-
nowość
Chasing the Wild - ebook
Chasing the Wild - ebook
Co się stanie, kiedy śnieg zasypie ranczo w górach, a ty znajdujesz się na nim z tym jedynym mężczyzną, o którym zdecydowanie nie powinnaś fantazjować?
Zawsze robiłam to, czego ode mnie oczekiwano. To ja, Layla Birch, grzeczna dziewczynka. Zostałam zmuszona, by zbyt szybko dorosnąć i zajmować się dosłownie wszystkim.
Miałam jednak plan. Tyle że nie uwzględniłam w nim Coltona Wildera, niemal dwukrotnie ode mnie starszego kowboja.
Mężczyzna moich marzeń jest ojcem mojego byłego chłopaka. Troszczy się o mnie, daje mi pracę i sprawia, że puls mi przyśpiesza za każdym razem, kiedy się zbliża.
Na szczycie góry noce są długie i zimne. W miarę gdy przybywa śniegu, a napięcie między nami narasta, oboje zbliżamy się do nieprzekraczalnej granicy.
Z każdym dniem coraz trudniej mi się oprzeć Coltonowi spoglądającemu na mnie z tęsknotą w oczach. Kusi mnie, żeby choć raz zapomnieć o byciu grzeczną dziewczynką.
Nikt się przecież nie dowie. A może jednak?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-931-3 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Drodzy czytelnicy, witajcie w Crimson Ridge!
Jeśli wolicie przeczytać niniejszą książkę bez żadnych ostrzeżeń dotyczących zawartości, wiedzcie jedynie, że jest ona dziełem fikcyjnym oraz że pojawia się w niej motyw tabu. To zamknięta, ale stanowiąca część serii powieść o romansie z kowbojem – ojcem byłego chłopaka bohaterki. Spodziewajcie się szczęśliwego zakończenia.
Jeśli są pewne treści lub trudne tematy, których wolelibyście uniknąć, weźcie pod uwagę, że w tej historii mogą się takowe znaleźć. W takiej sytuacji przed dalszą lekturą zalecam zapoznanie się z ich wyliczeniem (załączonym na następnej stronie).OSTRZEŻENIE
W książce pojawiają się między innymi następujące tematy i wątki:
• śmierć rodziców/dziadka (wzmiankowana, w przeszłości),
• samobójstwo (wzmiankowane, w przeszłości),
• krew,
• polowanie,
• broń,
• ranne bydło,
• krzywdzenie zwierząt,
• kwestie powiązane ze zdrowiem psychicznym, w tym atak paniki (opisany bezpośrednio),
• zaniedbanie rodzicielskie (wzmiankowane),
• demencja (wzmiankowana),
• niechciana ciąża (wzmiankowana, w przeszłości),
• uzależnienie od narkotyków (wzmiankowane),
• odurzenie narkotykami i napaść seksualna (wzmiankowane oraz pobieżnie bezpośrednio opisane),
• dosadne sceny seksu (w tym fetysz zapłodnienia, ale bez ciąży, oraz zabawa spermą).PLAYLISTA
Good Neighbours – Home
Beyoncé & Post Malone – LEVII’S JEANS
Morgan Wallen – Thinkin’ Bout Me
Isabel LaRosa – older
Pearl Jam – Just Breathe
Foo Fighters – My Hero
Hozier – Too Sweet
Zach Bryan – If She Wants a Cowboy
The Nashville Sound – Daytime Friends Nightime Lovers
Luke Combs – The Kind of Love We Make
Bruce Springsteen – I’m On Fire
Gordon Lightfoot – Sundown
Jamie Bower & King Sugar – Run On
Corey Kent – Wild as Her
Kacey Musgraves – Too Good to be True
Kidd G – Daylight Savings
Jackson Dean – Fearless (The Echo)
Chris Stapleton – Tennessee Whiskey
Eddie Vedder & Neil Finn – Throw Your Arms Around Me
Led Zeppelin – Black Dog
Foo Fighters – Everlong (Acoustic Version)
Bensen Boone – Empty Heart Shaped Box
Bob Dylan & Johnny Cash – Girl from the North Country
Hozier – NFWMB
Audioslave – Like a Stone
Taylor Swift – Wildest Dreams (Taylor’s Version)
INXS – Beautiful GirlROZDZIAŁ DRUGI
Layla
Brak mi słów.
Stojący za mną mężczyzna wyciąga rękę i przykłada do czytnika własną kartę. Zielone lampki sygnalizują, że płatność się powiodła, a dupek za ladą burczy coś przypominającego „dziękuję”.
Ale to nie dlatego straciłam zdolność do formowania wyrażeń.
Jakiś nieznajomy właśnie zapłacił za moje paliwo. I w dodatku nie mam pojęcia, jak ktoś taki może istnieć w prawdziwym życiu.
To potężny jak ściana, twardy facet. Muszę unieść głowę, żeby objąć go całego wzrokiem. Wyblakła, czarna koszulka odsłaniająca opalony kark, potargane, ciemne loki i krótka broda, w której prześwitują pierwsze ślady siwizny. Kiedy odwraca się do mnie przodem, mam wrażenie, że wpadam w pułapkę jasnych, piwnych oczu. Jest w nim coś dzikiego, a ja zapewne przypominam jelonka w świetle reflektorów.
– Panie przodem.
Jego głos spływa po mnie niczym deszcz po długim, gorącym dniu. Trzymając coś w ręce, grzecznie wskazuje na drzwi. Gdy spuszczam wzrok, moje spojrzenie zatrzymuje się na czarnym kowbojskim kapeluszu w wielkiej dłoni.
O, Boże… I te jego dopasowane Wranglery.
To właśnie jest największe zagrożenie, jakie czai się w takich małych miasteczkach. Kowboje z nieskazitelnymi manierami, wyglądający, jakby w jednej chwili mogli cię porwać w ramiona, żeby w drugiej pieprzyć cię na tylnym siedzeniu pick-upa, aż zapomnisz, jak się nazywasz.
Dukając coś bez ładu i składu, ruszam do drzwi. Nadal nie jestem pewna, co tu się właściwie wydarzyło, lecz oddycham z ulgą, kiedy mogę uciec przed piorunującym spojrzeniem dupka, któremu nigdy w życiu nie dam więcej zarobić.
Jak przystało na dżentelmena, kowboj przytrzymuje dla mnie drzwi. Takie traktowanie jest mi zupełnie obce, zwłaszcza ze strony nieznajomego. W swoim świecie muszę się opędzać od facetów, którzy o drugiej w nocy próbują mnie obmacywać.
Gdy wychodzę na zewnątrz, mam wrażenie, że Ziemia znowu zaczyna się kręcić. Ptaki ćwierkają, warczy silnik przejeżdżającej obok półciężarówki, a do moich nozdrzy dobiega zapach jaśminu pnącego się po kratce przymocowanej do ściany pobliskiej kawiarni.
– Dziękuję – wyduszam, odzyskawszy kontrolę nad językiem. – Nie musiałeś tego robić – dodaję i zaciskam dłonie na torebce.
Zachwycający kowboj przeczesuje dłonią niesforne włosy, po czym zakłada kapelusz. Kiedy to robi, dostrzegam wokół jego oczu drobniutkie zmarszczki. Nie zdradzają mi jego wieku, ale pozwalają zaliczyć go do kategorii „starszy”.
Ten mężczyzna nie jest dwudziestolatkiem, to na pewno. Raczej dobiega czterdziestki.
Jezu.
Gdy przyglądam mu się uważniej, moje uda odruchowo się zaciskają. Opiera się barkiem o klapę bagażnika swojego ogromnego auta.
– Nie ma sensu kłócić się z Kurtem o bak paliwa. Ten gość wykorzysta każdą okazję, żeby zrekompensować sobie posiadanie małego kutasa.
Wyrywa mi się coś pomiędzy kaszlem a śmiechem. Nie spodziewałam się, że jedno z pierwszych zdań, jakie usłyszę z ust tego mężczyzny, będzie zawierało „kutasa”.
Lecz w żadnym razie nie mam mu tego za złe.
– Rzeczywiście emanuje energią małego chujka.
Przygryzam obie wargi. Mój zdzirowaty umysł natychmiast mi podsuwa, że w przypadku mojego rozmówcy jest wręcz przeciwnie. Roztacza taką aurę, że musi mieć wielkiego kutasa.
Moja odpowiedź wyraźnie mu się podoba, a ja nie mam nic przeciwko uczuciom, jakie to we mnie wzbudza. Chętnie poszukałabym innych sposobów, żeby zadowolić takiego twardziela.
– W każdym razie dziękuję – dodaję. – Twoje zachowanie było bardzo szarmanckie.
Mruży oczy, przyglądając mi się.
– Szarmanckie?
– Eee… No wiesz… – dukam pod wpływem jego intensywnego spojrzenia. – Rycerskie.
– Brzmi, jakbyś nazywała mnie starym. Albo staroświeckim.
Moje usta otwierają się i zamykają kilkakrotnie, kiedy do mnie dociera, że może go uraziłam, ale potem zauważam zmarszczki w kącikach jego oczu.
Droczy się ze mną.
Mój drogi, słodki Jezu! Pod tym szorstkim opakowaniem kryje się poczucie humoru.
To nie fair!
– Powiedzmy, że po prostu dziewczyny takie jak ja nieczęsto trafiają na takich mężczyzn jak ty. A już w szczególności nie na mężczyzn, którzy niespodziewanie oferują, że zapłacą za cały bak paliwa – wyjaśniam, błądząc dłonią pomiędzy nami.
Posyła mi harde spojrzenie. Takie, od którego muszę przełknąć gulę w gardle.
– W takim razie zadajesz się z niewłaściwymi mężczyznami.
Jakimś cudem mam wrażenie, że zganił mnie i podniecił jednocześnie.
– Sama nie wiem.
Uśmiecham się lekko. Moje myśli biegną na chwilę do pudeł na tylnym siedzeniu auta i do Kayce’ego. Wzdrygam się w duchu. Wpakowałam się w obecne tarapaty właśnie przez tego bezużytecznego dupka. To idealny przykład niewłaściwego faceta.
Chcę zapytać mężczyznę, jak się nazywa, lecz coś mi podpowiada, że to niemądre. Po co miałabym to robić? Przecież nigdy więcej go nie zobaczę. Chyba że… Chyba że co? Zawsze mogłabym zaproponować, że zwrócę mu za paliwo. Ale i tak do czego miałoby to prowadzić? Nadal będę miała przed sobą prawie rok nauki i różnych staży. W swojej obecnej sytuacji nie mogę nawet myśleć o randkowaniu ani robieniu czegokolwiek poza niewychylaniem się i ciężką pracą przez najbliższe dwanaście miesięcy.
To jeden z tych pozornie nieznaczących momentów, przesądzających o twoim życiu. Gdyby wydarzyło się to w innym czasie, gdybyśmy byli innymi ludźmi, może zapytałabym go o imię, a on zapytałby o moje. W świecie, w którym miałabym wymarzoną pracę, prowadziłabym stadninę i przez cały dzień zajmowałabym się końmi, a także mogłabym zapełnić kosz zakupami spożywczymi i podejść do kasy bez sprawdzenia wcześniej stanu konta.
Tymczasem stoję tu w pełnym słońcu, pot spływa mi po plecach, a uda kleją się do siebie. Mam tylko odrzuconą kartę kredytową i bak zapełniony paliwem dzięki litości nieznajomego.
Kiedy tak rozmyślam, kowboj, który musi być ulubieńcem Boga, przygląda mi się uważnie, opierając się o swój samochód. Samochód, którego wartość z dużym prawdopodobieństwem przekracza kwotę moich rocznych zarobków netto.
– Mam nadzieję, że to zajście nie zrujnowało twojej wizyty w Crimson Ridge – odzywa się.
Piwne oczy wpatrują się we mnie bystro. Choć nie odrywa wzroku od mojej twarzy, czuję, że pochłania mnie nim w całości.
Moje ciało rozgrzewa się pod jego uważnym spojrzeniem.
– Skąd wiesz, że przyjechałam tu tylko z wizytą?
Przechylam głowę w bok. Z jakiegoś powodu mężczyzna nadal rozmawia ze mną na tej zapyziałej stacji benzynowej, a ja nie kieruję się do swojego auta. Co więcej, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten kowboj zdecydowanie i bez żadnych wątpliwości odrobinę ze mną flirtuje.
Nie ma w tym jednak żadnej nachalności, tylko raczej coś ciepłego. Nieznajomy nie zachowuje się zbyt bezpośrednio, ale między nami wyraźnie iskrzy. Jestem pewna, że to nie efekt mojej wyobraźni.
Unosi lekko ciemną brew i kiwnięciem głowy wskazuje na moją tablicę rejestracyjną. Widnieje na niej napis „Oleander Town Auto”, bo tak nazywał się pośrednik, od którego kupiłam samochód lata temu.
– Lokalne rejestracje tak nie wyglądają.
– Może pożyczyłam auto od przyjaciela? – droczę się.
Tym razem jego wzrok zdecydowanie prześlizguje się po moim ciele, którego każdy cal natychmiast ożywa.
– Przyjaciela, hmm? – mówi tak, jakby zastanawiał się nad tym słowem. – Czy to ten rodzaj przyjaciela, u którego kutas jest istotnym elementem wyposażenia?
Cholera.
Czyżby mnie pytał, czy się z kimś spotykam?
– Eee… Nie, nie mam żadnego takiego przyjaciela. – Przygryzam wnętrze policzka. – Chłopcy w moim wieku okazują się niewarci mojego czasu.
Te słowa sprawiają, że mężczyzna błyskawicznie spogląda mi w oczy.
Wielkie nieba!
Mogłam równie dobrze pomachać mu wielką tablicą z napisem: „Przeleć mnie, proszę. Jestem singielką”.
Przesuwa kciukiem wzdłuż linii żuchwy. Nadal opiera się o swoje auto i wygląda przy tym tak cholernie dobrze, że zaraz się rozpłynę. Kiedy porusza ręką, brzeg jego T-shirtu unosi się odrobinę, odsłaniając skrawek opalonej skóry nad przeciągniętym przez szlufki jeansów paskiem. Czy ja właśnie dostałam palpitacji?! Uszy wypełnia mi dudnienie własnego serca.
Nieznajomy jest zachwycający. Wydaje się nieco nieokrzesany, a lekki garb na nosie zdradza niespokojną przeszłość. Ten kowboj to zdecydowanie mój typ, choć nigdy wcześniej nie spotkałam kogoś takiego na żywo. Jest fascynujący, atrakcyjny i tak pociągający, że skóra aż mrowi mnie z ekscytacji.
– Więc skoro zostajesz w mieście… Co robisz w piątek wieczorem? – Jego niski głos odbija się echem w mojej piersi.
Lecz wtedy do mnie dociera, o co pyta. Czy może raczej o co zamierza zapytać.
Błyskawicznie wracam na ziemię.
– Och! Nie. – Kręcę głową, a jego twarz poważnieje. – Przepraszam, sama już nie wiem, co mówię. Tak naprawdę jestem tu tylko przejazdem.
Jezu. Ale ze mnie pieprzona idiotka.
Sprowokowanie go zajęło mi raptem dwie sekundy i teraz czuję się jak największa podpuszczalska na świecie.
W innym czasie – lub innym życiu – mogłabym być inną Laylą Birch. Beztroską kobietą, która się zgadza, kiedy przystojny nieznajomy proponuje jej randkę w piątkowy wieczór. Mogłabym być kobietą, która cieszy się lekką pogawędką z takim atrakcyjnym facetem jak ten. Dogadza sobie drinkami, ukradkowymi spojrzeniami i tą radosną ekscytacją towarzyszącą zastanawianiu się, czy wieczór nie doprowadzi do bardziej intymnych uciech. Czy nie zakończy się tego rodzaju pożegnaniem na dobranoc, które przynosi ze sobą muśnięcia warg i zmysłowy dotyk gorących, spragnionych języków.
Zamiast tego jestem jak chomik, który beznadziejnie utknął w kołowrotku rachunków do zapłacenia i praktyk do ukończenia. Ktoś, kto wiecznie czuje się starszy, niż wskazywałby na to wiek.
A przecież, zgodnie z prawami natury, powinnam chodzić na randki i całować przystojnych mężczyzn z niesfornymi włosami oraz urzekającymi oczami.
– Cóż… – Odpycha się od auta i atmosfera między nami robi się nagle lodowata. Jego ramiona napinają się wyraźnie pod bawełnianym materiałem koszulki. – W takim razie bezpiecznej podróży.
Szybko niczym błyskawica wyjmuje kluczyki z tylnej kieszeni jeansów, po czym kliknięciem odblokowuje zamki auta i odchodzi, nie poświęciwszy mi już ani jednego spojrzenia.
Robię krok w jego stronę.
– Poczekaj. Muszę ci zwrócić pieniądze za paliwo.
Boże, ależ to spieprzyłam!
– Nie przejmuj się tym – odpowiada, a następnie wskakuje na siedzenie kierowcy i zatrzaskuje drzwi.
Gigantyczny pick-up rusza z rykiem silnika, gdy mężczyzna naciska pedał gazu, żeby wyjechać ze stacji, zostawiając mnie za sobą spoconą i zawstydzoną. Mam wrażenie, że moje serce rozpuszcza się właśnie na poplamionym benzyną betonie.
***
Mój kiepski nastrój jedynie się pogarsza, kiedy wstukuję adres głupiego domu Kayce’ego gdzieś w górskiej dziczy i widzę długą jak cholera drogę kończącą się ślepym zaułkiem. Czerwona pinezka jest niczym wielki środkowy palec.
Przecież to nie może być prawda.
Powiększam mapę, żeby lepiej się przyjrzeć. To już nawet nie jest górska dzicz. Ten dom znajduje się na Marsie.
Lokalizacja jest tak odległa od miasteczka, że chce mi się płakać. Żeby tam dojechać, a potem wrócić, zużyję dużą część paliwa, za które zapłacił przystojny nieznajomy.
Kayce Wilder może się pieprzyć. Podejrzewam, że źle zapisał adres – co byłoby bardzo w jego stylu – więc postanawiam być sprytna i zasięgnąć języka u lokalnych mieszkańców. Crimson Ridge jest niewielkie, na pewno ktoś będzie coś wiedział. Nie zamierzam jednak dopytywać na stacji benzynowej. Moja noga już tam nie postanie.
Parkuję w cieniu drzew rosnących wzdłuż pasa zieleni rozdzielającego jezdnie i ruszam do pobliskiej uroczej kawiarenki. Wejście do niej jest otoczone kwitnącymi jaśminami, ocieniającymi prowadzącą do budynku ścieżkę. Pora lunchu dawno już minęła, więc w środku panuje spokój. Kiedy przekraczam próg, wita mnie powiew chłodnego powietrza.
Dzięki, kurwa, Bogu.
Oddycham z ulgą, a moje ramiona się rozluźniają.
Za ladą widzę swoją rówieśniczkę, zajętą w tej chwili myciem szklanek, więc kieruję się w jej stronę. Ma długie, idealnie wyprostowane, czarne włosy z rozjaśnionymi końcówkami. Jej tank top jest zdecydowanie zbyt obcisły, lecz jeśli dzięki temu zgarnia lepsze napiwki, nic mi do tego. Czasem dziewczyna robi, co musi.
Nie mam zresztą prawa jej oceniać, biorąc pod uwagę miejsca, w których pracowałam, żeby jakoś związać koniec z końcem.
– Przepraszam. – Przyklejam do twarzy swój najprzyjaźniejszy uśmiech. – Mogłabyś mi pomóc zlokalizować pewien adres?
– Jasne.
Spogląda na mnie i zarzuca sobie ściereczkę na ramię.
Głośno żując gumę, mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu, gdy do niej podchodzę. To irytujące, ale trudno, nie planuję się z nią przecież zaprzyjaźniać. Potrzebuję tylko potwierdzenia, że moja wyprawa w sam środek niczego nie okaże się koszmarną stratą czasu.
– Czy ten adres jest prawdziwy? – Odwracam ku niej ekran telefonu, na którym widnieje pinezka wskazująca punkt na pustkowiu. – Rzeczywiście istnieje? Próbuję odnaleźć przyjaciela, ale wydaje mi się, że mógł coś źle zapisać.
Dziewczyna stuka palcem w ekran, a następnie posyła mi dziwne spojrzenie. To takie zerknięcie, które wydaje się jednocześnie świadome i zaciekawione. Natychmiast robi mi się nieswojo, jakbym czegoś nie wiedziała. Jakby ta dziewczyna rozumiała żart, którego ja nie pojmuję.
Jej usta wykrzywiają się w czymś, co przypomina raczej szyderczy grymas niż uśmiech.
– Nie ty pierwsza próbujesz znaleźć drogę do jego domu.
Oddaje mi telefon i opiera się o ladę, demonstrując cycki. Jakby chciała obsikać swój teren czy coś.
Niech to szlag.
Kayce Wilder. Rasowa męska dziwka.
– Rozumiem, że ty doskonale wiesz, jak tam dojechać?
Naprawdę zaczynam mieć dość tej całej sytuacji i jestem już niemal gotowa wywalić te wszystkie pudła na podłogę kawiarni, żeby Kayce mógł przyjechać i je sobie odebrać od swojej kumpeli do bzykania.
Dziewczyna posyła mi fałszywie skromny uśmieszek i obraca gumę w ustach, głośno mlaszcząc.
– Zdarzyło mi się tam bywać. Ale ty jesteś dla niego chyba trochę za młoda…
Co?
To się robi tak dziwne, że przestaje mi się mieścić w głowie. Jest piekielnie gorąco, a ja zabiłabym za szklankę zimnej wody. Zaraz porzucę postawę grzecznej dziewczynki.
– Posłuchaj, to naprawdę nie tak. Możesz mi po prostu powiedzieć, czy ten adres jest poprawny? Tylko tyle chcę wiedzieć.
Wsuwam telefon do kieszeni i spoglądam na dziewczynę błagalnie. Tak, właśnie tak. Do tego stopnia się upodliłam. Płaszczę się przed jakąś zdzirą, z którą pieprzył się mój eks. A może nadal się pieprzy? Albo… Zresztą sama już nie wiem. Chcę jedynie szybko to załatwić, żeby ruszyć w drogę.
– Jest okej. To na samym szczycie góry. Droga się tam kończy, więc na pewno nie przegapisz. – Sięga po brudną szklankę i wkłada ją pod strumień wody. – Mam nadzieję, że się nie zgubisz. Jeśli bestie ze szczytu cię nie pożrą, mogą to zrobić dzikie zwierzęta.
Kiedy kończy mówić, przerzuca włosy za ramię i wychodzi na zaplecze.
Na litość boską.
Wkładam okulary przeciwsłoneczne i wracam do samochodu. Przeklinając Kayce’ego i jego wyjątkowy poziom bezużyteczności, ruszam zgodnie ze wskazówkami z telefonu.
Droga wyprowadza mnie z miasta i niedługo potem zaczyna piąć się po zboczu góry. To musi być właśnie to całe Crimson Ridge. Co chwilę zerkam na ekran leżącej na udzie komórki, ale nie ma tu żadnej innej możliwości niż kontynuowanie jazdy szosą wijącą się pomiędzy drzewami.
Gdybym nie była w takim gównianym nastroju, pewnie zachwyciłabym się tym miejscem. Zbocza porasta gęsty las. Nigdzie ani śladu domów czy ludzi, tylko niekończąca się zieleń w najróżniejszych odcieniach, a pośród niej przebijające się fragmenty czerwonawych skał, które przerażająco stromymi ścianami opadają w kierunku doliny poniżej.
Sama linia grani odcina się ostrym, długim grzbietem na tle nieba, zupełnie niczym leżący na boku nóż. W ostrych promieniach słońca odsłonięte skały przybierają odcień brązu. Mogę sobie jedynie wyobrazić, jak spektakularny musi być ten widok jesienią, gdy liście robią się czerwone, brązowe i pomarańczowe.
Jadę coraz wyżej i wyżej, aż w końcu do mnie dociera, że muszę się zbliżać do Devil’s Peak⁵. Dostrzegam zarysy poszarpanego wierzchołka – potężna skała wydaje się czarna na tle nieba. Przebija się spomiędzy sosen i wystrzela w górę, niknąc pomiędzy chmurami, które utrzymują się tutaj pomimo upalnego dnia i pogodnego, błękitnego nieba.
Jadę już od dobrych dwudziestu minut, a kiedy spoglądam na telefon, orientuję się, że nie mam zasięgu.
Zajebiście.
Utknęłam tu. Nawet gdybym zdecydowała się teraz wycofać i chciała nagrać Kayce’emu wściekłą wiadomość o tym, że spaliłam na stosie jego albumy fotograficzne, nie miałabym takiej możliwości. A gdyby – nie daj Boże! – zepsuł mi się samochód, nie miałabym innego wyjścia niż iść dalej w górę albo zaryzykować spotkanie z dzikusem z piłą łańcuchową i pokonać pieszo absurdalny dystans dzielący mnie od miasta.
Głos z tyłu głowy przypomina mi, że jestem zbyt miła, a Kayce nie zasługuje na moją życzliwość. Chociaż głęboko żałuję swojej decyzji o wyświadczeniu mu ostatniej przysługi, to wiem, że nigdy się nie zmienię.
Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale taką właśnie osobą jestem.
Żwir pod oponami auta robi się coraz grubszy, a droga coraz bardziej się zwęża. Zaczynam już myśleć, że to szaleństwo nigdy się nie skończy, kiedy wreszcie pokonuję ostatni zakręt i wyjeżdżam spomiędzy drzew na otwartą przestrzeń. To niewielki płaskowyż, z którego rozciąga się bezpośredni widok na Devil’s Peak.
Odruchowo naciskam na hamulec i z szeroko otwartymi ustami zachwycam się otoczeniem.
Szutrowa droga odbija w lewo, wije się i prowadzi mnie pod drewniany łuk, na środku którego przybito czaszkę byka, a potem dalej, w kierunku podwórza i dużego, drewnianego budynku, który wygląda na stajnię. Poniżej posiadłości rozciąga się łąka porośnięta dzikimi kwiatami i wysoką trawą. Widzę eleganckie, łukowate szyje pasących się w oddali koni. Moje spojrzenie błądzi, przenosi się prędko, próbuje objąć wszystko dookoła, gdy zatrzymuję się przed czymś, co można opisać jedynie jako górski dom z mokrych snów.
Zbudowany z kamienia i drewna, ma wielkie okna, z których roztacza się widok na okolicę. Weranda ciągnie się wzdłuż całej ściany niskiego, wydłużonego budynku, przycupniętego na tle lasu. Wysokie sosny wychylają się zza linii dachu.
To nie jest stara, rozpadająca się chata ukryta gdzieś w górach.
Dom, który mam przed oczami, nie tylko zachwyca pięknem i dopasowaniem do krajobrazu, ale wygląda cholernie nowocześnie.
Gdy wysiadam z auta, w nos łaskocze mnie zapach trawy i dzikich ziół. Świerszcze leniwie cykają na powitanie w promieniach słońca. Co za pieprzona ulga – tu na górze jest nieco chłodniej niż w miasteczku, od porośniętej lasem grani wieje rześka bryza.
Zastanawiam się, jakim cudem pieprzony Kayce Wilder wylądował w takim miejscu. Raczej oczekiwałam, że zaszył się na jakiejś podupadniętej farmie z poplamioną kanapą i myszami w ścianach.
Nie w pięciogwiazdkowym, luksusowym domu w górach.
Nad podwójnymi drzwiami stajni wiszą grube, wykonane z żelaza litery „D.P.R.” odcinające się śmiało na tle cedrowego drewna. Devil’s Peak Ranch⁶.
Szerokie, kamienne schody prowadzą mnie do frontowych drzwi obramowanych łupkiem w kolorze węgla drzewnego i szarości. Towarzyszy mi boski zapach drewna i skoszonej trawy. Ktoś włożył wiele wysiłku, żeby stworzyć to miejsce. Z otwartymi z zachwytu ustami zatrzymuję się na imponującym progu.
Nie widzę kołatki ani dzwonka – najwyraźniej nie są tu potrzebne – więc unoszę rękę i stukam w drewno. Jeszcze zanim zdążę opuścić dłoń, drzwi otwierają się z takim rozmachem, że niemal wpadam do wnętrza domu.
Po drugiej stronie wita mnie burza ciemnych, mokrych w tej chwili loków, opadających na opaloną, wilgotną skórę, oraz spoglądające groźnie piwne oczy. Stojący przede mną mężczyzna, którego miałam okazję już poznać, nie ma na sobie nic poza owiniętym wokół bioder ręcznikiem.ROZDZIAŁ TRZECI
Layla
Nie mam pojęcia, jak długo się na niego gapię, ale zachwycający kowboj z miasteczka, dokładnie ten sam, który zapłacił za moje paliwo, trzyma palce na otulającym biodra ręczniku i przeszywa mnie morderczym spojrzeniem.
To wszystko naprawdę nie ma sensu.
Dlaczego tu jest?
Co tu się, do cholery, dzieje?
Zaciska dłoń na drewnie z taką siłą, że bieleją mu knykcie. Wygląda, jakby tylko sekunda dzieliła go od zatrzaśnięcia mi drzwi przed nosem.
Oboje wydajemy się tkwić w jakimś absurdalnym zawieszeniu – wpatrujemy się w siebie, podczas gdy nasze mózgi próbują dojść do ładu z tą sytuacją. Jego czoło marszczy się w sposób, który bardzo wyraźnie mi mówi, że nie jest to dla niego przyjemna niespodzianka. Cała jego postawa wydaje się krzyczeć „spieprzaj stąd”, a umięśniony tors emanuje taką energią, że aż się dziwię, iż jeszcze nie sturlałam się po schodach.
To musi być jego dom.
Jasna cholera! Czy to jego ranczo?
Po jego wrogiej reakcji dochodzę do wniosku, że mieszka tu nie bez powodu. Żadnych gości.
A już zwłaszcza żadnych niespodziewanych.
Odnoszę wrażenie, że usta wypełnia mi piasek. Kurczę się pod spojrzeniem nieznajomego.
Ma opaloną skórę, potężną klatkę piersiową, a dolne partie mięśni brzucha układają się w wyraźne V, które niknie pod ręcznikiem i którego zdecydowanie nie powinnam śledzić wzrokiem.
– Pieprzona Layla Birch?! – Przeciągły, nieco niewyraźny okrzyk przerywa pełną napięcia chwilę.
Mój były chłopak, Kayce, przeciska się obok mężczyzny w ręczniku z taką swobodą, jakby to miejsce należało do niego. Nagle zostaję porwana w niedźwiedzi uścisk, uniesiona w powietrze i okręcona niczym pięciolatka.
– Co ty tu robisz, księżniczko?
Sama chciałabym mu zadać to samo pytanie. Wygląda na to, że ten dupek znowu upija się w środku dnia. Kayce nazywał mnie księżniczką tylko po kilku kieliszkach. Zapewne zresztą nie tylko mnie, ale także każdą dziewczynę, która ujeżdżała jego kutasa. Cała sztywnieję na myśl o tamtej suce z kafejki w miasteczku.
– Kayce, odstaw mnie!
Jestem taka wkurzona tym, co się dzieje, że nie potrafię zebrać myśli.
– Cholera, przepraszam. Mój błąd.
Spełnia moją prośbę, lecz zaraz zarzuca mi rękę na barki i przyciąga mnie do swojego boku. Nieprzyjemnie cierpnie mi skóra. Wiem, że się umawialiśmy, a nawet uprawialiśmy seks, na litość boską, ale w tej chwili chcę tylko, żeby jego łapy zniknęły z mojego ciała.
Wolałabym, żeby nie dotykał mnie tak otwarcie.
Zwłaszcza na oczach tamtego mężczyzny.
Kayce uśmiecha się do mnie promiennie, roztaczając ten swój błękitnooki urok podkręcony w tej chwili na maksa. Spogląda na mnie w sposób, od którego w przeszłości – zaledwie przez krótki czas – miękły mi kolana. Wydawało mi się wtedy, że patrzy na mnie, jakbym była kimś wyjątkowym. Tyle że teraz nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia.
– Tato, to moja dziewczyna, Layla.
Mój mózg i ciało wydają się przez chwilę dryfować w dwóch różnych wymiarach.
Tato?
Z otwartymi ustami wpatruję się w półnagiego, umięśnionego mężczyznę z moich marzeń. Obserwuje mnie z mrokiem w oczach i napiętą szczęką. Mój wzrok ucieka do jego palców, które nadal zaciska na ręczniku. Mam wrażenie, że wpadłam w jakiś kowbojski Trójkąt Bermudzki. Mayday! Mayday! Wszystkie kontrolki błyskają, wyje alarm, katastrofa jest nieunikniona. Kiedy ten wrak zostanie odnaleziony, nie będzie na nim żadnych ocalałych.
Chwila! Stop!
– Nie dziewczyna, tylko była dziewczyna – poprawiam Kayce’ego, przy czym podkreślam słowo „była” nieco bardziej, niż to konieczne.
Wysuwam się spod jego ręki i robię krok w bok, żeby wprowadzić trochę dystansu pomiędzy sobą a młodszym z Wilderów.
Jego ojciec – jasna cholera, to jego ojciec! – wpatruje się we mnie z chłodną obojętnością. Nie ma już śladu po tamtym czarującym kowboju, którego przelotnie poznałam wcześniej. Niemal jakby zamordował tamtą wersję faceta, która przyprawiała mnie o zawroty głowy, i wrzucił jego ciało do wąwozu, obok którego niedawno przejeżdżałam.
– Nie spotykaliśmy się długo – precyzuję, chociaż to kompletnie zbędne.
Niezborne wyjaśnienia zostawiają na moim języku kwaśny posmak.
– Wejdź. Jezu, ale super! – mówi Kayce. – Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś. Przyniosę nam coś do picia.
Rusza do kuchni, a ja czuję, jak wzrok jego ojca skupia się na mnie niczym laser. Sama nie jestem w stanie na niego spojrzeć. Tego już naprawdę zbyt wiele. Niech ten pieprzony dzień się skończy. Chciałabym, żeby ziemia otworzyła mi się pod stopami i mnie pochłonęła. Bardzo dziękuję za takie atrakcje.
– Trzeba przygotować konie. Za godzinę przyjeżdża grupa – rzuca do syna mężczyzna o kamiennej twarzy, nie przestając wpatrywać się we mnie gniewnie.
Wydaje się zły na Kayce’ego i nadal stoi w progu, skutecznie uniemożliwiając mi wejście do środka. Uwikłałam się w sytuację, której wcale nie chcę zrozumieć.
– Taaa, wiem – odkrzykuje z kuchni Kayce. – Zajmę się tym później – zbywa go, a ja się krzywię.
W stosunku do swojego ojca też zachowuje się jak kutas. Jakie to niezaskakujące.
– Później będzie za późno. Wszystko powinno być już gotowe. Dzisiejsza grupa zarezerwowała przejażdżkę o zmierzchu.
– Byłem zajęty – odpowiada chłopak, wracając do nas.
Próbuje wcisnąć mi do ręki piwo, ale ja kręcę głową i go nie przyjmuję. Chcę jedynie wyładować pudła na werandę i zmywać się z tej góry.
– Jezu, Kayce…
Jego ojciec kręci głową. Wygląda, jakby miał ochotę go porządnie zrugać, lecz się powstrzymuje. Nie winię go za to. Dobrze znam to uczucie.
Nie zaszczycając mnie już ani jednym spojrzeniem, odchodzi w głąb domu, a ja zostaję sama z Kaycem Wilderem, który trzyma teraz piwa w obu dłoniach i wygląda przy tym jak kot, który dorwał się do śmietanki.
***
– Nie mogłeś mi chociaż odpowiedzieć? Musiałam przyjechać na tę pieprzoną górę, żeby namierzyć twój tyłek i przywieźć te twoje klamoty – warczę, idąc za nim, kiedy długimi krokami pokonuje drewnianą werandę.
Wzrusza ramionami, nie siląc się ani na wyjaśnienia, ani na przeprosiny. Ale taki właśnie jest Kayce. Jego żywiołowość i zawadiackie uśmieszki pozwalają mu płynąć przez życie bez ponoszenia konsekwencji własnego zachowania.
– Więc oficjalnie poznałaś mojego tatę – zagaja, zmieniając temat, gdy rozsiada się w fotelu.
Jedną ręką poprawia czapeczkę z daszkiem, drugą, w której trzyma jedno z piw, opiera na kolanie.
To miejsce wydaje się zachęcać, by się rozgościć. Drewniana weranda jest szeroka, obramowana balustradą i wyposażona w kilka wygodnych foteli ogrodowych. Na jej dalszym krańcu widzę kilka sięgających od sufitu do podłogi drzwi przesuwnych w ranczerskim stylu. Wygląda na to, że z paru sypialni można wyjść bezpośrednio na werandę. Ta strona domu skierowana jest na południe, co oznacza, że słońce oświetla ją przez cały dzień, więc poranki i wieczory muszą tu być cudowne.
Ale i tak nie zamierzam siadać.
– Wydaje się miły – rzucam, przestępując z nogi na nogę.
Kayce prycha i upija łyk piwa.
– Colton Wilder? Miły? To najżałośniejszy stary drań, jakiego w życiu spotkałaś. Nigdy nie opuszcza tej zapyziałej góry, która nie ma do zaoferowania nic poza pieprzoną robotą od świtu do nocy.
Okej, może rzeczywiście trochę – albo nawet bardziej niż trochę – przeszkadza mi to, że jego ojciec kompletnie mnie olał. Nie odezwał się do mnie ani słowem. Nie wysilił się na choćby uprzejmą uwagę, że spotkaliśmy się niedawno w mieście. Może rzeczywiście jest takim dupkiem, jak twierdzi Kayce. To nie było z jego strony zbyt grzeczne.
Jakie to typowe, że ktoś tak zimny ma za dom tak zachwycające miejsce.
– No nie wiem… Jak dla mnie całkiem tu ładnie – stwierdzam.
Osłaniam oczy dłonią i podziwiam, jak popołudniowe słońce pieści wysoką trawę, powlekając ją złotą poświatą. Z tego miejsca dostrzegam nie tylko dominujący na horyzoncie Devil’s Peak, lecz również niesławne Crimson Ridge, grań, od której wzięło swoją nazwę miasteczko u jej stóp. Góruje nad linią gęstego, sosnowego lasu niczym ostry odłamek czerwonawej skały.
– Nie daj się zwieść. Lato jest łagodne, ciepłe i zachęcające, ale zima tutaj to prawdziwa suka o sercu z lodu. Jej jedynym celem jest wyssać z ciebie duszę. – Kayce pociera kark dłonią. – Długie, ciągnące się miesiące bez zasięgu telefonicznego i z wi-fi zrywającym się co pięć pieprzonych minut. Do tego kompletnie nic do roboty. Aż w końcu czujesz, że oszalejesz w ciemności, zanim pomiędzy kolejnymi burzami śnieżnymi na nowo otworzą drogi.
Brak zasięgu telefonicznego nawet tutaj, gdzie nie ma drzew? Wyjmuję komórkę i rzeczywiście – nadal ani jednej kreski. Cóż, to wyjaśnia, dlaczego Kayce jeszcze bardziej niż zwykle był beznadziejny, jeśli chodzi o odpowiadanie na moje wiadomości.
– Taaa… To gówniane wi-fi ojca ledwo działa. Nie korzysta z osiągnięć technologii, bo jest zrzędliwym dupkiem i nie widzi korzyści wynikających z dołączenia do prawdziwego świata. To miejsce jest jak pierdolone więzienie.
Obejmuję się rękami.
– Więc dlaczego tu jesteś, Kayce?
Nie rozumiem, po co został, skoro tak bardzo nienawidzi tu przebywać. Kusi mnie, żeby kopnąć go w jaja za to, że zachowuje się jak rozkapryszony bachor. Ile bym dała, żeby znaleźć pracę w takim niesamowitym miejscu…
– Bo zjebałem, księżniczko. Nie zdobyłem sponsora na ten sezon. Ojciec przystał, żebym zatrzymał się tu na resztę lata, dopóki nie wymyślę, co dalej. Desperacko potrzebuję pieniędzy, więc uznałem, że zostanę i przez zimę będę dla niego pracował.
– Brzmi świetnie. Gratulacje.
Prycha ironicznie.
– Wcale nie jest tak świetnie, bo ciągle truje mi dupę. Chce mi zrekompensować to, jakim gównianym ojcem się okazał, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Nigdy się nie dogadywaliśmy. Więc jest naprawdę zajebiście, mówię ci.
Teraz rozumiem, czemu nigdy nie wspomniał mi o swoim tacie, kiedy jeszcze byliśmy parą. Nagle staje się jasne, dlaczego w albumach na tylnym siedzeniu mojego auta nie ma ani jednego zdjęcia przedstawiającego ich razem.
– A nie mógłbyś zatrzymać się u mamy?
Sama nie wiem, po co w ogóle z nim o tym rozmawiam. Kayce Wilder to nie mój problem. Nie mój cyrk, nie moje małpy. Już nie.
Kiedy spogląda na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami, przepełnia je smutek.
– Nieee. Nigdy tam nie wrócę – stwierdza stanowczo.
Sprawy z jego matką muszą się układać naprawdę źle, skoro woli tolerować to, jak jest traktowany tutaj, niż zamieszkać u niej.
To uczucie akurat znam doskonale.
Ponownie upija łyk piwa i wyciąga przed siebie długie nogi. Mój były wygląda, jakby przygotowywał się na leniwe popołudnie, ale ja nie mam czasu na sesję użalania się nad sobą, którą właśnie rozpoczyna.
Odwracam się na pięcie i zbiegam po schodach, rzucając przy tym przez ramię:
– Odstaw piwo, Kayce. Musisz zabrać swoje pudła.
Mam dość jego bajzlu. Oraz całej tej dezorientującej sytuacji z jego zachwycającym ojcem, którą nadal jestem poruszona. Muszę się zbierać. A kiedy się stąd wydostanę, zostawiając za sobą jedynie tuman kurzu, nigdy już nie będę musiała patrzeć na żadnego z Wilderów.ROZDZIAŁ CZWARTY
Layla
Pięć miesięcy później
– Twoje CV wygląda świetnie, Layla. Wspaniale byłoby cię mieć w ekipie Shipton Stables⁷ przez resztę zimy.
Zamykam oczy i przyciskam telefon ramieniem do ucha, a jednocześnie unoszę twarz w stronę sufitu auta i rzucam bezgłośnie:
– Dziękuję!
– Jesteś pewna, że rozpoczęcie pracy w tym okresie roku to dla ciebie nie problem? Wielu twoich rówieśników robi sobie dłuższe wolne w okolicach Nowego Roku, a niestety nie możemy trzymać dla ciebie miejsca, gdybyś miała dotrzeć do nas z opóźnieniem. Musimy jak najszybciej kogoś zatrudnić.
Kobieta po drugiej stronie słuchawki jest stanowcza, ale miła.
Rozumiem to, naprawdę.
Prowadzą firmę, a poszukiwanie studentów weterynarii gotowych do podjęcia stażu w sezonie zimowym musi być co najmniej frustrujące, zwłaszcza że umowy wygasają co kilka miesięcy. Nie wspominając już o tym, że mamy pieprzony okres świąteczno-noworoczny, któremu zwykle towarzyszy zamieszanie wokół szukania pracowników na nagłe zastępstwa. Mnóstwo dupków dzwoni w ostatniej chwili z informacją o rzekomej chorobie albo w ogóle nie pojawia się na swojej zmianie. Na własnej skórze się przekonałam, jak to jest musieć rzutem na taśmę przejmować obowiązki takich palantów.
Kobieta po prostu bardzo, bardzo grzecznie mnie prosi, żebym jej nie wydymała.
– Tak, jestem w stu procentach pewna. Może pani na mnie liczyć.
Nic tak nie świadczy o mojej gotowości do pracy – oraz o tym, że jestem spłukana – jak fakt, że się spakowałam, jeszcze zanim w ogóle złożyli mi oficjalną ofertę. Te nieliczne rzeczy, które targam ze sobą od ubiegłego lata, są upchane do bagażnika mojego auta. Pojazd natomiast czeka już gotowy do wyjazdu z parkingu obskurnego motelu.
Prawdę mówiąc, czekałam jedynie na ten telefon. Moja rozmówczyni nie musi wiedzieć, że oferta pracy, którą dostałam wcześniej, tuż przed Bożym Narodzeniem, okazała się nieaktualna, w efekcie czego przez całe święta byłam w poważnych tarapatach.
Musiałam sięgnąć po swoje skromne oszczędności, żeby utrzymać się przez ostatnie tygodnie i jakoś dotrwać do czasu, gdy znajdę nową posadę – jakąkolwiek powiązaną z weterynarią – na ostatnią chwilę i w dodatku w szczycie sezonu świątecznego. Więc kiedy ktoś z Shipton Stables wrzucił do sieci ogłoszenie o pilnie poszukiwanym pracowniku, fakt, że dzieliły mnie od nich trzy godziny jazdy, naprawdę nie był istotny. Potrzebowałam tylko potwierdzenia, że przyjmą mnie do ekipy.
– Doskonale. W takim razie przygotuję dokumenty. Wypełnisz je po przyjeździe, a ja od razu wpisuję cię na twoją pierwszą zmianę. Zaczynasz pojutrze o ósmej rano.
Przez chwilę gawędzimy jeszcze o tym, jak będzie wyglądać wdrożenie mnie w obowiązki, po czym się rozłączamy. Przytulając telefon do piersi, z ulgą odchylam się na oparcie siedzenia kierowcy.
Dzięki niech będą Shipton Stables i ich miłej recepcjonistce, której imienia już zapomniałam.
Mam pracę!
Podczas gdy ja siedziałam i rozmawiałam przez telefon, na przedniej szybie auta zaczęły się formować kryształki lodu. Szybko uruchamiam silnik i czekam, aż ciepło je rozpuści. Przybliżam palce do nadmuchu, bo mróz szczypie w nie mocno boleśnie.
Nowe rękawiczki będą jednym z moich pierwszych zakupów po wypłacie.
Muszę przetrwać jeszcze tydzień, zanim otrzymam z Shipton czek z wynagrodzeniem, które powinno pokryć opłaty za Evaline. Otwieram skrzynkę mailową na telefonie, żeby odpowiedzieć w wątku, w którym od kilku tygodni wymieniam wiadomości z administracją. Byli na tyle mili, że przedłużyli mi termin zapłaty za grudzień, ale to oznacza, że w styczniu muszę im przelać dwa razy więcej niż zwykle.
Szybko wklepuję jednozdaniową odpowiedź, w której informuję, że moja nowa posada została potwierdzona i w przyszłym tygodniu pokryję należne opłaty. Następnie piszę do mojego opiekuna roku, by go zawiadomić, że znalazłam nową placówkę do odbycia praktyk weterynaryjnych, i przekazać mu dane firmy, adres ich strony internetowej oraz inne szczegóły niezbędne do wprowadzenia Shipton do moich akt przez administrację.
Jestem o krok bliżej ukończenia studiów w sierpniu i zdobycia odpowiednich kwalifikacji, by znaleźć gdzieś stały wakat.
Chociaż nie mam obowiązku zaliczenia stażów w określonym czasie, muszę odbyć w sumie dwanaście miesięcy praktyk zawodowych, zanim uzyskam dyplom. Tej zimy ścigam się z własnym życiem, by jak najszybciej ukończyć studia i zostać w pełni wykwalifikowanym lekarzem weterynarii, bo to oznacza dla mnie bezpieczeństwo: możliwość znalezienia wreszcie pracy na pełen etat, ze stałą liczbą godzin, składkami emerytalnymi i ubezpieczeniem. Nie stać mnie na luksus nieśpieszenia się, ponieważ utrzymuję się z roboty na część etatu i biorę maksymalną liczbę zmian w barze, żeby jakoś zasilić swój skromny budżet. Zresztą podobnie jak wielu studentów w moim wieku.
Konieczność godzenia nauki z zarabianiem na siebie i jednoczesnym troszczeniem się o kobietę, która była dla mnie lepszą matką niż moja własna, przytłacza z dnia na dzień coraz bardziej. Dom opieki, w którym przebywa Evaline, jako jedyny zaspokaja jej potrzeby, ale ma to swoją cenę.
Potrzebuję tej pracy i muszę jakoś przetrwać najbliższe siedem miesięcy, które dzielą mnie od najszybszego możliwego terminu ukończenia studiów.
Kiedy tak siedzę i czekam, aż końcówki moich palców odtają, telefon wibruje mi nagle na kolanach. Odbieram, nawet nie spojrzawszy na ekran. Zakładam, że ktoś z Shipton Stables kontaktuje się w sprawie szczegółów mojego przyjazdu.
– Halo?
– Czy rozmawiam z panną Birch? – pyta oschle głos z drugiej strony słuchawki.
Ściska mnie w żołądku. To nie kobieta, z którą niedawno rozmawiałam.
– Tak, jestem Layla Birch – odpowiadam i odchylam telefon tak, żeby móc sprawdzić numer.
Zastrzeżony.
Cudownie.
Besztam się w duchu za to, że odebrałam. Takie telefony mnie przerażają i zwykle od razu odsyłam je na cmentarzysko mojej poczty głosowej. Tacy ludzie dzwonią zwykle tylko z jednego powodu i niemal zawsze ma to coś wspólnego z długami.
– Mówi Bonnie Wilton z Gratitude Finance⁸.
Marszczę nos, jakbym właśnie wdepnęła w świńskie łajno. Już sama nazwa firmy wydaje się podejrzana. Wdzięczność? Za co? Za okradanie z pieniędzy pod pozorem błyskawicznej pożyczki z szalonym oprocentowaniem? Grrr… Ci ludzie to prawdziwe sępy.
Dobra wiadomość jest taka, że nigdy wcześniej o nich nie słyszałam i na pewno nie pożyczyłabym pieniędzy od tej firmy, więc musieli mnie z kimś pomylić.
– Przykro mi. Chyba ma pani zły numer.
Nie zamierzam się bawić w pieprzone uprzejmości. Chcę ruszyć w drogę do nowej pracy. Jak najszybciej.
– Czy pani ostatni znany adres to 3488 Devil’s Peak Road, panno Birch?
Dlaczego to brzmi znajomo?
– W miasteczku Crimson Ridge – precyzuje kobieta.
Mam wrażenie, że mój żołądek ląduje na podłodze.
– Eee… Nie.
Wnętrzności zaciskają mi się jak szalone, zupełnie niczym ryba szamocząca się na suchym lądzie, bo przypominam sobie ubiegłe lato, ranczo i Kayce’ego siedzącego na werandzie z piwem w ręku.
– Cóż… Z informacji, które mam w dokumentach, wynika, że ma pani u nas niespłaconą należność w wysokości dwóch tysięcy pięciuset osiemdziesięciu dolarów. I że nie uiściła pani trzech ostatnich rat.------------------------------------------------------------------------
¹ Crimson Ridge – Karmazynowa Grań (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
² Devil’s Peak Road – Droga na Diabelski Szczyt.
³ Stars Hollow – fikcyjne miasteczko w Connecticut, będące głównym miejscem akcji serialu Kochane kłopoty (Gilmore Girls).
⁴ Mowa o dwóch rodzajach amerykańskiej whiskey: Jim Bean i Jack Daniel’s.
⁵ Devil’s Peak – Diabelski Szczyt.
⁶ Devil’s Peak Ranch – Ranczo Diabelski Szczyt.
⁷ Shipton Stables – Stadnina Shipton.
⁸ Gratitude Finance – Firma Pożyczkowa „Wdzięczność”.