-
nowość
Cesarstwo, które nigdy nie istniało - ebook
Cesarstwo, które nigdy nie istniało - ebook
Jedna z najważniejszych książek w historii latynoamerykańskiej fantastyki.
Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie, a nawet czy w ogóle istniało Cesarstwo, którego granic także nie sposób wytyczyć. Przez setki, a może tysiące lat państwem tym władali najróżniejsi władcy i władczynie: mądrzy i podli, odpowiedzialni i tchórzliwi, wielbieni i nienawidzeni. O niektórych z nich, ale także o bitwach, o zdradach, o zakładaniu miast i o wyprawach przez pustynie opowiadają zebrane w tym tomie historie, snute przez zawodowych gawędziarzy.
Słuchajcie zatem opowieści: o młodym następcy tronu, którego nauczono nienawidzić ojca, ale czas pozwolił mu poznać prawdę i smak zemsty; o mądrej cesarzowej, która wywodziła się ze społecznych nizin, i sprytem dotarła na sam szczyt, z korzyścią dla korony i poddanych; o walecznym i głupim generale; o przebiegłym kupcu, który wiedział, jak niebezpieczny może być taniec; o mordercy, który stanął na czele rewolty; i jeszcze innych słuchajcie!
Gęstym, często poetyckim, zawsze precyzyjnym językiem Angélica Gorodischer opowiada swoje historie, a może mity, w których odbija się wielka tradycja fantastyki baśniowej, ale także latynoamerykańskie doświadczenie politycznej przemocy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384320198 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rzekł narrator: Teraz, kiedy wieją dobre wiatry, kiedy dobiegły kresu dni niepewności i noce grozy, kiedy nie ma już donosów, prześladowań ani potajemnych egzekucji, kiedy kaprys i szaleństwo zniknęły już z serca Cesarstwa, kiedy my i nasze dzieci nie żyjemy już na łasce ślepej władzy, teraz, kiedy na złotym tronie zasiada człowiek sprawiedliwy, a ludzie ufnie wychylają się ze swoich domów, żeby sprawdzić, czy pogoda dobra, i zajmują się swoimi sprawami, planują wakacje, a dzieci chodzą do szkół, aktorzy recytują, wkładając w to całe serce, dziewczyny się zakochują, starcy umierają w swoich łóżkach, poeci śpiewają, jubilerzy ważą złoto za swymi niewielkimi witrynami, ogrodnicy podlewają parki, młodzi dyskutują, karczmarze dolewają wina do wody, nauczyciele uczą tego, co wiedzą, my, opowiadacze, opowiadamy stare historie, archiwiści archiwizują, rybacy łowią ryby i wszyscy mogą decydować, zgodnie ze swoimi przymiotami oraz wadami, czym chcą się w życiu zajmować – teraz każdy może wejść do pałacu cesarza, powodowany potrzebą bądź ciekawością; każdy może odwiedzić ten wielki dom, którego przez lata pilnie strzeżono, który był zakazany, zbrojnie chroniony, zamknięty i ciemny, tak jak dusze cesarzy wojowników z dynastii Ellydrovidów. Teraz każdy może przechadzać się po szerokich korytarzach wyłożonych dywanami, usiąść na jednym z dziedzińców i słuchać szumu wody w fontannach, zajrzeć do kuchni i dostać ciastko z rąk tłustego, uśmiechniętego kuchcika, zerwać kwiat w ogrodach, przeglądać się w zwierciadłach wiszących w galeriach, patrzeć na pokojówki niosące kosze z czystymi ubraniami, dotknąć śmiałym palcem marmurowego posągu, przywitać się z preceptorami dziedzica tronu, pośmiać z księżniczkami bawiącymi się piłką na trawniku; i przystanąć w drzwiach do sali tronowej, i po prostu czekać na swoją kolej, żeby podejść do cesarza i powiedzieć mu na przykład:
– Panie, bardzo lubię teatr, ale w mojej miejscowości żadnego nie ma. Może mógłbyś rozkazać, żeby nam jeden zbudowano?
Najpewniej Ekkemantes I uśmiechnie się, bo on także ma słabość do teatru, i z zapałem wda się w rozmowę o ostatniej tragedii wierszem Orab’Maagga, którą niedawno wystawiono w stolicy, aż jeden z jego doradców nie zakaszle znacząco, by dać do zrozumienia, że władca nie może rozmawiać przez godzinę z każdym ze swoich poddanych, bo inaczej braknie mu czasu na rządzenie. I najpewniej zacny cesarz, który zdaje się stworzony wyłącznie do uśmiechu i poczciwej miny – choć przecież kiedy podjęto wysiłek, by wyplenić z Cesarstwa podłość i okrucieństwo tamtej przeklętej kasty, umiał złapać za broń i walczyć nią jak anioł o czarnych wojennych skrzydłach – odpowie doradcy, że gawędzić godzinę z każdym poddanym to jest pewna metoda rządzenia, i to wcale nie taka najgorsza, ale pan doradca ma, rzecz jasna, rację, więc żeby nie tracić więcej tak cennego czasu, niechże pan doradca sporządzi dekret, który cesarz podpisze, a w którym znajdzie się polecenie zbudowania teatru w miasteczku Sariaband. Możliwe jest także, że doradca szeroko otworzy oczy i powie:
– Panie, budowa teatru, nawet w tak małej miejscowości, to kosztowne przedsięwzięcie.
