Cena przyjaźni - ebook
Trzy najlepsze przyjaciółki, Lindsey, Kendra i Dani, przeżywają koszmar każdego rodzica, gdy ich nastoletni synowie padają ofiarą tragicznego wypadku – jeden z nich ginie, drugi zapada w śpiączkę, a trzeci jest pogrążony w zbyt głębokiej traumie, by mówić.
Próbując otrząsnąć się po najgorszej nocy w swoim życiu, trzy matki rzucają się w wir desperackiego śledztwa w sprawie tego zdarzenia. Jak coś tak strasznego mogło się wydarzyć w ich zamożnej dzielnicy w miasteczku na południu Kalifornii?
Wkrótce odkrywają, że wypadek był dopiero początkiem serii wydarzeń, a niepokojące odkrycia stawiają mrożące krew w żyłach pytanie: czy naprawdę znają swoje dzieci? Czy w ogóle znają siebie nawzajem? W miarę jak na jaw wychodzą kolejne tajemnice, coraz więcej wątpliwości i podejrzeń zaczyna zagrażać ich rodzinom, przyjaźniom i całej społeczności.
Iluzja szczęścia i bezpieczeństwa dawno już zniknęła, a kobiety muszą teraz zmierzyć się z bólem złamanego serca, konsekwencjami zazdrości i niebezpieczeństwami związanymi z prowadzeniem podwójnego życia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-683-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Podskakuję w reakcji na głośny huk i mocno poirytowana odwracam się do mojego męża Paula.
– Village znów urządza dziś wieczorem pokaz fajerwerków? – Właśnie zaczęliśmy oglądać najnowszy odcinek serialu _Sukcesja_ i muszę się mocno skupić, bo inaczej się pogubię. Z pewnością nie dam rady, jeśli przez następne trzydzieści minut będę słyszała gwizdy odpalanych sztucznych ogni.
Paul wzrusza ramionami, odgarniając brązowe włosy z czoła i zakładając je za uszy.
– Nie wydaje mi się. Myślałem, że skończyli z tym po feriach wiosennych.
Village to zlokalizowane w samym centrum naszej zżytej, podmiejskiej społeczności centrum handlowe, w którym nieustannie organizowane są imprezy na świeżym powietrzu. Większość z nich kończy się pokazami sztucznych ogni.
– Mam taką nadzieję. – Czekałam na ten wieczór przez cały tydzień. Choć Paul i ja razem pracujemy, upłynęły już prawie trzy tygodnie, odkąd spędziliśmy choć trochę czasu we dwoje. Ogarnia mnie fala pożądania. Trudno uwierzyć, że po ponad dwudziestu latach wspólnego życia on nadal mnie pociąga, ale moim zdaniem jest teraz jeszcze bardziej seksowny niż w czasach licealnych.
– To musi… – Kolejny huk rozdziera powietrze, przerywając jego słowa.
– To naprawdę zabrzmiało jak wystrzał z broni palnej. – Strach sunie po moim kręgosłupie i natychmiast robi mi się sucho w ustach. Podnoszę się z kanapy, ale Paul ściąga mnie z powrotem. – To był wystrzał, prawda?
Kręci głową.
– Nie wydaje mi się, ale uspokój się i zaczekaj chwilę, zanim zaczniesz biegać po całym domu jak opętana.
– Nie powinniśmy ściągnąć z powrotem Reese’a? – Wskazuję palcem sufit. Najmłodszego syna, Reese’a, wysłaliśmy na wieczór do jego pokoju, a Sawyer nocuje dziś u swojego najlepszego przyjaciela, Caleba.
– Nie, daj spokój. Pewnie nic nie słyszał, bo siedzi w słuchawkach na głowie, więc wątpię, żeby się czymkolwiek zaniepokoił. – Obejmuje mnie ramieniem. – Widzisz, właśnie dlatego musimy trzymać się z dala od mediów społecznościowych. Czytanie tych wszystkich bzdur sprawia, że jesteśmy zbyt nerwowi. – Czeka chwilę, po czym wznawia odtwarzanie za pomocą pilota i przytula mnie do siebie na kanapie.
Jesteśmy w połowie podsumowania poprzednich odcinków, kiedy słyszymy narastający dźwięk syren. Tym razem oboje zrywamy się z miejsc.
– Reese! – woła Paul. – Zejdź na dół, proszę! – Brak odpowiedzi. – Idę po niego – oznajmia, odwraca się i wbiega po schodach, pokonując po dwa stopnie naraz.
Przez okna naszego salonu wpadają do środka migające czerwone i niebieskie światła. Pojazdy służb ratowniczych skręcają w lewo i wjeżdżają w ulicę znajdującą się za naszym domem.
_Ulica za naszym domem._
Sawyer.
Podbiegam do stołu w jadalni, chwytam telefon i pospiesznie wybieram jego numer z ulubionych. Czekam na sygnał, ale połączenie przechodzi bezpośrednio do poczty głosowej. Dzwonię ponownie.
To samo.
Nad moją głową rozlegają się kroki Reese’a i Paula. Ich stłumione głosy rozchodzą się po domu, a ja czekam, aż skończy się jego nagrana wiadomość, żebym mogła zostawić swoją.
– Sawyer, kochanie, mówi mama. Mam nadzieję, że któryś z was, chłopcy, usłyszał te hałasy na zewnątrz. Myślimy z tatą, że to były strzały, a teraz w waszym kierunku jedzie wiele pojazdów służb ratowniczych. Uważajcie, proszę, na siebie, dobrze? Po prostu bądźcie bezpieczni. Proszę, skarbie. I oddzwoń do mnie.
Naciskam symbol czerwonej słuchawki, gdy zbliżają się kolejne syreny. Paul schodzi z Reese’em na parter. Mój syn rzuca nerwowe spojrzenia dookoła, a zestaw słuchawkowy do gier wideo zwisa mu z szyi.
– Idę tam. Sprawdzę, co u nich – oznajmiam, wymijając ich.
– Dokąd idziesz? O czym ty mówisz? – pyta Paul.
– Sawyer nie odbiera telefonu, a policja cały czas jedzie w stronę ulicy, przy której mieszka Caleb – wyjaśniam, wkładając buty, po czym otwieram drzwi wejściowe. – Chcę się tylko upewnić, że nic im nie jest.
– Nie możesz tam pójść! – woła Paul.
– A jeśli czai się tam jakiś walnięty snajper? – pyta jednocześnie Reese.
Ignoruję ich, wychodzę na zewnątrz i zamykam za sobą drzwi. Trzy radiowozy pędzą właśnie naszą ulicą i skręcają w lewo na skrzyżowaniu, jak wszystkie inne. Zaczynam biec. Ludzie wychodzą z domów i tłoczą się na ulicy, a ja mijam ich wszystkich sprintem.
_Boże, proszę, nie pozwól, żeby coś stało się mojemu dziecku._
Za rogiem. Już prawie tam jestem. Płuca palą mnie od wysiłku.
_Proszę, Boże._
Pojazdy służb ratowniczych otaczają dom Caleba. Są wszędzie. Cała dzielnica jest rozświetlona. Biegnę, co sił w nogach, przeciskając się przez tłum ludzi zgromadzonych na chodnikach, aż docieram prawie na samo ich podwórko.
– Proszę się nie zbliżać! – woła za mną policjant.
– Mój syn! – Wskazuję na dom Schultzów, podczas gdy funkcjonariusze z napisem SWAT na plecach rozwijają żółtą taśmę, aby go odciąć. – Mój syn jest w środku! – Staram się go ominąć, ale on staje przede mną i rozkłada ręce na boki, tworząc barierę swoim ciałem.
– Przykro mi, ale nie mogę pani przepuścić. – Jego twarz jest ponura, jakby została wyciosana z kamienia.
– Proszę, on jest w tym domu!
Mężczyzna kręci głową.
– Będzie pani musiała zaczekać i porozmawiać z moim dowódcą.
Nie mogę czekać. Nie ma czasu. Adrenalina przepływa przez całe moje ciało. Odwracam się i ruszam w przeciwnym kierunku.
Tylne przejście. Obejdę dom dookoła, dostanę się tam przez posesję Hammondów.
_Boże, proszę, niech moje dziecko okaże się bezpieczne._
Dwa policyjne wozy blokują podjazd prowadzący do domu Hammondów. Skradam się za palmami, wzdłuż krzewów, aż docieram na werandę, czując się jak przestępczyni. Wbiegam po schodach i pukam do drzwi. Eloise otwiera je natychmiast. Ma na sobie ciemny szlafrok ściągnięty w talii paskiem.
– Kendra? – Unosi brwi. – Co ty tutaj robisz?
– El, proszę cię, musisz mnie przepuścić przez swój dom do ogrodu – odpowiadam bez tchu, a serce łomocze mi w piersi.
Na jej twarzy maluje się strach.
– Nie możesz wejść do naszego ogrodu. Policja kazała nam zostać w domu i niczego nie robić. Mamy zamknąć drzwi i czekać na dalsze instrukcje.
– Sawyer tam jest. – Każde moje słowo przepełnione jest desperacją. – Został na noc u Caleba.
Eloise przykłada dłoń do ust.
– O mój Boże. Tak mi przykro, Kendro.
– Dlatego muszę tam pójść.
– Nie możesz. To zbyt niebezpieczne. – Kręci głową.
– Muszę. – Popycham ją na framugę drzwi i wchodzę do środka.
Ktoś chwyta mnie od tyłu i zatrzymują mnie w miejscu muskularne ramiona.
– Nie mogę pani na to pozwolić. – Głęboki, szorstki głos. Ten sam policjant, co wcześniej.
– Proszę, mój syn… Muszę zobaczyć się z synem. – Wyrywam się z jego uścisku. Łzy spływają mi po policzkach, a z nosa cieknie mi śluz.
Jego krótkofalówka ożywa.
– Koroner na miejscu za pięć minut. Teren zamknięty. – Słychać trzeszczący głos.
_Boże, proszę, niech to nie będzie moje dziecko._JEDEN
Lindsey
Dwa tygodnie później
Zamykam młynek na odpady i wkładam talerz do zlewu. Jestem zbyt zirytowana, żeby jeść. Moja komórka leży na granitowym blacie, gdzie zostawiłam ją po otrzymaniu wiadomości od Dani. Ekran już dawno zgasł – minęło zbyt dużo czasu, żeby odpowiedzieć – ale co miałam napisać? Uzgodniłyśmy, że nie będzie żadnych prawników. Takie były ustalenia.
Od pogrzebu minął dopiero jeden dzień. Jak mogła to zrobić? Ale zapewne łatwiej jej martwić się o prawników i tym podobne sprawy, kiedy jej syn, Caleb, leży bezpieczny w swoim łóżku w domu.
Pies wbija mi pazury w łydkę.
– Zostaw mnie! – rzucam ostro, a on się cofa, jakbym go uderzyła, kuląc ogon między nogami i układając się obok moich stóp. – Spływaj! – Wskazuję na salon. Jego uszy opadają, gdy wciska się pod kuchenny stół, by się schować. Próbuję wywołać w sobie poczucie winy, ale jestem zbyt zmęczona. Powinnam była zostać w szpitalu z Jacobem, ale mój mąż, Andrew, powiedział, że ważniejsze jest, abym spędziła ten czas z naszymi pozostałymi dziećmi.
Zerkam w kierunku salonu, którego otwarta przestrzeń tworzy idealne przejście z jednego pomieszczenia do drugiego. Wyatt leży na naszej kanapie w kształcie litery „L” i ogląda mecz piłki nożnej na zawieszonym nad kominkiem telewizorze z płaskim ekranem. Rozpalił nawet ogień, choć w Kalifornii jest kwiecień, jakby ciepło miało nas odizolować od tego, co dzieje się wokół. Skupia się na meczu, nie zwracając uwagi na bałagan, jaki robi jego młodsza siostra Sutton, która rozrzuciła na podłodze kolorowanki i kredki. Prawdopodobnie rysuje czerwoną kredką po dywanie pod stolikiem kawowym, skoro tylko pojawiała się taka okazja. To jej ulubiona zabawa, robić to, kiedy nie patrzę. Wzdycham z irytacją. Ma większy tupet niż jej dwaj nastoletni bracia razem wzięci, a dziś nie mogę się z nią kłócić.
W normalnych okolicznościach Jacob byłby tam z nimi, wpatrzony w ekran jak Wyatt, lub rozciągnięty na podłodze obok Sutton, ale go nie ma. Pielęgniarki w szpitalu powinny właśnie przygotowywać się do nowej zmiany i mam nadzieję, że ta nowa pamięta, żeby posmarować jego usta Aquaphorem. Są spierzchnięte i krwawią, tworząc bolesne rany wokół rurki do oddychania. Fala smutku sprawia, że uginają się pode mną kolana i opieram się o blat kuchenny, czekając, aż ta straszna fala odejdzie.
Andrew będzie wściekły, kiedy mu powiem, że Schultzowie zatrudnili prawnika, chociaż będzie udawał, że wcale tak nie jest. Sam chciał porozmawiać z adwokatem, zanim odezwaliśmy się do kogokolwiek tamtej nocy, ale mu na to nie pozwoliłam. Śmierć Sawyera była strasznym wypadkiem. Tak samo jak to, co przydarzyło się Jacobowi. Nasi chłopcy się wygłupiali. Byli pijani i głupi, trzymali broń. To wszystko. Nikt nie miał zostać ranny. Jeśli zaczniemy angażować w to prawników, przestanie to wyglądać jak wypadek, a jedynie wzbudzi podejrzenia. Chwytam telefon, aby wysłać esemesa do Kendry. Odkąd skończyłam osiem lat, zawsze dzwoniłam do niej w pierwszej kolejności. Mój palec zatrzymuje się w połowie drogi. To wszystko nie ma dla niej znaczenia.
Jej syn odszedł – został jej odebrany w jednej chwili. Ale kiedy w środku nocy zjawiła się tutaj para umundurowanych funkcjonariuszy, aby poinformować nas o tragedii, potrafiłam myśleć wyłącznie o moim własnym synu. Ich słowa płynęły strumieniem, a ja czułam, jak panika rozdziera mi klatkę piersiową.
Wypadek z udziałem trzech chłopców.
Szpital.
Jeden z chłopców nie żyje.
Ale nie Jacob.
Mój syn żył, a czas zdawał się płynąć w zwolnionym tempie, gdy jechaliśmy do szpitala. Chciałam móc tylko go objąć i nigdy nie wypuścić. Andrew stale powtarzał, że Jacob musi nam dokładnie opowiedzieć, co się wydarzyło, zanim porozmawia z kimkolwiek innym, ale wszystko się zmieniło, gdy dotarliśmy do szpitala i go ujrzeliśmy. Funkcjonariusze powiedzieli nam, że został postrzelony w głowę i nie reaguje, ale to nie przygotowało nas na widok, który zobaczyliśmy.
Leżał w zasłoniętej kurtyną części sali pod ostrym światłem oddziału intensywnej terapii. Otaczały nas nieznane dźwięki i brzęczenie, a maszyny utrzymywały go przy życiu. Całą jego głowę otaczały grube bandaże, a oczy miał opuchnięte i zamknięte, jak w dniu narodzin. Rurki wchodziły w jego ciało i z niego wychodziły. Jedna z nich wypełniona była krwią. Pomimo gorączkowej aktywności wokół nas w pomieszczeniu panowała cisza.
Andrew zatrzymał się nagle za mną, nie będąc w stanie podejść bliżej. Pielęgniarka wstukała jakieś cyfry na jednym z monitorów wiszących nad łóżkiem szpitalnym Jacoba. Podeszłam do niej.
– Czy mogę go dotknąć? – zapytałam głosem, który nie brzmiał jak mój.
– Oczywiście. – Skinęła głową, wskazując na jego lewe ramię. – To jest wolne od przewodów i urządzeń.
Przeszłam na lewą stronę łóżka. Moje ręce drżały, gdy gładziłam jego ramię, pragnąc, by się obudził, tak samo jak kiedyś pragnęłam, by zasnął, gdy był jeszcze niemowlęciem. Tak jest od tamtej pory. Nienawidzę go zostawiać, bo co sobie pomyśli, jeśli się obudzi, a mnie tam nie będzie? Dzieci potrzebują swoich mam, kiedy są chore, więc muszę być przy nim, kiedy otworzy oczy, a przecież to zrobi. Nie obchodzi mnie, co mówią lekarze, mam gdzieś ich durne statystyki dotyczące tego, gdzie w jego mózgu utkwiła kula – Jacob się obudzi. Przejdzie przez to.
Jednak Andrew ma rację. Wyatt i Sutton potrzebują mnie tak samo jak on. Poruszam głową na boki, próbując złagodzić napięcie w barkach, ale to tylko pogarsza sprawę. Może dzieci szybko zasną, jeśli włączę film. Lepiej powiem Andrew o prawniku, zanim do nich dołączę. Nie będzie zadowolony, jeżeli dowie się o tym od kogoś innego, a nie ode mnie. Chwytam telefon i szybko piszę do niego esemesa:
Nie uwierzysz, co się stało.TRZY
Kendra
Detektyw Locke bombarduje nas pytaniami już od ponad godziny, może nawet dłużej. Nie rozumiem jego słów. Wychodzą z jego ust i unoszą się w powietrzu. Nie próbuję ich ścigać. Bo po co?
Mój syn odszedł i nigdy nie wróci.
Nic tego nie zmieni.
Czekam, aż się obudzę, aż Paul potrząśnie moim ramieniem i powie, że znów przespałam budzik. Chcę zetrzeć sen z oczu, odpędzić okropne obrazy z powrotem do krainy sennych marzeń i obudzić się w świecie, w którym Sawyer nadal istnieje.
– Kendra? – Brzmi to tak, jakby detektyw Locke wołał mnie z końca długiego tunelu. – Kendra?
Ile razy mnie już wołał? Unoszę głowę i próbuję się na nim skupić, gdy patrzy na mnie zza biurka. Ma idealnie kwadratową twarz i zielone oczy ze złotymi plamkami wokół źrenic. Są głębokie, niemożliwe do odczytania. Światło wpadające przez okno za jego plecami jest zbyt jasne. Boli mnie od niego głowa.
– Czy Sawyer wspominał, że jest zły na Jacoba lub Caleba? – Patrzy na mnie sokolim spojrzeniem.
– Nie, mnie nic nie mówił. – Xanax sprawia, że mam trudności z mówieniem. Słowa wypowiadam tak, jakbym miała usta pełne szklanych kulek.
– Czy zauważyliście ostatnio jakieś zmiany w jego zachowaniu?
Pokręcenie głową wymaga ode mnie zbyt wiele wysiłku.
Paul odpowiada za mnie:
– Nie zauważyliśmy niczego nietypowego. Miał swoje humory, ale nie bardziej niż inne nastolatki.
Sawyer był prostym w obsłudze dzieckiem. To Reese jest tym problemowym synem. Zawsze tak było.
– Jakieś zmiany ze snem?
– Dużo spał, ale wszyscy nastolatkowie dużo śpią.
Oprócz mojego. On już nigdy nie będzie spał. Strata ściska mi serce, kradnąc każdą cząstkę powietrza z moich płuc. Zaraz zacznę krzyczeć. Tak właśnie było w łazience. Tylko nie znów to samo.
Chwytam kolano Paula tuż obok mojego.
– Paul… – To wszystko, co jestem w stanie z siebie wykrztusić. Mam zbyt sucho w ustach, żeby mówić. Zęby przyklejają się do dziąseł.
Detektyw Locke ponownie przenosi na mnie uwagę. Intensywność jego spojrzenia znika, zastąpiona troską.
– Dobrze się pani czuje? – pyta, wstając zza biurka.
Kręcę głową. Krzyki bulgoczą jak lawa w mojej piersi, wybuchając dźwiękami, które muszą pochodzić ode mnie, ale schowałam się w swojej głowie za grubą szybą, gdzie jest bezpiecznie. Kładę dłonie na chłodnej powierzchni, patrząc, jak Paul bierze mnie w ramiona, jakby to mogło mnie pocieszyć.PIĘĆ
Kendra
Zawsze naciskałam na Sawyera, żeby sprzątał swój pokój. Był wielkim bałaganiarzem, a to doprowadzało mnie do szaleństwa. Nie wspominając o zapachu jego spoconych koszulek i skarpetek, które zostawiał wszędzie porozrzucane. Stoczyliśmy z tego właśnie powodu kilka największych kłótni. Teraz się cieszę, że nigdy mnie nie słuchał. Nowa zasada w domu mówi, że drzwi do jego pokoju muszą pozostać zamknięte, żebym mogła zatrzymać jego zapach tak długo, jak to możliwe. Tę przestrzeń wypełnia teraz jego osobowość, od plakatów punkowych kapel przyklejonych nad biurkiem, po zmięte kartki w kącie, które pozostały po porzuconych pracach domowych. Próbuję wdychać ten zapach, siedząc na samym środku podłogi i tuląc do piersi jedną z jego ulubionych koszulek.
Zostanie mamą zrodziło moją największą obawę – utratę dziecka. Sawyer oznaczał moje wejście w macierzyństwo. Ciąża napełniała mnie niepokojem, ponieważ jego przetrwanie zależało ode mnie. Spodziewałam się ogromnej ulgi po wyzwoleniu się z tego ciężaru, gdy tylko go urodzę. Zakładałam, że dzielenie odpowiedzialności z Paulem da mi jakże niezbędną przerwę od moich obsesyjnych zmartwień. Moje wnętrze wypełniło się ogromną miłością, kiedy po długim i trudnym porodzie położyli Sawyera w moich ramionach, a w tej samej chwili ogarnęła mnie świadomość, że jego strata zniszczy mnie do głębi, co sprawiło, że mój niepokój osiągnął nowy poziom.
Wszystkie obawy, które nosiłam w sobie przez lata – każda przerażająca myśl, każdy bolesny obraz czegoś strasznego, co spotkało jedno z moich dzieci – nie dorównują temu, przez co teraz przechodzę. A życie będzie odtąd trwać bez niego. To jest ta część, której nienawidzę najbardziej. Nie może tak być. To musi się skończyć.
Fale żalu pozbawiają mnie wszelkiego poczucia czasu, gdy znikam w ich wirującej otchłani.
A potem wracam.
Wyczerpana i pusta.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_