Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

BURNING SHADOWS - TRUST ME. TOM 1 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 czerwca 2026
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

BURNING SHADOWS - TRUST ME. TOM 1 - ebook

Hollywood to iluzja, Miami to pokusa, a przeszłość nigdy tak naprawdę nie znika. Jenna uciekła z Los Angeles, porzucając mroczne wspomnienia i iluzje, które kiedyś myliła z miłością. Miała odnaleźć spokój w nowym życiu. Okazało się jednak, że Miami ma swoje sekrety. Jednym z nich jest Gabriel Rivera, mężczyzna z przeszłością równie tajemniczą co jego intensywne spojrzenie. Pojawienie się Gabriela burzy wszystko, co Jenna próbowała zbudować od nowa. Gabriel zdaje się być wszędzie. Ukryty w cieniu jej życia przyciąga ją nieodpartą siłą. Kiedy Jenna odkrywa, że to, co zostawiła w Los Angeles, jest znacznie bardziej związane z Gabrielem, niż mogła przypuszczać, rozpoczyna się niebezpieczna gra. Stawką jest nie tylko skrywana prawda, ale także jej serce. To historia o namiętności, sekretach i powoli narastającej obsesji. Czy Jenna odważy się spojrzeć w płomienie?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398168908
Rozmiar pliku: 2,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Dla niej.

Dla tej, która przetrwała. Dla tej, która codziennie od nowa składała się z rozsypanych kawałków. Dla tej, która w ciszy walczyła o każdy oddech, każdą chwilę godności. I dla każdej innej kobiety, która musi usłyszeć, że nie jest sama.

Książkę tę dedykuję pewnej niezwykle silnej i odważnej dziewczynie. Dziewczynie, która nie dała się złamać – choć było niebezpiecznie blisko. Dziewczynie, która przetrwała nie tylko rok, jak Jenna, ale wiele, wiele lat u boku kogoś, kto metodycznie ją niszczył.

Wyobraź sobie młodą, silną dziewczynę. Inteligentną, bystrą i obdarzoną niesamowitą intuicją. Odnoszącą sukcesy. Cieszącą się powodzeniem u płci przeciwnej. Piękną, pełną pozytywnej energii. Niezwykle ciepłą, empatyczną, kochającą życie.

Masz to?

A teraz wyobraź sobie człowieka, który pojawia się w jej życiu dokładnie w momencie, w którym ona, choć wciąż silna, czuje, że trochę się pogubiła i zboczyła z własnej drogi. Wyciąga do niej rękę, otacza ją uwagą, troską i czułością, daje jej wszystko to, czego od dawna łaknęła: zainteresowanie, czas, poczucie bez­pieczeństwa, ciepłe słowa. Zabiega o nią z determinacją, jakby była najważniejszą osobą na świecie. Przejmuje część jej codziennych ciężarów, zdejmuje z jej barków poczucie odpowiedzialności za cały świat. Przy nim po raz pierwszy od dawna może odetchnąć. Może być miękka.

Ale człowiek ten, gdy ma pewność, że ona jest gotowa zrobić dla niego wszystko, krok po kroku zaczyna wysysać z niej duszę.

Niczym dementor. Tylko powoli. Czasami pozwala dziewczynie złapać oddech i obiecuje iluzoryczne szczęście. Aż znów zaczyna wierzyć, że się zmienił. Że zrozumiał. Że się naprawił. I wtedy on… znowu wysysa z niej duszę.

Jak myślisz – ile razy można bez szwanku na psychice stawać na granicy śmierci i wracać do życia?

W pewnym momencie ta cudowna dziewczyna zaczęła wierzyć, że to z nią jest coś nie tak. Dostrzegła, że mimo iż inni ją podziwiają, doceniają, kochają – on potrafił jednym spojrzeniem odebrać jej radość. Wmawiał, że oni tylko udają. Że ­czegoś od niej chcą.

Ironia, prawda?

Oni tak radzą sobie z każdym lękiem. Projektują wszystkie zachowania na kogoś innego. Mogą w ten sposób zdjąć z barków ciężar własnej niewystarczalności i przypisać nienawiść do samych siebie innym ludziom – to ich nią obciążyć, obwinić za każde niepowodzenie i niekompetencję, za każdy błąd..

Życzę każdej z Was, która może właśnie przechodzi przez związek z kimś takim, by odnalazła w sobie odwagę. I by zawsze – ale to zawsze – wybierała siebie. Bez poczucia winy. Bez wahania. Bo na to zasługuje.

Niektóre rany nie są widoczne dla oka, ale potrafią boleć przez lata.

Są tacy ludzie, którzy potrafią niszczyć powoli. Słowem. Milczeniem. Spojrzeniem pełnym pogardy. Głosem, którego ciepło wyraża udawaną troskę, a tak naprawdę ma być narzędziem kontroli.

Narcystyczna osobowość długo ukrywa swoją naturę. Najpierw uwodzi, obiecuje, otula złudzeniem bezpieczeństwa, by stopniowo ograbiać Cię z poczucia wartości, aż zaczynasz mylić oddanie w relacji z walką o przetrwanie.

Przemoc psychiczna to ciche piekło.

Czasem trwa miesiącami, czasem latami. Ofiara najpierw się buntuje. Potem tłumaczy. Aż w końcu… zaczyna wierzyć, że to ona jest problemem.

Niektóre kobiety potrafią się wyrwać. Inne – bez wsparcia, ze zniszczonym poczuciem własnej wartości – zapadają się coraz głębiej. W lęk. W depresję. W samotność.

Jenna, bohaterka Burning Shadows, jest jedną z tych, które przetrwały. Ale walka o przetrwanie pozostawia blizny na całe życie.

Jej historia to nie tylko opowieść o miłości. To także opowieść o gaslightingu, kontroli, przemocy psychicznej i o tym, jak długo człowiek potrafi żyć w cieniu, zanim znów nauczy się stać w świetle.

Burning Shadows – choć jest fikcją – opowiada prawdę. O kobiecie, która była gaszona przez kogoś, kto bał się jej blasku. I o tym, jak pewnego dnia przestała przepraszać za to, że świeci.PROLOG

Światła miasta odbijały się w wodzie jak rozmyte wspomnienia rozciągające się na powierzchni fal. Niczym rozrzucone sekrety, których nikt nie miał prawa poznać. Miami tętniło życiem – neonowe refleksy, tłumione basowe dźwięki z klubów, przyspieszone oddechy nieznajomych przemykających między światłami. Było w tym mieście coś elektryzującego, coś, co przyciągało ludzi pragnących więcej – chcieli więcej wrażeń, więcej tajemnic, więcej tego, czego nigdy nie powinni dotknąć.

Stałam na tarasie mojego mieszkania, w dłoni leniwie obracałam kieliszek wina. Czułam ciepłą bryzę we włosach, lecz myślami byłam gdzie indziej. Wciąż pamiętam zapach Los ­Angeles – kurz osiadający na rekwizytach filmowych planów, gorzki posmak przeszłości, który raz po raz wracał, gdy tylko zamykałam oczy. Tam wszystko się zaczęło.

Świat, w którym żyłam, nie był zwyczajny. Był światem iluzji – pięknych, lecz złudnych, tworzonych z cienia i światła. Filmowcy tacy jak Jerry potrafili kreować na ekranie piękny świat, ale rzeczywistość była czymś zupełnie innym. Czasem mroczniejszym, czasem bardziej niebezpiecznym, czasem pełnym tajemnic, których lepiej nie odkrywać.

Gabriel był dla mnie jak cień. Pojawił się nagle, jakby zawsze czekał gdzieś na skraju mojej świadomości – przyczajony, gotowy, by przeciąć ścieżkę, którą podążałam, w najmniej oczekiwanym momencie. Był kimś, kto nie pasował do tej historii, a jednak stał się jej nieodłączną częścią.

Z początku wydawało się, że to przypadek. Ale teraz wiedziałam, że nic w tej historii nie było przypadkowe.

Gabriel skrywał przeszłość, której nikt nie powinien poznać. Los Angeles było jego cieniem tak samo jak moim. Mimo że oboje znaleźliśmy się w Miami, dla każdego z nas to miasto znaczyło coś innego. Dla mnie stanowiło nowy początek. Dla niego jedynie ucieczkę. Gabriel Rivera miał coś, co przyciągało i odpychało jednocześnie. I choć starałam się trzymać dystans, z każdą chwilą coraz bardziej poddawałam się sile, która nieuchronnie prowadziła mnie w stronę ognia.

Ostatnie promienie słońca chowały się za budynkami, a noc przejmowała miasto na własność. Upiłam łyk wina, czując, jak czerwona ciecz zostawia na moich ustach smak czegoś znajomego.

Tego wieczoru jeszcze nie wiedziałam, że wszystko, co dotąd było tylko grą cieni, wkrótce stanie się rzeczywistością.

I że czasami to, co wydaje się światłem, tak naprawdę jest płomieniem, który nieubłaganie spala wszystko na swojej drodze.ROZDZIAŁ 1

Zderzenie cieni

Czasami trzeba się zgubić,

by w końcu odnaleźć swoje miejsce

JENNA

To był jeden z tych wieczorów, gdy wszechświat zdawał się spiskować przeciwko mnie. Po całym dniu niepowodzeń marzyłam tylko o jednym – gorącym prysznicu, który zmyje ze mnie zmęczenie i irytację.

Weszłam do kabiny, odkręciłam wodę i przez chwilę po prostu stałam, pozwalając, by ciepłe strumienie spowiły moje ciało, stopniowo rozluźniając napięte mięśnie. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. To było jedyne, czego w tej chwili potrzebowałam – kilka minut spokoju, w których mogłam udawać, że świat nie istnieje.

Sięgnęłam po szampon, rozprowadziłam go na włosach, pozwalając, by piana otuliła każdy kosmyk. Po krótkim masażu chciałam spłukać kosmetyk, gdy nagle… woda przestała lecieć.

Zamarłam. Przekręciłam kurek w jedną stronę, potem w drugą. Nic. Ani kropli.

– No świetnie – mruknęłam, walcząc z narastającą frustracją. Jeszcze tego brakowało.

Owinęłam się ręcznikiem i ruszyłam do umywalki, by sprawdzić, czy to awaria prysznica, czy problem dotyczy całego mieszkania. Kran wydał jedynie głośny bulgot, po czym wypluł z siebie pojedynczą kroplę, jakby chciał mnie wyśmiać.

Cudownie. Po prostu cudownie.

W panice próbowałam sobie przypomnieć, czy była jakaś informacja o planowanych przerwach w dostawie wody, ale kompletnie nic mi nie świtało. Ten dzień nie mógł być gorszy.

Westchnęłam ciężko, wytarłam się, narzuciłam na siebie pierwsze lepsze ubranie i z ręcznikiem owiniętym wokół głowy złapałam za kluczyki do auta. Nie miałam innego wyboru – musiałam ratować sytuację.

Gdy drzwi windy się otworzyły, ujrzałam przed sobą jakiegoś typa, którego mój widok wyraźnie rozbawił.

– Wodę wyłączyli – rzuciłam lakonicznie, wzruszając ramionami, po czym zajęłam miejsce obok niego.

Nie odpowiedział, ale wyraz jego twarzy mówił wszystko. Nie miałam czasu przejmować się jego opinią, kiedy tylko winda zatrzymała się na piętrze oznaczonym literą P, wypadłam z niej z prędkością światła, modląc się w duchu, by już nikogo nie spotkać. Tym razem los okazał się dla mnie łaskawy. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam w kierunku jedynego miejsca, gdzie mogłam się uratować.

Po dziesięciu minutach podjechałam pod dom Jerry’ego. Jerry był moim najlepszym przyjacielem – kimś, kogo znałam od zawsze i kto znał mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Kiedy postanowiłam zacząć nowe życie w nowym miejscu, przeprowadził się ze mną. Zawsze powtarzał: „Ktoś musi cię pilnować, żebyś nie narobiła głupot”.

Dom Jerry'ego mieścił się na jednej z ekskluzywnych wysp w Miami. To prawdziwa oaza luksusu i nowoczesnej elegancji, idealnie wpisująca się w jego styl życia. Posiadłość, położona nad samą zatoką Biscayne, z prywatnym pomostem i miejscem na jacht, łączyła w sobie minimalistyczny design z tropikalnym klimatem.

Rezydencja była przestronna, niemal wszystkie ściany miała przeszklone, co sprawiało, że niezależnie od pory dnia pomieszczenia zalewało naturalne światło, a z każdego kąta rozciągał się panoramiczny widok na turkusowe nabrzeże. Wnętrza utrzymane były w jasnych, ciepłych barwach – dominowały biel, beż i drewno w naturalnych odcieniach, uzupełnione eleganckimi, ale nienachalnymi akcentami w kolorze złota i czerni. Dom skrywał też pewien atut – prywatne zejście na niewielką, kameralną plażę, do której dostęp mieli tylko mieszkańcy wyspy. Wieczorami Jerry często tam spacerował lub po prostu siadał na piasku, obserwując światła Miami odbijające się w wodzie.

Jerry to wysoki i bardzo przystojny facet, miał ciemne brązowe oczy, był wspaniale wyrzeźbiony. Kobiety go uwielbiały. Ja nigdy nie patrzyłam na niego w ten sposób. Dla mnie był jak brat, którego nie miałam, dlatego zawsze bawiło mnie, gdy wszyscy zakładali, że jesteśmy parą. Parą przyjaciół, owszem, ale nie w kontekście erotycznym. Zupełnie nie.

Kiedy już dotarłam i zaparkowałam, cudem znalazłszy wolne miejsce wśród dziesiątek innych aut na ulicy, do moich uszu dotarła głośna muzyka.

W domu mojego przyjaciela było na oko pięćdziesiąt osób, słyszałam rozmowy przerywane głośnym śmiechem. A ja stałam pośrodku tego chaosu w ręczniku na głowie, czując się jak kompletny wyrzutek.

Jerry dostrzegł mnie od razu. Ruszył w moją stronę i zatrzymał się nagle na widok mojego nietypowego looku.

– Jenna… co ty…? – Urwał, unosząc brwi.

Przewróciłam oczami. Dotarło do mnie, jak komicznie muszę wyglądać bez makijażu i w stroju na pilates, co nie poprawiało mojego już i tak podłego nastroju. Ludzie tutaj nieźle się odwalili, ale na szczęście byli też już chyba dobrze zrobieni. Istniała zatem szansa, że nie będą pamiętać wariatki z ręcznikiem.

– Nie pytaj, Jerry… – Mówiąc to, przewróciłam oczami. – Wodę mi wyłączyli. A na włosach mam szampon, mogę skorzystać z łazienki, prawda?

– Jasne, skorzystaj z mojej, na górze. Potrzebujesz czegoś?

– Nie, wszystko mam, dzięki.

Po drodze do łazienki jakiś pijany typ dopieprzył się do mnie:

– Hej, maleńka, może masz ochotę, żebym się przyłączył?

– Odwal się – rzuciłam sucho i wbiegłam do pokoju.

Dwa razy upewniłam się, że drzwi są zamknięte. Sypialnia ­Jerry’ego to esencja nowoczesnego luksusu – widok na zatokę prosto z łóżka, prywatny balkon za przesuwnymi drzwiami, gdzie często spędzał poranki z filiżanką kawy. W łazience przy oknie panoramicznym wychodzącym na ocean znajdowała się wolnostojąca wanna. I designerski prysznic, który był moim wybawieniem w tamtej chwili.

Po dokładnym wysuszeniu włosów opuściłam zaparowane pomieszczenie i zeszłam na dół w poszukiwaniu Jerry’ego.

Salon to prawdziwe centrum domu – ogromna, wygodna kanapa w kształcie litery U, nisko zawieszone lampy w stylu art deco i otwarta przestrzeń łącząca się z tarasem, na którym znajdował się basen typu infinity. Toń wypełniającej go wody zdawała się mieszać z oceanem, co tworzyło iluzję nieskończoności. W pobliskiej części wypoczynkowej stały rattanowe sofy i wisiał podwieszany fotel. To tam znalazłam Jerry’ego pogrążonego w rozmowie z jakąś kształtną blondynką.

Podeszłam nieśmiało, nie chcąc im za bardzo przeszkadzać.

– Jerry, dzięki za wybawienie.

Blondynka uśmiechnęła się tylko i odeszła w kierunku salonu.

– Zawsze do usług.

– Co tu się właściwie dzieje? Środek tygodnia, dziewiętnasta, a tu taka impreza. Jakaś okazja, o której zapomniałam?

– Znajomy zaproponował, że robimy domówkę. A że nie miałem innych planów, to czemu nie? Zostajesz?

– Nie, Jerry, nie tym razem, jestem umówiona z Sally, bo dziś otwarcie nowego klubu, ma zaproszenia i o niczym innym nie gada od miesięcy. Dlatego byłam w desperacji, normalnie zostałabym w domu. Gdyby nie ta twoja impreza, to mógłbyś iść z nami. Co to za ludzie w ogóle? Nie znam tu chyba nikogo.

– To głównie znajomi Jeffreya. To ten operator z nowej produkcji.

– Rozumiem. Znaleźliście już odtwórców głównych ról?

– Jeszcze szukamy.

– Nie mogę się doczekać, uwielbiam adaptacje filmowe książek, a tym bardziej historie miłosne. No i tym razem jestem częścią tego przedsięwzięcia, bo to mój scenariusz. Dobra, lecę, bo się spóźnię i Sally mi tego nie wybaczy. Sama trafię do wyjścia.

Jerry uścisnął mnie na pożegnanie. Idąc w stronę drzwi, spojrzałam na niego raz jeszcze, a kiedy się obracałam, z impetem wpadłam na kogoś. Uderzenie było tak mocne, że aż mną zakołysało. Cofnęłam się o krok, masując sobie nos i mrugając szybko, by pozbyć się łez, które napłynęły mi do oczu. Świetnie, teraz będę wyglądała jak po nieudanej operacji plastyczniej – przemknęło mi przez myśl.

Uniosłam głowę, a mój wzrok zatrzymał się na najpiękniejszym spojrzeniu, jakie w życiu widziałam. Oczy o lazurowych tęczówkach wpatrywały się we mnie przez chwilę, a ja jakbym wrosła w ziemię. Nie rozumiałam tego. Nie znałam go. A jednak było w nim coś, co sprawiło, że zapomniałam, jak oddychać.

Gdy odzyskałam zdolność mówienia, wykrztusiłam tylko:

– Przepraszam, nie widziałam cię.

Jego spojrzenie pozostało chłodne i niewzruszone.

– Następnym razem uważaj i patrz przed siebie.

Sposób, w jaki mi się przyglądał, i lodowaty ton jego głosu sprawiły, że poczułam, jak cała kulę się w sobie. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, usłyszałam za sobą znajomy, ciepły głos Jerry’ego:

– Jenna! Nic ci nie jest? – Obrócił mnie ku sobie i zlustrował z góry na dół.

– Nie, jest okej – odpowiedziałam.

– Gabriel, mógłbyś być bardziej empatyczny – zwrócił się teraz do niego. – Przecież zderzenie z tobą można porównać do zderzenia ze ścianą.

– Jakby nie była taka zapatrzona w ciebie, może bardziej by uważała – rzucił sucho i minął nas, jakby cała ta sytuacja stanowiła dla niego jedynie irytującą przeszkodę.

Przez kilka sekund patrzyłam, jak odchodzi, próbując przetrawić tę mieszankę arogancji i chłodu. Czy on właśnie obwinił mnie za to, że na niego wpadłam? Co to za typ. Dlaczego stale przyciągam do swojego życia takich popaprańców?

– Kto to w ogóle jest?

– Gabriel. – Wzruszył ramionami. – Zimny, niedostępny i raczej nie przepada za tym, gdy ktoś wdziera się w jego przestrzeń osobistą.

– Świetnie, kolejny nadęty buc.

– Nie znam go dobrze. Podobno niedawno przeprowadził się tu z LA. Jego matka prowadzi tu interesy, a on jej pomaga.

Skrzywiłam się lekko.

– Czyli był jednym z nas?

– Być może.

Nie musiał dopowiadać reszty. W Los Angeles nauczyłam się jednej rzeczy – ludzie albo cię tam kochali, albo niszczyli. Czasem jedno i drugie. Dobrze, że stamtąd wyjechaliśmy. W Miami życie było inne – prostsze. Oczywiście nadal obracałam się wśród bogatych, wpływowych ludzi, ale tutaj czułam się mniej przytłoczona.

– Nie zapraszałem go. Przyszedł z Harriet.

Przewróciłam oczami. Harriet – córka właściciela Yacht Clubu. Poznałam ją dzięki Sally. Rozpieszczona i przyzwyczajona do dostawania wszystkiego, co chciała. A przede wszystkim do zdobywania facetów jak trofeów.

– Harriet próbuje go uwieść, prawda? – zapytałam, choć znałam odpowiedź.

– Oczywiście. – Jerry uśmiechnął się z rozbawieniem. – Zbiera swoje zdobycze. On jest nowy, więc to pewne, że musi go mieć.

– A on?

– Trudno powiedzieć. – Zmarszczył brwi. – Nie wygląda na faceta, który daje się łatwo zdobyć.

– No tak… Dobra, tym razem już naprawdę idę.

Cmoknęłam go w policzek i ruszyłam w stronę wyjścia. Zanim zdążyłam opuścić taras, jeszcze raz zerknęłam w stronę Gabriela. Stał nieco na uboczu, z drinkiem w dłoni, jakby cały ten tłum ludzi go nie obchodził. A jednak… gdy nasze spojrzenia się spotkały, zauważyłam w jego oczach coś, czego się nie spodziewałam.

Zaciekawienie. To trwało tylko sekundę. Potem znów stał się obojętny i odwrócił wzrok.

GABRIEL

To była jedna z tych imprez, na których wolałbym nie być. Tłum ludzi, bezsensowne rozmowy, alkohol lejący się strumieniami – wszystko to wydawało mi się niepotrzebne. Ale Harriet nalegała. A Harriet trudno było odmówić, jeśli chciałeś mieć święty spokój.

Stałem z drinkiem w dłoni, na obrzeżach całego tego chaosu, jak zawsze obserwując, a nie uczestnicząc. Od początku wiedziałem, że nie pasuję do tego miejsca.

A potem… ona.

Najpierw usłyszałem jej głos. Żywy, lekko zirytowany, ale z jakąś ciepłą nutą. Spojrzałem w jej stronę. Stała tam, pośrodku tłumu, z ręcznikiem na głowie i miną kogoś, kto wpadł tu przez przypadek. Rozmawiała z właścicielem tego domu. Słynnym Jerrym, o którym Harriet nie przestawała gadać. Paplała o nim tyle, że odniosłem wrażenie, że nie odpuszcza w próbach dobrania mu się do rozporka. Zresztą podobnie zachowywała się w stosunku do mnie.

Obserwowałem ich przez moment. Nie wyglądała na kogoś, kto próbuje zrobić wrażenie. I może właśnie dlatego nie mogłem oderwać wzroku. Po chwili chłopak wrócił do gości, a ona zniknęła na schodach.

– Tu jesteś!

Nie musiałem się odwracać. Głos Harriet był lekko zadziorny, ale pobrzmiewało w nim coś, czego nie lubiłem – coś, co brzmiało jak oczekiwania.

– Cud, prawda? – mruknąłem, upijając łyk whisky.

Harriet przekrzywiła głowę.

– Już myślałam, że jednak poszedłeś. Tak marudziłeś.

– Chętnie bym to zrobił, ale przyszedłem z tobą, nie zostawię cię tu samej.

– Naprawdę tak bardzo nienawidzisz ludzi?

– Nie ludzi. Imprez.

Parsknęła śmiechem, sięgając po kieliszek szampana.

– Chodź, poznasz Jerry’ego.

Nie zdążyłem zaprotestować, bo złapała mnie za rękaw i już ciągnęła w stronę tarasu, gdzie stał otoczony grupką ludzi.

Jerry prezentował się dokładnie tak, jak się spodziewałem – przystojny, pewny siebie, ubrany z nonszalancją, która krzyczała: „Wiem, że wyglądam dobrze”.

– Jerry, to Gabriel. – Harriet uśmiechnęła się szeroko. – Gabriel, to Jerry, człowiek, którego wszyscy tu znają.

Facet podał mi dłoń, mierząc mnie uważnym spojrzeniem.

– Więc to ty – zacząłem i zmrużyłem oczy.

– A czego się spodziewałeś?

Uśmiechnął się lekko.

– Nie wiem. Czegoś bardziej… dramatycznego? Harriet przedstawiła cię jako legendę.

– W takim razie powinna popracować nad marketingiem.

Jerry się zaśmiał, a Harriet przewróciła oczami. Wyglądało na to, że faktycznie wszyscy go uwielbiają.

Rozmowa zeszła na filmy, branżę i… autopromocję. Zupełnie nie mój świat. Ktoś zawołał Harriet, więc poszedłem za nią. Do Jerry’ego natomiast podeszła dziewczyna od ręcznika na głowie, tym razem już bez niego. Obserwowałem ją przez chwilę, zastanawiając się, czemu jest taka magnetyczna. Skoro zachowywała się swobodnie, to znaczyło, że musi znać się z tym całym Jerrym. Chyba że tu mieszkała. Z monologu wewnętrznego wyrwał mnie głos Harriet:

– Przyniesiesz mi drinka? – Spojrzała na mnie niewinnie. – Cosmo.

Zmrużyłem oczy. Harriet nigdy mnie o nic nie prosiła. Nie byłem facetem, którego wysyłało się po drinki. A jednak ruszyłem do baru.

I wtedy na mnie wpadła, a raczej zderzyła się ze mną. Dosłownie.

Poczułem jej zapach, który był mieszanką waniliowego szamponu, ciepłej skóry i czegoś jeszcze – czegoś, co należało tylko do niej. Pachniała jak radość poranka, jak chwila, której nie da się zatrzymać. Zakołysała się, masując nos, a ja patrzyłem na nią z góry, nie wiedząc, czy powinienem się śmiać, czy irytować.

Była… inna. Nie przypominała nikogo, kogo znałem.

– Przepraszam, nie widziałam cię – powiedziała szybko.

Jej oczy były duże, intensywne. Pełne czegoś, czego nie potrafiłem odczytać.

– Następnym razem uważaj i patrz przed siebie – odparłem chłodno, zanim zdążyłem się powstrzymać.

To była moja pierwsza reakcja – dystans. Zawsze dystans.

Na ratunek podbiegł Jerry.

– Jenna! Nic ci nie jest?

Coś mu odpowiedziała, ale ja chciałem jak najszybciej ulotnić się z tego miejsca. Jerry wyskoczył do mnie z jakimiś pretensjami, więc rzuciłem kąśliwą uwagę, odwróciłem się i odszedłem, ale zanim zniknęła mi z oczu, zerknąłem jeszcze raz.ROZDZIAŁ 2

Noir

W cichym chaosie zaczynania od nowa kryje się dziwna forma ukojenia

JENNA

Podjechałam przed wejście apartamentowca, w którym mieszkałam. Wyskoczyłam szybko z samochodu, zostawiwszy w nim kluczyki. Pomachałam do parkingowych, by odprowadzili moje auto, i wpadłam jak burza do holu, w którym przywitał mnie konsjerż Howard.

– Dobry wieczór, Jenno.

– Howardzie, czy była jakaś awaria? Czy woda już jest?

– Tak, mieliśmy mały, aczkolwiek nagły problem. Już wszystko opanowane.

Winda dotarła na siedemnaste piętro. Otworzyłam drzwi mieszkania i skierowałam się prosto do łazienki, gdzie nałożyłam podkład, zrobiłam cienkie kreski na powiekach i wytuszowałam rzęsy. Brwi pociągnęłam szczoteczką z żelem, układając je w równe linie.

Po tym, jak jakiś czas temu postanowiłam rzucić wszystko i wyjechać, kupiłam tu mieszkanie. Nie było duże, ale kochałam to miejsce. To penthouse z ogromnymi oknami od podłogi do sufitu, które sprawiały, że wnętrze płynnie łączyło się z otaczającym je krajobrazem. Jasne, pełne naturalnego światła, z widokiem na przystań i nadbrzeżną architekturę, dostępnym z salonu z kuchnią oraz z sypialni otwierającej się na dwie strony. Widać z niej było zarówno ocean, jak i rozświetlone miasto. Otwarty układ zaaranżowany w stylu minimalistycznym podkreślały eleganckie detale. Wyspa kuchenna z marmurowym blatem stanowiła centralny punkt przestrzeni, idealnie komponując się z nowoczesnymi meblami. Wysokie sufity i brak zbędnych ścian potęgowały wrażenie przestronności, a subtelne oświetlenie podkreślało luksusowy charakter mieszkania. Taras, na który można było wyjść i z salonu, i sypialni, był jego naturalnym przedłużeniem – wyłożony drewnem, otoczony szklaną balustradą, zapewniał zapierający dech w piersiach widok. To miejsce, gdzie poranna kawa smakowała inaczej, a wieczorne światła miasta odbijały się w kieliszku wina.

Sypialnia to mój azyl – proste, ale eleganckie łóżko ustawione było w taki sposób, by pierwsze promienie słońca mogły mnie budzić, a nocne iluminacje tworzyły na ścianach hipnotyzujący spektakl gry cieni.

Przesuwne drzwi prowadzące na taras zacierały granicę między wnętrzem a światem poza nim. Wystarczył jeden ruch, by pozwolić ciepłemu powietrzu oraz dźwiękom miasta przeniknąć do środka i sprawić, by mieszkanie oddychało razem z otaczającym je światem.

Układałam właśnie zrobione na szybko loki, gdy telefon zawibrował, a na wyświetlaczu pojawiło się powiadomienie. To Sally. W samą porę – pomyślałam.

Sally:

Hej, jadę po Ciebie. Bądź gotowa za 20 minut.

Tę magiczną, pełną życia duszyczkę poznałam już tutaj. Mieszkała w Aston Martin Residences, jednym z najbardziej luksusowych wieżowców w Miami, a jej rodzice to znani milionerzy posiadający sieć hoteli na Florydzie.

Przenocowałam ją kiedyś, gdy po imprezie urwał się jej film. Nie chciałam, by wracała w takim stanie, zdana na siebie, a nie wiedziałam, gdzie mieszka, więc pojechałyśmy do mnie. Od tamtej pory stałyśmy się nierozłączne. Ona zawsze przypominała mi elfa albo wróżkę leśną, bo była delikatną, eteryczną dziewczyną. Magiczną. Miała w sobie coś ulotnego, lekkiego, była trochę oderwana od rzeczywistości, jakby żyła w swoim świecie, w którym wszystko dzieje się spontanicznie i jest owiane tajemnicą. Nie dało się jej łatwo odczytać i może dlatego tak bardzo mnie fascynowała. I mimo że była obrzydliwie bogata, kompletnie się z tym nie obnosiła. Owszem, uwielbiała dobrą zabawę, ale zawsze z klasą. No, może poza tą jedną wpadką – ale tamtej nocy rozstała się z chłopakiem po tym, jak się okazało, że ją zdradzał, i przeholowała z alkoholem.

W najbliższą sobotę jej rodzice organizowali otwarcie nowego hotelu – Seminole Hard Rock Hotel & Casino Hollywood. To nie miała być zwykła uroczystość. Zaproszono gwiazdy filmowe, artystów, biznesmenów, śmietankę towarzyską Florydy i nie tylko. Hotel wyglądał jak gigantyczna, podświetlona gitara, a jego fasada co noc miała dawać pokaz iluminacji świetlnych zmieniających się w rytm muzyki, począwszy od tego wieczoru. To miał być nowy symbol luksusu i rozrywki.

Rok temu widziałam, jak go budowali – wtedy jeszcze nie znałam Sally. Dopiero się tu przeprowadziłam.

Założyłam małą czarną, tę najbardziej niebezpieczną wersję, w której każdy detal miał znaczenie. Cienkie ramiączka ledwie muskały ramiona, głębokość dekoltu była idealna – na granicy elegancji i prowokacji. Połyskujące sandałki na szpilce dodawały mi kilku centymetrów i pewności siebie. Jeszcze ostatnie spojrzenie w lustro, kopertówka w dłoń.

– Może być – powiedziałam do swojego odbicia, dopełniając stylizację nutą moich ulubionych perfum od Mugler.

Ciepłe powietrze nocy otulało Miami jak jedwabna kurtyna, za którą pulsowało życie. Siedziałyśmy na tylnym siedzeniu czarnego Bentleya, który zgrabnie sunął przez Ocean Drive, odbijając neonowe światła hoteli na wypolerowanej karoserii.

– Ten klub to absolutna nowość – powiedziała Sally, poprawiając sukienkę na udzie. – Najbardziej ekskluzywne miejsce w Miami Beach.

Uniosłam brew, spoglądając na nią z rozbawieniem.

– I jakim cudem my tam wchodzimy?

Sally uśmiechnęła się tajemniczo.

– Powiedzmy, że znam odpowiednich ludzi.

Auto zatrzymało się przed wejściem do Noir, klubu owianego aurą tajemnicy, którego nazwa migotała nad drzwiami niczym złote zaklęcie. Ochroniarz nawet nie sprawdził listy – wystarczyło mu jedno spojrzenie na Sally, a lśniące liny oddzielające VIP-ów od reszty tłumu natychmiast zostały uniesione.

W środku czuć było luksus – czarne marmury, złote akcenty, aksamitne sofy rozstawione w strategicznych miejscach, skąd można było obserwować parkiet. Główna sala pulsowała rytmem house’owej muzyki, a kelnerzy w czarnych koszulach z nienachalną gracją roznosili kieliszki wypełnione szampanem.

– To jest życie! – Sally chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę baru. – Dwa martini proszę.

Rozglądałam się wokół, pozwalając atmosferze klubu na chwilę mnie pochłonąć. Ludzie tańczyli, rozmawiali, śmiali się – świat pięknych, bogatych i beztroskich.

– Nie masz ochoty zatańczyć? – Sally trąciła mnie łokciem, wręczając drinka.

Upiłam łyk, delektując się orzeźwiającą goryczką.

– Może później.

Ale „później” przyszło szybciej, niż się spodziewałam. ­Sally dosłownie wciągnęła mnie na parkiet, a muzyka wniknęła w moje ciało jak narkotyk. Tańczyłyśmy, śmiejąc się i poruszając w rytmie bitu, który zdawał się wibrować w powietrzu. Czułam się lekka, wolna – jakby wszystkie natrętne myśli o Los Angeles, o przeszłości, o moim kompromitującym wystąpieniu u ­Jerry’ego i zderzeniu z Panem Mrocznym zostały na zewnątrz klubu. ­Liczył się tylko ten moment.

Kilka godzin później, wciąż lekko oszołomione nocą pełną śmiechu i muzyki, wracałyśmy do domu. Sally zdjęła szpilki już w samochodzie i westchnęła z ulgą.

– Musimy to powtórzyć.

Oparłam głowę o zagłówek i spojrzałam na nią z uśmiechem.

– Zdecydowanie.

Miami wciąż nie zasnęło, ale my wracałyśmy do swojego świata. Do rzeczywistości, która nie była już tak beztroska, ale tej nocy to nie miało znaczenia.ROZDZIAŁ 3

Słońce, luksusy i dylematy

Pod złudnym blaskiem słońca i bogactwa niektóre prawdy nadal ranią

JENNA

Obudziłam się wcześnie, choć poprzednia noc mogła sugerować, że będzie zupełnie inaczej. Miami skąpane było w złotym blasku porannego słońca, a ja wciąż czułam na skórze ciepło klubowych świateł, echo muzyki w głowie i delikatne pulsowanie zmęczonych stóp. Ale nie było czasu na lenistwo – nowy dzień miał swój rytm.

Otworzyłam drzwi tarasowe i wyszłam na zewnątrz. Ciepły wiatr musnął moją skórę, przypominając, dlaczego pokochałam Miami.

Kilka łyków kawy później byłam już w ruchu. Poranna sesja pilatesu, szybki prysznic i moment, by się zastanowić, co ja na siebie włożę na nadchodzącą imprezę. Sobota już jutro, nie pozostało wiele czasu – pomyślałam. Hard Rock wymagało klasy i wyrafinowania. Przeciągnęłam się leniwie na sofie i sięgnęłam po wodę z cytryną stojcą na stoliku. Wpatrywałam się w ekran telefonu, przewijając zdjęcia sukienek. Po godzinie bezproduktywnego szukania miałam już dosyć. Nic nie zwróciło mojej uwagi. Westchnęłam.

Telefon zawibrował.

Sally:

Brunch? Muszę trochę się opalić przed jutrem, a Ty musisz ogarnąć sukienkę.

Moja przyjaciółka zawsze w samą porę. Jakby intuicyjnie wyczuwała, kiedy jej potrzebuję.

Jenna:

Basen czy Bal Harbour?

Sally:

Basen. Jestem zbyt leniwa na bieganie po butikach. Przyjedź do mnie.

Uśmiechnęłam się i sięgnęłam po okulary przeciwsłoneczne. Basen w Aston Martin Residences brzmiał jak idealny pomysł.

Błękitna tafla basenu zdawała się stapiać z oceanem. Wokół leżaki obite białym materiałem, subtelna muzyka w tle i kelnerzy w nienagannych uniformach roznoszący drinki. Poprawiłam górę od bikini, opierając się wygodnie na leżaku obok Sally.

– To co? Czarna, czerwona czy może klasyczne nude? – rzuciła, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu. Wertowała kolekcje projektantów.

Wzruszyłam ramionami i sięgnęłam po wodę kokosową.

– Nie mam pojęcia. Nie chcę wyglądać, jakbym przyszła na polowanie, ale nie chcę też ginąć w tłumie.

Sally przerwała przewijanie stron i popatrzyła na mnie uważnie.

– Nie martw się. I tak przyciągasz uwagę.

Prychnęłam, przewracając oczami.

– Gdyby to było takie proste…

Sally westchnęła i odłożyła telefon na stolik obok.

– Tu chodzi o twoich rodziców, prawda?

Przesunęłam palcem po krawędzi szklanki, zastanawiając się, czy chcę wchodzić w ten temat.

– Nie o nich. Bardziej o to, co zawsze o mnie myśleli ludzie, którymi się otaczają.

Sally uniosła brwi.

– Nathan.

Zacisnęłam szczękę. Nie musiałam odpowiadać. Sally wiedziała.

– Wiesz, że wszyscy nadal o tym gadają? – rzuciłam po chwili.

Sally zmarszczyła czoło.

– Nie mogą zrozumieć, jak mogłaś odejść od kogoś takiego?

Zaśmiałam się ironicznie.

– Bo nie widzieli, jaki był naprawdę.

Milczałam przez chwilę, a potem sięgnęłam po swój drink.

– Czasami ludzie wolą kupić iluzję niż spojrzeć na prawdę.

Zamilkłam na chwilę.

– Zaskakujesz mnie czasem, wiesz?

Sally wzruszyła ramionami z uśmiechem.

– Jestem nie tylko piękna, ale i mądra.

Obie wybuchnęłyśmy śmiechem, zamknęłam oczy i odchyliłam głowę, pozwalając słońcu muskać moją skórę.ROZDZIAŁ 4

Niebezpieczna gra

Nie każda gra to zabawa.

Niektóre to kwestia przetrwania

JENNA

Nastał wielki dzień – otwarcie Seminole Hard Rock Hotel & Casino Hollywood. Dzięki wczorajszym kąpielom słonecznym moja skóra była delikatnie muśnięta opalenizną, co sprawiało, że złota sukienka, na którą się ostatecznie zdecydowałam, idealnie kontrastowała z jej odcieniem.

Naniosłam błyszczyk na usta i zeszłam do lobby.

– Dobry wieczór, Jenno. Sally już na panią czeka.

– Dobry wieczór, Howardzie. Dziękuję.

Opuściłam lobby, a ciepłe i wilgotne powietrze natychmiast otuliło moje ciało. Szofer otworzył drzwi do lśniącej, czarnej limuzyny, z której wynurzyła się głowa Sally.

– Śmiało, wsiadaj, Motylku.

Nasz cel nie znajdował się daleko, czekało nas około czterdzieści minut drogi. Gdy tylko zajęłam miejsce obok przyjaciółki, dostrzegłam naprzeciwko nas dwie sylwetki. Niepewnie podniosłam wzrok i aż zamarłam od lazurowego, zimnego spojrzenia.

– Jenna, to jest Gabriel, syn przyjaciółki mojej mamy, który niedawno się tu przeprowadził. Pomagamy mu z Harriet się zaaklimatyzować.

Przełknęłam ciężko ślinę, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.

– Gabriel, to jest moja bestie, Jenna.

Typ rzucił mi szybkie spojrzenie.

– Znamy się.

Sally spoglądała to na mnie, to na niego z pytaniem w oczach.

– Długa historia – dopowiedziałam, sięgając po lampkę szampana. Upiłam łyk, kolejny raz łapiąc się na tym, że nie potrafię wydobyć z siebie słowa. Rzadko mi się to zdarzało.

Dziewczyny plotkowały na temat ostatnich wydarzeń, a ja siedziałam jak sparaliżowana. Ukradkiem zerkałam w stronę Gabriela, który wydawał się pogrążony we własnym świecie. Wyczuł, że mu się przyglądam, i obrócił głowę, zatrzymując na mnie spojrzenie, którym przeszywał mnie do cna. Zastanawiałam się, co jest z nim nie tak. Jasne, przyjechał tu z LA i możliwe, że musiał zmienić całe swoje życie, by pomagać mamie. Ale nie musiał być taki nieuprzejmy. Nie zwykłam się nikomu narzucać, więc uznałam, że o ile nie będzie mi uprzykrzał życia, to mogę udawać, że się nie znamy.

Podjechaliśmy pod spektakularnie wyglądający hotel. Jego rozmach zapierał dech. Fasada w kształcie gigantycznej gitary lśniła w świetle reflektorów.

Pod główne wejście podjeżdżały kolejne limuzyny i sportowe auta, a czerwony dywan jaśniał w blasku fleszy.

Powietrze zadrgało od dźwięku muzyki, który zaczął wydobywać się z głośników, zapowiadając tym samym rozpoczęcie pokazu iluminacji świetlnych. Pierwszy raz budynek ożył, stając się częścią spektaklu.

Wysiadłyśmy. Gabriel też, choć trochę się ociągał.

Noc była ciepła, a mimo to po moich plecach przebiegły dreszcze. To dlatego, że czułam, jak jego spojrzenie wwierca mi się w plecy. Nie musiałam się obracać. Niemal wypalał w nich dziurę. Przystanęłam na chwilę i zadarłam głowę, by objąć wzrokiem to dzieło sztuki. Fenomenalny. Jeszcze czegoś takiego nie widziałam – pomyślałam.

Tłum ludzi kłębił się wokół nas. Błyski aparatów, głośne rozmowy, śmiechy, eleganckie kobiety w drogich sukniach i mężczyźni w skrojonych na miarę garniturach. Świat, który znałam.

Gabriel stał kilka kroków ode mnie, wpatrując się w przestrzeń, ale ja czułam, że widzi więcej, niż daje po sobie poznać. Nie był typem, który łatwo się odsłania.

A jednak… Wciąż pamiętałam tę krótką chwilę w limuzynie, gdy jego wzrok spotkał mój i przez sekundę… przestał być lodowaty. Teraz znowu stał się murem. Jakby każda emocja, która mogła się w nim pojawić, została brutalnie zduszona.

– Jenna, ruszamy? – Sally szturchnęła mnie lekko, wyrywając z zamyślenia.

Zamrugałam i odwróciłam się od Gabriela.

– Tak, chodźmy.

Weszliśmy do hotelu, a w środku przywitało nas jeszcze więcej blichtru. Kryształowe żyrandole, muzyka sącząca się z głośników, kelnerzy roznoszący szampana na srebrnych tacach. W lobby tuż przy wejściu czekali na nas już rodzice Sally i, jak mniemam, przyjaciółka jej mamy i rodzicielka Pana Gburowatego. Zdradziły ją lazurowe oczy. Była przepiękna. Bujne włosy opadały falami na jej plecy, sukienka opinała niezwykle zgrabną sylwetkę, miała iście hollywoodzki look.

– Jenna, skarbie, wyglądasz obłędnie. – Matka Sally cmoknęła powietrze obok mojego policzka, po czym zwróciła się do swojej córki.

Wykorzystałam okazję i zagadnęłam Harriet:

– Skąd się znacie? – Wskazałam głową w kierunku chłopaka, który obecnie rozmawiał z rodzicami Sally.

– Rodzice się znają od zawsze, a on przyleciał tu po tym, jak coś nawywijał w LA. Samantha, jego matka, zmusiła go do tego, chcąc ratować mu tyłek.

Już chciałam zadać kolejne pytanie, gdy przerwał nam Gabriel.

– Harriet, twoja mama prosiła, żebyś do niej podeszła.

Dziewczyna zniknęła wśród tłumu w poszukiwaniu swojej matki, a ja zostałam sama z Panem Mrocznym. Obróciłam się w stronę baru i zamówiłam drinka:

– Mango Aperol Spritz proszę.

– Jeszcze dobrze się nie zacznie, a już będziesz nawalona – rzucił, a ja czułam, jak buzuję cała w środku.

– O co ci, gościu, chodzi? Masz ze mną jakiś problem?

Uniósł brew, a na jego twarzy pojawił się kpiący uśmieszek.

– Gościu… – powtórzył. – Ostatnio wyglądałaś inaczej, na początku w limuzynie cię nie poznałem.

W odpowiedzi przewróciłam tylko oczami i zmieniłam temat:

– Czemu tu jesteś?

Jego spojrzenie pociemniało. Czułam, że coś ukrywa. Wiedziałam, że nie chce o tym mówić. Ale jego obecność tutaj nie była przypadkowa. I wiedziałam też, że nie jestem w stanie go zignorować. Nic nie odpowiedział, zabrał swojego drinka i odszedł, wtapiając się w tłum.ROZDZIAŁ 5

Światła i cienie

Najbardziej niebezpieczni są ci, którzy potrafią zajrzeć pod twoją zbroję

JENNA

Upiłam łyk Aperola, a lodowate bąbelki przyjemnie muskały moje podniebienie, dając ulgę od ciepła panującego w pomieszczeniu.

– Zajęte?

Zanim się odwróciłam, Jerry już siedział obok, nonszalancko opierając się o bar.

– Czy ty kiedykolwiek poważnie pytasz o zgodę? – rzuciłam z uśmiechem.

– Nie, bo zawsze dostaję to, czego chcę. – Puścił oczko i zamówił whisky.

Przewróciłam oczami, upijając kolejny łyk.

– Biedny producent filmowy. Musisz radzić sobie z całym tym uwielbieniem.

– Nie masz pojęcia. Ostatnio jedna aktorka zapytała mnie, czy jestem singlem, zanim zdążyłem się przedstawić.

– I co odpowiedziałeś?

– Że moje serce należy tylko do kina.

Wtedy dołączyła do nas Sally.

– Cudownie, pan reżyser raczył się pojawić – rzuciła przekornie, poprawiając czerwoną sukienkę.

– Nie mogłem przegapić tak zacnej imprezy! – Uśmiechnął się serdecznie, po czym dodał: – Panie wybaczą, ale mam tu parę tematów.

Sally pokręciła głową z niedowierzaniem, ale gdy tylko Jerry odszedł, westchnęła dramatycznie:

– Jest cudowny.

– A jednak.

– Pff, zamknij się. – Wzięła duży łyk drinka, po czym dodała: – Idę się trochę pokręcić. Nie waż się mu nic mówić.

– Ja? Nigdy – zapewniłam z miną niewiniątka.

Przyjęcie trwało. Ludzie rozmawiali, flirtowali, nawiązywali biznesowe znajomości, ale ja… czułam się jak outsider. Może dlatego wymknęłam się na zewnątrz, szukając chwili ciszy.

Taras wychodził na ocean. Było coś hipnotyzującego w sposobie, w jaki fale rozbijały się o brzeg – jakby niekończąca się walka między chaosem a spokojem.

– Próbujesz uciec? Nie lubisz tłumów?

Serce podskoczyło mi do gardła. Odwróciłam się gwałtownie.

Gabriel. Stał w półmroku, oparty o balustradę, jego sylwetka była ledwie widoczna na tle miasta. Jak cień, który nie chce zniknąć. Ostre rysy twarzy, ślad zarostu, oczy, które wydawały się zbyt zimne jak na kogoś, kto dopiero co przeniósł się do Miami.

– Nie uciekam. – Skrzyżowałam ramiona. – Zwyczajnie miałam ochotę na chwilę ciszy.

– Cisza bywa niebezpieczna. – Jego głos był łagodny, ale miał w sobie coś… niepokojącego.

– A ty? – zapytałam. – Nie jesteś imprezowym typem?

– Nie powiedziałem, że nie lubię tłumów. – Przekrzywił lekko głowę. – Powiedziałem, że cisza bywa niebezpieczna. Wtedy myśli stają się głośniejsze.

Zmrużyłam oczy.

– Czy to twoja filozofia życiowa? Unikać ciszy i uciekać w tłum?

Gabriel się zaśmiał, ale było w tym śmiechu coś gorzkiego.

– Wierz mi, Jenna… – Jego spojrzenie stało się przenikliwe. – Są rzeczy, przed którymi nie możesz uciec. Nawet jeśli bardzo się starasz.

Poczułam, jak mój żołądek ściska się w dziwny sposób. Nie wiem, czy to przez jego słowa, czy przez to, jak wypowiedział moje imię – niskim, ryzykownie pociągającym głosem.

– Mówisz o sobie, prawda?

Nie odpowiedział. Przez chwilę patrzył na mnie tak, jakby kalkulował, czy powinien mi powiedzieć prawdę. A potem… zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Podszedł bliżej. Za blisko.

Moje ciało napięło się w odpowiedzi, a serce zaczęło bić szybciej. Gabriel nawet mnie nie dotknął, ale jego obecność była elektryzująca.

– To dlaczego tu jesteś?

– Bo lubię obserwować, jak ludzie udają.

Uniosłam brwi.

– Udają co?

– Szczęście. Spełnienie. Pewność siebie. – Jego usta wygięły się w coś, co mogło być uśmiechem, ale nie było.

Stałam tak przez chwilę, nie wiedząc, co odpowiedzieć, i zastanawiając się jednocześnie, dlaczego prowadzimy tę rozmowę. Nie była zwyczajna. Czułam, że mnie testował. Chciał sprawdzić, czy coś powiem, czy będę się trzymać swojej wersji. A ja… nie lubiłam przegrywać.

– Niektórzy udają. Inni po prostu robią to, co muszą.

Zbliżył się o krok, stanął na wprost mnie i zajrzał głęboko w oczy

– A ty to która wersja? – zapytałam, chcąc przełamać tę chwilę napięcia obezwładniającego moje ciało. Nie miałam ochoty na te gierki. Ale nie mogłam też odwrócić wzroku.

W tym momencie coś zaiskrzyło w jego oczach. I nagle był znowu daleko.

– Ciekawa jesteś, prawda? – rzucił z cieniem rozbawienia w głosie.

Nie odpowiedziałam. Odwróciłam głowę, wpatrując się w ciemność oceanu, jakby jego bezkres mógł pochłonąć moje myśli. Westchnęłam głęboko, gdy ciepły oddech Gabriela owionął mój policzek. Skóra na karku natychmiast mi się napięła.

Mówił niskim, niemal hipnotyzującym głosem:

– Jesteś zbyt bystra, przenikliwa, Jenna. To może być twoja największa wada.

Odwrócił się i wrócił do środka. A ja zostałam tam, patrząc na ciemne fale, próbując zrozumieć, co, do cholery, właśnie się stało. Tłum wciąż szumiał za moimi plecami, ale na tarasie było cicho. Niepokojąco cicho.

Stałam tak jeszcze przez chwilę, powtarzając sobie, że nie powinnam się tym przejmować. Tym spojrzeniem, tym mrokiem, który Gabriel nosił w oczach.

A jednak wciąż czułam jego obecność, jakby był cieniem, którego nie dało się zgubić.ROZDZIAŁ 6

Kontrola i dystans

Trzymanie dystansu było bezpieczniejsze.

Ale jej obecność krzyczała głośniej niż mój strach

GABRIEL

Miami tętniło życiem. Miasto, którego światła nigdy nie gasły, miało w sobie coś hipnotyzującego. Coś, co sprawiało, że człowiek zapominał, kim był, zanim tu trafił. Ja jednak zapomnieć nie mogłem.

Otwarcie hotelu przyjaciółki mojej matki – to miał być niezwykły wieczór. Pełen blichtru i udawanych uśmiechów. Jeden z tych, na które nie miałem ochoty, ale pojawienie się było prostsze niż tłumaczenie, dlaczego nie idę.

Siedząc w limuzynie obok Harriet, wodziłem wzrokiem po ciemnym niebie.

– Podjedziemy jeszcze po moją przyjaciółkę – rzuciła wesoło Sally, upijając łyk szampana.

Oparłem głowę o zagłówek i wróciłem do patrzenia w gwieździste sklepienie. Kierowca zatrzymał się przed apartamentowcem, a ja w milczeniu przysłuchiwałem się rozmowom dziewczyn.

Kiedy drzwi się otworzyły, Sally wystawiła głowę na zewnątrz i zawołała kogoś „Motylku”. Zaintrygowany tym niecodziennym określeniem, spojrzałem przez ciemne okna limuzyny. Stała tam w złotej opiętej sukience, włosy opadały falami na nagie ramiona i plecy. Jej naturalne piękno było wręcz hipnotyzujące. Kto to jest? – pomyślałem. Skądś kojarzyłem tę postać.

Dziewczyna zajęła miejsce naprzeciwko mnie. Powoli uniosła wzrok. To był ułamek sekundy – moment, w którym jej spojrzenie napotkało moje. Chciała to ukryć, ale zaskoczenie w jej oczach było niezaprzeczalne. Zapach jej perfum był tak hipnotyzujący jak ona sama. Wariowałem. I nie miałem nad tym żadnej kontroli. Co z jednej strony było intrygujące, a z drugiej potencjalnie dla mnie niebezpieczne. A może i dla niej?

Próbowałem przypomnieć sobie, skąd znam tę dziewczynę. Obserwowałem ją ukradkiem. Wyglądała inaczej niż ktokolwiek, kogo zdążyłem spotkać w Miami. Miała w sobie coś, co przyciągało uwagę, ale nie w oczywisty sposób. Kim ona, do cholery, była? I wtedy Sally wypowiedziała jej imię.

– Jenna, to jest Gabriel.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij