Cena milczenia - ebook
Każda rodzina ma swoje tajemnice.
Niektórzy są gotowi zabić, by ich strzec.
Kiedy Nika zaczyna poznawać kolejne sekrety swoich najbliższych, szybko przekonuje się, że kłamstwo jest walutą, manipulacja w tym świecie to codzienność, a prawda potrafi zabijać. Lista osób, którym może zaufać, z każdym kolejnym odkryciem staje się coraz krótsza. Bo największe zagrożenie czai się tam, gdzie powinno być najbezpieczniej – we własnym domu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-67308-72-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Salę wypełniły brawa i wiwaty. Ten dźwięk zdawał się przenikać mnie na wskroś. Chłonęłam go spragniona pochwały i uwagi. Kłaniałam się jak pozostali aktorzy, ciesząc się z zachwytu publiczności. Nadal ciężko oddychający i zmęczeni uśmiechaliśmy się do siebie wzruszeni tym miłym przyjęciem. Dzisiaj wystawialiśmy nowy musical, więc głowę każdego z nas zaprzątało to samo: czy to będzie kolejny sukces, czy tym razem nie spełnimy oczekiwań?
Obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione. Skradliśmy serca jak zawsze.
Byłam na fali. Podziwiana, uwielbiana, ale… niestety nie trwało to długo. Wystarczyło zerknąć na spojrzenia ludzi w pierwszym rzędzie. Wszystkie utkwione były w Cass. Nikt nie patrzył na mnie. Nikt. W tym momencie po raz kolejny uderzyło mnie to uwierające poczucie, że moja niewielka rola nie przyczyniła się do poruszenia u widzów. To zasługa Cass. To ona, gwiazda wieczoru, była uwielbiana, nie ja.
Po wielu ukłonach zbiegliśmy ze sceny. Zaczęły się uściski, gratulacje, słowa uznania wymieniane między obsadą pierwszoplanową i technikami pracującymi za kulisami. Oczywiście wszystkie achy i ochy leciały w jednym kierunku.
– Rany, Cass, jak na to wpadłaś, żeby rzucić się na kolana? Przecież nie ćwiczyliśmy tego na próbach.
– Nie wiem, to pod wpływem emocji – odparła, uśmiechając się w ten swój uroczy sposób.
Zerkałam na nią, ale w przeciwieństwie do pozostałych nie czułam podziwu – najwyżej zdumienie. Jak Cassandra przebiła się do teatru z tak przeciętnym talentem? Z jej C6 powinna śpiewać w chórze, a nie w teatrze. Już kilka razy udowodniłam, że potrafię utrzymać E7, ale to nikogo nie obchodziło. Dlaczego? Dlatego, że nie miałam urody Cass, nie miałam jej daru kokietowania ani tym bardziej figury. Teraz, jak się okazywało, do wyjątkowych cech Cass dochodziła jeszcze umiejętność improwizacji.
– Jak padłaś na kolana, to ja wstrzymałam oddech. Byłam tak zdumiona, że przez sekundę nie wiedziałam, co robić – piała z zachwytu jedna z aktorek, Meryl.
– O to chodziło – podkreśliła dumna z siebie Cass. – Wasze miny dodały wiarygodności. To było takie… takie…
– Piękne!
– Naturalne!
– Jezu, jaka ty jesteś dobra!
– Najlepsza!
– Nie wiem, jak byśmy bez ciebie pociągnęli ten spektakl.
Wyobrażałam sobie, jak jutro podczas występu pada na kolana, ale pęka pod nią deska. Albo jeszcze lepiej! Jak wystający z deski gwóźdź wbija się jej w kolano. Jak przytłoczona bólem nie jest w stanie grać dalej, a przedstawienie zostaje przerwane. Jak publiczność ją wygwizduje, bo przecież nie wiedziałaby od razu, co jest powodem opuszczenia kurtyny. Już widziałam te nagłówki: „Cassandra Wallace kończy karierę z powodu kontuzji kolana. Kto zajmie jej miejsce?”.
– Gratulacje, Abby!
Zerknęłam w stronę źródła głosu. Oczywiście to Cass do mnie podeszła.
– Yyy, dzięki i… wzajemnie – wyjąkałam.
