-
nowość
-
promocja
Chłopiec na zawsze. Poruszająca opowieść o macierzyństwie, autyzmie i drodze do radości - ebook
Chłopiec na zawsze. Poruszająca opowieść o macierzyństwie, autyzmie i drodze do radości - ebook
Niezwykle szczere i emocjonalne, napisane z empatią wspomnienia ukazują siłę matczynej miłości, a jednocześnie niosą ukojenie i nadzieję innym rodzicom dzieci w spektrum autyzmu.
Gdy jej syn, Cooper, otrzymał diagnozę głębokiego, niewerbalnego autyzmu, świat Kate Swenson nagle się zatrzymał. Od dzieciństwa snuła plany idealnego życia rodzinnego. Nie spodziewała się, że zostanie matką dziecka z niepełnosprawnością.
Na początku musiała zmierzyć się z żalem po niespełnionych marzeniach. Później pojawiły się frustracja i wyczerpanie wynikające z konieczności walki o funkcjonowanie syna w niesprzyjającym, pełnym trudności świecie. Dzięki swojej ciężkiej pracy, wytrwałości i rozwojowi osobistemu zrozumiała jednak, że to nie Cooper powinien się zmienić. To ona musiała zmienić swoje nastawienie. I właśnie ta transformacja ostatecznie doprowadziła Kate do pełnej akceptacji, a co z tym idzie, do radości z życia.
I właśnie ta transformacja ostatecznie doprowadziła Kate do pełnej akceptacji, a co z tym idzie, do radości z życia.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8343-827-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Od najmłodszych lat marzyłam o byciu matką. Niektóre małe dziewczynki pragną zostać baletnicami albo marzą o karierze politycznej, a ja po prostu chciałam mieć rodzinę. Fantazjowałam o tym aż do okresu nastoletniego i ciągle bawiłam się w dom lalkami bobasami czy Barbie. Kiedy wraz z narzeczonym przeprowadziliśmy się do swojego pierwszego domu, mama podrzuciła mi mnóstwo pudeł z moimi rzeczami z dzieciństwa. Wyglądało na to, że zachowała prawie wszystkie pamiątki. W pierwszym pudle znalazłam swoje zabawne zdjęcia. Jestem w okularach z grubymi szkłami i mam fryzurę „na garnek”. Mama porównywała mnie do Dorothy Hamill, amerykańskiej złotej medalistki w łyżwiarstwie figurowym, i powtarzała, że wyglądam ślicznie… choć nie wyglądałam. Były tam też wyblakłe wstęgi za zajęcie drugiego i trzeciego miejsca w zawodach lekkoatletycznych w szkole podstawowej, liściki do przyjaciół i niezliczone pamiętniki z małymi kluczykami, zawierające sekrety mojego życia.
_Brody i ja zamierzamy się pobrać, mieć pięcioro dzieci, psy i konie. Zamieszkamy w dużym, pięknym domu. Będziemy mieli trzy córki i dwóch synów. Zostanę weterynarzem. On będzie grał zawodowo w koszykówkę i będziemy w sobie na zawsze zakochani. Nasze życie będzie idealne._
Miałam siedem lat i wszystko szczegółowo zaplanowane, lecz ani razu nie przyszło mi do głowy, że jedno z moich dzieci będzie miało zaburzenie, które uniemożliwi mu komunikowanie nawet najprostszych potrzeb. Albo że jego ciało będzie się rozwijało, ale on nie będzie rozumiał, czym jest bezpieczeństwo i niezależność. Nikt przecież nie zakłada, że coś takiego przydarzy się jego dziecku. Co by było, gdyby…? – myśli te dręczyły mnie przez lata po otrzymaniu diagnozy. Co by było, gdybym wiedziała wcześniej? Co by było, gdyby ktoś, kto ma szklaną kulę, wyjawił mi tajemnicę mojej przyszłości, gdy byłam jeszcze w ciąży? „Rzeczywistość twoja i twojego dziecka będzie zupełnie inna niż większości ludzi. Dla ciebie syn będzie po prostu Cooperem, ale dla świata będzie osobą z niepełnosprawnością. Na początku będzie ciężko. Doświadczysz cierpienia, wielu trudności i smutku, ale w końcu wszystko to przezwyciężysz i dostrzeżesz niewiarygodną radość, jaką Cooper wnosi do twojego świata. Zrozumiesz, że tak naprawdę to ty jesteś szczęściarą. Ale cóż, początek prawie cię złamie”.
Czy gdyby mnie ostrzeżono przed tym, że w moim życiu pojawi się autyzm i jak bardzo na nie wpłynie, to czy uciekłabym z płaczem? Czy może roześmiałabym się głośno? Nigdy się tego nie dowiem. Z pewnością zupełnie nie byłam przygotowana na to, jak stres i zmartwienia przyćmią na wiele lat znaczną część mojego życia. I wątpię, że cokolwiek mogłoby mnie na to przygotować. Po prostu musiałam tego doświadczyć. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów tej książki można mieć wrażenie, że to smutna historia. Proszę, czytaj dalej, a przekonasz się, że jest odwrotnie. Możesz też pomyśleć, że to opowieść o chłopcu w spektrum. Tak, Cooper jest z pewnością postacią pierwszoplanową, ale to również historia o mnie – o matce, która ciągle uczy się podążać nieprzewidywalną ścieżką życia z autyzmem. To historia o błędach i zwycięstwach – zweryfikowanych marzeniach i umierającej nadziei. Historia małżeńskiego kompromisu, rywalizacji między rodzeństwem i zmieniającej się perspektywy w dialogu ze światem – niestrudzenie poszukuję nowych sposobów, by głos mojego niewerbalnego syna został usłyszany. Ostatecznie chodzi przecież o odkrycie, kim dokładnie mam być.
A wszystko to zawdzięczam mojemu synowi.JEDEN
Poznałam Jamiego zaraz po ukończeniu studiów, podczas stażu w dużym banku. Nie marzyła mi się praca w bankowości – wręcz przeciwnie – ale chciałam zarabiać przyzwoite pieniądze i na początek gdzieś się zatrudnić. Spędzanie czasu w towarzystwie profesjonalistów wydawało się kolejnym rozsądnym krokiem w stronę dorosłości. Właśnie kończyłam poprzedni związek i tak naprawdę nie szukałam nowego. Odkąd pamiętam, zawsze miałam jakiegoś chłopaka, więc po raz pierwszy w życiu mogłam robić to, co chciałam i kiedy chciałam. Spędziłam lato, pracując na dwóch etatach i dobrze bawiąc się z przyjaciółmi. Wtedy poznałam Jamiego. Był pięć lat ode mnie starszy i jak dla mnie wydawał się zdecydowanie zbyt poważny. Pracował nad awansem z urzędnika bankowego na kierownika oddziału i nie miał dla mnie czasu. Wiele lat później przyznał mi się, że nazywał mnie wtedy „falbaniastą stażystką w minispódniczce” i doniósł na mnie naszemu szefowi dlatego, że strasznie przeciągałam przerwy na lunch. Byliśmy na różnych etapach życia, przynajmniej tak mi się wydawało. Ale w połowie lata spotkaliśmy się na turnieju softballowym. Okazało się, że reszta naszych współpracowników w ostatniej chwili odwołała spotkanie. Postanowiliśmy jak najlepiej spędzić ten czas i zamówiliśmy dzbanek piwa na barowym patio.
Mówił o swoich planach na przyszłość. Marzył o małym domku i łodzi rybackiej oraz o bliskich relacjach z rodziną. Kiedy po chwili wstał, żeby zagrać dla swojej drużyny softballowej, straciłam dla niego głowę i przepadłam z kretesem. Nie wiem, czy była to kwestia białych obcisłych spodni bejsbolowych, czy
tego, że Jamie był naprawdę dorosłym mężczyzną, innym niż wszyscy, z którymi się wcześniej spotykałam. Być może zadziałało połączenie obu tych czynników. Kolejną noc spędziłam na marzeniach o przyszłości z Jamiem. Rok później, w piękną jesienną noc, Jamie uklęknął na kolano i mi się oświadczył. Powiedziałam „tak”, zanim zdążył dokończyć pytanie, czy za niego wyjdę. Kolejny rok minął jak z bicza strzelił. Kupiliśmy dom z dwiema sypialniami w Two Harbors w Minnesocie, małym miasteczku nad Jeziorem Górnym, gdzie średnia temperatura latem oscylowała wokół 15°C. Żadne z nas nikogo tam nie znało, ale Jamie awansował na stanowisko kierownika dwóch małych banków na North Shore, więc postanowiliśmy stworzyć sobie tam dom. Pożegnałam się z karierą w bankowości, kiedy się przekonałam, jak wymagająca jest praca w sprzedaży bezpośredniej, i objęłam stanowisko koordynatora do spraw marketingu w domu opieki. Spędzaliśmy czas, prowadząc zwyczajne życie. Dopiero zaczynaliśmy nasze kariery, żadne z nas tak naprawdę dużo nie zarabiało, ale wchodziliśmy w prawdziwe życie i nie mieliśmy żadnego doświadczenia. Kupiliśmy starą łódź rybacką, o której Jamie opowiadał mi na naszej pierwszej randce, i spędzaliśmy większość czasu na świeżym powietrzu, remontując nasz stary dom, i oczywiście planowaliśmy ślub. Z tamtego okresu bardzo wyraźnie pamiętam, jak uczestniczyliśmy w weekendowym poradnictwie przedmałżeńskim w kościele, który sobie wybraliśmy. Zajęcia koncentrowały się wokół problemów, z którymi para może się spotkać w trakcie małżeństwa. Zajęcia prowadzili dwaj pastorzy: mąż i żona. Prelekcje te wydawały nam się zupełnie niepotrzebne – byliśmy przecież w sobie szaleńczo zakochani. Nasz związek miał przetrwać wszystkie zawieruchy i na pewno nie potrzebowaliśmy pomocy terapeuty. Siedzieliśmy przy stole, zajadając się ciasteczkami i pijąc poncz, podczas gdy pastorzy przedstawiali nam różne scenariusze. Jak poradziłbyś sobie z partnerem uzależnionym? Albo z partnerem, który kłamie. Albo z partnerem, który uprawia hazard. Opowiadali historie, które wydawały się niedorzeczne. Jedna z nich mówiła o żonie, która w tajemnicy zadłużyła się na setki tysięcy dolarów na karcie kredytowej. W innej mąż wypijał skrzynkę piwa każdego wieczoru w drodze do domu z pracy tylko po to, by wmawiać żonie, że jest zupełnie trzeźwy. Podśmiewaliśmy się z niektórych opowieści, a inne traktowaliśmy z przymrużeniem oka. Zamiast robić notatki bazgraliśmy coś na kartkach i planowaliśmy miesiąc miodowy. Nie chodziło o brak dobrych manier z naszej strony. Po prostu nie mogliśmy uwierzyć, że kiedykolwiek tak skończymy. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, do tego młodzi i zakochani. Miałam dwadzieścia cztery lata, Jamie – dwadzieścia dziewięć. Zaplanowaliśmy nasze wspólne życie i mieliśmy dokładnie te same cele. Dom pełen dzieci, życie na wsi, udaną karierę zawodową i w końcu domek nad jeziorem na emeryturze. Wszystko wydawało się proste. Zostało przez nas zaplanowane, więc musiało się udać. Ach, ta arogancja dwudziestoparolatków. Ów dzień ciągnął się w nieskończoność. Ostatnie pytanie pod koniec sesji brzmiało: „Jak poradzilibyście sobie z dzieckiem ze specjalnymi potrzebami?”. Wciąż pamiętam, jak jeden z prowadzących zadał to pytanie. Mam ten obraz przed oczami – pamiętam, w co był ubrany, i że wypowiedział te słowa rzeczowo i swobodnie. Jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Sytuacja ta wyryła mi się w pamięci. Zapowiedź przyszłości, która nie uszła mojej uwagi.
Pamiętam, że pomyślałam: „Co za głupie pytanie”. Przecież nam się to nie przytrafi. Pastor nadmienił o stresie związanym z posiadaniem dzieci i o tym, jak dziecko ze specjalnymi potrzebami go potęguje. Pamiętam też, że to pytanie ani trochę mnie nie zaniepokoiło. Byliśmy zdrowi i niezwyciężeni. W naszych rodzinach nie było dzieci ze specjalnymi potrzebami. Co więcej, nawet nie znałam takiej osoby. Oczywiście nie planowałam też brać narkotyków ani pić alkoholu w czasie ciąży, więc z góry założyliśmy, że nasze dzieci będą zdrowe. Idealne.
Z tego, co pamiętam, zapisaliśmy na kartce, że będziemy kochać takie dziecko jak każde inne, bo tak właśnie powinno się mówić. Prawda? Oboje byliśmy dobrymi ludźmi o wielkich sercach. I to by było na tyle. Zajęcia się skończyły, a my wróciliśmy do pędu naszego bajkowego życia. Myśl o specjalnych potrzebach nie pojawiła się w naszych głowach aż do momentu, który nadszedł znacznie później. Jamie i ja pobraliśmy się 13 września 2008 roku i był to z pewnością najbardziej deszczowy dzień, jaki North Shore kiedykolwiek widziało. Ceremonia odbyła się w maleńkim kościółku nad rzeką. O szóstej rano jeszcze świeciło słońce i zewsząd dobiegały dźwięki orkiestry marszowej. Ani ulewy, ani takiej oprawy muzycznej nie mieliśmy w planach. Tak się jednak złożyło, że tego poranka odbywał się coroczny maraton na rolkach, więc w rytmie _The Ants Go Marching_ tanecznym krokiem dotarliśmy na śniadanie i udawaliśmy, że to wszystko dzieje się specjalnie dla nas. Kilka godzin później lunął deszcz. Woda lała się strumieniami, istne oberwanie chmury. Może pomyślicie, że gdy patrzyłam przez okno kościoła na naszych gości wbiegających do środka z gigantycznymi parasolami, byłam zdruzgotana. Nie byłam. W ogóle się tym nie przejmowałam. Skupianie się na drobiazgach, na które nie mamy wpływu, nie leżało w moim charakterze. Nie przejęłam się również tym, że ktoś z rodziny ukradł pieniądze z koszyka na koperty albo że ktoś z naszego orszaku weselnego zemdlał przed końcem ceremonii, albo że pan młody wpadł na skunksa w drodze do kościoła i trochę dziwnie pachniał. Zależało mi jedynie na tym, żeby wyjść za mąż za mojego najlepszego przyjaciela, mężczyznę, który rozśmieszał mnie jak nikt inny i masował mi stopy, gdy namiętnie oglądaliśmy kolejne sezony serialu „24 godziny”, popijając 7&7, koktajl na bazie whisky i napoju 7up. Chociaż Jamie i ja bardzo się od siebie różniliśmy, co potwierdzają wyniki psychotestów, mieliśmy jedną wspólną cechę – kochaliśmy radość i prostotę. Nasze wesele okazało się ogromnym sukcesem. Podobał mi się każdy moment. Wraz z przyjaciółmi i rodziną tańczyliśmy do drugiej w nocy, a potem poszliśmy spać szczęśliwi, już jako mąż i żona. Lecz następnego ranka, gdy goście wyszli, a my zostaliśmy sami w salonie, otoczeni prezentami, rozpłakałam się. Mój świeżo poślubiony mąż nie wiedział, co robić. Zamiast czuć się szczęśliwa, poczułam przygnębienie. Tyle przygotowań, tyle spotkań i przyjęć, ciągłe planowanie, a teraz nagle wszystko się skończyło. Jakby zakończył się jakiś etap mojego życia. Przypomniałam sobie wtedy święta i moją mamę. To, jak zawsze płakała, kiedy się kończyły, i to, że nigdy nie rozumiałam dlaczego. W tamtej chwili wszystko stało się dla mnie jasne. Uwielbiała oczekiwanie, planowanie i przygotowania. Tak jak ja.
Po ślubie przekierowałam swoją ekscytację na plany macierzyńskie. Miesiąc wcześniej zrezygnowaliśmy z antykoncepcji. Żadne z nas nie spodziewało się, że sprawy potoczą się tak szybko. Zaszłam w ciążę od razu, przy pierwszej próbie, krótko po ślubie. Byliśmy zaskoczeni, jak łatwo to poszło. Zobaczyliśmy bicie serca. To był ósmy tydzień. Delikatne migotanie na ekranie. Powiadomiliśmy wszystkich znajomych i natychmiast ogłosiliśmy nowiny na Facebooku. W trzynastym tygodniu ciąży zaczęłam czuć, że coś jest nie tak. Było Boże Narodzenie. Niedzielę, dzień przed rutynową wizytą u lekarza i kolejnym badaniem USG, spędziliśmy w domu mojego ojca. Byłam wrakiem człowieka, miałam złe przeczucia. Nie potrafiłam wskazać niczego konkretnego, tylko to, że nie czuję się już w ciąży. Przyjaciółka powiedziała mi, że tak bywa i że objawy powinny ustąpić w drugim trymestrze. Wyszukiwarka Google podpowiedziała mi jednak, że to nie do końca normalne. Pojawiło się słowo „poronienie”. Termin, który wcześniej nie przyszedł mi do głowy. Tego wieczoru poszliśmy z Jamiem na spacer do lasu z naszymi psami, co było normalną wieczorną rozrywką naszej małej rodziny. W połowie spaceru załamałam się i rozpłakałam. Powiedziałam mężowi o swoich obawach. Byłam prawie pewna, że z dzieckiem jest coś nie tak. Odpowiedział mi, że wszystko będzie dobrze. Ale dla Jamiego wszystko zawsze było w porządku. Był wyjątkowo opanowany. Następnego ranka tłoczyliśmy się w maleńkim gabinecie położnej na rutynowym badaniu USG, które powinno odbyć się w dwunastym tygodniu ciąży. Ja miałam tygodniowe opóźnienie. To była ważna wizyta i Jamie pierwszy raz był w gabinecie USG. Miałam na sobie pogniecioną koszulę zabiegową, nogi w strzemionach fotela ginekologicznego, a Jamie stał obok i trzymał mnie za rękę. Technik najpierw nałożyła lepki żel na mój brzuch i powoli, okrężnymi ruchami przesuwała urządzenie. Po chwili odwróciła ekran, przeprosiła i wyszła z gabinetu. Pod jej nieobecność Jamie i ja czekaliśmy w milczeniu. Wróciła kilka minut później i powiedziała, że zrobi USG przezpochwowe. Kiedy wyciągnęła wielką głowicę i nakładała na nią prezerwatywę, Jamie wybuchnął śmiechem.
– Dokąd TO zmierza?
Byłam mu wdzięczna za poczucie humoru. Po chwili znowu wyszła z gabinetu. Wtedy już wiedziałam. Poprzedniego wieczoru naczytałam się wystarczająco dużo historii rodem z horrorów i wiedziałam, co mnie czeka. Wydawało mi się, że mija wieczność. W końcu przyszedł lekarz i powiedział, że bicie serca ustało. Straciłam dziecko. Tak po prostu. Żadnych uprzejmości. Żadnego wprowadzenia. Bez owijania w bawełnę. Moje obawy się potwierdziły. Miałam swoją odpowiedź. Lekarz również użył słowa „poronienie”. Powiedział, że w taki sposób organizm odrzuca nieprawidłową ciążę, i próbował mnie pocieszyć, mówiąc, że z naszym dzieckiem było coś nie w porządku i że organizm radzi sobie w taki a nie inny sposób.
– Nie jesteś sama. Dziesięć do dwudziestu procent ciąż kończy się poronieniem. To dość powszechne.
Być może jego słowa miały sprawić, że poczuję się lepiej, ale tak się nie stało. Lekarz zaczął coś szkicować na bloczku recept. Po chwili pokazał nam rysunek, ale bardziej przypominał bazgroły niż coś konkretnego. Przedstawiał dwa duże okręgi położone obok siebie. W środku każdego z nich znajdowało się mniejsze koło, ale były one różnej wielkości. Jedno małe, a drugie wyraźnie większe. Do dziś rozmawiamy z Jamiem o tym rysunku.
– Popatrz. – Lekarz wskazał obrazek. – Twoje dziecko wygląda tak, ale w dwunastym tygodniu powinno wyglądać w ten sposób.
Patrzyłam na rysunek przez łzy. Nie rozumiałam go. Od razu przypomniał mi się odcinek „Przyjaciół”, w którym Jennifer Aniston nie widzi swojego dziecka na USG, ale udaje, że tak, i kiwa głową. Lekarz poklepał mnie po ramieniu jak trener klepie swojego zawodnika i powiedział, że możemy spróbować ponownie za kilka miesięcy.
Powiedział nam również, że możemy zatrzymać rysunek. Ale to jeszcze nie jest najgorsze wspomnienie z tego dnia. Jamie musiał wyjść, by sfinalizować jakąś umowę kredytową w jednym z banków, którymi zarządzał. Nie mógł tego przełożyć, i chociaż to nie była jego wina, byłam zdruzgotana. Zostałam sama i musiałam umówić się na usunięcie dziecka z mojego ciała. Dziecka, którego tak bardzo pragnęłam. Kiedy omawiałam z rejestratorką szczegóły dotyczące zabiegu łyżeczkowania i jego przebiegu, łzy napłynęły mi do oczu. Pielęgniarka powiedziała, że muszę zgłosić się do kliniki chirurgicznej następnego dnia o piątej rano i że od północy nie mogę nic jeść. Podniosłam gwałtownie głowę.
– Jak to? Co? Jutro rano? Nie powinniśmy chwilę poczekać i zobaczyć, czy nie zaszła jakaś pomyłka?
Wszystko działo się za szybko. Czy nie powinnam zasięgnąć drugiej opinii? A jeśli komuś pomyliły się daty? Nic nie odpowiedziała, tylko westchnęła smutno. Następnie podała mi wizytówkę z datą i godziną wizyty. Wyraz jej twarzy mówił wszystko. Musiałam sama wrócić do domu. Szlochając, zostawiłam wiadomość szefowej oraz mojej mamie, a potem wyłączyłam telefon. Nie chciałam słuchać o tym, że poronienia często się zdarzają. Nie chciałam słuchać o tym, że możemy spróbować ponownie za kilka miesięcy. Chciałam być smutna. Resztę dnia spędziłam, zastanawiając się, jak przekazać znajomym, że nie jestem już w ciąży, zła na siebie za to, że powiedziałam o tym tak wcześnie. Każdy scenariusz wydawał się ponury i pozbawiony sensu. Kiedy Jamie wrócił wieczorem z pracy, zastał mnie skuloną na kanapie. Powtórzył to, co powiedział lekarz.
– Możemy spróbować jeszcze raz. To dobrze. Coś musiało być nie tak z naszym dzieckiem. Następnym razem wszystko będzie w porządku.
Następnego dnia rano przybyliśmy do szpitala. Sam zabieg przebiegł szybko. Kiedy obudziłam się wciąż oszołomiona po znieczuleniu, zapytałam pielęgniarkę, czy nie ma już mojego dziecka. Zanim zdążyła odpowiedzieć, znów popadłam w otępienie, ale pamiętam, jak powiedziała, być może do innej pielęgniarki, że to jedno z najsmutniejszych pytań, jakie kiedykolwiek słyszała. Po stracie dziecka płakałam tygodniami. Po raz pierwszy czułam tak ogromną utratę kontroli nad własnym życiem. Zajęłam się dietą, ćwiczeniami, bieganiem oraz próbą zrozumienia, dlaczego moje ciało mnie zawiodło. Poświęcałam czas na poszukiwanie informacji i czytanie o kobietach, które poroniły. Musiałam się dokształcić, ale przede wszystkim potrzebowałam kontaktu z osobami, które rozumiały, przez co przechodzę. Kobiety, z którymi wtedy nawiązałam znajomość online, zostały moimi przyjaciółkami na całe życie. Strata nas połączyła. Znalezienie grupy ludzi, którzy mnie rozumieli, odmieniło moje życie. Jamie nie przeżywał żałoby tak jak ja. Po rozmowach z innymi kobietami doszłam do wniosku, że u większości mężów jest podobnie. Moje ciało przeszło przez coś bardzo trudnego i chciałam o tym rozmawiać. Jamie nie miał takiej potrzeby. Byłam zła, bo, według mnie, niewystarczająco smucił się z powodu straty naszego dziecka. Przypuszczam, że powiedziałby, iż mój smutek wystarczył. W pierwszym roku małżeństwa żyliśmy w miarę zgodnie, a największym źródłem naszych konfliktów była żałoba. Zaczęłam się nadmiernie koncentrować na ponownym zajściu w ciążę, jakby to było jakieś zadanie do wykonania. Seks był planowany i przestał sprawiać przyjemność. Siusiałam na patyczki owulacyjne w służbowej toalecie i płakałam, gdy nie pojawiały się uśmiechnięte buźki. Koleżanka z pracy powiedziała mi: „Zacznijcie podróżować, cieszcie się wspólnie spędzanym czasem. Zanim się obejrzysz, będziesz miała dzieci”. Pewnie miała rację, ale jej nazbyt bezpośrednie podejście uraziło mnie. Jakiś czas później, po tym, jak przepełniona rozpaczą, przekonywałam siebie, że już nigdy nie będziemy mieli dzieci, wynik testu ciążowego wyszedł pozytywny. Lecz wtedy zamiast radości poczułam strach. Bałam się, że pokocham kolejne dziecko i znów je stracę. Zostawiłam test na umywalce w łazience i zeszłam do piwnicy, żeby pobiegać na bieżni. Chwilę później Jamie wrócił do domu i poprosiłam go, żeby przyniósł mi gumkę do włosów z łazienki. Zszedł na dół z testem w dłoni, z szerokim uśmiechem na twarzy.
– To się dzieje naprawdę? – Był bardzo podekscytowany.
Aż do dwudziestego tygodnia ciąży z nikim nie podzieliliśmy się tą nowiną. Nawet z naszymi rodzicami. Mniej więcej w szóstym miesiącu w końcu się uspokoiłam i zaczęłam cieszyć ciążą. Odkryłam wtedy, że wręcz uwielbiam być w ciąży. Jamie też się cieszył. Kupił nawet kij bejsbolowy i rękawicę dla swojego pierwszego syna. Kiedy przyszły pocztą, rozpłakałam się. Relacja Jamiego z jego ojcem była zupełnie inna niż wszystkie, jakie dotychczas znałam. Byli najlepszymi przyjaciółmi, codziennie rozmawiali przez telefon. Jego tata przez wiele lat go trenował i jednocześnie był jego największym fanem. Nie miałam wątpliwości, że Jamie będzie miał taką samą relację z naszym synem. Cooper urodził się 6 grudnia. Wydawało mi się, że ciąża trwała wieki. Kiedy ma się dziecko z niepełnosprawnością, trzeba przygotować się na wiele pytań o ciążę i poród. Każdy ośrodek terapeutyczny, każda szkoła, a nawet lokalne urzędy będą chciały znać szczegółowy przebieg tych dziewięciu miesięcy. Zawsze uważałam, że te procedury są inwazyjne – ciągłe wypełnianie rubryk w kolejnym szkolnym formularzu. Odpowiedzi jednak zawsze były takie same. Poza tym, że za dużo przytyłam, moja ciąża przebiegała idealnie. Żadnych problemów. Początek porodu również przebiegał bez problemów, choć powoli. Byłam tak podekscytowana spotkaniem z Cooperem i zostaniem mamą, że oczekiwanie było dla mnie niemal nie do zniesienia. Z powodu wielkości dziecka i braku ruchów pod koniec czterdziestego tygodnia lekarz zalecił indukcję porodu. Jamie i ja przyjechaliśmy do szpitala w niedzielę wieczorem i założono mi Cervidil, żeby wywołać poród. Nic się nie wydarzyło. Następnego ranka podano mi oksytocynę. Nadal nic. Po kilku godzinach chodzenia po korytarzach w końcu nastąpił niewielki postęp. Niestety niewystarczający. Chociaż my byliśmy już gotowi na spotkanie z naszym dzieckiem, ono nie było gotowe na spotkanie z nami. Od samego początku musieliśmy działać według jego harmonogramu, co według mnie było znamienną zapowiedzią tego, co nas czeka w przyszłości. Nie zamierzał ustąpić. W końcu, po dwudziestu czterech godzinach w szpitalu, pojawiło się parcie. Poczułam falę ekscytacji, gdy pielęgniarka przestawiła łóżko, przyciemniła światła i pokazała Jamiemu, jak ma przytrzymać moje nogi. Jego twarz pobladła, gdy spojrzał w dół. Gdyby mógł wtedy uciec, pewnie by to zrobił. Nie sądzę, żeby był przygotowany na tak bezpośrednie doświadczenie. Podczas zajęć w szkole rodzenia naiwnie założyłam, że parcie jest dla kobiety czymś naturalnym. Nawet podczas pierwszego porodu. Jakby instynktowne. Dla mnie nie było. Czułam wstyd i brak komfortu. A po nieprzyjemnej sytuacji z wypróżnieniem ogarnęło mnie zniechęcenie. Mój mąż zapewniał mnie, że to nic takiego, a i tak potem żartował z tego przez lata. Dwie godziny później nastąpił postęp. Pojawiła się główka, ale niestety dziecko znów utknęło. Byłam wyczerpana i nie wiedziałam, ile jeszcze wytrzymam. Bałam się, że lekarz wspomni o cesarskim cięciu, ale zamiast tego użył słów: nacięcie krocza. Pomogło i poczułam natychmiastową ulgę. Cooper urodził się kilka sekund później. Byłam pewna, że lekarz od razu położy dziecko na mojej piersi i że będę mogła natychmiast nawiązać z nim więź. Tak jak na filmach. Ale on podał je pielęgniarce, nikt nawet na mnie nie spojrzał. W kilka sekund wokół Coopera zgromadziło się wiele osób. Czekałam, aż zacznie płakać. Wszyscy wspominają o pierwszym krzyku, który przeszywa salę. Ale w naszej panowała cisza, przerywana jedynie szeptami personelu, który otaczał Coopera.
Lekarz powtarzał: „Nic mu nie jest”. Ale ja zastanawiałam się, skąd on to może wiedzieć? Przecież zajmował się mną, zakładał szwy. Nawet nie spojrzał na dziecko leżące na stole za jego plecami. Przypomniałam sobie historyjkę o samolocie i personelu pokładowym. Kiedy samolot wpada w turbulencje, nie ma powodu do paniki, dopóki obsługa jest opanowana. Jeśli siada i zapina pasy, no cóż, zachowaj spokój. Lekarz był moim stewardem. Nie panikował.
Ciągle kręciłam się, próbując zobaczyć, co robią pielęgniarki. Lekarz zabronił mi się ruszać, ale trudno mi się było powstrzymać. W końcu usłyszałam słowa:
– Intubować. Nie oddycha prawidłowo. No dalej, maleństwo. Oddychaj.
Wydawało mi się, że mija wieczność. W rzeczywistości upłynęło pewnie parę minut.
– Dajcie mi moje dziecko. Chcę do mamy. Jamie, zawołaj moją mamę.
A potem przenikliwy, gniewny krzyk wypełnił pomieszczenie. To był Cooper. Był z nami. Tylko trochę spóźnił się na imprezkę. Opadłam z powrotem na łóżko, ręce miałam wyczerpane od podtrzymywania się i prób przedostania się do mojego dziecka. Wypuściłam powietrze, które jak się okazało, od dłuższego czasu wstrzymywałam.
Pielęgniarka włożyła mi w ramiona zawiniątko i powiedziała:
– Gratulacje, mamo. Jest piękny. I duży! Waży cztery kilogramy.
Spojrzałam w dół i w końcu zobaczyłam swoje dziecko. Po tych wszystkich trudach i strachu miałam go w ramionach i nie zamierzałam puścić. Jedna z przyjaciółek powiedziała mi, że w chwili, gdy trzymasz dziecko w ramionach, ból porodowy znika. Opowiedziała mi piękne historie o narodzinach swoich córek, twierdząc, że nie czuła później ani odrobiny bólu. Byłam jej przeciwieństwem. W chwili, gdy urodziłam Coopera, czułam bólu dosłownie wszędzie. Wycisnął ze mnie siódme poty. Ale teraz już mnie to nie obchodziło. To już nie miało znaczenia. Nigdy nie czułam większej miłości.
Pielęgniarka poinformowała nas, że wynik Coopera w skali Apgar jest wyjątkowo niski, ale sam Cooper wydawał się coraz bardziej ożywiony. Miałam nadzieję, że po prostu lekarze będą go uważnie obserwować i nie trzeba będzie przenosić go na oddział intensywnej terapii noworodków. Wyglądał, jakby przeszedł przez piekło. Jego głowa miała kształt stożka i była posiniaczona, a blond włosy – posklejane krwią. Jednak najbardziej zapamiętałam jego oczy. Zawsze myślałam, że niemowlęta są po porodzie bardzo śpiące. Nie nasz Cooper. Był rozbudzony i rozglądał się po pokoju szeroko otwartymi oczami. Wydawały się rozbiegane, jakby próbował zrozumieć, co się właśnie stało. Wyglądał na zdezorientowanego. Zagubionego. W końcu sala opustoszała i kiedy pielęgniarka zamknęła za sobą drzwi, usłyszałam, jak moja mama pyta:
– Wszystko w porządku?
– Tak, dajmy im chwilę dla siebie – odpowiedziała pielęgniarka.
Miała rację. Potrzebowaliśmy czasu. Cisza wypełniła pokój. Jamie i ja w końcu spojrzeliśmy na siebie.
– Bałeś się? – zapytałam. – O mój Boże, ja byłam przerażona.
– Nie, wiedziałem, że wszystko będzie dobrze – odparł.
Po raz kolejny zadziwił mnie jego spokój. Wydawał się zupełnie niewzruszony tym, co się właśnie wydarzyło. Ja natomiast wciąż się trzęsłam. Odwinęłam kocyk i spojrzałam ponownie na dziecko, które trzymałam w ramionach. Liczyliśmy jego palce u rąk i nóg. Uśmiechnęłam się, czując miękkość jego skóry. Jamie uklęknął przy łóżku i włożył palec w rączkę naszego syna.
– Cześć, Cooper, to twoja mama i tata!
Nagle poczułam spokój. Miałam swoje wymarzone dziecko. Zakochałam się w nim od razu. Byłam przepełniona miłością. Przed oczami przemknęły mi obrazy meczów bejsbolowych i małego chłopca łowiącego swoją pierwszą rybę. Ludzie często mnie pytają, kiedy zauważyłam, że coś jest nie tak. Zazwyczaj pytają o to matki maluchów, które martwią się o rozwój swojego dziecka i chcą mieć pewność, że wszystko jest w porządku. Że to nie autyzm. Przypominam im, że każda historia jest jedyna w swoim rodzaju, że nie ma dwóch takich samych przypadków.
Niektórzy rodzice opowiadają o idealnie rozwijającym się dziecku, a potem w dwunastym miesiącu życia nagle coś się przełącza i jakby światło nagle przygasło. Albo o tym, że ich maluch mówił pełnymi zdaniami i pewnej nocy przestał. Udostępniono mi wiele takich filmów… Maluchy mówią „mama”, „ciężarówka”, „piłka”, a potem rodzicom pęka serce i opłakują to, czego już nie ma. Niektórzy rodzice twierdzą, że rozpoznali autyzm pierwszego dnia, podczas gdy inni w ogóle się go nie spodziewali. Ja nie pamiętam czasów przed autyzmem. Mogłam jeszcze nie znać definicji tego słowa, może nie rozumiałam powagi diagnozy. Lecz wracając do chwili, kiedy pierwszy raz trzymałam swoje dziecko w ramionach, wiedziałam, że ma autyzm. Po prostu był z Cooperem spleciony, owijał go niczym misterna kołdra, której nie dało się od niego oddzielić, chociaż przez kolejne lata rozpaczliwie się o to modliłam. Próbowałam ustalić, które części mojego synka są autystyczne, a które nie, aż w końcu zdałam sobie sprawę, że nie da się tego określić. Pozbycie się diagnozy oznaczałoby pozbycie się jego w całości. Zaakceptowanie tego faktu zajęło mi lata.
Kiedyś, w przeszłości, uważaliśmy z Jamiem, że sama perspektywa wychowywania dziecka ze specjalnymi potrzebami jest surrealistyczna – wręcz absurdalna. A jednak życie postawiło przed nami wyzwanie, na które oboje nie byliśmy gotowi. Wyzwanie, które odmieniło naszą relację i nasze podejście do rodzicielstwa. Brązowe spodnie i dżinsowa koszula. Tak był ubrany pastor prowadzący nauki przedmałżeńskie.