Chaos - ebook
Gdy Wojtek, podczas zakupów z rodziną, spotyka dawnego znajomego, nawet przez myśl mu nie przechodzi, że za kilka minut przyjaciel z dzieciństwa, stanie się mordercą, który zasztyletuje ludzi w biały dzień. W ciągu kolejnych dni dochodzi do kolejnych, równie brutalnych wydarzeń w całym kraju. Nikt nie przyznaje się do ataków. Policja nie jest w stanie przewidzieć kolejnych zamachów, a jedynym tropem staje się osoba, która pojawia się zawsze w miejscu i w czasie, gdzie giną ludzie — Wojtek.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-361-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Następnego dnia, w pracy szef Wojtka zwołał spotkanie w centrali, w Krakowie. Pracownicy zjechali się z całej Polski i zdawali raporty ze swoich działań. Było to cykliczne spotkanie, przez co nie wzbudzało większego zaniepokojenia. Poruszali na nim sprawy bieżące, jak i przyszłe dotyczące każdego z nich. Trwało ono zazwyczaj kilka godzin, po czym każdy rozjeżdżał się do swoich regionów i powracał do codziennej pracy.
Tak też było i tym razem, jednak gdy tylko wyszli ze spotkania, Wojtka zaczepili dwaj jego koledzy z pracy: Radek Kędzierski i Michał Małoń.
— Wojtek, słyszałem, że miałeś fajnego kumpla — zaczepił go Radek. — Wczoraj go chowali, tak?
— Tak.
— Co mu odwaliło? — wtrącił się Michał.
— Nie wiem. Nikt tego nie wie.
— Ponoć dobrze się znaliście? Od zawsze był taki agresywny? — zapytał Radek.
— On agresywny? W ogóle — odpowiedział już lekko poirytowany.
— Może wcale tak dobrze go nie znałeś? — wtrącił Michał.
— Pewnie był znany policji — dodał Radek. — Takich świrów powinno się izolować od społeczeństwa, a nie tylko spisywać i wypuszczać. Tak się właśnie kończy pobłażanie niezrównoważonym psychicznie.
— Jacek był zdrowy na umyśle — odpowiedział im Wojtek i mając już dość tej rozmowy, uciął temat, mówiąc: — Muszę już jechać, na razie.
Odszedł od nich, by jak najszybciej wyjść z siedziby firmy. Jednak zanim zdołał dojść do samochodu, podeszła do niego Marzena Fryc — asystentka szefa.
— Cześć Wojtek. Moglibyśmy porozmawiać?
Spojrzał na nią zdziwiony. Dawno do siebie się nie odzywali, prócz momentów, gdy było to konieczne w pracy. Zazwyczaj było to w obecności szefa. Kiedyś byli parą, ale gdy po kilku latach się rozeszli, przestali się do siebie odzywać. Los sprawił jednak, że po jakimś czasie spotkali się znów w tej samej firmie. Ona stacjonarnie w siedzibie firmy, a on w terenie. Do tej pory unikali się nawzajem, przez to zaskoczyło go jej pytanie.
— Coś nie tak?
— Nie. To nic związanego z firmą. Chciałabym o czymś z tobą porozmawiać. Może też zgłodniałeś? Pojedziemy coś zjeść przy okazji?
— No dobra — odpowiedział wciąż nie bardzo wiedząc, czego oczekiwać.
Otworzyła drzwi swojego sportowego samochodu i ruchem ręki zaprosiła go na miejsce pasażera. Radek z Michałem widząc to, od razu zaczęli spoglądać zazdrosnym wzrokiem na nich i komentować pod nosem ich zachowanie. Wojtek nie zwracał jednak na nich uwagi. Siadając w wygodnym, skórzanym fotelu i patrząc na bogate wyposażenie samochodu, od razu pozazdrościł jej wypłaty.
— A, o czym chcesz rozmawiać? — zapytał, gdy tylko ruszyli.
— Dojedźmy na miejsce, dobrze?
— OK.
Wyjechali na jedną z bardziej ruchliwych ulic i skierowali się do centrum miasta. Wojtek spojrzał na zegarek, co od razu zauważyła Marzena.
— Spieszy ci się? — zapytała lekko zaskoczona.
— Nie, tylko że zaraz godziny szczytu. Nie wiem, czy dobrze robimy pchając się do centrum.
— Mówisz, jakbyś nie przywykł jeszcze do korków — wyśmiała lekko jego słowa.
Teraz Wojtek wiedział, że kroi się dłuższa rozmowa. Nie skomentował jednak tego głośno, tylko odwrócił wzrok na ulice miasta i obserwował zmieniający się obraz. Kraków zawsze mu się podobał i lubił podziwiać jej uliczki oraz zabudowania. Z chęcią przyjechałby tutaj pospacerować z rodziną. Przejść się z Anielą i Moniką po rynku, zobaczyć po raz kolejny Zamek na Wawelu, czy Sukiennice. Atrakcji tu jest tak wiele, że można było to rozłożyć na kilka dni zwiedzania.
Marzena po kilku chwilach zaparkowała samochód na jednej z wąskich uliczek, tuż obok rynku miasta. Przeszli kawałek i wyszli na ulicę pełną różnych restauracji. Ich ciąg liczył dobrych kilkaset metrów. Każda miała przed sobą ogródki gastronomiczne, w których prawie wszystkie stoliki były zajęte przez gości. Marzena miała swoją upatrzoną i tam właśnie prowadziła Wojtka. Minęli dwie najbliższe restauracje, aż w końcu asystentka szefa weszła do ogródka i usiadła przy wolnym stoliku na samym końcu ogródka. Zdążyli tylko usiąść, gdy podszedł do nich młody kelner z menu w ręce.
— Dzień dobry, zanim państwo wybiorą coś z menu, to może napiją się czegoś?
— Tak, poproszę wodę — odpowiedziała mu Marzena. — A dla ciebie?
— Ja też wodę.
Kelner odszedł, a Wojtek przeglądając menu, czekał z coraz to większym zniecierpliwieniem na poznanie powodu ich spotkania. Zamknął kartę dań i kładąc ją przed sobą, zapytał:
— To, o czym chcesz porozmawiać?
— Przepraszam, że cię tak wyciągnęłam, ale nie chciałam rozmawiać o tym przy wszystkich. Powiedz mi coś więcej o tym twoim przyjacielu, który zaatakował ludzi nożem.
— Nie no, bez przesady Marzena. Mam dość tego tematu — Wojtkowi ręce opadły. Wstał oburzony i dodał: — Miałem cię za kogoś zupełnie innego. Wybacz, ale nie mam ochoty już tego tematu poruszać.
— Zaczekaj.
— Nie. Już się nasłuchałem takich ludzi jak ty. Jak chcesz zaspokoić swoją ciekawość, to poczytaj gazety. Ja ci nic więcej nie powiem.
— Czekaj! Nie o to chodzi. Ja też mam takiego znajomego. — Wojtek już chciał odejść, gdy przystanął wbijając w nią wzrok zaskoczony. — Proszę cię, usiądź.
Usiadł i zapytał:
— Jak to masz takiego samego znajomego?
— Nie uważasz go za obłąkanego, prawda? — skinął tylko głową. — Znałeś go dobrze? Nigdy nie wydawał się agresywny? — znów przytaknął. — Długo się znaliście?
— Od dziecka.
— Właśnie i też nie rozumiesz, dlaczego tak się zachował?
— Nie, a o kim ty mówisz?
— O moim młodszym bracie, Kamilu. — Zaskoczyła go tymi słowami. — Prawie zrobiłby to samo, co twój przyjaciel.
— Prawie?
— Tak, na szczęście w porę zobaczył go nasz sąsiad, który jest policjantem i go powstrzymał.
— Ale… nie rozumiem. Co, prawie zrobił?
— Tego samego dnia, co twój znajomy, mój brat wyszedł z domu z nożem kuchennym i kierował się w stronę galerii handlowej. Nie wiem, co mu odbiło, ale chciał tam kogoś zabić.
— A gdzie jest teraz?
— Policja go nie chce wypuścić. Pozwolili nam jedynie się z nim zobaczyć.
— A jak się tłumaczył?
— W tym problem, że nic takiego nie pamięta. W ogóle nie wiedział, czemu wyszedł z domu z nożem. Jest tym tak samo przerażony, jak i my. Policja ma go za obłąkanego i chcą by trafił do szpitala psychiatrycznego, ale wierz mi, to niemożliwe, żeby chciał kogoś zabić. Coś musiało się wydarzyć. Ktoś go musiał jakoś do tego zmusić. To jest mój brat. Znam go.
— Tak samo myślałem o Jacku.
Podszedł do nich kelner z wodą i wypełnił nią szklanki stojące przed nimi, po czym zapytał:
— Wybrali państwo już coś z menu?
— Tak, ja poproszę sałatkę grecką — odpowiedziała mu Marzena.
— A dla mnie kotlet devolay z serem i zestaw surówek, proszę.
— Do tego frytki czy ziemniaki?
— Frytki.
— Jeszcze coś dla państwa?
— Nie, dziękujemy.
Oddali karty dań i kelner odszedł, a Wojtek powracając do rozmowy, zapytał:
— I mówisz, że miało to miejsce w tym samym dniu?
— Tak, dokładnie tego samego dnia. — Wojtek zaniemówił, a Marzena widząc jego zaskoczenie, po chwili dodała: — Gdyby tego było mało, nie był to jedyny udaremniony atak tego dnia. Ten sam znajomy, który zatrzymał mojego brata, zdradził nam, że podobne przypadki miały miejsce w różnych częściach Polski. Było ich znacznie więcej, niż te, o których mówili w telewizji.
— Poważnie?
— Nikt nie wie, co się dzieje, ale to jest straszne.
— Może to na serio jakieś opętania — stwierdził, przypominając sobie słowa matki Jacka z pogrzebu.
— Przestań, nie wierzę w takie rzeczy. To musi być coś innego. Pomóż mi uratować Kamila. Oni go zniszczą w tym szpitalu. Naszprycują go nie wiadomo czym i powie im, co tylko będą chcieli.
— Ale, jak mam ci pomóc?
— Nie wiem, powiedz mi cokolwiek o twoim przyjacielu. Jakim był człowiekiem? Z kim przebywał? Może należał do jakiejś grupy ekstremistycznej?
— Jacek? Wątpię. Tak naprawdę, to ja nie wiem, co się z nim działo przez ostatnich kilka lat. Wiem, tylko że przebywał w Anglii. Ale co tam robił, czym się zajmował, tego nie wiem.
— Czyli mi nie pomożesz.
— Jakbym mógł, to bym z chęcią ci pomógł, ale nie wiem jak?
— Nie zauważyłeś nic dziwnego w go zachowaniu, gdy się spotkaliście? Nic nie zdradziło jego zamiarów?
— Nie, zupełnie nic. Rozmawiałem z nim, tak samo jak z tobą teraz. Był zadowolony, a nawet mógłbym powiedzieć szczęśliwy.
— Nic z tego nie rozumiem.
— Ja też.
Kelner przyniósł im zamówione dania i Marzena zaczęła jeść swoją sałatkę, rozczarowana rozmową. Wojtek widział jej podenerwowanie, ale nie miał dla niej gotowych rozwiązań. Wiedział jeszcze mniej od niej i też go to irytowało. Odkroił sobie kawałek kotleta i przeżuwając frytkę, po chwili powiedział:
— Przykro mi, Marzena, ale nie wiem jak ci pomóc. Jacek w jednym czasie był szczęśliwym i pogodnym człowiekiem, by po kilku minutach stać się mordercą. Widziałem jego twarz i oczy, gdy mordował. To był zupełnie inny człowiek.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Możesz mi nie wierzyć. Możesz się z tego śmiać, ale… wyglądał jakby na serio coś go opętało. Jak chodzące zombie. Na jego twarzy nie było żadnych emocji, a oczy wyglądały jakby puste. Trudno to wyjaśnić.
Marzena westchnęła głośno i pokiwała przecząco głową, nie dopuszczając takiej możliwości do siebie. Nigdy nie należała do ludzi wierzących. Zawsze do wszystkiego dochodziła sama. Całe życie twardo stąpała po ziemi i wszystko potrafiła wytłumaczyć w racjonalny sposób… aż do teraz. Mimo to, nie dopuszczała do siebie możliwości, że i w tym przypadku, nie znajdzie się logiczne rozwiązanie.
— Miałam cię za mądrzejszego człowieka — odpowiedziała po chwili. — Nie widzisz faktów. Zauważ, że nożownicy zaatakowali w tym samym czasie, w całej Polsce. Dokładnie tak samo jak ostatnio, tirowcy rozjeżdżali samochody na autostradach. Ten sam schemat. Chcesz mi powiedzieć, że to wszystko wina jakiegoś diabła?
— Nie wiem już, co o tym myśleć.
— To są zorganizowane ataki. Znajomy policjant mówił mi, że mają kilka grup ekstremistycznych na celowniku, ale póki co nie mają dowodów, by któreś z nich oskarżyć.
Wojtek odkroił kolejny kawałek swojego kotleta, przegryzł frytką i podnosząc znów wzrok na Marzenę, zapytał:
— A twój brat mógł mieć z nimi kontakt?
— Z kim? Z tymi grupami?
— Nie. Na pewno nie. Bo niby jak?
— Nie wiem, może przez internet? Tego możesz nie wiedzieć.
— Nie, różne głupoty wyczyniał w swoim życiu, ale żeby aż takie? Nie, nie on. Poza tym policja prześwietliła jego komputer. Nie było w nim nic, co by na to wskazywało.
— Jeśli do ataków doszło jednego dnia — zaczął kombinować Wojtek nad różnymi możliwościami. — To musiałyby one być jakoś koordynowane. Sprawcy musieliby się znać, by się wcześniej umówić.
— Dokładnie — ożywiła się Marzena. — Adam, ten mój znajomym z policji, też tak powiedział. Śledczy z jego komendy szukali jakichkolwiek powiązań między nimi, ale nic nie znaleźli. Zupełnie nic ich nie łączyło.
— To niemożliwe — stwierdził Wojtek, szybko gasząc swój entuzjazm.
Zdążył tylko odwrócić wzrok w kierunku ulicy, gdy usłyszeli krzyki przerażonych ludzi. Wszyscy goście restauracji wstali natychmiast i starali się zorientować w sytuacji. Wtedy zobaczyli biegnących w ich stronę ludzi z okolicznych ogródków gastronomicznych. Przeskakiwali płotki, przewracali krzesła i stoły. Każdy myślał tylko o ucieczce. Wojtek nie wiedział, czy uciekać, czy wypatrywać powodu ich ucieczki. Długo jednak nie musiał czekać na odpowiedź. Instynkt sam go zmusił do biegu. Przed nimi bowiem wyłonił się samochód dostawczy, pędzący przez ogródki pełne ludzi z ogromną prędkościom.
— Uciekaj! — zdążył tylko krzyknąć i wraz z Marzeną oraz innymi ludźmi przeskoczyli przez płotek, by uciec przed rozpędzonym autem.
Kierowca samochodu tratował i rozjeżdżał wszystko i wszystkich na swej drodze. Nie miał litości dla nikogo. Pędził z tak wielką prędkością, że nie było szans mu uciec. Co sprytniejsi odskakiwali na bok. Jednak większość ludzi w popłochu i panice uciekało przed szaleńcem przeskakując kolejne ogródki i popychając się nawzajem. Jedni potykali się o płotki, inni przewracali się przez stoliki. Samochód się nie zatrzymywał. Wojtek w mgnieniu oka zdążył tylko zerknąć na kierowcę, który miał dokładnie taki sam wyraz twarzy jak jego przyjaciel. Skupiony i żądny krwi, zbliżał się do nich z zawrotną prędkościom. Już dzieliło ich zaledwie kilka metrów, gdy Wojtek skręcając do otwartych drzwi restauracji, pociągnął za sobą Marzenę. W ostatniej sekundzie uniknęła ona kontaktu z rozpędzonym samochodem. Oboje przewrócili się na ziemię i ciężko oddychając, odwrócili się w kierunku odjeżdżającego szaleńca. Samochód prowadzony przez niego ani na moment się nie zatrzymał. Niszczył kolejne ogródki, aż w końcu dojechał do ich końca. Tam z przyległej ulicy, wyłoniła się ogromna śmieciarka, której kierowca nie miał szans zareagować na pędzącą ciężarówkę. Zdążył tylko wcisnąć hamulec, gdy poczuł uderzenie w bok swojego samochodu. Było ono tak potężne, że aż śmieciarką wstrząsnęło. Kabina ciężarówki została doszczętnie miażdżona, a jej kierowca wraz z nią.
Wojtek powoli odzyskując przytomność umysłu, najpierw spojrzał na Marzenę, która wciąż leżała na ziemi i aż drżała ze strachu. Inni ludzie, kryjący się wewnątrz lokalu powoli zaczęli podchodzić do drzwi i spoglądali na szkody, jakie wyrządził rozpędzony samochód. Wszędzie leżały szczątki szkła, drewna i plastiku. Porozrzucane donice i kwiaty oraz liczne elementy dekoracyjne. Jednak najstraszliwszym widokiem był obraz leżących bez ruchu ludzi, porozjeżdżanych przez szaleńca. Mnóstwo ludzi ucierpiało. Sporo z nich krzyczało z bólu i płakało z przerażenia. Jednak część z nich nie wydawała z siebie żadnych oznak życia.
— Wezwijcie pogotowie! — krzyknął ktoś w końcu.
— Dzwońcie po pomoc! — krzyknął ktoś inny.
Wojtek był w takim szoku, że nie mógł się ruszyć. Stał i patrzył tylko, jak ludzie wybiegają z pobliskich restauracji, sklepików i domów. Niektórzy chwytali za swoje telefony komórkowe i wzywali pomoc. Inni zaś nagrywali relację z tego, co się wydarzyło. Skupiali swoją uwagę na pokrzywdzonych ludziach, na leżących wszędzie martwych ciałach, stratach materialnych licznych restauracji, ale i na ludziach, tak jak Wojtek, którzy zdołali to przeżyć. Dla nich najważniejsze były ujęcia tragedii. Na szczęście zdecydowana większość z tych, którzy wybiegli z okolicznych domów, nie była obojętna na krzywdę innych. Podbiegali do rannych i próbowali ich ratować jak tylko potrafili. W oddali już po chwili dało się słyszeć najeżdżające pogotowie. Wojtek dopiero po kilku minutach, odzyskał władzę w swoim ciele. Spojrzał na drżące ręce i postąpił krok w kierunku swojej koleżanki z pracy. Ta przytuliła się do niego i nie mogąc wyjść ze wstrząsu, zaczęła płakać wyrzucając z siebie całe nagromadzone emocje.
***
Tego dnia Wojtek późno powrócił do domu. Zatrzymał samochód przed domem i wszedł do niego, nie mogąc wciąż opanować swoich emocji. Był przygnębiony i zamyślony, co od razu zauważyła jego żona. Patrzała na swojego męża, który wchodzi do domu bez życia i chęci. Nie umknęło to też uwadze ich córce, która słysząc otwierające się drzwi, natychmiast ruszyła mu na powitanie. Jednak, widząc jego stan, zatrzymała się w połowie drogi i od razu zapytała:
— Tatusiu, co ci się stało?
— Nic, córeczko — odpowiedział beznamiętnie.
— Nie jesteś taki jak zawsze.
— Mam gorszy dzień po prostu. Chodź się przytul.
Wziął w ramiona swoją córeczkę i długo tulił się do niej. Z początku podobało się to Anieli, ale im dłużej to robił, tym bardziej wzbudzało to jej ciekawość.
— Tato, co ci jest?
— Po prostu cieszę się, że cię widzę — odparł, puszczając ją i zmuszając się do uśmiechu.
— Ja też się cieszę, a wiesz, co dzisiaj wydarzyło się w szkole?
— Anielu — przerwała jej mama. — Dajmy tatusiowi się rozebrać i coś zjeść. Później mu wszystko opowiesz, dobrze?
Aniela westchnęła ciężko i popatrzyła na swojego biednego, zmęczonego życiem taty, po czym odpowiedziała:
— No, dobrze.
Pobiegła od razu do swojego pokoju, a Monika wstała, by podejść do niego bliżej i przyglądając mu się nieustannie, zapytała:
— Aż tak ciężki dzień?
Wojtek tylko przytaknął. Odłożył swoją torbę i powiesił marynarkę, po czym pocałował żonę i rzekł:
— Wezmę kąpiel.
— A co z obiadem?
— Wybacz, ale dziś nie dam rady nic przełknąć.
Odszedł, zostawiając ją z wieloma pytaniami wypisanymi na twarzy. Nie miał jednak ochoty opowiadać nic o dzisiejszym dniu. Pragnął tylko zmyć wszystko z siebie. Cały pot, brud i cierpienie, którego był świadkiem kilka godzin temu.
Po dłuższym czasie Wojtek zszedł na dół. Emocje, które trzymały go cały dzień, powoli zaczęły ustępować. Schodząc zatrzymał się na schodach i ukradkiem spoglądał na siedzące w salonie jego dwie dziewczyny. Obie siedziały wtulone w siebie na kanapie i patrzały na bajki. Aniela mimo że przeżywała prawie każdą akcję jej ulubionych bohaterów, nie puszczała swojej mamy. Oczy miała wpatrzone w ekran, a jej ciało tylko unosiło się i opadało, gdy tylko jej ulubiony bohater kreskówki zdołał uciec przed czarnym charakterem. Cieszył się ich spokojem i bezpieczeństwem. Z jednej strony zazdrościł im i też pragnął się tak poczuć, jednak z drugiej strony, nie życzył nikomu doświadczyć tego, co wydarzyło się w ostatnich dniach w jego życiu. Opatulony szlafrokiem, podszedł do nich i grzecznie zapytał:
— Mogę się przyłączyć?
— Siadaj tatuś — Aniela od razu wskazała miejsce tuż obok niej.
Teraz mając obu rodziców obok siebie, czuła się jeszcze szczęśliwsza. Obie ręce rozłożyła tak, by rodzice mogli je pochwycić i w ten sposób, wciąż nie odrywając wzroku od ekranu, oglądała bajki. Wojtek wymienił tylko spojrzenie ze swoją żoną i wtulił się w swoją córkę, korzystając ze spokojnej i beztroskiej chwili.
Tego dnia Wojtek nie powiedział nic Monice. Zasnął szybko, a z samego rana wyszedł pospiesznie, by uniknąć jej pytań, na które nie chciał odpowiadać. Wiedział, że nie spodoba się to żonie, ale chciał ją uchronić od szczegółów wydarzeń, których on musiał doświadczyć na własnej skórze. Trudno mu było o nich zapomnieć. Wciąż miał przed oczami ludzi tratowanych przez rozpędzony samochód. Martwe ciała leżące na ziemi. Płacz i ból tych, którym udało się to przeżyć. A gdy udawało mu się odpędzić z głowy te obrazy, natychmiast zastępowały je wydarzenia z autostrady, które wcale nie poprawiały jego sytuacji. Miał tego dość, ale musiał sobie z tym poradzić. Musiał żyć dalej.
W pracy miał zaplanowane tylko jedno spotkanie. Jednak by dotrzeć do klienta, musiał przejechać pół Polski, co stanowiło teraz dla niego największy problem. Nigdy nie myślał, że będzie miał takie opory przy zasiadaniu za kółkiem. Uwielbiał jeździć, od kiedy tylko zrobił prawo jazdy. Już pierwszego roku pokonał kilka tysięcy kilometrów, przemieszczając się po Europie. Uwielbiał prowadzić i zawsze go to relaksowało. Teraz jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Pierwszy raz unikał autostrad. Przemieszczał się alternatywnymi drogami w zupełnej ciszy, unikając słuchania jakichkolwiek wiadomości i non stop wypatrując zagrożenia na swojej drodze. Co powodowało, że męczył się z każdym kilometrem. Nie była to już przyjemność, jaką zawsze odczuwał prowadząc samochód.
W końcu musiał zatrzymać się i odpocząć. Zaparkował przy jednym z przydrożnych barów z szybkim jedzeniem i widząc w jego wnętrzu spory ruch, postanowił wejść do środka i zjeść coś na miejscu. Miał nadzieję, że towarzystwo innych ludzi go trochę uspokoi i przestanie myśleć o śmierci i niebezpieczeństwie, którego nie w sposób było przewidzieć.
Wybrał stolik pod ścianą i zamówił sobie hamburgera z colą. Przyglądał się rodzinom z beztroskimi dziećmi siedzącym obok. Spoglądał na młodzież, podekscytowaną zamówieniem posiłków z kuponów, które udało im się już uzbierać. Nie umknął mu też sporej wielkości kierowca tira, samotnie wyjadający skrzydełka z zamówionego pojemnika. Wszystko to naprawdę go zaczęło uspokajać. Widok niezamartwiających się ludzi, okazał się dla niego błogosławieństwem, którego właśnie potrzebował. W końcu, patrząc na nich zaczął rozumieć, że umartwianie się i wypatrywanie wszędzie niebezpieczeństw w niczym mu nie pomagało.
— Wojtek? — wyrwał go nagle z zamyślenia znajomy głos.
— Przemek? — odparł, zaskoczony widokiem kolegi z liceum.
— Co ty tu robisz?
— Jem śniadanie — odparł, pokazując swoje zamówienie.
— To, tak jak i ja. — Pokazał burgera na talerzu i wskazując na wolne miejsce przy stoliku, zapytał: — Mogę na chwilę?
— Jasne, siadaj.
— Co tam u ciebie słychać? Widzę, że w marynarce, koszuli, czyli się powodzi.
— Nie narzekam. Mam jeszcze kilka godzin do spotkania z klientem, więc zatrzymałem się na małe śniadanie, a ty co robisz?
Przemek stanowił zupełne jego przeciwieństwo. Był ubrany w czarne dresy, na nogach adidasy, luźny T-shirt i gruby łańcuch na szyi. Na głowie nosił czapeczkę z daszkiem, co było od zawsze znakiem szczególnym jego ubioru. Zawsze sporo czasu przebywał na siłowni, co dało efekty w jego wysportowanej sylwetce.
— A ja, jak to ja. Kręcę się i szukam swojego miejsca na świecie. Można powiedzieć, że pracuję w branży sportowej.
— Ostro przypakowałeś.
— Trochę się chodzi na siłkę — odparł skromnie, zadowolony ze swojego wyglądu. — Ale co powiesz na to, co dzieje się teraz w naszym kraju? Obstawiamy, że to Ruskie albo Araby?
— Sam nie wiem.
— Lepiej uważaj na siebie, bo raczej to nie koniec zamachów. Zanim nasz rząd zareaguje, to jeszcze trochę się wydarzy.
— Tak myślisz?
— Doszło do trzech ataków. Wszystkie miały miejsce w naszym kraju, w różnych miastach, ale o tej samej porze. To nie jest przypadek.
— To gdzieś jeszcze zaatakowano ogródki restauracyjne?
— Co, ty? Nie słuchasz wiadomości? — oburzył się Przemek. — W pięciu miejscach zaatakowano.
— Mój Boże.
— Lepiej się strzeż. Wierz mi, to nie koniec.
— Przemo! — zawołał ktoś z głębi baru.
Obaj odwrócili wzrok na małą grupkę umięśnionych, młodych mężczyzn. Byli podobnie jak Przemek ubrani w dresy, ale w przeciwieństwie do niego, ich głowy były zgolone na łyso, a na rękach mieli wyryte mnóstwo tatuaży.
— Idę! — zawołał do nich Przemek i trzech mężczyzn wyszła z baru.
— Kumple z otoczenia? — zapytał go Wojtek, lekko uśmiechając się pod nosem.
— Dokładnie — odparł i wstał od stolika, ale pokazując na sos wypływający z burgera Wojtka, dodał: — Trzymaj się stary i nie ubrudź sobie marynarki.
— Dzięki, na razie.
Gdy Wojtek skończył śniadanie i wyszedł na zewnątrz, spojrzał na zbierające się czarne chmury. Zapowiadało się na deszcz i to nie byle jaki, a przed sobą miał jeszcze spory kawałek drogi. Wybierając poboczne drogi, ryzykował, że nie zdąży. Musiał się przemóc i spróbować uspokoić. Wjechał więc na autostradę, by jak najszybciej załatwić spotkanie. Nerwowo reagował na wszystkie ciężarówki. Szybko je mijał i oddalał się od nich, by móc się uspokoić. Denerwowała go nawet cisza na ulicy, gdy nie widział innego pojazdu na swoim pasie.
W końcu chcąc się uspokoić, przejeżdżając wzdłuż pól uprawnych i lasów, zaczął wspominać wyprawy rowerowe, na które zabierał go ojciec. Robił wszystko, byle by odpędzić od siebie złe myśli. Pamiętał, że często poruszali się ścieżkami leśnymi. Stronili od ruchliwych ulic i znanych powszechnie ścieżek rowerowych. Zawsze się dziwił, ale jego tata znajdywał nowe ścieżki, którymi przemierzali odległe trasy. Nieraz wydawało mu się, że się zgubili, ale wtedy odzywał się szósty zmysł jego ojca i wskazywał odpowiedni kierunek. Nigdy go nie zawiódł. Żałował, że już nie jeżdżą razem. Nie raz obiecywał sobie, że zabierze swoją rodzinę na taki wypad w nieznane, ale zawsze było coś ważniejszego. Teraz znów poczuł chęć przygody. Odpoczęcia od zgiełku miasta, trudów pracy i co ważniejsze skupisk ludzi, które były narażone na ataki nieobliczalnych szaleńców. Przez to postanowił, że gdy tylko nadarzy się okazja, wykorzysta ją i zabierze swoje dziewczyny na taką wycieczkę. Weźmie w pracy zaległy urlop. Monika również ich trochę miała. Anielce zrobią dodatkowe wolne i na początek ruszą w krótką trasę. Znaną mu przede wszystkim, by je nie zniechęcić, ale później zaryzykują. Puszczą się w nieznane i poczują przygodę. Uśmiechnął się sam do siebie na tę myśl i rozluźniony, przemierzał kolejne kilometry.
***
Tymczasem w jednej z dzielnic Warszawy, młoda kobieta zatrzymała się samochodem przed jednym z paczkomatów. Nie zamykając drzwi za sobą, podeszła do niego i wbijając kod na ekranie, otwarła jedną z większych skrytek. Zawinięta starannie w szary papier i oklejona taśmą paczka była dość sporych rozmiarów. Kobieta zabrała ją na bok i rozpakowała. W paczce znajdowała się czarna, kwadratowa torba, którą położyła na miejscu do pasażera. Szary papier pozgniatała i podeszła do jednego z koszy, na którego wierzchu była popielniczka. Wyciągnęła zapalniczkę i podpaliła opakowanie paczki. Obracała je dokładnie, by się nie poparzyć, ale i zadbać o to, by całe spłonęło. Dopiero po tym, powróciła do samochodu i ruszyła dalej. Wszystko robiła bez żadnego zawahania. Bez emocji, bez zbędnego pośpiechu. Jej wyraz twarzy był tak oschły i niewzruszony, że aż nienormalny. Niczyjej jednak uwagi nie przyciągnęła, gdyż odbieranie paczki w tym miejscu było tak powszechną czynnością, że nie wzbudzało to w nikim zainteresowania.
Dokładnie to samo wydarzenie miało miejsce w innych miejscach Polski. Starszy mężczyzna odebrał identyczną paczkę we Wrocławiu, nastolatek podjeżdżając na hulajnodze elektrycznej w Poznaniu. Kobieta w średnim wieku, prowadząca wózek dziecięcy w Poznaniu. W Lublinie w podobnym wieku mężczyzna, zatrzymując się samochodem. Jeszcze w kilkudziesięciu miastach Polski, dokładnie o tej samej porze, miało miejsce to samo wydarzenie. Ludzie w różnym wieku, różnej płci, o różnym statusie społecznym, podjeżdżali w wyznaczone miejsce i odbierali paczki. Za każdym razem starannie pozbywali się opakowania paczki.
Jedynie w dwóch miejscach, identyczny odbiór przesyłki został brutalnie przerwany. W jednym z nich młoda kobieta odbierająca paczkę, pozostawiła ją na dachu samochodu, by odejść na kilka metrów i spalić opakowanie. Wtedy to, podjechało na skuterze dwóch złodziei i porwało paczkę. Kobieta niewzruszona jednak całym zdarzeniem, tylko odprowadziła ich wzrokiem i bez żadnych emocji wsiadła do samochodu i odjechała. Podobne zajście miało miejsce na zachodzie kraju. Tam starszemu panu, dwaj miejscowi młodociani przestępcy, pod groźną odebrania życia, ukradli paczkę. Spodziewali się od poszkodowanego jakiejkolwiek reakcji. Krzyczeli na niego, wyzywali, ale on tylko stał w miejscu i na nich patrzył. Nie rozumieli go, ale i nie mieli zamiaru się nim przejmować. Odjechali z paczką, a starszy pan powoli zawrócił, by spacerkiem powrócić do domu.
***
Gdy słońce już pomału zaczynało chylić się ku zachodowi, Wojtek zatrzymał się przed swoim domem, odetchnął głęboko. Udało mu się przeżyć ten dzień bez żadnych krwawych wydarzeń, czy to naocznych, czy zasłyszanych w radiu. Cieszył się z tego faktu, nawet jakby to miał być tylko jeden dzień spokoju. Potrzebował go jak powietrza, po zetknięciu się ze śmiercią.
Westchnął raz jeszcze głęboko i zadowolony wysiadł z samochodu, by z przyjemnością spojrzeć na dwie swoje kochane dziewczyny. Otworzył drzwi i z szerokim uśmiechem spojrzał na swoją żonę, która przygotowywała kolację dla ich córki. Spodziewał się po niej odwzajemnienia uśmiechu, jakiegoś dobrego słowa, ale w zamian otrzymał tylko chłodne spojrzenie i odwrócony wzrok. Od razu wyczuł, że coś jest nie tak. Anielka co prawda powitała go jak zawsze z uśmiechem i gorącym przytulasem. Zaczęła opowiadać o swoim dniu pełnym wrażeń, ale jego wzrok co chwilę uciekał na Monikę, która stała w kuchni i w ogóle na niego nie zwracała uwagi.
— Anielko, kochanie — przerwał jej brutalnie. — Możemy się umówić, że jak tylko się rozbiorę i coś zjem. Chwilę porozmawiam z mamusią, to przyjdę do ciebie i wszystko mi opowiesz. Ze szczegółami, ok?
— Dobra — odpowiedziała zadowolona i szybko pobiegła do swojego pokoju. Jednak w połowie drogi się zatrzymała i odwróciła, mówiąc: — Ale długo na siebie nie każ czekać!
To był ulubiony tekst Moniki, gdy mieli się gdzieś pakować. Uśmiechnął się i szybko odpowiedział, tak samo, jak zawsze na ten tekst odpowiada:
— Tak jest.
Anielka zniknęła na piętrze, a on rozbierając marynarkę, stanął naprzeciwko żony i patrząc na nią, zapytał zatroskany:
— Coś się stało?
— To ty mi powiedz — odpowiedziała oschle, ledwie na sekundę podnosząc na niego wzrok.
— Ale, co takiego?
— Rozumiem, że ostatnie dni miałeś ciężkie, ale… — W jej oczach pojawiły się łzy, a głos zadrżał. — Znudziło ci się już życie rodzinne?
— Nie rozumiem.
— Wczoraj wróciłeś jakiś inny z pracy. Nic nie chciałeś powiedzieć. Zamartwiałam się całą noc. Dziś pół dnia myślałam, jak ci pomóc. Myślałam, że w dalszym ciągu nie potrafisz pogodzić się ze stratą swojego przyjaciela, a ty?…Ty…
Nagle zadzwonił telefon Moniki. Ta na granicy swojej wytrzymałości, ze łzami w oczach, od razu odwróciła się od niego i odeszła, by odebrać telefon od swojej siostry, która pojawiła się na ekranie telefon. Wytarła oczy, uspokoiła się szybko i powiedziała:
— Cześć siostra, a ty gdzie jesteś?
— W metrze. Wracam do domu — odpowiedziała jej Marcelina, starsza siostra na ekranie jej telefonu. — Coś się stało?
— Nie, kroiłam cebulę — skłamała, przecierając mokre oczy. — Co tam u ciebie?
Wojtek patrząc na swoją żonę nie bardzo wiedział, o co mogło jej chodzić. Nie mógł jednak teraz dokończyć tematu, przez to podszedł do lodówki, by zobaczyć, co mógłby zjeść na kolacje.
Monika w tym czasie, usiadła na łóżku w sypialni i ciesząc się, że widzi swoją siostrę, obserwowała, jak ta przechodzi po peronie metra i chwali się zakupami:
— Kupiłam sobie nową sukienkę. U nas są teraz duże wyprzedaże, może coś chcesz? Pokażę ci, co kupiłam, nie rozłączaj się.
Marcelina usiadła na jednej z ławek i położyła obok siebie trzy torby z różnych sklepów. Nie zaskoczyło to Moniki, gdyż dobrze znała swoją siostrę i wiedziała, że uwielbia ona zakupy. W szczególności jeśli chodzi o zakupy odzieżowe. W tym nie miała sobie równych. Od kiedy tylko wyprowadziła się do stolicy i zaczęła dobrze zarabiać, nie szczędziła grosza na stroje. Teraz siedząc na peronie, nie zwracając uwagi na innych ludzi, zaczęła pokazywać jej spódnicę do ekranu, później bluzki i koszule, wywierając odrobinę zazdrości na twarzy swojej młodszej siostry.
— Co o niej myślisz?
— Ładna.
— Też tak myślę. Były jeszcze inne kolory, ale ta mi się wydawała najlepsza. Będzie pasowała do mojej spódniczki.
— Tej niebieskiej?
Marcelina tylko przytaknęła głową i wyjęła kolejny zakup z torby. W tym czasie, za plecami Marceliny ukazała się kobieta, która kilka godzin wcześniej odebrała paczkę z paczkomatu. Przystanęła wśród sporej grupki ludzi i położyła plecak obok swoich nóg. Monika nie zwróciła w ogóle na nią uwagi. Była tak zajęta rozmową z siostrą, że ludzie w tle nie mieli dla niej żadnego znaczenia. Ów kobieta przez dłuższą chwilę stała w miejscu, wyprostowana i skoncentrowana na wyświetlonej godzinie przyjazdu pociągu.
— Jak przyjedziesz do mnie, to zabiorę cię na zakupy. Razem się obkupimy — zaprosiła ją Marcelina.
— Myślisz, że u nas nie ma takich sklepów?
— Pewnie. Kobieto, to jest stolica. Tu są najlepsze rzeczy.
— Nie przesadzaj.
— Nie przesadzam. Jak przyjedziesz, to sama zobaczysz. A, co tam u mojej ulubionej siostrzenicy?
— Bawi się w pokoju, zawołać ją?
— No, ba.
Monika odwróciła wzrok od ekranu i zawołała swoją córeczkę. Wtedy kobieta stojąca w tle jej siostry schyliła się do plecaka i go otwarła. W tym momencie jej zawartość eksplodowała. Wybuch był tak potężny, że ogarnął cały peron. Połączenie z Marceliną natychmiast zostało zerwane, a Monika niczego nieświadoma, czekając na biegnącą do niej córeczkę, powróciła wzrokiem do telefonu, na którym wyświetlił jej się komunikat o zakończeniu rozmowy. Nie wiedziała, co się stało.
— Jestem mamusiu — przybiegła do sypialni Anielka.
— Zaczekaj chwileczkę kochanie.
Spróbowała nawiązać jeszcze raz połączenie z siostrą, ale bez efektu. Powtórzyła tą czynność raz jeszcze, ale nic to nie zmieniało.
— Mamusiu, jest ciocia?
— Coś nas rozłączyło. Poczekaj jeszcze chwilkę.
Monika próbował ponownie połączyć się z siostrą, ale w zamian otrzymywała sygnał o niemożliwości połączenia. Coraz bardziej podenerwowana ponawiała próby, ale wciąż nic to nie zmieniało.
— Mamuś, co się stało? — zapytała ją córka, widząc jej niepokój na twarzy.
— Co się dzieje? — wszedł do sypialni Wojtek również zaniepokojony.
Monika popatrzała na niego beznamiętnie. Martwiła się o siostrę, ale była pewna, że gdy tylko będzie mogła, to oddzwoni.
— Przepraszam cię Anielko. Ciocia chciała z tobą porozmawiać, ale jest w metrze. Może straciła zasięg. Jak oddzwoni, to cię zawołam, dobrze?
— OK — wzruszyła tylko ramionami i pobiegła z powrotem do swojego pokoju.
Monika do męża zaś nie miała nic dobrego do powiedzenia. Przeszła obok niego, wychodząc z pokoju, traktując go jak powietrze. Wojtek nie rozumiał jej zachowania i podążając za nią do salonu, stanął tuż przed nią i zapytał:
— Kochanie, powiesz mi w końcu, o co chodzi?
— Odejdź, proszę.
— Ale…, co się stało? Przecież wiesz, że jesteście dla mnie najważniejsze. Nie rozumiem jak…
— Nie rozumiesz!? — zdenerwowana odszukała filmik, który przesłała jej koleżanka z pracy. — To popatrz.
Wojtek spojrzał w ekran, na którym zobaczył pobojowisko, które pozostawił po sobie kierowca ciężarówki. Znów sobie przypomniał to miejsce i moment, w którym otarł się o śmierć. Nagrywający film przemieszczał się przez zniszczone ogródki gastronomiczne. Przechodził obojętnie obok leżących na ziemi ciał. Obok cierpiących ludzi. Komentował to krótko i dosadnie, jakby w ogóle go ludzie nie obchodzili. Koncentrował się na wydarzeniu i relacji z niego. Zaznaczał, że jako pierwszy znalazł się w tym miejscu. Zwracał się do swoich widzów, którzy dzięki niemu ujrzą całą prawdę o zdarzeniu. Wręcz gloryfikował szczęście, dzięki któremu będzie mógł jako pierwszy udostępnić wszystkim ten filmik.
Wojtek mając dość słuchania jego słów i patrzenia na ból, odwrócił wzrok na żonę, ale ta zdecydowanym tonem, powiedziała:
— Patrz do końca.
Powrócił do filmiku, na którym nagrywający właśnie doszedł do restauracji, w której Wojtek zdołał się ukryć wraz z garstką ludzi. Nagrywający zatrzymał obraz na nich, pokazując dokładnie jego i zapłakaną Marzenę, tulącą się do niego.
Wojtek tylko zdążył skierować wzrok na żonę, gdy ta od razu zapytała:
— To jest ta Marzena, co nie? — zapytała tonem oskarżycielskim.
— Tak, ale…
— I przez przypadek oboje byliście w jednej restauracji?
— To nie, tak…
— Wojtek… — z jej oczu wypłynęły łzy. — Powiedz mi tylko, jak długo?
— Co?
— Jak długo znów jesteście razem?
— Nie, to nie tak.
— Wiedziałam, że jej pojawienie się w twojej pracy nic dobrego nam nie przyniesie — krzyknęła ze łzami w oczach.
— Kochanie — powiedział, chcąc ją objąć, ale nie pozwoliła mu na to.
— Nie. Zostaw mnie, proszę.
— Mamuś? — zapytała Anielka, stojąc na schodach, zaniepokojona krzykami.
— Moni…
— Wyjdź… proszę — powiedziała już ciszej, ale jeszcze bardziej dosadnie.
Wojtek widząc, że na nic jego tłumaczenia się zdadzą. Nie próbował już nic mówić. Spojrzał tylko na córeczkę, która patrzała na nich oboje, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Widział w jej oczach strach i nie chciał, by cierpiała przez niego. Dalsze tłumaczenia, kłótnie tylko by pogorszyły sprawę. Musiał po prostu poczekać na odpowiednią chwilę i wyjaśnić jej to na spokojnie. Wziął więc ze sobą telefon i kluczyki, po czym wyszedł z domu.
***
Nie bardzo wiedząc, co ze sobą ma czynić, pojechał do rodziców, by tam odczekać kilka godzin i spróbować na spokojnie porozmawiać z żoną.
— Mogę wejść? — zapytał, zaskakując swojego ojca w drzwiach.
— Wejdź, jasne. Dorota poszła do sąsiadki na pogaduchy, ale pewnie za niedługo wróci.
Wojtek wszedł do pokoju gościnnego, a jego ojciec udał się do kuchni, by zaparzyć wodę w czajniku. W telewizji właśnie trwał program polityczny, którego Janek Tkaczyk nie mógł przeoczyć. Ojciec Wojtka uwielbiał oglądać takie programy. Było ich sporo w ostatnich latach i w zależności od kanału, dziennikarze kpili z danej partii. Każda telewizja miała swój program, w którym dało się wyczuć, poparcie dla jednych i piętnowanie drugich. To już stało się normą i nikt temu nie zaprzeczał. Wojtek jednak stronił od polityki i nie pozwalał się ojcu wciągnąć w temat. Zawsze ucinał go szybko, nie opowiadając się za żadną partią. Najchętniej włączyłby sobie sport lub jakikolwiek film, byle tylko nie słuchać ludzi żądnych władzy.
— Ty ciągle oglądasz tą politykę? — zapytał Wojtek, czekając na koniec programu.
— Lubię się pośmiać z nich. Herbaty?
— Poproszę.
— Jak widzę, co ci durnie robią z naszego kraju, to mnie krew zalewa. Nic, tylko myślą o własnych stołkach i napchaniu kieszeni.
— Jak wszyscy tam — skwitował to Wojtek.
— Ale oni mają być dla narodu. To my ich wybieramy.
— Za dwa lata będziesz mógł wybrać innych.
— I z pewnością to zrobię. Nie będę patrzył na tych darmozjadów.
— Przepraszamy naszych widzów, ale jesteśmy zmuszeni przerwać nasz program polityczny, by nadać na żywo relację ze stolicy — przerwał rozmowę dziennikarz prowadzący i zwracając się do widzów, dodał: — Przenosimy się do Tomasza Drawskiego, który jest na miejscu niewyobrażalnej tragedii, która miała miejsce zaledwie kilkadziesiąt minut temu na stacji Centrum stołecznego metra.
Wojtek wraz z Jankiem przykuli wzrok do telewizora, w którym pokazywano zniszczone doszczętnie podziemne wejście. Wybuch był tak potężny, że nie tylko obrócił w gruz cały peron, ale i spowodował zawalenie się ziemi w promieniu kilkunastu metrów.
Teraz cała okolica była zastawiona wozami ratunkowymi. Liczne służby ratunkowe wraz z wojskiem pomagały poszkodowanym i zabezpieczało teren. Dziennikarz prowadzący relację z miejsca, stał przed wyznaczonym do tego miejscem i relacjonował zdarzenie:
— Jesteśmy na miejscu wstrząsu, który był odczuwalny w promieniu kilku kilometrów. Na razie jest jeszcze za wcześnie, by mówić o jakichkolwiek powodach tej niewyobrażalnej tragedii, ale jedno jest pewne, jej skutki są przerażające. Nie wiemy ilu ludzi w tym czasie przebywało na przystanku metra, ale biorąc pod uwagę godzinę, w której nastąpiła eksplozja, musimy spodziewać się najgorszego. — Dziennikarz na chwilę przerwał, by przystawić palec do słuchawki w uchu. Nasłuchiwał komunikatu, by zaraz się nim podzielić z widzami. — To jest straszne. Wybaczcie mi państwo, ale brak mi słów, by opisać, to co właśnie mi przekazano. Według niepotwierdzonych jeszcze informacji, dowiedzieliśmy się, że prócz stacji metra w Warszawie, do podobnych wybuchów doszło na stacjach kolejowych oraz autobusowych w całej Polsce.
Wstrząśnięty wydarzeniami Wojtek wstał i od razu zaczął się ubierać.
— Dokąd idziesz? — zapytał go ojciec.
— Mam nadzieję, że się mylę, ale… tam chyba była siostra Moniki. Muszę do niej jechać.
Wojtek szybko wybiegł na zewnątrz. Zaczął dzwonić do żony, ale ta nie odbierała od niego telefonu. Gdy dobiegł do samochodu, podenerwowany rzucił telefon na fotel pasażera i ruszył do domu. Próbował jeszcze raz zadzwonić, ale z tym samym skutkiem.
W końcu po kilkunastu minutach dojechał na miejsce i przybiegł do drzwi wejściowych.
— Monika, otwórz! Monika! — zaczął wołać i walić w drzwi.
— Nie chcę z tobą rozmawiać — usłyszał po kilku chwilach.
— Widziałaś wiadomości?
Cisza.
— Monika! Proszę cię, otwórz, to ważne. Dzwoniłaś do siostry? Odebrała?
Otworzyła drzwi, ale nie miała zamiaru go wpuszczać do środka. Uchyliła je tylko i patrząc na niego, zapytała:
— Czego od niej chcesz?
— Zadzwoń do niej, proszę. — Monika jednak stała wciąż nieprzekonana. — Stało się coś strasznego w Warszawie. Proszę, dzwoń.
Choć niechętnie, odwróciła się i wpuszczając go do środka, poszła po telefon.
— Tatuś? — zapytała zaskoczona Anielka i od razu ruszyła w jego kierunku, by utonąć w jego ramionach. — Czemu krzyczałeś? Co się dzieje? — Zapytała, widząc zmartwioną mamę z telefonem przy uchu.
— Mam nadzieję, że nic, kochanie — odpowiedział jej, ale coraz bardziej martwił się o siostrę żony.
— Nie odbiera — odpowiedziała Monika. — Może bateria w telefonie jej padła, a może nie ma czasu na razie rozmawiać.
— Pamiętasz, na jakim peronie była, gdy z tobą rozmawiała?
— Centrum — odpowiedziała z coraz większym strachem. Na chwilę zamilkła, patrząc w oczy swojemu mężowi, by zaraz drżącym głosem zapytać: — A co się stało?
— Anielu, aniołku nasz, z pewnością narysowałaś coś nowego. Przyniesiesz mi nowe rysunki?
— Już lecę — odpowiedziała uradowana i pobiegła do pokoju.
Korzystając z nieobecności córki, wziął do ręki pilota i włączył telewizor.
— Usiądź, proszę — powiedział tylko do Moniki, sam bojąc się zobaczyć wiadomości.
— O co chodzi?! — powtórzyła coraz bardziej zdenerwowana i przestraszona.