Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Buukberg - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 kwietnia 2026
29,90
2990 pkt
punktów Virtualo

Buukberg - ebook

W Buukbergu, mieście pisarzy, śmierć słynnego autora Johna Jamestowna miała wyglądać na samobójstwo. Problem w tym, że ktoś zostawił po sobie wiadomość: „Nie znajdziesz mnie”. Detektyw Hillary trafia na sprawę pełną sprzeczności, podejrzanych i sekretów, które prowadzą znacznie dalej, niż ktokolwiek się spodziewał. Ekskluzywny turniej, niebezpieczny zakład i obietnica, której nie da się złamać. Gdy granica między fikcją a rzeczywistością zaczyna się zacierać, jedno staje się pewne — ktoś pisze tę historię do samego końca. I nie zamierza pozwolić jej przerwać.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398054409
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

— To tu — powiedział cicho młodszy detektyw John Street.

Informacja, którą nieśmiało się podzielił, była w gruncie rzeczy niewiele warta, właściwie nieistotna. To tu. Budynek, obok którego zaparkowali stanowił przecież wizytówkę Buukbergu. Uwieczniono go na wszystkich widokówkach, T-shirtach, zakładkach do książek, biurkowych przyciskach, oraz na tysiącu innych, nawet najbardziej idiotycznych gadżetów, które sprzedawano w okolicznych sklepikach z pamiątkami. Był prawdziwym symbolem miasta. Gdyby powstał dwieście lat temu, na pewno znalazłby się w herbie miasta.

Jednak ekskluzywny hotel Liberator wybudowano zaledwie kilkanaście lat temu, choć niczym zamek umiejscowiono go na szczycie samotnego wzgórza. Hotel bez problemu zdominował całą okolicę i wbił się, albo raczej wpisał na stałe w tutejszy krajobraz. Smukły monument, który został tak niezwykle zaprojektowany, że jego ściany, zarówno kształtem, jak i fakturą, przypominały do złudzenia postrzępione skały. A na szczycie wkomponowano błyszczącą, szklaną kopułę. Pod nią krył się wymarzony, wyśniony apartament, bajeczny i bajecznie drogi, poza zasięgiem zwykłego śmiertelnika.

Oni znajdowali się mniej więcej sto piętnaście metrów niżej, na parkingu przed tym słynnym hotelem. Właśnie tu. Każdy mieszkaniec Buukbergu doskonale znał to miejsce. Jednak to, co powiedział młodszy detektyw, odniosło pożądany skutek.

Obok niego na fotelu pasażera siedział detektyw Hillary. Hillary drgnął i otworzył oczy. Był to zmęczony, starzejący się mężczyzna, z rzednącą, burosiwą czupryną. Nie pomyślał oczywiście „Gdzie ja jestem?” tylko — „Skąd tu się wziąłem?” Zaraz potem przypomniał sobie o dręczących go ostatnio drzemkach. Drzemkach bardzo krótkich, czasem nawet dwu, trzyminutowych. Dopadały go niespodziewanie w najbardziej zaskakujących miejscach i momentach.

Przespałem całą drogę — pomyślał i ziewnął.

Potarł podkrążone oczy i bez słowa wysiadł z samochodu. Dopiero po kilku oddechach poczuł się lepiej — świeże powietrze, które docierało z każdym podmuchem wiatru, a na które notorycznie narażone było samotne wzgórze, dodało mu sił.

Pociągnął marynarkę mocno w dół, bezskutecznie usiłując rozprostować pomarszczony materiał. Wreszcie ruszył przed siebie.

Mówiono o nim Duch albo Duch Buukbergu. Stał się żywą legendą przenikającą w przenośni i dosłownie to miasto. Oczywiście nie mógł znać absolutnie wszystkich podziemnych przejść i zakazanych zaułków, gdzie koczowali bezdomni, pospołu z drobnymi przestępcami najniższego szczebla. Ale wiedział, gdzie należy skręcić, a gdzie raczej nie, gdyż droga prowadząca wśród drewnianych baraków i zrujnowanych hal, może cię tylko przykro zaskoczyć zaślepionym wyjściem. Murem, pod którym przypadkowych wędrowców spotkał niejeden cios.

Również tętniący życiem świat zapamiętale bawiących się, a na co dzień ciężko pracujących szarych mieszkańców Buukbergu, nie miał dla niego tajemnic. Wiedział, która restauracja sprowadziła nowego szefa kuchni, dla którego warto poświęcić wieczór i nieco gotówki w portfelu. Jednocześnie orientował się, w której firmie szef boryka się z finansowymi problemami i gdzie szemrzą pracownicy, właśnie pozbawieni kwartalnej premii.

Detektyw Hillary bez trudu obracał się również wśród możnych i decydentów. Uważnie słuchał plotek, głęboko w pamięci zachowywał ślady zatuszowanych afer. Wiedział, gdzie warto — choćby sztucznie — się uśmiechać, i z zapałem unikał takich miejsc i sytuacji.

Duch zawsze przemykał swoimi drogami. Dlatego teraz też. Nawet nie próbował zbliżać się do głównego wejścia do hotelu, gdzie naraziłby się na błyski fleszy i gdzie musiałby przeciskać się pod gradem pytań. Na te pytania nie znał jeszcze odpowiedzi.

Podszedł do niepozornego wejścia, znajdującego się obok głównego magazynu żywności i wystukał sześciocyfrowy kod. Kod został przyjęty, coś zaszumiało i drzwi stanęły otworem. Magazynier, którego kiedyś miał okazję przesłuchiwać, mylił się dość często w zeznaniach, ale akurat w tym przypadku podał prawdziwe dane.

Detektyw Hillary uśmiechnął się pod nosem i ruszył do środka.

Pomimo panującego półmroku, bez wahania pokonywał zakręty magazynowego labiryntu. Zawsze dobrze orientował się w terenie, jakby w głowie miał wbudowany kompas. Właśnie omijał kolejny rząd regałów, który od góry do dołu zastawiony był kartonami i wielkimi gastronomicznymi konserwami, kiedy nagle zadzwonił jego telefon.

Hillary zatrzymał się i spojrzał na wyświetlacz. Dzwonił przełożony, major Garten.

— Jesteś już…

— Na miejscu — przerwał i dokończył za niego detektyw. Chciał tylko przyspieszyć tę rozmowę. Niestety, najwyraźniej przerwał tok myślenia swojego rozmówcy. Na moment, irytujący i przydługi w swym zakresie, zapanowała głucha cisza.

Wreszcie major Garten podjął wątek:

— Ta sprawa jest priorytetowa…

— Wiesz dobrze, że nigdy nie zajmuję się sprawami na pół gwizdka.

— Nie przerywaj mi! — nieoczekiwanie major Garten podniósł głos. Krzyknął prawie, a potem zaczął kaszleć, jakby przeciążony tym niepotrzebnym wysiłkiem. Świszczał do słuchawki i rzęził. Z trudem uspokoił oddech. W końcu zdołał powtórzyć:

— Sprawa jest priorytetowa. Meldujesz się… Meldujesz mi, nie codziennie, tylko na bieżąco. Każdy ślad, każdy trop, każdego podejrzanego…

— To może nie będę wyłączał telefonu, zostaniesz na nasłuchu — zakpił Hillary, ale to tylko znowu zirytowało przełożonego.

— Miałeś mi nie przerywać!!!

I jeszcze:

— Bierz się do roboty!

To wszystko. Szef sam rozłączył się — bez słowa pożegnania.

Detektyw Hillary sposępniał. Spuścił głowę, ale nie patrzył wcale na podłogę, tylko próbował poddać szybkiej analizie to, co właśnie usłyszał. Oparł się plecami o potężną szafę, potrzebował oparcia. Dziwny był ten telefon. Major Garten od wielu lat nie wtrącał się w jego śledztwa, już nawet nie pamiętał ostatniego takiego wypadku, to chyba było z piętnaście lat, kiedy szukali…

Przerwał mu podejrzany szelest. Detektyw Hillary znieruchomiał. Ale zanim zdołał cokolwiek zlokalizować, telefon — jakby złośliwie — znowu zaczął dzwonić. Sięgnął po komórkę z rozdrażnieniem, zaklął nawet. Tym razem nie rozpoznał numeru.

— Hillary — przedstawił się odruchowo.

— Generał Benson — usłyszał w odpowiedzi — Komenda główna.

Detektyw mocniej przyłożył słuchawkę do ucha. Tylko dwa razy miał do czynienia z Bensonem. Za pierwszym razem generał wręczał mu odznaczenie, w starej sali konferencyjnej, którą naprędce opróżniono z mebli, żeby jakoś pomieścić całą grupę wyróżnionych oficerów. Ustawiono ich w długim rzędzie, a Benson był zdawkowy, wręcz nieobecny. Wygłosił drętwe przemówienie i ulotnił się w ciągu pięciu minut.

Za drugim razem tylko się podpisał. Czytelny autograf znalazł się pod dwustronicowym raportem, najprawdopodobniej spisanym przez kogoś innego, może nawet sekretarkę. Benson zatwierdził karę dyscyplinarną, połączoną z naganą wpisaną do akt.

Pan kij i marchewka — pomyślał Hillary — Co czeka mnie dzisiaj?

— Zaufaliśmy panu — usłyszał — I teraz spoczywa na panu wielka odpowiedzialność. Wie pan dobrze, detektywie, kim jest ofiara, prawda?

— Kim była — poprawił go, również automatycznie. Chyba niepotrzebnie w ogóle się odzywam. Za dużo mówię. Dzisiaj, teraz, na razie… powinienem słuchać — postanowił w duchu. Toteż słuchał dalej:

— Cenię pana zdolności i doświadczenie, ale niepokoją mnie pana wybuchy… niesubordynacji. Dlatego chcę, żeby dobrze zrozumiał pan położenie. To śledztwo może pana wywindować albo pogrążyć. Żeby było panu łatwiej się zorientować i nim pokierować, radzę skonsultować się ze mną przed każdą poważniejszą decyzją. Po prostu zadzwonić. Zna pan już moje nazwisko.

Drugi rozmówca również rozłączył się nagle, jakby ten nowy zwyczaj stał się obowiązującym. Ot, taki szczególny savoir-vivre funkcjonariuszy na służbie.

Szef, komenda główna. Co tu u licha się dzieje? — Hillary jeszcze raz spróbował naprędce zorientować się w sytuacji. Ale zanim zdążył zebrać myśli, wyartykułować nawet tą jedną, która niczym przebłysk pojawiła się, gdy tylko otworzył oczy w samochodzie — znowu usłyszał ten dziwny szmer. Stłumiony odgłos kroków, jakby ktoś skradał się, chociaż niezbyt ostrożnie. Może pijany kelner, może tylko szczur…

Hillary nie ryzykował. W hotelu była już ofiara, mógł być i morderca. W ułamku sekundy wyciągnął z kabury broń i odbezpieczył ją. Poruszał się przy tym, jak kot, a raczej wielki wyleniały kocur, który nie raz stracił sierść i wylizał się z krwawych ran. Postanowił jak najszybciej opuścić miejsce, w którym ostatnio rozmawiał, gdzie można go było zlokalizować. Po drodze kopnął napotkany pusty karton, gdzieś w bok, żeby zmylić przeciwnika.

I przystanął za masywną drewnianą szafą. Ktoś za nią idzie — stwierdził teraz z całą pewnością. Odliczył do trzech i wyskoczył, celując tam, gdzie istniało największe potencjalne prawdopodobieństwo trafienia w korpus przeciwnika.

Gdyby strzelił — trafiłby w serce lub wątrobę młodszego detektywa Johna Streeta.

— O Jezu! — ten zdołał tylko jęknąć.

Hillary zatoczył się i opuścił pistolet. Lewą ręką otarł spocone czoło.

— Czemu się skradałeś? — warknął, chyba trochę za ostro. Był zły, głównie jednak na siebie. Zareagował irracjonalnie, może nawet spanikował. W dodatku ciągle nie mógł zebrać myśli i w sumie — cały czas niczego się nie dowiedział.

Bo jeszcze nawet nie dotarłem na miejsce zbrodni — podsumował swoje dotychczasowe sukcesy. Porażka.

— Nie skradałem się! Najpierw usłyszałem, że pan rozmawia, to nie chciałem przeszkadzać. A potem umilkł pan nagle i zgubiłem się. Nie wiedziałem, gdzie iść. Z kim pan rozmawiał? Mamy coś nowego?

— Czy ja nie kazałem ci zostać w samochodzie?

— Nie. Nic pan nie powiedział.

Hillary nie skomentował tej — prawdziwej przecież — odpowiedzi. Rozejrzał się krótko i wiedziony nieomylnym instynktem pokierował ich na główny korytarz. W oddali żarzył się już podświetlany napis „wyjście z magazynu". Szli niby razem, ale młodszy detektyw, jak zwykle nieco z tyłu. W ten sposób za każdym razem podkreślał hierarchię dotyczącą ich stosunków. Dla młodszego detektywa Johna Streeta hierarchia była bardzo ważna.

Hierarchia. Major Garten. Generał Benson.

— Kto dzwonił? Jeszcze tylko minister nie dzwonił — mruknął nagle Hillary.

I osłupiał.

Bo zaraz po tych słowach w pomieszczeniu rozbrzmiał gwałtowny chichot. Ale to nie idący za jego plecami młodszy detektyw poczuł się rozbawiony. To był ktoś zupełnie inny.

Hillary przyświecił sobie latarką. Zlokalizował winnego. Przy ścianie, w cieniu tuż obok wyjścia, stał wysoki mężczyzna, ubrany w klasyczny, elegancki garnitur. Drogi garnitur szyty na miarę — ocenił Hillary. Podszedł do niego i szybko skojarzył twarz, która dość często pojawiała się w prasie, czasem też w telewizji.

— Pan minister…

— Wiceminister, formalnie rzecz biorąc. Ale to i tak był zabawny zbieg okoliczności.

Wiceminister spraw wewnętrznych Edward Peters uśmiechał się pod nosem. Szycha. Co on tu robi? Peters zdawał się czytać mu w myślach.

— W hotelu odbywa się konferencja na temat poziomu zabezpieczeń sieci informatycznych. Może pan to łatwo sprawdzić. Pół dnia nudnych prezentacji. A tutaj akurat przyszedłem, żeby spokojnie sobie zapalić.

— Tu nie wolno palić — przytomnie odezwał się Hillary.

Wiceminister Peters może i czytał w myślach, ale nie wsłuchiwał się w słowa. Z ust nie schodził mu uśmieszek. Spokojnie wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki zapalniczkę i odpalił papierosa. Potem zaciągnął się z wyraźną satysfakcją.Z magazynu przeszli na zaplecze restauracji. Zastali tam chaos i ogólne rozprężenie. Niby obsługa cały czas pracowała i nawet wydawała posiłki, ale akurat tego dnia częściej były pozbawione klasy, a nawet niedosmażone albo niedoprawione. Dokoła słychać było kłótnie i wrzaski, nikt nie zwrócił na nich uwagi.

Stamtąd Hillary i Street wyszli na główny hol, gdzie szczęśliwie znaleźli się tuż za pierwszą linią hotelowych ochroniarzy. Spojrzeli ponad ich głowami z niesmakiem. Przed budynkiem kłębił się prawdziwy tłum: fotoreporterów, dźwiękowców z mikrofonami na długich tyczkach, wszędobylskich operatorów telewizyjnych i zwykłych, wścibskich wolnych strzelców, którzy w rękach trzymali nieodłączne cyfrowe dyktafony albo po prostu smartfony.

Tych kilkunastu ochroniarzy plus zestaw metalowych barierek, które rozłożono w poprzek pomieszczenia, tylko połowicznie spełniało swoje zadanie. Hotel starał się normalnie funkcjonować, co oznaczało, że goście nieustannie wchodzili i wychodzili, a ponadto na miejsce zdarzenia ciągle docierali nowi policjanci, mundurowi i cywilni. A pomiędzy nimi przemykali co sprytniejsi dziennikarze oraz zwykli gapie.

Detektyw Hillary i młodszy detektyw John Street trafili właśnie w to centrum zamieszania. W hotelu Liberator wszyscy krążyli maksymalnie podekscytowani, jak muchy, które wyczuły swój ulubiony zapach.

Toczyły się już gorączkowe dyskusje, pojawiły się pierwsze spekulacje dotyczące ofiary i motywów mordercy. Wysuwano śmiałe hipotezy, łącząc mniej lub bardziej zagadkowe fakty z przeszłości. Dziennikarze na razie siedzieli cicho. Na razie — zbierali informacje. Dzięki temu palmę pierwszeństwa w ordynarnym powielaniu informacji dzierżyli kelnerzy i oczywiście sprzątaczki, które jak powszechnie wiadomo, zawsze mają bardzo dużo do powiedzenia na temat swoich gości.

Część sprzątaczek prawdopodobnie przegoniono z ostatnich pięter hotelu, żeby nie przeszkadzały w śledztwie, co zaowocowało tym, że gremialnie poczuły się zwolnione z obowiązków. Zebrały się w kącie i rozprawiały z werwą. Obsługa recepcji, uwięziona na swoim stanowisku — jeżeli chodzi o informacje — pozostawała w tyle i nie ukrywała zdegustowania takim obrotem sprawy.

Hillary otrząsnął się. Plotki będą ważne, ale na następnym etapie śledztwa. Najpierw ciało, trup, ofiara. Narzędzie zbrodni i ślady. Od tego trzeba zacząć. Detektyw rozejrzał się wokół siebie i wypatrzył odpowiednie miejsce, w odnodze głównego holu prowadzącej do pojedynczej windy. Tam falujący tłum zwalniał nagle, cichł i pokorniał, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Właśnie tam muszę iść — domyślił się.

Dostępu do windy bronił sierżant Maston, górujący co najmniej o głowę nad wszystkimi pozostałym ludźmi w hotelu. Sto dwadzieścia pięć kilo, głównie mięśni katowanych codziennie w siłowni, a testowanych wielokrotnie na ulicach Buukbergu. Wyróżniała go również wydatna szczęka, która przywodziła na myśl podręcznikowe rysunki neandertalczyków. Całokształtowi wyglądu zawdzięczał swą barwną ksywkę, mówiono o nim po prostu „Mastodont".

Sierżant Maston skinął im tą wydatną szczęką. Jednym ruchem ręki, wcale nie zaciśniętej w pięść, sprawił, że powstało wygodne przejście. Potem sprowadził jeszcze windę. Dobrze wychowany neandertalczyk.

— Które to piętro? — spytał Hillary.

— W tej windzie ma pan tylko dwa przyciski, góra i dół. Wciśnie pan „góra” i pojedzie prosto pod drzwi apartamentu — wyjaśnił i powrócił na swój posterunek przed windą.

Sierżant Maston pomimo kilkunastoletniej znajomości, wręcz zażyłości, która ich łączyła, ciągle tytułował go per „pan". A młodszy detektyw John Street ciągle stara się iść pół kroku za mną — zauważył Hillary. Czy to ja jestem taki niedostępny, a może nawet — wywyższam się? Czy to oni mają jakiś problem? Uśmiechnął się, a potem wciągnął młodszego detektywa do windy.

Próbował odprężyć się, chociaż na chwilę, jakby zbliżała się pora najważniejszego egzaminu. Dlatego podczas jazdy bezmyślnie wpatrywał się w lustro i wsłuchiwał w świst lin, które ich ciągnęły na górę. Ale odprężenie trwało wyjątkowo krótko, winda musiała rozwijać chyba trzecią kosmiczną prędkość, a zaraz po jej otwarciu Hillary doznał kolejnego szoku.

Kosmicznego szoku. Szoku, który wykraczał poza trójwymiarową rzeczywistość.

Ja chyba śnię! — pomyślał.

Drzwi legendarnego wręcz apartamentu, w którym podobno znajdowała się ta słynna ofiara, a gdzie on miał prowadzić skomplikowane prawdopodobnie śledztwo, o które przecież dopytywała już Komenda Główna, pozostawały po prostu zamknięte. I to na głucho.

Przed drzwiami klęczał policyjny technik, w asyście skonsternowanego pracownika hotelu, który bezradnie potrząsał pękiem kluczy. Obok stało kilku umundurowanych policjantów, może nawet z drogówki, którzy przygryzali wargi i przestępowali z nogi na nogę. Zapewne jako pierwsi usłyszeli wezwanie i tym sposobem jako pierwsi znaleźli się na miejscu zbrodni. Zbrodni? Jakiej zbrodni???

— To jak to? Jeszcze nie weszliśmy do środka?

Policyjnemu technikowi drżały ręce, gdy powoli odwracał się w stronę Hillarego.

— Drzwi zamknięte są od środka. Prawdopodobnie klucz zostawiono w zamku, właśnie usiłuję wypchnąć go na tamtą stronę, ale to dobry, profesjonalny sprzęt, nie wiem, czy nie będę go musiał rozwiercić. Elektroniczne zabezpieczenia puściły, ale ten cholerny, staroświecki gadżet z metalowymi zapadkami — nie.

Hillary ciągle czegoś nie rozumiał. Wściekle rozpędził się w stronę apartamentu, pod same drzwi i załomotał pięścią. Odpowiedziała mu tylko martwa cisza. Patrzył na wszystkich z niedowierzaniem.

— Ale skąd w takim razie ta informacja o morderstwie? Że ten facet jest w środku i jest trupem? Może w ogóle go tam nie ma, wyszedł na pieprzony spacer…

Najodważniejszy z mundurowych, wysoki, tyczkowaty wręcz mężczyzna jednym ruchem ręki wyciszył swoją radiostację i wystąpił naprzód.

— Dostaliśmy instrukcje z komendy i przyjechaliśmy. Tam chyba ktoś ich precyzyjnie poinformował, co i jak. My, już tutaj na miejscu, spotkaliśmy kelnera, który słyszał strzał. Wyraźny, chociaż podobno pracował kilka pięter niżej.

Jego partner, niski, krótko ostrzyżony — cały czas potakiwał.

— Spisaliście go?

— Tak jest.

Hillary odstąpił od drzwi i wskazał je technikowi.

— Daję panu kwadrans, potem wezwiemy pirotechników. Niech wywalą ten szajs w powietrze, choćby z połową budynku.Ocknął się w sam porę.

Detektyw Hillary domyślił się, że to machinacje technika, który włączył miniaturową wiertarkę, uratowały go z opresji. Prawie przysnąłem — westchnął w duchu i ze stęknięciem oderwał plecy od fotela. Przeklęty fotel był zdecydowanie zbyt wygodny, standard na ostatnim piętrze w hotelu Liberator, gdzie usiadł w przytulnym kąciku — tylko na pięć minut — o mało co, a doprowadziłby go do kolejnej drzemki.

Postanowił sprytnie to zatuszować:

— Co tak długo z tą kawą? — warknął z premedytacją.

— Na dole jest straszne zamieszanie… — tłumaczył się młodszy detektyw Street, oczywiście speszył się i zaczerwienił.

Hillary pokręcił głową. Ale sytuacja miała swoje plusy. Technik walczył z drzwiami apartamentu, telefon schowany w kieszeni nareszcie milczał. Toteż mogę spokojnie pochylić się nad filiżanką — pomyślał. Nareszcie nikt niczego od niego nie chciał.

Zauważył jednak, że drży mu ręka. Teraz gdy teoretycznie jestem na luzie, to co będzie, gdy się zdenerwuję?

Spróbował się napić, ale aromatyczny napój tylko poparzył mu usta. Chociaż kilka łyków — pomyślał tęsknie i nagle zaczął się zastanawiać, którą to kawę pije tego dnia. Dochodziła godzina siedemnasta. Pierwszą filiżankę wypijał zaraz po przebudzeniu, koło szóstej, potem następne w dwu, albo trzygodzinnych odstępach.

— Ci cholerni dziennikarze byli jeszcze przed nami — zauważył Street, przerywając mu rachunki — To dziwne, podejrzane.

— Dziwne i karygodne — potwierdził Hillary, tak jakby zawsze dzielił ludzi na skazanych i tych dopiero oczekujących na wyrok — W tej sprawie mamy zdecydowanie za dużo hałasu. Dlatego można by pomyśleć, że to celowe działanie. Pieprzona promocja.

Street w pierwszej chwili nie zrozumiał.

— Wiesz, jak działa ten przemysł. Chcesz dużo sprzedać, musisz zrobić dużo zamieszania. Krwią, dupą, czymkolwiek. Chodzi o sensację, news na pierwszą stronę. A nie tak łatwo się przebić przez te wszystkie wojny i katastrofy na świecie.

Milczeli dość długo, jakby w tym czasie sięgali pamięcią do ostatniego wydania wiadomości.

— Myśli pan, że byłby w stanie wyreżyserować taki spektakl? — młodszy detektyw Street wskazał ręką na korytarz pełen policjantów — Upozorować własną śmierć? Przecież jak się okaże, że to mistyfikacja, będzie miał poważne kłopoty, na dobrą sprawę może nawet trafić do więzienia.

Hillary machnął ręką:

— Wynajmie najdroższego adwokata, a specjalista od wizerunku doradzi mu, jak trzymać łapy w kajdankach, żeby to dobrze wyszło na zdjęciach. Zresztą, pewnie nikt mu nie udowodni, że w ogóle maczał w tym palce. On? Może akurat śpi w tym cholernym apartamencie i śmieje się przez sen.

— Ale obsługa hotelu ma jego prywatny numer i cały czas usiłuje się dodzwonić — podzielił się informacją młodszy detektyw Street, jakby w ten sposób próbował ich pocieszyć. Że ten sen wcale nie jest taki błogi i niczym niezmącony.

Kucnął obok fotela i pogrążył się w myślach.

— Jest jeszcze jedna możliwość — powiedział nagle — Ktoś ściągnął całą policję tutaj, pod hotel, a w tym czasie obrabia bank, albo muzeum.

— To byłoby najlepsze rozwiązanie — odparł od razu Hillary.

— Dlaczego?

— Bo my jesteśmy tutaj, więc napadem na bank musiałby zająć się ktoś inny — detektyw uśmiechnął się pod nosem, patrząc na zaskoczonego współpracownika.

Ale zaraz przygasł na twarzy. Dwa dziwne telefony, które zdążył odebrać, od majora Gartena i z komendy głównej, nie pasowały ani do koncepcji promocji, ani do zuchwałej kradzieży w banku. Nie pasowały mu i już. Podskórnie wyczuwał kłopoty. To wszystko wydaje się…

— Jeeeest! — rozległ się przeciągły syk -— Otworzyłem!Specjalista od zamków zacisnął pięści w triumfalnym geście. Zaczął eksponować je, na przemian w obu kierunkach korytarza. Chodził od ściany do ściany, nagle eksplodowały w nim nagromadzone emocje.

Detektyw Hillary wręcz przeciwnie — zastygł w pierwszym momencie.

Niespiesznie podniósł się z fotela. Zaraz wszystko się wyjaśni — pomyślał z nadzieją — teraz nie muszę się już spieszyć. Jednak serce cały czas odczuwalnie kołatało mu w piersi. Niemal drżał, kiedy podszedł i delikatnie pchnął drzwi apartamentu.

— Policja! — krzyknął — Jest tam kto? — spytał po raz ostatni i przekroczył próg.

Cisza.

Nie wierzył specjalnie, że padnie jakaś odpowiedź, ale potrzebował czasu, aby zorientować się w sytuacji. W którą stronę ma iść? Apartament poraził go możliwościami.

Po prawej stronie zobaczył elegancki barek z podwieszonymi kieliszkami, wzdłuż którego poustawiano wysokie, chromowane hokery, z siedziskami z barwionej na bordowo skóry. Blat był czarny, również błyszczący. Z tyłu, na szklanym podświetlanym regale wyeksponowano równy rząd butelek. Równy, choć od razu wypatrzył w nim dwie luki.

Niektórym to dobrze — pomyślał Hillary — Tak dobrze, że muszą mieć barek koło wyjścia, żeby móc się znieczulić, zanim wyjdą między nas, zwykłych śmiertelników.

Odkręcił głowę.

Po lewej stronie znajdowała się garderoba. Na oko ocenił, że tuzin normalnych kobiet zmieściłoby się tutaj ze swoim dwutygodniowym ekwipunkiem. Przesuwne drzwi od podłogi aż do sufitu. Szuflady, szufladki, wieszaki i haczyki, czasem o fantazyjnych, zagadkowych kształtach. Olbrzymie, ruchome lustro na stelażu z kółkami, które na szczęście odbijało tylko sufit, a nie na przykład — wykrzywioną twarz mordercy.

Poza tym w garderobie niczego szczególnego nie zauważył, oprócz dwóch par męskich butów, rzuconych byle jak, w kącie. A do przeszukania tych przepastnych szaf, będę chyba musiał ściągnąć posiłki, co najmniej pół komendy… — ocenił pobieżnie.

Ruszył do głównego pomieszczenia na tym poziomie. Przed sobą miał oszałamiający, nawet samą powierzchnią salon. Hillary zwolnił. Raz patrzył pod nogi, a zaraz potem starał się ogarnąć wzrokiem całą dostępną przestrzeń. Poruszał się maksymalnie bezgłośnie. Na szczęście nie umieszczono tu zbyt wiele sprzętów i niczego nie potrącił — zajrzał za gigantyczną sofę, pod stół, na którym leżała rozłożona wczorajsza gazeta. Wreszcie wyjrzał na balkon, który okazał się tylko przeszklonym tarasem widokowym.

Nigdzie nikogo nie było.

Klucz był w drzwiach, włożony od wewnątrz — przypomniał sobie i skupił się na tej myśli — Musi ktoś tu być.

W sypialni zastał stłamszoną pościel i lekko wyczuwalny zapach potu. Para skarpetek leżała obok łóżka — nic więcej.

W salonie kąpielowym — inaczej nie dałoby się określić tego miejsca — w kilku miejscach porozkładane były kosmetyki. Spośród wielu innych, trzech ręczników ktoś musiał niedawno używać, nie były bowiem starannie wyprasowane i złożone. Na szczęście, w wannie wielkości małego basenu, nie pływały żadne zwłoki.

Czysto — pomyślał — Jak to w łazience.

Została jeszcze tylko jedna możliwość. Zatrzymał się przed kręconymi schodami, prowadzącymi ostro w górę, na drugi poziom i ogarnęło go złe przeczucie. Jakby nagle chmura przysłoniła słońce i pokój pogrążył się w mroku.

Postanowił od razu rozproszyć ostatnie wątpliwości. Przeskakiwał po dwa stopnie, wbiegł na górę, a na szczycie niemal stracił równowagę. Chciał coś powiedzieć i głos uwiązł mu w gardle.

Od razu zobaczył i rozpoznał go.

To nie była promocja książki. Być może gdzieś w okolicy, w tym samym czasie napadnięto na bank, ale nie miało to żadnego znaczenia. W obszernym, klubowym fotelu siedział właśnie ten człowiek. Obok, na okrągłym stoliku czekała na niego napoczęta butelka whisky i szklanka z bursztynowym płynem na dnie. Ale już go nie dopije.

Na czole ofiary ziała krwawa, głęboka rana. A co najgorsze, pistolet — najprawdopodobniej pośredni sprawca tej makabrycznej scenerii — leżał kilka metrów dalej, na podłodze pośrodku pokoju.Chyba minęło co najmniej kilkanaście sekund. Teoretycznie pozostawał w odrętwieniu, stał w bezruchu, ale w tym czasie jego umysł gorączkowo pracował, na najwyższych obrotach. Zaczął, niejako automatycznie, układać sobie wszystko w głowie i próbował ogarnąć zrozumieniem to, co zarejestrował wzrok. Trudna była ta układanka.

Zwłaszcza że proces został brutalnie przerwany. Hillary usłyszał nagle harmider, potem narastający gwałtownie zgiełk. I stało to tak nieoczekiwane, że nawet nie wiedział, jak i kiedy, a znalazł się na dole.

Zadyszany wyjrzał z apartamentu na hol. Dotarły do niego odgłosy potężnej awantury, krzyki i przekleństwa. Ale dobiegały akurat zza zakrętu, z miejsca, którego z tej pozycji nie mógł w żaden sposób zobaczyć.

— Co się do cholery dzieje?! — wrzasnął.

Przed sobą miał tylko dwóch policjantów. Tych samych, od których przyjął pierwszy meldunek. Stali poddenerwowani, zagubieni wręcz.

— Dziennikarze — wyjaśnił najpierw bardzo lakonicznie, ten tyczkowaty. Potem postanowił uzupełnić informacje — Schodami przeciwpożarowymi wdarli się tutaj na górę. Prawie, bo ochrona ich dorwała i kilku naszych, przepychają się właśnie…

— No to idźcie im pomóc! — ryknął.

Zerwali się do akcji. Niższy, krótko ostrzyżony, z półsekundowym opóźnieniem, najwyraźniej zawsze kojarzył nieco wolniej. Pewnie dlatego nigdy nie wyrabiał się z odpowiedzią i ten wyższy go uprzedzał — pomyślał detektyw Hillary z niepotrzebną dawką złośliwości.

I wtedy dostrzegł młodszego detektywa Streeta, który przestępował z nogi na nogę. Podpierał ścianę z nieobecną miną, jakby chciał stać się niewidzialny.

— Co ty tu robisz?

— …

Szczupły, ale wysportowany. Dorosły facet, dwadzieścia dziewięć lat. Podobno był prymusem w szkole policyjnej. Na służbie od trzech lat, od sześciu miesięcy pod komendą Hillarego. Szło im nadspodziewanie dobrze, stopniowo docierali się. Jednak czasem młody go zadziwiał, na trudne pytania reagował właśnie w ten sposób — milczeniem.

— Czemu nie wszedłeś do środka?

— Nie powiedział pan nic… Nie chciałem przeszkadzać, zacierać śladów — jąkał się.

— A skąd wiedziałeś, że będą jakieś ślady?

Street dosłownie zapłonął na twarzy, jakby nagle poczuł się oskarżony.

— Są?

Detektyw Hillary westchnął. To dobry chłopak, tylko ma długą drogę przed sobą — stwierdził w duchu. I w tym samym momencie przypomniał sobie wszystko to, co zobaczył wewnątrz. Będzie miał czas, będzie miał dużo czasu — żeby się nauczyć.

Nagle ogarnął go lęk. Chyba zrozumiał, że obaj będą mieli bardzo dużo czasu podczas tego śledztwa.

— Zadzwoń do Karoliny — powiedział. Starszy sierżant Karolina Baker najczęściej przebywała w biurze i zdalnie wspomagała ich pracę — Niech przestanie malować paznokcie i skompletuje nam ekipę kryminalistyczną. W środku mamy zwłoki — powiedział krótko.

Kątem oka zauważył, jak młodszy detektyw Street przybiera na powrót normalną barwę, ale tylko na chwilę, by na koniec zblednąć… Jak kameleon — pomyślał Hillary z niedowierzaniem. Pokręcił głową, a potem wszedł z powrotem do apartamentu.

Od razu skierował się na górę. Trup nie zniknął ani nie przemieścił się, przynajmniej w dostrzegalnym dla zwykłego ludzkiego oka zakresie. Pistolet nadal leżał pośrodku pokoju. Teraz kiedy podszedł bliżej, zorientował, że coś pod nim jest. Biała, czysta kartka.

Pochylił się, żeby ją dokładniej obejrzeć.

Rzeczywiście była czysto biała, ale chyba tylko od wierzchniej strony. Coś przebijało przez cienki papier, odniósł wrażenie, że na odwrocie są… litery. Kusiło go, żeby ją ostrożnie wyciągnąć, z trudem się powstrzymał. Poczekam na ekipę kryminalistyczną — zmusił się do tej myśli.

Kiedy się podniósł z kolan, zobaczył jeszcze komputer, srebrnego, dużego laptopa, który leżał na biurku pod przeciwległą ścianą. Był podłączony do sieci, przez ładowarkę z poskręcanym kablem. Prawdopodobnie ktoś niedawno na nim pracował, ale system postanowił oszczędzać energię i wygasił ekran. Tylko czerwona kontrolka mrugała, jakby odliczała ostatnie sekundy.

Jemu już odmierzyła — pomyślał Hillary i po raz pierwszy skupił się nad osobą ofiary. John Jamestown we własnej osobie. Pod takim pseudonimem znany był ogółowi.

Geniusz. Erudyta. Błyskotliwy pisarz. A jednocześnie niesamowity showman, który w niemalże magiczny sposób potrafił skupić na sobie uwagę mediów i tłumów. Jego przybycie do Buukbergu i pobyt w hotelu Liberator było wydarzeniem sezonu i spokojnie pretendowało do miana wydarzenia roku.

Teraz na pewno będzie wydarzeniem roku.

— To on — usłyszał cichy głos.

Młodszy detektyw Street chyba już ochłonął. Wyglądał znacznie lepiej.

— Czytałem wszystkie jego książki — wyznał.

Nie zmusiłem się nawet do jednej — przypomniał sobie Hillary, ale zachował to w tajemnicy.

— A to jest ten słynny apartament — kontynuował Street — Szklana kopuła.

Hillary obejrzał się wokół siebie, jakby dopiero teraz zorientował się, gdzie jest. A przecież miejsce rzeczywiście sprawiało oszałamiające wrażenie. Wyglądało to tak, jakby rozmawiali w chmurach.

Na dachu hotelu Liberator stworzono magiczną przystań dla pisarzy. Apartament znajdował się na ostatnim piętrze, a ten gabinet — na samym szczycie. Żeby twórca poczuł się wolny, żeby poczuł więź z samym Stwórcą, nic nie mogło go oddzielać od niebios. Zrezygnowano z tradycyjnego dachu, wykonano szklaną kopułę.

Hillary podszedł bliżej i zaczął przyglądać się słynnej konstrukcji. Kontemplował techniczny kunszt i podziwiał osiągnięty efekt.

Tafle klejonego szkła, grubości dziesięciu centymetrów rozpięto na niemal niezauważalnym szkielecie z włókna węglowego. Chmury, które często przepływały obok, dosłownie ocierały się o nie. Słońce nie raziło. Szkło zaopatrzono w specjalne filtry, które w razie potrzeby przyciemniały się i ograniczały dostęp nadmiarowi światła.

Przez szklaną kopułę miało przenikać wyłącznie natchnienie. Podobno rzeczywiście tak się działo i hotel wynajmował ten niezwykły apartament uznanym pisarzom, twórcom, ludziom sztuki. Często za darmo albo za symboliczną opłatę, w zamian proszono tylko o wzmiankę, że ostatnie arcydzieło, bestseller, który ukazał się na rynku, powstał właśnie tutaj, pod szklanym dachem Liberatora.

Potem wielu innych, zwykłych śmiertelników — zwykłych, choć oczywiście ponadprzeciętnie majętnych — płaciło olbrzymie sumy za przyjemność spędzenie nocy w tym samym miejscu, gdzie narodziła się ich ulubiona książka. W tej samej sypialni, gdzie z boku na bok przekręcał się — porażony energią twórczą — Wielki Twórca, Wielki Artysta, Wielki Pisarz.

Jednak teraz ten wielki pisarz, John Jamestown, przekonał się, że choć obdarzony talentem, iskrą bożą, odrobiną geniuszu — także zalicza się do grona zwykłych śmiertelników.

Umarł. Zginął. Pokonała go śmierć. A przynajmniej ktoś w jej imieniu.

Tylko kto?

— Morderca jest bezczelny i niewiarygodnie pewny siebie — powiedział detektyw Hillary.

— Skąd pan wie?

Hillary westchnął. Czy ja muszę to tłumaczyć? Odwrócił się i popatrzył na młodszego detektywa Johna Streeta z niedowierzaniem. Już miał na ustach złośliwy komentarz pod jego adresem, kiedy zorientował się, że w oczach współpracownika pojawił się niezrozumiały blask.

— Apartament był zamknięty od środka, teoretycznie niedostępny dla nikogo z zewnątrz. Tu nie ma innych wejść, szklana kopuła jest nienaruszona i nie ma w niej lufcika, przez który można by się wśliznąć. Na tej wysokości, ze względu na różnice ciśnień nie ma w ogóle otwieranych okien, nawet balkon to przeszklony taras — zaczął spokojnie podsumowywać na głos, jakby sporządzał bilans dnia. Ale już pojawił się strach. Czyżbym czegoś nie zauważył? Młody był bystrzejszy? Hillary kontynuował — Kiedy tu weszliśmy, nie stwierdziliśmy obecności nikogo poza ofiarą. Morderca mógł wcisnąć broń do ręki ofiary i z łatwością upozorować samobójstwo. Ale nie — położył pistolet jakby specjalnie, na środku pokoju. Bezczelny typ.

— Jest bezczelniejszy niż pan myśli…

— Co masz na myśli?

— Niech pan przeczyta tę kartkę.

Hillary zadrżał. Biała kartka spod pistoletu. Młody nie był bystrzejszy tylko głupi.

— Wyjąłeś ją???

Ślady. Odciski palców. Zacieranie. Kompromitacja.

— Pęsetą. Zawsze noszę ją w kieszeni, można nią odblokować każdy wózek pod marketem.

Tego Hillary już nie zrozumiał. Nawet nie próbował. Dopiero teraz dostrzegł w rękach Street mały metalowy przyrząd, a na jego końcu karteczkę. Ostrożnie ujął całość w swoje dłonie i odwrócił. Odczytał szybko, zwłaszcza że niewiele miał do odczytania.

„Nie znajdziesz mnie".Przez następne kilkadziesiąt minut detektyw Hillary sprawiał wrażenie zamroczonego. „Duch” był niczym prawdziwy duch… Na miejsce przybyła ekipa kryminalistyczna i przystąpiła do pracy, ale nie uzyskała od niego konkretnych wskazówek.

Zwykle detektyw zdecydowanie wtrącał się do ich pracy i wyznaczając zadania, nagminnie nie dopuszczał ich do słowa. Niczym dyktator podporządkowywał sobie teren, wszystko jedno, przeciętnego przestępstwa czy makabrycznej zbrodni.

Tym razem mruknął coś pod nosem i ogólnie machnął ręką. Z trudem zabrali się do pracy.

Zaniepokojony młodszy detektyw Street z własnej inicjatywy zatroszczył się o kolejny kubek kawy. Niestety nie zauważył jej korzystnego działania, wydawało mu się nawet, że Hillary jej nie wypił, bo chyba ani razu nie przyłożył styropianowego pojemnika do ust. Ale brunatny płyn zniknął z naczynia, jakby wyparował.

„Nie znajdziesz mnie".

Z perspektywy detektywa Hillarego wyglądało to zgoła odmiennie. On sam odnosił wrażenie, że wszyscy wokół niego kręcą się jak na popsutym wesołym miasteczku. Ktoś źle podłączył prąd, powstało spięcie i karuzele oszalały. Wirowały w przyspieszonym tempie. Ludzie przychodzili i odchodzili, terkocząc coś niezrozumiale. Daremnie mrużył oczy i tak nie mógł dostrzec żadnych szczegółów ani tego, czym się zajmowali. Hillary stał i nie potrafił się ruszyć, bał się, że ktoś z pędzących na tej karuzeli ludzi potrąci go. Wtedy chyba straciłby przytomność.

„Nie znajdziesz mnie". To przecież niemożliwe.

W ręce trzymał styropianowy kubek z kawą. Nie do końca był pewien, skąd się wziął. Podświadomie podejrzewał, że to właśnie jej zawartość, że to ten zdradliwy płyn — spowodował u niego gonitwę myśli, kołatanie serca i szum w uszach.

No dobrze, to tylko współudział — poprawił się i przeszło mu przez myśl — Może powinienem przestać pić tę cholerną kawę? Ale na języku czuł już suchość, podniebienie domagało się kolejnych łyków, a żołądek potrzebował przyjemnego ciepła, które by się rozchodziło aż po koniuszki palców. Nawet nie zauważył, kiedy opróżnił kolejne setki mililitrów.

„Nie znajdziesz mnie". To nie może być… prawda.

Tylko że to nie było teraz najważniejsze. Jestem w pracy. Wszyscy na mnie czekają. Wszyscy na mnie patrzą. Skulił się, a potem przeszedł go dreszcz — zaczęło mu to przeszkadzać.

Najpierw próbował się przemieszczać. Pozorował zainteresowanie poszczególnymi czynnościami, którymi zajmowała się ekipa kryminalistyczna. Patrzył, jak zdejmowali odciski palców, fotografowali, pakowali podejrzane przedmioty w foliowe torebki strunowe. Jak układali laptopa pisarza w kartonowym pudle. Gdzieś tam, daleko, w laboratorium, obejrzą go eksperci i prześwietlą pod każdym możliwym względem.

Ale członkowie ekipy ciągle czekali na jego pytania, a on ciągle nie mógł skupić wzroku. W tym stanie nie powinien nadzorować śledztwa — to nie mogło się udać.

W końcu ruszył do wyjścia. Szef ekipy, Bruno Grimaldi, ambitny czterdziestolatek, który podobno nie słyszał na jedno ucho, ale nigdy nie dał tego po sobie poznać, odważył się zapytać:

— Wychodzisz?

Hillary przystanął w progu:

— Idę do dyrektora. Dyrektora hotelu. Załatwię zapis z monitoringu — powiedział i odetchnął z ulgą. Miał alibi.

Szedł długo. Kilkakrotnie dopytywał o drogę. Dwa razy pokazywał swoją legitymację ochroniarzom. Jeździł windą w górę i w dół, pokonał niezliczoną ilość schodów. Wreszcie ochłonął.

Udało mu się zapakować w foliową torebkę, a potem ułożyć w kartonowym pudełku to, co najbardziej go dręczyło.

Trzy słowa. „Nie znajdziesz mnie".— Ta sprawa może zaszkodzić wizerunkowi naszej instytucji — usłyszał.

Takiego określenia użył. Instytucja. Jakby wypełniał szczególną misję, obdarzał świat niezwykłym darem. Światłem, które teraz nagle może przygasnąć. Za dużo marketingowych szkoleń. Profesjonalna papka przytkała mu tętnice. Zwłaszcza krążenie mózgowe — pomyślał Hillary.

Ale kiwnął głową.

— Nie da się ukryć, że nazwa hotelu Liberator długo nie będzie znikać z czołówek wiadomości — powiedział dwuznacznie.

Dyrektor hotelu uniósł brwi, jakby zwietrzył podstęp.

Hillary również był czujny. Przyjęto go w obszernym, nowoczesnym gabinecie, pełnym szkła, satynowanej stali, bieli i czerni. Za biurkiem zobaczył jednak lekko zasuszonego człowieka. Pozornie — przedstawiciela klasycznej szkoły, w muszce i garniturze, rodem ze starego kina. Może nawet niemego kina.

Uznał więc, że zasuszony pan Poons, wieloletni dyrektor hotelu, kryje w sobie wiele sprzeczności. Facet ubrany w stylu retro, który tryska nieadekwatną, młodzieńczą energią. Gwałtownie gestykuluje i wysławia się niczym współczesny menedżer. Mogą być niespodzianki — pomyślał detektyw.

— Rozgłos medialny jest ok, ale kontekst już nie — pan Poons podjął temat.

— Wolałby pan zapewne, żeby okazało się, że John Jamestown popełnił samobójstwo?

Normalny człowiek natychmiast by zaprzeczył — „Och nie, wolałbym, żeby ten wspaniały pisarz, John Jamestown nadal był z nami i tworzył". Ale pan Poons wierzył w misję swojej instytucji.

— Dla mnie najważniejsi są goście. Wszyscy goście. A nasi goście, obecni i przyszli, nad wyraz cenią sobie prywatność. Prywatność i bezpieczeństwo.

Detektyw Hillary znowu kiwnął głową.

Wszechobecni dziennikarze i reporterzy. Kręcą się i będą się kręcić wokół Liberatora jeszcze przez długi czas. Będą robić zdjęcia, wypytywać, węszyć i śledzić. Pewnie nawet z większym zapałem niż szeregowi policjanci, bo będą pozbawieni skrupułów, a nęceni olbrzymią nagrodą i sławą. A rzeczone morderstwo — w samym sercu hotelu, w najsłynniejszym apartamencie — godziło w drugą z wymienionych wartości.

Pod tym względem hotel był na minusie. Ale kawę mają dobrą — obiektywnie stwierdził detektyw Hillary.

Nie żałował, że dał się skusić, chociaż wcześniej wypił już x — wstaw dużą liczbę — porcji. Ta, którą zadysponował dla niego dyrektor Poons, była wyśmienita. Świeżo mielona mieszanka, z subtelną goryczą, posmakiem gorzkiej czekolady. Choćby na terenie hotelu Liberator dokonywano morderstw raz w tygodniu, i tak warto by dla niej przyjeżdżać.

Ja bym na pewno przyjeżdżał, jako śledczy — pomyślał, żałując tylko, że zaraz się skończy — Będę musiał przejść do meritum.

— Przyszedłem do pana, bo będziemy potrzebowali dostępu do hotelowego monitoringu.

Dyrektor Poons znowu uniósł brwi. Tym razem to detektyw Hillary zwietrzył podstęp. Może to za dużo powiedziane. Nie podstęp, kłopoty.

Dyrektor podniósł bezprzewodową słuchawkę i wcisnął kilka przycisków w centralce telefonicznej. Przekazał prośbę komuś po drugiej stronie linii, po czym wsłuchiwał się w potok słów. Hillary nie usłyszał ani jednego, ale szmer dochodził wyraźnie. To nie była cisza, która sugerowałaby, że ktoś odłożył telefon i wypełnia polecenie służbowe. Detektyw poczuł pulsowanie w skroniach, ciśnienie rosło.

Tymczasem dyrektor Poons skończył rozmowę i złożył ręce jakby zainspirowany modlitwą.

— Tak myślałem. Nie mogę dać panu tego zapisu.

— Jak to, do cholery, nie może pan mi dać?!? — ryknął Hillary.

W tym samym momencie wyskoczył z fotela i raptownie nachylił się nad biurkiem. Ale i tak nie mógłby dosięgnąć rozmówcy, takie było szerokie. Jednak jakiś element reakcji detektywa, może ton, może oddech, może ślina, która nieopatrznie wydostała się na zewnątrz, musiał dotrzeć do pana Poonsa, bo ten wzdrygnął się, a potem wzruszył ramionami:

— Nie mogę panu dać tego zapisu, bo już go przekazałem.

— Komu??? Prasie?!? Czy do pieprzonego internetu?!?

Dyrektor spojrzał mu prosto w oczy:

— Proszę się uspokoić — powiedział cicho. Dopiero teraz upomniał się o spokój, jakby ten pierwszy wybuch złości w ogóle go nie zirytował, tylko powtórka go znudziła.

Hillary zrozumiał, że popełnił błąd. Opadł z powrotem na fotel.

W tym czasie dyrektor zakręcił się po gabinecie. Z wysokiego przeszklonego regału wyciągnął szklaneczkę, przekręcił w innym miejscu stalowy kurek i nalał kryształowej wody mineralnej.

Była lodowato zimna, co detektyw poczuł, gdy szklaneczkę wciśnięto mu do dłoni. To miał być zimny okład?

— Piętnaście minut temu — Poons wyciągnął rękę, popatrzył na solidny, błyszczący zegarek i poprawił się — Dwadzieścia minut temu, wszystkie dyski twarde z zapisem monitoringu zabrali ludzie z pańskiej firmy.

Hotel był dla niego instytucja, policja firmą — pomyślał zdegustowany Hillary. Ale nie zareagował, nie chciał znowu wyjść na durnia.

— Podobno zabrali dyski do waszego laboratorium — zakończył dyrektor.

Hillary ostentacyjnie nawet nie tknął zimnej wody.

— Wyjaśnię tę sprawę.

Poons zachował kamienną twarz, ale nie darował sobie uszczypliwości:

— Mam nadzieję, że sprawę morderstwa również.

Detektyw Hillary opuścił gabinet, prawdopodobnie bez pożegnania. Drzwi, w każdym razie, zamknął za sobą dokładnie. Może trochę za dokładnie.

Huknęło.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij