-
nowość
Café Chaos. Fasolowa katastrofa - ebook
Café Chaos. Fasolowa katastrofa - ebook
Jedna niewinna pomyłka wystarczy, żeby zamienić spokojny dzień w totalną katastrofę!
Hope Kruszonka mieszka razem z rodzicami, starszą siostrą Stacey w mieszkaniu nad rodzinną kawiarnią – „Pod Kruszonką”.
Hope próbuje w końcu trochę odetchnąć od rodzinnych dramatów i skupić się na byciu „zwyczajną nastolatką”. Problem w tym, że jej mama przez pomyłkę zamawia tysiąc puszek fasoli, a to oznacza tylko jedno – Café Chaos znów wpada w wir absurdalnych sytuacji i szalonych pomysłów na uratowanie biznesu. W międzyczasie Hope próbuje odnaleźć się w szkolnej rzeczywistości, odkryć swój talent i zmierzyć się ze Skylar, swoją rywalką.
Gdy sprawy zaczynają się komplikować, okazuje się, że bycie sobą wcale nie jest takie proste – zwłaszcza kiedy wszystko wokół przypomina jedną wielką katastrofę. „Café Chaos. Fasolowa katastrofa” to zabawna, dynamiczna i bardzo prawdziwa historia o dorastaniu, rodzinie i codziennych problemach, z którymi łatwo się utożsamić.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-202-4 |
| Rozmiar pliku: | 8,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Dobra, jesteśmy z powrotem.
– Hope, możesz poprawić telefon?
– Sorki, już.
Razem z Leilą, moją najlepszą przyjaciółką, „szykujemy się” przez FaceTime’a, ale oczywiście widziała tylko kawałek mojej twarzy. Klasyka.
Dziś wieczorem wychodzimy! (No dobra, po południu). Mama Leili, pani Sara, zawiezie nas do kina. To całkiem poważna sprawa, musimy zrobić wrażenie (na sobie nawzajem, oczywiście).
– Twój pokój wydaje się znacznie większy . – Maleńka Leila na ekranie zręcznie zaplata warkocz wokół twarzy. Siadam przy biurku i staram się naśladować jej ruchy.
– No jasne, polowe łóżko Rity zajmowało sporo miejsca.
Ciocia w końcu się wyniosła. Nie muszę się już przejmować podkradaniem moich ubrań, gumek do włosów i ładowarki. Koniec z dyfuzorem, lawendową mgiełką oraz porannymi koncertami – głośnym płukaniem gardła, mantrami i wykładami na temat retrogradacji Merkurego, przez którą pralnia zgubiła jej ulubiony szal z orłem. (Ta planeta steruje przepływem informacji). Chcąc nie chcąc, teraz już to wiem.
Wciąż przekonana o swoim
darze,
ciocia nadal prowadzi Wyrocznię Rity – budkę wróżki w przerobionym schowku gospodarczym w Kawiarni pod Kruszonką, czyli lokalu moich rodziców, państwa Kruszonków. Nie pytajcie.
Po tym, jak ciocia wróciła z podróży, podczas której, jak twierdzi, „szukała siebie” po rozwodzie, okazało się, że jej mieszkanie wciąż jest wynajęte. Ale teraz w końcu wróciła na swoje i, co najlepsze, zabrała ze sobą mojego szesnastoletniego kuzyna, Connora.
– Connor naprawdę się wyprowadził? – pyta Leila. – Trudno mi sobie wyobrazić wasz dom bez niego.
Mój kuzyn z obsesją na punkcie biznesu i planem podbicia rankingu Fortune 500 mieszkał z nami przez ostatnie sześć miesięcy. Spał na drugim łóżku polowym w maleńkim pokoju służącym rodzicom za biuro. (Jestem prawie pewna, że liczył, iż umiejętność prowadzenia firmy przeniknie do niego przez sen).
– Serio goooo nieee maaa! Chociaż w biurze wciąż daje Axem Black i chłopakiem. Poza tym widzę go codziennie, bo nadal pracuje w kawiarni.
– Poznałaś już jego siostrzyczkę? – Leila raz po raz zaciska i rozluźnia warkocz. Nie jestem pewna, co jeszcze chce z nim zrobić, a przecież już wygląda perfekcyjnie .
– Nie. Sam Connor wciąż ich nie odwiedził i totalnie się zaparł, a mama twierdzi, że nie możemy się wtrącać. Oczywiście poza momentami, kiedy sama to robi. Ale widziałam zdjęcia. Mała jest przesłodka!
Connor wyprowadził się od taty w akcie dramatycznego protestu, kiedy dowiedział się, że nowa dziewczyna jego ojca jest w ciąży. Jasne, rozumiem, że to poważna sprawa – Connor ma prawo czuć się odrzucony . Może myśli, że tata zakłada nową rodzinę , do której on już nie do końca należy. W końcu przez całe życie był jedynakiem i oczkiem w głowie rodziców, więc cała ta sprawa z nowym dzieckiem musiała mocno w niego
uderzyć.
Wiem, że sama nigdy tego nie doświadczę, i naprawdę bardzo mu współczuję. ALE . Jego siostrzyczka to taki uroczy bobas! Jak może się nią nie interesować?
– Przypomnisz mi, jak dali jej na imię? – Leila nakłada błyszczyk.
– Iriye. To jamajskie imię. Wujek Alan, tata Connora, i jego dziewczyna, Audrey, nazwali tak córeczkę na cześć swoich korzeni i babci Audrey. Oznacza „pokój” albo „harmonię”.
– Och, to słodkie. – Leila się szczerzy. – W irańskim jest wiele imion oznaczających „pokój” lub „harmonię”. Właściwie to podobne do Irene. Po irańsku znaczy „spokojna” albo może „palma”? Nie pamiętam. W każdym razie myślę, że imię mojej kuzynki Ariny też ma podobne znaczenie.
– Tak, to bardzo ładne imię – przyznaję. – Choć w sytuacji, kiedy Connorowi daleko do osiągnięcia harmonii (oczywiście ma do tego powody), wydaje się nieco nietrafne. Ale po zdjęciach widać, że to cudowna dziewczynka. Jej pojawienie się to szansa na nowy początek.
A skoro już mowa o nowych początkach, to ostatnio naprawdę sporo się wydarzyło.
Przez kłopoty finansowe kawiarni i widmo bankructwa cała rodzina była w kiepskiej formie. Na szczęście udało nam się uniknąć katastrofy. Zjednoczyliśmy siły i wymyśliliśmy mnóstwo sposobów na
podreperowanie budżetu,
jedne bardziej szalone od drugich. Wieczorki poetyckie, przebieranie się za rożki lodowe, firmowe wypieki i jednoosobowy show mojej siostry Stacey o Jane Austen pomogły nam wyjść z dołka.
Ciekawostka, choć może raczej ostrzeżenie – gdy zaczynasz zalegać z płatnościami, rachunki przychodzą już nie czarnym, a czerwonym drukiem. Podobno ma to na celu wzbudzenie strachu, bo czerwień kojarzy się z zagrożeniem, ale przecież to też kolor miłości. Banki mają ewidentny problem z przekazem.
– Cóż za optymizm – zauważa Leila z rozbawieniem.
– Jestem naprawdę pozytywnie nastawiona – przyznaję.
Napawam się luksusem posiadania własnego pokoju, rozkoszuję się własną przestrzenią wolną od zapachu kadzideł i plam po hennie. Nic nie ugasi mojej
chęci do życia –
nawet dobiegający zza okna ryk klaksonów.
– To nowa ja – oznajmiam. – Podchodzę do wszystkiego z otwartą głową. Czuję, że znów jestem starą, pełną nadziei wersją Hope. To będzie mój tydzień.
– Cieszę się, naprawdę. – Leila uśmiecha się do mnie szeroko.
– Będę zupełnie normalna. Żadnych
rodzinnych dram.
Luzik.
– Tylko nie przesadź z tą normalnością.
– Ten tydzień należy do mnie – powtarzam. – I uchwalam go tygodniem normalności.
– Czekaj, co to za hałas? Słyszysz?
– Klaksony samochodów?
– Tak, co tam się dzieje?
– Uhm... – Teraz, gdy Leila to mówi, faktycznie, na ulicy trąbią bardziej niż zwykle.
Klaksony, jakieś wrzaski... Dziwne.
– To pewnie nic takiego – stwierdzam. – Wiedziałaś, że najdłuższy korek w historii wydarzył się w Chinach, w dwa tysiące dziesiątym roku? Ciągnął się przez jakieś sto kilometrów i trwał dwanaście dni!
– Nie ściemniaj.
– To prawda. Wygoogluj to sobie. Tysiące ludzi tkwiło tam przez długi czas.
– To brzmi strasznie.
– Dokładnie – rzucam radośnie. – Dlatego cokolwiek dzieje się na ulicy, to na pewno nic wielkiego.
– No nie wiem. – Leila nie jest przekonana. – Skoro nawet ja to słyszę, musi tam być całkiem grubo.
Podchodzę do okna.
– Jakiś tir rozładowuje paczki – relacjonuję. – Dużo większy niż dostawczaki, które do nas przyjeżdżają. To dość wąska ulica, więc teraz ruch jest zablokowany w obie strony. To chyba… och!
– Co?
– To chyba jednak dostawa do naszej kawiarni. Ale to nie ma sensu. Zaczekaj, nie rozłączaj się.
Zbiegam po wąskich schodach, które (teoretycznie) oddzielają nasz dom od miejsca pracy. Cudem omijam odkurzacz pułapkę (trzymamy go teraz przy wejściu na schody, bo schowek zmienił się w
Wyrocznię Rity).
Wystukuję kod i wpadam prosto w ciepłe światło i apetyczne zapachy Kawiarni pod Kruszonką. Nigdy wcześniej nie widziałam tu takiego zamieszania i uwierzcie mi, wiem, co mówię. Niedawno kawiarnię wypełnił tłum klientów żądających lodów, których (jeszcze wtedy) nawet nie mieliśmy w ofercie. Innym razem zmywarka postanowiła pluć pianą na wszystkie strony. A genialny pomysł Stacey, na który wpadła w ostatnie Halloween? Uznała, że suchy lód „ doda wnętrzu klimatu ”. Skończyło się na tym, że przez gęstą mgłę klienci nic nie widzieli. Pewna starsza pani przypadkowo zjadła sconesa swojego męża, a potem narzekała, że to przez panujące tu warunki, i musieliśmy dać im jeszcze jedną bułeczkę na koszt firmy.
Wracając do tematu – w kawiarni gwar uliczny wydaje się znacznie głośniejszy.
Jakiś mężczyzna, którego zupełnie nie kojarzę, wnosi do środka pudła – najwyraźniej dość ciężkie. W lokalu nie ma zbyt wiele miejsca, więc ustawia je jedno na drugim, na każdym wolnym skrawku podłogi, między stolikami zajętymi przez zdziwionych klientów.
– Nieeeeeeeee! –
wyje mama do kartki, którą pokazuje jej inny mężczyzna. – Nie, nie, nie, nie, nie! Och, nieeeeeeee! – Chowa twarz w dłoniach.
Ostrożnie obchodzę stos chwiejących się pudeł i podchodzę do niej.
– Co się stało, mamo? – pytam.
– Zamówiłam za dużo fasoli! – jęczy. – To niemożliwe! Ja nie robię takich rzeczy! Nigdy się nie mylę . Jak to się stało?
Dokładnie wtedy w drzwiach wejściowych pojawia się wujek Alan z malutką Iriye w nosidełku zawieszonym na jego piersi. Najwyraźniej znudziło mu się czekanie, aż Connor się ogarnie, więc postanowił działać i zaskoczyć go w pracy.
Gdy tylko mój kuzyn dostrzega swego ojca, jak piorun wystrzela za próg kawiarni na tłoczną ulicę, wciąż trzymając w jednej ręce panini z mozzarellą.
Przez sekundę wszyscy stoją
jak wryci,
aż nagle facet w roboczym kombinezonie hydraulika podnosi się i pyta:
– To była moja kanapka?
Okej. To oficjalnie najbardziej chaotyczna scena, jaką kiedykolwiek widziałam w tej kawiarni.
Wtedy słyszę z telefonu cichutki głos Leili:
– Hope? Hope?
– Widzisz to? – Kieruję obiektyw na stosy kartonów, zdezorientowanego hydraulika, wujka Alana ze śpiącym niemowlakiem na klacie i mamę przeszywającą wzrokiem fakturę za fasolę. Potem podnoszę telefon do twarzy i patrzę na przyjaciółkę.
– To chyba jednak nie będzie twój tydzień – zauważa Leila.
– Nie wytrzymałam nawet jednego dnia – przyznaję.
Czuję, jak cały optymizm, który dopiero odzyskałam, zaczyna się powoli ulatniać jak z przebitej opony.
Nieeee, myślę i czuję, że mam już tego po kokardę.
Nie! To nie fair. Nie! Nie zgadzam się!
Koniec z tym.
To nie mój problem.
Trzymam się planu, który ustaliłyśmy z Leilą.
Nie mój cyrk i nie moje małpy. No dobra, dzięki tym małpom mam co jeść i gdzie spać, ale tym razem nie dam się wciągnąć w ten chaos. Wychodzę.
– To na razie, mamo – rzucam radośnie i kieruję się w stronę drzwi. – Wychodzę do kina.
– Zaraz, co? – Mama z niedowierzaniem potrząsa głowa.
– Jestem normalna! – wrzeszczę przez ramię na całą kawiarnię.