sypialni rodziców. Drzwi były zamknięte na klucz i Jeffrey bezskutecznie kręcił gałką, a potem zaczął napierać na drzwi biodrem. Obserwowałam jego wysiłki i pomyślałam sobie, że niepotrzebnie próbuje, bo i tak nie zdoła otworzyć drzwi siłą. Cała ja, jak zawsze pragmatyczna i z nietypową dla dziecka świadomością, że pewnych rzeczy po prostu nie da się zmienić.
Oboje myśleliśmy, że ojciec zapadł w głęboki sen, znużony pisaniem do późna w nocy przemówienia, które miał wygłosić następnego dnia. Mój starszy brat kopał w drzwi i bębnił w nie pięściami. Hałas zaniepokoił naszą matkę, która pospiesznie weszła po schodach na piętro, zapukała niecierpliwie do drzwi i powiedziała: „Bush, Bush, otwórz natychmiast, Jeff bardzo się denerwuje”. Ale ojciec się nie obudził.
Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Pojawili się strażacy i toporami rozbili drzwi sypialni; przyjechała karetka i do domu wniesiono nosze, z których zwieszały się różne akcesoria. A potem zapadła niezwykła cisza, gdy było już po wszystkim. Zaszyłam się w swoim pokoju jak w kokonie. Zrobiłam to, zanim sanitariusze zabrali ojca do karetki, i dziś mogę sobie tylko wyobrażać przykryte białym prześcieradłem nosze na kółkach i moją matkę, podążającą za nimi i dopytującą histerycznym tonem: „Co mu dolega?”. Zostałam w swoim pokoju i po pewnym czasie zasnęłam. Nigdy więcej nie zobaczyłam ojca. Leżał w szpitalu przez cały styczeń, przeszedł dwie poważne operacje, po czym zmarł. Pochowano go w przenikliwie zimny lutowy dzień. Nie poszłam na pogrzeb.
Przytłaczające, prawda? A potem było jeszcze gorzej. Po śmierci taty mama ponownie wyszła za mąż i przeprowadziliśmy się do Princeton. Mężczyzna, którego poślubiła, był całkowitym przeciwieństwem mojego życzliwego i pogodnego ojca, zbyt dobrego dla tego świata.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił ojczym, było sprzedanie domu, z którego tata był tak dumny. Pozbył się też psa taty, basseta Prudence. Takie demonstracyjne wymazywanie wszelkich śladów po ojcu wydawało mi się dziwne, ale matka – której życie tak gwałtownie zboczyło z toru – się nie sprzeciwiała.
Ojczym zapewnił nam bardzo wygodne życie na poziomie wyższej klasy średniej, a następnie systematycznie zatruwał je drobnymi aktami okrucieństwa. Mieliśmy własny kort tenisowy, z którego nie pozwalał nam korzystać. W pokoju miałam telefon, ale ojczym podsłuchiwał moje rozmowy (na próżno, bo byłam chyba najnudniejszą ze wszystkich nastolatek i nie przejawiałam najmniejszego zainteresowania narkotykami ani alkoholem). Rodzinne obiady, przygotowywane przez kucharza, stały się okazją do poddawania mnie i moich braci serii wyczerpujących gier umysłowych i testom wiedzy.
Nie musicie mi jednak współczuć; jeśli chcecie zagrać w Thorns and Roses, to powiem wam, że bycie wychowywanym przez człowieka, którego uważałam za drania, miało swoje plusy – stałam się niezwykle szybka w działaniu. Ojczym nauczył mnie również grać w tryktraka i Ryzyko – gry, w których liczyło się zarówno szczęście, jak i śmiałość w podejmowaniu decyzji – dzięki czemu rozwinęłam umiejętność taktycznego i strategicznego myślenia. Straciłam psa, ale zyskałam wprawę w radzeniu sobie z ludźmi, którzy lubili manipulować innymi i próbowali mieszać im w głowach.
Pomagało mi to, że z natury jestem bystra. Z czytaniem i rachunkami radziłam sobie znacznie lepiej niż większość moich rówieśników, przez co sprawiałam wrażenie genialnego dziecka; wrażenie to utrzymywało się mniej więcej do siódmej klasy, kiedy to wszyscy koledzy i wszystkie koleżanki nadrobili zaległości. Podobnie jak wiele osób, które robiły potem kariery w branży technologicznej, łatwo nudziłam się w szkole. W drugiej klasie podstawówki zdarzyło mi się wyjść z klasy w trakcie lekcji i za karę zostałam wysłana na dywanik do gabinetu dyrektora. Wezwał moją matkę i w jej obecności zapytał, dlaczego opuściłam lekcję. „Bo przeczytałam już cały materiał”, odparłam, dając mały pokaz arogancji, z którą później sama miałam często do czynienia jako dziennikarka.
Moje nastawienie do formalnej edukacji nie zmieniło się przez całe studia, które w dużej mierze uważałam za stratę czasu. Wygląda na to, że jednak mam coś wspólnego z Peterem Thielem, Boże, miej mnie w swojej opiece! Studiowałam w Szkole Służby Zagranicznej na Uniwersytecie Georgetown, który nie był moją wymarzoną uczelnią. W przeciwieństwie do Uniwersytetu Stanforda, na którym studiował mój brat Jeff i na który się nie dostałam. Georgetown stanowiło wtedy dla wielu uczelnię drugiego wyboru i trafiało tam sporo przeciętniaków, zwłaszcza z liceów katolickich. Ja też byłam katoliczką, chociaż niepraktykującą. W wieku trzynastu lat przyjęłam bierzmowanie, głównie przez wzgląd na swoją ukochaną babcię, i był to ostatni raz, kiedy z powodów religijnych znalazłam się w kościele.
Georgetown to uczelnia prowadzona przez jezuitów, co nie przeszkadzało moim kolegom i koleżankom z roku upijać się w trupa i ochoczo oddawać co weekend rozpuście. W tamtym czasie wciąż jeszcze nie tykałam alkoholu, w dodatku byłam lesbijką ukrywającą swoją orientację seksualną, więc czułam, że zupełnie tam nie pasuję. Ze złością obserwowałam, jak moja uczelnia toczy kontrowersyjną batalię prawną z organizacją studencką pod nazwą Gay People of Georgetown University (Gejowska Społeczność Uniwersytetu Georgetown). Władze Georgetown nie tylko starały się zablokować finansowanie tej organizacji, ale chciały wręcz zakazać spotkań gejów na terenie kampusu. Na ironię zakrawał fakt, że wielu kierujących uczelnią zakonników było oczywiście (no dobrze, niech będzie, że rzekomo) ukrytymi gejami. Po latach Georgetown zaprosiło mnie do wygłoszenia przemówienia na temat moich studenckich doświadczeń. Szczegółowo opisałam wtedy ich hipokryzję; przyjęli to całkiem dobrze, zważywszy, jak ostro napiętnowałam ich perfidię.
W tamtym czasie atmosfera na Georgetown była tak duszna, że już na pierwszym roku postanowiłam przenieść się do Barnard College. Złożyłam w tej sprawie podanie, które zostało rozpatrzone pozytywnie, i na styczeń zaplanowałam przeprowadzkę do Nowego Jorku. Późną jesienią spotkałam Robertę Oster, studentkę przedostatniego roku, która była redaktorką gazety studenckiej. Przeczytała kilka moich tekstów i oświadczyła: „Nigdzie się nie przenosisz. Będziesz dla nas pisać i zostaniesz gwiazdą”. Ostatecznie uwierzyłam jej zapewnieniom o drzemiącym we mnie dziennikarskim talencie. Zrezygnowałam z wyjazdu do Nowego Jorku i zaczęłam pisać do uczelnianej gazety „The Hoya”. W swoich felietonach poruszałam rozmaite tematy: od tego, jak dogadać się z różnymi typami współlokatorów (moje współlokatorki były zapalonymi imprezowiczkami, ale i tak je uwielbiałam), przez argumenty za i przeciw zrobieniu sobie tatuażu, aż po konflikty między studentami i mieszkańcami sąsiadujących z kampusem części miasta.
Pod koniec pierwszego roku zdobyłam Nagrodę imienia Edwarda B. Bunna – jej patron był amerykańskim jezuitą i byłym członkiem władz Uniwersytetu Georgetown – za osiągnięcia w dziennikarstwie studenckim. Zazwyczaj przyznawano ją studentom ostatniego roku. „Best Bunns”, krzyczałam triumfalnie do swoich wkurzonych starszych kolegów. Nie było to zbyt eleganckie, ale nagroda naprawdę mnie ucieszyła, bo uwielbiałam zajmować się dziennikarstwem i od samego początku byłam w tym dobra. Muszę też przyznać, że podobało mi się zainteresowanie moją osobą i uznanie, jakie się z tym wiązały.
Uniwersytet Georgetown znajduje się w Waszyngtonie, dlatego codziennie czytałam „The Washington Post”. Darzyłam tę gazetę szczerym szacunkiem, dopóki pewnego dnia nie natrafiłam na artykuł o pewnym ważnym dla mnie wydarzeniu z kampusu. Chodziło o przemówienie wygłoszone przez owianego złą sławą członka wojskowej junty w Salwadorze mającego na sumieniu wiele śmierci. W naszej uczelnianej gazecie zrelacjonowałam to wystąpienie, a także towarzyszące mu protesty studentów. Ku mojemu zaskoczeniu, krótki artykuł na ten sam temat opublikowany przez „The Post” zawierał mnóstwo drobnych błędów i nieścisłości.
Choć artykuł składał się z ledwie kilkunastu linijek tekstu, byłam wściekła, że pismo, które podziwiałam, podeszło do tematu w tak niechlujny sposób. Zadzwoniłam do gazety i byłam tak nieustępliwa w moim dążeniu do sprostowania błędnych informacji, że w końcu połączono mnie z ówczesnym redaktorem działu stołecznego Larrym Kramerem. Oświadczyłam mu, że jestem rozczarowana nieścisłościami w ich artykule.
Zapytał wyzywająco, czy chcę przyjechać do redakcji i powiedzieć mu to w twarz, a także czy uważam, że potrafiłabym napisać ten artykuł lepiej. Chciałam i potrafiłam. Wsiadłam do autobusu i pojechałam do siedziby „The Washington Post” na 15th Street NW. Kiedy dotarłam na miejsce, kontynuowaliśmy dyskusję o gównianym artykule, który puścił do druku. Zirytowany uporem, z jakim twierdziłam, że opublikowanie artykułu z błędami, nawet tak krótkiego, to kompromitacja, Kramer jeszcze tego samego dnia zatrudnił mnie w charakterze niezależnego dziennikarza działu stołecznego „The Washington Post”. Miałam zajmować się tematami dotyczącymi Georgetown i robiłam to przez kilka następnych lat, budując swoje dziennikarskie portfolio i zdobywając cenne doświadczenie.
Praca dla „The Post” sprawiała mi znacznie większą frajdę niż studia – z wyjątkiem kursów z historii. Interesowały mnie zwłaszcza mechanizmy propagandy oraz sposoby, w jakie organizacje w rodzaju partii nazistowskiej wykorzystywały media i narzędzia komunikacji do przekręcania faktów, radykalizowania społeczeństw i demonizowania wybranych grup. Hitler i jego poplecznicy niewątpliwie osiągnęli mistrzostwo w sianiu zła. Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie łatwość, z jaką można manipulować ludźmi, wykorzystując do tego strach i gniew, a także bezkarnie przeinaczać fakty.
Często myślę o sobie z czasów studenckich, gdy byłam wystawiona na działanie propagandy na temat własnej tożsamości. Ogólnospołeczne wyobrażenie o tym, co to znaczy być osobą homoseksualną, było zupełnie inne niż rzeczywiste doświadczenie. Kluczową rolę w wypaczaniu rzeczywistości odgrywały media. Zafascynowała mnie książka Vita Russo The Celluloid Closet (Celuloidowa szafa) z 1981 roku, w której autor z chirurgiczną precyzją prześledził, jak geje i lesbijki są przedstawiani przez Hollywood oraz jak te przedstawienia przekładają się na społeczny odbiór i traktowanie osób homoseksualnych. Filmy były pełne tragicznych postaci lesbijek ze skłonnościami samobójczymi i cynicznych gejów; groteskowo zniewieściałych ciot i agresywnych lezb o wyglądzie babochłopów. Te wizerunki nie odzwierciedlały ani mnie, ani żadnej ze znanych mi osób. Były stereotypami, które należało przezwyciężyć.
Dyskryminacja osób homoseksualnych doprowadziła do tego, że musiałam zapomnieć o karierze, o jakiej od dawna marzyłam. Zamierzałam pójść w ślady ojca, który przez wiele lat był zawodowym żołnierzem; chciałam pracować jako analityk strategiczny – w wojsku albo w CIA. Wierzyłam niezachwianie w najbardziej chlubne amerykańskie wartości i pragnęłam mieć swój udział w chronieniu ich przed mrocznymi aspektami naszego narodowego DNA. Ale przebicie się przez mur homofobicznych uprzedzeń było w zasadzie niemożliwe. Tropienie homoseksualistów w wojsku i wydalanie ich ze służby trwało jeszcze przez ponad dekadę – do roku 1993, kiedy administracja Clintona zniosła bezwzględny zakaz służby homoseksualistów i zastąpiła go tylko trochę mniej bezduszną zasadą „Don’t ask, don’t tell” („Nie pytaj, nie mów”). Ja tymczasem uważałam, że nikogo nie powinno się zmuszać do ukrywania własnej orientacji seksualnej. Chciałam być pytana i nie chciałam milczeć.
Ponieważ moja wymarzona ścieżka kariery została zablokowana przez dyskryminację, postanowiłam zostać dziennikarką. Złożyłam podanie o przyjęcie do najlepszej wówczas szkoły kształcącej przyszłych dziennikarzy, czyli Columbia University Graduate School of Journalism (Szkoły Dziennikarstwa Uniwersytetu Columbia), i zostałam przyjęta na studia magisterskie. Dziś żałuję, że wydałam pieniądze na czesne, zamiast kupić bardzo tanie wówczas akcje Apple’a. Na Columbii większość kadry dydaktycznej stanowili profesorowie starej daty, którzy wciąż tkwili w zupełnie innej epoce medialnej. Podczas zajęć rzadko korzystaliśmy z komputerów, a nauka pisania nagłówków zgodnie z zasadami miar typograficznych wydawała mi się stratą czasu. Podstawy dziennikarstwa wciąż były ważne, ale nadchodziła w nim istotna zmiana: już wkrótce miało zacząć serwować wiadomości – jak to ujął Marshall McLuhan – na sterydach. Tymczasem program nauczania Columbii w ogóle nie przygotowywał nas do poruszania się w tej nowej rzeczywistości.
Muszę jednak przyznać, że były to dopiero początki ery cyfrowej i komputerów wciąż jeszcze używało się sporadycznie. Po ukończeniu studiów aplikowałam do wielu różnych gazet i wszędzie spotykałam się z odmową (jak na ironię, często odprawiały mnie z kwitkiem te same osoby, które po latach zabiegały o to, żeby mnie zatrudnić). Wróciłam do Waszyngtonu i zaczęłam pracować jako freelancerka. Szybko dopisało mi szczęście – zaproponowałam swoje usługi tygodnikowi „Washington City Paper” i zrobiłam to w najlepszym możliwym momencie. W redakcji w wyniku czystki nowemu, zadziornemu redaktorowi naczelnemu Jackowi Shaferowi brakowało pracowników.
Shafer zatrudnił mnie na stanowisku swojego zastępcy, a ja od razu poczułam, że zostałam rzucona na zbyt głęboką wodę. Shaferowi nie można było odmówić umiejętności redaktorskich, ale nie był typem mentora. Miałam wykonywać pracę, do której brakowało mi kwalifikacji, i nie sądzę, żebym spisywała się wyjątkowo dobrze. Właściwie wiem to na pewno, bo Shafer zwolnił mnie po niespełna roku i nie przypominam sobie, żebym czuła się pokrzywdzona jego decyzją.
Nie należę do ludzi, którzy uważają, że życie obchodzi się z nimi niesprawiedliwie. Pamiętam, że często myślałam sobie, że wprawdzie ustępuję innym pod względem doświadczenia, ale w końcu i tak ich prześcignę. Obserwowałam niektóre decyzje podejmowane przez moich szefów i myślałam: „Ja zrobiłabym to tak a tak”. Zaczynałam wyrabiać sobie własne poglądy i opinie. Po prostu brakowało mi jeszcze zdecydowania i dojrzałości, żeby za nimi podążać. Pewnego razu ubiegałam się o staż w „The Washington Post” i prowadzący rozmowę kwalifikacyjną redaktor stwierdził, że jestem „zbyt pewna siebie”. Zdążyłam się już nauczyć, że mężczyźni mówią tak do kobiet, żeby je uciszyć i podciąć im skrzydła. Nie zamierzałam mu na to pozwolić. Odpowiedziałam więc: „Nie jestem zbyt pewna siebie. Jestem świetna. Albo wkrótce taka będę”. Zawsze miałam takie nastawienie. Niełatwo odebrać mi wiarę w siebie. Kiedy ktoś próbuje to zrobić, motywuje mnie jedynie do walki o zwycięstwo.
Moim następnym szefem był John McLaughlin, gospodarz słynnego, nowatorskiego w formie programu telewizyjnego The McLaughlin Group. Zajmowałam się głównie pisaniem za niego felietonów, które publikował w swojej stałej rubryce w „National Review”; dostarczony przeze mnie tekst uzupełniał zwykle porcją prawicowych frazesów i okraszał garścią inwektyw. Pracowałam również przy jego programie telewizyjnym, który był prekursorem współczesnych programów publicystycznych, spłycających skomplikowane zagadnienia polityczne dla celów rozrywkowych. Ja sama miałam oczywiście liberalne poglądy, ale większość ekipy pracującej przy programie stanowili akolici McLaughlina, którzy gorliwie mu się podlizywali i uważali go za bardzo ważną personę, ponieważ kiedyś pisywał przemówienia dla Richarda Nixona. Na tym zbudował swoją pozycję.
McLaughlin miał naprawdę paskudny charakter. Znęcał się nad podwładnymi w najróżniejsze i najdziwniejsze sposoby. Domagał się na przykład, żeby przygotowywać mu tosty posmarowane masłem w ściśle określony sposób. Nawet kierownik redakcji musiał mu od czasu do czasu robić tosty. Nie zdziwiłam się więc, gdy pewnego dnia McLaughlin wezwał mnie do swojego gabinetu i zapytał: „Będziesz tak miła i przygotujesz dla mnie tost?”.
Powiedziałam: „Nie, nie przygotuję dla pana tostu. Mam dyplom z dziennikarstwa, a to oznacza, że nie będę robić żadnych tostów. Nawet żytnich”.
McLaughlin nie przyjął do wiadomości odmowy.
„Wszyscy moi pracownicy robią mi tosty”, oświadczył. „I jeśli o niego poproszę, a ty mi go nie zrobisz, to wylatujesz z pracy”.
„Cóż, nie przygotuję panu tostu”, odparłam. „Więc jeśli faktycznie mnie pan o niego poprosi, będzie pan musiał mnie zwolnić”.
Powtórzył swoją groźbę: „Uprzedzam, jeśli cię poproszę, a ty odmówisz, zwolnię cię”.
„W porządku”, powiedziałam i skinęłam głową. „Zrozumiałam”.
Jakaś część mnie chciała, żeby polecił mi przygotować tost – mogłabym wtedy rzucić tę robotę. Ale nie zrobił tego. Ani wtedy, ani nigdy potem.
McLaughlin (lub doktor McLaughlin, jak lubił być tytułowany z powodu doktoratu z filozofii, który zrobił w zamierzchłej przeszłości) co roku urządzał przyjęcie i za każdym razem do ostatniej chwili trzymał większość swoich podwładnych w niepewności, czy otrzymają zaproszenie, czy może zostaną pominięci, ponieważ czymś mu się narazili. Naprawdę wierzył, że brak zaproszenia na jego imprezę będzie dla każdego bolesnym ciosem. Podczas jednego ze swoich przyjęć McLaughlin postanowił uraczyć zaproszonych gości opowieścią o swoich planach utrącenia ze stanowiska jakiegoś podsekretarza w ówczesnej administracji Reagana. Słuchałam jego ględzenia i przewracałam oczami. Byłam jedyną osobą w pomieszczeniu, która nie kiwała z aprobatą głową, więc McLaughlin szybko zwrócił uwagę na mój ostentacyjny brak zainteresowania.
„Cóż to, młoda damo, czyżbyś nie była pod wrażeniem kolektywnej potęgi ludzi, których tutaj zgromadziłem?”, zapytał swoim charakterystycznym, donośnym głosem. „Przyszli tu dla mnie, żeby się ze mną spotkać i złożyć mi hołd!”
W pierwszej chwili uznałam, że lepiej będzie trzymać język za zębami. A potem pomyślałam: „A co mi tam, chciałeś, to masz, chanie Kubilaju”, i wygłosiłam swoją tyradę.
„Wie pan co, doktorze McLaughlin? Byłam tego lata w Grecji i w jednej ze świątyń zauważyłam na ścianie napis. Zapytałam przewodnika, co on oznacza. Powiedział: »Babilon był«. Jak sądzę, należy to rozumieć tak, że każda wielka potęga musi kiedyś upaść, bez względu na to, jak bardzo się opiera i walczy o utrzymanie swojej pozycji. Tak więc pewnego dnia, możliwe, że już całkiem niedługo, ja będę naprawdę wpływową osobą, a pan będzie wtedy siedział na wózku inwalidzkim w domu starców, karmiony duszonymi morelami albo inną papką”.
McLaughlin spojrzał na mnie. Wyglądał tak, jakby miał wybuchnąć i zwolnić mnie od razu. A potem nagle zaniósł się śmiechem. „Masz rację”, powiedział, po czym zwrócił się do pozostałych, struchlałych pracowników, którzy najwyraźniej spodziewali się, że zostanę rytualnie złożona w ofierze: „Ona rozumie, czym jest władza!”.
On również. Okazało się, że był drapieżnikiem seksualnym i w końcu zaczął naprzykrzać się jednej z zatrudnionych dziewczyn, z którą się przyjaźniłam, i razem poszłyśmy zgłosić to szefowi zespołu redakcyjnego. Wysłuchał nas, po czym stwierdził, że „na pewno kłamiemy”. Natychmiast złożyłam wypowiedzenie. Później miałam wystąpić jako świadek w sprawie o molestowanie wytoczonej McLaughlinowi przez inną podwładną – kolejną ofiarę jego żałosnych prób oszukania czasu i zagłuszenia strachu przed zbliżającą się nieubłaganie starością przez obmacywanie młodszych kobiet. Do procesu ostatecznie nie doszło, bo strony zawarły pozasądową ugodę. Ponieważ nie chciałam pozwolić, żeby McLaughlin tak łatwo się wywinął, zgodziłam się porozmawiać z Erikiem Altermanem, reporterem „The Washington Post”, który przygotowywał wtedy tekst o McLaughlinie. W swoim artykule, opublikowanym w 1990 roku i zatytułowanym Pundit Power (Władza publicysty), Alterman zacytował wypowiedź dwudziestoośmioletniej byłej podwładnej McLaughlina:
„Wydaje mi się, że z molestowaniem seksualnym jest jak z pornografią” – mówi Swisher. „Od razu wiesz, z czym masz do czynienia. Ktoś może ci powiedzieć, że ładnie wyglądasz, i nie będzie w tym nic złego. Ale w przypadku Johna McLaughlina to było złe”.
Wyrażenie zgody na podanie w artykule mojego imienia i nazwiska było odważne, ale z zawodowego punktu widzenia głupie. Czułam jednak, że muszę to zrobić, ponieważ dziennikarze nie chcą cytować anonimowych ofiar, a w ten sposób mogłam przynajmniej dać świadectwo. Jak później powiedziałam innemu dziennikarzowi:
„W gruncie rzeczy nazwałam go świnią i podpisałam się pod tym stwierdzeniem. Są sytuacje, w których po prostu trzeba się postawić i nie dać się wpędzić w poczucie wstydu ani w rolę bezradnej ofiary”.
To przekonanie, któremu zawsze byłam wierna i w dużej mierze właśnie temu zawdzięczam swoją karierę.
Po rzuceniu pracy u McLaughlina trafiłam z powrotem do „The Washington Post”. Początkowo zatrudnili mnie w charakterze pomocy redakcyjnej, potem awansowałam na stanowisko asystentki w redakcji informacyjnej, a w końcu zostałam przyjęta na staż dziennikarski. Pracując w gazecie, dowiedziałam się jeszcze więcej o władzy i o tych, którzy ją sprawują; miałam okazję przyglądać się ich machinacjom, które wydawały mi się męczące i jałowe. Bardzo szybko doszłam do wniosku, że kierowanie czymś zbyt dużym to nie jest zajęcie dla mnie.
Jednocześnie uświadomiłam sobie, że wcale nie muszę trzymać sterów władzy, żeby wspierać zmiany, na których mi zależało – były na to inne sposoby. Pamiętam, jak któregoś dnia przysłuchiwałam się rozmowie redaktorów, którzy chcieli wydrukować w gazecie fałszywe i nienawistne opinie na temat homoseksualistów. Kiedy zwróciłam im uwagę, że te stwierdzenia są niezgodne z prawdą i zostały wygłoszone w złej wierze, odparli, że jestem „zbyt zaangażowana” i że podchodzę do sprawy „emocjonalnie”. Innym razem redaktorzy postanowili zilustrować jeden z artykułów skandalicznym zdjęciem, które utrwalało negatywne stereotypy na temat gejów. Ponownie zaprotestowałam i przypomniałam im, że „składamy się z mnogości” (uwielbiam Pieśń o sobie Walta Whitmana: „Sam sobie zaprzeczam? / No cóż, więc sam sobie zaprzeczam – / jestem wielki, składam się z mnogości”).
Czy ci ludzie – w większości mężczyźni, wszyscy bez wyjątku biali i heteroseksualni – rozumieli znaczenie tego cytatu? Czy w ogóle czytali kiedyś Whitmana? Nie. I oczywiście nadal upierali się przy wykorzystaniu zdjęcia. Byłam wtedy asystentką niskiego szczebla w redakcyjnej hierarchii i wiecie, co zrobiłam? W tamtych czasach nie było jeszcze fotografii cyfrowej, więc po prostu zabrałam fotografię z biurka grafika i schowałam ją do szuflady swojego biurka. Redaktorzy nie mieli innego wyjścia, jak tylko wybrać inne zdjęcie, która na szczęście nie przypominało obraźliwej karykatury.
Czy żałowałam swojego wybiegu? Ani przez sekundę. Właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że najlepszy sposób, aby przejść przez życie, to nie przejmować się konsekwencjami mówienia lub robienia tego, co uważałam za słuszne.
Mniej więcej w tym samym czasie szef działu „Style” polecił mi napisać relację z pewnego przyjęcia. Kilka minut po przybyciu na miejsce dostrzegłam na drugim końcu sali McLaughlina. Było to krótko po tym, jak Alterman zacytował moją wypowiedź w swoim artykule, i pomyślałam, że może McLaughlin będzie starał się mnie unikać. Ale nie. Ruszył w moją stronę zamaszystym krokiem, wypinając dumnie szeroką klatkę piersiową. Był wysokim, postawnym mężczyzną i zdecydowanie górował nade mną swoją postacią.
„Kara Swisher”, powiedział głośno, jakby znajdował się na planie swojego programu telewizyjnego. „Kara Swisher. Większość ludzi w tym mieście gotowa jest wbić drugiemu nóż w plecy, ale ty dźgnęłaś mnie prosto w pierś. Doceniam to”, stwierdził i roześmiał się tubalnie.
W pewnym sensie szanowałam go za to. Był wstrętnym starym capem, ale rozumiał zasady gry. Spojrzałam mu prosto w oczy. Powściągliwość i subtelność zdecydowanie nie były w moim stylu, a dosadność i szczerość okazały się tak skuteczne. Dlatego bez wahania wypaliłam: „Polecam się na przyszłość, sukinsynu”.
McLaughlin zarechotał, bo nie ulegało wątpliwości, że czegoś się od niego nauczyłam. To był dla mnie fantastyczny moment. Jak na to, że uważałam go za złego człowieka, całkiem nieźle się z nim dogadywałam; w trakcie dziennikarskiej kariery poznałam wielu drani, z którymi dość łatwo udawało mi się znaleźć wspólny język, i McLaughlin był jednym z nich. Potem pożegnał się i to był ostatni raz, kiedy go widziałam. Było coś, czego mu wtedy nie powiedziałam, lecz jedynie pomyślałam sobie, gdy się oddalał: „Z utęsknieniem czekam, aż pożegna się pan z tym światem, DOKTORZE McLaughlin”.
Żałuję, że mu tego nie powiedziałam. Parę lat później nie przepuściłabym już podobnej okazji. Życie jest zbyt krótkie, o czym przekonałam się w wieku pięciu lat. Nie miałam czasu do stracenia.
McLaughlin też go nie miał. Rok 1990 był szczytem jego kariery. Odtąd stopniowo tracił na znaczeniu, aż do swojej śmierci w roku 2016. Zanim umarł, każde z nas znalazło się dokładnie tam, gdzie to kiedyś przepowiedziałam.
W rzeczy samej – Babilon był.
BESTSELLERY
- EBOOK
29,90 zł 44,99
Rekomendowana przez wydawcę cena sprzedaży detalicznej.
20,90 zł 31,99
Rekomendowana przez wydawcę cena sprzedaży detalicznej.
- Wydawnictwo: Dowody na istnienieFormat: EPUB MOBIZabezpieczenie: Watermark VirtualoKategoria: Literatura faktuDlaczego Kanada ściąga dziś z pomników i banknotów swoich dawnych bohaterów? Jak to możliwe, że odbierano tam dzieci rodzicom? Czyja ręka temu błogosławiła? Co ukryto pod mozaiką kulturową?
18,90 zł 28,69
Rekomendowana przez wydawcę cena sprzedaży detalicznej.
36,90 zł 55,99
Rekomendowana przez wydawcę cena sprzedaży detalicznej.
- Wydawnictwo: Dowody na istnienieFormat: EPUB MOBIZabezpieczenie: Watermark VirtualoKategoria: Literatura faktuMariusz Szczygieł – laureat Europejskiej Nagrody Literackiej i Dziennikarz Roku 2013 – opowiada prawdziwe historie o „nie ma”. Nie ma kogoś. Nie ma czegoś. Nie ma przeszłości. Nie ma pamięci. Nie ma miłości. Nie ma życia. Nie ...31,42 złEBOOK31,42 zł