Burza jej sprężystych rudych loków podskakiwała, kiedy dziewczyna się obejrzała, żeby przyjąć od kogoś pochwałę czy uścisk. Nawet te włosy mnie wkurzały. Były lśniące i zdrowe. To niemożliwe, aby miała naturalnie takie piękne loki. Doczepiła je albo zrobiła jakiś zabieg, może nawet wkładała perukę. Przecież nikt nie może się pochwalić tak idealnymi włosami! Aż mnie korciło, żeby za nie pociągnąć, tak jak się demaskuje świętego mikołaja podczas tych durnych spotkań, na których dorośli oszukują dzieci. Każdy wie, że to ściema. Tak jak w jej przypadku. Na pewno jest łysa.
– O czym tak intensywnie myślisz?
– Ach… nieważne. – Machnęłam ręką. – Wiesz, jakie to są emocje.
– Miałaś taki nieodgadniony wyraz twarzy – ciągnęła, zamiast odpuścić.
Gdyby wiedziała, czego jej życzyłam, zdziwiłaby się, że nie wszyscy ją tutaj kochają.
– Zastanawiałam się, co o nas napiszą krytycy – skłamałam. – Szukałam w głowie jakichś pomyłek, wiesz… źle zaśpiewanego tekstu, zbyt mało uczucia w głosie i takie tam niedociągnięcia.
– Nie przejmuj się. – Przytuliła mnie krótko. – Byliśmy zajebiści!
Podszedł do nas Garrett.
– To dla ciebie. – Wręczył Cass prezent. – Widziałem, że ktoś jeszcze szedł z upominkiem, więc spodziewaj się kolejnego.
– Nie żartuj! – Udała zaskoczoną, oglądając paczkę. Byłam ciekawa, co dostała.
Otworzyła ją przy nas, bo oczywiście lubiła się chwalić. Uwielbiała epatować swoją przeciętnością nagradzaną tak, jakby umiała więcej niż my.
– Och, mój Boże. – Dotknęła dłonią ust i odwróciła pudełko w naszą stronę.
Zobaczyliśmy złoty naszyjnik z rudym kamieniem. Cudowny. Nie, co ja mówię? Idealny niczym dzieło sztuki. Nigdy nie miałam niczego choćby w jednym procencie tak pięknego i wartościowego.
– Włożyć? – zapytała, jakby zostawiała nam decyzję, czy ten prezent jest wart uwagi Cassandry Wallace.
Uśmiechnęłam się sztucznie.
– Pozwól, że ci pomogę. – Garrett mnie uprzedził i przejął od niej kosztowną biżuterię.
Cass zgarnęła loki, przerzuciła je przez ramię i odwróciła się do nas tyłem. Kolega z zespołu zapinał jej naszyjnik, a ja pomyślałam o kobietach, które kiedyś ginęły w publicznych egzekucjach. Kładziono na pieńku albo zakuwano w dyby ich długie szyje z alabastrową skórą, a następnie przecinał je kat. Potem głowa takiej piękności staczała się pod nogi ludu.Nowe spektakle są grane przez cały weekend. Sala każdego dnia jest wypełniona po brzegi, a bilety – wyprzedane na długo przed występem. I choć premiera odbywa się przeważnie w piątek, to dopiero w niedzielę możemy zaprosić nasze rodziny. Zazwyczaj otrzymujemy najgorsze miejsca, gdzieś z tyłu, gdzie możemy ulokować bliskich, żeby coś widzieli, ale nie zajmowali najdroższych siedzeń. W moim przypadku zawsze jest tak samo, bo nie dostaję wystarczająco dużo zaproszeń, aby starczyło dla wszystkich członków naszej licznej familii. Ktoś musi rezygnować, ktoś inny płaci, jeszcze inny czeka na koniec sezonu, kiedy jest szansa na tańsze bilety bliżej sceny. W każdym razie to bolączka większości artystów w naszym teatrze. Poza jedną osobą. Cass. Ona regularnie prosi tylko o jeden bilet – dla chłopaka. Jakiś czas temu był to niesamowicie przystojny mężczyzna, który wyglądał tak, jakby przyjechał prosto ze spotkania najważniejszych bankierów na świecie. Później zerwali. Całkiem niedawno pojawił się kolejny. W trakcie dwóch lat grania w teatrze ta niezwykle urodziwa kobieta wydawała się stała w uczuciach. Koledzy z teatru tak ją adorowali, jakby to była szkoła średnia. Flirtowali z nią, prawili jej komplementy, pomagali z kostiumami, a ona konsekwentnie trzymała ich na dystans. Odbierałam to jako prztyczek w nos, bo z pewnością miała się za lepszą. Oni zaś wcale tego nie widzieli. Przeciwnie – chwalili ją za lojalność. W ogóle, ale to w ogóle nie dopatrywali się niczego złego. Zresztą Cass dla wszystkich była jak święta, cokolwiek zrobiła. Mogłaby nasrać na środku garderoby, a jej kał zostałby okrzyknięty dziełem sztuki. Jeszcze by sobie selfiki z nim robili.
Podejrzewałam, że pracuje w teatrze dzięki znajomościom. Albo miała jakiegoś ważniaka w rodzinie, albo… przespała się z jakimś decydentem. Na pewno nie dostałaby angażu, gdyby oceniano ją na podstawie umiejętności. Szukałam więc potwierdzenia swoich domysłów. W sumie nie wiedziałam dlaczego. Może chciałam poczuć ulgę, że osiągnęła coś oszustwem? Może potrzebowałam czegoś, co mogłoby ją zdemaskować? Niemożliwe, aby nikogo – poza mną oczywiście – nie szokowała jej obecność tutaj.
Po niedzielnym spektaklu zaprosiliśmy bliskich za kulisy. To taki moment, kiedy możemy im nieco przybliżyć swoją pasję. Pokazujemy im kostiumy, peruki, nasze miejsca. Te wizyty z reguły są szybkie, bo wbrew pozorom w garderobach nie ma zbyt dużo miejsca. Nie na tyle osób. Każdego z nas jednak przepełnia radość, gdy może się dzielić swoim szczęściem z rodziną. Zresztą w tym teatrze wszyscy jesteśmy jak jedna wielka rodzina.
Dzisiaj jak zwykle mieliśmy świętować całą grupą kolejną udaną premierę. To nic zobowiązującego – ot, wyjście do baru na piwo i przekąski. Każdy płacił za siebie. Nasze rodziny mogły dołączyć, jeśli tylko miały ochotę.
Jak można było przewidzieć, tylko jedna osoba wykręcała się pod pretekstem jakichś zobowiązań. Cass. Jeszcze ani razu z nami nie poszła. Poprzedni chłopak często wyjeżdżał i kiedy już był w mieście, spędzała z nim jak najwięcej czasu. Jej obecny partner nie lubił spędów. Był przebodźcowany i przepracowany w swojej nie wiadomo jakiej pracy na wysokim stanowisku. Zawiłe wyjaśnienia Cassandry co do jego zawodu sugerowały coś tajnego, co z pewnością nie było prawdą. Wszystko, co dotyczyło tej dziewczyny, działało mi na nerwy. Zwłaszcza gdy mój brat zaczął się do niej uśmiechać i komplementować ją jako wyjątkowo utalentowaną. To jej dał czekoladki, które przyniósł dla mnie! Miałam ochotę go palnąć w ten pusty łeb za takie zachowanie, ale oczywiście musiałam się powstrzymać. Od dwóch lat się powstrzymywałam.
Miarka się przebrała, kiedy do Briana dołączył tata. Obaj stali przed Cass jak przed cudem świata i ją podziwiali. Widziałam w ich oczach pożądanie. To oczywiście zasługa złotego gorsetu eksponującego jej piersi. Takie nie za małe i nie za duże. Idealne. Tak, to słowo opisywało ją w najbardziej adekwatny sposób. Skórę też miała idealną. Nie za jasną i nie za ciemną, zdającą się mienić. Ech…
– Idziemy? – zwróciłam się do mojej rodziny.
– Tak, tak – potwierdził tata. – Mama obiecała przygotować uroczysty obiad, mówiłem już?
– Jeszcze nie, ale to musi być coś pysznego, bo ślinisz się na samą myśl – odparłam.
Brian się zaśmiał, tata jednak nie załapał żartu.
Przeprosiłam grupę, że nie pójdę dzisiaj do klubu, i wyszłam. Musieliśmy pokonać kawałek drogi pieszo, bo tata nie uznawał płacenia za parking tuż przy budynku podczas eventów, kiedy organizatorzy celowo windują stawki. Według niego to podła taktyka, aby zarobić na lenistwie ludzi, którym nie chce się przespacerować. Dla zdrowotności parkował dalej, w tańszym miejscu i przekonywał nas, że ruch zaostrza apetyt.
– Cass to piękna kobieta – zaczął, a ja przewróciłam oczami.
– Coś z nią jest nie tak – powiedziałam.
– Tak, a co? – zainteresował się Brian.
– Nie wiem. Jest dziwna. Skryta.
– Taka powinna być kobieta. Teraz dziewczęta myślą, że to takie fajne być frywolną. Sypiać z kim popadnie. Pokazywać swoje nagie ciało i nazywać to wolnością – skrytykował odważnie tata.
– Nie o to chodzi – sprzeciwiłam się.
– Bo wasze pokolenie źle używa tego terminu. Nazywa seksualność wolnością.
Westchnęłam.
– A co ci się w niej nie podoba? – ciągnął Brian.
– Nie ma talentu – powiedziałam w końcu na głos.
– Eeee. – Tata machnął ręką. – Ma go aż nadto.
– Ma urodę, temu nie przeczę, ale uroda to nie jest umiejętność ceniona w teatrze muzycznym.
– Uroda jest jak kostium – obstawał przy swoim ojciec. – Z takim ciałem daleko zajdzie.
– Tam, gdzie ją dopchają – dodałam, a Brian ponownie wybuchnął śmiechem.
– Nie wiem, co ci tak wesoło – skomentował tata.
– Abby jest zazdrosna – stwierdził brat.
– O Jezu, z wami to tak zawsze – oburzyłam się. – Tu nie chodzi o zazdrość.
– To o co? – zapytał Brian poważnie.
– O to, że ja chodziłam do szkół, na muzykę, na prywatne zajęcia, na balet, na to, na tamto. Lata nauki. Godziny praktyk. Szlifowanie śpiewu.
– No i przegrałaś z laską, która ma zajebiste ciało – podsumował. – To wcale a wcale nie jest zazdrość.
– Ty jak się na coś uprzesz. Wam też widzę odebrało zdolność logicznego myślenia. Owszem, Cass cieszy oko, ale nie umie śpiewać.
– Gdyby w teatrze chodziło o sam śpiew, to byście stali pod sceną jak orkiestra – zauważył tata.
Zamknął mi usta tym stwierdzeniem. Miał rację.
– Ty też miałaś świetną rolę i super ją zagrałaś – dodał.
– Dzięki – odezwałam się ze skwaszoną miną.
– Nie zazdrość jej. To niezdrowe dla głowy – pouczył mnie, jakby miał jakiekolwiek pojęcie o psychologii. – Jesteś Abigail McMillan, kobieta wykształcona, z wystarczającą urodą, z talentem muzycznym i z kulturą. Powinnaś być pewna siebie i nie zazdrościć.
– Powiem ci to samo, jak przyjedziesz z połowów.
Brian parsknął śmiechem.
Ojciec od lat dzielił łódź ze znajomym ze szkoły średniej. Nasz dom miał za wąski i zbyt krótki podjazd, żeby trzymać na nim łódkę, wobec tego tata dogadał się z kolegą i zamiast mu płacić za postój, jeżdżą razem na kraby do Deep Cove. Czasami złowią też ryby, ale Ted jest lepszy i łapie więcej z użyciem praktycznie tych samych pułapek. Tata regularnie na niego klnie i oskarża go o nieczyste zagrania: smarowanie klatki zanętami i inne takie.
– Ale Cass nie oszukuje jak Ted – odparł z przekonaniem.
– Udowodnię ci, że coś ukrywa.
– Jak każdy – rzucił Brian.
– A ty co niby ukrywasz? – zainteresował się tata.
– Jeśli ci powiem, to już nie będzie tajemnica – stwierdził zadowolony z siebie brat.
– A właśnie, Brian, może ty byś mi pomógł?
– Ja? Ale jak?
– Poszedłbyś z nią na randkę czy gdzieś, żeby ją podejść i rozpracować.
– Nie wierzę – wtrącił tata, ale zanim dokończył, odezwałam się rozbawiona:
– Wiem, że Brian nie należy do wybitnych lovelasów, ale jeśli ty, jako ekspert w tej dziedzinie, dasz mu kilka dobrych rad, to mu się uda.
Brian śmiał się w najlepsze.
– Wstyd mi za was – oburzył się ojciec. – A ty… – Wycelował we mnie palec. – Skończ z tą zazdrością. Dlaczego skupiasz się na kimś innym, a nie na sobie? Ta rywalizacja, ta… nie wiem… to twoje niezadowolenie z tego, co masz…
Doszliśmy do samochodu.
– Shotgun!* – krzyknął Brian, zajmując fotel pasażera z przodu.
Wgramoliłam się na tył, a tata usiadł za kierownicą.
– Jeśli Cass chce coś ukryć, pozwólcie jej na to – powiedział, włączając się do ruchu. – Musi mieć jakiś powód, a wy powinniście to uszanować. Słyszysz, Abby? – Spojrzał w lusterko wsteczne.
– Tato, to tylko żarty – wytłumaczył Brian. – Abby sobie robi jaja, a ty to łykasz jak pelikan.
Sęk w tym, że ja nie żartowałam. Z pomocą brata lub bez niej dowiem się, co zataja ta uwielbiana przez wszystkich marna aktoreczka.
------------------------------------------------------------------------
* Shotgun (ang.) – strzelba. Wypowiedzenie tego słowa oznacza w Stanach zaklepanie sobie miejsca obok kierowcy (wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).Otworzyłem zgłoszenie zaginięcia pięcioletniej Nicole Boltman. Według informacji dziewczynka zniknęła z placu zabaw podczas zajęć w szkole. Nauczycielka miała zebrać dzieci po przerwie, ustawić je w pary i dopiero wtedy zauważyła nieobecność jednego podopiecznego. Szybko się zorientowała, kogo brakuje. Wezwała pomoc z sekretariatu i wspólnie z kadrą szukali. Mimo nawoływań, przeczesania placówki i terenu dookoła nie trafiono na żaden ślad. Powiadomiono służby po ponad godzinie poszukiwań, rodzice zostali wezwani do szkoły chwilę potem. Dziecka nigdy nie znaleziono. Od tamtej pory minęło dziewiętnaście lat.
Zerknąłem na adres szkoły, następnie na dane kontaktowe rodziców. Zanim jednak wykonałem telefon, połączyłem się z kostnicą, żeby potwierdzić, że nadal mają ciało i mogą wykonać testy genetyczne. Oczywiście wkurzyłem ich tym, że nie zwalniałem zwłok do spalenia. Uzyskałem potwierdzenie i się rozłączyłem.
Wybrałem numer rodziców. Po tylu latach mogli się przeprowadzić albo zrezygnować z telefonu stacjonarnego, ale znałem ludzi, którzy bardzo wierzyli, że ich dziecko kiedyś zadzwoni, i nie mieli odwagi zlikwidować numeru. Wyobrażali sobie moment, w którym ich pociecha znajdująca się gdzieś daleko przypomina sobie tę kombinację liczb i dzwoni do domu.
– Halo? – rozbrzmiał w słuchawce cichy głos kobiety.
– Dzień dobry, czy pani Boltman?
– Tak, przy telefonie.
– Peter Varies, wydział kryminalny policji w West Vancouver.
– Policja? – powtórzyła.
– Przepraszam, że panią niepokoję. Chodzi o… – przerwałem na chwilę. W przekazywaniu takich wiadomości niezwykle ważne są odpowiednie dobranie słów, rzeczowość i klarowny komunikat.
– Chodzi o moją córkę? – zapytała bez pewności w tonie.
– Tak, znaleźliśmy ciało – przyznałem od razu. – To dorosła kobieta, która przeszła operację na rozszczep wargi i podniebienia. Użyłem tego hasła do przeszukania danych osób zaginionych i w ten sposób trafiłem na zgłoszenie o zaginięciu pani córki, która również miała skorygowaną operacyjnie zajęczą wargę. To może nic nie znaczyć, ale to dość charakterystyczny znak szczególny. Jeśli dobrze liczę, Nicole miałaby dzisiaj dwadzieścia cztery lata. Wieku tej kobiety nie jesteśmy w stanie dokładnie określić, ale jest młoda. Chciałbym, o ile pani pozwoli, wykonać testy genetyczne.
– Ciało…
– Tak. Niestety ta kobieta nie żyje. Próbujemy ustalić jej tożsamość. Dać jej rodzinie odpowiedź.
– Rozumiem. Co mam zrobić?
– Pojadę do pani po próbkę DNA ze śliny.
– Dobrze – zgodziła się natychmiast. – A czy ja mogę ją zobaczyć?
Zawahałem się.
– A nie wolałaby pani poczekać na wynik testu? Jeśli to nie pani córka, niepotrzebnie…
– Chciałabym wiedzieć od razu.
– W sensie teraz?
– Tak. Nie widzę powodu, żeby to odwlekać…
– Jeśli ma pani takie życzenie, proszę przygotować coś do pisania, podam adres. Spotkamy się na miejscu, dobrze?
– Tak. Wyjedziemy jak najszybciej.
Jej zachowanie mnie nie dziwiło. Tyle lat czekała na powrót córki. Z jednej strony mogłem stać się dla tych ludzi bohaterem, a z drugiej – istniało ryzyko, że zranię ich jeszcze bardziej. Co jeśli to nie ta sama osoba?
Zamknąłem komputer i ruszyłem do wyjścia.
– Już do domu? – zapytał Mickey.
– Nie, skąd. Identyfikacja w kostnicy.
– Rodzina będzie oglądała ciało?
– Tak.
– Tej znalezionej na budowie?
Zmarszczyłem czoło. Co go to obchodziło, skoro to nie on dostał tę sprawę? Wkurwiał mnie tym ciągłym interesowaniem się pracą każdego z nas. Jakby prowadził pieprzoną ewidencję.
– A co, masz jakiś trop?
– Nie, tylko mnie dziwi, że mówią o tym w kontekście morderstwa. Przecież to przedawkowanie jak w mordę strzelił.
– Tak? – Zatrzymałem się. – Skąd to niby wiesz?
– Bo jak początkowo dali tę sprawę Tony’emu, mówili, że to może któraś z kobiet wykorzystywana do seksu, ale nie dało się jej nijak powiązać z gangiem i handlem kobietami.
Zacisnąłem zęby. To ten dupek tyle wiedział, a ja nic? Gdzie te dane? Gdzie te wnioski? I na jakiej podstawie do nich doszli?
– Sprawdzali ją ginekologicznie – ciągnął. O tym też nie było ani słowa w raporcie. – Jak dla mnie to młodzi ludzie chcieli zaszaleć. Włamali się do domu, wzięli dragi, sytuacja wymknęła się spod kontroli, więc jedną zostawili w tyle.
– A co miało pokazać badanie ginekologiczne? Przecież nie da się ocenić po pochwie, czy kobieta jest prostytutką.
Zaśmiał się tak, jakbym opowiedział dowcip.
– No nie da się, ale kurwy zwykle są zabijane podczas stosunku albo zaraz po nim. Albo ktoś takiej dał dragi, żeby poszła chętniej na seks.
– A co, jeśli zmarła, zanim poszła na seks? Hmm? – Spojrzałem na niego spod byka. – Klient mógł czekać, a dziewczyny nie dowieźli.
Przyglądał mi się z miną, z której jasno wynikało, że nie wziął pod uwagę tego scenariusza. Chciał być orłem, a niestety pokazał, jak płytko myśli.
– Dzięki za rady – rzuciłem oschle, ale takim tonem, aby wiedział, jak nisko je cenię.
– Ja bym to zamknął, bo tylko niepotrzebnie marnujesz czas – skomentował od niechcenia. – A jak trafiłeś na rodzinę? – zapytał. Najwyraźniej jedynie tego mu brakowało w ewidencji dowodów prowadzonej w głowie.
– Nie trafiłem. To przypadek – skłamałem.
– Słyszałem, że z kimś gadałeś.
Co za chuj złamany! Podsłuchiwał mnie? Jebany kret. Pewnie donosił na nas do szefostwa. Kurde, może to on nakablował na Tony’ego? W sumie tak się pięknie złożyło, że wraz z jego odejściem dostał bardziej skomplikowaną sprawę i jeszcze awans w prezencie.
– Muszę lecieć – wymigałem się od odpowiedzi.
Wsiadając do samochodu, obiecałem sobie uważać na Mickeya. Nie prowadzić przy nim żadnych rozmów, blokować komputer przed odejściem od biurka i ogólnie mieć oczy szeroko otwarte. Od takich cwaniaków można dostać nóż w plecy.
Dojechałem pod budynek lekarza sądowego w Burnaby, gdzie znajdowała się kostnica. Wysiadłem i w paru susach pokonałem schody. Na miejscu było już starsze małżeństwo. Wiedziałem, że to oni. Podszedłem do nich i przedstawiłem się, choć miałem okazję wcześniej rozmawiać z kobietą. Chciałem, aby uzyskali potwierdzenie, że to na mnie czekają. Wydawali się bardzo spokojni i świadomi procesu, jaki będą musieli przejść. Może już go przechodzili?
Poprosiłem Boltmanów o chwilę cierpliwości i poszedłem załatwić przepustki. Wróciłem po mniej więcej kwadransie. Uprzedziłem ich o wyglądzie zwłok i zabrałem do odpowiedniej sali. Tam pracownik ubrany w biały fartuch stał już nad wyciągniętym z lodówki ciałem. Nie spieszył się. Nie popędzał nas. Czekał, aż się zbliżymy, a następnie rozsunął worek. Ukazała nam się blada twarz kobiety, dokładnie ta sama, którą widziałem kilka godzin temu na zdjęciach. Spędziłem tyle czasu wgapiony w nią, że wydawała mi się wręcz znajoma.
Zerknąłem na małżeństwo obok. Starsza pani patrzyła uważnie i bez emocji. Sądziłem, że będę w stanie wyczytać coś z jej reakcji, nic jednak nie wskazywało, że rozpoznała córkę albo jej nie rozpoznała.
– Nie wiem – stwierdziła po dłuższej chwili, a mąż ją przytulił. – Nie mam pewności. Ta warga…
Niestety, ten znak szczególny wyglądał podobnie u każdego, kto urodził się z tym defektem i przeszedł operację.
– Ostatni raz widziałam ją, jak była dzieckiem. Mam w głowie obraz małej dziewczynki, nie dorosłej kobiety. Nie wiem… – Zerknęła na męża.
Ten pokręcił głową. Nie rozumiałem, co to oznaczało. Na szczęście odezwał się:
– Mnie się wydaje, że to nie ona.
– Pobierzmy próbkę DNA – wróciłem do tematu testów genetycznych.
– Jeśli to nie ona, pan będzie dalej szukał, tak? – Zielone oczy pani Boltman wpatrywały się we mnie z takim przejęciem, że aż mnie ścisnęło w środku. Musiała wylać morze łez. Chyba nawet dzisiaj płakała. Widziałem w niej ogromny smutek.
Mogłem ją oszukać. Powiedzieć to, co chciała usłyszeć, ale nie potrafiłem jej tego zrobić. Wybierałem ciszę.
– Może ona gdzieś jest – tłumaczyła. – Może… gdzieś żyje, może nie wie, że my nadal czekamy… – Jej głos się załamał.
Westchnąłem ciężko. Zajmowanie się sprawą sprzed dziewiętnastu lat to z pewnością marnowanie czasu. Córka Boltmanów – o ile to nie ta kobieta – pewnie od dawna nie żyła. Prawdopodobieństwo, że ją znajdą żywą, było znikome.
– Pan mnie rozumie, prawda?
– Tak, rozumiem panią. Mogę poszukać, ale nie mogę niczego obiecywać.
– Bo widzi pan, ja dzwoniłam na policję, mówiłam, że przegapili wiele rzeczy, to nikt mnie nie chciał słuchać.
– Kochanie. – Mąż położył jej obie dłonie na ramionach, jakby chciał ją powstrzymać tym gestem od wypowiedzenia choćby pół słowa więcej.
– No ale ten policjant jest inny, nie widzisz tego?
– Coś jeszcze czy mogę ją schować? – przerwał nam pracownik kostnicy.
– Przepraszam. Już wychodzimy. Dziękuję.
We troje wróciliśmy na korytarz w podziemiach, gdzie nie docierała ani odrobina światła dziennego. Lampy jarzeniowe wypełniały ten długi tunel białym, zimnym światłem, potęgując wrażenie chłodu.
– Czy może pan mi obiecać, że nie weźmie mnie pan za wariatkę? – Kobieta wpatrywała się we mnie.
– Słucham? – Zaskoczony nie wiedziałem, jak zareagować.
– Kiedy zaginęła Nicole, jeden z polityków stracił dziecko w wypadku samochodowym – powiedziała.
– Lorna, proszę. – Pan Boltman chwycił żonę za rękę, by ją ode mnie odciągnąć.
– Myśmy ich znali – dodała, jednocześnie stawiając opór mężowi. – Wie pan dlaczego? Bo ich córka miała problem z wymową. Ona też przeszła tę operację i lekarz poradził im, aby skontaktowali się z nami, bo Nicole wypracowała poprawne mówienie. Myśmy wtedy nie mieli pieniędzy, nie mieli nic. A oni… cóż… oni mieli wszystko. On był wówczas burmistrzem.
– Lorna, to niedorzeczne – strofował ją mąż.
– Tak jak pan widzi, Ian mi nie wierzy, ale proszę powiedzieć: dlaczego burmistrz nagle zostawił swoją karierę polityczną i zniknął razem z żoną?
– Bo stracili dziecko – upierał się Ian.
– Nicole spędzała dużo czasu u nich w domu. Lubiła ich, a oni ją. Mieli basen, luksusy, na które my nigdy byśmy sobie nie pozwolili.
Słuchałem jej uważnie.
– Mój mąż uważa, że oszalałam, że szukam winnego na siłę, ale wie pan… ja czytałam. Mój Boże… – Pokręciła głową. – Czytałam wszystko, co dotyczyło zaginięć, porwań. Każde opracowanie czy policji, czy psychologów i wie pan, co najczęściej w nich mówią? Że dziecko zabiera ktoś, kto je zna. Jeśli nie zna, to żąda okupu. Z nami nikt się nigdy nie skontaktował w sprawie pieniędzy. Wiedzieli, że nie byłoby nas stać, żeby płacić. Jej nie porwali dla okupu, ale na zlecenie.
– Czy ktokolwiek z policji sprawdzał tamtą rodzinę?
– Tak! – odparł jej mąż. – Dostaliśmy raport potwierdzający, że burmistrz i jego zrozpaczona żona nie mogli wytrzymać w tym domu i mieście po utracie dziecka, więc się wyprowadzili.
Zerknąłem na kobietę.
– Pani w to nie wierzy?
– To, że się wyprowadzili, to pewne, ale nie to, że wyjechali tylko we dwoje. Zabrali ze sobą Nicole.
Boltman prychnął i odszedł na bok. Wyraźnie irytowały go słowa małżonki.
– To pomówienia – odezwał się po chwili. – Lorna uwierzyła w ten szalony pomysł. Zatrudniała prywatnych detektywów, każde pieniądze, jakie odłożyliśmy, wydawała na ściganie byłego burmistrza. Wie pan, że oni w końcu założyli nam sprawę? Mamy zakaz zbliżania się. Oboje.
– Prawda jest dla nich niewygodna – podsumowała Lorna.
– Wie pan… – Podszedł do mnie. – Łudziłem się, że ta kobieta to nasza córka. Chciałem, aby Lorna wreszcie zaznała spokoju, aby wreszcie mogła odpuścić ze zbieraniem informacji czy prześladowaniem tamtej rodziny.
Spuścił głowę przybity brakiem potwierdzenia, że to ciało rzeczywiście pomoże zakończyć ich rodzinną tragedię.
– Ale to nie ona – powiedział pewnie. – Może pan zrobić testy, ale to nie nasza Nicole.
Lorna chciała coś dodać, mąż jednak ją ubiegł.
– Myśmy się prawie rozwiedli – oświadczył. – Gdyby pan wszedł do naszego domu, pomyślałby pan, że to miejsce pracy jakiegoś detektywa. Wszędzie są tablice. Zeszyty. Notatniki. Informacje, gdzie ostatnio mieszkał były burmistrz, co robił. Jakie ma kontakty biznesowe, jakie rodzinne. Powiązania z policją.
Rozumiałem już, dlaczego nikt nie brał tej kobiety na serio. Siwe włosy, zniszczona stresem twarz, zapadnięte oczy, a w nich – coś nieobliczalnego. To poczucie, że musi powiedzieć jak najwięcej, aby przekonać mnie do spojrzenia na sprawę z innej perspektywy. To, jak lekceważyła męża – prawdopodobnie jedyny głos rozsądku w tej rodzinie. Patrząc na nią, zastanawiałem się, w którym momencie żałoba po utracie dziecka tak nagle przeradza się w obsesję.
– Nigdy nie przeszukali jego domu – odezwała się ponownie Lorna. – Pozwolili mu wyjechać.
– Dawno temu?
– Tak, w zasadzie około roku po zniknięciu Nicole – wyjaśnił Ian, zanim jego małżonka nabrała powietrza. – Dwa razy się przeprowadzili, ale Lorna ich znalazła. Za trzecim razem wyjechali z prowincji. Nie wiemy, gdzie obecnie mieszkają. Trop się urwał. Żaden szanujący się prywatny detektyw nie weźmie naszej sprawy, bo każdy już wie, w czym rzecz. Wiedzą o zakazie zbliżania się. Moja żona ma wyrok, proszę pana.
– Według sądu ich nękałam – przyznała. – A ja tylko deptałam im po piętach. Niewinny człowiek nie zachowywałby się tak jak oni.