– No, dobra, dobra – odpowie być może cesarz – nie będziemy się czymś takim przejmować. Prócz tego, że teatr nigdy nie jest drogi, bo to, co się w nim dzieje, uczy ludzi myślenia i wzajemnego zrozumienia, jakiś klejnot w pałacu jeszcze się znajdzie, albo jakiś skarb w podziemiach, który pokryje koszty. A jeśli nie, to poprosimy wszystkich aktorów w Cesarstwie, żeby przez jeden jedyny dzień, przez jeden wieczór, podczas jednego przedstawienia grali za darmo – by to, co zarobią, przekazali na budowę teatru w Sariabandzie, gdzie niektórzy z nich z czasem wystąpią i gdzie pewnego dnia sławę zdobędą ich córka albo syn, albo uczeń, których właśnie uczą stu jedenastu sposobów wyrażania bólu na scenie. A jeśli aktorzy się zgodzą, zbudujemy teatr z różowego marmuru, tego, co się go wydobywa w kamieniołomach w prowincji Sariabb, i poprosimy rzeźbiarzy z Cesarskiej Akademii, aby wykuli figury komedii i tragedii, które staną po bokach wejścia.
I miłośnik teatru odejdzie uszczęśliwiony, wesołym krokiem, pogwizdując, z rękami w kieszeniach, i być może jeszcze zanim wyjdzie przez bramę z wielkiej sali tronowej, usłyszy, jak cesarz obiecuje głośno, że osobiście wybierze się na inaugurację teatru, a także jak pan doradca cmoka, by wyrazić dezaprobatę dla takiego naruszania protokołu.
Tak, tak, dałem się ponieść słowom, rzecz, której opowiadacz historii winien sumiennie unikać, ale poznałem, co to strach, i czasami muszę sam się upewnić, że nie ma już powodu go czuć, jedynym zaś sposobem, jakim dysponuję, są właśnie moje słowa. Zaczynając tę historię, chciałem dojść do tego właśnie: w tym pałacu, po którym obecnie wszyscy mamy prawo się poruszać, jakby to był nasz dom, albowiem nim jest, w pałacu tym, w południowym skrzydle, w komnacie, której okna wychodzą na przepiękny sześciokątny ogród, znajduje się niekształtna kupka starych, zakurzonych i poplamionych kamieni. W innych pomieszczeniach znaleźć można dywany i meble, lustra i obrazy, są tam instrumenty muzyczne, są zbroje, są sprzęty domowe, są poduszki i porcelana, są kwiaty, są książki, są rośliny w donicach i dzbanach. Natomiast w tej jednej sali nie ma niczego: jest pusta i naga, a marmurowe płyty nie pokrywają nawet całej podłogi, lecz zostawiają pośrodku obszar udeptanej ziemi, i to na nim spoczywa ten stos kamieni. Nie jest to żaden sekret czy miejsce zakazane, wielu z was jednak, w poszukiwaniu wyjścia albo zacisznego zakątka, gdzie można by usiąść i zjeść kanapkę, którą przynieśliście w kieszeni, zapewne otworzyło wrota tej sali i zastanawiało się, co właściwie robią te szare i brzydkie kamienie w tak pięknie zadbanym, czystym i wesołym pałacu. Tak, tak, przyjaciele moi, ja wam o tym opowiem, bo w końcu po to istniejmy na tym świecie my, opowiadacze historii: nie dla błahostek, choć czasami możemy sprawiać wrażenie frywolnych, ale żeby odpowiadać na pytania, jakie wszyscy sobie zadajemy, i to nie na sposób tego, kto opowiada, tylko tego, kto słucha.
Długa jest historia Cesarstwa, bardzo długa; tak bardzo, że nie starczy życia człowieka, który by się oddał jej badaniu i zgłębianiu, aby ją poznać w całości. Pewne imiona, epizody i całe stulecia pozostają w cieniu, kryją się w jednym ze zwojów w archiwum, gotowe, by czyjaś pamięć wydobyła je na światło dzienne i pewnego dnia jakiś opowiadacz przywrócił im życie, w takim pawilonie jak ten, przed takimi ludźmi jak wy, którzy później udadzą się do swoich domostw, rozmyślając nad tym, co usłyszeli, i spojrzą na swoje dzieci z dumą oraz odrobiną smutku. Nie dość, że długa, to historia Cesarstwa jest także skomplikowana: nie jest to łatwa opowieść, w której jedno wydarzenie następuje po drugim i w której przyczyny tłumaczą skutki, skutki zaś odnoszą się do przyczyn. Nie, to tak nie wygląda: historia Cesarstwa pełna jest niespodzianek, sprzeczności, dziur, śmierci i ponownych narodzin. A ja wam powiadam, że te kamienie spiętrzone w jednej z sal cesarskiego pałacu są właśnie śmiercią, ale zarazem są i odrodzeniem.
Cesarstwo bowiem umierało, wiele razy, na wiele sposobów, powoli i nagle, w bólu i błogo, śmiesznie bądź tragicznie, ale umierało, a potem powracało do życia. Jedna z tych śmierci, już wiele tysięcy lat temu, była głębsza i czarniejsza niż pozostałe. Nie była tragiczna ani śmieszna: była głupia, rozdzierająca, szaleńcza. A stała się taka, ponieważ ludzie zabijali się w imię najbardziej ulotnej i niebezpiecznej z namiętności: dla władzy, żeby zasiąść na złotym tronie, umościć się na nim i trwać najdłużej, jak to będzie możliwe. Pewien ambitny generał zabił nieporadnego cesarza. Owdowiała cesarzowa, która zawsze żyła w cieniu i nawet jej imię nie zostało zapamiętane, pomściła małżonka i przy okazji przetarła sobie drogę do tronu, zabijając generała jego królobójczym mieczem, zanim ów zdążył przejąć władzę nad pałacem. Potem podsyciła niechęć żołnierzy pozbawionych dowódcy, co umiała robić doskonale, bo uczucie niechęci było jej dobrze znane, skłoniła ich do buntu przeciw kadrze oficerskiej i kazała wybić wszystkich generałów Armii Cesarskiej, żeby przypadkiem jakiemuś innemu nie przyszedł do głowy ten sam pomysł co zabójcy jej męża. Bracia zmarłego cesarza uzbroili się i ruszyli do pałacu, by chronić, jak twierdzili, bezbronną wdowę, lecz tak naprawdę chcieli zająć tron, nim ona to uczyni. Wschodnie prowincje wznieciły bunt z inspiracji pewnego zrujnowanego szlachcica, który twierdził, iż jest dziedzicem pewnej starej dynastii, i domagał się prawa władania nad Cesarstwem. Ktoś udusił cesarzową w łóżku i zasztyletował jej dzieci, choć powtarzano, że jedna dziewczynka ocalała z tej rzezi. Z bagien i lasów południa nadciągnęły hordy obdartych wojowników, którzy korzystając z zamieszania wywoływanego przemarszem wojsk, łupili miasta. Na północy jakiś szarlatan twierdził, że słyszy głosy spływające do niego z nieba i nakazujące mu, by ogłosił się cesarzem i zabił tych, co będą mu się sprzeciwiać, a najgorsze było to, że wielu mu uwierzyło. W kilka miesięcy wszędzie rozpleniła się wojna i ludzie już nawet nie wiedzieli, a może nie chcieli wiedzieć, przeciw komu walczą, w walkach bowiem nie chodziło już o to, żeby zabijać albo umierać, tylko żeby zabijać i umierać. Pojawiła się też zaraza. Rok później liczba ludności Cesarstwa zmniejszyła się co najmniej o połowę, a ta ocalała połowa wciąż walczyła, zabijała, paliła i niszczyła. W stolicy grupa oficerów niegdyś najdumniejszej armii wszech czasów znalazła pewną dziewczynę i oświadczyła, że to córka zmarłego cesarza, która przetrwała noc rzezi. Być może nią była, być może nie. Dziewczyna wstąpiła na tron, ale nie z pompą i przy dźwięku fanfar, tylko wśród płomieni i krzyków, i z tronu próbowała zaprowadzić porządek, najpierw w pałacu, potem na ulicach i w domach miasta, i wydawało się, że dopnie swego. Ale mundurowi wpadli w popłoch: jeśli zamiast służyć im jako marionetka do sprawowania władzy dziewczyna umocni się na tronie, żaden z nich nie będzie mieć szans, by zostać cesarzem. Dołożyli więc wszelkich starań, by jej plany spaliły na panewce, a rozkazy pozostały niewykonane. A kiedy przekonali się, że dziewczyna jest zręczniejsza i silniejsza, niż się spodziewali, zwołali sekretne spotkanie i rozmawiali przez wiele nocnych godzin. Ona także poniosła śmierć; nie pytajcie jak, bo tego nikt nie wie. Była bardzo młoda, może piękna, choć wiele czasu przeżyła w ukryciu, niedożywiona, a władała przez pięćdziesiąt cztery dni.
Tak, tak, wszyscy macie wyobraźnię; nie za wielką, bo w przeciwnym razie byście mnie nie potrzebowali, ale ją macie. Pomyślcie zatem o tej śmierci Cesarstwa, zobaczcie rozprute miasta, spalone pola, puste ulice; usłyszcie ciszę, huczący wiatr, co zrzuca luźne kamienie ze zrujnowanych budynków. Nie ma pożywienia, nie ma wody pitnej, żadnych pojazdów ani ruchu, żadnych fabryk ani banków, eleganckich sklepów czy poetów, ani nawet opowiadaczy historii. Niczego nie ma, nawet symbolu władzy, o który można by walczyć: złoty tron gdzieś przepadł, nie ma go, a jeśli nawet gdzieś jest, to leży zasypany stosem okaleczonych ciał i śmieci. Wojna także umarła i teraz pozostało tylko zapomnienie. Ludności w Cesarstwie ubyła już więcej niż połowa: ocalały jedynie grupy otępiałych nomadów okrywających się łachmanami zdartymi ze zwłok i chroniących się między wciąż jeszcze stojącymi, acz chwiejnymi ścianami, na których utrzymują się resztki tego, co niegdyś było dachem, a żywią się tym, co znajdą po drodze, względnie upolowanym przypadkowo zwierzęciem, a czasami, jeśli z winy zimna i tego braknie, mięsem najsłabszego bądź najmniej czujnego członka grupy. I żyją tak przez wiele pokoleń. Aż wreszcie wyniszczone i chore istoty, te nagie i błąkające się niemal zwierzęta, zaczęły powoli znów przemieniać się w ludzi, ponownie nauczyły się rozpalać ogień, piec mięso, siać ziarno, lepić z gliny i chować zmarłych. Niestety nauczyli się też znów między sobą walczyć. Plemiona stały się liczniejsze, pojawili się czarownicy, wojownicy, wodzowie, myśliwi i dziwni ludzie, którzy robili dziurki w łodygach trzcin i dmuchając w nie, wydobywali dźwięki, a kobiety i dziewczynki pląsały niezgrabnie w rytm tych melodyjek.
Tak, tak, drodzy przyjaciele, którzy mnie słuchacie, zastanówmy się teraz przez chwilę i pomyślmy, że wszystko mogło potoczyć się inaczej i ludzie mogli zorganizować się w inny sposób, niemający nic wspólnego z martwym wtedy Cesarstwem. Być może powstałyby niewielkie królestwa, może niezależne i samorządne miasta, może pasterskie bądź rolnicze wspólnoty przywiązane do swoich ziem, może społeczeństwa teokratyczne, może agresywne hordy, któż to wie. Śmierć jest zmartwychwstaniem, ale nie wiemy, jakim zmartwychwstaniem, dopóki ono nie nastąpi, a wtedy jest już zbyt późno, co najwyżej można medytować nad przeszłością oraz, jeśli potrafimy, dowiedzieć się czegoś o nas samych.
Tak, tak, teraz zobaczmy, dlaczego jednak Cesarstwo odrodziło się niczym sen i dlaczego kolejny raz zaczęło się to, co już kiedyś istniało. Powiem wam, że pewnego razu w jednym z tych plemion wahających się między pługiem a włócznią narodziło się dziecko, ciekawskie dziecko nazywane Bib, obdarzone wyjątkowym darem wydobywania dźwięków z podziurawionych łodyg trzcin. Jeśli znalazłby się ktoś dostatecznie wrażliwy i spostrzegawczy, gdyby starczało czasu na coś więcej niż zdobywanie pożywienia, niecenie ognia i obronę, stałoby się jasne, że Bib posiada także inne talenty, niektóre naprawdę znaczące: był na przykład nieposłuszny. Do tego odważny i, jak mówiłem, ciekawski. Jego ciekawość nie miała dna. Kiedy inne dzieci drzemały w słońcu na sznurkowych hamakach, Bib unosił swą okrągłą głowę i patrzył na liście drzew poruszające się na wietrze. Kiedy inne dzieci łaziły na czworakach wokół swoich matek, Bib przemykał ku drzwiom chaty i obserwował, co się dzieje na zewnątrz. Kiedy inne dzieci razem ze zwierzętami bawiły się w błocie, Bib szedł między ruiny i kopał w poszukiwaniu dziwnych przedmiotów, które następnie czyścił i chował w sekretnym miejscu, gdzie mógł je badać i sortować i gdzie nikt mu w tym nie przeszkadzał.
Nie wolno było kręcić się po ruinach: zakaz dotyczył wszystkich, a dzieci w szczególności. Prawda, czasami ktoś tam zachodził, kiedy w kotle zrobiła się dziura, gdy pękła włócznia, toporek albo inny niezbędny przedmiot. Ale wtedy mężczyźni i kobiety prosili Wodza albo Najstarszego o zgodę, by udać się Tam i poszukać nowej rzeczy i zastąpić tę zniszczoną. Nie, nie wiem, dlaczego obowiązywał taki zakaz, ale mogę sobie wyobrazić. Sęk w tym, że te wciąż jeszcze wysokie mury, te budynki podobne do labiryntów, ogromne kute kraty, stojące bądź leżące między chwastami, te szerokie i wysokie wnęki otwarte niczym paszcze potworów były tak odmienne od delikatnych okrągłych budowli z gliny, z jedną izbą i bez okien, ze słomianym dachem, tak bardzo odmienne, że ludzie z plemienia czuli, iż Tam mieszka Strach. Bib był mały i chudy, często chorował, dwukrotnie omal nie umarł, nie miał jeszcze tyle sił, żeby unieść włócznię, ale wiedział już, że strach mieszka w ludziach, a nie w rzeczach, ani nawet nie w zrujnowanych pałacach. Nie wiedział, rzecz jasna, że te budowle, wciąż imponujące, mimo że zaznały ognia, szaleństwa i działania czasu, były pałacami. Nie doszedł jeszcze do rozumowego wniosku, iż lęk jest dzieckiem ludzi, a nie rzeczy, nie powiedział tego nikomu, nawet sobie. Ale wiedział to. Bo też gdyby nie to, że w plemieniu za najsilniejszego, najmądrzejszego i najbardziej łebskiego uważano tego, kto zabija najwięcej zwierząt i wrogów, ma najwięcej dzieci i ziarna w spichlerzu, można by powiedzieć, że to Bib był najsilniejszy, najmądrzejszy i najbardziej inteligentny ze wszystkich.
Kiedy inni chłopcy szli na swoje pierwsze polowanie z ojcami, dziadkami, wujami albo starszymi braćmi, Bib także ruszył na łowy. I wtedy to po raz pierwszy mężczyźni i kobiety z osady zwrócili na niego uwagę i pomyśleli, że być może ten syn Vora jest kimś więcej niż obibokiem, co to całymi dniami i po części w nocy włóczy się nie wiadomo gdzie i dmucha w trzcinę z pięcioma dziurkami, a nie z dwiema, jak te używane podczas tańców, gdy zaczynały się długie słoneczne dni. Bib bowiem, choć tak drobny i szczupły, przyniósł do osady więcej zwierzyny niż którykolwiek z jego kolegów, więcej nawet niż Itur, będący już niemal wojownikiem, z tą jego blizną na twarzy i plecami szerokimi jak grzbiet cielęcia.
To był jedyny raz w życiu Biba, kiedy poszedł na polowanie. Tak, tak, udowodnił, że stał się mężczyzną i że nikt nie musi wydawać mu rozkazów: rzucił te zabite zwierzęta, żeby inni zajęli się ich oskórowaniem, upiekli je albo zasypali solą dla niego, i odmówił pokazania broni, którą zadał im śmierć. To nie miało znaczenia, choć ludzie, mężczyźni zwłaszcza, chętnie by się dowiedzieli, skąd wzięły się takie dziwne rany; była to rzecz niezwykła, acz bez znaczenia, zakładano bowiem, że każdy chłopak wyrusza na łów z bronią własnoręcznie wytworzoną, co wiązało się z czymś w rodzaju prawa: można było robić z tą bronią, co się zachce, także chować ją przed innymi. Pewnego dnia jednak, przyjaciele moi, ku zdumieniu, może nawet zgorszeniu, a na pewno budząc lęk wszystkich mieszkańców osady, Bib wyszedł ze swojej chaty i ruszył w kierunku ruin, nikogo nie prosząc o pozwolenie, przeszedł przez otwory w murach i zniknął w mroku, jakby pochłonięty przez Strach. Wrócił pod wieczór, dźwigając ciężar tak wielki, że chwiał się przy każdym kroku, wszedł do wątłej chaty bez okien i wręczył swojej matce wiele dziwnych i błyszczących przedmiotów, polecając przy tym, by z nich skorzystała. Kobieta nie wiedziała jednak, do czego one służą.
– Tu się wsadza jedzenie i to nigdy nie pęknie – odparł Bib. – Widzisz? Uderzam i nie rozpada się na kawałki jak miska. Najlepsze miski, nawet te, które wytwarza Lloba, pękają, rozkruszają się albo przepuszczają wodę. To nie. Nie bój się, nic się nam nie stanie, jeśli będziemy tego używać. W tym się miesza jedzenie: nie korzystaj już z kawałka drewna, to jest lepsze i też nie pęka ani nie gnije. Można to wstawić nad ogień i gotować w środku polewki i mięso, ale ponieważ bardzo się nagrzewa i można się poparzyć, to lepiej przechowywać w tym wodę. Tym się skóruje: tu przykładasz jeden palec, tu drugi, drugą ręką ciągniesz skórę i idzie to tak. To odbija słońce, nie, nie tak, trzeba chwycić tu i tą powierzchnią ku górze, tylko nie upuść, bo to akurat może pękać. Dlaczego magia? To przecież tylko nasze twarze, twoja i moja. Dobrze, możemy tak to położyć, wtedy niczego nie będzie odbijać. W tym trzyma się rzeczy, ale to lepsze niż worek, bo można wszystko osobno poukładać, tu groty do strzał, tam haczyki, tu noże, tam pióra, a w tej dużej części na dole okrycia na zimę. Na tym się siada, można też stanąć i sięgać do najniższych gałęzi drzew. Tym się przytrzymuje mięso, jeśli chcesz je tak ukroić. To sobie powiesisz na szyję zamiast tamtego pęku żółtych kości, który podarował ci Voro.
– Ale to kości zwierząt, które upolował przed twoim urodzeniem – odparła.
– Nieważne – rzekł Bib – są brzydkie i to tylko stare, wysuszone kości. To jest twardsze i piękne, i błyszczy w słońcu, widzisz?
I Bib godzinami tłumaczył, do czego służy każda rzecz, którą przyniósł. Tymczasem na zewnątrz najstarsi, najdzielniejsi i najinteligentniejsi ludzie z plemienia rozprawiali o tym, co chłopak zrobił. A kiedy zapadła noc, jeden z nich odłączył się od grupy, podszedł do chaty Biba i go zawołał.
– Tu jestem – odparł chłopak, pojawiając się w drzwiach.
– Bibie, synu Vora – odezwał się mężczyzna. – To, co zrobiłeś, jest bardzo złe.
– Lepiej wracaj do domu i się prześpij, starcze – odpowiedział Bib.
Mężczyzna wpadł w gniew.
– Marnie skończysz, Bibie! – krzyknął. – Podpalimy twój dom i usmażysz się tam w środku razem z matką i tymi wszystkimi przeklętymi przedmiotami.
– Nie bądź niemądry – odparł chłopak z uśmiechem.
Mężczyzna znów się obrócił, rozłożył ręce i rzucił się na Biba, ale nawet nie zdołał go tknąć. Chłopak uniósł prawą rękę: w dłoni trzymał małą, błyszczącą broń. Wystrzelił i mężczyzna padł trupem.
Nigdy więcej nie mówiono już o zabijaniu syna Vora i podpalaniu jego domu, wypełnionego przedmiotami z ruin. Rzecz jasna mieszkańcy osady dalej wierzyli, że w tamtym miejscu mieszka Strach, ale woleli już mieć do czynienia z nim niż z bronią Biba. To dlatego zgadzali się, by każdego dnia, kiedy zwierzęta zostały już nakarmione, dzieci nieumiejące jeszcze o siebie zadbać oraz chorzy byli dzieleni przez Biba na grupy i prowadzeni w ruiny, gdzie mieli kopać. Skończyły się czasy, gdy trzeba było zabiegać o zgodę, by iść do zniszczonych pałaców w poszukiwaniu kawałka kraty potrzebnego do naprawy ostrza włóczni. Skończyły się też czasy lęku, choć oni tego jeszcze nie wiedzieli i wierzyli, nadal żyli w przekonaniu, że wciąż trwają. Odmówili więc odbudowy zrujnowanych domów i przeprowadzki do nich, a Bib nie był w stanie ich przekonać, że tam żyłoby się lepiej i bezpieczniej; prawdą jest i to, że kierując się wskazówkami chłopaka, pozbierali luźne kamienie, belki i przerdzewiałe kraty i użyli ich do budowy nowych domostw o solidnych ścianach i stropach, z otworami okiennymi i różnymi pomieszczeniami w środku. Bib zakazał jedynie ruszania największej z budowli w ruinach.
– To mój dom – powtarzał – pewnego dnia tu się przeprowadzę.
Mężczyźni i kobiety z plemienia odwodzili go od tego pomysłu: twierdzili, że nocami będą się tam zjawiać demony mroku i zabiorą go ze sobą, ale Bib śmiał się pod nosem, gdyż wiedział, że nie ma żadnych demonów mroku, a poza tym nikt już nie ośmielał się mu grozić.
Tak, tak, dokąd to wszystko nas prowadzi? Przekonacie się, drodzy przyjaciele, niebawem się przekonacie: to nas prowadzi ku przyszłości, kiedy już cała społeczność zamieszkiwała kamienne domy i jadła ze złotych talerzy, wodę trzymała w szklanych amforach, niektóre były przyczernione, inne miały ubite dziubki bądź rysy, piła ze szklanek lub kielichów ze srebra przy drewnianych stołach, skrupulatnie oczyszczonych i wypolerowanych. Ludzie sypiali także w łożach, którym brakowało wezgłowia albo kolumny, albo nóżek, kładli na legowiska swoje stare koce, ale były to prawdziwe łóżka, szerokie i długie, zajmujące główne pomieszczenie w murowanych domach. Starsi nie mogli się do tych rzeczy przyzwyczaić i czasami domagali się swoich starych glinianych misek do jedzenia albo potajemnie spali na podłodze, obok tych wielkich łóż. Bib powtarzał jednak, że potężni i odważni ludzie sypiają w łóżkach, a nie na ziemi jak zwierzęta, te bowiem mają za zadanie tylko pracować i karmić swych właścicieli, no a młodzi i dzieci chcieli czuć się odważni i potężni.
To wszystko pozwala nam także zrozumieć, że kiedy nadeszła zima, ludzie ci skończyli budowę muru otaczającego ich nowe domy, zagrody, spichlerze i ruiny Strachu, zwieńczonego żelazną bramą, którą przez cały miesiąc przenosili i wstawiali na miejsce. Toteż kiedy śnieg i głód pchnęły inne plemiona do tego, by w poszukiwaniu jedzenia napadały, zabijały i kradły, lud Biba skutecznie stawił im czoła, osaczył ocalałych napastników i część z nich włączył do społeczności kamiennego miasta. Nikt tego jeszcze nie wiedział, nawet sam syn Vora, ale Cesarstwo powstawało z martwych.
Minęła zima i nastała wiosna, potem minęła wiosna i nastało lato. Kamienne miasto szybko się zmieniało i rozrastało: trzeba było zburzyć część murów i odbudować je znacznie dalej. Wśród ruin znaleziono płaskie płyty, którymi wykładano uliczki między domami, a kiedy skończyły się kamienie w tym miejscu, ludzie ruszyli na poszukiwanie nowych, w innych ruinach albo w naturze. Trzeba było zbudować łodzie rzeczne i ciąć drewno, wiązać je w konstrukcje i tak budować szerokie barki, bo wydłubywane w pniach czółna już nie wystarczały. Trzeba było sprowadzać więcej kamieni, by stawiać więcej domów, oczyszczono też środek miasta, żeby powstało miejsce, w którym ludzie mogą się spotykać i wymieniać rzeczami przez siebie zebranymi bądź wytworzonymi. Ktoś skonstruował koło: kręciło się, gdy człowiek naciskał stopą dźwignię – i w kilka minut nadawał kształt dzbanowi, w którym można było trzymać płyny. Kobieta, która miała chore dziecko – nie mogło chodzić – użyła dwóch wałków, jakie stosowano do kładzenia kamiennych płyt na ziemi, zamontowała na nich siedzisko i w ten sposób mogła przewozić chłopca. Mężczyzna, który posiadał liczną rodzinę, podciągnął do góry ściany swojego domu i zbudował piętro oraz wewnętrzne schody. Młodzi siadali pod drzewami, wokół starców, i wypytywali, czym są i do czego służą dziwne i zagadkowe narzędzia znajdywane w ruinach. Czasami starcy wiedzieli, kiedy indziej nie, a wtedy młodzi odkrywali zastosowanie tych przedmiotów na własną rękę: próbowali ich na różne sposoby, czasem kaleczyli się, mylili, ale próbowali raz za razem. Rzecz w tym, że bezpieczni i ciepło odziani, dobrze odżywieni i chronieni przed wrogami oraz dzikimi zwierzętami, mieszkańcy miasta rośli tak liczebnie, jak i w siłę. W porze deszczowej zjawiali się u nich już nie rabusie, lecz wędrowcy proszący o schronienie i pracę, oferujący swoje umiejętności lub wiedzę. A kiedy deszcze ustały i pola zabarwiły się ciemną zielenią, mężczyźni i kobiety zaś zbierali ziarno i owoce, zaszło coś bardzo ważnego.
Chłopak nazywany Bib rzeczywiście chciał przenieść się do wielkiego kamiennego domu wśród ruin, gdyż sny, jakie śnił w dzieciństwie, oraz plany, jakie czynił, od kiedy wydoroślał, związane były z tym miejscem i wciąż żyły między tymi ścianami, które jemu wydawały się coraz dumniejsze. Z ruin, tak jak i ze Strachu, niewiele już zostało – wszystkiego, co tam było, ukryte bądź nie, używano obecnie w mieście do życia lub budowania. Nadal nietknięta stała tam jedynie wielka centralna budowla, w której pracował Bib: kładł na ziemi płyty albo odkrywał stare wyblakłe posadzki, mocował belki, by położyć nowy dach, reperował i czyścił nadproża i ściany, przyglądając się i próbując zgadnąć, do czego służyły te dukty z miękkiego metalu, których ujścia wystawały między kamiennymi łączeniami.
W tym wielkim domu, w pomieszczeniu zamkniętym pod sypiącym się dachem, pewnego dnia pod koniec lata Bib odkrył ogromne siedzisko, ciężkie jak góra, błyszczące jak talerze, które przyniósł matce pierwszego dnia swej dorosłości, inkrustowane twardymi kamieniami, niczym ów naszyjnik, który jego rodzicielka nosiła od tamtego dnia zamiast pęczka zębów zwierząt upolowanych przez Vora odległej zimy, kiedy Biba jeszcze nie było na świecie. Siedzisko było tak wielkie, tak imponujące, tak masywne, tak nieproporcjonalne, że wręcz nie na ludzką miarę. Bib pomyślał, że zbudowano je dla olbrzyma. Pomyślał też, że i on jest olbrzymem. Nie było to prawdą, rzecz jasna, w każdym razie jeśli chodzi o jego ciało: Bib nadal wyróżniał się wątłą posturą i nieprzesadnym wzrostem. Pomyślał tak jednak, pomyślał, że jest olbrzymem i że to siedzisko powstało dla niego. Wszedł więc po trzech stopniach i usiadł. Sam, w zrujnowanym budynku, w niemal całkowitej ciemności, bo jedyne światło wpadało tam przez dziurę zrobioną przez niego samego w starym stropie nad wejściem do sali – i tam właśnie ów śmiały, ciekawski i niepokorny barbarzyńca zasiadł na złotym tronie władców Cesarstwa.
Tak, tak, możecie mi wierzyć, że kiedy Bib tak siedział na tym tronie władzy, naprawdę stał się olbrzymem. O nie, przyjaciele, nie chcę przez to powiedzieć, że urósł czy przybrał na masie. Był taki sam jak wcześniej, najchudszy i najniższy spośród swoich rówieśników, ale intensywnie myślał o samym sobie już nie jako o istocie odrębnej, ale jako o części czegoś, co jeszcze nie istniało i co potrzebowało jego, by zaistnieć. I właśnie takie myślenie, drodzy moi, zmienia nas w olbrzymów.
Po co przedłużać tę starą historię? Wiele jest do zrobienia na ulicach i w domach miasta; wiele jest do zrobienia w miastach i na polach Cesarstwa, i niektórzy z was pewnie myślą, że tego opowiadacza historii nazbyt ponosi jego własna opowieść. Tak, tak, jest w tym pewien element prawdy, ale możecie być spokojni: nie ma już wiele do opowiedzenia. Powiedzieć jeszcze trzeba, że do kamiennego miasta przyszła jesień, a potem minęła, i nadeszła zima. A kiedy spadł śnieg, miasto nazywało się już Bibarandaraina i przyjmowało daniny od wielu nowych miast, skromniejszych, biedniejszych, mniejszych, pośpieszniej zbudowanych, które w zamian chroniło i których broniło. W centrum stolicy wznosił się bardzo stary pałac, wtedy już zajmowany przez cesarza Bibaraïna I, zwanego Flecistą, założyciela dynastii Vorosydów, jednego z twórców imperium. Żaden z was nie znajdzie nigdzie portretu Flecisty, w żadnej z ksiąg ani w żadnej z niekończących się galerii, w których prezentowane są wizerunki tak wielu panów i dam zasiadających niegdyś na złotym tronie, bo też nie zostały po nim żadne malowidło ani żadna rzeźba, o ile jakieś w ogóle powstały. Tylko my, opowiadacze historii, którzy przysiadamy na placach albo w pawilonach, by snuć stare opowieści, możemy wyobrazić go sobie takim, jaki był. I jeśli potrzeba go przywołać w pamięci, wystarczy wejść do pałacu dobrego cesarza Ekkemantesa I, odszukać sześciokątny ogród i popatrzeć na ostatni ślad po dawnym pałacu, zniszczonym przez wojnę, tak jak całe Cesarstwo, i przywróconym do życia, tak jak Cesarstwo, wiele tysięcy lat temu, dzięki człowiekowi, który był nazbyt chudy, nazbyt ciekawski i nazbyt niepokorny.
Dobrym był władcą. Nie powiem, że doskonałym, bo takim nie był; nie, mili przyjaciele, żaden człowiek doskonały nie jest, a tym bardziej cesarz, ma bowiem w rękach władzę, a władza jest niebezpieczna jak nie do końca udomowione zwierzę, groźna niczym kwas, słodka i zabójcza jak zatruty miód. Ale owszem, był dobrym cesarzem. Wiedział na przykład, która strona medalu jest zła, a która dobra, a to już całkiem sporo. Tyle że czasami musiał wybrać tę złą, bo też narodziny Cesarstwa to coś, co wymyka się myślom, uczuciom i czynom jednego człowieka. Tak więc pierwsze, co utworzył, to armię, rzecz samą z siebie złą – by uniknąć chaosu w na wpół barbarzyńskich miastach i miasteczkach i chronić tych, którzy stali się jego poddanymi, a to jest już dobre. Następnie wydobył na światło dzienne resztki starego Cesarstwa, tam gdzie jeszcze pozostały ślady jego istnienia, a sporo ich można było znaleźć na całym terytorium, i przywrócił im należne miejsce oraz blask i dzięki nim wytyczył granice prowincji. A potem wybrał najbystrzejszych ludzi i polecił im rozszyfrować dźwięk i sens wszystkiego, co było zapisane na papierze, na płótnie, w marmurze i metalu. Dopiero wtedy otwarto szkoły i tak jak wcześniej ludzie nauczyli się ponownie rozpalać ogień i grzebać zmarłych, tak teraz ponownie uczyli się czytać, pisać, tworzyć prawa, komponować muzykę, konstruować mechanizmy, wydmuchiwać szkło, spawać metale, mierzyć pola, leczyć choroby, obserwować niebo, wytyczać drogi, liczyć czas i nawet żyć w pokoju.
Wszystko to wydarzyło się w czasie jednego ludzkiego życia, tak, moi drodzy przyjaciele, tak było. Długiego, bardzo długiego życia, ale jednego. Cesarz Bibaraïn I żenił się dwukrotnie i miał czternaścioro dzieci: sześciu chłopaków i osiem dziewcząt. Nigdy nie nauczył się czytać ani pisać: powtarzał, że mu to niepotrzebne, i być może miał rację. Nikomu jednak z jego otoczenia na ignorancję nie pozwalano. Jego druga żona, cesarzowa Dalayya, nauczyła się czytać i pisać w wieku piętnastu lat, a gdy miała lat trzydzieści, zdążyła już napisać cztery księgi kronik, w których notowała wszystko to, co odkrywano w wykopaliskach i co dotyczyło starego Cesarstwa, ze szczegółami oraz interpretacjami, najczęściej niedokładnymi, ale pełnymi piękna i wyobraźni. Jeden z jej synów został matematykiem, a inny poetą, i ten opiewał niesamowity żywot swojego ojca oraz śmierć starego imperium, tak jak on, świadek jego odrodzenia, wyobrażał ją sobie. Wszyscy synowie i wszystkie córki byli inteligentni, wykształceni i zdolni. Jedna córka okazała się ciekawska i nieposłuszna, tak jak niegdyś chłopiec zwany Bib z pewnego na wpół koczowniczego plemienia.
Mówi się też, acz za to nie ręczę, drodzy przyjaciele, no ale mówi się, że kiedy przyszedł czas na starego cesarza Bibaraïna, ujrzał on swoją śmierć, uśmiechnął się do niej i zapytał, czy mogłaby chwilę na niego poczekać, a ona zaczekała. Niezbyt długo, ale jednak. Stary władca nowego Cesarstwa zasiadł na złotym tronie, wezwał żonę, dzieci, wnuki, ministrów i służbę i oznajmił, że umiera. Nikt nie chciał mu wierzyć, nikt: oczy tak mu błyszczały, głowę trzymał tak prosto, głos jego brzmiał tak pewnie, że nikt nie chciał temu dać wiary. Nikt prócz jednej dziewczyny, której kazano się wykąpać, uczesać i przebrać w inną sukienkę, żeby godnie prezentowała się na spotkaniu z ojcem i władcą. Ona, która nie zrobiła żadnej z tych trzech rzeczy i teraz chowała się za starszym rodzeństwem, ona mu uwierzyła. Stary Bibaraïn I Flecista uśmiechnął się i oznajmił, że następczynią tronu mianuje swą córkę o imieniu Mainaleaä, zaś cesarzowa Dalayya, jej matka, będzie regentką do momentu, kiedy to rozczochrane dziecko osiągnie pełnoletniość. I podczas gdy skryba podchodził do cesarza z piórem i papierem, by ów podpisał dekret o dziedziczeniu tronu oraz rozkaz, by zadbać, jak najdłużej się da, o stary pałac, władca poprosił o flet i zaczął na nim grać. Gdy urzędnik podał mu zwój, cesarz złożył podpis, a potem dalej grał na flecie, aż w końcu przypomniał sobie o czekającej na niego śmierci. Wówczas wzniósł oczy ku górze – akurat wydawał wysoki ton – spojrzał na nią i mrugnął okiem. Śmierć podeszła do niego i stary władca umarł, grając na flecie i siedząc na złotym tronie, na którym zasiadali rządcy owego Cesarstwa, najrozleglejszego i najstarszego ze wszystkich znanych człowiekowi.Tomasz Pindel (1976) – zajmuje się (przede wszystkim) Ameryką Łacińską: jako wykładowca akademicki, tłumacz (przełożył ok. 90 pozycji książkowych, m.in. Roberta Bolaña, Claudii Piñeiro, Virgilia Piñery, Javiera Maríasa i Samanty Schweblin) i publicysta. Jest autorem kilku książek, m.in. _Mario Vargas Llosa. Biografia_ (2014), _Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody_ (2018), _Historie fandomowe_ (2019) i _Śmierć i inni święci. Ameryka Łacińska i jej wierzenia_ (2025), a także scenariusza komiksu _W głowie tłumaczy_ (2019) i współprowadzącym „Piątki z literatury” w RMF Classic.KONTAKT:
[email protected]
Cymelia – seria przybliżająca kultowe dzieła literatury światowej: te niesłusznie zapomniane, które chcielibyśmy przywrócić do czytelniczego obiegu, i te, które nigdy nie doczekały się przekładu na język polski.
W serii ukazały się dotychczas:
- Henry Roth, _Nazwij to snem_, tłum. Wacław Niepokólczycki
- Kay Dick, _Oni_, tłum. Dorota Konowrocka-Sawa
- Juan Emar, _Wczoraj_, tłum. Katarzyna Okrasko
- Pierre Boulle, _Planeta małp_, tłum. Agata Kozak
- Marlen Haushofer, _Ściana_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Dashiell Hammett, _Sokół maltański_, tłum. Tomasz S. Gałązka
- Walter Kempowski, _Wszystko na darmo_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Dola de Jong, _Strażniczka domu_, tłum. Jerzy Koch
- Torgny Lindgren, _Legendy_, tłum. Tomasz Feliks
- Jacqueline Harpman, _Ja, która nie poznałam mężczyzn_, tłum. Katarzyna Marczewska
- Kjell Askildsen, _Ostatnie zapiski Thomasa F. dla ogółu. Nowele_, tłum. Maria Gołębiewska-Bijak
- Jens Bjørneboe, _Chwila wolności_, tłum. Karolina Drozdowska
- Thomas Pynchon, _49 idzie pod młotek_, tłum. Piotr Siemion
- Italo Svevo, _Zeno Cosini_, tłum. Zofia Ernstowa
- Juan José Saer, _Pasierb_, tłum. Barbara Jaroszuk
- Kingsley Amis, _Alteracja_, tłum. Przemysław Znaniecki
- Torgny Lindgren, _Przepis doskonały_, tłum. Dawid Jabłoński
- Robert W. Chambers, _Król w Żółci_, tłum. Tomasz S. Gałązka
- Pierre Boulle, _Most na rzece Kwai_, tłum. Jacek Giszczak
- Leonard Gardner, _Fat City_, tłum. Tomasz Antosiewicz
- Halldór Laxness, _Dzwon Islandii_, tłum. Jacek Godek
- Anna Kavan, _Lód_, tłum. Agata Ostrowska
- María Luisa Bombal, _Spowita całunem_, tłum. Mateusz Lamch
- Etienne Leroux, _Siedem dni u Silbersteinów_, tłum. Jerzy Koch
- Aleksandar Tišma, _Kapo_, tłum. Magdalena Petryńska
- Sven Holm, _Termush_, tłum. Iwona Zimnicka
- Walter Kempowski, _Prima sort_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Thomas Pynchon, _Tęcza grawitacji_, tłum. Robert Sudół
- Jacqueline Harpman, _Orlanda_, tłum. Katarzyna Marczewska
- Adam Wiśniewski-Snerg, _Robot_
- Marlen Haushofer, _Zabijemy Stellę_ / _Piąty rok_, tłum. Małgorzata Gralińska
- Torgny Lindgren, _Biblia Dorégo_, tłum. Dawid Jabłoński
- Russell Hoban, _Riddley Walker_, tłum. Piotr Siemion
- Halldór Laxness, _Zuchwaliada_, tłum. Jacek Godek
- J.G. Ballard, _Wystawa okropności_, tłum. Maciej Płaza
- Bea Vianen, _Surinamie, to ja_, tłum. Alicja Oczko