Chirurg. Krew, złodzieje ciał i narodziny nowoczesnej chirurgii - ebook
Chirurg. Krew, złodzieje ciał i narodziny nowoczesnej chirurgii - ebook
"Odcięte ramię leżało na stole sekcyjnym i gniło. Pozbawione krwi mięśnie wyglądały upiornie blado, lecz włosy porastające przedramię oraz paznokcie sprawiały wrażenie tak samo żywych jak wtedy, gdy jeszcze stanowiły część ciała mężczyzny. Pragnąc zaimponować starszemu o dziesięć lat bratu Williamowi, dwudziestoletni John wziął do ręki przygotowany wcześniej skalpel, by rozpocząć swoją pierwszą sekcję ciała człowieka. […] kiedy John Hunter wykonał pierwsze cięcie przez twardą skórę ramienia mężczyzny, bardzo się starał nie wzdrygnąć ani nie okazać wstrętu. Z pewnością wiedział, że to najważniejszy sprawdzian, najważniejsza chwila w jego życiu."
Tak wyglądały początki kariery Johna Huntera – człowieka, który podniósł chirurgię do rangi nauki. Przez wiele lat przeprowadzał nowatorskie badania anatomiczne i eksperymenty, jednak w osiemnastowiecznym Londynie zdobycie ciała do sekcji graniczyło z cudem. Młody chirurg nie przebierał w środkach i wszedł do przestępczego półświatka. Na jego polecenie przestępcy wykradali z cmentarzy świeże, dopiero co zakopane zwłoki.
Hunter zgromadził niezwykłą kolekcję osobliwości, w której można było znaleźć zarówno zakonserwowane w ogromnych słojach ciała pięcioraczków, jak i szkielet olbrzyma. Dla dobra nauki był gotów podjąć każde wyzwanie: od pokrojenia truchła wieloryba po potraktowanie własnego penisa skalpelem z bakterią rzeżączki.
„Makabryczna, ale fascynująca… Zdecydowanie nie dla wrażliwych odbiorców”.
/The Guardian/
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-7231-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Bez pomocy wielu osób, które nie żałowały czasu i chętnie dzieliły się ze mną swoją wiedzą, nie napisałabym biografii Johna Huntera. Jestem szczególnie wdzięczna za zachętę, cierpliwość i fachowe rady Andrew Cunninghamowi, starszemu badaczowi historii medycyny na Uniwersytecie Cambridge, stypendyście Wellcome Trust, który uważnie czytał i komentował mój manuskrypt, nieustannie oferował mi entuzjastyczne wsparcie oraz pomagał dostrzegać związki przyczynowe.
Bezcennej pomocy udzielali mi pracownicy muzeów i bibliotek w Anglii i w Szkocji. Entuzjazm Fila Dearie z muzeum Hunter House w East Kilbride dodawał mi sił, John McLeish z biblioteki publicznej w East Kilbride był moim wspaniałym przewodnikiem po historii lokalnej, a Bill Niven, były burmistrz East Kilbride, okazał się niewyczerpaną skarbnicą lokalnych anegdot i zabrał mnie w fascynującą podróż po miejscach związanych z Johnem Hunterem. W Royal College of Surgeons w Londynie była kustosz Muzeum Huntera, Liz Allen, udzieliła mi niezbędnej pomocy na wczesnym etapie prac, Simon Chaplin, obecny kustosz, podsuwał bezcenne wskazówki i specjalistyczne porady, a bibliotekarka Tina Craig z benedyktyńską cierpliwością realizowała moje niekończące się zamówienia na manuskrypty z epoki. Personel Wellcome Library for the History and Understanding of Medicine (jednego z miejsc, w których mogłabym spędzać całe dnie) niemal codziennie zapewniał mi fachową pomoc i dzielił się specjalistyczną wiedzą. Chciałabym również podziękować wszystkim pracownikom Wellcome Trust Centre for the History of Medicine przy University College w Londynie, zwłaszcza profesorowi Halowi Cookowi, za dopuszczenie zwykłej dziennikarki do szacownego akademickiego grona. Ukończyłam swoje badania, gdy byłam honorową asystentką naukową w tym ośrodku. Bardzo ważną rolę w moich poszukiwaniach odegrało o wiele liczniejsze grono pracowników bibliotek i muzeów. Szczególnie chciałabym podziękować wszystkim, którzy pomagali mi w Muzeum Historii Naturalnej, Bibliotece Towarzystwa Królewskiego, Bibliotece Brytyjskiej, Bibliotece Guildhall, Zbiorze Archiwów City of Westminster, Londyńskim Archiwum Metropolitalnym, Bibliotece Royal Academy, Królewskim Towarzystwie Humanistycznym, Brytyjskim Towarzystwie Stomatologicznym, Domu Doktora Johnsona, Stowarzyszeniu Aptekarzy, a także na Uniwersytecie Glasgow, w Bibliotece Zbiorów Specjalnych, Muzeum Huntera oraz Galerii Sztuki im. Johna Huntera.
Miałam niezwykłe szczęście, że w wielu dziedzinach nauki mogłam skorzystać ze wsparcia ekspertów. Mick Crumplin, honorowy konsultant w dziedzinie chirurgii i honorowy kustosz w Royal College of Surgeons, pomógł mi zrozumieć warunki panujące w osiemnastowiecznych armiach. Dzięki profesorom Haroldowi Ellisowi i sir Peterowi Bellowi oraz Alanowi Scottowi zrozumiałam różnice między operacjami tętniaków przeprowadzanymi obecnie i w XVIII wieku. Malcolm Bishop dostarczył mi wielu ważnych informacji z dziedziny stomatologii, doktor Michael Waugh wyjaśnił aspekty chorób przenoszonych drogą płciową, a Peter Baskett i John Zorab pomogli mi porównać dawne i nowe zasady resuscytacji. Pragnę również wyrazić szczególną wdzięczność wszystkim pracownikom prosektoriów Szkoły Nauk Biomedycznych Szpitali Uniwersyteckich Guy’s, King’s i St Thomas’ w Londynie, gdzie miałam zaszczyt być świadkiem współczesnych zajęć z anatomii, prowadzonych z szacunkiem i poszanowaniem godności zmarłych. Doktor Colin Stolkin, starszy wykładowca anatomii, od początku dodawał mi otuchy. Doktor Alistair Hunter, szef akademickich prosektoriów, pomógł mi zrozumieć, co kazało Johnowi Hunterowi zgłębiać piękno ludzkiego ciała, cierpliwie odpowiadając na moje liczne i często dziwne pytania z dziedziny anatomii. Jestem również wdzięczna doktorowi Jamesowi Munro, który był tak miły, że przeczytał maszynopis książki i podsunął mi liczne kluczowe spostrzeżenia z dziedziny medycyny.
Od strony wydawniczej miałam ogromne szczęście, że znalazłam wspaniałego agenta, Patricka Walsha, który dyskretnie, ale zdecydowanie pomagał nadawać kształt moim pomysłom. Jestem szczególnie wdzięczna wszystkim entuzjastycznym, pełnym ciepła i zaangażowanym pracownikom Transworld, zwłaszcza Brendzie Kimber, wspaniałej redaktorce, za jej opanowanie, kreatywność i pomoc. Dziękuję również Sheili Lee i Kate Brader, które pomagały mi gromadzić potrzebne informacje i wyszukiwały ryciny, oraz Danielowi Balado i Katrinie Whone za sprawną redakcję.
Na koniec chciałabym bardzo podziękować mojej rodzinie i przyjaciołom, którzy nie szczędzili mi praktycznego wsparcia i duchowej zachęty. Jest ich zbyt wielu, bym mogła wymienić wszystkich z imienia i nazwiska, poza tym oni sami doskonale wiedzą, o kogo chodzi. Moje dzieci, Sam i Susannah, zasługują na szczególną pochwałę za cierpliwość i wyrozumiałość (co dotyczy zwłaszcza mojej nieobecności na wielu wycieczkach szkolnych). Moi rodzice również wiernie mnie wspierali. Przede wszystkim jednak nigdy nie rozpoczęłabym pracy nad tą książką, nie mówiąc o jej ukończeniu, bez niesłychanego entuzjazmu i zachęty ze strony mojego partnera Petera Daviesa, który przez cały czas wierzył w ten projekt i we mnie.ROZDZIAŁ 2
Ramię martwego mężczyzny
Zdrowie jest podstawą wszelkiego szczęścia, jakie może nam dać ten świat.
Samuel Johnson
Covent Garden, Londyn, wrzesień 1748 roku
Odcięte ramię leżało na stole sekcyjnym i gniło. Pozbawione krwi mięśnie wyglądały upiornie blado, ale włosy porastające przedramię, a także paznokcie sprawiały wrażenie tak samo żywych jak wtedy, gdy jeszcze stanowiły część ciała mężczyzny. Pragnąc zaimponować swojemu starszemu o dziesięć lat bratu Williamowi, dwudziestoletni John wziął do ręki przygotowany wcześniej skalpel i rozpoczął swoją pierwszą sekcję ciała człowieka. Bracia byli dla siebie prawie obcymi ludźmi – niedawno spotkali się po raz pierwszy, odkąd William opuścił rodzinne gospodarstwo i wyjechał do Londynu z zamiarem zrobienia tam kariery. John miał wówczas zaledwie dwanaście lat. Upływ czasu – przynajmniej w stopniu, w jakim William mógł to stwierdzić swoim krytycznym okiem – wcale nie wpłynął korzystnie na charakter ani na maniery Johna.
Od czasu ukończenia studiów uniwersyteckich w Glasgow i przyjazdu do „ukochanego Londynu” przed ośmioma laty sprytny i ambitny William obracał się w coraz wyższych sferach. Zanim skończył trzydzieści lat, zdążył już odwiedzić Paryż i Lejdę, gdzie studiował anatomię, oraz uzyskać dyplom chirurga, co umożliwiło mu rozpoczęcie pracy w Londynie. Prowadził modną praktykę prywatną, w ramach której wyspecjalizował się w odbieraniu porodów zamożnych kobiet. Chociaż stosunkowo niedawno otrzymał pierwszą oficjalną stałą posadę – jako „chirurg położnik” w nowym szpitalu Middlesex w Londynie – a praktykę prowadził zaledwie od kilku lat, systematycznie zdobywał szacunek pacjentów i pomnażał swój majątek. Miał zamiar opuścić krąg kolegów po fachu – chirurgów, uważanych za pośledniejszy gatunek medyków – i awansować do grona lekarzy, którzy cieszyli się najwyższym statusem w ściśle zhierarchizowanym świecie opieki zdrowotnej osiemnastowiecznego Londynu.
Trzeba jednak pamiętać, że awans społeczny w osiemnastowiecznej Anglii wcale nie był łatwym zadaniem dla wywodzącego się z nizin społecznych i do tego nieszczególnie ustosunkowanego Szkota. Londyńczycy wciąż pamiętali powstanie jakobickie z 1745 roku oraz krwawe zwycięstwo armii brytyjskiej pod Culloden rok później, a zatem mimo że większość Szkotów zamieszkujących miasta i Nizinę Środkowoszkocką nie pałała szczególną sympatią do buntowników, antyszkockie uprzedzenia były na porządku dziennym. Właśnie dlatego William starannie wygładził swój akcent i zanglicyzował maniery, aby jak najlepiej wtopić się w wyższe kręgi stolicy. Elegancko ubrany, obficie upudrowany, w peruce, regularnie spotykał się z innymi intelektualistami wywodzącymi się ze Szkocji, zwłaszcza z uniwersytetów w Glasgow i Edynburgu, w tym z powieściopisarzem Tobiasem Smollettem, lekarzem Johnem Pringle’em i malarzem Allanem Ramsayem, których, tak jak jego, zwabił blask metropolii. Williamowi udało się również zręcznie wkraść w łaski angielskiej socjety i nawiązać kontakty z jej wpływowymi przedstawicielami, takimi jak sędzia pokoju i pisarz Henry Fielding oraz kronikarz epoki Horace Walpole. Jako bywalec kawiarni i teatrów, prosektoriów i salonów William umiejętnie łączył odmienne kultury oraz przeciwstawne światy nauki i sztuki.
William był nie tylko wytwornym bywalcem salonów, lecz miał również smykałkę do interesów, bardzo ważną cechę w najeżonym niebezpieczeństwami świecie osiemnastowiecznej przedsiębiorczości, w którym głowa do interesów liczyła się tak samo jak koneksje. Szkoła anatomii założona przez niego w Covent Garden dwa lata wcześniej okazała się popularnym i zyskownym przedsięwzięciem. Początkujący młodzi chirurdzy, licznie przybywający do Londynu z Wysp Brytyjskich i zza oceanu, pobierali nauki na budzących grozę oddziałach stołecznych szpitali dla najuboższych i tłumnie zapisywali się do szkoły, pragnąc zdobyć fachową wiedzę anatomiczną. Prowadzone przez Williama kursy cieszyły się tak dużą popularnością, że zaczął on rozpaczliwie poszukiwać pomocy w prowadzeniu firmy, co dałoby mu więcej czasu na sprawowanie opieki nad wymagającymi bogatymi pacjentami. Zajęcia miały się rozpocząć za dwa tygodnie, młodszy brat Williama musiał więc udowodnić, że jest kompetentnym i uległym asystentem – co dotyczyło zwłaszcza bardziej złowrogiego aspektu całego przedsięwzięcia.
Początki wcale nie były obiecujące. Niezręczny, niewyrobiony i właściwie niewykształcony wiejski chłopak, mizerny młodzieniec z gęstą, rudą czupryną, jak dotąd nie osiągnął w życiu niczego szczególnego. Po porzuceniu szkoły trwonił czas w rodzinnym gospodarstwie bez wyraźnego celu i ambicji. Rozważał nawet zaciągnięcie się do wojska, wiedziony jednak nagłym impulsem zmienił zdanie, zaproponował Williamowi pomoc i odbył żmudną dwutygodniową podróż konną z Lanarkshire do Londynu. Teraz stanął w obliczu największego wyzwania, z jakim miał do czynienia w swoim dotychczas nieciekawym życiu: pod krytycznym okiem Williama miał przeprowadzić sekcję rozkładającej się kończyny i wypreparować z niej mięśnie. W otoczeniu ludzkich szkieletów i czaszek, polakierowanych kości zwisających z krokwi i zakonserwowanych w słojach narządów, przygotowanych na przybycie nowych studentów, musiał się zaiste wykazać nerwami ze stali i niesłychaną odpornością na widok i fetor ludzkich szczątków znajdujących się w pomieszczeniu.
Nie byłby pierwszym, u którego taki widok wzbudził niekłamane obrzydzenie. Leonardo da Vinci, który własnoręcznie przeprowadził sekcje ponad trzydziestu zwłok – wykradał je z miejsc kaźni, chcąc poznać tajniki ludzkiego ciała – ostrzegał: „Choćbyś miał zamiłowanie do takich rzeczy, może ci przeszkadzać żołądek, a jeżeli nie on, zapewne pomiesza ci szyki strach towarzyszący spędzaniu godzin nocnych w towarzystwie poćwiartowanych i obdartych ze skóry trupów, na które aż strach patrzeć”. Lecz kiedy John Hunter wykonał pierwsze cięcie przez twardą skórę ramienia mężczyzny, bardzo się starał nie wzdrygnąć ani nie okazać wstrętu. Z pewnością wiedział, że to najważniejszy sprawdzian, najważniejsza chwila w jego życiu. Wreszcie dostał szansę udowodnienia swojej wartości.
John przyszedł na świat w samym środku srogiej zimy jako dziesiąte dziecko w chłopskiej rodzinie, która z trudem wiązała koniec z końcem, uprawiając ziemię w pagórkowatych okolicach na południe od Glasgow. Kontrowersje wiążą się już z chwilą wydania przez chłopca pierwszego krzyku. Chociaż w miejscowej tradycji nie ma najmniejszych wątpliwości co do dokładnego miejsca jego urodzenia – w sypialni nad kuchnią domu Hunterów w Long Calderwood niedaleko East Kilbride – to rzeczywista data jego przyjścia na świat pozostaje niepewna. W starych księgach parafialnych zapisano jego narodziny pod datą 13 lutego 1728 roku, lecz John zawsze obchodził swoje urodziny dzień później. Co bardziej zaskakujące, dawna biblia rodzinna podaje jako datę jego urodzenia 7 lutego, podczas gdy w rodzinnej księdze z notatkami należącej do jego wuja zapisano, że urodził się dwa dni później. Najprawdopodobniej nikt nie zawracał sobie głowy zapisywaniem dokładnej daty narodzin dziesiątego dziecka w środku zimnej nocy, w cichym pomieszczeniu, w którym mrok w najlepszym razie rozpraszało kilka świec. Troje wcześniej urodzonych dzieci, w tym brat John, zmarło. Ich starzejący się ojciec, także John, nieustannie trapił się stanem finansów swojej licznej rodziny, jak również własnym słabnącym zdrowiem, toteż przybycie na świat kolejnej gęby do wykarmienia wcale nie musiało być mile widziane. John Hunter senior, który w chwili narodzin najmłodszego syna miał sześćdziesiąt pięć lat, najwyraźniej zaniedbywał najmłodszego członka rodziny. Bardziej dbał o pracowitych starszych synów Jamesa i Williama, mających wówczas odpowiednio trzynaście i dziesięć lat. John junior trafił więc pod opiekę matki, Agnes, i czterech starszych sióstr – Janet, Agnes, Dorothy i Isobel.
John Hunter senior podobno wywodził się ze starożytnej normańskiej rodziny Hunterów z Hunterston w Ayrshire. W 1707 roku, w którym Anglia i Szkocja zawarły unię, poślubił Agnes Paul, pochodzącą z zamożnej rodziny mieszkającej w Glasgow. Pan młody miał czterdzieści cztery lata, a jego wybranka dwadzieścia dwa. Swoje pierwsze dziecko, pierwszego Johna, ochrzcili w 1708 roku i pochowali czternaście lat później. Elizabeth, ich drugie dziecko, zmarła w wieku zaledwie dwunastu miesięcy, a drugi syn, Andrew, przeżył tylko trzy lata. Dzięki handlowi zbożem na targu w wiosce East Kilbride John Hunter senior nabył ziemię uprawną, a po narodzinach kolejnej czwórki dzieci rodzina przeniosła się ze swojej wioski półtora kilometra na północny wschód, do zbudowanego z kamienia, krytego strzechą domu w Long Calderwood. Od tej chwili gospodarstwo stało się centrum ich małego świata.
Choć wiodło im się względnie dobrze w porównaniu z większością miejscowej ludności, która żyła z dnia na dzień w ubogich chatach, trudno uznać ich egzystencję za komfortową. Cała liczna rodzina tłoczyła się w zadymionym domu z dwiema sypialniami, w którym jedynym źródłem ciepła było palenisko opalane torfem, a dzieci spały w szufladach, które co wieczór wysuwano spod łóżek. W uprawie roślin i hodowli zwierząt pomagali parobkowie, lecz zimy były długie i często ciężkie, a kamienista i słabo odwadniana gleba doliny rzeki Clyde nie sprzyjała uprawom, toteż powiększająca się rodzina toczyła nieustanną walkę o przetrwanie. Rok po narodzinach Johna jego ojciec musiał sprzedać dużą działkę, przypuszczalnie po to, aby zebrać środki na opłacenie czesnego w szkole prawniczej w Edynburgu dla czternastoletniego Jamesa, a niedługo później studiów teologicznych w Glasgow dla Williama, któremu marzyła się kariera w szkockim Kościele prezbiteriańskim.
Niedostrzegany przez wiecznie zajętego ojca, rozpieszczany przez matkę i starsze siostry, młody Jock lub Johnny, jak go nazywano, wyrósł na upartego chłopca. Matka narzekała na jego krnąbrność, ojciec jednak wydawał się nie wiedzieć ani nie dbać o to, co jego najmłodsza latorośl robi całymi dniami. Chociaż więc Johnny’ego codziennie wyprawiano z domu do odległej o półtora kilometra wiejskiej szkoły, w której wyróżniali się jego bracia, to on, gdy tylko miał sposobność, uciekał z lekcji, aby włóczyć się po lasach i polach, podchodzić dzikie zwierzęta w zaroślach, brodzić w potokach w poszukiwaniu ryb i wspinać się na wzgórza, by spoglądać w dół na dymiące kominy Glasgow. Mimo zachęt ze strony matki serdecznie nie znosił zarówno lekcji, jak i książek. Wspominał później:
Kiedy byłem chłopcem, w szkole było trochę czytania i pisania, dużo gramatyki i liczenia, geografia, na którą składały się nudne, suche dane, do tego szczypta filozofii i chemii – tak nudne jak flaki z olejem i równie ogłupiające. Ja chciałem się czegoś dowiedzieć o chmurach i trawach, dlaczego liście jesienią zmieniają kolor. Obserwowałem mrówki, pszczoły, ptaki, kijanki i larwy chruścika. Zasypywałem ludzi pytaniami o to, co zupełnie ich nie obchodziło i o czym zupełnie nie mieli pojęcia.
Starsza od Johna o siedem lat siostra Dorothy opowiadała, że podczas gdy obowiązkowy William charakteryzował się „pracowitością i ostrożnością, niezmordowanie odkrywał to, co chciał wiedzieć”, młody Johnny „robił tylko to, co mu się podobało, a szczególnie nie znosił czytania, pisania ani w ogóle żadnej nauki”. Niekiedy jej młodszy brat miewał napady złości lub płaczu, lecz zawsze „pozostawał osobliwie nieczuły na wszelką wiedzę zawartą w księgach”. I chociaż wcale „nie uważano go za głupiego”, robił tak marne postępy w nauce i tak gwałtownie buntował się przeciwko wszelkim wysiłkom pokierowania swoim kształceniem, że wiejski nauczyciel wreszcie postawił na nim krzyżyk. Tak oto w wieku trzynastu lat John Hunter zakończył formalną edukację.
Szkocja szczyciła się wówczas systemem szkół prowadzonych przez miejscowy Kościół, a jej obywatele znacznie przewyższali swoich angielskich sąsiadów pod względem umiejętności czytania i pisania, toteż niechęć Johna do nauki wzbudzała szczere rozczarowanie całej rodziny. Istotnie, chłopiec nie znosił książek tak bardzo, że zapewne cierpiał na jakąś postać dysleksji, ponieważ nie tylko borykał się z nauką przez całe dzieciństwo (pisać i czytać nauczył się dopiero jako nastolatek), ale także na całe życie zachował dogłębną niechęć do wszystkiego, co kojarzyło mu się ze sformalizowanym kształceniem. Oczywiście tak jak każdy potrafił napisać list w miarę czytelnym pismem, choć jego ortografię trudno uznać za spójną nawet według dość swobodnych osiemnastowiecznych standardów, a jego styl sprawia wrażenie na przemian to wzniosłego, to nieskładnego. W późniejszym życiu zatrudniał asystentów, którzy zapisywali jego słowa, a nawet czytali mu na głos książki. Chlubił się swoją odrazą do drukowanego słowa. Chociaż zgromadził całkiem pokaźny zbiór książek, publicznie deklarował, że „ma książki gdzieś” i woli czytać wprost „z ksiąg zwierzęcych ciał”.
Nic więc dziwnego, że niechęć Johna do formalnej edukacji i unikanie książek dostarczało amunicji jego późniejszym wrogom, zwłaszcza przemądrzałemu Jessé’emu Footowi, chociaż ten ostatni odważył się wydać pełną złośliwości biografię Huntera dopiero po roku od jego śmierci. Utożsamiając trudności Huntera z czytaniem z niedostatkiem inteligencji, Foot twierdził, że chirurg „nie był w stanie zanotować po angielsku sześciu linijek w zgodzie z regułami gramatyki”. Utrzymywał również, że z powodu analfabetyzmu Hunter nie napisał własnoręcznie ani jednego słowa w żadnej ze swoich publikacji, zlecając to zadanie między innymi swojemu przyjacielowi, powieściopisarzowi Tobiasowi Smollettowi. Uważał, że to właśnie „niedostatek poloru edukacji” jest przyczyną niesłychanie barwnego, by nie rzec – wulgarnego języka Huntera. Z pewnością John miotał przekleństwa na prawo i lewo w czasach, gdy umiejętność uprzejmego prowadzenia rozmowy uznawano za cechę dżentelmena. Później uczniowie czuli się w obowiązku usprawiedliwiać jego wulgaryzmy, podczas gdy dziewiętnastowieczni redaktorzy jego dzieł uznali za konieczne usuwać z nich przekleństwa. Dzieła Huntera istotnie noszą ślady redakcji, lecz całe tomy materiałów, wystąpień dla Towarzystwa Królewskiego, publikowanych prac i listów wysyłanych do adresatów na całym świecie niezbicie dowodzą tego, że potrafił wyrażać swoje myśli na piśmie. Foot, który faszerował swoje pyszałkowate napaści słowne cytatami z łaciny i greki, by zademonstrować wyższość swojego pióra, okazał się tak daleko niekonsekwentny, że oskarżał Huntera o ukrywanie umiejętności czytania, by bez podejrzeń przywłaszczać sobie fragmenty cudzych prac.
Jednak to właśnie niechęć do książek i formalnej nauki natchnęła młodego Johna do opracowania rewolucyjnej metody badań. Jego nieufność wobec słowa pisanego sprawiła, że na zawsze zachował sceptycyzm wobec edukacji w jej klasycznej postaci i niewolniczego powtarzania starożytnych przekonań: zawsze zdecydowanie bardziej ufał temu, co mógł zobaczyć na własne oczy, niż słowom napisanym przez innych. Książki nie dawały mu niczego wartościowego, a mieszkańcy rodzinnej wsi nie potrafili odpowiedzieć na jego liczne pytania o świat przyrody, toteż rozpoczął dociekania na własną rękę. Od najmłodszych lat, zamiast ślęczeć nad łacińskim elementarzem, włóczył się więc po Lanarkshire w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące go pytania, prowadząc żmudne obserwacje i eksperymenty.
Miał ku temu wiele okazji w rodzinnym gospodarstwie. Dociekliwy Johnny na własne oczy oglądał niezliczone narodziny i zgony koni, kotów oraz domowego ptactwa, a także obserwował podejmowane przez właścicieli próby zapewnienia chorym zwierzętom choćby najprostszej opieki weterynaryjnej. Może nawet dzięki jego wysiłkom jakieś młode odzyskało zdrowie? Z całą pewnością badał zachowanie dzikich zwierząt zamieszkujących pobliskie wzgórza i doliny, ponieważ na całe życie zapamiętał niektóre ze swoich spostrzeżeń. Być może zachęcały go do tego starsze siostry, gdyż najbliższa mu wiekiem Isobel lubiła bawić się ze „źrebiętami i z cielaczkami” urodzonymi w zagrodzie. Może to właśnie ona podjęła kiedyś chybioną próbę przywrócenia do życia dzikich ptaków, które pewnej zimy popadły w odrętwienie wskutek panujących mrozów, postanawiając ogrzać je przy kominku. Później Hunter opisał to wydarzenie, gdy poproszono go o radę, jak przywrócić przytomność ludziom, którzy ulegli podtopieniu: „Wiele lat temu zauważyłem, że w niektórych co chłodniejszych częściach naszej wyspy, kiedy dojmujące zimno zmuszało kosy lub drozdy do poszukiwania schronienia w stajniach czy w stodołach, te z nich, które schwytano i z nierozsądnego współczucia wystawiono na działanie wysokiej temperatury, wkrótce umierały”.
Być może jeszcze na wsi Hunter próbował wykonywać pierwsze sekcje, badając rozkładające się ciała dzikich zwierząt, które znajdował pod żywopłotami, lub zwierząt gospodarskich padłych w zagrodach, ponieważ później wspominał o korzyściach płynących z wykonywania tego rodzaju prac na świeżym powietrzu. Istotnie, wiele zagadnień, na które najwyraźniej zwracał uwagę podczas swoich najwcześniejszych obserwacji – takich jak dokładne określenie, kiedy w kurzym jaju zaczyna powstawać zarodek, opis cech odróżniających żywą, oddychającą istotę od martwego ciała, a nawet pochodzenie gatunku ludzkiego – intrygowało go przez całe życie. Jak później stwierdził: „Uwielbiam się dziwić, bo jestem pewien, że nauczę się czegoś wartościowego”. Nigdy nie opuścił go dziecinny podziw dla mocy natury. Zachwycał się: „Żaden chemik na świecie nie może zmienić ziemi w kawałek cukru, ale potrafi to zrobić warzywo” oraz „Powstawanie zwierząt samych z siebie wzbudza zachwyt, podziw i ciekawość”.
Lecz John Hunter, gdy w wieku trzynastu lat opuszczał wiejską szkołę (w tym samym roku zmarł jego sterany życiem ojciec), nie miał żadnego innego celu w życiu, jak tylko pomagać matce i siostrom w prowadzeniu gospodarstwa. Obaj starsi bracia zdążyli już zmienić swoje wcześniejsze plany i związali swoją przyszłość z medycyną, lecz Johnny najwyraźniej nie zamierzał pójść w ich ślady. Po pięciu latach William porzucił Uniwersytet w Glasgow, przerywając studia teologiczne pod wpływem jednego z ojców założycieli szkockiego oświecenia, filozofa Francisa Hutchesona. Urodzony w Irlandii Hutcheson był profesorem filozofii moralnej na Uniwersytecie w Glasgow od 1729 roku i wywarł wielki wpływ na całe pokolenie szkockich intelektualistów, w tym na ekonomistę Adama Smitha i na pastora Alexandra Carlyle’a. Jego humanitarne i pełne współczucia podejście do religii stało w wyraźnej sprzeczności z dosłowną interpretacją Biblii głoszoną przez szkocki Kościół prezbiteriański. Najwyraźniej William, przyswoiwszy sobie jego poglądy, nie mógł już dłużej godzić ich z planowaną karierą w szeregach duchowieństwa. Po zmianie planów William dostał się pod skrzydła lekarza rodzinnego, życzliwego i dalekowzrocznego Williama Cullena, inspiratora postępu naukowego w szkockiej medycynie. Cullen nauczył Williama podstaw medycyny i przekonał do wyjazdu na uniwersytet do Edynburga, gdzie liznął trochę anatomii, a w 1740 roku wysłał go do Londynu, gdzie jego protegowany miał się zapoznać z najnowszym podejściem do odbierania porodów – wszystko po to, żeby mogli wspólnie leczyć w pobliskim Hamilton, gdzie praktykował Cullen. Z kolei najstarszy brat, James, uznał prawo za zbyt nudne i przez krótki czas rozważał wstąpienie do wojska. Amatorsko parał się malarstwem, wraz z Tobiasem Smollettem napisał sztukę (chociaż dramat nigdy nie ujrzał światła dziennego), a po śmierci ojca podążył za Williamem do Londynu, by także zyskać sławę w świecie medycyny.
W tym samym roku śmierć zdążyła zabrać kolejnego członka rodziny Hunterów. Na początku 1741 roku w wieku dwudziestu pięciu lat zmarła siostra Johna, Agnes. Pewnego dnia, wracając do domu konno razem z Jamesem, poskarżyła się na „dojmującą słabość i zimne stopy”. Zabrano ją do pobliskiego domu i wezwano na pomoc zawsze troskliwego Cullena. Lecz nawet uczony lekarz nie mógł wiele zrobić i ukochana „Nanie” zgasła w jego ramionach ku „gwałtownej rozpaczy” Jamesa. Następnego dnia jej ciało przewieziono wozem do domu, w którym czekała reszta rodziny. Smutny kondukt odprowadził ją na miejsce wiecznego spoczynku. Następnego lata doktora Cullena zaniepokoił stan zdrowia Isobel. Na wieść o tym przebywający wówczas w Londynie William napisał do matki: „Jestem bardzo zaniepokojony moją małą, kochaną siostrzyczką Tibbie”. William zalecił, aby podawać jej mleko klaczy, lecz nie zapobiegło to jej śmierci przed końcem miesiąca, w wieku zaledwie siedemnastu lat. W końcu James, najstarsze żyjące dziecko i najjaśniejsza gwiazda na rodzinnym firmamencie, musiał wrócić do domu z Londynu z powodu choroby – przypuszczalnie cierpiał na suchoty. Stan jego zdrowia szybko się pogarszał. Siedemnastoletni John stał bezradnie przy łóżku swojego ukochanego brata, gdy ten pluł krwią i umierał bolesną śmiercią w kwiecie wieku. Jego przedwczesne odejście sprawiło, że głową rodziny został William. Tym bardziej musiał teraz dbać o to, by jego londyńskie przedsięwzięcia przyniosły mu sukces. Tymczasem John wciąż siedział w domu, mając za towarzyszki swoją matkę i dwie siostry, Janet i Dorothy, w opustoszałym domu.
Tak więc sześcioro spośród dziewięciorga rodzeństwa Johna Huntera, a także jego ojciec, trafiło wąską dróżką wiodącą z rodzinnej zagrody na mały cmentarz przy kościele parafialnym w East Kilbride. Chociaż utrata najbliższych musiała pozostawić głębokie ślady w psychice nastolatka, tego rodzaju żniwo śmierci nie było wówczas niczym niezwykłym. Przeciętna długość życia w Anglii w połowie XVIII wieku sięgała zaledwie trzydziestu siedmiu lat, w Szkocji musiała zatem być zbliżona, chociaż za tą liczbą kryje się nieproporcjonalnie wysoki odsetek zgonów dzieci. Przeżycie niemowlęctwa stanowiło największe wyzwanie, osiągnięcie dorosłości bowiem znacznie zwiększało szanse na dożycie sędziwego wieku. W Londynie, gdzie notowano najwyższy odsetek zgonów, prawie połowa dzieci urodzonych w latach 1750–1769 nie dożywała drugich urodzin. W stolicy Anglii przez większą część stulecia liczba pogrzebów znacznie przekraczała liczbę chrztów. Mimo to Londyn wciąż się rozrastał, ponieważ w miejsce zmarłych pojawiało się jeszcze więcej zubożałych rodzin przybywających z terenów wiejskich w poszukiwaniu pracy. Przerażająca bieda, niedożywienie, przeludnienie i koszmarne warunki sanitarne w dzielnicach nędzy sprzyjały szerzeniu się chorób zakaźnych. Na ulicach gniły ciała martwych zwierząt, a otwarte rynsztoki były przepełnione ludzkimi odchodami i szczątkami zwierząt. Na wsi perspektywy zachowania zdrowia były niewiele lepsze – do przedwczesnej śmierci prowadziły słabe zbiory, nieurodzajne lata i epidemie chorób.
Chociaż pustoszące średniowieczne miasta plagi dżumy i trądu odeszły w niepamięć, ludzie musieli stawiać czoło o wiele większej liczbie zagrożeń. Dziecko urodzone w osiemnastowiecznej Anglii musiało mieć naprawdę silny organizm i niemało szczęścia, aby uniknąć licznych chorób zakaźnych – dyfterytu, odry, świnki, szkarlatyny, grypy i suchot (gruźlicy płuc), żeby wymienić tylko kilka z nich – typowych dla pierwszych lat ich życia. A jeśli nawet dziecka nie zmogła choroba, często zapadało ono na zdrowiu wskutek niedożywienia, zaniedbania i błędów w opiece. Rodzice niemający pojęcia o zasadach higieny i właściwego odżywiania tuż po porodzie karmili swoje dzieci papką z dodatkiem cukru i alkoholu z brudnych naczyń, poili słabym piwem lub nierozcieńczonym dżinem, aby nie płakały, i owijali je ciasno kocami, które rzadko zmieniali. Większość dzieci w Anglii nie uczęszczała do szkół lub uczęszczała sporadycznie, toteż gdy tylko dziecko uznano za zdolne do pracy – czyli mniej więcej w wieku pięciu lat – było ono narażone na wypadki i choroby zawodowe. Pierwszą chorobą zawodową, którą zidentyfikował Percivall Pott, późniejszy rywal Johna Huntera, był rak krocza u młodych kominiarzy spowodowany nieustannym kontaktem z sadzą. Na nastolatków czyhały liczne śmiertelne epidemie gorączek, począwszy od duru plamistego, panującego głównie w więzieniach, szpitalach i na statkach, po przerażającego wirusa ospy prawdziwej, który powodował dziesiątą część wszystkich zgonów, zabijając jedną piątą chorych i trwale oszpecając tych, którzy przeżyli. W takich warunkach rodzice zapewne byli przygotowani na śmierć potomstwa już w niemowlęctwie, lecz choroby wieku dziecięcego również zbierały swoje złowrogie żniwo.
Przetrwanie tego nawału przeciwności zapewniało dożywotnią odporność na wiele chorób zakaźnych, lecz dorosłość niosła ze sobą tylko trochę mniejsze ryzyko ze względu na zagrożenie wypadkami i chorobami czającymi się dosłownie wszędzie. Życie większości ludzi często wisiało na włosku. Bez antybiotyków zwalczających bakterie zdarzało się, że na pozór zdrowa osoba dorosła nagle zapadała na gorączkę zakaźną i po kilku dniach umierała. Suchoty i ospa stanowiły nieustanne zagrożenie. U kobiet dochodziło do tego jeszcze wysokie ryzyko związane z porodem. Wiele z nich umierało podczas bolesnych porodów z powodu powikłań, krwotoków i błędów położnych, wiele zapadało na sepsę kilka dni później, zwłaszcza w tak zwanych szpitalach położniczych, z których pierwsze powstały w Anglii w połowie stulecia i stanowiły istną wylęgarnię bakterii. A na dorosłych, którym udało się dożyć wieku średniego, czyhały niezliczone schorzenia – począwszy od podagry przez kamienie dróg moczowych i choroby weneryczne po ból zębów
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.