Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Chłopiec na zawsze. Poruszająca opowieść o macierzyństwie, autyzmie i drodze do radości - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 sierpnia 2026
3599 pkt
punktów Virtualo

Chłopiec na zawsze. Poruszająca opowieść o macierzyństwie, autyzmie i drodze do radości - ebook

Niezwykle szczere i emocjonalne, napisane z empatią wspomnienia ukazują siłę matczynej miłości, a jednocześnie niosą ukojenie i nadzieję innym rodzicom dzieci w spektrum autyzmu.

Gdy jej syn, Cooper, otrzymał diagnozę głębokiego, niewerbalnego autyzmu, świat Kate Swenson nagle się zatrzymał. Od dzieciństwa snuła plany idealnego życia rodzinnego. Nie spodziewała się, że zostanie matką dziecka z niepełnosprawnością.

Na początku musiała zmierzyć się z żalem po niespełnionych marzeniach. Później pojawiły się frustracja i wyczerpanie wynikające z konieczności walki o funkcjonowanie syna w niesprzyjającym, pełnym trudności świecie. Dzięki swojej ciężkiej pracy, wytrwałości i rozwojowi osobistemu zrozumiała jednak, że to nie Cooper powinien się zmienić. To ona musiała zmienić swoje nastawienie. I właśnie ta transformacja ostatecznie doprowadziła Kate do pełnej akceptacji, a co z tym idzie, do radości z życia.

I właśnie ta transformacja ostatecznie doprowadziła Kate do pełnej akceptacji, a co z tym idzie, do radości z życia.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-827-6
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Od naj­młod­szych lat marzy­łam o byciu matką. Nie­które małe dziew­czynki pra­gną zostać balet­ni­cami albo marzą o karie­rze poli­tycz­nej, a ja po pro­stu chcia­łam mieć rodzinę. Fan­ta­zjo­wa­łam o tym aż do okresu nasto­let­niego i cią­gle bawi­łam się w dom lal­kami boba­sami czy Bar­bie. Kiedy wraz z narze­czo­nym prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do swo­jego pierw­szego domu, mama pod­rzu­ciła mi mnó­stwo pudeł z moimi rze­czami z dzie­ciń­stwa. Wyglą­dało na to, że zacho­wała pra­wie wszyst­kie pamiątki. W pierw­szym pudle zna­la­złam swoje zabawne zdję­cia. Jestem w oku­la­rach z gru­bymi szkłami i mam fry­zurę „na gar­nek”. Mama porów­ny­wała mnie do Doro­thy Hamill, ame­ry­kań­skiej zło­tej meda­listki w łyż­wiar­stwie figu­ro­wym, i powta­rzała, że wyglą­dam ślicz­nie… choć nie wyglą­da­łam. Były tam też wybla­kłe wstęgi za zaję­cie dru­giego i trze­ciego miej­sca w zawo­dach lek­ko­atle­tycz­nych w szkole pod­sta­wo­wej, liściki do przy­ja­ciół i nie­zli­czone pamięt­niki z małymi klu­czy­kami, zawie­ra­jące sekrety mojego życia.

_Brody i ja zamie­rzamy się pobrać, mieć pię­cioro dzieci, psy i konie. Zamiesz­kamy w dużym, pięk­nym domu. Będziemy mieli trzy córki i dwóch synów. Zostanę wete­ry­na­rzem. On będzie grał zawo­dowo w koszy­kówkę i będziemy w sobie na zawsze zako­chani. Nasze życie będzie ide­alne._

Mia­łam sie­dem lat i wszystko szcze­gó­łowo zapla­no­wane, lecz ani razu nie przy­szło mi do głowy, że jedno z moich dzieci będzie miało zabu­rze­nie, które unie­moż­liwi mu komu­ni­ko­wa­nie nawet naj­prost­szych potrzeb. Albo że jego ciało będzie się roz­wi­jało, ale on nie będzie rozu­miał, czym jest bez­pie­czeń­stwo i nie­za­leż­ność. Nikt prze­cież nie zakłada, że coś takiego przy­da­rzy się jego dziecku. Co by było, gdyby…? – myśli te drę­czyły mnie przez lata po otrzy­ma­niu dia­gnozy. Co by było, gdy­bym wie­działa wcze­śniej? Co by było, gdyby ktoś, kto ma szklaną kulę, wyja­wił mi tajem­nicę mojej przy­szłości, gdy byłam jesz­cze w ciąży? „Rze­czy­wi­stość twoja i two­jego dziecka będzie zupeł­nie inna niż więk­szo­ści ludzi. Dla cie­bie syn będzie po pro­stu Coope­rem, ale dla świata będzie osobą z nie­peł­no­spraw­no­ścią. Na początku będzie ciężko. Doświad­czysz cier­pie­nia, wielu trud­no­ści i smutku, ale w końcu wszystko to prze­zwy­cię­żysz i dostrze­żesz nie­wia­ry­godną radość, jaką Cooper wnosi do two­jego świata. Zro­zu­miesz, że tak naprawdę to ty jesteś szczę­ściarą. Ale cóż, począ­tek pra­wie cię zła­mie”.

Czy gdyby mnie ostrze­żono przed tym, że w moim życiu pojawi się autyzm i jak bar­dzo na nie wpły­nie, to czy ucie­kła­bym z pła­czem? Czy może roze­śmia­ła­bym się gło­śno? Ni­gdy się tego nie dowiem. Z pew­no­ścią zupeł­nie nie byłam przy­go­to­wana na to, jak stres i zmar­twie­nia przy­ćmią na wiele lat znaczną część mojego życia. I wąt­pię, że cokol­wiek mogłoby mnie na to przy­go­to­wać. Po pro­stu musia­łam tego doświad­czyć. Po prze­czy­ta­niu pierw­szych roz­dzia­łów tej książki można mieć wra­że­nie, że to smutna histo­ria. Pro­szę, czy­taj dalej, a prze­ko­nasz się, że jest odwrot­nie. Możesz też pomy­śleć, że to opo­wieść o chłopcu w spek­trum. Tak, Cooper jest z pew­no­ścią posta­cią pierw­szo­pla­nową, ale to rów­nież histo­ria o mnie – o matce, która cią­gle uczy się podą­żać nie­prze­wi­dy­walną ścieżką życia z auty­zmem. To histo­ria o błę­dach i zwy­cię­stwach – zwe­ry­fi­ko­wa­nych marze­niach i umie­ra­ją­cej nadziei. Histo­ria mał­żeń­skiego kom­pro­misu, rywa­li­za­cji mię­dzy rodzeń­stwem i zmie­nia­ją­cej się per­spek­tywy w dia­logu ze świa­tem – nie­stru­dze­nie poszu­kuję nowych spo­so­bów, by głos mojego nie­wer­bal­nego syna został usły­szany. Osta­tecz­nie cho­dzi prze­cież o odkry­cie, kim dokład­nie mam być.

A wszystko to zawdzię­czam mojemu synowi.JEDEN

Pozna­łam Jamiego zaraz po ukoń­cze­niu stu­diów, pod­czas stażu w dużym banku. Nie marzyła mi się praca w ban­ko­wo­ści – wręcz prze­ciw­nie – ale chcia­łam zara­biać przy­zwo­ite pie­nią­dze i na począ­tek gdzieś się zatrud­nić. Spę­dza­nie czasu w towa­rzy­stwie pro­fe­sjo­na­li­stów wyda­wało się kolej­nym roz­sąd­nym kro­kiem w stronę doro­sło­ści. Wła­śnie koń­czy­łam poprzedni zwią­zek i tak naprawdę nie szu­ka­łam nowego. Odkąd pamię­tam, zawsze mia­łam jakie­goś chło­paka, więc po raz pierw­szy w życiu mogłam robić to, co chcia­łam i kiedy chcia­łam. Spę­dzi­łam lato, pra­cu­jąc na dwóch eta­tach i dobrze bawiąc się z przy­ja­ciółmi. Wtedy pozna­łam Jamiego. Był pięć lat ode mnie star­szy i jak dla mnie wyda­wał się zde­cy­do­wa­nie zbyt poważny. Pra­co­wał nad awan­sem z urzęd­nika ban­ko­wego na kie­row­nika oddziału i nie miał dla mnie czasu. Wiele lat póź­niej przy­znał mi się, że nazy­wał mnie wtedy „fal­ba­nia­stą sta­żystką w mini­spód­niczce” i doniósł na mnie naszemu sze­fowi dla­tego, że strasz­nie prze­cią­ga­łam prze­rwy na lunch. Byli­śmy na róż­nych eta­pach życia, przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało. Ale w poło­wie lata spo­tka­li­śmy się na tur­nieju soft­bal­lo­wym. Oka­zało się, że reszta naszych współ­pra­cow­ni­ków w ostat­niej chwili odwo­łała spo­tka­nie. Posta­no­wi­li­śmy jak naj­le­piej spę­dzić ten czas i zamó­wi­li­śmy dzba­nek piwa na baro­wym patio.

Mówił o swo­ich pla­nach na przy­szłość. Marzył o małym domku i łodzi rybac­kiej oraz o bli­skich rela­cjach z rodziną. Kiedy po chwili wstał, żeby zagrać dla swo­jej dru­żyny soft­bal­lo­wej, stra­ci­łam dla niego głowę i prze­pa­dłam z kre­te­sem. Nie wiem, czy była to kwe­stia bia­łych obci­słych spodni bejs­bo­lo­wych, czy
tego, że Jamie był naprawdę doro­słym męż­czy­zną, innym niż wszy­scy, z któ­rymi się wcze­śniej spo­ty­ka­łam. Być może zadzia­łało połą­cze­nie obu tych czyn­ni­ków. Kolejną noc spę­dzi­łam na marze­niach o przy­szło­ści z Jamiem. Rok póź­niej, w piękną jesienną noc, Jamie uklęk­nął na kolano i mi się oświad­czył. Powie­dzia­łam „tak”, zanim zdą­żył dokoń­czyć pyta­nie, czy za niego wyjdę. Kolejny rok minął jak z bicza strze­lił. Kupi­li­śmy dom z dwiema sypial­niami w Two Har­bors w Min­ne­so­cie, małym mia­steczku nad Jezio­rem Gór­nym, gdzie śred­nia tem­pe­ra­tura latem oscy­lo­wała wokół 15°C. Żadne z nas nikogo tam nie znało, ale Jamie awan­so­wał na sta­no­wi­sko kie­row­nika dwóch małych ban­ków na North Shore, więc posta­no­wi­li­śmy stwo­rzyć sobie tam dom. Poże­gna­łam się z karierą w ban­ko­wo­ści, kiedy się prze­ko­na­łam, jak wyma­ga­jąca jest praca w sprze­daży bez­po­śred­niej, i obję­łam sta­no­wi­sko koor­dy­na­tora do spraw mar­ke­tingu w domu opieki. Spę­dza­li­śmy czas, pro­wa­dząc zwy­czajne życie. Dopiero zaczy­na­li­śmy nasze kariery, żadne z nas tak naprawdę dużo nie zara­biało, ale wcho­dzi­li­śmy w praw­dziwe życie i nie mie­li­śmy żad­nego doświad­cze­nia. Kupi­li­śmy starą łódź rybacką, o któ­rej Jamie opo­wia­dał mi na naszej pierw­szej randce, i spę­dza­li­śmy więk­szość czasu na świe­żym powie­trzu, remon­tu­jąc nasz stary dom, i oczy­wi­ście pla­no­wa­li­śmy ślub. Z tam­tego okresu bar­dzo wyraź­nie pamię­tam, jak uczest­ni­czy­li­śmy w week­en­do­wym porad­nic­twie przed­mał­żeń­skim w kościele, który sobie wybra­li­śmy. Zaję­cia kon­cen­tro­wały się wokół pro­ble­mów, z któ­rymi para może się spo­tkać w trak­cie mał­żeń­stwa. Zaję­cia pro­wa­dzili dwaj pasto­rzy: mąż i żona. Pre­lek­cje te wyda­wały nam się zupeł­nie nie­po­trzebne – byli­śmy prze­cież w sobie sza­leń­czo zako­chani. Nasz zwią­zek miał prze­trwać wszyst­kie zawie­ru­chy i na pewno nie potrze­bo­wa­li­śmy pomocy tera­peuty. Sie­dzie­li­śmy przy stole, zaja­da­jąc się cia­stecz­kami i pijąc poncz, pod­czas gdy pasto­rzy przed­sta­wiali nam różne sce­na­riu­sze. Jak pora­dził­byś sobie z part­ne­rem uza­leż­nio­nym? Albo z part­ne­rem, który kła­mie. Albo z part­ne­rem, który upra­wia hazard. Opo­wia­dali histo­rie, które wyda­wały się nie­do­rzeczne. Jedna z nich mówiła o żonie, która w tajem­nicy zadłu­żyła się na setki tysięcy dola­rów na kar­cie kre­dy­to­wej. W innej mąż wypi­jał skrzynkę piwa każ­dego wie­czoru w dro­dze do domu z pracy tylko po to, by wma­wiać żonie, że jest zupeł­nie trzeźwy. Pod­śmie­wa­li­śmy się z nie­któ­rych opo­wie­ści, a inne trak­to­wa­li­śmy z przy­mru­że­niem oka. Zamiast robić notatki bazgra­li­śmy coś na kart­kach i pla­no­wa­li­śmy mie­siąc mio­dowy. Nie cho­dziło o brak dobrych manier z naszej strony. Po pro­stu nie mogli­śmy uwie­rzyć, że kie­dy­kol­wiek tak skoń­czymy. Byli­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, do tego mło­dzi i zako­chani. Mia­łam dwa­dzie­ścia cztery lata, Jamie – dwa­dzie­ścia dzie­więć. Zapla­no­wa­li­śmy nasze wspólne życie i mie­li­śmy dokład­nie te same cele. Dom pełen dzieci, życie na wsi, udaną karierę zawo­dową i w końcu domek nad jezio­rem na eme­ry­tu­rze. Wszystko wyda­wało się pro­ste. Zostało przez nas zapla­no­wane, więc musiało się udać. Ach, ta aro­gan­cja dwu­dzie­sto­pa­ro­lat­ków. Ów dzień cią­gnął się w nie­skoń­czo­ność. Ostat­nie pyta­nie pod koniec sesji brzmiało: „Jak pora­dzi­li­by­ście sobie z dziec­kiem ze spe­cjal­nymi potrze­bami?”. Wciąż pamię­tam, jak jeden z pro­wa­dzących zadał to pyta­nie. Mam ten obraz przed oczami – pamię­tam, w co był ubrany, i że wypo­wie­dział te słowa rze­czowo i swo­bod­nie. Jakby to była naj­nor­mal­niej­sza rzecz na świe­cie. Sytu­acja ta wyryła mi się w pamięci. Zapo­wiedź przy­szło­ści, która nie uszła mojej uwagi.

Pamię­tam, że pomy­śla­łam: „Co za głu­pie pyta­nie”. Prze­cież nam się to nie przy­trafi. Pastor nad­mie­nił o stre­sie zwią­za­nym z posia­da­niem dzieci i o tym, jak dziecko ze spe­cjal­nymi potrze­bami go potę­guje. Pamię­tam też, że to pyta­nie ani tro­chę mnie nie zanie­po­ko­iło. Byli­śmy zdrowi i nie­zwy­cię­żeni. W naszych rodzi­nach nie było dzieci ze spe­cjal­nymi potrze­bami. Co wię­cej, nawet nie zna­łam takiej osoby. Oczy­wi­ście nie pla­no­wa­łam też brać nar­ko­ty­ków ani pić alko­holu w cza­sie ciąży, więc z góry zało­ży­li­śmy, że nasze dzieci będą zdrowe. Ide­alne.

Z tego, co pamię­tam, zapi­sa­li­śmy na kartce, że będziemy kochać takie dziecko jak każde inne, bo tak wła­śnie powinno się mówić. Prawda? Oboje byli­śmy dobrymi ludźmi o wiel­kich ser­cach. I to by było na tyle. Zaję­cia się skoń­czyły, a my wró­ci­li­śmy do pędu naszego baj­ko­wego życia. Myśl o spe­cjal­nych potrze­bach nie poja­wiła się w naszych gło­wach aż do momentu, który nad­szedł znacz­nie póź­niej. Jamie i ja pobra­li­śmy się 13 wrze­śnia 2008 roku i był to z pew­no­ścią naj­bar­dziej desz­czowy dzień, jaki North Shore kie­dy­kol­wiek widziało. Cere­mo­nia odbyła się w maleń­kim kościółku nad rzeką. O szó­stej rano jesz­cze świe­ciło słońce i zewsząd dobie­gały dźwięki orkie­stry mar­szo­wej. Ani ulewy, ani takiej oprawy muzycz­nej nie mie­li­śmy w pla­nach. Tak się jed­nak zło­żyło, że tego poranka odby­wał się coroczny mara­ton na rol­kach, więc w ryt­mie _The Ants Go Mar­ching_ tanecz­nym kro­kiem dotar­li­śmy na śnia­da­nie i uda­wa­li­śmy, że to wszystko dzieje się spe­cjal­nie dla nas. Kilka godzin póź­niej lunął deszcz. Woda lała się stru­mie­niami, istne obe­rwa­nie chmury. Może pomy­śli­cie, że gdy patrzy­łam przez okno kościoła na naszych gości wbie­ga­ją­cych do środka z gigan­tycz­nymi para­so­lami, byłam zdru­zgo­tana. Nie byłam. W ogóle się tym nie przej­mo­wa­łam. Sku­pia­nie się na dro­bia­zgach, na które nie mamy wpływu, nie leżało w moim cha­rak­te­rze. Nie prze­ję­łam się rów­nież tym, że ktoś z rodziny ukradł pie­nią­dze z koszyka na koperty albo że ktoś z naszego orszaku wesel­nego zemdlał przed koń­cem cere­mo­nii, albo że pan młody wpadł na skunksa w dro­dze do kościoła i tro­chę dziw­nie pach­niał. Zale­żało mi jedy­nie na tym, żeby wyjść za mąż za mojego naj­lep­szego przy­ja­ciela, męż­czy­znę, który roz­śmie­szał mnie jak nikt inny i maso­wał mi stopy, gdy namięt­nie oglą­da­li­śmy kolejne sezony serialu „24 godziny”, popi­ja­jąc 7&7, kok­tajl na bazie whi­sky i napoju 7up. Cho­ciaż Jamie i ja bar­dzo się od sie­bie róż­ni­li­śmy, co potwier­dzają wyniki psy­cho­te­stów, mie­li­śmy jedną wspólną cechę – kocha­li­śmy radość i pro­stotę. Nasze wesele oka­zało się ogrom­nym suk­ce­sem. Podo­bał mi się każdy moment. Wraz z przy­ja­ciółmi i rodziną tań­czy­li­śmy do dru­giej w nocy, a potem poszli­śmy spać szczę­śliwi, już jako mąż i żona. Lecz następ­nego ranka, gdy goście wyszli, a my zosta­li­śmy sami w salo­nie, oto­czeni pre­zen­tami, roz­pła­ka­łam się. Mój świeżo poślu­biony mąż nie wie­dział, co robić. Zamiast czuć się szczę­śliwa, poczu­łam przy­gnę­bie­nie. Tyle przy­go­to­wań, tyle spo­tkań i przy­jęć, cią­głe pla­no­wa­nie, a teraz nagle wszystko się skoń­czyło. Jakby zakoń­czył się jakiś etap mojego życia. Przy­po­mnia­łam sobie wtedy święta i moją mamę. To, jak zawsze pła­kała, kiedy się koń­czyły, i to, że ni­gdy nie rozu­mia­łam dla­czego. W tam­tej chwili wszystko stało się dla mnie jasne. Uwiel­biała ocze­ki­wa­nie, pla­no­wa­nie i przy­go­to­wa­nia. Tak jak ja.

Po ślu­bie prze­kie­ro­wa­łam swoją eks­cy­ta­cję na plany macie­rzyń­skie. Mie­siąc wcze­śniej zre­zy­gno­wa­li­śmy z anty­kon­cep­cji. Żadne z nas nie spo­dzie­wało się, że sprawy poto­czą się tak szybko. Zaszłam w ciążę od razu, przy pierw­szej pró­bie, krótko po ślu­bie. Byli­śmy zasko­czeni, jak łatwo to poszło. Zoba­czy­li­śmy bicie serca. To był ósmy tydzień. Deli­katne migo­ta­nie na ekra­nie. Powia­do­mi­li­śmy wszyst­kich zna­jo­mych i natych­miast ogło­si­li­śmy nowiny na Face­bo­oku. W trzy­na­stym tygo­dniu ciąży zaczę­łam czuć, że coś jest nie tak. Było Boże Naro­dze­nie. Nie­dzielę, dzień przed ruty­nową wizytą u leka­rza i kolej­nym bada­niem USG, spę­dzi­li­śmy w domu mojego ojca. Byłam wra­kiem czło­wieka, mia­łam złe prze­czu­cia. Nie potra­fi­łam wska­zać niczego kon­kret­nego, tylko to, że nie czuję się już w ciąży. Przy­ja­ciółka powie­działa mi, że tak bywa i że objawy powinny ustą­pić w dru­gim try­me­strze. Wyszu­ki­warka Google podpowie­działa mi jed­nak, że to nie do końca nor­malne. Poja­wiło się słowo „poro­nie­nie”. Ter­min, który wcze­śniej nie przy­szedł mi do głowy. Tego wie­czoru poszli­śmy z Jamiem na spa­cer do lasu z naszymi psami, co było nor­malną wie­czorną roz­rywką naszej małej rodziny. W poło­wie spa­ceru zała­ma­łam się i roz­pła­ka­łam. Powie­dzia­łam mężowi o swo­ich oba­wach. Byłam pra­wie pewna, że z dziec­kiem jest coś nie tak. Odpo­wie­dział mi, że wszystko będzie dobrze. Ale dla Jamiego wszystko zawsze było w porządku. Był wyjąt­kowo opa­no­wany. Następ­nego ranka tło­czy­li­śmy się w maleń­kim gabi­ne­cie położ­nej na ruty­no­wym bada­niu USG, które powinno odbyć się w dwu­na­stym tygo­dniu ciąży. Ja mia­łam tygo­dniowe opóź­nie­nie. To była ważna wizyta i Jamie pierw­szy raz był w gabi­ne­cie USG. Mia­łam na sobie pognie­cioną koszulę zabie­gową, nogi w strze­mio­nach fotela gine­ko­lo­gicz­nego, a Jamie stał obok i trzy­mał mnie za rękę. Tech­nik naj­pierw nało­żyła lepki żel na mój brzuch i powoli, okręż­nymi ruchami prze­su­wała urzą­dze­nie. Po chwili odwró­ciła ekran, prze­pro­siła i wyszła z gabi­netu. Pod jej nie­obec­ność Jamie i ja cze­ka­li­śmy w mil­cze­niu. Wró­ciła kilka minut póź­niej i powie­działa, że zrobi USG prze­zpo­chwowe. Kiedy wycią­gnęła wielką gło­wicę i nakła­dała na nią pre­zer­wa­tywę, Jamie wybuch­nął śmie­chem.

– Dokąd TO zmie­rza?

Byłam mu wdzięczna za poczu­cie humoru. Po chwili znowu wyszła z gabi­netu. Wtedy już wie­dzia­łam. Poprzed­niego wie­czoru naczy­ta­łam się wystar­cza­jąco dużo histo­rii rodem z hor­ro­rów i wie­dzia­łam, co mnie czeka. Wyda­wało mi się, że mija wiecz­ność. W końcu przy­szedł lekarz i powie­dział, że bicie serca ustało. Stra­ci­łam dziecko. Tak po pro­stu. Żad­nych uprzej­mo­ści. Żad­nego wpro­wa­dze­nia. Bez owi­ja­nia w bawełnę. Moje obawy się potwier­dziły. Mia­łam swoją odpo­wiedź. Lekarz rów­nież użył słowa „poro­nie­nie”. Powie­dział, że w taki spo­sób orga­nizm odrzuca nie­pra­wi­dłową ciążę, i pró­bo­wał mnie pocie­szyć, mówiąc, że z naszym dziec­kiem było coś nie w porządku i że orga­nizm radzi sobie w taki a nie inny spo­sób.

– Nie jesteś sama. Dzie­sięć do dwu­dzie­stu pro­cent ciąż koń­czy się poro­nie­niem. To dość powszechne.

Być może jego słowa miały spra­wić, że poczuję się lepiej, ale tak się nie stało. Lekarz zaczął coś szki­co­wać na bloczku recept. Po chwili poka­zał nam rysu­nek, ale bar­dziej przy­po­mi­nał bazgroły niż coś kon­kret­nego. Przed­sta­wiał dwa duże okręgi poło­żone obok sie­bie. W środku każ­dego z nich znaj­do­wało się mniej­sze koło, ale były one róż­nej wiel­ko­ści. Jedno małe, a dru­gie wyraź­nie więk­sze. Do dziś roz­ma­wiamy z Jamiem o tym rysunku.

– Popatrz. – Lekarz wska­zał obra­zek. – Twoje dziecko wygląda tak, ale w dwu­na­stym tygo­dniu powinno wyglą­dać w ten spo­sób.

Patrzy­łam na rysu­nek przez łzy. Nie rozu­mia­łam go. Od razu przy­po­mniał mi się odci­nek „Przy­ja­ciół”, w któ­rym Jen­ni­fer Ani­ston nie widzi swo­jego dziecka na USG, ale udaje, że tak, i kiwa głową. Lekarz pokle­pał mnie po ramie­niu jak tre­ner kle­pie swo­jego zawod­nika i powie­dział, że możemy spró­bo­wać ponow­nie za kilka mie­sięcy.

Powie­dział nam rów­nież, że możemy zatrzy­mać rysu­nek. Ale to jesz­cze nie jest naj­gor­sze wspo­mnie­nie z tego dnia. Jamie musiał wyjść, by sfi­na­li­zo­wać jakąś umowę kre­dy­tową w jed­nym z ban­ków, któ­rymi zarzą­dzał. Nie mógł tego prze­ło­żyć, i cho­ciaż to nie była jego wina, byłam zdru­zgo­tana. Zosta­łam sama i musia­łam umó­wić się na usu­nię­cie dziecka z mojego ciała. Dziecka, któ­rego tak bar­dzo pra­gnę­łam. Kiedy oma­wia­łam z reje­stra­torką szcze­góły doty­czące zabiegu łyżecz­ko­wa­nia i jego prze­biegu, łzy napły­nęły mi do oczu. Pie­lę­gniarka powie­działa, że muszę zgło­sić się do kli­niki chi­rur­gicz­nej następ­nego dnia o pią­tej rano i że od pół­nocy nie mogę nic jeść. Pod­nio­słam gwał­tow­nie głowę.

– Jak to? Co? Jutro rano? Nie powin­ni­śmy chwilę pocze­kać i zoba­czyć, czy nie zaszła jakaś pomyłka?

Wszystko działo się za szybko. Czy nie powin­nam zasię­gnąć dru­giej opi­nii? A jeśli komuś pomy­liły się daty? Nic nie odpo­wie­działa, tylko wes­tchnęła smutno. Następ­nie podała mi wizy­tówkę z datą i godziną wizyty. Wyraz jej twa­rzy mówił wszystko. Musia­łam sama wró­cić do domu. Szlo­cha­jąc, zosta­wi­łam wia­do­mość sze­fo­wej oraz mojej mamie, a potem wyłą­czy­łam tele­fon. Nie chcia­łam słu­chać o tym, że poro­nie­nia czę­sto się zda­rzają. Nie chcia­łam słu­chać o tym, że możemy spró­bo­wać ponow­nie za kilka mie­sięcy. Chcia­łam być smutna. Resztę dnia spę­dzi­łam, zasta­na­wia­jąc się, jak prze­ka­zać zna­jo­mym, że nie jestem już w ciąży, zła na sie­bie za to, że powie­dzia­łam o tym tak wcze­śnie. Każdy sce­na­riusz wyda­wał się ponury i pozba­wiony sensu. Kiedy Jamie wró­cił wie­czo­rem z pracy, zastał mnie sku­loną na kana­pie. Powtó­rzył to, co powie­dział lekarz.

– Możemy spró­bo­wać jesz­cze raz. To dobrze. Coś musiało być nie tak z naszym dziec­kiem. Następ­nym razem wszystko będzie w porządku.

Następ­nego dnia rano przy­by­li­śmy do szpi­tala. Sam zabieg prze­biegł szybko. Kiedy obu­dzi­łam się wciąż oszo­ło­miona po znie­czu­le­niu, zapy­ta­łam pie­lę­gniarkę, czy nie ma już mojego dziecka. Zanim zdą­żyła odpo­wie­dzieć, znów popa­dłam w otę­pie­nie, ale pamię­tam, jak powie­działa, być może do innej pie­lę­gniarki, że to jedno z naj­smut­niej­szych pytań, jakie kie­dy­kol­wiek sły­szała. Po stra­cie dziecka pła­ka­łam tygo­dniami. Po raz pierw­szy czu­łam tak ogromną utratę kon­troli nad wła­snym życiem. Zaję­łam się dietą, ćwi­cze­niami, bie­ga­niem oraz próbą zro­zu­mie­nia, dla­czego moje ciało mnie zawio­dło. Poświę­ca­łam czas na poszu­ki­wa­nie infor­ma­cji i czy­ta­nie o kobie­tach, które poro­niły. Musia­łam się dokształ­cić, ale przede wszyst­kim potrze­bo­wa­łam kon­taktu z oso­bami, które rozu­miały, przez co prze­cho­dzę. Kobiety, z któ­rymi wtedy nawią­za­łam zna­jo­mość online, zostały moimi przy­ja­ciół­kami na całe życie. Strata nas połą­czyła. Zna­le­zie­nie grupy ludzi, któ­rzy mnie rozu­mieli, odmie­niło moje życie. Jamie nie prze­ży­wał żałoby tak jak ja. Po roz­mo­wach z innymi kobie­tami doszłam do wnio­sku, że u więk­szo­ści mężów jest podob­nie. Moje ciało prze­szło przez coś bar­dzo trud­nego i chcia­łam o tym roz­ma­wiać. Jamie nie miał takiej potrzeby. Byłam zła, bo, według mnie, nie­wy­star­cza­jąco smu­cił się z powodu straty naszego dziecka. Przy­pusz­czam, że powie­działby, iż mój smu­tek wystar­czył. W pierw­szym roku mał­żeń­stwa żyli­śmy w miarę zgod­nie, a naj­więk­szym źró­dłem naszych kon­flik­tów była żałoba. Zaczę­łam się nad­mier­nie kon­cen­tro­wać na ponow­nym zaj­ściu w ciążę, jakby to było jakieś zada­nie do wyko­na­nia. Seks był pla­no­wany i prze­stał spra­wiać przy­jem­ność. Siu­sia­łam na patyczki owu­la­cyjne w służ­bo­wej toa­le­cie i pła­ka­łam, gdy nie poja­wiały się uśmiech­nięte buźki. Kole­żanka z pracy powie­działa mi: „Zacznij­cie podró­żo­wać, ciesz­cie się wspól­nie spę­dza­nym cza­sem. Zanim się obej­rzysz, będziesz miała dzieci”. Pew­nie miała rację, ale jej nazbyt bez­po­śred­nie podej­ście ura­ziło mnie. Jakiś czas póź­niej, po tym, jak prze­peł­niona roz­pa­czą, prze­ko­ny­wa­łam sie­bie, że już ni­gdy nie będziemy mieli dzieci, wynik testu cią­żo­wego wyszedł pozy­tywny. Lecz wtedy zamiast rado­ści poczu­łam strach. Bałam się, że poko­cham kolejne dziecko i znów je stracę. Zosta­wi­łam test na umy­walce w łazience i zeszłam do piw­nicy, żeby pobie­gać na bieżni. Chwilę póź­niej Jamie wró­cił do domu i popro­si­łam go, żeby przy­niósł mi gumkę do wło­sów z łazienki. Zszedł na dół z testem w dłoni, z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

– To się dzieje naprawdę? – Był bar­dzo pod­eks­cy­to­wany.

Aż do dwu­dzie­stego tygo­dnia ciąży z nikim nie podzie­li­li­śmy się tą nowiną. Nawet z naszymi rodzi­cami. Mniej wię­cej w szó­stym mie­siącu w końcu się uspo­ko­iłam i zaczę­łam cie­szyć ciążą. Odkry­łam wtedy, że wręcz uwiel­biam być w ciąży. Jamie też się cie­szył. Kupił nawet kij bejs­bo­lowy i ręka­wicę dla swo­jego pierw­szego syna. Kiedy przy­szły pocztą, roz­pła­ka­łam się. Rela­cja Jamiego z jego ojcem była zupeł­nie inna niż wszyst­kie, jakie dotych­czas zna­łam. Byli naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, codzien­nie roz­ma­wiali przez tele­fon. Jego tata przez wiele lat go tre­no­wał i jed­no­cze­śnie był jego naj­więk­szym fanem. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że Jamie będzie miał taką samą rela­cję z naszym synem. Cooper uro­dził się 6 grud­nia. Wyda­wało mi się, że ciąża trwała wieki. Kiedy ma się dziecko z nie­peł­no­spraw­no­ścią, trzeba przy­go­to­wać się na wiele pytań o ciążę i poród. Każdy ośro­dek tera­peu­tyczny, każda szkoła, a nawet lokalne urzędy będą chciały znać szcze­gó­łowy prze­bieg tych dzie­wię­ciu mie­sięcy. Zawsze uwa­ża­łam, że te pro­ce­dury są inwa­zyjne – cią­głe wypeł­nia­nie rubryk w kolej­nym szkol­nym for­mu­la­rzu. Odpo­wie­dzi jed­nak zawsze były takie same. Poza tym, że za dużo przy­ty­łam, moja ciąża prze­biegała ide­al­nie. Żad­nych pro­ble­mów. Począ­tek porodu rów­nież prze­biegał bez pro­ble­mów, choć powoli. Byłam tak pod­eks­cy­to­wana spo­tka­niem z Coope­rem i zosta­niem mamą, że ocze­ki­wa­nie było dla mnie nie­mal nie do znie­sie­nia. Z powodu wiel­ko­ści dziecka i braku ruchów pod koniec czter­dzie­stego tygo­dnia lekarz zale­cił induk­cję porodu. Jamie i ja przy­je­cha­li­śmy do szpi­tala w nie­dzielę wie­czo­rem i zało­żono mi Cervi­dil, żeby wywo­łać poród. Nic się nie wyda­rzyło. Następ­nego ranka podano mi oksy­to­cynę. Na­dal nic. Po kilku godzi­nach cho­dze­nia po kory­ta­rzach w końcu nastą­pił nie­wielki postęp. Nie­stety nie­wy­star­cza­jący. Cho­ciaż my byli­śmy już gotowi na spo­tka­nie z naszym dziec­kiem, ono nie było gotowe na spo­tka­nie z nami. Od samego początku musie­li­śmy dzia­łać według jego har­mo­no­gramu, co według mnie było zna­mienną zapo­wie­dzią tego, co nas czeka w przy­szło­ści. Nie zamie­rzał ustą­pić. W końcu, po dwu­dzie­stu czte­rech godzi­nach w szpi­talu, poja­wiło się par­cie. Poczu­łam falę eks­cy­ta­cji, gdy pie­lę­gniarka prze­sta­wiła łóżko, przy­ciem­niła świa­tła i poka­zała Jamiemu, jak ma przy­trzy­mać moje nogi. Jego twarz pobla­dła, gdy spoj­rzał w dół. Gdyby mógł wtedy uciec, pew­nie by to zro­bił. Nie sądzę, żeby był przy­go­to­wany na tak bez­po­śred­nie doświad­cze­nie. Pod­czas zajęć w szkole rodze­nia naiw­nie zało­ży­łam, że par­cie jest dla kobiety czymś natu­ral­nym. Nawet pod­czas pierw­szego porodu. Jakby instynk­towne. Dla mnie nie było. Czu­łam wstyd i brak kom­fortu. A po nie­przy­jem­nej sytu­acji z wypróż­nie­niem ogar­nęło mnie znie­chę­ce­nie. Mój mąż zapew­niał mnie, że to nic takiego, a i tak potem żar­to­wał z tego przez lata. Dwie godziny póź­niej nastą­pił postęp. Poja­wiła się główka, ale nie­stety dziecko znów utknęło. Byłam wyczer­pana i nie wie­dzia­łam, ile jesz­cze wytrzy­mam. Bałam się, że lekarz wspo­mni o cesar­skim cię­ciu, ale zamiast tego użył słów: nacię­cie kro­cza. Pomo­gło i poczu­łam natych­mia­stową ulgę. Cooper uro­dził się kilka sekund póź­niej. Byłam pewna, że lekarz od razu położy dziecko na mojej piersi i że będę mogła natych­miast nawią­zać z nim więź. Tak jak na fil­mach. Ale on podał je pie­lę­gniarce, nikt nawet na mnie nie spoj­rzał. W kilka sekund wokół Coopera zgro­ma­dziło się wiele osób. Cze­ka­łam, aż zacznie pła­kać. Wszy­scy wspo­mi­nają o pierw­szym krzyku, który prze­szywa salę. Ale w naszej pano­wała cisza, prze­ry­wana jedy­nie szep­tami per­so­nelu, który ota­czał Coopera.

Lekarz powta­rzał: „Nic mu nie jest”. Ale ja zasta­na­wia­łam się, skąd on to może wie­dzieć? Prze­cież zaj­mo­wał się mną, zakła­dał szwy. Nawet nie spoj­rzał na dziecko leżące na stole za jego ple­cami. Przy­po­mnia­łam sobie histo­ryjkę o samo­lo­cie i per­so­nelu pokła­do­wym. Kiedy samo­lot wpada w tur­bu­len­cje, nie ma powodu do paniki, dopóki obsługa jest opa­no­wana. Jeśli siada i zapina pasy, no cóż, zacho­waj spo­kój. Lekarz był moim ste­war­dem. Nie pani­ko­wał.

Cią­gle krę­ci­łam się, pró­bu­jąc zoba­czyć, co robią pie­lę­gniarki. Lekarz zabro­nił mi się ruszać, ale trudno mi się było powstrzy­mać. W końcu usły­sza­łam słowa:

– Intu­bo­wać. Nie oddy­cha pra­wi­dłowo. No dalej, maleń­stwo. Oddy­chaj.

Wyda­wało mi się, że mija wiecz­ność. W rze­czy­wi­sto­ści upły­nęło pew­nie parę minut.

– Daj­cie mi moje dziecko. Chcę do mamy. Jamie, zawo­łaj moją mamę.

A potem prze­ni­kliwy, gniewny krzyk wypeł­nił pomiesz­cze­nie. To był Cooper. Był z nami. Tylko tro­chę spóź­nił się na imprezkę. Opa­dłam z powro­tem na łóżko, ręce mia­łam wyczer­pane od pod­trzy­my­wa­nia się i prób prze­do­sta­nia się do mojego dziecka. Wypu­ści­łam powie­trze, które jak się oka­zało, od dłuż­szego czasu wstrzy­my­wa­łam.

Pie­lę­gniarka wło­żyła mi w ramiona zawi­niątko i powie­działa:

– Gra­tu­la­cje, mamo. Jest piękny. I duży! Waży cztery kilo­gramy.

Spoj­rza­łam w dół i w końcu zoba­czy­łam swoje dziecko. Po tych wszyst­kich tru­dach i stra­chu mia­łam go w ramio­nach i nie zamie­rza­łam puścić. Jedna z przy­ja­ció­łek powie­działa mi, że w chwili, gdy trzy­masz dziecko w ramio­nach, ból poro­dowy znika. Opowie­działa mi piękne histo­rie o naro­dzi­nach swo­ich córek, twier­dząc, że nie czuła póź­niej ani odro­biny bólu. Byłam jej prze­ci­wień­stwem. W chwili, gdy uro­dzi­łam Coopera, czu­łam bólu dosłow­nie wszę­dzie. Wyci­snął ze mnie siódme poty. Ale teraz już mnie to nie obcho­dziło. To już nie miało zna­cze­nia. Ni­gdy nie czu­łam więk­szej miło­ści.

Pie­lę­gniarka poin­for­mo­wała nas, że wynik Coopera w skali Apgar jest wyjąt­kowo niski, ale sam Cooper wyda­wał się coraz bar­dziej oży­wiony. Mia­łam nadzieję, że po pro­stu leka­rze będą go uważ­nie obser­wo­wać i nie trzeba będzie prze­no­sić go na oddział inten­syw­nej tera­pii nowo­rod­ków. Wyglą­dał, jakby prze­szedł przez pie­kło. Jego głowa miała kształt stożka i była posi­nia­czona, a blond włosy – poskle­jane krwią. Jed­nak najbar­dziej zapa­mię­ta­łam jego oczy. Zawsze myśla­łam, że nie­mow­lęta są po poro­dzie bar­dzo śpiące. Nie nasz Cooper. Był roz­bu­dzony i roz­glą­dał się po pokoju sze­roko otwar­tymi oczami. Wyda­wały się roz­bie­gane, jakby pró­bo­wał zro­zu­mieć, co się wła­śnie stało. Wyglą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego. Zagu­bio­nego. W końcu sala opu­sto­szała i kiedy pie­lę­gniarka zamknęła za sobą drzwi, usły­sza­łam, jak moja mama pyta:

– Wszystko w porządku?

– Tak, dajmy im chwilę dla sie­bie – odpo­wie­działa pie­lę­gniarka.

Miała rację. Potrze­bo­wa­li­śmy czasu. Cisza wypeł­niła pokój. Jamie i ja w końcu spoj­rze­li­śmy na sie­bie.

– Bałeś się? – zapy­ta­łam. – O mój Boże, ja byłam prze­ra­żona.

– Nie, wie­dzia­łem, że wszystko będzie dobrze – odparł.

Po raz kolejny zadzi­wił mnie jego spo­kój. Wyda­wał się zupeł­nie nie­wzru­szony tym, co się wła­śnie wyda­rzyło. Ja nato­miast wciąż się trzę­słam. Odwi­nę­łam kocyk i spoj­rza­łam ponow­nie na dziecko, które trzy­ma­łam w ramio­nach. Liczy­li­śmy jego palce u rąk i nóg. Uśmiech­nę­łam się, czu­jąc mięk­kość jego skóry. Jamie uklęk­nął przy łóżku i wło­żył palec w rączkę naszego syna.

– Cześć, Cooper, to twoja mama i tata!

Nagle poczu­łam spo­kój. Mia­łam swoje wyma­rzone dziecko. Zako­cha­łam się w nim od razu. Byłam prze­peł­niona miło­ścią. Przed oczami prze­mknęły mi obrazy meczów bejs­bo­lo­wych i małego chłopca łowią­cego swoją pierw­szą rybę. Ludzie czę­sto mnie pytają, kiedy zauwa­ży­łam, że coś jest nie tak. Zazwy­czaj pytają o to matki malu­chów, które mar­twią się o roz­wój swo­jego dziecka i chcą mieć pew­ność, że wszystko jest w porządku. Że to nie autyzm. Przy­po­mi­nam im, że każda histo­ria jest jedyna w swoim rodzaju, że nie ma dwóch takich samych przy­pad­ków.

Nie­któ­rzy rodzice opo­wia­dają o ide­al­nie roz­wi­ja­ją­cym się dziecku, a potem w dwu­na­stym mie­siącu życia nagle coś się prze­łą­cza i jakby świa­tło nagle przy­ga­sło. Albo o tym, że ich maluch mówił peł­nymi zda­niami i pew­nej nocy prze­stał. Udo­stęp­niono mi wiele takich fil­mów… Malu­chy mówią „mama”, „cię­ża­rówka”, „piłka”, a potem rodzi­com pęka serce i opła­kują to, czego już nie ma. Nie­któ­rzy rodzice twier­dzą, że roz­po­znali autyzm pierw­szego dnia, pod­czas gdy inni w ogóle się go nie spo­dzie­wali. Ja nie pamię­tam cza­sów przed auty­zmem. Mogłam jesz­cze nie znać defi­ni­cji tego słowa, może nie rozu­mia­łam powagi dia­gnozy. Lecz wra­ca­jąc do chwili, kiedy pierw­szy raz trzy­ma­łam swoje dziecko w ramio­nach, wie­dzia­łam, że ma autyzm. Po pro­stu był z Coope­rem sple­ciony, owi­jał go niczym misterna koł­dra, któ­rej nie dało się od niego oddzie­lić, cho­ciaż przez kolejne lata roz­pacz­li­wie się o to modli­łam. Pró­bo­wa­łam usta­lić, które czę­ści mojego synka są auty­styczne, a które nie, aż w końcu zda­łam sobie sprawę, że nie da się tego okre­ślić. Pozby­cie się dia­gnozy ozna­cza­łoby pozby­cie się jego w cało­ści. Zaak­cep­to­wa­nie tego faktu zajęło mi lata.

Kie­dyś, w prze­szło­ści, uwa­ża­li­śmy z Jamiem, że sama per­spek­tywa wycho­wy­wa­nia dziecka ze spe­cjal­nymi potrze­bami jest sur­re­ali­styczna – wręcz absur­dalna. A jed­nak życie posta­wiło przed nami wyzwa­nie, na które oboje nie byli­śmy gotowi. Wyzwa­nie, które odmie­niło naszą rela­cję i nasze podej­ście do rodzi­ciel­stwa. Brą­zowe spodnie i dżin­sowa koszula. Tak był ubrany pastor pro­wa­dzący nauki przed­mał­żeń­skie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij