Byliśmy w Oświęcimiu - ebook
Byliśmy w Oświęcimiu - ebook
"Wspomnienie obozu będzie szło z nami przez całe życie, choć jesteśmy ludźmi jak wszyscy inni ludzie na ziemi. Ale na ręku wytatuowano nam numery na znak, że byliśmy niewolnikami."
„Na luksus zapomnienia nie możemy sobie pozwolić.”
Janusz Nel Siedlecki, numer obozowy 6643
Krystyn Olszewski, numer obozowy 75817
Tadeusz Borowski, numer obozowy 119198
Książka to zbiór wspomnień obozowych napisany w 1945 roku przez byłych więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych opartych zarówno na przeżyciach autorów jak i ich współwięźniów.
Pierwsze wydanie ukazało się w 1946 roku w Monachium nakładem Oficyny Warszawskiej na Obczyźnie założonej przez Anatola Girsa, który poznał autorów w Dachau. Część dziesięciotysięcznego nakładu oprawiono w „pasiaki” pochodzące z oryginalnych ubrań więziennych. Przez oprawy kilku egzemplarzy przepleciono drut kolczasty, a jeden egzemplarz, własność Anatola Girsa, oprawiono w skórę z esesmańskiego płaszcza.
„Tuż po wojnie, w 1946 roku, ta książka była wstrząsem. Ale także dzisiaj jest wstrząsająca i znowu bardzo potrzebna, bo pamięć przeszłości oddala się, a rolę dokumentów zaczynają odgrywać kiczowate powieści z Auschwitz w tytule – dlatego tak ważne jest wznowienie Byliśmy w Oświęcimiu”. Justyna Sobolewska, „Polityka”
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8251-178-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Tuż po wojnie, w 1946 roku, ta książka była wstrząsem. Ale także dzisiaj jest wstrząsająca i znowu bardzo potrzebna, bo pamięć przeszłości oddala się, a rolę dokumentów zaczynają odgrywać kiczowate powieści z Auschwitz w tytule – dlatego tak ważne jest wznowienie _Byliśmy w Oświęcimiu_.
Anatol Girs, wydawca, namówił trzech kolegów z obozu: Tadeusza Borowskiego, Janusza Nela Siedleckiego oraz Krystyna Olszewskiego, na opublikowanie relacji. Książka ukazała się w Monachium w 10 tysiącach egzemplarzy – część nakładu została oprawiona w oryginalne obozowe pasiaki, a jeden egzemplarz w skórę z esesmańskiego płaszcza. Borowski napisał do niej cztery opowiadania: _U nas w Auschwitzu_, _Dzień na Harmenzach_, _Proszę państwa do gazu_ i _Ludzie, którzy szli_, a teksty kolegów zredagował i nadał im ostateczny kształt.
Borowski zdecydował się wrócić do kraju, podobnie Olszewski, który został architektem urbanistą, pracował w Warszawie i Singapurze, dokąd w końcu przeniósł się na stałe. Siedlecki wyjechał do Anglii, gdzie pracował jako inżynier w firmach projektujących urządzenia do produkcji przemysłowej. Z kolei Girs wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, a niesprzedaną część nakładu _Byliśmy w Oświęcimiu_ wysłał do Bostonu, licząc, że szybko uda mu się wrócić do działalności wydawniczej. Tymczasem amerykańskie nadzieje nie spełniły się, a koleje losu tej książki były naznaczone fatalizmem. Girs nie znalazł pracy i nie miał pieniędzy na dalsze magazynowanie nakładu. Zwrócił się do organizacji polonijnych, ale problemem okazało się nazwisko Borowskiego, który już wtedy był w Polsce działaczem komunistycznej władzy. Girs walczył o ocalenie książek aż do 1953 roku, ale nie udało się zebrać funduszy i reszta nakładu poszła na przemiał. Paradoksalnie, już pół roku później miał pracę i pieniądze, ale książek już nie było.
_Byliśmy w Oświęcimiu_ to w dużej mierze książka Borowskiego. Już w obozie pisał wiersze, listy do narzeczonej Marii Rundo, lecz dopiero tutaj zmierzył się z prozą i choć był bardzo wobec swojego pisania krytyczny, jednak cztery opowiadania pojawiły się potem w _Pożegnaniu z Marią_. Jego teksty wzbudziły oburzenie, bo zamiast jednoznacznie oskarżać katów i prezentować męczeństwo Polaków pokazały, że „zło nie było udziałem tylko jednej strony”. Obóz to sprawnie funkcjonujące przedsiębiorstwo, do którego człowiek się przystosowuje. „Oto jest dziwne opętanie człowieka przez człowieka. Oto jest dzika bierność, której nic nie przełamie” – czytamy. Postać Tadka utożsamiano z autorem Tadeuszem i oskarżano pisarza o nihilizm, bo jego bohater gra w piłkę, kiedy obok ludzie idą do gazu. A przecież na tym polega siła tej literatury, że wrzuca czytelnika w sam środek życia obozowego, bez ocen i komentarzy odautorskich. Bohaterowie _Byliśmy w Oświęcimiu_ potrafią się przystosować (podobnie opisywała funkcjonowanie kobiet w obozie Zofia Posmysz). Wiedzą, jak wymienić złote zęby na margarynę, i dostają paczki (Żydzi nie mieli do nich prawa), więc żyją w miarę normalnie i patrzą obojętnie na machinę śmierci obok. W tym tkwi skandal przeżycia. „Cała nasza wina leży w tym, że przeżyliśmy. Jako martwi bylibyśmy bohaterami” – pisał później Borowski. Tutaj wszyscy są współwinni, życie toczy się obok śmierci, każdy, kto przeżył Auschwitz, ponosi część odpowiedzialności za to, co tam się wydarzyło.
Dziś znamy wiele książek i świadectw, które równie bezwzględnie prześwietliły te mechanizmy, odkrywając ciemną stronę człowieczeństwa, trudną do przyjęcia dla czytelnika. Sami autorzy płacili za to doświadczenie najwyższą cenę – Tadeusz Borowski, Primo Levi, Jean Améry – świadkowie Zagłady – popełnili samobójstwo. Imre Kertész, autor _Losu utraconego_, wymieniany wraz z nimi, uśmiercił tylko bohatera swojej powieści _Likwidacja_. Co więcej, pisał o tym, jak można żyć ze świadomością, że z Auschwitz się nigdy nie wychodzi. W opowiadaniach Borowskiego rzeczywistość obozowa jest ostateczną kompromitacją cywilizacji, ale jest coś, co trzyma bohatera przy życiu – to myśl o Marii, miłość. „Uśmiecham się i myślę, że człowiek zawsze na nowo odnajduje człowieka – przez miłość”.
Relacje świadków są dla nas niesłychanie ważne. Właściwie coraz ważniejsze. Żyjemy w czasach, kiedy „pamięć zbrodni”, jak nazwał ją Primo Levi, zamienia się w formy rozrywki, a jednocześnie znowu niedaleko toczy się wojna. „Nie wiem, czy przeżyjemy, ale chciałbym, abyśmy kiedyś umieli nazwać rzeczy po imieniu, jak czynią ludzie odważni”. Taka jest ta książka.
Justyna SobolewskaOD WYDAWCY
1946
Czy ta książka jest potrzebna? Nie wiem. Cokolwiek się jednak będzie o niej mówiło, jedno jest bezsprzecznie jasne: że trzeba oddzielić w niej artyzm od dokumentaryzacji. Na pewno książka ta nie jest potrzebna jako czyn artystyczny. Lecz jako dokument jest ona bardzo charakterystyczna.
W dosyć prosty sposób podano w niej historię pewnego obozu koncentracyjnego, zwanego pospolicie w Europie – Auschwitz, a w Polsce – Oświęcim. Nie obejmuje ona, rzecz prosta, całości wydarzeń tego obozu, lecz w bardzo oględnej i, chciałoby się rzec, kameralnej formie podaje tylko nieliczne fragmenty tego, co autorzy jej sami tam przeżyli i co widzieli na własne oczy.
Książka ta jest ciężka i potworna, jak potworna może być tylko zbrodnia popełniana na człowieku. Być może książka ta będzie przydatna dla lekarza i psychologa, i może dla artysty, który będzie szukał w niej materiału do eposu o naszym wieku.
Dookoła wielu spraw tej wojny tworzą się fałszywe legendy. Ta książka usuwa jedną z nich: legendę obozu koncentracyjnego. Jest w niej naiwne zdziwienie, że człowiek zmuszony żyć w zbrodniczym systemie może stać się aż tak nikczemny; zdziwienie, którego wszyscy dotąd jesteśmy pełni. I jest w niej charakterystyczna dla naszej epoki obojętność wobec popełnianego zła, o ile ono bezpośrednio nas nie dotyka.
Przyczepiliśmy etykietę „faszyzm” do pewnej sumy zbrodni popełnianych przez człowieka. Mit o wyższości człowieka nad człowiekiem, obłęd zbiorowy, bandy partyjnych, doskonale odżywionych, wysportowanych i wyszkolonych zbrodniarzy i ich robiące świetne interesy na czarnym rynku rodziny; mord na wielu milionach ludzi; komory gazowe, piwnice więzienne i wspólne groby dla rozstrzelanych zakładników; bezmyślne zniszczenie Europy od Cherbourga do Wołgi – wszystko to nazwaliśmy hitleryzmem. Wyklęliśmy etykę, która w imię rasy, narodu i partii kazała człowiekowi rabować, więzić i mordować drugiego człowieka. Jesteśmy tymi, do których stosowano tę etykę. Jesteśmy tymi, których zsyłano do obozów za to, że coś robili, lub za to, że nic nie robili, za to, że byli – w myśl tej etyki – winni, lub za to, że byli niewinni.
My, Europejczycy, jeżeli walczyliśmy o coś, to chyba o nową etykę nadpaństwową, nadklasową i nadpolityczną. W każdym razie zaś nie o zmianę etykiet. I nie tyle o samo słowo „demokracja”, które ma tyleż znaczeń, co świat systemów państwowych, ile o jego sens wewnętrzny, zasadnicze pojęcie wolności i prawa. Żyjemy na przełomie dwóch światów. Jeżeli odnajdziemy etykę, która będzie miała na celu dobro człowieka, a nie zysk kapitału, interes jakiejś rasy, państwa czy klasy społecznej, być może zdołamy wtedy uprzątnąć gruzy naszego kontynentu i dać oświatę i dobrobyt ludziom, którzy więcej pragną mieszkań, pracy i książek niż munduru, karabinu i czołgu. Jeżeli zaś przykleimy łudzące etykiety na zło, które może przeżyć zbrodniarza, być może znajdziemy się wtedy pośrodku świata tak zbrodniczego i życia tak potwornego, że opisywane w tej książce świat i życie wydadzą się czymś jeszcze nie najgorszym.
Książka ta jest bardzo skromnym fragmentem opowiadania o życiu, którym tak niedawno żyły miliony Europejczyków. Być może nie ma ona dużej wartości artystycznej. Ale jej wartość dokumentarna jest bezsporna. Książka ta bowiem, pokazując patologiczne zmiany w duszy tych Europejczyków, jest wymownym świadectwem tego, że jedną z najcięższych zbrodni ludzkich jest przekreślenie podstawowej zasady etycznej, iż „Bóg stworzył człowieka wolnym”.
191250
ANATOL GIRSPRZEDMOWA
1946
Byliśmy ludźmi jak wszyscy inni ludzie na ziemi. Mieliśmy rodzinę, przyjaciół, swój dom, swoje podwórko i psa na podwórku. Pokolenie nasze było wychowane w codzienności i brało ideały bez emfazy jak wszystko inne, co mu się należało. I gdy razem z murami naszego miasta zawaliła się nasza codzienność i nasze ideały, poszliśmy ich dalej szukać.
Oto dzieje pewnej nieudanej wyprawy.
Jeden z nas przedarł się przez zieloną granicę, dotarł do Francji i gdy wracał, w brudnych kartkach zatłuszczonego notesu niosąc hasła i szyfry misji specjalnej, a w kieszeni ściskając browning, wpadł w pułapkę na przełęczy karpackiej.
Drugiego aresztowano wraz z towarzyszem przy transporcie broni na którejś ze stacji podwarszawskich.
Na trzeciego czekali w pięciu w małym mieszkanku na Puławskiej. Wyjęli mu z teczki dużo niepotrzebnych papierów i przeczytaną zaledwie w połowie książkę traktującą o elementach kultury europejskiej.
Wszystkich trzech połączył nas Oświęcim, _rendez-vous_ całej Europy, skrawek ziemi, gdzie gazowano ludzi żywych i palono umarłych. Połączyła nas śmierć codzienna i bez patosu: nie za Ojczyznę, nie za honor, lecz po prostu za wyczerpane ciało, za wrzody, za tyfus, za opuchnięte nogi. Lata wykłamywania się od niej, przechytrzania jej, przemykania się chyłkiem koło niej wiążą nas mocno niby walki w jednym okopie, choć nie były to lata heroiczne.
Widzieliśmy miliony ludzi apatycznie i bez oporu idących do komór gazowych. Chodziliśmy po górach bogactw zwożonych przez nich z całej Europy. Niszczyliśmy stosy ubrań, garściami przesiewaliśmy złoto, deptaliśmy pieniądze wszystkich państw świata. Deptaliśmy ludzi padających z głodu i deptano nas, gdy wyczerpani padaliśmy na ziemię, na lepkie, cuchnące błoto.
Widzieliśmy ludzi zabijanych za kradzież paru surowych kartofli i widzieliśmy auta pełne żywności kradzionej dla rodzin SS-manów. Widzieliśmy kobiety, które oddawały się za kawałek chleba, i widzieliśmy takie, które kupowały sobie kochanków za złoto ludzi zagazowanych.
Widzieliśmy i sądzimy, że mamy prawo mówić o tym bez osłonek, surowo, tak, jak pamiętamy. Obóz, nędza, tortury i śmierć w komorze gazowej nie są bohaterstwem, nie są nawet czymś pozytywnym – „są głupotą tych, co się dali złapać”. Było to zmaganie się pozbawione prawie od razu elementów ideologicznych. Zostawała pierwotna walka, którą samotny, upodlony więzień toczył o swój byt z równie upodlonym esmanem i z okropną przemocą obozu. Podkreślamy to mocno, bo na tym tle z obu stron będą się rodzić legendy i mity. Nie walczyliśmy w obozie o pojęcie Ojczyzny albo o przebudowę wewnętrzną człowieka, walczyliśmy o miskę zupy, o miejsce do spania, o kobiety, o złoto i zegarki z transportów. Rozbestwienie esmanów daleko przekraczało granice obowiązku. Wyzwalała się z nich, silniejsza ponad wszelkie hamulce człowieczeństwa, chęć mordu, rozkosz samego zabijania, niemaskowany niczym sadyzm. Przeżyliśmy, choć nie byliśmy ani lepsi, ani gorsi od tych, co umarli. Ale nie chcemy, aby o nich zapomniano.
Byliśmy źli, twardzi i okrutni, często zapieraliśmy się człowieczeństwa, bo chcieliśmy przeżyć. Lecz żywych i umarłych, złych i dobrych wiązała bezgraniczna pogarda i nienawiść do Niemców, i mistyczna wiara w lepszy, sprawiedliwszy świat. My, którym dane było przeżyć, patrzymy na ten dobry, sprawiedliwy świat z ogromną goryczą. Spalono nam dom rodzinny, wymordowano przyjaciół, zniszczono kraj. Ale nie to nas boli. Boli nas, że w świecie, który miał być dla nas wyzwoleniem, panują te same reguły życia, które tak znienawidziliśmy w obozie: rozbój, kradzież i oszustwo.
Na luksus zapomnienia nie możemy sobie pozwolić. Nie możemy też zdobyć się na subtelne dzielenie włosa na czworo, na mozolne sortowanie dobrych i złych Niemców, bo dla nas ten podział nie istnieje. W więziennych pasiakach przemierzyliśmy Niemcy wzdłuż i wszerz i lepiej znamy duszę tego narodu niż turyści, uzbrojeni w lornetkę i kodaka. Wspomnienie obozu będzie szło z nami przez całe życie, choć jesteśmy ludźmi jak wszyscy inni ludzie na ziemi.
Ale na ręku wytatuowano nam numery na znak, że byliśmy niewolnikami.W WIDŁACH SOŁY I WISŁY
Oświęcim – słynny KL Auschwitz. Niemiecki obóz koncentracyjny, stworzony początkowo tylko dla Polaków jako obóz „wyniszczający” (Vernichtungslager) na wcielonych do Rzeszy ziemiach polskich obok miasteczka Oświęcim, leżącego koło 40 km na zachód od Krakowa.
Wiosną 1940 roku przybyły pierwsze transporty: około setki wieloletnich więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych, przeważnie zawodowych kryminalistów, którzy przeznaczeni byli do obsadzenia wszelkich funkcji obozowych i otrzymali nieograniczoną władzę nad więźniami, i około tysiąca Polaków z więzienia tarnowskiego. Byli to prawie wyłącznie „turyści” złapani na granicy węgierskiej w drodze do Armii Polskiej we Francji. Wkrótce przybywa pierwszy i drugi transport warszawski, razem około dwóch tysięcy ludzi. Tych wyłapano na ulicy podczas pierwszych warszawskich łapanek, które robiły początkowo tak absurdalne wrażenie w mieście. W jesieni liczy Oświęcim sześć, a na wiosnę 1941 – 10 tysięcy ludzi. Więźniowie przebywają najpierw w budynkach dawnych koszar, potem budują lager (obóz), niwelując teren, zasypując stawy, burząc okoliczne domy.
Okolica, sielska dotąd i spokojna, wyludnia się, staje się martwa. W promieniu wielu kilometrów, w obrębie straży i poza nią, nie ma wstępu żaden człowiek z wolnego świata. Domy stoją puste, pola niezasiane, na bagnach i stawach powstają sąsiednie lagry: Budy, a obok nich obóz karny dla kobiet, Harmenze, Ogrodnictwo Rajsko z Instytutem Botanicznym, a przede wszystkim rozrasta się potworne Birkenau, budują się krematoria, kolej dochodzi do obozu i powstaje rampa wewnętrzna, przeznaczona dla transportów. Już nikt z zewnątrz nie zobaczy ludzi idących do gazu.
W jesieni 1941 przychodzą transporty wojennoplennych (jeńców sowieckich) w liczbie około 10 tysięcy (w roku 1942 zostało z nich kilkuset, a 1944 – około pięćdziesięciu). W 1942 część obozu oddzielono i przeznaczono dla kobiet. Mniej więcej w tym samym czasie wybuchł tyfus plamisty, na który zmarło wiele tysięcy ludzi.
Wiosną 1942 otwarto nowy obóz, tzw. Auschwitz II, położony na terenach majątku Rajsko obok Brzezinki (Birkenau), 3 km od „starego” Oświęcimia. W tym też okresie rozpoczyna się fantastyczna kariera Oświęcimia: z nikomu nieznanego, „wewnętrznego” obozu polskiego przemienia się w olbrzymi, międzynarodowy obóz wyniszczenia dla wielu milionów Żydów europejskich.
W roku 1943 rozpoczęły pracę cztery wielkie krematoria. Przedtem gazowano ludzi w zwykłej wiejskiej stodole, odpowiednio uszczelnionej, która mieściła do 500 ludzi naraz. W czerwcu 1944 osiągnięto rekord: w ciągu doby zagazowano 23 tysiące ludzi, których palono w piecach i na olbrzymich stosach. Dzieci, starców i chorych rzucano na ogień żywcem. Krzyk ludzki zza sławnego brzozowego lasku nie ustawał całymi tygodniami.
Numery więźniów zwykłych (_Schutzhäftling_) przekroczyły liczbę 200 tysięcy, przy czym pamiętać trzeba, że w pewnym okresie wydawane były ponownie numery zmarłych. Numery zwykłych więźniów pochodzenia żydowskiego – seria „A” – 20 tysięcy i tyleż seria B. Numery te zaczęto wydawać w czerwcu 1944. Numery sowieckich jeńców wojennych – około 11 tysięcy. Numery obozu cygańskiego, mężczyźni i kobiety – po 11 tysięcy z literą Z (_Zigeuner_). Więźniowie czasowi czy wychowawczy (_Erziehungshäftling_) – kilka tysięcy. Numeracja kobiet (FKL – _Frauenkonzentrationslager_) – ponad 100 tysięcy. Transporty przychodzące z ewakuowanej Warszawy po powstaniu tylko początkowo były numerowane.
Razem więźniów numerowanych było około 400 tysięcy. Pozostało przy życiu prawdopodobnie około 25 tysięcy, to jest 6%. Nienumerowanych około 4,5 miliona spalono. Oświęcim był planowany na około 300 tysięcy ludzi żywych, a na ilu martwych – nie wiadomo.
Pieniądze, kosztowności, odzież, złoto, cały majątek osobisty pomordowanych szedł do Niemiec na potrzeby wewnętrzne państwa.Z BAEDEKEREM MIĘDZY DRUTY
Byłem więźniem politycznym w Krakowie na Montelupich. Pomimo odizolowania od świata, pomimo silnych straży przez mury więzienia przesiąkały plotki, nowości, a czasem gazety. Tam poznałem ulicę Pomorską, na której było gestapo, nauczyłem się nazwy Bielan, miejsca egzekucji. Tam po raz pierwszy usłyszałem o nowo założonym obozie w Oświęcimiu. Powoli, z półsłówek strażników, z przemyconych grypsów, z opowiadań posługaczy, utworzyliśmy sobie jakie takie pojęcie o obozie koncentracyjnym. Nie był to pełny obraz – raczej wrażenie czegoś równie strasznego, jak nieznanego.
Wrażenie to miałem w parę miesięcy później porównać z rzeczywistością. Do obozu wywieziony zostałem w listopadzie 1940. Wyjechałem z Oświęcimia w październiku 1944. Przy mnie budował się Oświęcim, przy mnie poczynano go likwidować. Wydaje mi się, że poznałem dobrze strukturę obozu koncentracyjnego, tego nowoczesnego elementu kultury europejskiej. Na przykładzie Oświęcimia spróbuję strukturę tę ująć w słowa.
Obóz koncentracyjny składa się z pewnej ilości „domów mieszkalnych”, najczęściej drewnianych, zwanych blokami. Bloki te rozłożone są symetrycznie wzdłuż ulic obozowych i otaczają plac apelowy. Na placu odbywają się zbiórki dla kontroli liczby więźniów zwane apelami i zbiórki oddziałami roboczymi, czyli komandami, przed odmarszem do pracy. Obóz otoczony jest dwoma pasami naelektryzowanych drutów kolczastych, oświetlonych w nocy silnymi lampami. Wzdłuż drutów ciągnie się trzymetrowej szerokości pas neutralny. Jeżeli więzień znajdzie się w tym pasie, wartownicy mają obowiązek strzelać doń bez uprzedzenia. Poza drutami znajdują się wieżyczki wartowników, wyposażone w cekaemy i reflektory niezależne od sieci oświetleniowej. Jest tylko jedna brama, strzeżona dzień i noc przez esmanów. Przy bramie znajduje się wartownia zwana blockführerstubą. W Oświęcimiu były budynki murowane piętrowe, a od strony drogi, którą chodzili cywile, wybudowano za drutem wielki, betonowy mur. Birkenau było całe drewniane, z wyjątkiem niektórych bloków obozu kobiecego.
Naczelną władzę w obozie sprawuje komendant, którego prawą ręką jest tzw. przewodnik obozu. Jemu z kolei podporządkowany jest kierownik apelów obozowych i wreszcie szefowie czy właściwie nadzorcy bloków, zwyczajni esmani. Oprócz tych władz zasadniczych istniały w obozie inne, podporządkowane wprawdzie komendantowi, ale posiadające pewną samodzielność. Układ ten pozwalał sprytniejszym więźniom lawirować między złymi władzami i przykrymi zarządzeniami. Był więc urząd pracy, którym kieruje arbeitsdienstführer, co znaczy dosłownie „wódz służby pracy”, jest szpital obozowy podporządkowany lekarzowi obozowemu, którego zastępcami są szefowie sanitarni – SDG, kuchnia i magazyny posiadające własny, zupełnie niezależny zarząd i kontrolę, jest wszechwładne „kierownictwo budowy” z bauleiterem na czele itd.
Jednocześnie istnieje samorząd więźniów, służący do pomocy władzom niemieckim i przez nie wyznaczony. Wszystkie funkcje ściśle odpowiadają funkcjom esmanów kierujących obozem. Pomocnikiem więc lagerführera jest więzień mający nadzór nad całym obozem, opatrzony dla odróżnienia czarną opaską z białymi literami LÄ (lagerältester – oboźny). Rapportführerowi pomaga pisarz obozowy, tzw. rapportschreiber, również z czarną opaską z pięknie wyhaftowanymi literami. Kieruje on całym biurem obozowym, prowadzi ewidencję więźniów, księgi zmarłych, wpisuje nowo przyjętych, przygotowuje apele, zestawia stany bloków, jest głównym buchalterem obozu. Istotnymi kierownikami bloków są blokowi. Na czele szpitala stoi lagerältester KB (_Krankenbau_ – szpital). Pomocnikami esmana, wodza służby pracy, są arbeitsdienści itd. Oddziałami roboczymi kierują kommandoführerzy przez swoich kapów i unterkapów. Ci nosili żółte opaski z odpowiednimi napisami i nazwami komand.
Władza więźnia nad więźniem była absolutna, łagodzona tylko przez protekcję lub przyjaźń, w późniejszych czasach przez grożący wciąż koniec wojny. Prawie zawsze na stanowiska, na funkcje, dostawali się ludzie najzupełniej pozbawieni wszelkich skrupułów, ludzie ślepo oddani esmanom, sadyści lub tacy, którzy dla wygód i przywilejów związanych ze swoim stanowiskiem albo po prostu dla ratowania swego życia nie wahali się mordować setek i tysięcy towarzyszy, iść, jak mówiono, po trupach. Dlatego nazwa kapo lub lagerältester była prawie zawsze synonimem najpodlejszego mordercy i kata.
Należy rozwiać mit niemieckiego więźnia politycznego. Nie różnił się on niczym od kryminalisty. Był to zawsze wyrafinowany morderca i prawie zawsze pederasta, bezwzględny wobec więźnia, służalczy do ostatnich granic wobec esmana, zawsze z nim solidarny, zawsze pod jego opieką, zawsze cieszący się jego pełnym zaufaniem. Stanowił arystokrację wszystkich obozów i był nieocenioną pomocą esmanom. Ludzie ci byli znienawidzeni na równi z esmanami i na równi wzbudzali postrach. Nie było mowy o jakimkolwiek współżyciu między nimi a resztą więźniów. Niektórzy przywlekli za sobą do Oświęcimia famę zbrodni popełnionych w Sachsenhausen, Buchenwaldzie, Flossenbürgu, Dachau… Po doświadczeniach oświęcimskich z całym naciskiem stwierdzamy, że olbrzymia część winy za pomordowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych więźniów z całej Europy spada na barki niemieckich więźniów politycznych i kryminalnych.
Więźniowie przybywający do obozu dostawali przede wszystkim numery kolejne, które od roku 1942 tatuowano na lewym przedramieniu, następnie byli strzyżeni i goleni, odwszawiani, kąpani i przebierani w pasiaste ubrania z pokrzywy. W późniejszych czasach, gdy liczba przybywających dochodziła niekiedy do 10 tysięcy tygodniowo, pozwolono używać ubrań cywilnych, ale tylko na terenie tzw. Birkenau. Ubrania te były znaczone czerwonym pasem olejnej, niezmywalnej farby.
Z rzeczy osobistych wolno było posiadać okulary i pasek. Były okresy, w których pozwalano mieć również łyżkę i chusteczkę do nosa. Także jedzenie w okresie paczek stanowiło własność więźnia.
Po wyjściu z łaźni przy stoliku pisarza przyjęć ginęło nazwisko i imię, zostawał tylko numer obozowy i rzecz dosyć ważna: zawód. Zależnie od rodzaju przestępstwa więźniowie otrzymywali odpowiedniej barwy trójkąt, noszony na lewej piersi obok numeru. Przestępcy polityczni mieli czerwony, kryminaliści zawodowi zielony, sabotażyści czarny, pederaści różowy, a badacze Pisma Świętego – fioletowy. Narodowość oznaczało się czarną literą na trójkącie: P = Polak, F = Francuz itd. Niemcy nie nosili żadnych liter.
„Praca czyni człowieka wolnym” – głosił napis na bramie obozu. Wszyscy więc w obozie musieli pracować. Więźniowie podzieleni byli na oddziały robocze. Zaledwie parę procent ludzi było zatrudnionych w swoim fachu, reszta pracowała wyłącznie jako robotnicy fizyczni przy łopacie, kilofie i wagonetce. Gdy w obozie nie było pracy, więźniowie wykonywali niepotrzebne roboty, więc np. przerzucali śnieg z miejsca na miejsce, aby dopiero po dwóch pełnych okrążeniach usunąć go z terenu. Początkowo w Oświęcimiu były następujące komanda: słynny Bauhof, gdzie przy ciężkiej i wyczerpującej pracy rozładowywania, sortowania, składania i przenoszenia wszelkich materiałów, narzędzi i maszyn budowlanych pracowało około dwóch tysięcy ludzi; dalej rolnictwo, około 10 setek woźniców, mleczarzy, świniarzy itd. pracujących ciężko, ale za to mających możność zorganizowania jedzenia; warsztaty mechaniczne i odzieżowe, razem trzy tysiące ludzi; słynny Holzhof, komando słabych i wiele innych komand, których nie ma tu potrzeby wyliczać. Praca trwała w lecie 12 godzin, w zimie do zmroku. W czasie pracy nie wolno było rozmawiać nawet szeptem, siadać lub kucać, stać bezczynnie ani chodzić powoli. Norm pracy nie było, ale zbyt powolne wykonywanie roboty pociągało za sobą kary.
„Kto nie kradnie lub nie pozwala, by inny kradł dla niego, musi w Auschwitzu zginąć najdalej w pół roku” – powiedział komendant obozu Aumeier i zdanie to stało się przysłowiowe, gdyż było prawdziwe. Przy dwunastogodzinnym dniu pracy, znajdując się osiemnaście godzin na nogach, więźniowie ubrani w pasiaki z pokrzywy otrzymywali rano pół litra czarnej kawy lub wywaru z mięty, na obiad jeden litr zupy (zależnie od okresu – brukiew na wodzie, rzepa, marchew, dynia, rzadziej kasza lub kartofle), na kolację około trzydziestu deka chleba, 50 gram tłuszczu, kiełbasy lub marmolady i pół litra kawy, w niedzielę osłodzonej. Dwa razy na tydzień „dodatek dla ciężko pracujących”, razem półtora kilo chleba i około dwustu gramów wędliny. I nic, nic więcej. Była to ilość absolutnie niewystarczająca do życia. Po paru miesiącach najsilniejszy i najbardziej wytrzymały człowiek tracił siły i chorował, szedł do komory gazowej lub ginął od razu pod pałką esmana czy dozorcy. Tak wyginęło wiele tysięcy greckich Żydów z Salonik, których po kilku miesiącach obozu pozostało zaledwie czternastu.
Na tym tle jasna staje się konieczność organizacji, która była elementem życia oświęcimskiego, jak apel, praca, esman i krematorium. Organizacja jest to zdobywanie środków do życia poza porcją i poza przydziałem. Złodziej kradnie porcję chleba koledze spod głowy, organizator kradnie ją z magazynu, kradnie więcej: chleb bochenkami, margarynę całymi kartonami. Złodziej kradnie kawał ciasta z paczki przyjaciela, organizator przynosi sobie pierniki z rampy, spod krematoriów. Pospolity więzień przymiera głodem i pisze do domu o paczki, organizator wysyła rodzinie skrzętnie uciułane banknoty.
Oczywiście organizacja posiada różne odcienie uczciwości. Najczystsza, nikogo niekrzywdząca organizacja odchodzi z głównych magazynów żywnościowych, z kuchni SS, z gospodarki rolnej, z krematoriów i efektów – składów rzeczy zrabowanych zagazowanym. Mniej jasno przedstawiały się interesy w magazynach poszczególnych odcinków Birkenau, a zupełnie brudne sprawy działy się w sekretariatach bloków, między prowiantowymi bloków i izb. Obcinano porcje margaryny, kradziono kiełbasę i chleb.
Organizatorów była wielka różnorodność. Od Cygana, który sporządził miotłę i przyniósł ją z pola do obozu, aby sprzedać za miskę zupy, od Żydówki sprzedającej się za porcję chleba albo fildekosowe pończochy przez handlarzy spirytusem niosących w nogawkach spodni ukrytą flaszkę aż do kaprawych Żydków, w których kieszeni leżały garście parokaratowych brylantów. Organizator nie jest głodny, pomaga kolegom, ale za to nie starcza mu dni i nocy na interesy. Długo po wieczornym gongu wystaje pod drutami, wołając kolegę z sąsiedniego odcinka, aby przerzucić mu przez druty zdobyte towary, spirytus albo jajka. Zna kurs dolara i złotych zębów wyrywanych trupom, zna wiele innych tajemnic obozowych. Ale milczy, bo umie cenić życie.
Znaczenie organizacji nie upadło bynajmniej z chwilą pozwolenia na otrzymywanie paczek. W jesieni 1942 – w chwili przełomowej bitwy pod Stalingradem – uczyniono pierwszy rozdział między Aryjczykami a Żydami: Aryjczykom pozwolono na paczki. Lato 1944 było okresem, gdy roboczy odcinek Birkenau nie znał absolutnie głodu, podczas gdy o dwadzieścia metrów na prawo i dwieście na ukos umierało z głodu czterdzieści tysięcy węgierskich Żydówek.
Aby utrudnić ucieczkę więźniów, odbywały się początkowo trzy razy dziennie apele, to jest zbiórki wszystkich więźniów, celem sprawdzenia stanu. Apele (pierwszy o czwartej lub piątej rano, drugi w południe i trzeci około godziny siódmej wieczorem) odbywały się blokami i trwały w początkach obozu od 45 minut do 48 godzin, w późniejszych okresach od 20 minut do kilku godzin. Blokowi po ustawieniu i wyrównaniu swojej grupy podawali komendę: „Baczność – czapki zdejm!” (tak samo przy śnieżycy czy w upale) i meldowali stan blockführerowi, który po sprawdzeniu paru bloków zgłaszał je rapportführerowi, po czym dopiero następowała komenda: „Czapki włóż – spocznij!”. Szczęśliwy apel kończył się na tym. Jeżeli jednak coś nie zgadzało się, nie sztymowało, jak mówiono, liczono powtórnie, czasem parę razy, czekano na spóźniające się z pracy komando. Apel trwał wtedy parę godzin (np. jesienią 1941 apele wieczorne kończyły się regularnie w zupełnej ciemności o godz. 21–22). Jeżeli kogoś brakło, to znaczy, że uciekł lub, jak się często zdarzało, był źle policzony, staliśmy przez całą noc, aby następnego dnia wyruszyć bez jedzenia do pracy. Najdłuższa stójka w Oświęcimiu trwała 48 godzin, to znaczy kilka tysięcy ludzi (rok 1940) dwie doby stało nieruchomo na dworze w wyrównanych szeregach. Padło wtedy kilkuset ludzi.
Za ucieczkę wprowadzono odpowiedzialność zbiorową. Jeśli uciekającego schwytano, mordowano go na miejscu lub w obozie, rzadziej dochodziło do egzekucji przez rozstrzelanie, w późniejszych okresach przez powieszenie. Przed egzekucją skazaniec ubrany w błazeński strój obchodził parokrotnie obóz, waląc rozgłośnie w bęben. Nad nim niesiono szyld: „Hurra, hurra! Znów jestem tutaj!”. Jeżeli sprowadzono tylko ciało, wtedy ustawiano je, przywiązując do pala lub podpierając łopatami, przy bramie pod odpowiednim napisem o sensie dydaktycznym. Gdy uciekiniera nie złapano, wieszano dziesięciu ludzi wybranych na oko przez komendanta spośród więźniów zamieszkujących blok uciekiniera. Byłem dwukrotnie na tych wybiórkach. Zabrano obu moich sąsiadów, ludzi młodych i zdrowych. Potem oprócz kolegów wieszano kapę komanda i przodownika grupy. Gdy to nie pomagało i ucieczki zdarzały się nadal, poczęto sprowadzać i wieszać całą bliższą rodzinę zbiega (rodziców, żonę, siostry, braci). Dopiero w ostatnim czasie zmniejszono kary za ucieczkę, ograniczając je do bicia i karnej kompanii, w praktyce jednak bicie prowadziło prostą drogą do krematorium.
Za przekroczenie przepisów obozowych, powolność w pracy, brak sprężystości przy mustrze, rozmowy przy pracy lub nieopatrzne głośne słowo na bloku więźniowie byli karani bezpośrednio biciem przez esmanów, blokowych, kapów i grupowych oraz przy raporcie do komendanta obozu. Bicie bywało różne: uderzenie pięścią w twarz, kopnięcie w brzuch lub w podbrzusze, cios pałką przez plecy, ale również dobijanie kijem, wybijanie zębów, łamanie żeber, rozbijanie głów. Niektórzy specjalnie ćwiczyli się w biciu, aby móc zabić człowieka jednym uderzeniem. Przy raporcie, oczywiście bez prawa tłumaczenia się lub przedstawienia sprawy, otrzymywało się bądź karę cielesną (od dziesięciu do stu kijów, wymierzanych przez esmanów lub oficerów SS), bądź karę słupka. Kara ta polegała na tym, że skazanemu kuto ręce z tyłu i wieszano go na łańcuchu przechodzącym przez kajdany. Najbardziej wytrenowany człowiek mógł w tej pozycji utrzymać się parę minut, po czym mięśnie słabły i ramiona wychodziły ze stawów barkowych, powoli obracając się nad głowę. Torturowany oczywiście mdlał, opuszczano go więc, zlewano wodą i bito do odzyskania przytomności, po czym wieszano z powrotem. Trzecią karą było przydzielenie do SK – karnej kompanii, gdzie panował ściślejszy rygor, blokowy i kapo byli specjalnie dobrani, a praca odpowiednio ciężka, często dłużej trwająca niż w reszcie obozu. W początkach Oświęcimia życie człowieka w karnej kompanii nie przekraczało jednego miesiąca. Opowiadają, że w pierwszych latach w karnej kompanii był zwyczaj, iż po apelu wieszano w drzwiach bloku stryczek, a więźniowie, przy chóralnym śpiewie całego bloku _Góralu, czy ci nie żal_, wieszali się na ochotnika. Przy stryczku było zawsze tłoczno.
Wstępną karą do karnej kompanii oprócz bicia był tzw. bunkier, klatka betonowa o wymiarach 30 × 50 × 200 centymetrów, tak że więzień, zamykany tam bądź tylko na noc po pracy, bądź na stałe na kilka miesięcy, spędzał cały czas, stojąc nieruchomo w jednej pozycji.
Gradacji przestępstw nie było. Wieszano za bochenek chleba i za próbę ucieczki, karano bunkrem za brylanty i konszachty z esmanami, dawano SK za kawałek koca oddartego na onuce lub za zapalenie papierosa podczas pracy.
Osobnym elementem życia obozowego były żydowskie transporty do gazu, napływające z całej Europy. Gazowano starców, dzieci i ciężarne kobiety, chorych i matki z dziećmi, natomiast zdrowi i młodzi szli do obozu.
Zdarzało się jednak, że całe transporty wędrowały od razu, bez selekcji, do komina (m.in. wiele transportów Żydów węgierskich). Niezrozumiałą zupełnie, a jednak prawdziwą, jest historia transportów z Theresienstadtu, które po półrocznym pobycie w obozie zostały jednej nocy całkowicie zniszczone. Wtedy to komendant Birkenau – Hubert Schwarz – posłał do komory gazowej swoją kochankę, którą, jak mówiono, bardzo kochał. I chociaż Niemcy podkreślali silnie różnicę pomiędzy Aryjczykami a Żydami, to nie należy sądzić, że wyłącznie żydowskim przywilejem była szybka, „humanitarna” śmierć. W komorach gazowych znajdowały swój koniec również transporty polskie. Znam losy pewnego transportu lubelskiego, około półtora tysiąca ludzi, który przyjechał i zginął pewnej ciemnej, zimowej nocy (1942/1943).
Transporty żydowskie przywoziły ze sobą ogromne bogactwa. Złoto, brylanty, ubranie, jedzenie. Część tych rzeczy przenikała do obozu wiadomym systemem organizacji, ratując – cóż za paradoks – wielu ludzi od śmierci głodowej. Niektórzy z więźniów bogacili się ogromnie, zakopując zdobyte skarby w ziemi.
Przede wszystkim jednak bogacili się esmani. Nie było wśród nich ani jednego, który by nie ciągnął zysków z zagazowanych. Kradli bezpośrednio na rampie, kradli przy krematorium, kradli na efektach, kradli wreszcie ukradzione – od więźniów, kupowali za wódkę, za gazety, za pobłażliwość, za patrzenie przez palce. Wysyłali swoim rodzinom setki tysięcy marek i obcej waluty, dziesiątki zegarków, kilogramy złota i tuziny brylantów. Ich żony, ich matki i ich dzieci chodziły i chodzą w bieliźnie i ubraniach ludzi zagazowanych, jadły i jedzą chleb kupiony za zrabowane im pieniądze, za wyrwane złote zęby.
Jednakże ani rabunek, ani kochanki rekrutujące się z uwięzionych kobiet, ani sprzedawana wódka i wiadomości nie zbliżyły bynajmniej esmana i więźnia. W porządku „ludzkim” (administracyjnym), gdy chodziło o organizację, funkcję, intrygi obozowe lub kobiety, stosunek ten mógł być poufały, nawet przyjazny. Niejednokrotnie esman ułatwiał więźniowi jakieś konszachty obozowe, przenosił list lub podawał wiadomości z góry. Jednakże gdy chodziło o porządek „boski” (polityczny), o sprawę polityczną, o wyjście krok poza linię wart, o zagazowanie kochanki – esman bez wahania strzelał do swego administracyjnego przyjaciela i mordował kobietę. Mordując, rabując i handlując, esman nigdy nie przekroczył granicy swego posłannictwa ani nie zaniedbał swego obowiązku. Czynił zło i umiał narzucić je innym z niezwykłą znajomością psychologii człowieka.
Więzień zaś, ten sam, który prowadził konszachty z esmanem, jedno miał pragnienie: wolności i pokoju. Dominującym jednakże uczuciem była chęć zemsty za umarłych i żywych.
Jest wiele tajemnic obozu, które nigdy nie będą odkryte. Nie przemówią umarli z głodu, zaduszeni, zabici kijem. Nie opowiedzą swoich wrażeń miliony z komór gazowych. Nie wyrażą swego zdumienia, że to jednak prawda. Prawda, w którą do ostatniej chwili, jeszcze za progiem gaskamery, nie wierzyli. Opisy pisarzy będą uważane za licencję poetycką, za kalumnię. Ale nawet żywi nie wiedzą wszystkiego. Nie udzielano sobie wiadomości o obozie, groziło to śmiercią. Każdy musiał sam zdobywać wiedzę o lagrze. Tysiące z więźniów nie znają nazwisk komendantów obozu ani blockfüherów. Tysiące z nich nie znają kulis obozu. Znają tylko bezimienną, oficjalną scenerię: gaz, praca, potworne zmęczenie, głód, bicie, deszcz i śnieg, choroba i znowu gaz. Znają wszy, pluskwy, robactwo. Znają wrzody, flegmony i krwawą dyzenterię.
Mniej liczni znają wiele spraw obozu, czy to z racji zajmowanego stanowiska, czy z racji długiego w nim pobytu. Znają nazwiska i fakty, umieją na pamięć cyfry, pamiętają twarze pomordowanych i morderców. W twarze esmanów wpatrywali się latami. Własnymi rękoma musieli budować końskie drewniane stajnie, w których mieszkali, ogradzać je drutem naelektryzowanym, stawiać krematoria. Własnymi rękoma nosili trupy przyjaciół. Byli w wybiórkach.
Nie ma przesady w tym, co mówią.
I nie ma ani jednego miasta niemieckiego, obok którego nie zbudowano by obozu. Nie ma ani jednego obozu, w którym nie zabijano ludzi. Ta ziemia nie jest ziemią Niemców, bo leżą w niej ludzie przez nich pomordowani.
Niech się czas cofnie, aby ci, którzy teraz nie wierzą, mogli wejść w bramy obozu w Birkenau, własnymi oczyma zobaczyć Lager Piąty, Mauthausen, Neuengamme, Majdanki…
Niech zapytają ludzi z komór gazowych i z wapiennych dołów. Zagazowanych, rozstrzelanych, umarłych z głodu.
I wtedy niech organizują zapobiegliwie miłosierdzie dla Niemców.HOMO SAPIENS I BYDLĘ
W obozie koncentracyjnym Oświęcim powstało i rozpowszechniło się na inne obozy określenie „muzułman”, oznaczające człowieka słabego, głodnego, wyczerpanego fizycznie do ostatnich granic. Sama nazwa powstała z podobieństwa ruchów wykonywanych dla rozgrzewki przez słabych, notorycznie zmarzniętych więźniów do monotonnego kiwania się właśnie muzułmanów podczas modlitw.
Muzułman posiada psychikę zupełnie odmienną od normalnego człowieka. Ze wszystkich zainteresowań inteligentnego poprzednio „cywila” pozostaje tylko jedno: żarcie. Jeść, łykać, napychać żołądek, obojętnie czym i za jaką cenę. Widziałem kotły z zupą, z których dawano dolewkę; kapowie bili wszystkich dla wprowadzenia porządku, a potem dla rozrywki – tych otrzymujących zupę. Muzułmani chętnie płacili za pół miski zupy rozbitym nosem, naderwanym uchem czy kilkoma guzami. Widziałem, jak gromada, walcząc o dostęp do kotła, wywracała go i zbierała drżącymi rękoma krople zupy z rynsztoka.
Drugą cechą muzułmana jest strach. Strach, uzasadniony zresztą, strach przed esmanem, kapą, blokowym, przed każdym dobrze wyglądającym człowiekiem, przed silniejszym muzułmanem. Ze strachu tego wynika nienawiść do wszystkiego, co żyje, co może mu zagrażać lub pochłonąć jego żarcie. Każdy muzułman, gdyby mógł, wymordowałby swoje otoczenie. Nienawiść i zawziętość prowadzą do makabrycznych scen: oto dwóch muzułmanów leży na ziemi; są tak wyczerpani, że tylko od czasu do czasu jeden drugiemu zadaje pojedynczy cios trzymaną w ręku miską. Między nimi parę łyżek rozlanej zupy. Walczą już tylko o zlizanie rozpryskanych podczas burdy drogocennych kropli.
Muzułman nie jest człowiekiem – jest zwierzęciem, które za zgniłą brukiew gotowe jest oddać życie i wolność.
W ciągu czterech lat pobytu w obozach, obcując z ludźmi wielu narodowości i wszystkich klas społecznych, nie spotkałem takich, którzy będąc w tym stanie fizycznym, myśleli i zachowywali się inaczej.
¤ ¤ ¤
…że byłem muzułmanem, wiedziałem doskonale, ale nie myślałem, że jest aż tak źle.
Po sześciomiesięcznej chorobie, a właściwie chorobach, podczas których zarówno lekarze, jak i koledzy z sąsiedniego łóżka usiłowali wmówić mi, że umrę, zostałem przeniesiony na blok zwany wypoczynkowym.
Po szpitalnym „raju” było okropnie. W niewielkiej izbie na siennikach pokrywających całą podłogę leżało nas pół setki. Można było leżeć tylko na boku, wszyscy w tę samą stronę, i obracać się razem z towarzyszami. Każdego coś bolało, wszyscy mieli niewyleczone, jątrzące się rany. Ale można było leżeć i to było dobrze. Jednakże po dwóch tygodniach zostałem zwolniony, uznano mnie bowiem za zdrowego i przeniesiono na blok roboczy. Ważyłem czterdzieści kilo i czułem się proporcjonalnie do wagi.
Przeniesiono mnie na blok roboczy, ten sam, na którym byłem przed chorobą. Blok był ten sam, ale ludzie – inni. Przy stole siedział pisarz, szczupły brunet, zapisujący personalia zugangów, nowo przybywających na jego blok. Przyglądał mi się uporczywie.
– Ty…, szczeniaku parszywy, czemu nie jesteś ogolony? – spytał przez zaciśnięte zęby, ogryzając ołówek.
Oczywiście popełniłem błąd: począłem się tłumaczyć. Zameldowałem więc, że na blokach szpitalnych golą raz na tydzień i niestety od ostatniego razu minęło już cztery dni. Pisarz zerwał się od stołu i podszedł do mnie.
Wśród gradu najohydniejszych przekleństw dowiedziałem się, co on, schreiber Stefan Wierzbica, myśli o szpitalu, muzułmanach, wyszczekanych bydlętach, a potem – potem wiedziałem tylko, że mam ucho prawe z lewej strony, nos rozbity, piec stoi na suficie i wszystko wiruje coraz szybciej. Gdyby jakiś miłosierny sztubowy nie wyrzucił mnie na korytarz zręcznym kopnięciem w brzuch, zakończyłbym tam karierę obozową. Po umyciu się i ogoleniu musiałem się zameldować znów u strasznego vertretera.
Na drugi dzień poszedłem na komando. Zaraz po rannym apelu, gdy padło hasło: _Arbeitskommandos formieren_ – zbiórka oddziałami roboczymi, popychany i potrącany przedzieram się pod gong, gdzie arbeitsdienst przydziela „odpowiednie” komanda. Po drodze oczywiście obrywam parę kopnięć i ciosów od kapów i blokowych, którzy aby przyśpieszyć zbiórkę, walą wszystkich na swojej drodze, tworząc wśród przewalającego się tłumu wolne ścieżki. Wir ludzki uporczywie wciska mnie w tę próżnię. Zabrali już wszystkich silniejszych i zdrowszych, istny handel niewolnikami, zostało nas zaledwie kilku, gdy wpadł wysoki, młody kapo, meldując w zadyszeniu, że brak mu dwu ludzi. Nie pytając wiele, chwycił mnie i jeszcze jednego zdechlaka i ruszył biegiem z powrotem, a my za nim. Przewracamy się zresztą po paru krokach, kapo chwyta nas za kołnierze i jak dwa duże kurczaki wlecze do komanda. Orkiestra gra marsza, oddział maszeruje już w kierunku bramy. Mylę krok, nie mogę nadążyć, gubię trepy, w ogóle jestem bardzo nieszczęśliwy. Dopiero parę odpowiednich kopnięć vorarbeitera wyrównuje mnie z szeregiem.
Za bramą można już porozumieć się szeptem z kolegami z jednego szeregu. Trafiłem na Holzhof, do rąbania i piłowania drzewa na opał. Jedno z muzułmańskich komand, ale stosunkowo łagodne i dobre. O rąbaniu nie było mowy: nie mogłem podnieść siekiery, a cóż dopiero myśleć o uderzeniu. Cięliśmy drwalską piłą stare słupy telegraficzne. Po paru dniach otworzyły mi się znowu rany na nogach. Ból był nie do zniesienia. Naprawdę trudno jest po półrocznym leżeniu przestać bez ruchu dwanaście godzin przy pracy. Zręcznie rozrzucałem koło siebie ucięte klocki, a jeden wysokości stołka stawiałem tak, aby można było oprzeć się oń kolanem. Gdy na widnokręgu, zawsze czujnie strzeżonym, ukazywał się ktoś groźny, wystarczało stanąć normalnie, a pieniek wywracał się, nie wzbudzając swym położeniem żadnych podejrzeń. Ale pewnego dnia kapo zaszedł od tyłu, zobaczył moją podpórkę, kopnął mnie, gdzie należy, i dodał:
– Ja rozumiem, ale wiesz, że nie wolno. A jak nie wolno, to znaczy, że nie wolno.
Dobry był chłop, chociaż Niemiec – nie zrobił mi meldunku ani nie pobił mnie. A mógł przecież zabić. Gorzej było z rumiankiem. Dziki rumianek rósł pod płotem. Rwałem go i jadłem na surowo, był zupełnie dobry. Zauważył to mój grupowy i począł mnie szantażować. Wolałem mu dać żądaną porcję chleba niż narazić się na meldunek, bunkier i karną kompanię. Dobre to było komando, ale niestety, wkrótce powrócili ze szpitala poprzednio pracujący drwale i musiałem się z niego wynosić.
Dostałem inny przydział. Trafiłem do komanda pielącego buraki. Praca była ciężka, ale nie najgorsza. Maszerowaliśmy trzy, cztery kilometry za obóz, po czym rozdzielano nas na pola. Grupa zajmowała całą szerokość pola, każdy otrzymywał jeden rządek buraków do opielenia. Posuwaliśmy się naprzód – wolno było kucać lub „nawet” przyklękać na jedno kolano – wyrywając chwasty, trawy i pozostawiając buraki w odległości trzydziestu centymetrów jeden od drugiego. Jeżeli ktoś pozostawił chwast lub wyrwał zbyt dużo buraków, był traktowany jako sabotażysta i kapo bił go, czym popadło. Tak samo spóźniających się. Dobrą stroną pracy było to, że korzystając z odwrócenia się dozorców, można było szybko połknąć krzaczek szczawiu lub korzonek młodego buraka. Niestety, po paru dniach takiej dobrej pracy zaszedł na komandzie straszny w skutkach wypadek. Obok pola, na którym pełliśmy owe buraki, przechodził tor kolejowy, a po torze często i gęsto łaziły pociągi. Raz, gdy przejeżdżał pociąg z rannymi żołnierzami niemieckimi, kilku z nas okazało zbyt widocznie swoje zadowolenie z tego widoku. Dwie setki więźniów przeniesiono natychmiast do karnej kompanii (zaledwie kilku z nich przeżyło obóz), a resztę pozostawiono przy pracy jako karne komando.
Z rana szliśmy do pracy biegiem. Wieczorem wracaliśmy do obozu biegiem. Polne miedze pachniały zaczynającym się latem. Przez błękitne niebo leciały ptaki. Wykręcałem obolałe nogi w piekących, drewnianych trepach i myślałem, że jednak dzisiejszego dnia nie przeżyję. Bo jak go przeżyć, gdy wzdłuż szeregów idzie powoli esman z trzonkiem od łopaty w ręku? Wiem, co nastąpi: będzie bił kolejno wszystkich po plecach, po tyłku, przez kark lub łeb. Jeżeli bity syknął czy jęknął lub próbował się uchylić, esman bił aż do skutku, a jeśli więzień był za twardy i zaraz nie zdychał, esman wołał kapę. Odciągali go na bok, w żyto, a po chwili ciało jego układano równiutko wzdłuż drogi, którą wracaliśmy do obozu. Było zwykle tak, że grupowy Cygan trzymał, a esman bił. Cygan trzymał za gardło, a winą więźnia było, że się przy tej okazji dusił. Tak wykańczano dziennie po kilku ludzi. Nie było to przyjemne komando.
Klęczę nachylony nad bruzdą i kątem oka widzę sylwetkę esmana. Zbliża się do mnie. Słyszę w równych odstępach czasu regularne odgłosy ciosów. Nagłe syknięcie bitego i tempo ginie: sypie się grad uderzeń. Bity jęczy głośno i bez nadziei: przegrał. Esman idzie dalej, wciąż zbliża się do mnie. Wiem, że nie wolno drgnąć ani obejrzeć się, bo będzie gorzej. Trwam skulony jak do skoku, mijają całe wieki sekund. Pochyliłem się na lewo, tylko troszeczkę, aby nie zauważył – może choć częściowo uchronię lewą łopatkę, która mnie od wczorajszego bicia boli fatalnie. Nareszcie – świst kija – byle tylko nie syknąć, byle tylko nie w kark. Dostałem w krzyże, dokładnie w kręgosłup. Chyba mi się połamały kręgi, ale za to pękł gruby, grabowy trzonek od łopaty. Nie syknąłem.
– Przeklęta świnia – mruknął esman ze swoistym uznaniem i z żalu za straconym kijem.
I tak kilka razy dziennie, dzień po dniu, długie tygodnie. Wracając do obozu na obiad i na noc, przynosiliśmy ze sobą ciała pomordowanych kolegów. Nie było to naprawdę przyjemne komando.
Ale po miesiącu zainteresował się komandem komendant obozu, do którego uszu widać doszło coś o pieleniu buraków. Może uznał, że kara z powodu radości z widoku pokrajanych Niemców już została odbyta, może pokłócił się z kommandoführerem, dość że zmieniły się instrukcje i zmienili się ludzie. Następnego dnia przybył nowy esman, nowe posty. Kommandoführer zawołał Cygana i pokazując kosz na chwasty leżący o kilka metrów poza linią strzegących nas posterunków, kazał mu aportować. Cygan zawahał się, ale widząc groźny błysk w oczach esmana – poszedł. Patrzyliśmy wszyscy za nim: wiedzieliśmy, co będzie. Gdy Cygan schylił się po kosz, esman skinął na wartownika. Post zmierzył się i położył na miejscu „uciekającego” więźnia.
Tego dnia wracaliśmy do obozu, niosąc tylko jednego trupa.