Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Córki mgły - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
4049 pkt
punktów Virtualo

Córki mgły - ebook

W świecie, w którym mgła tworzy potwory, najgorszym z nich może okazać się prawda.

Merrick Darling wraca do rodzinnej posiadłości po nagłej śmierci ojca, Lorda Protektora Susseksu, i od razu trafia w sam środek chaosu. Rodzinna posiadłość nie przypomina już domu, który opuściła. Granice prowincji przestają być bezpieczne, wokół rodu Darlingów zaczyna zaciskać się sieć politycznych intryg, niedopowiedzeń i walki o schedę, a śmiercionośna mgła coraz częściej przedziera się przez bariery, zamieniając ludzi w krwiożercze Zmory.

Kiedy Estella, siostra Merrick, znika w tajemniczych okolicznościach, dziewczyna rozpoczyna śledztwo, które zmusi ją do zadania pytań o własną rodzinę, śmierć ojca i fundamenty systemu, na którym od pokoleń opiera się władza Błękitnokrwistych.

Komu można zaufać, gdy każdy ma coś do ukrycia? I co, jeśli prawda okaże się groźniejsza niż potwory rodzące się we mgle?

Pełna gotyckiego mroku, dworskich intryg i śmiertelnie niebezpiecznej magii opowieść o siostrzanej rywalizacji, ambicji i kłamstwach, które mogą pogrzebać cały świat.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8417-910-9
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

KLANY SMOKE’U
KRÓTKI PRZEWODNIK

Savagerowie

Władającym niedostępną północą Savagerom lepiej nie wchodzić w drogę. Dzicy jak kraina, którą zamieszkują; pamiętliwi niczym oprawione pergaminy z Zamczyska, ich ponurej siedziby.

Lord Protektor: Warden Savager

Prowincja: Cael

Ballantine’owie

Zamknięci w żelaznych kleszczach porywczych Savagerów i wojowniczych Warchildów, Ballantine’owie czujność wyssali z mlekiem matki. Lecz strzeżcie się, bo nic tak nie kąsa jak zwierz zapędzony w róg.

Lady Protektor: Hiacynta Ballantine

Prowincja: Umberland

Warchildowie

Choć ci niedościgli wojownicy są prawdziwymi dziećmi wojny, które swej ziemi bronią do ostatniej kropli krwi, pod rządami młodego Lorda Percivala zamienili miecze na satynę, a bitewne pola na sale balowe.

Lord Protektor: Percival Warchild

Prowincja: Rochester

Vannettowie

Ten lojalny i niezłomny klan cieszy się powszechnym szacunkiem, choć pomagając innym piąć się w górę, sam zwykle ląduje na dnie.

Lord Protektor: Corinth Vannett

Prowincja: Heatherton

Saintowie

Nowolondyńskie salony zbyt często patrzą z góry na rolnicze Cardiff i jego zaściankowych Lordów, lecz pamiętajmy, że czego oczy nie widzą…

Lady Protektor: Ianthe Saint

Prowincja: Cardiff

Cachemarowie

Jak mówi znane w Levacie przysłowie, „Cachemarowie i ptaki latają w stadach”. Członka tego klanu nigdy nie spotkasz w pojedynkę, a gdy uderzają, uderzają całą chmarą.

Lady Protektor: Lavinia Cachemar

Prowincja: Levath

Carringtonowie

Zepchnięci w najdalszy zakątek Smoke’u, Carringtonowie przywykli obserwować polityczne gierki z dystansu. Lecz gdy już się w nie włączą, uważajcie na ich znakomity refleks i asy w rękawie.

Lady Protektor: Florabelle Carrington

Prowincja: Southhook

Darlingowie

Ostatnimi czasy los nie oszczędza tego dumnego rodu, a najpotężniejszym ciosem w jego trzon jest niedawna śmierć samego Lorda Silasa. Pytanie brzmi: która z jego dwóch córek przejmie po nim schedę?

Lord Protektor: śp. Silas Darling

Prowincja: Sussex

Irelandowie

Złośliwcy mawiają, że upodobanie do luksusu Irelandów zapewnia pracę połowie krawców Smoke’u. W ich obronie należy jednak nadmienić, iż w salach balowych Lady Clare Ireland stoczono więcej wojen niż na wszystkich polach bitewnych razem wziętych.

Lady Protektor: Clare Ireland

Prowincja: Queensbridle

Faulkowie

Pięć wnuczek Lady Elodie Faulk słynie z legendarnej urody, lecz uważajcie na te róże, bo ich kolce potrafią zranić.

Lady Protektor: Elodie Faulk

Prowincja: Norrin

Ibe’owie

Ci arbitrzy taktu potraktują spóźnione zaproszenie na kolację jak wypowiedzenie wojny, choć prawdą jest, że nigdzie nie znajdziesz tak lojalnych przyjaciół.

Lord Protektor: Reginald Ibe

Prowincja: Ridewell

Tudorowie

Ostre kosy od kołyski aż po grób. Tudorowie najczęściej ostrzą je na członkach własnego klanu.

Lord Protektor: Albion Tudor

Prowincja: KyrieThe New London Toast

_Sobota, 13 września 211 roku Nowej Ery_

W całym Smoke’u nie ma dziś chyba serca, którego nie zasmuciłaby druzgocąca wieść o śmierci jego miłości Lorda Silasa Darlinga, który odszedł od nas wczoraj o świcie w swej rodowej posiadłości, Norland House. Zdawać by się mogło, że jesień w tym roku przyszła wcześniej i nawet drzewa gremialnie zrzucają liście w żałobie po wielkim człowieku, który przez ponad dwie dekady z takim oddaniem bronił swej prowincji przed hordami wygłodniałych Zmór. Dziś cały Sussex stracił swego ojca dobrodzieja, a tragedia dwóch osieroconych przezeń córek, Lady Estelli i Lady Merrick, jest tym większa, że niedawno straciły również matkę, uwielbianą przez wszystkich Lady Artemis Darling.Rozdział 1

Koniec końców to śmierć wzywa mnie z powrotem do domu.

Opieram czoło o zimną szybę powozu, próbując zatracić się w wieczornym chłodzie jej gładkiej tafli, skutej lodem niczym zimowa sadzawka. W maju, gdy uciekałam z Norland House, wiosna budziła świat do życia; dziś pierwsze zwiastuny jesieni skrapiają go wonią rozkładu. Gdzieś pod kołami powozu w żyznej czarnej ziemi wiją się robaki, czekając, aż natura zrzuci odchodzące lato niczym wężową skórę, by się nim pożywiły.

Droga, którą przemierzam, powinna być mi dobrze znana. Bądź co bądź uciekałam z tej zapyziałej dziury tym samym traktem – tylko kierunek był odwrotny. Ale gdy wyglądam przez okno, ślizgając się wzrokiem po postrzępionym pejzażu, nie rozpoznaję ani jednego kamienia, ani jednego krzaczka – zupełnie jakbym bezwiednie wyrzuciła je z pamięci niczym rękawiczkę, z której dawno wyrosłam. Bo i cóż tu wspominać? Jeszcze tydzień temu myślałam, że nie ma dla mnie powrotu.

„Merrick, papa nie żyje. Jeśli nie zatrzymują cię pilne zobowiązania towarzyskie, proszę, byś niezwłocznie przyjechała do Susseksu”.

Słowa siostry odcisnęły mi się pod powiekami niczym rozżarzone piętno, paląc żywym ogniem przy każdym mrugnięciu.

Coś mnie tknęło już w chwili, gdy dwa dni temu lokaj Eavesów przyniósł do stołu śniadaniowego list z pieczęcią Darlingów – naszą __ pieczęcią rodową. Od mojego pośpiesznego wyjazdu z Norland House przed czterema miesiącami siostra nie odezwała się do mnie ani słowem. Ta ucieczka była już drugim ciosem w nasze dumne drzewo genealogiczne w ciągu zaledwie dwóch tygodni, kiedy to na skraju Graylandu odnaleziono przewrócony powóz ubóstwianej Lady Artemis Darling, a tuż obok to, co z niej zostało, nędzne szczątki rzucone w błoto niczym zużyta serwetka. Nasza prowincja okryła się żałobnym kirem, choć przyznać trzeba, że ta tragedia była do przewidzenia. Nawet w miejscu tak dobrze strzeżonym jak Sussex wszyscy znaliśmy ryzyko podróżowania zbyt blisko granicy, wiedzieliśmy, co zamieszkuje mgły czające się za zapalonymi latarniami, widywaliśmy porzucone kości ofiar, wylizane do czysta i śnieżnobiałe niczym baranki ofiarne.

Na myśl o rodzinie wyrzuty sumienia ściskają mnie za gardło żelaznymi szczypcami. Po śmierci mamy powinnam była trwać u boku ojca i siostry. Powinnam była ją opłakiwać. A zamiast tego przy pierwszej okazji wzięłam nogi za pas jak tchórzliwy królik wskakujący do swej nory.

„Nie zostawiaj mnie tu samej”. W uszach wciąż dźwięczy mi błagalny szept siostry, wlokąc się za mną jak chmura burzowa po wszystkich olśniewających balach i przyjęciach Nowego Londynu. Owszem, zaczęłyśmy się od siebie oddalać jeszcze za życia mamy – z biegiem lat stało się jasne, że żadne więzy krwi nie zmienią faktu, że jesteśmy nade wszystko rywalkami – a jednak dzielący nas dystans nie zdołał zatrzeć poczucia winy powodowanego tym, że ją opuściłam. Byłam głucha na jej wołanie i po prostu wybiegłam z domu, nie oglądając się za siebie.

A prawda jest taka, że nie byłam w stanie wytrzymać z nią pod jednym dachem – ba, w jednej prowincji. Nie po słowach ojca, których lodowate ostrze wciąż wrzyna mi się w gardło, pozbawiając tchu.

Woźnica ściąga lejce i konie posłusznie wchodzą w zakręt, za którym rozpościera się wybrzeże Susseksu, a mnie momentalnie przechodzi dreszcz. Skąpane w soczyście pomarańczowej poświacie zachodzącego słońca postrzępione klify wbijają swe wapienne kły w ciemniejące niebo, pod którym spienione fale rozbijają się szumnie o pas kamienistego brzegu niczym psy żebrzące o ochłapy. Jak okiem sięgnąć, wzdłuż klifów wznoszą się żelazne słupy, na których rozkołysane latarnie odganiają dzielnie skradającą się noc.

Za nimi jest tylko mgła.

Już dawno temu w całości pochłonęła plażę, wspinając się jak bluszcz po klifach, by zawisnąć nad ich grzbietem niczym morski pył. Mgła, wszędzie ta mgła – barwy sinego wosku kapiącego o włos od płomienia świecy, którego nigdy nie śmie przeciąć, opalizująca w anemicznych promieniach zachodzącego słońca jak mieniąca się w świetle moneta.

Grayland. Tak je nazywamy – przeżarte mgłą połacie Smoke’u, naszej krainy, na których ludzka stopa nie postanie już nigdy, odgrodzone szczelnym kordonem latarni, tych ognistych strażników postawionych ręką moich przodków przed dwoma wiekami. To one stoją dziś na pierwszej linii frontu, chroniąc nas przed mgłą, która bez tej zapory wsiąkłaby w każdą najmniejszą dziurę jak sącząca się z rany ropa.

Sprowadzając na nas zamieszkujące ją potwory.

Niepokój osiada mi na skórze niczym płaszcz z drobinek porannej rosy. Za moich lat dziecięcych Grayland kończył się u podnóża klifów; dziś, pomimo wysiłków ojca, mgły czają się tuż przy trakcie, by każdy podróżny mógł zahaczyć je wzrokiem jak niechcianego gościa. Jeszcze parę lat tej bezczelności i będziemy zmuszeni wyznaczyć zupełnie nową drogę.

Staram się o tym nie myśleć. My, urodzeni wieki po pojawieniu się mgły, przywykliśmy do życia plażowiczów w porze odpływu. Jemy, pijemy i choć nawet bywa nam do śmiechu, nigdy nie opuszcza nas świadomość, że pewnego dnia żadne zapory nie pomogą i wielka fala wedrze się na plażę, wciągając nas wszystkich do morza.

Tak jak zmyła moich rodziców, dopowiadam sobie w duchu. Prasowy nekrolog ojca był równie frustrująco lakoniczny co list mojej siostry, ale jako Lord Protektor Susseksu Silas Darling miał większą styczność z Graylandem niż lwia część naszych krajan. To jeden z warunków świętego przymierza, jak je zawsze nazywał – paktu zawartego przed wiekami pomiędzy dwunastoma Lordami założycielami a ich poddanymi. Błękitnokrwiści pokroju mojej rodziny wykorzystują swój dar odporności na jadowity dotyk mgły, aby chronić poszczególne prowincje: naprawiamy zepsute latarnie, nadzorujemy patrole, a w razie konieczności walczymy z bestiami, którym udało się prześlizgnąć przez szpary w naszym pancerzu. W zamian za to każda prowincja przeznacza część swego dochodu na utrzymanie władającego nią klanu. Tak było i jest, a przywileje i obowiązki przechodzą z pokolenia na pokolenie niczym niegasnąca pochodnia.

Pamiętam swoją dziewiczą wyprawę w objęcia mgły, którą odbyłam z ojcem. Miałam trzynaście lat, a za sobą pierwsze krwawienie, gdy na południowej grani zauważono Zmorę, która jakimś cudem zdołała wymknąć się naszym patrolom.

Ruszyliśmy we dwoje jej śladem i dopadliśmy ją w ostatniej chwili na granicy mrocznego Graylandu. Wciąż mam tę scenę przed oczami: galopujący wierzchowiec ojca i mgła, która bojaźliwie rozstępuje się przed nim, jakby był jakimś rycerzem niebios, nietykalnym dla nas, zwykłych śmiertelników.

A jednak ślizgając się dziś wzrokiem po językach przyczajonej mgły, zastanawiam się, ile ziemi zdążyła zagarnąć przez te parę miesięcy mojej nieobecności. I czy ojciec padł w końcu ofiarą jednej z bestii, na które całe życie polował.

Opadam na siedzenie, szukając w torebce czegoś, co zajmie mi myśli, i po chwili moje palce natrafiają na miękki grzbiet złożonej gazety. Wyjmuję ją delikatnie i rozkładam na kolanach. Eavesowie, wieloletni przyjaciele naszej rodziny i filary nowolondyńskiej socjety, są wiernymi subskrybentami „The New London Toast”, najpopularniejszego brukowca stolicy i obowiązkowej lektury każdej młodej damy żeglującej po zdradliwych wodach salonów w pełni sezonu. Najświeższy numer udało mi się podkraść dosłownie w progu, bo nic tak nie rozwiewa nudy długiej podróży jak plotki, ploteczki i ludzkie dramaty.

Rzucam ostatnie spojrzenie na rozciągające się za oknem mgliste pustkowie przypominające gołe płótno spragnione pędzla artysty. Tak, tu pomoże tylko „The Toast”.

Przebiegam pierwsze akapity obojętnym wzrokiem, aż natrafiam na swoje nazwisko i instynktownie pochylam się nad drukiem w pozycji nieprzystającej damie:

„Naszych czytelników z pewnością ucieszy wieść, iż perła sezonu, czarująca Arcycórka Merrick Darling, podtrzymała swe światłe rządy na piątkowym balu u Lady Fairfax. Choć jej karnecik pękał w szwach od nazwisk adoratorów pragnących skraść jej serce, naszemu bystremu oku nie umknął fakt, iż dwoma tańcami zaszczyciła tylko jednego dżentelmena: sir Fitzgeralda Vannetta z tych Vannettów. Czyżby hołubiona gołębica Nowego Londynu w końcu znalazła sobie przytulne gniazdko? Nasze źródła donoszą, że oświadczyny nie zostały jeszcze złożone, jednakowoż, sądząc po perypetiach minionego sezonu, najdorodniejsza łania zawsze jest w cenie”.

Z moich ust wyrywa się westchnienie ulgi i przymykam oczy. A więc nie przeliczyłam się, pismaki zauważyły. Znakomicie. Fitz okazał się całkiem miłym kompanem – co nie znaczy, że jego umizgi zdołały choć w części wynagrodzić mi długie godziny męczarni przed lustrem. Najważniejsze, że jako syn jednego z dwunastu rządzących Smokiem klanów, choćby pośledni (żaden tam z niego Markiz Krwi czy dziedzic Szkarłatów), powinien pociągnąć za sobą innych. Wraz z ich zainteresowaniem.

Zainteresowaniem, którego będę potrzebować, gdy wrócę do Nowego Londynu po pogrzebie ojca. Desperacko potrzebować, jeśli mam być szczera. Bo, jak uczą ostatnie miesiące, bardziej od pereł sezonu socjeta uwielbia tylko przeceniony towar. Chwilowo może i jestem oczkiem w głowie „The Toast”, ale moje „światłe rządy” błyskawicznie odeszłyby do lamusa, gdyby tylko znali prawdę.

Jeśli poznaliby prawdziwy powód, dla którego w przeciwieństwie do moich przodków jedyną zwierzyną, na jaką obecnie poluję, jest ustosunkowany mąż.

Moje rozmyślania przecina przeszywające rżenie konia. Drewniany powóz gwałtownie podskakuje i momentalnie otwieram oczy, nieomal przygryzając sobie język. Łapię się oburącz wyściełanej ławeczki i wyglądam przez okno, próbując uspokoić rozdygotane serce.

Wstrzymuję oddech. Nie więcej niż dziesięć metrów przed nami wisi upiorna, gęsta mgła, połyskując groźnie srebrzystym woalem, jakby chciała zastąpić nam drogę.

Bo i ją zastąpiła.

Spanikowana, zerkam w stronę odległych latarni i ich ognistego pancerza. Z przerażeniem dostrzegam w nim wyrwę – jeden z płomieni zgasł, otwierając drogę mgle. Jej mleczne wąsy oplatają już czule żelazny słup, zamykając go w niemniej żelaznym uścisku.

Wyrwa. W Susseksie… Serce podchodzi mi do gardła. Nie jest to niemożliwe, choć odkąd sięgam pamięcią, podobne incydenty zdarzały się tak rzadko, że szybko ginęły w pomroce dziejów. W innych prowincjach, rządzonych przez słabsze klany, wyrwy to chleb powszedni – ale nie tutaj. A przynajmniej nie za czasów ojca. U nas ogniki nie gasną nigdy.

Na jedną krótką, przerażającą chwilę czas staje w miejscu i wstrzymuje oddech, jakby sam nie wiedział, co robić. Nagle trzask bicza woźnicy wyrywa mnie z transu i wracam do swego przygarbionego ciała. Przypadam do dzielącej nas szybki i walę w nią z całej siły pięścią.

– Czyś ty oszalał?! – wypluwam słowo za słowem, wbijając wzrok w nieszczęśnika, który szarpie się z lejcami. Ale to na nic, rozpędzonego konia już nie zatrzyma. – Ściągnij lejce, zanim…!

Za późno. Trupio blada zasłona unosi się tylko po to, by zaraz na nas opaść.

Oniemiała i sparaliżowana patrzę, jak eteryczne macki oplatają woźnicę, wciągając go w mleczną otchłań. Krew szumi mi w uszach. Ręce i nogi mam jak z ciężkiej, namokniętej waty. Szyby powozu momentalnie pokrywają się pajęczyną śnieżnobiałych, nitkowatych wąsów przesłaniających cały świat.

Pod tym szczelnym, efemerycznym kocem robi się nagle upiornie cicho i powóz bezszelestnie staje w miejscu. A wraz z nim – gula w moim gardle.

Woźnica. Co z nim? Wytężam wzrok, próbując zajrzeć za mleczną zasłonę. Bo trzeba wam wiedzieć, że wszystkie dzieci Smoke’u są od małego uczone, co robić w takich wypadkach. Po pierwsze, natychmiast zakryj nos i usta. Jeśli nie jesteś Błękitnokrwistym, pierwszy wdech będzie zarazem twoim ostatnim.

Po drugie i (prawie) równie ważne, nie zatrzymuj się. Dopadną cię właśnie wtedy, w tej krótkiej chwili nieuwagi między jednym oddechem a drugim, gdy myślisz, że jesteś już bezpieczny.

Wciąż mrużę oczy, próbując zajrzeć za tę przeklętą zasłonę, gdy moich uszu dobiega mokry, zwierzęcy charchot, jakby jakiś wygłodniały obżartuch wgryzł się w pieczony udziec, nie zważając na maniery przy stole. Mlask, mlask, chrup, chrup, pękają chrząstki i ścięgna.

Robi mi się słabo, a ta nieszczęsna gula w gardle ciąży jak ołów. Bez względu na to, iloma wyprawami z ludźmi mogłabym się pochwalić, zawsze to strach był moim najwierniejszym druhem. Paniczny, paraliżujący i rosnący z każdym krokiem w głąb tej krainy rodem z dziecięcych koszmarów, pełnej baśniowych potworów, które zaraz zejdą z kart książeczki i usiądą z tobą do śniadania.

A posiłkiem będziesz ty.

Zmora. Jest tutaj.

Jak na zawołanie z odmętów mgły dobiega chrzęst łamanych kości i na prawą szybę niczym krwawy deszcz bryzga szkarłatna jucha. Mój instynkt przetrwania wreszcie się budzi – rychło w czas. Podciągam spódnicę i wyjmuję przytroczony do łydki nóż. Wolałabym starego dobrego Pogromcę, ale po przybyciu do Nowego Londynu musiałam rozstać się ze swym ukochanym pistoletem, bo, delikatnie mówiąc, na salonach i w bawialniach broń nie należy raczej do repertuaru pożądanych dodatków.

Na szczęście pan Eaves jest dżentelmenem i nie obszukał mojej skromnej osoby pod kątem noży – w przeciwnym razie byłabym teraz w nie lada opałach.

W końcu mlaskanie cichnie. Resztką sił wstrzymuję oddech, gdy na rąbek mojej spódnicy pada szarawy cień, który przesuwa się wyżej i wyżej z każdym krokiem jego właściciela. Nie odrywając oczu od ruchomej plamy, zaciskam palce na rękojeści noża, a w uszach dźwięczy mi głos ojca:

„Uderzaj pierwsza i nie wstrzymuj ręki. Mierz w słabe punkty: krzyż, lędźwie, kolana. Pamiętaj, te stwory były kiedyś ludźmi i są tak samo śmiertelne”.

Puk, puk. Coś stuka w szybę powozu jak nieśmiały gość. Cisza. I znowu: puk, puk, puk.

Odmawiam w duchu szybką modlitwę do Boskiej Trójcy – Płomiennego Króla, Wielkiego Latarnika i Rezuna, trzech bóstw czuwających nad Smokiem, które, jak głosi legenda, obdarzyły dwunastu Lordów założycieli darem nietykalności.

Podnoszę wzrok.

Przez ułamek sekundy stwór zza szyby niemal wydaje mi się człowiekiem. Kiedyś rzeczywiście nim był, zanim mgła nie wsączyła mu się w żyły, zmieniając krew w mleko i wwiercając się w czaszkę, aż nic nie zostało. Dziś oczy Zmory są prawie śnieżnobiałe, dwa przerośnięte pajęcze jaja osadzone w zapadniętych oczodołach. Strzępy pergaminowej skóry, które wciąż wiszą na jej twarzy, są pomarszczone i stwardniałe jak suszone jabłko, a zza nich wyzierają żylaste ścięgna i mięśnie trzymające kości. Z poczerniałych dziąseł wyrastają ukruszone, pożółkłe zęby, którymi zgrzyta w takt jakiejś chorej, upiornej pieśni.

Na jej widok coś we mnie pęka i w jednej chwili z eterycznej damy przeobrażam się w twardą wojowniczkę. Nareszcie. Choć nie przyjmowałam tego do wiadomości, posłusznie poddając się mozolnym zabiegom Eavesów, którzy za wszelką cenę chcieli zrobić ze mnie rewelację sezonu, tak bardzo się za nią stęskniłam! I za tym dreszczykiem emocji, który niesie ze sobą tylko balansowanie na granicy życia i śmierci, gdy przetrwanie zależy od kaprysu losu, na który się zdajesz.

Szkolono mnie na wojowniczkę. Nie na dziewczynkę, którą chciał ze mnie zrobić ojciec, gdy…

Zmora rzuca się wściekle na – chwilowo – zaryglowane drzwi powozu, drapiąc połamanymi pazurami jego ściany. Zamknięta w tej rozklekotanej drewnianej pułapce, unoszę wyżej nóż, szykując się na to, co będzie.

Szyba w końcu pęka pod naporem zrogowaciałych szponów. Rzucam się w jej kierunku, sycząc z bólu, gdy odłamek szkła trafia mnie w policzek. Ale zanim zdążę zatopić ostrze w zapadniętej piersi Zmory, z jej ust wyrywa się przeraźliwy, nieludzki skowyt, a ja instynktownie odskakuję. Skowyt przeradza się w nieznośne, wiercące brzęczenie ogromnego roju pszczół i oszołomiona patrzę, jak Zmora uderza z impetem w powóz, by osunąć się bez ruchu na ziemię i zniknąć z pola widzenia.

Wisząca w powietrzu mgła wciąż pulsuje oddanym z daleka strzałem, którego echo zdaje się grać na jej strunach niczym smyczek na strunach skrzypiec. Łapię się za rozpaloną pierś, która w tym krótkim czasie chyba zapomniała, po co tak naprawdę faluje.

Już dobrze, Merrick, nic ci nie jest, żyjesz…

Drzwi powozu otwierają się z trzaskiem i moim oczom ukazuje się zamaskowana postać mężczyzny. Niczym duch wyłaniający się z mgły, przebiega mi przez myśl. O nic nie pytając, przyciska mi do ust bawełnianą szmatkę i bierze mnie na ręce, aby wynieść z powozu…

Prosto w objęcia mgły.Rozdział 2

Jedynym, co widzę, jest płomień pochodni, którą trzyma w wolnej ręce. Jest jak ostrze kosy przecinającej duszące opary, skwierczące pod jego dotykiem jak gaszona świeca.

Mgła rozstępuje się przed nami i płynę korytarzem rześkiego nocnego powietrza – a raczej posłusznie powłóczę stopami w niewygodnych satynowych pantofelkach, gdy nieznajomy ciągnie mnie za sobą jak śniętą rybę na wędce. Ściana mgły zamyka się za nami bezszelestnie, a jej mokre języki nieśmiało liżą rąbek mojej sukni, jakby chciały zakosztować mego smaku.

Ich zimne, nieczułe pieszczoty przyprawiają mnie o mdłości. Nieraz zapuszczałam się w głąb Graylandu, ale każda taka podróż jest jak dziewicza wyprawa w nieznane. I wszędzie ta mgła, ta wilgoć przyklejająca się do skóry jak poranna rosa wisząca nad sadzawką. Mgielne języki nabierają śmiałości, chwytają za łydkę, ocierają się o kolano. Ich pieszczota jest niemal znajoma, jakby cierpliwie czekały na mój powrót, pamiętając o mnie.

Przełknąwszy gulę żółci, szukam wzrokiem potworów czających się w tych duszących oparach. Dla zwykłego śmiertelnika to niezbadane, zdradliwe wody; dla wyczulonych na dźwięki Zmór – żerowisko idealne, na które rzadko wyruszają w pojedynkę. Kątem lewego oka dostrzegam w dali coś na kształt cienia już-już wynurzającego się z mlecznych odmętów i…

Ostatnie zniecierpliwione szarpnięcie i wreszcie wychodzimy z mgły. Momentalnie odskakuję od nieznajomego i ściągam z ust tę przeklętą szmatę, łapiąc haust czystego wiejskiego powietrza. Jakże tęskniłam za tym słodkim posmakiem morskiej bryzy, piżmowym zapaszkiem ptactwa gniazdującego na wysokich klifach! Od gryzących, wdzierających się w nozdrza woni dzikiej przyrody zawsze wolałam słodko-dymne aromaty miasta, ale teraz połykam haust za haustem, jakby to była woda święcona, jedyne, co może zmyć ze mnie brud Graylandu.

Tymczasem mój wybawca – a może porywacz? – odgania pochodnią resztki mgły, która wyciąga po nas swoje łapska. Na razie jesteśmy bezpieczni, bo jej opasłe cielsko ma to do siebie, że porusza się w tempie najcięższego z żółwi, i mamy co najmniej parę minut, zanim zdoła przetoczyć się przez tę polankę.

Nieznajomy ściąga z twarzy chustkę i wbija pochodnię w ziemię, po czym sięga za pasek. Przed oczami miga mi przytroczona do prawego biodra kabura, a w niej smukły Pogromca, lekki pistolet idealny na takie nieprzewidziane okazje. Instynktownie sztywnieję, ale szybko okazuje się, że niepotrzebnie – zamiast wyciągnąć broń, mężczyzna podaje mi coś chłodnego i metalowego.

– Musisz pić.

Ma cichy, nad wyraz opanowany głos, jakby się bał, że straci go, jeśli zbytnio nadwyręży gardło. Pomimo tego i jego dobrych chęci duma każe mi stanąć okoniem wobec tak bezczelnie rzuconego polecenia. W dzieciństwie Essie często beształa mnie za porywczość – podczas gdy ja jestem pierwsza do obrażania się, ona przypomina bardziej spokojne morze, które gdy już się wzburzy, ciągnie na dno nawet potężne okręty.

Ojciec zawsze wolał jej temperament – chłodną kalkulację i zemstę serwowaną na zimno – od mojej gorącej głowy, która w jego mniemaniu gubi władcę. No ale Essie była jego ulubienicą we wszystkim.

Gryząc się w język, obracam w palcach prostą manierkę. W końcu przystawiam ją do ust i bosko chłodna woda obmywa mi spieczone gardło, zostawiając na języku gorzkawy posmak śniedzi.

Nieco pokrzepiona, oddaję manierkę właścicielowi i podnoszę wzrok, zerkając na niego spod rzęs. Ze zdumieniem uzmysławiam sobie, że stoi przede mną chłopiec niewiele starszy ode mnie. Promienie zachodzącego słońca ślizgają się po głębokich bruzdach przecinających jego twarz na oślep. Blizny, myślę z przestrachem, ściągnięte i pobielałe z wiekiem. Jedna przypomina błyskawicę wychodzącą z prawej brwi, która zahaczywszy o kącik oka, dogasa na policzku, a wątpliwą „ozdobę” na jego ustach niewprawne oko mogłoby wziąć za ciężki przypadek zajęczej wargi. Mój wzrok przykuwa paskudny ślad po ugryzieniu na jego szyi i zastanawiam się, czy to pamiątka po bliskim spotkaniu ze Zmorą – może nie jestem pierwszą damą w opałach, którą wyciągnął z oblężonego przez monstra powozu?

I ciekawe, co tu w ogóle robi – przemierza rubieże mojej prowincji w poszukiwaniu okazji do wykazania się męstwem?

Zerkamy na siebie podejrzliwie. Jego oczy przypominają wskazówki zegara, gdy wędrują po mojej twarzy niczym po tarczy, jakby odmierzały upływające sekundy. Jedno brązowe, drugie – bladoniebieskie, barwy krystalicznych styczniowych lodów. Wpatruje się we mnie bez najmniejszej żenady i pod naporem jego przenikliwego spojrzenia odwracam wzrok.

– Dziękuję za ratunek – mówię, czując się tak, jakbym przegrała jakąś próbę sił. – Chociaż – dodaję, jednym szybkim ruchem przekręcając w dłoni swój nóż i podając mu go rękojeścią – miałam wszystko pod kontrolą.

– Czyżby? – dopytuje tym samym wyważonym tonem, bez grama sceptycyzmu. Ale gdy podnoszę wzrok, na jego ustach tańczy cień uśmiechu. – W takim razie nie ma za co dziękować, bo żadnego ratunku nie było.

Nasze oczy znów się spotykają i nie wiedzieć kiedy wyciąga mi z ręki nóż z wprawą mistrza kieszonkowców.

– Piękna broń – chwali, zanim mam szansę otworzyć usta, by zaprotestować. Przekręca nóż we wszystkie strony i jego ostrze połyskuje w ognistych promieniach gasnącego słońca. Skończywszy inspekcję, grzecznie mi go oddaje. – Dokąd panienka jedzie, jeśli wolno spytać?

Wyrywam mu nóż, chwytając za rękojeść.

– Do domu – odburkuję.

Unosi brew, niezrażony.

– Do domu?

– Tak.

Tylko spokojnie, Merrick. Kimkolwiek jest ten chłopak, należy do niższego stanu. Nie oddawaj mu pałeczki…

Przygryzam policzek, pozwalając sobie na wyniosły ton.

– Skoro musisz wiedzieć, mój ojciec właśnie umarł. Wezwano mnie na pogrzeb.

– Twój ojciec… – Pierwszy raz od początku naszej krótkiej znajomości między jego brwiami rysuje się bruzda niepewności.

Ponownie obrzuca mnie spojrzeniem – od blond kędziorków, które w uwolniły się ze stylowego koczka, by żartobliwie chłostać moje policzki, przez niemodnie gęste brwi po sam czubek zadartego noska Darlingów – po czym zgina się wpół z nabożnym szacunkiem, a ja niemal czuję, jak jego palący wzrok ześlizguje się ze mnie, zostawiając po sobie gęsią skórkę.

– Upraszam wybaczenia, Arcycórko Merrick – duka i na jego policzkach rozkwitają bliźniacze pąki rumieńców. – N-nie rozpoznałem pani.

Błagalna skrucha w jego głosie wytrąca mi z ręki oręż, a przypomniany tytuł, ta podrobiona korona, ciśnie jak przymały gorset. Choć wszyscy potomkowie dwunastu klanów są obdarzeni darem nietykalności, ścisły podział obowiązków i niemniej ścisła hierarchia wciąż obowiązują. Na samym jej szczycie stoi Lord Protektor, który włada prowincją i kieruje jej obroną, tuż pod nim są Szkarłatni Książęta i Księżne – zazwyczaj jego najbliżsi krewni, czyli rodzeństwo bądź zaobrączkowane dzieci, a dalej Markizowie i Markizy Krwi, Sangwini i Sangwiny, Amaranci i Amarantki i wreszcie najzwyklejsi Milordowie i Milady. Tytuł Arcycórki należy do rzadkości i nadaje się go niezamężnym córkom Lorda Protektora.

Tyle że Lord Protektor nie żyje.

– A ty to…? – dopytuję szybko. Za szybko, ale chłopak zdaje się tego nie zauważać. Samo to, że odważył się wejść w objęcia mgły, mówi mi, że jest jednym z Błękitnokrwistych, choć jako żywo nie mogę się dopatrzeć żadnego podobieństwa do któregokolwiek z moich krewnych. Może przyjechał z innej prowincji złożyć kondolencje rodzinie? Mrużę oczy, uważnie się mu przyglądając. Z Ballantine’ów na pewno nie jest, nie te włosy, jego suchym blond kędziorkom daleko do ich charakterystycznej kasztanowej grzywy. Może jest z Warchildów albo Carringtonów?

– Brandon, pani – przerywa moje rozważania, prostując się. – Killian Brandon. Do usług, rzecz jasna.

Z tymi słowy odwraca się ku mgle, która nie wiedzieć kiedy wyrosła za naszymi plecami jak spieniona fala.

– Musimy ruszać – rzuca. – Nasi nie mogą być daleko. Wystrzeliłem racę, gdy tylko zobaczyłem twój powóz we mgle, pani. Będą chcieli wypalić ziemię, zanim stracimy jej więcej.

Marszczę pytająco nos.

– „Nasi”?… – powtarzam tępo.

Chłopiec przekrzywia śmiesznie głowę, a ja dopiero teraz rzucam okiem na jego strój: lśniące czerwone pagony przy bladoszarej kurtce, śnieżnobiałe bryczesy, cieliste pończochy i rubinowa brosza w kształcie róży na piersi.

To herb rodu Darlingów, przebiega mi przez myśl i doznaję olśnienia.

– Jesteś jednym ze strażników ojca – mówię, a on kiwa głową. Resztki wrogości rozpływają się w powietrzu i posyłam mu pojednawczy uśmiech. Zatem nie jest żałobnikiem z daleka. Chociaż… – Brandon… To nazwisko chyba nie obiło mi się o uszy. – Zamyślam się nad tą palącą kwestią. – Której z moich ciotecznych babek mam dziękować za swego wybawcę?

Zaglądam mu w tę biedną, pokiereszowaną twarz, szukając jakichkolwiek śladów podobieństwa do kogoś z rodziny. Niesamowite, że gdzieś głęboko w naszych żyłach płynie ta sama krew, że jesteśmy ze sobą spokrewnieni. Kolejna ciekawostka, a zarazem oczywistość: choć ochrona prowincji należy przede wszystkim do obowiązków Lorda Protektora, rzecz jasna ciężko by mu było ją zapewnić, gdyby nie cała armia żołnierzy. A ponieważ tylko Błękitnokrwiści mogą się czuć w miarę pewnie na rubieżach, to z ich szeregów rekrutuje się patrole i warty. Zwłaszcza że co pomniejsi chętnie posyłają swoje dzieci na roczną czy dwuletnią służbę, licząc na łaskawą przychylność Lorda Protektora w przyszłości.

I choć służba w straży jest powszechnie szanowana jako dowód osobistej odwagi i męstwa, przykrą prawdą jest, że pomniejsi Błękitnokrwiści mają z reguły nikłe szanse wżenić się wyżej. Zdarza się nawet, że biorą sobie żony i mężów spoza klanu, co skutkuje wielce niepożądanym rozwodnieniem krwi i w efekcie utratą daru naszych przodków. Ileż ja się w dzieciństwie nasłuchałam przestróg w tym duchu, smutnych opowieści o uschniętych gałęziach rodu! Ślub mojego własnego ojca z matką – plebejuszką – wywołał w Susseksie największy od wieków skandal, który przycichł dopiero w zeszłym roku, gdy u mnie i siostry potwierdził się dar nietykalności.

Niektórzy strażnicy zostają w służbie na długie lata, pnąc się po szczeblach wojskowej kariery, ale większość weteranów zadowala się kawałkiem ziemi gdzieś na północy, z dala od przegniłych szponów mgły. Wspomnienia o ich chwalebnych czynach zżerają mole na dnie szafy z zakurzonym mundurem, a opowieści o potworach z krwi i kości zamieniają się w bajeczkę na dobranoc dla niegrzecznych dzieci.

Ci z nas, którzy zostają na placu boju, nie mają tego luksusu.

Ale Killian tylko kręci głową.

– Nie jestem z Darlingów, Arcycórko. Moja matka pochodzi z Kyrie; jej ojciec był Amarantem z klanu Tudorów, ale zrzekł się tytułu i majątku na rzecz jej brata, mego wuja, a my po śmierci ojca zostaliśmy bez środków do życia. Przybyłem do Susseksu ledwie przed miesiącem, w odpowiedzi na wezwanie Arcycórki Estelli i jej ofertę ziemi w zamian za służbę.

Na te słowa przeszywa mnie dreszcz niepokoju. Nie żeby rekrutowanie strażników z innych prowincji się nie zdarzało – kiedy byłam mała, ojciec nieraz wypożyczał oddziały temu czy innemu Lordowi – ale większość klanów stara się tego unikać, bo same wiecznie borykają się z niewystarczającą liczbą obrońców. Wyjątkiem jest Sussex, który nigdy nie musiał wzywać posiłków.

Przed oczami znów staje mi samotna ciemna latarnia we mgle, sczerniały ząb w krzywym uśmiechu rubieży. Czy pod moją nieobecność było więcej takich incydentów? Żadne tego rodzaju plotki do Nowego Londynu nie dotarły – co nie znaczy, że wszyscy podróżni mieli tyle szczęścia, co ja, by w chwili potrzeby trafić na patrolującego granicę strażnika. Ile Zmór bezkarnie grasuje na tym mglistym wybrzeżu?

I czy jedna z nich zabiła ojca?

Przestań, besztam się w myślach. Jest za wcześnie na takie sądy, Merrick…

Ale to inne słowa Killiana nie dają mi spokoju – z pobudek na wskroś osobistych.

– Powiadasz, że na służbę przyjęła cię moja siostra? – dopytuję, usiłując przewietrzyć głowę. – To chyba decyzje należące do Lorda Protektora, prawda? Czy mój ojciec wiedział o jej zamiarach?

Dał mi słowo, że zaczeka…

Zakłopotany Killian przestępuje niezgrabnie z nogi na nogę.

– Nie chcę wychodzić przed szereg, Arcycórko – zaczyna, krzywiąc się z zażenowaniem – ale Lord Silas był od jakiegoś czasu… niezdrów – kończy, uciekając wzrokiem. – Szczegółów nie znam, a rozkazy od początku dostaję od twej siostry, pani.

– Papa był niezdrów? Czyli to choroba go zabiła? – Gula w moim gardle zamienia się w ołów i już wiem, skąd ten suchy ton liściku Essie; najwyraźniej w jej przekonaniu porzuciłam ją nad świeżym grobem obojga rodziców.

– Zdaje się, że to była przypadłość natury bardziej… duchowej. – Killian starannie dobiera słowa. – Powtarzam, szczegółów nie znam, ale w koszarach gadali, że nie mógł się pogodzić ze śmiercią waszej matki.

Ach… Wstyd zalewa mnie jak fala gorącej lawy.

– Nie… nie wiedziałam, że aż tak to przeżywał. Ostatnie miesiące spędziłam w Nowym Londynie, w gościnie u przyjaciół rodziny. Gdyby do mnie napisał…

– Nie mnie sądzić waszą miłość – wchodzi mi w słowo Killian, sprowadzając mnie z powrotem na ziemię. Choć nie owija w bawełnę, jego głos jest zaskakująco łagodny, niemal wyrozumiały, jak u duchownego, dla którego słuchanie spowiedzi i odpuszczanie grzechów to chleb powszedni. Ma tak czyste, szczere spojrzenie, że z pewnością odpuściłby mi ten ostatni. Największy. Aż mnie kusi, by wszystko z siebie wyrzucić.

Ale zamiast tego się jeżę.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – pytam lodowatym tonem.

Wwierca we mnie te swoje styczniowe oczy.

– To tylko, że ja też jestem daleko od domu. I zdążyłem się nauczyć, że większość naszych nie opuszcza go bez ważkiego powodu.

Przez krótką chwilę oboje zgodnie milczymy. Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, ale w tej samej chwili gdzieś zza widnokręgu dobiega końskie rżenie, które przełamuje ciszę jak suchą gałązkę pod naszymi stopami. Killian odwraca się w jego stronę i z ulgą wypuszcza powietrze.

– Już tu są. Pozwól, że odeskortuję cię do domu, Arcycórko.

Ruszamy, ścigani przez upiorne zawodzenie.

_Dalsza część w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij