Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Charlie Thorne i równanie Einsteina - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
E-book: EPUB,
39,99 zł
Audiobook
42,99 zł
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Charlie Thorne i równanie Einsteina - ebook

Jak to jest, kiedy masz dwanaście lat i to od ciebie zależy przyszłość ludzkości?

Charlie Thorne to geniuszka.

Charlie Thorne to złodziejka.

Charlie Thorne często wagaruje.

I jej decyzja wpłynie na losy całego świata.

Stuart Gibbs, autor totalnie bestsellerowej „Szkoły szpiegów”, powraca z nową sensacyjną serią. Są w niej i wielka tajemnica, i wciągające śledztwo, i fascynująca nauka, wreszcie ogromne niebezpieczeństwo.

Wszystko zaczęło się daaawno temu, gdy genialny Albert Einstein stworzył równanie o niewyobrażalnej mocy, zdolne ocalić Ziemię albo ją zniszczyć. Przerażony jego potencjałem, ukrył je przed światem. Teraz śladami sekretu podąża bezwzględna organizacja przestępcza Furie.

Zdesperowani agenci CIA zwracają się do jedynej osoby, która może im pomóc – Charlie Thorne. Dziewczyna zostaje wciągnięta w śmiertelnie niebezpieczną grę. Musi w niej nie tylko wykorzystać swój niezwykły talent do łamania szyfrów, ale także zmierzyć się z największym umysłem w historii, samym Albertem Einsteinem. A to dopiero początek misji, w której stawką są losy ludzkości...

Jeśli należycie do osób, które nie mogą się doczekać kolejnego tomu „Szkoły szpiegów”, poznajcie Charlie Thorne. Będziecie zadowoleni.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-838-0493-4
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SPIS TREŚCI

PROLOG

CZĘŚĆ PIERWSZA. LOSY ŚWIATA

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

CZĘŚĆ DRUGA. PĘPEK ŚWIATA

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

CZĘŚĆ TRZECIA. POCZĄTKI WSZECHŚWIATA

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

PRZYPISYCharlie Thorne i równanie Einsteina to utwór fabularny. Wszelkie odniesienia do wydarzeń historycznych oraz prawdziwych osób i miejsc stanowią fikcję literacką. Pozostałe nazwiska, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworami wyobraźni autora, a jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych wydarzeń, miejsc lub osób – żywych albo martwych – jest czysto przypadkowe.

Mojej siostrzenicy Ciarze, mojej siostrze Suz

i mojej matce Jane – trzem spośród najtwardszych,

najmądrzejszych i najfajniejszych kobiet na świecie.

Charlie Thorne istnieje dzięki Wam.

Nie wiem, jaka broń zostanie użyta
podczas trzeciej wojny światowej,
ale czwarta będzie na kije i kamienie.

ALBERT EINSTEIN

PROLOG

Princeton, stan New Jersey

18 kwietnia 1955

Godzina 2:55

Albert Einstein umierał.

W sypialni wielkiego naukowca na piętrze jego białego drewnianego domu czuwał przy nim młody doktor.

Znalazł się tam dziwnym zrządzeniem losu. Stały lekarz Einsteina – jego wieloletni przyjaciel i powiernik – sam owej nocy zachorował. Gdy jego zmiennik odebrał telefon z pilną prośbą o pomoc, nie spodziewał się, że zostanie świadkiem historii.

Młody doktor był oszołomiony i zasmucony zarazem. Nie mógł uwierzyć, że oto opiekuje się samym Albertem Einsteinem – miał jednak świadomość, że czas starego naukowca szybko się kończy. Einstein był w agonii. Na zmianę odzyskiwał i tracił przytomność, a medycyna mogła co najwyżej ulżyć mu w cierpieniach.

Ku zaskoczeniu młodzieńca gospodyni Einsteina – surowa starsza kobieta o imieniu Helen – stanowczo sprzeciwiała się podaniu środków przeciwbólowych. Próbowała nawet wyrzucić je przez okno. Ostatecznie mężczyzna musiał siłą wywlec staruszkę za drzwi i zamknąć sypialnię na klucz. Miał wyrzuty sumienia – Helen cały czas dobijała się do pokoju, desperacko błagając, by jej wysłuchał – ale mimo to podał leki. Był odpowiedzialny za pacjenta. Gdyby pozwolił Einsteinowi cierpieć, złamałby przysięgę lekarską.

W końcu Helen zrozumiała, że jej prośby nie przyniosą żadnego skutku, i pobiegła zatelefonować.

Einstein zdawał się spać. Głowę miał opartą na poduszkach, oddychał nierówno i ciężko. Jego puls wciąż jednak szalał – sygnał, że ciało naukowca wcale nie odpoczywało.

Lekarz usłyszał, jak na ulicy z piskiem opon zatrzymuje się samochód, po czym Helen otwiera frontowe drzwi do budynku. Najwyraźniej przyjechała osoba, do której dzwoniła. Nie trwało to długo – może pięć minut. Lekarz zastanawiał się, czy ten nowy gość będzie bardziej skłonny posłuchać głosu rozsądku...

Nagle ręka Einsteina zacisnęła się na nadgarstku młodzieńca, który aż podskoczył. Wielki naukowiec wyprostował się na łóżku. Oczy miał szeroko otwarte, ale nieobecne – dzikie spojrzenie zamroczone morfiną. Przyciągnął lekarza do siebie z zadziwiającą siłą.

– Die Gleichung muss geschützt werden! – syknął.

– Prze... przepraszam – jąkał się doktor. – Nie rozumiem.

Einstein świdrował go wzrokiem. Wydawał się jednocześnie zagubiony i poirytowany. Lekarz podejrzewał delirium – efekt uboczny leków przeciwbólowych. Naukowiec prawdopodobnie nie miał pojęcia, gdzie się znajduje – ani że mówi po niemiecku. A jednak odezwał się z zadziwiającym przekonaniem jak na kogoś pod wpływem tak silnych środków uspokajających, jakby jego myśli były na tyle ważne, że zamierzał wyrazić je za wszelką cenę.

– Pandorabüchse! – krzyknął zniecierpliwiony. – Sie ist im Holmes. Die Gleichung muss geschützt werden!

Lekarz słyszał, że ktoś biegnie po schodach. Próbował ułożyć Einsteina z powrotem w łóżku, jakoś go uspokoić, ale naukowiec cały czas siedział wyprostowany i ściskał jego rękę.

– Nie mówię po niemiecku – tłumaczył się lekarz. – Proszę, niech pan spróbuje po angielsku...

– Pandorabü... – zaczął znów Einstein, ale nic więcej nie zdołał powiedzieć. Światło w jego oczach zgasło. Puls osłabł. Geniusz opadł na łóżko, nie skończywszy ostatniej myśli swego niesamowitego życia.



Ernst Klein wpadł do środka sekundę później, wyważywszy drzwi. Był rówieśnikiem Einsteina. Przyjaźnili się od prawie sześćdziesięciu lat. Poznali się na pierwszym roku studiów na Politechnice Federalnej w Zurychu. Ernst miał na sobie tylko piżamę, na którą pospiesznie narzucił płaszcz przeciwdeszczowy. Nie chcąc tracić czasu, nie włożył nawet kapci – jego stopy wciąż były bose.

Kiedy tylko zobaczył Einsteina, zrozumiał, że się spóźnił. Kolana lekko się pod nim ugięły, jakby nagle spadł na niego ciężar wszystkich przeżytych lat. Do oczu napłynęły mu łzy. Wyrzuty sumienia musiały jednak zaczekać. Z trudem zapanował nad emocjami i odwrócił się w stronę młodego lekarza.

– Słyszałem, że z panem rozmawiał. Co powiedział?

– Nie wiem. – Lekarz ze zdziwieniem zauważył, że trzęsą mu się ręce. W ciągu trzydziestu lat życia był już świadkiem wielu zgonów, ale ten wydawał się inny. Ostatnie chwile spędzone z Einsteinem wzbudziły w doktorze dziwny niepokój. – To było po niemiecku... chyba. Nie byłem w stanie go zrozumieć.

– Mógłby pan to powtórzyć? – Było to bardziej żądanie niż pytanie. Mimo wieku Ernst wciąż budził respekt.

– Nie. Chyba nie.

– Proszę! – Ernst chwycił młodzieńca za ubranie i prawie uniósł go w powietrze. – Musi pan spróbować!

Młody lekarz z wysiłkiem starał się skupić.

– To brzmiało jak „pantera bizon”...

– Pandorabüchse? – W oczach Ernsta błysnął niepokój.

Zaskoczony młodzieniec głośno wciągnął powietrze do płuc.

– Tak jest! Skąd pan to...

– Czy Albert powiedział coś jeszcze?

– Tak, tylko tego sobie nie przypomnę. Ale brzmiało jak coś ważnego... jakby to był rozkaz. Jakby chciał, żebym coś zrobił.

Ernst puścił lekarza i smutno pokiwał głową. Zrozumiał, że nic więcej się od niego nie dowie. Gdyby dotarł na miejsce choć kilka sekund wcześniej! Gdyby tylko jechał trochę szybciej, może skręcił w Chestnut Street zamiast w Maple...

– Dość – powiedział do siebie. Nie było sensu żałować, że historia nie potoczyła się inaczej. Jak zauważyłby sam Einstein, czas biegnie tylko w jedną stronę. A on miał zadanie do wykonania.

Nagle za plecami usłyszał przejmujący krzyk. W drzwiach, kurczowo trzymając się framugi, stała Helen i wpatrywała się w martwe ciało Alberta.

Ernsta zakłuło sumienie. Chciał jakoś pocieszyć kobietę. Chciał, żeby ktoś pocieszył jego. Chciał usiąść przy łóżku, po raz ostatni wziąć starego przyjaciela za rękę i się rozpłakać.

Ale nie mógł. Nie teraz. Nie w sytuacji, kiedy Einstein na łożu śmierci mówił o Pandorabüchse. Ziścił się najgorszy scenariusz, którego zawsze się obawiali, a teraz Ernst musiał jakoś sobie z tym poradzić. Mocno chwycił młodego lekarza za rękę i poprowadził w stronę drzwi.

– Musi pan stąd iść – oznajmił stanowczo.

– Ale trzeba zgłosić zgon...

– Zrobi pan to jutro. Teraz proszę wracać do domu i trochę odpocząć. Potem przekaże pan sprawozdanie przez telefon. Proszę powiedzieć, że Albert zmarł o siódmej rano...

– Nie mogę tego zrobić. To wbrew przysiędze...

– Wie pan, kim był ten człowiek? – Ernst ruchem głowy wskazał sypialnię.

– Oczywiście.

– Czy kiedy żył, kiedykolwiek zakwestionowałby pan jego osąd sytuacji?

Lekarz zamyślił się, po czym potrząsnął głową.

Ernst wyciągnął z kieszeni kopertę. Była pomięta i zbrązowiała ze starości.

– To nie są moje instrukcje, tylko jego.

Lekarz z ociąganiem otworzył kopertę. W środku były dwie pożółkłe kartki. Na pierwszej znajdował się napisany na maszynie list, poświadczony notarialnie:

Do wszystkich zainteresowanych

Ja, Albert Einstein, będąc przy zdrowych zmysłach, powołuję Ernsta Kleina na głównego wykonawcę mojego testamentu. To mój najbliższy przyjaciel, któremu należy okazać pełne zaufanie.

Jeśli czyta Pan/i ten list, to znaczy, że mnie już tu nie ma. Proszę stosować się do wszelkich poleceń Ernsta. Realizuje moją wolę. Proszę nie tracić jego czasu i nie pytać dlaczego – on sam tego nie wie. Wiem tylko ja, a moje powody umrą wraz ze mną. Dość rzec, że mam bardzo dobre uzasadnienie dla tak ekstremalnych środków ostrożności.

Zaklinam: proszę nikomu o tym nie mówić.

Dziękuję za zrozumienie.

Zdumiony lekarz odwrócił się i spojrzał w kierunku Einsteina. Zastanawiał się, co starzec mógł mieć na myśli. Już miał zacząć czytać drugą kartkę, gdy Ernst wyrwał mu ją z ręki.

– Obawiam się, że reszta jest przeznaczona tylko dla mnie. – Ernst ponownie chwycił lekarza za ramię i pokierował go w dół schodów. – Gdyby był pan na tyle uprzejmy i dał nam trochę czasu, bylibyśmy bardzo wdzięczni.

Lekarz skinął głową, co samego go zdziwiło. Nie był w stanie wyjaśnić, dlaczego się zgodził. Po prostu miał poczucie, że dzieje się coś doniosłego. Coś, co mógł wymyślić lub zrozumieć tylko geniusz intelektu, taki jak Einstein. Doktor ani się obejrzał, a stał w progu, ściskał dłoń Ernsta i obmyślał plan sfałszowania godziny zgonu naukowca.

Ernst zamknął za nim drzwi na wszystkie trzy zamki. A potem popędził prosto do gabinetu Einsteina.

Pokój mieścił się na pierwszym piętrze. Wciśnięty między salon a jadalnię, nie pasował do ich oficjalnego charakteru. Tam, w pomieszczeniu pełnym śladów tysięcy rozgrzebanych pomysłów, Albert mógł być sobą. Każdą dostępną powierzchnię wypełniały dokumenty i notatniki – piętrzyły się na biurku, kanapie i krzesłach, pod ich ciężarem uginały się regały zajmujące całą wysokość pomieszczenia, nawet kominek służył do ich przechowywania – na metalowych podporach zamiast drewna leżały stosy papierów. Stojąca w rogu dwustronna tablica była zapisana dziesiątkami równań – wiele z nich do połowy starto, a potem napisano od nowa. Choć z wiekiem umiejętności organizacyjne Alberta osłabły, nigdy nie przestał myśleć.

Ernst rozglądał się po gabinecie, ale jego umysł zaprzątała tylko jedna myśl. Czekał go ogrom pracy.

Mimo to przeleciał wzrokiem drugą kartkę z koperty – instrukcje, które Albert zostawił mu dziesięć lat temu. Ernst znał treść dokumentu, ale to, co miał zaraz zrobić, wydawało się tak radykalne – wręcz świętokradcze – że zanim przystąpił do dzieła, musiał raz jeszcze upewnić się co do woli przyjaciela.

Logicznie było zacząć od dokumentów w kominku. Znalazł pudełko zapałek, zapalił jedną i przyłożył ją do sterty papierów. Wiele kartek było starych i kruchych; niektóre pewnie leżały tam, zapomniane, już od dekady. Stos szybko stanął w płomieniach. Tysiące obliczeń Einsteina błyskawicznie zamieniły się w popiół.

Następnie Ernst wrzucił do ognia instrukcje pozostawione przez naukowca. A potem, poruszając się tak szybko, jak tylko pozwalały mu jego stare mięśnie, zaczął palić wszystko inne.

Nagle trzask płomieni zagłuszył inny dźwięk – przed budynkiem z piskiem opon zatrzymały się dwa samochody. Noc rozbrzmiała echem męskich głosów.

„Już tu są” – pomyślał Ernst.

Był zaskoczony. Nie tym, że Albert miał co do nich rację – w końcu on zawsze miał rację – ale tym, że przyjechali tak szybko. Ich baza musiała być bliżej, niż sądził.

Ernst zdwoił wysiłki. Wrzucał w ogień wszystko, co mógł, starając się zniszczyć jak najwięcej w tym krótkim czasie, który mu pozostał. Skupiał się tylko na obietnicy danej Albertowi. W ogóle nie myślał o sobie, choć buchające płomienie z łatwością mogły poparzyć mu skórę, a dym gryzł go w oczy i wypełniał mu płuca. Cały czas gorączkowo dorzucał coraz to nowe papiery do ognia – nawet słysząc, że mężczyźni wyważyli drzwi wejściowe i odepchnęli Helen na bok, nawet gdy wpadli do pokoju, wyciągnęli broń i krzycząc, kazali mu przestać. Zatrzymał się dopiero wówczas, gdy ich dowódca powalił go na podłogę ciosem w plecy.

Tylko sekundy dzieliły Ernsta Kleina od utraty przytomności. Gdy ogarniała go ciemność, modlił się, by Pandorabüchse jakimś cudem znalazła się w tej części dorobku Einsteina, którą udało mu się zniszczyć – i w końcu, raz na zawsze, zniknęła z powierzchni Ziemi.CZĘŚĆ PIERWSZA

LOSY ŚWIATA

Stało się przerażająco oczywiste,
że nasza technologia prześcignęła
nasze człowieczeństwo.

ALBERT EINSTEIN

1

Kwatera główna CIA

Langley, stan Wirginia

Teraźniejszość

Dyrektorka Centralnej Agencji Wywiadowczej przestudiowała zdjęcie Charlie Thorne, po czym pozwoliła mu opaść na stół konferencyjny i zmierzyła agenta Dantego Garcię surowym spojrzeniem.

– Chyba żartujesz.

– Nie. – Głos Dantego był poważny.

– Przecież to dwunastoletnia dziewczynka! – oburzyła się dyrektor Carter.

– To nie jest zwykła dwunastolatka.

– Nie obchodzi mnie, czy umie latać – warknęła kobieta. – Mam buty, które są starsze od niej. Na szali ważą się losy ludzkości, a ty chcesz, żebym zaufała jakiejś smarkuli?

– W trudnych sytuacjach podejmuje się trudne decyzje – odpowiedział Dante.

– Trudne tak, ale nie szalone!

– Może właśnie powinniśmy zaszaleć. CIA od prawie siedemdziesięciu lat szuka Pandory za pomocą tych samych starych technik, które doprowadziły nas donikąd. A już na pewno nie sprawdziły się w Bernie.

Dante poczuł na sobie zimny wzrok dyrektor Carter i pomyślał, że przeszarżował. Ale chwilę później kobieta lekko skinęła głową, przyznała mu rację i odchyliła się do tyłu w fotelu. Musiała się zastanowić.

Dante wiedział, jak to jest, gdy jego przełożona pogrąża się w myślach, ale pierwszy raz był z nią sam na sam w takiej sytuacji. Przy poprzednich okazjach, jeszcze jako młodszy agent, miał tylko siedzieć z tyłu, obserwować i się nie odzywać. Długie przerwy, których Carter potrzebowała podczas spotkań do namysłu, obrosły w Agencji legendą. Dyrektorka potrafiła milczeć nawet dziesięć minut i oczekiwała w tym czasie całkowitej ciszy. Choć pozostali agenci w pokoju mogli czuć się niezręcznie, wszyscy otaczali ją ogromnym szacunkiem, niemal czcią, więc się z tym pogodzili.

Jamilla Carter była już po sześćdziesiątce. Co rzadkie w przypadku dyrektorów CIA, zawdzięczała stanowisko wyjątkowym zdolnościom wywiadowczym, a nie koneksjom politycznym. Miała przenikliwe piwne oczy, które wyróżniały się na tle jej ciemnej karnacji, i pracowała jako analityczka, nie agentka operacyjna – ale większość pracowników CIA stanowili analitycy, a Carter była jedną z najlepszych specjalistek.

Teraz też przeszła w tryb analizy. Wzięła do ręki przygotowaną przez Dantego teczkę Charlie Thorne i ją przekartkowała – prawdopodobnie po raz dwudziesty tego dnia.

Agent poczuł się nieswojo, kiedy na nią patrzył, więc pozwolił spojrzeniu powędrować za okno. Styczniowe niebo było zasnute szarymi chmurami. W powietrzu wirowały płatki śniegu. Nawet latem kwatera główna CIA sprawiała ponure wrażenie, a co dopiero w taki dzień. Cały kompleks wyglądał złowieszczo i niepokojąco.

Carter znów przeniosła wzrok z kartoteki na fotografię.

Charlotte Thorne, czyli Charlie, łączyła w sobie cechy różnych ras, przy czym żadna nie wybijała się na pierwszy plan. Za jakieś dziesięć lat byłby to jej ogromny atut. Mogłaby uchodzić za białą kobietę z silną opalenizną, czarną kobietę o stosunkowo jasnej karnacji, Latynoskę, Arabkę, Hinduskę, a nawet osobę o chińskich korzeniach. Z takim wyglądem można wmieszać się w tłum właściwie na całym świecie i udawać przedstawicielkę niemal każdej kultury (jeśli umie się mówić w danym języku).

Dante nie zaproponował jednak Charlie ze względu na wygląd, tylko inteligencję. Jej IQ nie mieściło się na skali. Wśród podwładnych dyrektor Carter były dziesiątki dyplomowanych geniuszy, ale nikt w CIA nie miał tak wysokiego IQ jak Charlie Thorne. Gdyby Dante nie przedstawił trzech niezależnych raportów od szanowanych psychologów, kobieta nie uwierzyłaby, że taki wynik w ogóle jest możliwy.

Kolejny raz przeleciała wzrokiem analizy psychologiczne. Przeczytała je już dwukrotnie. Za drugim razem czerwonym długopisem zaznaczała wyrazy lub zwroty, które wydały jej się ważne – z dobrych lub złych powodów. W końcu spojrzała na Dantego.

– Jest genialna – przerwała ciszę. – Muszę ci to przyznać.

– Jest ponadprzeciętnie genialna – poprawił ją Dante. – Posługuje się co najmniej dwunastoma językami, a rozumie jeszcze więcej. Została przyjęta na studia: zaawansowaną matematykę i fizykę teoretyczną. Ma pamięć fotograficzną...

– Nie ma czegoś takiego jak pamięć fotograficzna.

– No to coś maksymalnie do niej zbliżonego. Jej mózg działa inaczej niż nasze. Ona wie wszystko o wszystkim. Zna się na nauce, historii, sztuce... Na czym tylko chcesz.

– Być może. Ale to inne cechy jej osobowości bardziej mnie niepokoją. – Carter stuknęła palcem w stosik raportów, na których zrobiła notatki. – Zbuntowana. Uparta. Zarozumiała. Przejawiająca brak szacunku dla autorytetów.

– Wie pani, kto jeszcze był taki jako dziecko? – zapytał Dante. – Albert Einstein. A także Leonardo da Vinci, Izaak Newton, Karol Darwin, Benjamin Franklin i każdy inny geniusz, który wykraczał poza swój czas. Każda osoba obdarzona podobnym intelektem będzie sarkać na autorytety. Bo będzie od nich mądrzejsza.

Agent pochylił się nad stołem.

– CIA szuka Pandory od śmierci Einsteina. Bezskutecznie. Może potrzebujemy kogoś równie mądrego jak Einstein, żeby ją odnaleźć. A na ten moment naszą najlepszą kandydatką jest ona. – Energicznie popukał palcem w fotografię Charlie Thorne.

Carter znów spojrzała na zdjęcie, po czym uniosła wzrok na Dantego. Agent Garcia sam był obdarzony nieprzeciętnym umysłem. Dlatego w ogóle tu z nim siedziała i zastanawiała się nad jego odważnym pomysłem, choć miała tysiąc innych spraw na głowie. Na przykład posprzątanie po katastrofie w Bernie.

Choć Dante miał tylko dwadzieścia osiem lat, wielokrotnie dowiódł skuteczności w akcji i szybko piął się po szczeblach kariery. Tak jak Charlie Thorne miał mieszane pochodzenie i mógł uchodzić za przedstawiciela niemal wszystkich grup etnicznych, dzięki czemu służył na całym świecie.

– Brak szacunku panny Thorne wobec władzy jest chyba o wiele głębszy niż u Einsteina – stwierdziła dyrektor Carter. – O ile nam wiadomo, Einstein nigdy nie złamał prawa, a panna Thorne owszem. I to dość spektakularnie.

– Właśnie dlatego będzie dla nas pracować.

Carter uniosła brew.

– Chcesz skłonić ją do współpracy szantażem? To raczej nie sprawi, że uzna autorytet władzy.

– Dam sobie z nią radę.

Carter ostatni raz przejrzała akta Charlie Thorne. Rozważała wszelkie możliwe konsekwencje wtajemniczenia dziewczynki w sytuację. Oczywiście było to ryzykowne posunięcie. Istniało duże prawdopodobieństwo porażki. Tyle że, tak jak powiedział agent Garcia, znajdowali się w naprawdę trudnej sytuacji. Z informacji Carter wynikało, że Furie były coraz bliżej zdobycia Pandory, a CIA od siedemdziesięciu lat stała w miejscu.

– Nie dostaniesz oficjalnej aprobaty dla tej misji – powiedziała Carter. – Nie znajdzie się w ewidencji. Nie może być żadnego dowodu na to, że CIA zmusza dwunastoletnie dzieci do współpracy.

– Naturalnie. – Dante się uśmiechnął.

– To oznacza, że skład osobowy tej operacji będzie ograniczony do minimum. Dostaniesz do pomocy tylko jednego agenta.

Uśmiech zniknął z twarzy Dantego.

– Tylko jednego? Przecież to szaleństwo!

– A nie mówiłeś przed chwilą, że powinniśmy zaszaleć? Jeśli coś ci to da, możesz wybrać sobie dowolną osobę.

Dante nie zastanawiał się ani przez moment.

– Milana Moon.

Dyrektor Carter skinęła głową. Choć miała pod sobą tysiące agentów, wiedziała, kim jest Moon. To, że Dante tak szybko ją wskazał, tylko potwierdzało jego inteligencję.

– W porządku. Jeśli się zgodzi.

– Chyba będę w stanie ją przekonać.

– W takim razie skończyliśmy. – Carter poderwała się z fotela i popchnęła teczkę przez stół z powrotem do Dantego. – Zniszcz to. A potem znajdź mi Pandorę.

2

Góra Snowmass

Hrabstwo Pitkin, stan Kolorado

Dzień później

W tym roku jeszcze nikt nie zjechał z Deadman’s Drop.

Po pierwsze, dlatego, że było to nielegalne. Urwisko znajdowało się poza obszarem ośrodka narciarskiego. Po drugie, bo trudno się tam dostać. Najpierw wjeżdża się wyciągiem Elk Camp na samą górę – 3452 metry nad poziomem morza – a resztę drogi trzeba pokonać piechotą. Wspiąć się na jeszcze jedno zbocze. Przedzierać przez śnieg. Z trudem łapać w płuca rozrzedzone powietrze i taszczyć na ramieniu narty lub snowboard, aż wreszcie dotrze się na początek trasy.

Ale tak naprawdę nikt nie zjechał jeszcze z Deadman’s Drop, bo zgodnie z nazwą było to szalenie niebezpieczne. Urwisko jest kuluarem – stromym i wąskim wyżłobieniem o nachyleniu sześćdziesięciu stopni. Z obu stron otoczone skałami, może mieć maksymalnie dwa metry szerokości. Margines błędu jest tu niemal zerowy – a jeśli się pomylisz i złamiesz nogę albo zerwiesz przednie więzadło krzyżowe, nie masz co liczyć na patrol ratowników na nartach. Musisz się stamtąd samodzielnie wydostać. Nadal się nie boisz? To wyobraź sobie, że kuluar kończy się uskokiem. W pewnym momencie grunt po prostu się urywa i lecisz piętnaście metrów w dół na stok narciarski Grey Wolf. Skok z urwiska to jedyna droga wyjścia.

Nawet jeśli ci się uda i wylądujesz bez złamania nogi albo rozbicia głowy o skałę, najprawdopodobniej złapie cię patrol narciarski – bo będziesz już z powrotem na obszarze należącym do Snowmass – i do końca roku stracisz skipass za karę za jeżdżenie poza granicami ośrodka. Chyba że uda ci się wyprzedzić strażników, co jest mało prawdopodobne, bo wszyscy są niesamowicie wysportowani i spędzają na nartach jedną trzecią roku.

Ale Charlie Thorne i tak postanowiła zjechać z Deadman’s Drop.

W tym momencie czuła czyste, niczym niezmącone szczęście. Dno żlebu wypełniał biały, nietknięty śnieg z ostatnich dwóch miesięcy, po którym gładko prześlizgiwały się jej narty. Dziewczynka mknęła w dół jak pocisk, co chwilę piszcząc z zachwytu. Nie poruszała się jeszcze z gracją dorosłej narciarki – przypominała raczej nosorożca na rolkach – ale miała wrodzony talent do sportu i brawurowo pruła do przodu z typową dla nastolatków niefrasobliwością. Długie ciemne włosy schowała pod kaskiem, a gogle zasłaniały jej zielone oczy, więc na stoku widziano tylko szeroki uśmiech, który według przyjaciół stanowił jej znak rozpoznawczy.

Była dwunasta w południe we wtorek. Charlie powinna teraz siedzieć i się uczyć. Konkretnie fizyki teoretycznej.

Z tym że w tym roku pojawiła się na zajęciach z fizyki teoretycznej jedynie raz, jeśli pominąć zaliczenia. Pierwszego dnia przyszła spóźniona, wysłuchała piętnastu minut wykładu doktora Fromera, po czym znudziła się i poszła pojeździć na rowerze. Naturalnie doktorowi to się nie spodobało. Dorzucił więc do jej ostatniego testu kilka dodatkowych zadań, których nie dostał żaden inny student – na tematy, których w ogóle nie było w podręczniku – tylko po to, żeby oblała i przy okazji nabrała pokory.

Charlie i tak zdała celująco. Nie wykorzystała nawet całego czasu przeznaczonego na test. Spokojnym krokiem weszła do sali i od niechcenia rozwiązała wszystkie zadania, jakby pisała pocztówkę z pozdrowieniami, podczas gdy wokół niej dziesięć lat starsi studenci i studentki, dla których fizyka teoretyczna była przedmiotem kierunkowym, z frustracji rwali sobie włosy z głów. Zajęło jej to tylko pół godziny i nie zadała sobie nawet trudu, by sprawdzić pracę. Ale najbardziej irytujące było to, że znalazła błąd doktora Fromera i zaznaczyła go na czerwono z komentarzem: „Niechlujna praca. Następnym razem proszę się bardziej postarać”.

Na innych zajęciach Charlie działo się podobnie. W końcu dziewczynka nie przyjęła pełnego stypendium na Uniwersytecie Kolorado ze względu na naukę. Zrobiła to, by wyrwać się od rodziców, a przy okazji być blisko gór. Zasady stypendium nie określały, że ma uczęszczać na wybrane zajęcia, tylko je zaliczyć. Dlatego całymi dniami chodziła na piesze wycieczki, zwiedzała okolicę na rowerze albo jeździła na nartach z kolegami i koleżankami z roku, a na uczelnię przychodziła wyłącznie na zaliczenia.

Co prawda znalazła kilka przedmiotów, które ją zaciekawiły, ale wszystkie były fakultatywne i niepunktowane. Na przykład wspinaczka górska, kajakarstwo i samoobrona. Charlie nigdy się na nie nie spóźniała, bo były fajne.

Tak naprawdę jej jedyny problem stanowiło to, jak się dostać na szlaki turystyczne i do ośrodków narciarskich. Może i była geniuszką, ale wciąż nie miała prawa jazdy.

Na szczęście nie tylko ona wybrała Uniwersytet Kolorado ze względu na jego lokalizację. Zawsze znajdowała się spora grupka osób skłonnych opuścić kilka dni na uczelni, by przeżyć przygodę w górach.

Tak właśnie dotarła tutaj, do Snowmass, choć masyw był oddalony od kampusu o cztery godziny drogi. Kilka dziewczyn z jej roku entuzjastycznie podeszło do pomysłu urwania się z zajęć i zawiezienia Charlie w góry w zamian za darmowy nocleg w luksusowym domku tuż obok stoku. Dziewczynka utrzymywała, że budynek należy do jej wujka, choć tak naprawdę sama go wynajęła – po prostu nie miała ochoty tłumaczyć, jakim cudem dwunastolatkę stać na pobyt w miejscu kosztującym ponad tysiąc dolarów za noc.

Poza tym laski były spoko. Charlie już drugi raz wybrała się z nimi na wycieczkę. Wiele jej koleżanek i wielu kolegów z roku nie wiedziało, jak się przy niej zachować – w końcu mimo wieku była dziesięć razy inteligentniejsza od wszystkich dookoła. Albo traktowali ją z góry jak siedmioletnie dziecko, albo uważali za dziwoląga i obgadywali za plecami, przez co czuła się jak uciekinierka z cyrku. Ale te dziewczyny były fajne, sympatyczne, a do tego zbuntowane. To właśnie jedna z nich, Eva, pierwsza zaproponowała zjazd z Deadman’s Drop.

Pewnie nie sądziła, że Charlie podejmie wyzwanie. Ale kiedy dziewczynka się zgodziła, Eva i pozostałe koleżanki nie miały wyjścia i musiały jej towarzyszyć. W końcu nie mogły pozwolić, żeby dwunastolatka okazała się odważniejsza od nich, prawda? Wszystkie wydawały się podekscytowane wizją zjazdu, kiedy przechodziły pod linami znaczącymi granicę ośrodka i wspinały się w kierunku urwiska, ale Charlie wyczuwała ich zdenerwowanie pod maską brawury. Pewnie żałowały, że Eva nie trzymała gęby na kłódkę.

Dla Charlie nie było to jednak nic wielkiego. Bezprawne wejście na czyjś teren? W ciągu dwunastu lat życia uszło jej na sucho o wiele więcej.

Znów zapiszczała z radości, pędząc przez kuluar.

Eva i pozostałe dziewczyny podążały za nią, ale o wiele ostrożniej. Widać było, że martwią się o swoje bezpieczeństwo – i o Charlie.

Dziewczynka błyskawicznie pokonała ciasny przesmyk skalny i jej oczom ukazała się krawędź urwiska. Wyglądało to tak, jakby ziemia przed nią po prostu się kończyła. Miejsce, gdzie urywała się pokrywa śnieżna, znaczyła ostra biała linia, za którą rozciągał się jedynie jasny błękit nieba.

W głowie Charlie natychmiast pojawiły się liczby.

Kąciki jej ust się uniosły. Pochyliła ciało do przodu i pomknęła w stronę krawędzi.

Jadące za nią Eva i pozostałe dziewczyny zahamowały wirażem, przestraszone widokiem urwiska – i tym, że Charlie zmierza prosto na nie.

Wszystkie wiedziały, że dziewczynka świetnie jeździ jak na swój wiek. Na uczelni krążyły plotki, że wychowała się gdzieś na wschodzie USA, w Vermont albo Maine, i od dziecka śmigała na nartach. Dziewczyny widziały już, z jaką łatwością pokonuje najtrudniejsze czarne trasy albo wykręca double cork na rampach w snowparku. Ale to było co innego. Deadman’s Drop. Nawet najlepszy narciarz nie może przecież tak po prostu rzucić się z urwiska. Trzeba najpierw rozeznać się w sytuacji, podjechać do krawędzi i spojrzeć w dół, ustalić, w którym miejscu się zeskoczy i wyląduje, zebrać się na odwagę. Tutaj nieostrożność mogła zakończyć się śmiercią – a Charlie z całą pewnością nie zachowywała się ostrożnie. Jeśli już, to wyglądała, jakby coś jej się poluzowało pod sufitem. Może nie była aż tak genialna, jak wszyscy twierdzili – książkowa wiedza to jedno, ale ocena ryzyka najwyraźniej u niej leżała.

Tak naprawdę jednak Charlie przeanalizowała już urwisko o wiele dokładniej, niż którakolwiek z dziewczyn mogłaby się zorientować. Przestudiowała krawędź żlebu z wyciągu jadącego na trasę Grey Wolf. Oszacowała wysokość spadku i kąt nachylenia znajdującego się pod nim terenu, po czym precyzyjnie określiła, z jaką szybkością powinna się poruszać i gdzie wylądować, a następnie kilkadziesiąt razy sprawdziła obliczenia i wszystko zapamiętała. Teraz mogła po prostu cieszyć się jazdą.

Dlatego kiedy pozostałe dziewczyny zatrzymały się w kuluarze i wstrzymały oddech, Charlie dalej pędziła na złamanie karku, roześmiana niczym najszczęśliwsza osoba na świecie, jak gdyby nagły spadek terenu nie zrobił na niej żadnego wrażenia. A potem wystrzeliła w górę poza krawędź i zniknęła im z oczu.

Gdy straciła grunt pod nogami, poczuła nagłe ukłucie strachu i zwątpienia. A jeśli pomyliła się w obliczeniach? Znajdowała się na wysokości pięciu pięter nad stokiem narciarskim. Nawet najmniejszy błąd mógł kosztować ją życie.

Skupiła się więc na liczbach.

Zobaczyła je w myślach, wyryte w krajobrazie, który miała przed oczami. Rozwiązała te równania jeszcze na wyciągu. Podpowiedziały jej, jak powinna się poruszać, gdzie wylądować i co zrobić, by wyjść z całej sytuacji bez szwanku. A nawet jak sprawić, żeby to wszystko wyglądało naprawdę ekstra.

Strach wyparował. W jego miejsce znów pojawiła się pewność siebie. Charlie w idealnym momencie wyskoczyła do salta w tył – ściągnęła łopatki w dół i wygięła kręgosłup, a niebo, urwisko, a potem horyzont zawirowały jej przed oczami. Za chwilę jednak ziemia pędziła już dziewczynce na spotkanie, więc Charlie odchyliła narty pod kątem czterdziestu pięciu stopni, dopasowując się do nachylenia stoku, zgięła nogi, by zamortyzować siłę upadku, i idealnie wylądowała. Jeszcze chwilę temu spadała, a teraz znów zjeżdżała na deskach, rozpromieniona dzięki nagłemu przypływowi adrenaliny. Kilka sekund mknęła jeszcze w dół, po czym dramatycznym wirażem zahamowała, wyrzucając w górę fontannę śniegu.

Narciarze na stoku Grey Wolf zatrzymali się i zdumieni wpatrywali w młodą alpejkę, która pojawiła się dosłownie znikąd. Ci na wyciągu Elk Camp, którzy widzieli jej wyczyn, zaczęli bić brawo. Na górze, w kuluarze, Eva i pozostałe dziewczyny odetchnęły z ulgą, że Charlie nie zepsuła lądowania i się nie zabiła. Z kolei bohaterka całego zamieszania postanowiła jeszcze chwilę się popisywać. Posłała widzom szeroki uśmiech i się ukłoniła.

Po czym zobaczyła czekającą na nią agentkę Milanę Moon.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij