Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Chłopcy z Ritza. Książę - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 maja 2026
5278 pkt
punktów Virtualo

Chłopcy z Ritza. Książę - ebook

"Chłopcy z Ritza. Książę" to drugi tom historii wychowanków sierocińca, którzy próbowali odnaleźć szczęście, rujnując i okradając innych. ...Kiedy ona okrada złodzieja. William Zamojski, Książę Lodu. Biznesmen. Przestępca. Perfekcjonista. Dla jednych jest autorytetem i niedoścignionym ideałem. Dla innych — największym koszmarem. Człowiek, który kontroluje każdy aspekt swojego życia. Do chwili, gdy poznaje ją. Paris Wilde Chaotyczna. Impulsywna. Nieprzewidywalna. Żyje chwilą, uciekając przed przeszłością. Jedna pochopna decyzja splata ich losy w sposób, którego żadne z nich nie jest w stanie przewidzieć. Bo czasem wystarczy jeden błąd… by zburzyć perfekcyjnie skonstruowany świat. Czy miłość może narodzić się z kradzieży? Czy ktoś tak zimny jak on nauczy się kochać? A może dwoje ludzi, którzy całe życie uciekali — przed światem i przed sobą — nie ma szans na szczęśliwe zakończenie?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788396758996
Rozmiar pliku: 799 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

WILLIAM

Czy może być coś lepszego, a zarazem gorszego od posiadania siostry? Możliwość bycia bratem była dla mnie przywilejem, ale też obciążeniem, bo Rosaline Gold należała do osób wyjątkowych — uparta, wytrwała, a przy tym rozbrajająco urocza. Porównałbym ją do promieni słońca, które rozjaśniały wszystko wokół — cichych, nienachalnych, a jednak obecnych tak długo, aż nie sposób było je zignorować.

Zawsze robiłem wszystko według harmonogramu. Każdy mój krok był zapisany, miał swój czas — posiłki o regularnych porach, praca, trening, kontrolne badania; wszystkie aspekty mojego życia były przypisane konkretnej dacie i godzinie. Nawet w łóżku trzymałem się terminarza. Miałem swój rytm i zupełnie mi on odpowiadał, dawał mi spokój. Moja przyrodnia siostra jednak wyznawała inne zasady. Nie wprowadzała chaosu gwałtownie — raczej cierpliwie, krok po kroku przesuwała granice, które tak skrupulatnie wyznaczyłem. Z pozoru spokojna, łagodna, potrafiła wracać do jednego tematu tak długo, aż w końcu dopinała swego. Coraz częściej łapałem się na tym, że to, co uważałem za nienaruszalne, zaczynało się pod jej wpływem kruszyć. Po tym, jak oddałem jej nerkę, planowałem się od niej odciąć, wrócić do Polski i robić swoje, tak jak miało to miejsce, zanim ją poznałem. Niestety, ona mi na to nie pozwoliła. Mimo początkowych obaw ze mną związanych chciała mnie poznawać, odkrywać i być moją siostrą. Każdego dnia próbowała nadrobić lata, które nam odebrano, a przy tym regularnie wypominała mi, że byłem wobec niej nieszczery i powinienem od razu zdradzić swoją tożsamość, zamiast bawić się w podchody i robić jej w głowie zamęt.

— To dla was w prezencie ślubnym. — Podsunąłem w kierunku siostry teczkę z dokumentami.

Znajdowaliśmy się w tym momencie w gabinecie, w moim domu w Oxfordzie. Miałem w Anglii trzy nieruchomości, ta była największa, zlokalizowana na obrzeżach miasta, w spokojnej dzielnicy.

— Co to takiego? — zapytała Rosaline, spoglądając raz na mnie, raz na stojącego obok niej narzeczonego.

W życiu miałem jeden cel — zemstę. To ona motywowała mnie do podejmowania wszystkich decyzji. To dla niej ukończyłem studia, nawiązałem kontakty, dla niej budziłem się każdego dnia i wstawałem z łóżka. Ale kiedy poznałem przyrodnią siostrę, moim celem przestała być zemsta, stała się nim chęć chronienia osoby, na której mi zależało. Pierwszy raz miałem kogoś, kto był naprawdę dla mnie ważny, i do tej pory nie potrafiłem się pogodzić z tym, że jeden z moich przyjaciół postanowił położyć na tym kimś swoje brudne łapska. Szlag mnie trafiał, gdy widziałem Jakuba obok Rosaline. Wiedziałem, że oddałby za nią życie, ale ona zasługiwała na kogoś lepszego niż złodziej. Nie mogłem jednak podważać jej decyzji. Na to było już za późno. Zostało mi tylko szukanie plusów, a tym zdecydowanie był fakt, że Edmund Gold przez to wszystko osiwiał i niemal postradał zmysły.

— Akt notarialny — wyjaśniłem krótko i oparłem się wygodnie w fotelu.

— Mamy się wyprowadzić? — Kuba spojrzał na mnie, jakby ta decyzja była dla niego zaskoczeniem.

Kiedy Rosaline opuściła szpital, potrzebowała miejsca, w którym mogłaby spokojnie dochodzić do siebie, więc zamieszkali ze mną. Teraz jednak uważałem, że nadszedł czas już ich pożegnać. Mógłbym kupić im coś na końcu świata tak, bym nie musiał słuchać ich ciągłych wyznań miłości czy dźwięku pocałunków, które nieustannie sobie skradali, ale ostatecznie kupiłem dla nich dom oddalony o niecałą milę. W końcu miałem zostać wujkiem i, żeby sprawdzić się w tej roli, musiałem być w pobliżu, lecz nie za blisko. Ceniłem sobie ciszę, a płacz dziecka, tylko by mi przeszkadzał.

— Chcecie stworzyć rodzinę, więc wypada mieć do tego odpowiednie miejsce — odparłem, nie zagłębiając się w szczegóły.

Kuba od teraz miał stać się prawym obywatelem i jego kariera złodziejska dobiegła końca, a ja powątpiewałem w to, że uczciwą pracą zapewniłby godne warunki mojej siostrze i ich dziecku.

— Kupiłeś nam dom? — Rosaline uniosła wysoko brwi.

Skinąłem głową.

— Twój ojciec raczej nie przygarnie zięcia pod swój dach — powiedziałem, mając świadomość, że Gold codziennie próbuje odzyskać zaufanie córki, ale jednocześnie nie potrafi pogodzić się z jej wyborem.

Im bardziej on był przeciwny, tym bardziej ja przełamywałem się, by im kibicować.

— Nasz ojciec — poprawiła mnie Rosie.

— Twój. Dla mnie nigdy nim nie był i nie będzie — odpowiedziałem krótko i stanowczo. Ten temat nie podlegał żadnej dyskusji.

Gold był jedynie dawcą spermy. Zapłodnił moją matkę i się od niej odciął. Nie interesowały mnie jego pobudki ani to, czy wpływ na jego decyzję miały osoby trzecie. Zamknąłem za sobą ten rozdział i nie planowałem do niego wracać.

— Jeżeli nie jest twoim ojcem, to moim tym bardziej. Oczernił w najgorszy sposób mojego ukochanego. Kłamał mi w twarz. Jeśli ty nie chcesz być jego synem, bo cię nie uznał, to ja tym bardziej nie chcę być jego córką, gdyż mam o stokroć więcej powodów — oświadczyła Rosaline, krzyżując przy tym ramiona na biuście.

— Nie planujesz go rozgrzeszyć? — zapytałem, świadomy, że ta sytuacja jej nie służy.

Była po przeszczepie, w ciąży, wciąż miała problemy zdrowotne i nie potrzebowała atrakcji w postaci konfliktu z rodzicami. W jej rodzinie i tak panował bałagan.

— Jeśli ty tego nie zrobisz, to ja też nie — odparła twardo.

— Ledwie co mnie poznałaś, a chcesz uzależniać swoje życie od moich decyzji? — rzekłem, nie popierając jej stanowiska.

— Ty mi je uratowałeś. Wy obaj. — Przeniosła na chwilę wzrok na Jakuba. — Gdyby nie wy, nie byłoby mnie tutaj. Dlatego wasze zdanie jest teraz dla mnie najważniejsze. Nie człowieka, który nie jest szczery nawet sam ze sobą.

Ucieszyło mnie, że chciała się ze mną liczyć, jednak mimo niechęci do Edmunda uważałem, że powinna się z nim pogodzić.

— Jego postępowanie miało na celu cię chronić, a nie od siebie oddalić. Kierował się twoim dobrem, wybierając do tego złe środki — powiedziałem, stając w jego obronie, choć nie było mi to na rękę, bo sam najchętniej utopiłbym go w łyżce wody.

— Nie jestem tego taka pewna. — Spojrzała na swoją dłoń. Widniała na niej wsuwka, owinięta wokół palca wskazującego.

Wiedziałem, że to jej pierścionek zaręczynowy. Kuba obiecał jej prawdziwy, ale taki, na który sam uczciwie zarobi. Miał być godny jej dłoni, nie pierwszy lepszy ze sklepu.

— Uważam, że popełniasz błąd — dodałem, nie planując wpływać na jej decyzję; sama powinna dojść do tego, co jest dla niej najlepsze.

Rosaline była jedyną osobą, na którą nie naciskałem. Dawałem jej wybór, ale też służyłem radą i lepiej wychodziła na tym, gdy się nią kierowała.

— Wobec tego ty popełniasz jeszcze większy błąd. Bo tak nigdy nie poznasz prawdy. — Podeszła bliżej biurka i oparła dłonie na blacie. — Nie dowiesz się, co naprawdę wydarzyło się między twoją matką a naszym ojcem.

— Różyczka ma rację — odezwał się Kuba i położył rękę na jej lędźwiach.

Kiedy ją dotknął, miałem wrażenie, że ktoś razi mnie prądem. Było tak za każdym razem, gdy robił to w mojej obecności.

— Nie interesuje mnie już przeszłość. Odciąłem się od niej — poinformowałem ich dobitnie.

Należało zamknąć temat. Ona nie chciała Golda w swoim życiu, więc nie miałem prawa sugerować, że ma zmienić zdanie, to samo tyczyło się jej — nie mogła na mnie naciskać.

— To nie takie proste. Jesteś synem Edmunda, a co za tym idzie, spadkobiercą — stwierdziła, brzmiąc przy tym tak, jakby sądziła, że chcę cokolwiek dziedziczyć po ludziach, do których nie czułem nic poza pogardą.

— Nie potrzebuję jego pieniędzy — odparłem, wiedząc, że gdybym chciał, to z łatwością odebrałbym Edmundowi wszystko i zostawiłbym go z niczym. — Mam wystarczająco swoich. — Spojrzałem na złoty zegarek z diamentami, subtelny i elegancki symbol statusu.

— One nawet nie są twoje. Może jakiś niewielki procent — stwierdziła ze zmarszczonym nosem. — Przecież wszystko, co masz, pochodzi z kradzieży. Dorobiłeś się na ludzkiej krzywdzie i pomagał ci w tym ojciec mojego dziecka — dodała i spojrzała z wyrzutem na Jakuba.

— Uważam, że na ciebie już pora. Zasiedziałaś się — oświadczyłem, widząc, że ta rozmowa zmierza w złą stronę.

Podsunąłem jej bliżej akt, by go wzięła i już wyszła.

— Jeszcze nawet nie zdążyłam usiąść. — Spojrzała na fotel, a potem ponownie na mnie. — Naprawdę myślisz, że byłeś ojcu obojętny, skoro twoją datę urodzenia wprowadził jako kod do sejfu? — kontynuowała, choć ja wolałbym, żeby już wyszli i zostawili mnie samego.— Niemal codziennie ją wpisywał, a tym samym przypominał sobie o tobie. — Zapewne wiedziała o kodzie od narzeczonego, bo ja jej o niczym nie wspominałem. — Dlaczego to robił? Karał się? — Zadała pytania, na które żadne z nas nie znało odpowiedzi.

— Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Nie chcę grzebać w przeszłości — odparłem, wierząc, że jest to najlepsze rozwiązanie dla nas wszystkich.

Gdybym zaczął rozgrzebywać stare rany, możliwe, że zatłukłbym Golda łomem Antoniego, a wolałem tego uniknąć.

— Och, William — westchnęła Rosaline.

Okrążyła biurko i do mnie podeszła.

Nie wiedziałem, czy planuje mnie uderzyć, czy potrząsnąć mną, by dotarły do mnie jej mało przekonujące argumenty, ale zaraz się dowiedziałem, bo objęła mnie mocno za szyję. Nie byłem przyzwyczajony do tego typu gestów, więc po prostu odchrząknąłem.

— Ja pogrzebię za ciebie — powiedziała lekko i cmoknęła mnie w policzek.

Spojrzałem na nią wzrokiem sugerującym, że ma nie wsadzać nosa w nie swoje sprawy.

Wzruszyła ramionami, nic sobie z tego nie robiąc i po chwili się ode mnie odsunęła.

— A teraz, kochanie, jedziemy zobaczyć nasz nowy dom — zwróciła się do Kuby i zaraz do niego podeszła. Ujęła jego dłoń, po czym chwyciła z biurka teczkę. — Wrócimy jeszcze do tej rozmowy. — Spojrzała na mnie przez ramię i ciepło się uśmiechnęła.

Nie odwzajemniłem jej uśmiechu ani się nie odezwałem. W głowie odliczałem sekundy do momentu, aż zamkną się za nimi drzwi.

PARIS

— Wstawaj Abbi! Znowu się spóźnimy! — krzyknęłam, biegnąc w stronę kuchni. Rozejrzałam się wokół. Na stole niedopita, wczorajsza kawa, w zlewie brudne naczynia. To miejsce wyglądało jak pobojowisko, ale teraz nie miałam czasu na porządki. One mogły poczekać, w tym momencie liczyły się priorytety.

— Abbi!!! — wrzasnęłam i otworzyłam lodówkę, by wyjąć z niej produkty, z których mogłabym przygotować małej śniadanie do szkoły.

Przebiegłam wzrokiem po półkach i załamałam ręce. Lodówka była niemal pusta. Poprzedniego dnia nie zdążyłam zrobić zakupów. Na górnej półce stał tylko słoik dżemu, prawie do połowy pusty, i karton mleka z lekko wgniecionym rogiem. W szufladzie z warzywami leżała jedna marchewka, dwa jabłka i banan. W drzwiach kilka słoików musztardy i ketchup, a między nimi samotne jajko, które wyglądało, jakby czekało na ratunek. Był jeszcze sok. Nic więcej.

— Cholera — zaklęłam pod nosem. — Po drodze będziemy musiały coś kupić — dodałam w myślach i chwyciłam banana oraz kartonik soku. Potem, poirytowana, trzasnęłam drzwiami lodówki.

Odwróciłam się i przed sobą zobaczyłam Abbi. Była już gotowa do szkoły, lekko zaspana, z włosami w nieładzie, lecz w pełni ubrana, z plecakiem na ramieniu i butami na stopach.

— Spałam w ubraniu. Zaoszczędziłam trochę czasu — ogłosiła, po czym wyjęła mi z rąk banana i sok. Następnie bez słowa ruszyła w stronę drzwi.

— Ale chyba nie w butach? — zawołałam do jej pleców.

— Nie, ale dziś to zrobię. Te buty długo się wiąże. — Spojrzała na stopy, a potem chwyciła za klamkę i wyszła na klatkę schodową.

Złapałam ze stołu portfel i kluczyki od auta, by zaraz do niej dołączyć.

— Nie musisz tego robić — powiedziała, gdy zamykałam nasze włości.

Mieszkałyśmy w obskurnej dzielnicy, przynajmniej raz w tygodniu dochodziło tu do włamania. Do tej pory nas pomijano, lecz i tak czułam się, jakbyśmy żyły na tykającej bombie.

— Nie chciałabyś, żeby ktoś grzebał w naszych rzeczach — odparłam, wiedząc, że nie posiadałyśmy żadnych kosztowności, ale myśl, że ktoś obcy przeglądałby naszą prywatność, mnie przerażała.

— Tylko nie w moich lalkach — stwierdziła mała, po czym podała mi rękę i błyskawicznie pokonałyśmy schody.

Potem pobiegłyśmy na parking, gdzie odnalazłyśmy nasze auto. Nie dało się go przeoczyć. Było poobijane z każdej strony i wyglądało bardziej, jakby nadawało się na złomowisko niż do jazdy.

— Wskakuj. — Otworzyłam drzwi z mocniejszym szarpnięciem i szybko zajęłyśmy miejsca.

Abbi odłożyła plecak na tylne siedzenie, po czym zaczęła zapinać pasy. Robiła to nieporadnie, ale wiedziałam, że nie chce, żebym jej pomagała. Wolała być samodzielna.

Przekręciłam kluczyk i nic. Silnik nie wydał żadnego dźwięku.

— Co jest? — rzuciłam pod nosem, a następnie ponownie spróbowałam odpalić samochód.

Dalej nic. Zero reakcji. Uderzyłam głową o zagłówek, bo wiedziałam już, że ten dzień będzie gorszy niż myślałam.

— Wysiadaj. Za dziesięć minut będzie autobus — powiedziałam pospiesznie, a Abbi nic nie skomentowała, tylko skinęła głową.

Chwyciłam jej plecak i zaraz opuściłyśmy wnętrze mojego gruchota. Nie zamykałam go, na niego i tak nikt by się nie skusił.

Do przystanku miałyśmy niecałe sto metrów. Pokonałyśmy więc tę trasę biegiem, omijając kałuże, które były pozostałością po nocnych opadach. Miałam pewność, że zdążymy, ale się pomyliłam. Gdy byłyśmy już niemal u celu, autobus śmignął nam przed nosem. Nie zatrzymał się. Po prostu sobie przejechał. Zdyszane machałyśmy rękami, chcąc zwrócić uwagę kierowcy, lecz nas zignorował.

— Będzie następny — powiedziała Abbi, spoglądając na rozkład jazdy.

Dopiero niedawno nauczyła się czytać, jednak kursy autobusów miała w jednym palcu.

— Dziś chyba zrobisz sobie wolne. Nie dam rady dostarczyć cię do szkoły. Za pół godziny muszę być w pracy, a to przecież na drugim końcu miasta. — Usiadłam na obskurnej ławce, z której odpryskiwały kawałki farby. Przystanek też był zresztą obskurny, śmierdzący, pokryty obrzydliwymi rysunkami i starymi plakatami. — Pojedziemy do dziadka — westchnęłam, chowając twarz w dłoniach.

Nie chciałam zostawiać córki u ojca. Wiedziałam, że kiedy pojawię się w jego domu, nie uniknę umoralniających uwag. Musiałam jednak stawić mu czoła, bo nie miałam gdzie zostawić małej.

— Super. — Ucieszyła się i zajęła miejsce obok mnie.

Podałam jej plecak, a ona wyjęła z niego banana.

Spojrzałam w niebo. Nad naszymi głowami pojawiły się czarne chmury. Po chwili zaczęło padać. Ciężkie krople rozbijały się o chodnik, a my nasłuchując ich w milczeniu, wypatrywałyśmy kolejnego autobusu.

Kiedy wreszcie nadjechał, wsiadłyśmy pospiesznie, by uniknąć zmoknięcia.

Autobus był zatłoczony, wszystkie miejsca zostały zajęte. Musiałyśmy stać. Wewnątrz panował ścisk i nieprzyjemny zapach. Na szczęście podróż trwała zaledwie kilka minut i niebawem wysiadłyśmy na docelowym przystanku. Potem oddałam córce swoją kurtkę i dalszą drogę pokonałyśmy biegiem.

Ojciec musiał wypatrzeć nas przez okno, bo gdy tylko zbliżyłyśmy się do drzwi frontowych, on szybko je otworzył.

— Zostawię małą i lecę do pracy — wydyszałam, podając ojcu plecak.

Abbi machnęła do dziadka i od razu wbiegła do środka. Od progu zaczęła się rozbierać. Zrzucała rzeczy, gdzie popadnie i zaraz podszedł do niej partner mojego ojca, Tom. Wszystko zebrał, a następnie ułożył. Moją kurtkę podniósł, po czym mi oddał. Kiwnęłam mu tylko na powitanie. Nie miałam czasu na rozmowę, a nawet gdybym miała, to wolałam jej uniknąć.

— Dziś znowu nie poszła do szkoły? — zapytał ojciec.

Mogłam skłamać, że ma wolne, ale tylko pokręciłam głową.

— Czy jesteś pewna, że twoja siostra byłaby zadowolona z tego, jak ją wychowujesz? — dodał, gotów na wykład.

Zanim mu odpowiedziałam i doszło do awantury, jego partner położył mu rękę na ramieniu. Dał mu tym samym sygnał, że nie jest to czas ani miejsce na umoralnianie mnie.

— Nie mam pojęcia, co pomyślałaby moja siostra, a twoja ukochana córka, bo jak dobrze wiesz, przeze mnie nie żyje — odparłam, przypominając mu o wydarzeniu, które lepiej, by nigdy nie miało miejsca.

— Zawsze traktowałem was jednakowo — oświadczył, zapewne chcąc zaraz przedstawić swoje argumenty, ale ja ich nie potrzebowałam, bo zdawałam sobie sprawę z tego, że powiedział prawdę.

— Wiem — odparłam krótko, trochę pod nosem, a potem zerknęłam na zegarek. — Muszę już iść. Wpadnę po nią po czwartej.

Odwróciłam się na pięcie.

Ubierałam się w biegu, ponownie udając się na przystanek. Deszcz uderzał mnie w twarz, a wiatr rozdmuchiwał włosy, które plątały się wokół szyi i oczu. Moje życie było chaosem od dawna, ale ostatnio czułam się, jakby ktoś zepchnął mnie prosto w jego centrum, żebym próbowała przetrwać w tej burzy zupełnie sama.ROZDZIAŁ II

WILLIAM

Kolejna nieprzespana noc. Krążyłem po pokoju w tę i z powrotem, jak zwierzę zamknięte w za małej klatce. Zegar nieznośnie wybijał sekundy, a ja liczyłem jego dźwięki, jakby miały mnie utrzymać przy zdrowych zmysłach.

Na szafce leżały leki nasenne, nienaruszone, równo ułożone, kuszące. Nie brałem ich od dnia, w którym dowiedziałem się o chorobie Rosaline. Dla niej odstawiłem wszystko, alkohol, tabletki. Chciałem być idealnym dawcą, czystym, nieskazitelnym, jakbym mógł odkupić wszystkie swoje grzechy jednym wynikiem badań krwi.

Oparłem dłonie o parapet i zacisnąłem powieki. Za oknem miasto spało. Ogród był zalany mrokiem.

— Cholera — zakląłem, głos miałem chrapliwy, obcy.

Dałem za wygraną.

Wziąłem z szafki tabletkę. Przez chwilę obracałem ją między palcami — mała, biała, niewinna, ale ja wiedziałem, że ma moc wyłączenia całego świata. Musiałem ją wziąć, bo prawdopodobnie do rana bym oszalał.

Włożyłem ją do ust i popiłem wodą prosto z butelki.

Usiadłem na łóżku, łokcie oparłem o kolana i czekałem — na ciszę w głowie, na pustkę, na moment, w którym przestanę czuć.

Położyłem się powoli, jakbym kładł się do trumny, nie do łóżka. Wpatrywałem się w sufit, dopóki kontury pokoju nie zaczęły się rozmazywać.

Ostatnią rzeczą, o której pomyślałem, znowu była twarz mojej matki — ta sama, co zawsze, przerażona, z szeroko otwartymi oczami i rozchylonymi ustami, zanim wzięła ostatni oddech.

Ranek

Nigdy nie oglądałem dwa razy tego samego filmu, nie czytałem tej samej książki, ale w łóżku miałem stałe partnerki. Kobiety, z którymi sypiałem, były starannie przeze mnie wyselekcjonowane — wykształcone, z dobrego domu, z aktualnymi badaniami. To ostatnie było dla mnie najważniejsze. Moje kochanki musiały regularnie się badać, a do tego być mi wierne. Byłem zwolennikiem monogamii jednostronnej. Nie tolerowałem zdrady i otwartych związków. Uprawiałem seks dwa razy w tygodniu, w wybrane dni. Był to akt zaplanowany — forma odstresowania się i pozbycia napięcia. Eksperymentowałem w łóżku, jednak czegoś w tym wszystkim brakowało, bo musiałem pobudzać się różnymi środkami na potencję. Nawet najbardziej wyuzdane kochanki nie potrafiły mi dać tego czegoś. Gdy z nimi sypiałem, traktowałem je jak przedmiot, nic nieznaczącą zabawkę, która nie odgrywała w moim życiu żadnej ważnej roli. Wiedziałem, że moje zachowanie było okrutne, ale nie potrafiłem inaczej. Nosiłem w sobie żal i wyładowywałem go, próbując zaspokoić ciało, nigdy jednak nie ulżyłem swojej poranionej duszy.

— Widzimy się w czwartek? — zapytała Klara, zapinając sukienkę.

Szminkę miała rozmazaną aż na policzek, tusz z rzęs spływał jej nawet po dekolcie.

Spotykałem się z nią od niedawna. Poznałem ją na przyjęciu charytatywnym już tutaj, w Anglii, i tak, od słowa do słowa, została moją utrzymanką. Była świadoma, że sypiam nie tylko z nią, że nie jest jedyna, ale rozumiała to i nie próbowała tego zmienić.

— Nie. W czwartek przychodzi Gloria — odparłem chłodno i podciągnąłem spodnie.

— Mam wolną środę. Moglibyśmy gdzieś razem wyjść — zaproponowała, spoglądając na mnie kątem oka.

— Nie — odpowiedziałem krótko.

Nie musiałem nic więcej dodawać, ta odpowiedź jej wystarczyła. Znała mnie na tyle, by wiedzieć, że nie zmienię zdania, choćby mnie prosiła na kolanach. Zdawała sobie sprawę z tego, że może dostać tylko tyle, ile chcę jej dać. Na nic więcej nie mogła liczyć.

Nigdy nie próbowała ze mną polemizować, bo miała zbyt wiele do stracenia. Lubiła życie, które jej zapewniłem. Było wygodne, choć pełne wyrzeczeń. Musiała być do mojej dyspozycji, kiedy tylko tego chciałem i nie miało dla mnie znaczenia, na jakim kontynencie się w danym momencie znajduję. Zarówno ona, jak i inne musiały dostosować się do mojego harmonogramu i zasad.

— Nie pocałujesz mnie. Nie zaprosisz na drinka. A kiedy ja proponuję ci wyjście, odmawiasz — westchnęła, podchodząc do lustra, które zajmowało całą ścianę i przyjrzała się swojemu odbiciu. Wyjęła z torebki kosmetyki, by poprawić rozmazany makijaż.

— Wnuk Adamsa ma pojutrze siódme urodziny. — Usłyszałem głos Antoniego, więc odwróciłem się w stronę drzwi.

Lubomirski stał w progu, oparty o futrynę. Nie zapukał. Po prostu wszedł. Nie zdziwiło mnie to, bo dobre maniery nie były tym, czym moi chłopcy mogli się poszczycić, a już zwłaszcza on.

— Będą zamawiać pizzę — dodał i z niesmakiem spojrzał na kobietę przed lustrem.

Antoni nie przepadał za płcią przeciwną. Nie krył tego. W jego pobliżu nigdy nie widziałem żadnej kobiety, a jeśli jakaś tylko próbowała się przy nim zakręcić, on dobitnie informował ją, że nie ma dla niej przy nim miejsca. Potrafił zrobić to zarówno słownie, jak i fizycznie. Przemoc była dla niego czymś naturalnym. Przy jej użyciu wyrażał swoje emocje, czy żegnał natrętów. I tak też w tym momencie patrzył na Klarę.

— Wyjdź — powiedział do niej i wskazał na drzwi.

Powinienem mu zwrócić uwagę; w końcu była moim gościem, nie jego, ale też wolałem, by sobie poszła, więc to przemilczałem.

— Już wychodzę — odparła, zerkając na niego. Bała się go, jak większość kobiet, które znałem.

Zebrała swoje rzeczy do torby, jeszcze raz przejrzała się w lustrze, a potem do mnie podeszła.

Chciała mnie pocałować, lecz odchyliłem głowę.

— Oczywiście — westchnęła, po czym po prostu wyszła, pozostawiając po sobie zapach perfum, który mnie drażnił. Przy następnym spotkaniu powinienem jej powiedzieć, żeby je zmieniła.

— Załatw dostawcę, który podrzuci podsłuch — zwróciłem się do Antoniego, gdy Klara zamknęła za sobą drzwi.

Podjąłem współpracę z niezwykle majętnym człowiekiem. Doradzałem mu w biznesie, jednocześnie planując pozostawić skazę na jego nieskazitelnym wizerunku. Facet kreował się na autorytet, ale to ja miałem być autorytetem dla innych, nie on. Dobrze się tuszował i ciężko było coś na niego znaleźć. Miał jednak syna, który popełniał błędy. Ojciec latami ukrywał jego wyskoki, a ja planowałem wyciągnąć je na światło dzienne, by na nich zarobić i przy okazji zamieszać.

— Karol niech się tym zajmie. On nic nie robi — stwierdził Antoni.

W duchu musiałem przyznać mu rację. Młody ostatnio więcej myślał o imprezach niż naszych wspólnych sprawach.

— Zrób tak, żeby było dobrze. — Wyminąłem go i również ruszyłem do wyjścia. Musiałem pójść na górę się wykąpać, zmyć z siebie zapach kobiety, z którą spędziłem ostatnie półtorej godziny, bo miałem wrażenie, że wtapia się w moją skórę.

PARIS

Wpadłam do hurtowni spóźniona prawie godzinę. W biegu zamieniłam ubrania na te firmowe, z logo mrożonego łososia i naciągnęłam na głowę czepek. Liczyłam na to, że nikt nie zwrócił uwagi na moją nieobecność, zwłaszcza że dzisiejszy dzień, zgodnie z grafikiem, miałam spędzić na magazynie.

Nienawidziłam mojej nowej pracy, ale jej potrzebowałam. Tłumaczyłam sobie, że to zajęcie tymczasowe, że jeszcze znajdę coś lepszego, i wtedy jak na trampolinie odbiję się od dna. Bo byłam na dnie. Ledwie łączyłam koniec z końcem. Miałam długi. Zasypiałam, licząc pieniądze, budziłam się, licząc pieniądze. Nieustannie obmyślałam, co muszę jeszcze zrobić, by zapewnić sobie i Abbi lepszy los, bez korzystania z pomocy innych.

— Znowu spóźniona — rzuciła cierpko kierowniczka zmiany. Stanęła w wejściu do magazynu i swoim masywnym ciałem zastawiła mi drogę.

Przebiegła wzrokiem po mojej twarzy, a ja szybko myślałam, co mam odpowiedzieć. Wymyślić jakieś kłamstwo? Powiedzieć prawdę?

— Przepraszam. To się więcej nie powtórzy — obiecałam, mając nadzieję, że dotrzymam słowa.

— Wczoraj mówiłaś to samo — zaszydziła i spojrzała na mnie z niesmakiem.

Przemilczałam to. Nie miałam żadnego argumentu na swoją obronę.

— Nie ma tutaj miejsca dla spóźnialskich. Zabieraj się stąd. — Wskazała dłonią na drzwi wyjściowe.

— Co takiego? — Uniosłam wysoko brwi. Sądziłam, że obetnie mi wypłatę, odbierze nadgodziny, o które prosiłam, ale nie przypuszczałam, że mnie zwolni. Nie teraz. Nie dziś. Nie mogła mi tego zrobić. Potrzebowałam tej pracy.

— Zostaw ubranie w szatni i żegnam — dodała ostrzejszym tonem.

Jej napięta postawa i wredny wyraz twarzy sugerowały, że to nie są żarty. Naprawdę mnie zwolniła.

W pierwszym odruchu chciałam zacząć się przed nią płaszczyć, prosić o kolejną szansę, ale byłam pewna, że i tak nic bym nie ugrała. Tacy jak ona mieli w nosie takich jak ja i ich problemy.

— Właściwie, to nawet nie chciałam tu pracować. Mam lepszą ofertę. — Postanowiłam unieść się honorem, wyjść z głową zadartą do góry, a później wypłakać się w poduszkę.

Zdjęłam czepek, w którym wyglądałam tragicznie i odrzuciłam go na paletę z kartonami, które dziś pewnie musiałabym rozpakować. W tym wszystkim chociaż poczułam delikatną ulgę, że nie będę tego robić. Tylko nabawiłabym się odcisków.

— Już współczuję twojemu przyszłemu pracodawcy. — Kierowniczka burknęła pod nosem.

Nie skomentowałam jej słów. Po prostu zaczęłam rozpinać kombinezon. Potem upuściłam go na podłogę, zdjęłam gumkę z włosów i pozwoliłam, by długie pasma rozlały się po plecach. Zarzuciwszy je na jedno ramię, spojrzałam przelotnie na stojącą przede mną kobietę i się odwróciłam.

Byłam w czarnej dupie — bez pensa przy duszy, z pięciolatką na utrzymaniu. Świat walił mi się na głowę, ale w tym momencie kroczyłam w stronę wyjścia, jakby na zewnątrz czekała na mnie nowa świetlana przyszłość i los gotów odsłonić przede mną swe najpiękniejsze karty.

Kiedy stanęłam na chodniku, lało. Niebo było pokryte gęstymi ciemnymi chmurami. Szybko przemokłam do suchej nitki. Włosy przykleiły się do mojej twarzy, ubranie przywarło do skóry. Nawet w butach miałam mokro. Wyglądałam jak chodzące nieszczęście.

Wsunęłam rękę do kieszeni kurtki i wyjęłam portfel. Zajrzałam do środka. Zatrzymałam wzrok na ostatnich dwudziestu funtach. Na wiele nie starczyło, jednak postanowiłam wstąpić do sklepu, pokręcić się trochę, zanim wrócę do domu i dotrze do mnie, że znowu jestem bezrobotna. Musiałam też kupić coś na obiad. Na ten dzisiejszy powinno starczyć, a o jutrzejszy mogłam się martwić kolejnego dnia.

Sklep był niewielki, ale wypełniony towarem pod sam sufit. Za ladą stał młody mężczyzna z ciemną karnacją. Chwyciłam koszyk i zaczęłam rozglądać się za produktami, z których mogłabym przygotować posiłek dla dwuosobowej rodziny, licząc, że jeszcze wystarczy mi na kupienie czegoś na kolację. Przeszłam się między wąskimi alejkami, przejrzałam wszystkie półki i ostatecznie zdecydowałam, że przygotuję spaghetti. Wrzuciłam potrzebne produkty do koszyka, a potem jeszcze dorzuciłam syrop klonowy, z myślą, że zrobię na kolację naleśniki. Usatysfakcjonowana ruszyłam w stronę lady. Wtedy zauważyłam dwóch mężczyzn rozmawiających ze sprzedawcą. Nie pasowali do tego miejsca. Byli ubrani w czarne garnitury — eleganckie, wyprasowane. Ich buty były wypolerowane i nie zdążyły się ubrudzić na deszczu. Kiedy wyjrzałam w stronę okna, zobaczyłam samochód — luksusowy, drogi, taki, na jaki nigdy nie będzie mnie stać.

— Jeszcze ten ostatni raz — powiedział jeden z mężczyzn, gdy stanęłam w kolejce. W sklepie nie było nikogo poza nami.

— Nie dam rady. Jutro wyjeżdżam — odparł młody sprzedawca.

— To może podeślij jakiegoś innego chłopaka. Szef płaci krocie — odezwał się drugi z mężczyzn z tatuażem wilka na szyi, a ja słysząc te ostatnie słowa, poczułam uderzenie adrenaliny do mózgu. W głowie kilkukrotnie powtórzyłam krocie, jakby to był refren piosenki.

— Może kogoś znajdę. Muszę tylko pomyśleć. — Sprzedawca podrapał się po brodzie. Widać było, że gryzie się z myślami.

Nie wiedziałam, czego dotyczy oferta tych facetów, ale dla mnie już teraz brzmiała kusząco i wzięłabym ją w ciemno.

— Tu masz adres — powiedział ten z tatuażem i wyjął z kieszeni niewielką kartkę. Położył ją na ladzie. — Gra jest warta świeczki — dodał, jakby to była życiowa okazja. Taka, która zdarza się tylko raz i nigdy więcej się nie powtórzy. — Niech to będzie ktoś nierzucający się w oczy. Żadnych kobiet.

I czar prysł, bo już byłam gotowa unieść rękę, jak w szkole, i zgłosić swoją kandydaturę. Przyjęłabym tę ofertę, nawet gdyby oczekiwano ode mnie przewiezienia czyichś zwłok. Aż westchnęłam na tę myśl i chyba zrobiłam to zbyt głośno, bo obydwaj mężczyźni jednocześnie się odwrócili i zatrzymali na mnie wzrok. Zmierzyli mnie od stóp do głów i trochę się skrzywili, co oznaczało, że wyglądałam gorzej, niż przypuszczałam.

— Proszę. — Jeden z nich wskazał na ladę i zrobił mi miejsce.

Pewnie pomyślał, że moje westchnienie było oznaką zniecierpliwienia. Mogłam pokusić się o wyjaśnienia, ale chyba nie miałam w sobie tyle odwagi.

Podziękowałam mu po prostu i go wyminęłam.

Zaczęłam wyjmować produkty na ladę.

— Odezwę się do was — powiedział sprzedawca i zaraz nabił makaron na kasę.

— W kontakcie — odpowiedzieli, a potem, już nie obdarzając mnie nawet przelotnym spojrzeniem, wyszli.

Odprowadziłam ich wzrokiem, czując, że razem z nimi odchodzi moja życiowa szansa. Mogłam za nimi pobiec i jednak poprosić, żeby dali mi się wykazać. Potrafiłam być niewidzialna, wielokrotnie przemykałam spóźniona do pracy i nikt mnie nie zauważył. Dziś, co prawda, mi się to nie udało i od razu wyleciałam.

— Coś jeszcze? — zapytał sprzedawca, gdy mężczyźni wsiedli do samochodu i odjechali.

— To wszystko. — Przeniosłam na niego wzrok.

Zerknęłam na kasę, by zobaczyć, ile wyniosły moje zakupy. Miałam nadzieję, że nie przekroczyłam budżetu.

Wiedziałam, że znowu będę musiała prosić ojca o pożyczkę. Nienawidziłam tego. Za każdym razem, gdy chciałam mu pokazać, że jestem niezależna i sobie radzę, musiało stać się coś, co było dowodem na to, że jest zupełnie odwrotnie.

— 19,99 — powiedział sprzedawca. Wyrobiłam się, na styk. Został mi jeden pens.

I co ja niby miałam z nim zrobić? Najchętniej bym się teraz rozpłakała, ale to by mi w niczym nie pomogło. Choćbym wylała morze łez, nie poprawiłabym swojego statusu materialnego. Tu nie było miejsca na płacz, a na działanie. Tylko za bardzo nie wiedziałam, jakie. Kiedy o tym pomyślałam, nagle coś mnie tknęło.

Zatrzymałam wzrok na kartce leżącej na ladzie.

— Jeszcze masło. Obojętnie jakie — rzuciłam, nie spuszczając z niej wzroku.

Chłopak wyszedł zza lady, a następnie podszedł do lodówki z nabiałem. Szybko chwyciłam kartkę i wsunęłam ją w kieszeń.

— Jednak nie chcę masła — powiedziałam do jego pleców. — Do widzenia. — Wzięłam torbę z zakupami i czując, jak ciśnienie uderza mi do głowy, pospiesznie wyszłam ze sklepu.ROZDZIAŁ IV

WILLIAM

Siedziałem na kanapie w towarzystwie Antoniego i zerkałem w stronę okna. Karol mył samochód. Na głowie miał słuchawki. Przecierał dach i wykonywał przy tym kroki taneczne, a ja co jakiś czas przewracałem oczami.

— Opatrzność Boża nad tobą czuwa — stwierdził Antoni z ulgą na twarzy.

Dobrze wiedziałem, o co mu chodzi. Ucieszył się, że ruda równie szybko zniknęła, jak się pojawiła. Nie chciał jej tutaj i wcale się z tym nie krył. Ta kobieta była chodzącą porażką. Wczoraj widząc jej determinację, byłem skłonny dać jej szansę, lecz dziś, kiedy pojawiła się znowu spóźniona, uwalona w błocie, byłbym idiotą, gdybym ją zatrudnił.

— Nie wiem, czym sobie na to czuwanie zasłużyłem, ale chyba masz rację. — Podniosłem się z kanapy. Była jedenasta, czyli pora posiłku. Należało udać się do jadalni. Tam powinno czekać na mnie drugie śniadanie. — Zjesz ze mną? — zapytałem Antoniego, a on skinął głową.

Też się podniósł i zaraz razem wyszliśmy na korytarz.

Przy drzwiach stał Newton. Zawzięcie klikał w telefon. Prawdopodobnie grał w grę. Był od nich uzależniony. Potrafił wydać na nie majątek. Miał nawet te, które jeszcze nie wyszły. Zupełnie nie rozumiałem, jak ktoś o tak wielkim umyśle jak on może marnować czas w tak bezsensowny sposób.

— Idziesz na śniadanie? — zwróciłem się do niego.

Oderwał na chwilę wzrok od ekranu, popatrzył na nas, a potem wsunął telefon do kieszeni.

— Tak — odparł, ale zanim do nas podszedł, z drewnianej konsoli ustawionej przy wejściu wziął puszkę coli. Stała między figurką Apollo a Posejdona.

— Jeszcze rano w tym miejscu był wazon — powiedziałem, zauważając zniknięcie porcelanowego eksponatu.

Był szesnastowieczny, wart około czterdziestu tysięcy funtów. Kuba zawinął go z Luwru.

— Gdzie on jest? — zapytałem Newtona.

Spojrzał na mnie, jakby nie wiedział, o co mi chodzi, a potem wzruszył ramionami.

— Może, któraś ze sprzątaczek go przestawiła. Idź, zapytaj — poleciłem.

Bez mojej zgody nic w tym domu nie miało prawa zmienić swojej lokalizacji, ale jedna z dziewczyn mogła wziąć go do czyszczenia i zapomniała odstawić na miejsce.

— Idę — westchnął Newton i od razu ruszył do kuchni, w której teraz powinna przebywać pomoc domowa.

Personel, który zatrudniałem, miał być niewidzialny i dyskretny. Nie wolno mu było kręcić się po domu, kiedy przebywali w nim chłopcy. Nie chciałem, by podsłuchano jakąś rozmowę. Byłem nieufny.

— Będziemy w jadalni — poinformowałem Newtona i po tych słowach wraz z Antonim udaliśmy się na śniadanie.

Przywitał nas zapach świeżo wypieczonego chleba i aromat kawy unoszący się w powietrzu. Stół był suto zastawiony zdrową żywnością; wszystko z upraw ekologicznych, wyselekcjonowane, wysokiej jakości.

— Nie ma nic normalnego? — zapytał Antoni i zajął miejsce na jednym z krzeseł. Rozejrzał się. — Ja pierdolę, nawet kiełbasy nie ma.

Nie skomentowałem tego. Jego maniery pozostawiały wiele do życzenia, ale już chyba do tego przywykłem.

— Nie czyściły go — powiedział Newton, który właśnie do nas dołączył.

Usiadł obok Antoniego i nalał sobie kawy. Po chwili wdali się w dyskusję na temat samochodu, który jeden z nich ukradł i sprzedał na części. Wolałem o tym nie wiedzieć, lecz tego nie skomentowałem. Wyjąłem telefon, by przejrzeć monitoring. Zniknięcie wazonu za kilkadziesiąt tysięcy nie było błahostką i jeśli któraś ze sprzątaczek go uszkodziła, musiała ponieść tego konsekwencje.

Włączyłem nagranie i zacząłem powoli przewijać. Oglądałem kadry z mojego domu, niechętnie przysłuchując się rozmowie chłopaków. Zaskoczyło mnie, ile wulgaryzmów są w stanie umieścić w jednym zdaniu.

— Chyba śnię — powiedziałem nagle.

Spojrzeli na mnie jednocześnie, a ja miałem ochotę złapać się za głowę, bo na nagraniu zobaczyłem rudą wiewiórę wkładającą wazon do plecaka.

— Ukradła go — powiedziałem, poluźniając wiązanie krawata.

Pokazałem chłopakom film, nie dowierzając, że jakaś amatorka okradła mnie, kiedy przebywałem z nią pod tym samym dachem.

— Nie ma to jak okraść złodzieja — zaśmiał się Newton, a potem odebrał ode mnie telefon i dokładniej przyjrzał się kobiecie, która w tym momencie powinna zacząć kopać dla siebie grób. — Przecież to ta, co miała podłożyć podsłuch i zarąbała mi bluzę. — Spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami.

— Zdobądź jej adres. Złożymy jej wizytę — zwróciłem się do Antoniego.

Zdecydowanie nie wiedziała, z kim zadarła i trzeba jej było to uzmysłowić.

— Jak mam ją niby namierzyć, jeśli wiem tylko tyle, że ma na imię Ernest? — zapytał z kpiną.

Nic o niej nie wiedzieliśmy, poza tym, że była kłamczuchą i złodziejką. Wątpiłem w to, by Karol miał o niej jakieś informacje.

— Podobno podsłuchała rozmowę w sklepie Ahmeda. Może on ją zna — zasugerowałem i wstałem od stołu. Odechciało mi się jeść. — Skoro tam była, może mieszka w pobliżu. Popytaj ludzi.

Trzy godziny później

Minęło dokładnie sto osiemdziesiąt minut i przez ten czas moje myśli krążyły wokół jednej osoby — tej, która przywłaszczyła sobie moją własność i po raz kolejny zrobiła ze mnie idiotę. Wiedziałem, że ją znajdę. Nie mogłem jej tego darować. Byłem gotów wyciągnąć ją choćby spod ziemi.

— Mam namiar na wiewióra — powiedział Antoni, wyrywając mnie z zamyślenia. Podszedł do biurka i położył przede mną kartkę. — Ahmed jej nie znał, ale w sklepie spotkałem kobietę, która z nią pracowała w hurtowni mrożonek. Podobno wyleciała za spóźnianie.

— To ostatnie akurat mnie nie dziwi — westchnąłem, po czym chwyciłem kartkę i od razu się podniosłem. — Jedziemy do niej.

Nie chciałem tracić czasu. Wolałem od razu stawić jej czoła i uświadomić ją, jak wielki błąd popełniła, zadzierając ze mną.

Pół godziny później

Wszedłem do obskurnej kamienicy. Ściany były obdrapane, schody rozpadające się. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Mieszkanie Paris Wilde znajdowało się na pierwszym piętrze. Zanim do niego dotarłem, kilkukrotnie miałem odruch wymiotny.

Nie pukałem. Nie było takiej potrzeby. Wszedłem jak do siebie, tylko że zamiast klucza użyłem śrubokręta. Otworzyłem drzwi cichym pchnięciem. Potem postawiłem krok na wykładzinie, która wygłuszyła moją obecność. Rozejrzałem się i usłyszałem odgłosy dobiegające z głębi mieszkania. Ruszyłem w ich stronę, mijając kolejne pomieszczenia — ciasne, skromnie umeblowane, ale z całą masą zabawek.

Dotarłem do kuchni; na krześle wisiała czarna sukienka umazana w błocie, a przy blacie stała jej właścicielka ubrana w samą bieliznę. Odwrócona do mnie tyłem zalewała kawę. Jej włosy były rozpuszczone, sięgały jej niemal do pośladków, które podrygiwały przy każdym ruchu.

— Zrób i dla mnie — odezwałem się i kobiecie momentalnie czajnik wypadł z rąk. Odskoczyła, bo wrzątek prysnął jej na gołe nogi. — Teraz to już chyba żadne z nas się nie napije — dodałem, patrząc, jak woda płynie wąskim strumieniem po podłodze, między jej bosymi stopami.

Jak w zwolnionym tempie odwróciła się w moją stronę.

PARIS

— Co ty tutaj robisz? — zapytałam Zamojskiego i chwyciłam z blatu ścierkę, którą zaraz się zasłoniłam. Niestety była zbyt mała, więc żeby nie świecić golizną, przysłoniłam się jeszcze patelnią. — Odwróć się — rozkazałam mu. Nie chciałam, żeby na mnie patrzył.

— Po co? I tak już wszystko widziałem — odparł spokojnie, kiedy ja byłam spanikowana.

— Jak tu wszedłeś? — zapytałam, wiedząc, że zamknęłam drzwi, jak tylko wróciłam do mieszkania.

— Czy to ważne? Chyba istotniejsze jest to, po co się tu pojawiłem. — Przebiegł wzrokiem po moich nogach i zatrzymał się gdzieś na biodrach.

Poprawiłam ścierkę, by je bardziej przysłonić i zastanawiałam się, jak mnie namierzył. Nie podawałam mu przecież swojego adresu. Nic mu o sobie nie powiedziałam.

— Czego chcesz? — zapytałam, modląc się w duchu, by celem jego wizyty było przeproszenie mnie za poranny brak empatii z jego strony, a nie odzyskanie wazonu, którego nie miałam.

Podobno był wart kilkanaście tysięcy; na tyle wycenił go facet, który prowadził lombard. Niestety nie chciał go już ode mnie kupić, nawet jakbym go posklejała, więc wylądował w kontenerze.

— Dobrze wiesz, czego chcę... Paris. — Moje imię wypowiedział z jakąś dziwną iskrą w oku.

Zrobił krok w moją stronę, a ja wolałam, żeby się do mnie nie zbliżał.

— Zmieniłeś zdanie i jednak chcesz mnie zatrudnić? — zaśmiałam się, jakbym powiedziała jakiś dobry żart, ale czułam, że mam przerąbane.

— Przyszedłem po moją zgubę — wyjaśnił i zrobił kolejny krok.

Zaczęła mnie ogarniać jeszcze większa panika.

— Nie podchodź, bo się poślizgniesz — powiedziałam pospiesznie i wskazałam na rozlaną wodę.

Nie zatrzymał się, ale też nie podszedł do mnie. Podniósł czajnik z podłogi, a potem odstawił go na blat.

— A więc? Gdzie jest wazon? — zapytał, stojąc ode mnie w odległości trzech kroków.

Mogłam skłamać, że nie wiem, o co chodzi, ale skoro się tu pojawił i pokusił się o zdobycie mojego adresu, musiał mieć dowody przeciwko mnie.

— Zaraz ci go oddam. Zabrałam ten wazon, bo mnie wkurzyłeś. Jutro miałam go odesłać — skłamałam, wiedząc, że nie planowałam go oddać ani jutro, ani nigdy. — Poczekaj chwilę, to po niego pójdę.

Zamojski stał zbyt blisko. Jeśli teraz próbowałabym uciekać, z pewnością by mnie złapał. Musiałam zatem zamydlić mu oczy, a potem dostać się do pokoju małej i uciec przez okno. Pod jej oknem rósł trawnik, gdybym na niego zeskoczyła, może nic by mi się nie stało. W końcu to tylko pierwsze piętro.

— Usiądź, proszę. — Wskazałam na krzesło.

Spojrzał na mnie nieufnie, po czym podszedł do stołu.

— Poczekam — odparł, jednak zanim zajął miejsce, wyjął z kieszeni marynarki poszetkę i je przetarł.

Gdybym się go nie bała, to za ten ruch dostałby ode mnie patelnią w głowę. Krzesło było czyste. Mieszkałam w obskurnej kamienicy, lecz w domu miałam porządek. Czasem zdarzało mi się nie pozmywać, moje ubrania i kosmetyki nie zawsze były na swoim miejscu, ale regularnie odkurzałam i sprzątałam. Może tylko okna myłam od święta… albo i rzadziej.

— No ruszaj — ponaglił mnie.

— Idę. Ale się odwróć. — Nie chciałam, żeby patrzył mi na tyłek, choć miałam pewność, że już się mu przyjrzał z każdej strony.

— Wierz mi, że widziałem lepsze. — Mogłabym mu coś odpowiedzieć, aczkolwiek wolałam nie wdawać się w zbędną dyskusję. Należało stąd uciec przed powrotem Abbi, dlatego bez słowa ruszyłam do jej pokoju.

Szłam, zasłaniając pośladki patelnią, a gdy dotarłam do celu, zamknęłam drzwi na klucz. Potem pospiesznie zajrzałam do szafy. Nie mogłam wyjść na zewnątrz w bieliźnie, więc zaczęłam szukać czegoś, w co się wcisnę. Padło na szlafrok. Włożyłam go, choć był dla mnie za krótki. Wszystko inne było jeszcze mniejsze. Podeszłam do okna, otworzyłam je po cichu, tak, by mężczyzna siedzący w kuchni, nie zorientował się, że się wymykam. Już raz uciekałam przez okno, wtedy mój upadek nie zakończył się dla mnie dobrze, lecz ochronił mnie przed czymś znacznie gorszym. Teraz byłam pewna, że wyjdę z tego bez szwanku. Ale gdy tylko postawiłam stopę na parapecie, zobaczyłam dwóch facetów w czarnych garniturach. Poznałam ich. To byli ludzie Zamojskiego. Jednocześnie unieśli głowy w górę i spojrzeli w moją stronę.

— Paris, bo wypadniesz — zawołał jeden z nich.

— Tylko stopy chciałam przewietrzyć. — Uśmiechnęłam się przez zaciśnięte zęby, a potem zeszłam z parapetu i zamknęłam okno. Mój plan ucieczki się nie powiódł.

Stałam przez chwilę w bezruchu, zastanawiając się, co mam zrobić. Abbi zaraz miała wrócić ze szkoły, a w kuchni siedział obcy facet, który nie wiedziałam, jak zareaguje na to, że nie mam tego, po co przyszedł.

— Pospiesz się. Nie zmarnuję dla ciebie całego dnia. — Usłyszałam zniecierpliwiony głos Zamojskiego.

Nie odpowiedziałam. Jeszcze chwilę gryzłam się z myślami, ale ostatecznie postanowiłam wyjść do niego i wyznać prawdę. Zmotywowały mnie do tego artykuły, które przeczytałam o jego hojności i dobrym sercu. Pamiętałam każde słowo w nich zapisane i byłam gotowa mu je przytoczyć, licząc, że spojrzy na mnie łaskawiej.

— Musimy porozmawiać — powiedziałam niepewnie, po tym, jak otworzyłam drzwi. Na wszelki wypadek wzięłam ze sobą patelnię.

Mężczyzna przymrużył oczy, a ja powoli stawiałam kroki w jego stronę, zastanawiając się, jak przekazać mu niezbyt dobre wieści.

— Stłukłam twój wazon, ale oddam ci za niego — wyrzuciłam z siebie, woląc nie kręcić.

— Co zrobiłaś? — dopytał, jakby nie dosłyszał.

Usiadłam w bezpiecznej odległości.

— Stłukłam. Niespecjalnie — wyjaśniłam, obserwując mimikę jego twarzy.

— Czy wiesz, ile on był wart? — zapytał i uderzył otwartą dłonią w blat stołu.

Aż uszy mi się przytkały. Przestraszyłam się go i zacisnęłam mocniej pięść na rączce od patelni.

— Jak chcesz mi za niego oddać? — Rozejrzał się po kuchni z niesmakiem.

W tym momencie powinnam rzucić w niego tą patelnią, zamroczyć go i zadzwonić na policję, informując, że mnie naszedł. Byłam jednak pewna, że puściliby go wolno, a on zgłosiłby kradzież.

— Mogę go u ciebie odpracować — zaproponowałam, czując, że jednak nie chcę u niego pracować, i jak tylko wyjdzie, zacznę pakować walizki.

Nie miałam z czego mu oddać, a praca u niego w tym momencie jawiła mi się jako koszmar. Byłam więc gotowa się wyprowadzić, gdzieś, gdzie by mnie nie znalazł i nie miał szansy wyegzekwować ode mnie pieniędzy. I tak musiałam się stąd niedługo wynieść. Miałam dług u zarządcy budynku i prędzej czy później by mnie wyrzucił.

— Mam zatrudnić złodziejkę? — zapytał Zamojski, patrząc na mnie jak na kryminalistkę, kogoś poza marginesem.

Ubodło mnie to. Chyba dopiero teraz do mnie dotarło, co tak właściwie zrobiłam i poczułam wstyd. Moje zachowanie było poniżej krytyki i nic go nie tłumaczyło. Ja naprawdę okradłam tego mężczyznę, a teraz, zamiast przeprosić i okazać należytą skruchę, liczyłam, że ucieknę i ujdzie mi to płazem. W tym momencie powinnam spróbować go udobruchać, a nie kombinować, przecież naprawdę mógł z tym iść na policję.

— Ile lat ma twoja córka? — zapytał, gdy walczyłam z myślami.

— Pięć. — Byłam pewna, że już dokładnie się rozejrzał, więc nie było sensu kłamać, że jednak jej nie mam. — Teraz jest w szkole.

— Co powiedziałby jej ojciec na to, że jesteś tu na wpół naga i będziesz odpracowywała wazon? — Zatrzymał wzrok na moich ustach, a potem przeniósł go na dekolt.

— Chyba nie sugerujesz, że się z tobą prześpię? — Przysłoniłam się patelnią. — Nigdy w życiu bym czegoś takiego nie zrobiła. — Chciałam, by zrozumiał, że za nic nie poszłabym na układ, w którym miałabym spłacać dług ciałem. — Mój mąż by cię zabił, gdybyś tylko mnie dotknął — dodałam, by go trochę nastraszyć.

Nie bardzo przejął się moimi słowami, bo tylko uniósł z kpiną kącik ust.

— Chyba się starzeję, bo dam ci ostatnią szansę — westchnął, a potem się podniósł. — Jutro punkt dziewiąta. U mnie. Jeżeli się spóźnisz lub w ogóle nie pojawisz, moi chłopcy przyjdą tu i odbiorą zapłatę. — Te słowa nie brzmiały jak żart, lecz groźba. — Ani ty, ani twój mąż, nie będziecie mieli zbyt wiele do powiedzenia co do formy, w jakiej to zrobią.

Patrzyłam na niego i nie rozumiałam, dlaczego to powiedział. Przecież komuś takiemu jak on, takie słowa nie powinny przejść przez gardło. Były okropne, brudne i aż nazbyt kontrastowały z białymi mankietami jego koszuli.

Podszedł do mnie, a ja wstrzymałam oddech. Poczułam się niepewnie.

— To twój naturalny kolor? — zapytał i wyciągnął rękę w stronę mojej głowy.

Ujął kosmyk włosów.

— Nie. To efekt nieudanej koloryzacji — odparłam drżącym głosem.

— Czy jest coś, co ci się w życiu udało, Paris? — Przez chwilę patrzył na mnie z politowaniem, a potem się odsunął.

Odwrócił się i zaraz ruszył w stronę wyjścia.

Gdy wyszedł, zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście jest w stanie mi coś zrobić, czy po prostu znowu chciał mnie nastraszyć. Wolałam chyba tego nie sprawdzać i nie testować jego cierpliwości. Miałam zbyt wiele do stracenia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij