Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Cena milczenia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 września 2026
24,99
2499 pkt
punktów Virtualo

Cena milczenia - ebook

Jakub ma wszystko: udane małżeństwo, spokojne życie i kobietę, której ufa bezgranicznie. Wystarczy jednak jedno spotkanie ze starym znajomym, jedna prowokacyjna propozycja i jedno zdjęcie, by jego idealny świat zaczął rozpadać się na kawałki. To, co początkowo wygląda na niebezpieczną grę pożądania, szybko zamienia się w misternie zaplanowaną manipulację, w której każdy skrywa własne tajemnice. „Cena milczenia” to mroczna, zmysłowa opowieść o zdradzie, obsesji i zemście. Bo czasem poznanie prawdy kosztuje znacznie więcej niż życie w kłamstwie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

JAKUB

Mówią, że po dziesięciu latach w małżeństwie ogień naturalnie przygasa, ustępując miejsca przewidywalnej rutynie, cichej symbiozie i powszedniości, która z czasem staje się przeźroczysta. U nas to nie działało w ten sposób. Mieliśmy z Asią po czterdzieści cztery lata, piętnastoletni staż małżeński pod jednym dachem i wciąż ten sam rodzaj nieuchwytnego, zmysłowego napięcia, który sprawiał, że powrót do domu po ciężkim dniu nie był po prostu powrotem pod znany adres – był powrotem do własnego, zamkniętego świata.

Pracuję jako programista. Moja codzienność to struktury danych, logika, szukanie błędów w tysiącach linijek kodu i porządkowanie chaotycznej rzeczywistości za pomocą ciągów znaków na ekranie monitora. Jestem człowiekiem analitycznym. Lubię, gdy rzeczy mają swoje logiczne uzasadnienie, gdy czyny wynikają z przyczyn, a skutki są przewidywalne. Może właśnie dlatego moje życie z Asią było dla mnie czymś w rodzaju absolutnego fenomenu – czymś, czego nie potrafiłem i nawet nie chciałem poddawać chłodnej analizie.

Brak dzieci był naszą wspólną, przemyślaną decyzją, podjętą jeszcze w pierwszych latach po ślubie. Zamiast budować rodzinę opartą na klasycznym schemacie, zainwestowaliśmy całą naszą uwagę, czas i emocje w siebie nawzajem. Nasze mieszkanie – jasne, przestronne, pełne naturalnego drewna, miękkich tkanin i ciepłego światła – było naszą twierdzą.

Tamtego poranka, tuż przed moim wyjazdem do Gdańska, słońce ledwie przebijało się przez rolety w sypialni, kładąc na parkiecie długie, złote smugi. Leżałem na plecach, słuchając miarowego oddechu Asi. Spała na boku, bokiem do mnie, z ramieniem opartym na mojej klatce piersiowej. Jej ciemne, lekko falowane włosy rozsypały się na poduszce, pachnąc słodko czereśniowym szamponem i ciepłem skóry po całej nocy.

Przesunąłem dłonią po jej plecach, wzdłuż linii kręgosłupa, aż do biodra. Asia poruszyła się cicho, wydając z siebie ten cichy, mruczący dźwięk, który zawsze wydawała, gdy wybudzała się ze snu.

– Która godzina? – zapytała cicho, nie otwierając oczu, i przytuliła się mocniej, opierając podbródek na moim ramieniu.

– Siódma – odpowiedziałem, gładząc ją po ramieniu. – Pociąg mam o dziesiątej.

– Nie jedź – mruknęła z uśmiechem, wsuwając colę między moje uda i całując mnie w szyję, tuż pod linią szczęki. Poczucie jej ust, gorących i wilgotnych, natychmiast wywołało u mnie dobrze znany dreszcz.

Nasza intymność nigdy nie była obowiązkiem ani kwestią kalendarza. Była żywa. Nawet po piętnastu latach potrafiliśmy spędzić niedzielne popołudnie w łóżku, rozmawiając, kochając się bez pośpiechu i znowu rozmawiając. Znałem każdy pieprzyk na jej ciele, każdy reakcję na mój dotyk, każdy głęboki wdech przed orgazmem. A jednak za każdym razem miałem wrażenie, że odkrywam w niej coś nowego.

Otworzyła oczy – ciemnobrązowe, przytomne, patrzące na mnie z tą niezwykłą mieszanką czułości i pożądania, która zawsze zwalała mnie z nóg. Przewróciła mnie na plecy, wspinając się na mnie bez pośpiechu. Jej dłonie wsunęły się pod moją koszulkę, palce chłodnymi opuszkami przesunęły się po moim brzuchu.

– Zostajesz sam na weekend z jakimś kolegą z podstawówki, o którym nie słyszałam od dwudziestu lat – powiedziała z rozbawieniem, nachylając się nade mną tak niskim głosem, że jej wargi niemal dotykały moich ust. – Jak ja sobie poradzę bez ciebie przez dwie noce?

– Dobre pytanie – uśmiechnąłem się, chwytając ją za biodra i przyciągając bliżej do siebie. – Andrzej odezwał się znikąd trzy dni temu. Napisał, że jest w Gdańsku na stałe, prowadzi jakieś interesy i chce strzelić piwo, powspominać stare czasy. W sumie sam jestem ciekawy, co z niego wyrosło. W podstawówce był tym typem, który zawsze kombinował.

– Tylko nie daj się wciągnąć w żadne jego głupie pomysły – szepnęła, po czym złożyła na moich ustach powolny, głęboki pocałunek.

Jej język wślizgnął się do moich ust, a ręka zeszła niżej, zsuwając ze mnie bawełniane bokserki. Pozwoliłem jej na to, wsuwając dłonie pod jej koszulkę i pnąc się palcami po jej gładkich plecach, aż do zapięcia stanika. Jednym sprawnym ruchem uwolniłem jej piersi. Były pełne, jędrne, z sutkami stwardniałymi od pieszczot i porannego chłodu sypialni. Gdy zacząłem je ugniatać i gładzić kciukami ich obwódki, Asia wypuściła z ust długi, drżący jęk, unosząc biodra.

Zsunęła ze siebie majtki i usiadła na mnie okrakiem. Widok jej ciała w płomieniach porannego światła – jej uniesionej klatki piersiowej, pofalowanych włosów opadających na ramiona i wilgotnego, otwartego łona – sprawił, że skroń otoczył mi puls głębokiego pożądania. Chwyciłem ją za pośladki, ułatwiając jej ruch, gdy powoli opuszczała się na mój twardy członek.

Weszła we mnie do samego końca, wydając cichy, zmysłowy okrzyk. Jej pochwa była gorąca, ciasna i maksymalnie wilgotna. Przez moment zastygła bez ruchu, zaciskając wokół mnie mięśnie i opierając dłonie na mojej klatce piersiowej. Widziałem, jak przymyka oczy, a na jej szyi występuje delikatny rumieniec.

– Boże, Jakub… – krzyknęła, zaczynając powolny, kolisty ruch biodrami.

Rytm, który narzuciła, był hipnotyzujący. Każde jej opuszczenie się na mnie, każdy głęboki pchnięty ruch sprawiał, że fale czystej przyjemności rozchodziły się od dołu kręgosłupa aż po czubek głowy. Chwyciłem ją mocniej za biodra, przejmując inicjatywę. Nadawałem tempo, unosząc biodra do góry i uderzając w nią głęboko, precyzyjnie, z siłą, którą tak uwielbiała.

Asia odchyliła głowę do tyłu. Jej oddech stał się urywany, a dłonie wpięły się w moje ramiona, zostawiając czerwone ślady od paznokci. Czule gładziłem jej brzuch, przesuwając palce w dół, by odnaleźć jej łechtaczkę. Gdy zacząłem ją rytmicznie pocierać w takcie moich pchnięć, jej ciało spięło się w gwałtownym skurczu.

– Teraz… Jakub, prosimy… – wykrztusiła, przyspieszając ruchy.

Skurcze jej pochwy zacisnęły się na mnie z niesamowitą siłą. Jej orgazm wywołał moją własną falę – potężną, nie do powstrzymania. Złapałem ją za talie, przyciągnąłem najgłębiej, jak się dało, i wyładowałem się w niej powtarzalnymi, dorywczymi uderzeniami, oddając jej wszystko, co miałem. Asia opadła na moją klatkę piersiową, ciężka, rozgrzana, dysząca mi w szyję, gdy oboje dochodziliśmy do siebie w ciszy poranka.

Leżeliśmy tak przez długie minuty, złączeni, czując miarowe bicie naszych serc. To był nasz mikrokosmos. Pełna harmonia ciała i umysłu, w której żaden fałsz nie miał prawa istnieć.A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Godzinę później stałem już w przedpokoju z niewielką torbą podróżną zapakowaną na dwa dni. Asia poprawiła kołnierz mojej kurtki, wznosząc się na palcach, by znowu mnie pocałować.

– Zadzwoń, jak dojedziesz i jak zameldujesz się w hotelu – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. – I dbaj o siebie.

– Zawsze – odpowiedziałem, całując ją w czoło.

Gdy drzwi mieszkania zamknęły się za mną ze stukotem zamka, zjechałem windą na dół i ruszyłem w stronę dworca. Dzień był chłodny, ze znoszonym, listopadowym wiatrem i ołowianym niebem, które zwiastowało deszcz. Na peronie włożyłem słuchawki, odpaliłem ulubioną playlistę i wsiadłem do pociągu relacji Warszawa – Gdańsk Główny.

W starym przedziale Intercity, przy miarowym stukocie kół o szyny, wyciągnąłem laptopa, ale zamiast pisać kod, łapałem się na tym, że wyglądam przez okno na rozmazany krajobraz polskiej prowincji. Myślałem o Asi. O jej zapachu, o sposobie, w jaki się uśmiechała, gdy piła poranną kawę, i o tym, jak niesamowite miałem szczęście.

Myślałem też o Andrzeju. Znaliśmy się w czasach, kiedy świat mierzyło się długością przerw między lekcjami i liczbą strzelonych bramek na szkolnym boisku. Potem nasze drogi rozeszły się całkowicie. Ja poszedłem na studia informatyczne, on – z tego co kojarzyłem ze słyszenia – szybko wszedł w biznesy, zarabiał pieniądze, zmieniał miasta. Co mogło nas jeszcze łączyć po ponad dwudziestu latach? Zwykła nostalgia? Chęć pochwalenia się sukcesami przy szklance dobrej whisky?

Pociąg wtoczył się na stację Gdańsk Główny dokładnie o czternastej trzydzieści. Chłodne, morskie powietrze uderzyło we mnie od razu po wyjściu z wagonu. Powietrze pachniało solą, wilgocią i czymś nieokreślonym, co zawsze kojarzyło mi się z wybrzeżem. Udałem się bezpośrednio do małego, kameralnego hotelu usytuowanego niedaleko Długiego Targu, gdzie zarezerwowałem pokój na weekend.

Po rozpakowaniu torby i krótkim prysznicu wyciągnąłem telefon. Napisałem krótki SMS do Asi: _„Jestem na miejscu. Pokój czysty, widok na dach sąsiedniej kamienicy. Tęsknię już. Cmok.”_

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: _„Ja też. Baw się dobrze z kolegą, ale pamiętaj, że wracasz do mnie w niedzielę. Twoja A.”_

Uśmiechnąłem się do ekranu. Chwilę później na szyfrowanym komunikatorze pojawiła się wiadomość od Andrzeja: _„Siemanko Jakub! Mam nadzieję, że dotarłeś. Widzimy się o 19:00 w pubie na Chlebnickiej. Rezerwacja na moje imię. Bądź na czas, mam dla nas świetny stolik w głębi.”_

Odpisałem zwięźle: _„Będę.”_

Zostawiłem telefon na szafce nocnej, usiadłem na brzegu łóżka i spojrzałem przez okno na szarzejące niebo nad Gdańskiem. Czułem ekscytację związaną ze spotkaniem starego znajomego, ale gdzieś na samym dnie mojej podświadomości pojawił się nieuchwytny, cichy niepokój. Rozsądek podpowiadał mi, że to tylko męski wieczór przy piwie i wspomnieniach.

Nie miałem jednak pojęcia, że przekraczając próg tego gdańskiego lokalu za kilka godzin, zostawię swoje dotychczasowe, idealne życie za sobą raz na zawsze.2

ANDRZEJ

Wieczór w Gdańsku nadszedł szybko, jakby ktoś po prostu nakrył miasto ciężkim, wilgotnym całunem z chmur i mgły roztaczającej się od strony Motławy. Wybrałem pójście pieszo. Mój hotel leżał zaledwie kawałek od ulicy Chlebnickiej, ale spacer po brukowanych, wąskich uliczkach Głównego Miasta pomógł mi nieco poukładać myśli.

Mroźny, jesienny wiatr smagał twarz, niosąc ze sobą zapach słonej wody, starego drewna i palonego w odległych piecach węgla. Zabytkowe kamienice z wąskimi fasadami i misternie zdobionymi rzygaczami wyglądały w tym półmroku niesamowicie – dostojnie, ale zarazem niemal złowrogo. Latarnie rzucały na mokry bruk długie, żółtawe cienie. Włożyłem dłonie w kieszenie płaszcza, wsłuchując się w echa własnych kroków. Od czasu do czasu mijała mnie jakaś para lub grupka turystów, lecz im głębiej wchodziłem w boczne uliczki, tym bardziej miasto wydawało się opustoszałe.

Pub, w którym umówił się ze mną Andrzej, mieścił się w piwnicy jednej z XIV-wiecznych kamienic. Nad masywnymi, dębowymi drzwiami wisiał ciężki, mosiężny szyld, delikatnie skrzypiący na wietrze. Zszedłem po stromych, kamiennych stopniach w dół.

Gdy pchnąłem drzwi, uderzyła we mnie fala ciepła, zapach chmielu, dojrzałego drewna, fajkowego tytoniu i whisky. Wnętrze było mroczne, utrzymane w surowym, industrialno-historycznym stylu: ceglane sklepienia łukowe, niskie mosiężne lampy rzucające cieple, dyskretne światło oraz ciężkie, meble z ciemnego dębu. W lokalu panował cichy gwar, w tle sączył się niespieszny, leniwy jazz.

Rozejrzałem się po sali. W najdalszym kącie, przy okrągłym stole osłoniętym masywnym filarem z surowej cegły, dostrzegłem mężczyznę.

Andrzej.

Nawet po ponad dwudziestu latach rozpoznałem go bez trudu, choć czas oczywiście zrobił swoje. Z chłopaka o skłonnościach do bójki i wyciągniętej bluzie z kapturem nie zostało nic. Siedział ze szklanką ciemnego trunku w dłoni, ubrany w doskonale skrojony, ciemnoszary sweter z golfem i drogą, skórzaną kurtkę niedbale przerzuconą przez oparcie krzesła. Miał krótkie, równo przycięte włosy przetykane już wyraźną siwizną przy skroniach i ostry, męski profil. Na jego prawym nadgarstku błysnął duży, masywny zegarek na stalowej bransolecie.

Gdy zauważył mnie wchodzącego między stoliki, na jego twarzy pojawił się szeroki, nieco cyniczny uśmiech. Wstał niespiesznie. Był wysoki, szeroki w barach – widać było, że spędza sporo czasu na siłowni lub dba o tężyznę fizyczną.

– Jakub! Kawał czasu, bracie! – zawołał, podchodząc i ściskając moją dłoń. Jego uścisk był twardy, pewny siebie, niemal demonstracyjny.

– Cześć, Andrzej. Trudno uwierzyć, że minęły ponad dwie dekady – odpowiedziałem, siadając po drugiej stronie dębowego stołu.

– Czas leci, a my się nie starzejemy, tylko robimy się drożsi – zarechotał, dając znak kelnerowi, który pojawił się przy naszym stoliku niemal natychmiast. – Co pijesz? Mają tu genialną szkocką, dziesięcioletnią, lekko torfową. Albo rzemieślnicze pstrągi z browaru miejskiego.

– Wezmę whisky. Czystą, z jedną kostką lodu – odparłem.

– Dwa razy to samo – Andrzej rzucił kelnerowi krótkie spojrzenie i oparł się wygodnie na krześle, mrużąc oczy i przyglądając mi się uważnie, jakby oceniał stan techniczny używanego samochodu. – No powiem ci, wygląda na to, że życie ci służy. Nic się nie zmieniłeś, może parę zmarszczek wokół oczu. Słyszałem, że poszedłeś w branżę IT?

– Tak, pracuję jako architekt oprogramowania. Kod, systemy, bazy danych. Spokojna, analityczna praca.

– Kod… No tak, zawsze miałeś ten swój ścisły umysł. Chłodna głowa, porządek w papierach, układanie klocków. Ja to bym się wykończył przy biurku. Ja muszę mieć ruch, ryzyko, żywy pieniądz.

Przez pierwsze pół godziny nasza rozmowa toczyła się w stosunkowo bezpiecznym, klasycznym dla starych znajomych rytmie. Kelner przyniósł dwie ciężkie, kryształowe szklanki wypełnione bursztynowym płynem. Piliśmy niespiesznie, wspominając nauczycieli z podstawówki, dawne mecze piłki nożnej na betonowym boisku szkolnym i kumpli, z którymi urwał się kontakt. Andrzej opowiadał o swoich interesach w Gdańsku – obracał nieruchomościami, inwestował w lokale komercyjne i grunty na wybrzeżu. Mówił o pieniądzach z dużą swobodą, niemal ostentacyjnie, jak człowiek, który przyzwyczaił się do tego, że wszystko można kupić lub przeliczyć na konkretną wartość.

Jednak z każdą kolejną szklanką whisky atmosfera przy stoliku zaczęła delikatnie mętnieć. Alkohol zrównoważył pierwsze skrępowanie, ale u Andrzeja wyzwolił coś innego – drapieżną, bezpośrednią ciekawość.

– No dobrze, Jakub, a jak tam sprawy prywatne? – zapytał nagle, wychylając mocny łyk alkoholu i opierając łokcie na stole. Nachylił się w moją stronę. – Żona, dzieci? Pamiętam, że w liceum miałeś powodzenie, ale zawsze byłeś stały w uczuciach.

– Żonaty od piętnastu lat. Asia – odpowiedziałem z uśmiechem, czując ciepło na myśl o żonie. – Dzieci nie mamy. To był nasz wspólny wybór. Żyjemy po swojemu, podróżujemy, cieszymy się sobą.

– Piętnaście lat? Bez dzieci? – Andrzej uniósł brwi w wyrazie szczerego, choć lekko kpiącego zdziwienia. – I co, dalej ten sam ogień? Nie nudzi ci się?

Pytanie było na tyle bezpośrednie, że zbiło mnie z tropu. Wychowałem się w kulturowej powściągliwości, gdzie pytania o małżeńską rutynę czy pożycie seksualne po prostu nie padają z ust człowieka, którego nie widziało się dwie dekady.

– Nie nudzi mi się – odpowiedziałem chłodno, stawiając szklankę na drewnianym blacie. – Mamy świetną relację. Pod każdym względem. Zarówno emocjonalnym, jak i fizycznym. Szczerze mówiąc, z biegiem lat jest chyba nawet lepiej niż na początku.

Andrzej uśmiechnął się pod nosem, ale jego oczy pozostały zimne, uważne. Przechylił głowę na bok.

– Lepiej? Po piętnastu latach? Wybacz, stary, ale brzmisz jak z podręcznika psychologii dla naiwnych. Ludzkie ciało potrzebuje nowości, dreszczu emocji, zakazanego owocu. Testosteron nie oszaleje od patrzenia na tę samą kobietę przez piętnaście tysięcy nocy z rzędu. Choćby była nie wiadomo jak piękna.

– To zależy od tego, co potrafisz z tą kobietą zbudować – odparłem lekko spięty. – Nie każdy potrzebuje ciągłych zmian, żeby czuć ekscytację.

– Może. A może po prostu nie znasz alternatyw – odparł cicho Andrzej, machając na kelnera i zamawiając kolejną kolejkę. – Widzisz, ja i moja żona, Janina… my podchodzimy do tego całkowicie inaczej. Żadnych tematów tabu, żadnej hipokryzji.

Zatrzymałem wzrok na jego twarzy. Sposób, w jaki wypowiedział imię swojej żony, miał w sobie dziwną, ciężką nutę.

– Co masz na myśli? – zapytałem.

– Mam na myśli to, że zaufanie w związku nie polega na zamykaniu się w złotej klatce monogamii – powiedział Andrzej, a w jego głosie pojawił się powolny, niemal hipnotyczny ton. – Janina jest piękna. Cholernie pociągająca. Ma w sobie coś drapieżnego, co sprawia, że faceci obejmują się za nią na ulicy. Prowadzimy otwartą grę. Oboje lubimy przekraczać granice, które dla większości ludzi są nie do pomyślenia.

Spoglądałem na niego, czując lekki opór i narastające zmieszanie. Alkohol zaczynał lekko szumieć mi w głowie, ale mój analityczny umysł pracował na pełnych obrotach, próbując wyczuć, do czego Andrzej zmierza.

– Nie oceniam – rzuciłem powściągliwie. – Każdy żyje tak, jak chce. Ale to nie nasz świat.

– Naprawdę? – Andrzej uśmiechnął się szerzej, opierając się na oparciu krzesła i bębniąc palcami o blat stołu w rytm sączącego się z głośników jazzu. – Nigdy nie fantazjowałeś o innej kobiecie? O kimś całkowicie obcym? O seksie bez zobowiązań, bez całej tej uczuciowej otoczki, purpurowych świec i deklaracji miłości? Tylko czyste, zwierzęce pożądanie, przełamanie wstydu?

Jego pytania zaczynały przekraczać granicę zwykłej rozmowy towarzyskiej. Robiło się duszno. W lokalu zrobiło się jakby ciemniej, a zapach torfowej whisky stał się wręcz przytłaczający.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij