Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Chłopiec z odrodzonego miasta. Gdańska opowieść. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 lipca 2026
38,90
3890 pkt
punktów Virtualo

Chłopiec z odrodzonego miasta. Gdańska opowieść. Tom 2 - ebook

Powojenny Gdańsk

Zniszczone miasto powoli wraca do życia, odgruzowywane są ulice i przybywają do niego nowi mieszkańcy. Helena, Fryderyk i Tadeusz zmagają się z niełatwą codziennością. Mimo że wojna się zakończyła, to jej ślady wciąż tkwią w psychice bohaterów. Fryderyk pamięta tragiczną śmierć matki, która została żywcem spalona w gdańskim kościele, a Helena nosi w sercu ból po stracie synka.

Chłopiec otrzymuje nową tożsamość i datę urodzenia, lecz nauka języka polskiego okazuje się dla niego nie lada wyzwaniem. Uczęszcza do szkoły, nawiązuje nowe znajomości i przeżywa młodzieńczą miłość. Uczy się także gry na pianinie, daje pierwsze koncerty przed publicznością oraz marzy o muzycznej karierze. Zmaga się również ze swoją niemiecką przeszłością, która naraża go w otoczeniu na nieprzyjemności oraz złośliwości.

W tle powieści dzieją się wydarzenia polityczne, które dotykają bohaterów: publiczna egzekucja oprawców nazistowskich, proces Forstera, strajk dokerów czy wreszcie śmierć Stalina.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68923-24-7
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

W świetle odchodzącego dnia oczy matki dziwnie połyskiwały. Patrzyły na mnie spojrzeniem przerażonego zwierzęcia. W tym wzroku było coś niepokojącego, coś, co przypominało krzyk duszy. Nachyliłem się nad łóżkiem i poprawiłem poduszkę, która wysunęła się spod głowy matki.

– Teraz będzie ci wygodniej – powiedziałem, gładząc jej przyprószone siwizną włosy. Ścisnęła z całej siły moją rękę, otwierając szeroko usta, tak jakby krzyczała. Ciemnoniebieskie tęczówki błyszczały strachem i niedowierzaniem.

– Kim jesteś? – zapytała cicho, niemal bezgłośnie. Kurczowo zacisnęła palce na moim nadgarstku. Miała chłodną, prawie przezroczystą skórę, pod którą prześwitywała pajęczyna cienkich żyłek.

– Mamo, to ja, Fryderyk.

– Fryderyk… – Uśmiechnęła się bezwiednie, usiłując skinąć głową. Przymknęła powieki, a kiedy ponownie je uniosła, dostrzegłem w spojrzeniu spokój. Iskierka radości rozlała się po jej twarzy, policzki zaróżowiły się, a usta nabrały żywszej barwy.

– Fryderyk, mój, syn… – wyszeptała.

– Tak, mamo.

– A on?

– Kto?

– Tamten człowiek…

– To był lekarz. Zrobił ci zastrzyk. Już sobie poszedł.

Miała suche, popękane wargi. Napełniłem szklankę wodą i podałem jej do picia. Przełknęła łapczywie, delektując się każdą kroplą.

– Chcesz jeszcze?

– Nie, dziękuję. – Oblizała językiem mokre usta.

Na przedramieniu dostrzegłem świeżo zaschniętą krew. Matka rozdrapała ranę, która nie zdążyła się wygoić. Przygotowałem opatrunek i opatrzyłem uszkodzoną skórę. Smuga światła, która wpadała do wnętrza spomiędzy zasłon, stawała się coraz bledsza, zapaliłem więc nocną lampkę. Przyjemna jasność napełniła pokój ciepłem, rozświetlając skromne umeblowanie sypialni. Matka wpatrywała się we mnie pogodnym wzrokiem. Ułożyłem ją wygodnie na łóżku i opatuliłem kołdrą aż po samą szyję.

– Będzie dobrze – powiedziała, a ja odruchowo przytaknąłem głową. – Już czuję się lepiej. Dużo lepiej.

Zdawałem sobie sprawę, że jest to złuda. Matka dostała zastrzyk, który polepszył samopoczucie i chwilowo uśmierzył ból. W szeroko otwartych oczach pojawiła się nadzieja. Nie miałem odwagi powiedzieć prawdy, że jedynie cud może przywrócić jej zdrowie.

Naraz skrzypnęły drzwi i w progu pokoju pojawił się Tadeusz. Podszedł do łóżka chorej.

– Witaj, Helenko – wychrypiał nieswoim głosem. Nerwowo przełknął ślinę. – Ugotowałem rosół. Zaraz ci przyniosę. Zobaczysz, że po takiej pożywnej zupie od razu poczujesz się lepiej. Mam rację, Fryderyku?

– Tak – odparłem.

Biedny Tadeusz naiwnie wierzył, że talerz rosołu, niczym dotknięcie magiczną różdżką, jest w stanie cudownie uzdrowić.

– Jesteś silna, Heleno, i staniesz na nogi! – dodał po chwili. Zagryzł wargi i popatrzył na mnie w oczekiwaniu, że potwierdzę jego słowa. Celowo unikałem spojrzenia Tadeusza, wodząc wzrokiem po przybrudzonych ścianach. Wyraźnie dostrzegałem, jak z każdym dniem matka słabła w oczach i gasło w niej życie, ale swoje spostrzeżenia zatopiłem głęboko w sercu. Nie potrafiłem zdobyć się na bolesną szczerość. Cicho westchnąłem i wyjąłem z torby pudełko z lekarstwami.

– To w takim razie pójdę do kuchni, żeby podgrzać zupę. Rosół musi być gorący – powiedział, a ja skinąłem głową.

Kiedy wyszedł z sypialni, usiadłem na brzegu łóżka, spoglądając na twarz matki. Drżącą ręką pogłaskałem jej policzki.

– Co u ciebie, synku?

– Wszystko dobrze. – Poczułem ucisk w gardle, jednak nic nie dałem po sobie poznać. – Połknij tabletkę. Za chwilę wróci Tadeusz z obiadem, a potem odpoczniesz. Zawsze powtarzałaś, że po jedzeniu trzeba odpocząć, pamiętasz?

Uśmiechnęła się nieporadnie.

– Fryderyku?

– Słucham, mamo?

– Ja wszystko wiem. Wiem, że ta poprawa to tylko na moment. Jest jak motyl, który przysiadł jedynie na chwilę i wkrótce odfrunie – jęknęła cicho. Nerwowo zacisnęła usta. – Pamiętasz, jak śpiewałam ci kołysanki?

Przytaknąłem.

– Bardzo lubiłeś ich słuchać. Wymyślałam wciąż nowe zwrotki, które zapisywałam w zeszyciku. Miałam cichą nadzieję, że któregoś dnia zaśpiewam te kołysanki również moim wnukom.

– Bo zaśpiewasz, zobaczysz.

Próbowała się unieść, ale zabrakło jej siły i opadła na poduszkę.

– Wiesz, że to nieprawda. Niedługo pożegnam się z wami.

Nie zdążyłem nic odpowiedzieć, bo w korytarzu za drzwiami rozległ się tupot nóg i do sypialni wbiegła Róża.

– Mamusiu, mamusiu, zobacz, co przyniosłam! – Otworzyła dłonie, na których pyszniły się świeże kasztany. – Zrobisz ze mną ludziki?

– Różo, mama jest chora. Ja pomogę ci zrobić kasztanowe ludziki, dobrze?

Grymas jej twarzy wyraził rozczarowanie.

– A mama? – spytała cichutko.

– Mama potrzebuje spokoju.

Objąłem dziewczynkę ramieniem i mocno przytuliłem do piersi. Po chwili poczułem na koszuli wilgoć jej łez.

– Cii, nie płacz, mama wyzdrowieje – wybąkałem. Moje kłamstwo wypływało z racji serca. Nie potrafiłem powiedzieć dziesięciolatce prawdy o chorobie matki.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Gdzie znalazłaś takie śliczne kasztany?

– Na podwórku.

– Ho, ho, to nasz kasztanowiec tak pięknie obrodził – ucieszyłem się. Odruchowo zerknąłem za okno, gdzie rosło dorodne drzewo. Pośród jego gałęzi czaił się zmierzch, zachodzące w oddali słońce rzucało ostatki światła, aby po chwili zupełnie zniknąć z horyzontu. Kasztanowiec. Pamiętam go doskonale. Dorastałem razem z nim, obserwując, jak z każdym rokiem niepozorne drzewko stawało się potężniejsze i rodziło coraz więcej owoców. Razem mężnieliśmy.

Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos otwieranych drzwi. Wrócił Tadeusz, niosąc talerz z zupą. Przyjemnie zapachniało rosołem. Podciągnęliśmy chorą na łóżku, tak żeby mogła wygodnie oprzeć się o zagłówek. Potem spojrzałem w jej oczy. Pomimo słabości uśmiechały się łagodnie. Były to te same oczy, które z dumą spoglądały na mnie podczas koncertów, kiedy elegancko ubrany wchodziłem na podium, zasiadałem przy pianinie i kładłem na klawiaturze dłonie, aby chwilę później wydobyć z instrumentu dźwięki muzyki. Były to oczy kobiety, która stała się dla mnie matką.

***

Tak naprawdę niewiele o sobie wiem. Jestem chłopcem wydobytym z gruzów, jak kiedyś określił mnie Tadeusz, mój przybrany ojciec. Wojna zabrała mi wszystko, co było bliskie memu sercu. Moją matkę, moją tożsamość, moje miasto. Wszystko legło w gruzach, tak jak miejsce, gdzie się urodziłem i spędziłem pierwsze lata dzieciństwa. Mój dom rodzinny przestał istnieć, a ulica, na której grałem w piłkę z kolegami, stała się jednym wielkim rumowiskiem. Nocami słychać było uderzenia młotków i kilofów. Szabrownicy rozgrzebywali gruzowiska, żeby wydobyć z nich to, co zostało po dawnych mieszkańcach. Co prawda większość ulic wciąż jeszcze miała niemieckie nazwy, ale nie był to już mój dawny Danzig. Port, który jeszcze nie tak dawno stanowił dumę nadmorskiego miasta, przypominał cmentarzysko. Sterczące kominy zatopionych statków i dźwigów, wysadzone minami żurawie, wraki maszyn z powykręcanymi stalowymi elementami, spalone magazyny portowe oraz pływające w basenach setki ciał przedstawiały smutny widok. To, co nie zostało zniszczone działaniami wojennymi, a miało jakąś wartość, Rosjanie wywieźli do Związku Radzieckiego. Danzig zaludniał się nowymi mieszkańcami, którzy przybywali z różnych stron Polski i z wolna tworzyli podstawy normalnego, zwyczajnego życia.

Dostałem nową tożsamość. Nie byłem już Friedrichem, a Fryderykiem. Nazwisko Koszek nadała mi Helena. Fryderyk Koszek… Przez długi czas nie potrafiłem przyzwyczaić się do zmienionego imienia. Brzmiało dla mnie dziwnie i czułem się, jakby siłą obleczono mnie w obcą skórę, która uwierała niczym niewygodne ubranie. Swojego prawdziwego nazwiska nie pamiętałem, tak jak nie znałem dokładnej daty swojego urodzenia ani swojego wieku. Ile miałem lat, kiedy Danzig przeobraził się w Gdańsk? Sześć? Siedem? A może osiem? Zresztą nie miało to znaczenia. Stałem się nowym człowiekiem, historia mojego dotychczasowego życia została przekreślona. Od zakończenia wojny nie obchodziłem już urodzin jesienią, kiedy obumierały drzewa, a świat kurczył się w swoich barwach. Helena zadecydowała, że moje urodziny będziemy świętować w kwietniu. Nie protestowałem, a wręcz przeciwnie, nawet ucieszyłem się z tej zmiany. Nie znosiłem jesiennej zgnilizny, natomiast wiosna była moją ulubioną porą roku.

Dostałem także nowych rodziców, gdyż w papierach oficjalnie zostałem uznany za syna Heleny i Tadeusza. Skrzętnie ukrywano przed otoczeniem moją prawdziwą narodowość. Wciąż byłem małym chłopcem i nie uświadamiałem sobie zawiłości czasów, w których przyszło mi żyć, a przyznawanie się do bycia Niemcem z pewnością naraziłoby mnie na szykany i wyzwiska. Stałem się Polakiem, co skrupulatnie zostało odnotowane w dokumentach. Jedynym problemem był polski, którego nie znosiłem, i dostawałem gęsiej skórki, kiedy każdego wieczoru posłusznie zasiadałem z matką do lekcji. Uczyłem się wymawiać sz, ś, cz i ć, wykręcając język na wszystkie strony i pocąc się przy tym niemiłosiernie. Drażniły mnie te dźwięki, ale nie miałem wyjścia. Musiałem nauczyć się biegle nowej mowy. To była również część mojej odmienionej tożsamości.

Pamiętam dokładnie, że początek września tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego był pogodny i słoneczny. Wysuszona bezdeszczowym latem ziemia parowała ciepłem, a w śródmieściu Gdańska smród rozkładających się zwłok stawał się nie do zniesienia. Mimo że od rana do późnych godzin wieczornych porządkowano miasto, to pod gruzami wciąż zalegały tysiące ludzkich trupów. Zbierano je na wozy i wywożono w rejon Grodziska, gdzie znajdował się rów przeciwpancerny oraz wolne tereny pobliskiego cmentarza. Miejscem pochówku były również okolice miejskich murów. Szczątki upychano warstwowo, żeby zaoszczędzić przestrzeń.

– Jak tak dalej pójdzie, to grozi nam epidemia – powtarzała Helena. Zabroniła mi urządzać wycieczki do Śródmieścia oraz chodzić po ruinach. Nie słuchałem jednak jej zakazów i dalej potajemnie wymykałem się z Langfuhr.

Pewnego razu obudziłem się bardzo wczesnym rankiem. Zerknąłem przez okno. Pierwsze promienie słońca malowały niebo na złoty kolor, zapowiadał się piękny wrześniowy dzień. Postanowiłem wybrać się nad rzeczkę, żeby popatrzeć na kaczki. Lubiłem obserwować, jak nurkują albo leniwie wylegują się nad brzegiem. Czasem zanosiłem im okruchy chleba, które skrzętnie zbierałem przez cały tydzień do lnianego woreczka. Cichutko wszedłem do kuchni, żeby napić się wody i zjeść kanapkę. Sięgnąłem do szafki po słoiczek ze smalcem, gdy nagle usłyszałem odgłos otwieranych drzwi.

– Dlaczego chodzisz boso? – Matka stała w progu ze wzrokiem utkwionym w moich nagich stopach. Zmarszczyła brwi. – Przemarzniesz i przeziębisz się.

– Ja tylko na chwilę… – wybąkałem.

– Szybciutko włóż buty.

– Dobrze – odparłem posłusznie. Po chwili wróciłem obuty w moje skórzane pantofle, jedyne, jakie posiadałem.

– Dzisiaj udamy się w pewne miejsce – powiedziała, uśmiechając się tajemniczo.

Położyła na stole talerz z pajdą chleba obficie obłożoną smalcem oraz kawałkami cebuli. Potem podgrzała na kuchence mleko, przelała do szklanki i kazała mi wypić. Opróżniłem napój jednym duszkiem, po czym wbiłem zęby w kromkę.

– Najedz się porządnie, żebyś nie był głodny. Zaraz przygotuję ci ubranie. Musisz schludnie wyglądać.

Podniosłem oczy znad talerza. Matka nie przestawała się uśmiechać. Włosy miała związane w ciasny kok tuż nad karkiem. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w takiej fryzurze, zawsze nosiła proste kosmyki luźno opadające na ramiona. Lubiłem na nią patrzeć. Moja nowa mama. Podobała mi się. Przechyliła zabawnie głowę, krojąc chleb na cienkie kromki.

– A dokąd idziemy?

– Do szkoły. – Widząc moją zdziwioną minę, wyjaśniła. – Szkoła to takie miejsce, gdzie dowiesz się wielu nowych rzeczy.

– Wolałbym na plażę albo nad rzeczkę – odparłem zmartwionym głosem.

– Musisz zacząć się uczyć.

– Mamo, a gdzie jest ta szkoła?

– Niedaleko rynku w Langfuhr. Chodź, uczeszę ci włosy, bo nastroszyły się jak u jeża. Wytrzyj z buzi okruchy chleba.

Godzinę później opuściliśmy mieszkanie. Dreptałem obok matki, podskakując i kopiąc kamyki.

– Spójrz, Fryderyku, nasza ulica dostała nową nazwę. Już nie jest Rickert Weg. – Matka wyciągnęła palec w kierunku tabliczki, która wisiała na ścianie kamienicy.

– A jak się teraz nazywa?

– Parkowa. Podoba ci się?

Przytaknąłem skinieniem głowy.

Skierowaliśmy nasze kroki w górę Hauptstrasse. Szliśmy ścieżką biegnącą pośród gruzowisk. Dookoła walały się cegły i sterczały żelazne pręty, które jeszcze nie tak dawno tworzyły kręgosłup tętniących życiem domów. Z pięknej alei zostały sterty ruin, niczym bezkształtna masa rozrzucona przez rozwścieczonego olbrzyma.

Szkoła mieściła się przy dawnej Bahnhofstrasse, którą nowe władze przemianowały na ulicę Dworcową. Budynek przypominał zamek, z dwoma wysmukłymi basztami po obu stronach bramy. Wyobraziłem sobie, że mieszka tutaj rycerz i za chwilę wyjdzie nam na spotkanie. W pewnej chwili drzwi się otworzyły, ale zamiast rycerza ujrzałem grupkę dzieci. Podwórko zaroiło się od chłopców i dziewcząt, ich radosne okrzyki rozbrzmiewały w powietrzu, unosząc się z lekkością ponad gruzami zniszczonego miasta. Matka chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę kamiennych schodów.

Stanęliśmy pod masywnymi drzwiami prowadzącymi do pokoju dyrektorki.

– Bądź grzeczny, nie hałasuj i staraj się odpowiadać po polsku.

Skinąłem głową. Nie chciałem sprawić matce zawodu, więc wziąłem sobie jej słowa głęboko do serca. Poprawiła mi włosy, prostując grzywkę tak, żeby równo zakrywała czoło.

Gabinet był niewielki, większość jego przestrzeni zajmowało drewniane biurko, na którym piętrzyły się stosy papierów. Na nasz widok dyrektorka uśmiechnęła się, wskazując ręką stare wysłużone krzesła. Zajęliśmy miejsca. Przez moment siedzieliśmy w zupełnej ciszy, zerkając na siebie nawzajem zaciekawionym wzrokiem.

– Jak się chłopiec nazywa? – zapytała po chwili kobieta.

– Fryderyk. Fryderyk Koszek.

– Bardzo ładne imię. – Miała okrągłą pulchną twarz i patrzyła na mnie spod grubych szkieł, które nadawały jej oczom rybiego wyglądu. – Ile masz lat?

– Siedem – bąknąłem nieśmiało.

– Miejsce urodzenia?

– Danzig – powiedziała matka.

Dyrektorka podniosła wzrok znad kajetu, zmarszczyła czoło.

– Znaczy się Gdańsk – wycedziła.

– W roku, w którym syn przyszedł na świat, to miasto nazywało się Danzig.

– Te czasy należą już na szczęście do przeszłości – odparła suchym, szorstkim głosem. Spojrzała chłodno na matkę, jakby się nad czymś zastanawiała. Z jej ust nie padło jednak żadne słowo i zapanowało krępujące milczenie. Widziałem, jak matka zaczerwieniła się, zagryzła wargi. Poczułem się dziwnie nieswojo. Obawiałem się, że dyrektorka odmówi przyjęcia mnie do szkoły i mama będzie zawiedziona. Chciałem coś powiedzieć, jakieś słowa, które udobruchałyby tę nieprzyjemną kobietę, ale w gardle wyrosła mi gula i niczego nie mogłem z siebie wydusić. Wytarłem mokre z nerwów dłonie o nogawki spodni.

Dyrektorka skończyła wypełniać dokumenty, zebrała je z biurka i wpakowała do teczki.

– Pójdziesz do klasy pierwszej – stwierdziła.

Siedziałem nieruchomo jak zahipnotyzowany. Matka szturchnęła mnie lekko łokciem.

– Słyszałeś, Fryderyku? Zaczniesz naukę w pierwszej klasie. Nauczysz się czytać, pisać oraz liczyć.

Przytaknąłem posłusznie.

– A teraz chodź, zaprowadzę cię do sali. – Kobieta szurnęła krzesłem, po czym wyłoniła się zza biurka. Strzepnęła ze spódnicy niewidoczne pyłki i wsunęła głębiej na nos okulary.

Spojrzałem na matkę, czekając, co powie. Kłębiły się we mnie różne emocje. Strach, radość, smutek, niepewność. Wszystko naraz. Oddychałem głęboko, usiłując uspokoić rozdygotane serce.

– Idź, synku. Poczekam na ciebie na podwórku.

– Na pewno poczekasz?

Uśmiechnęła się.

– Na pewno.

Szedłem z dyrektorką długim ciemnym korytarzem. W powietrzu unosił się zapach kurzu, który drażnił mi nozdrza. Kichnąłem raz i drugi. Potem wspięliśmy się po schodach na piętro i po chwili weszliśmy do sali lekcyjnej. Na wprost drzwi przy stole siedziała kobieta. Kiedy ujrzała przełożoną, natychmiast zerwała się z krzesła.

– Wstańcie – zwróciła się do dzieci. Była cała ubrana na czarno, a jej drobną twarz okalała burza kędzierzawych włosów.

W jednej chwili rozległ się szurgot odsuwanych krzeseł. Dyrektorka omiotła uczniów surowym spojrzeniem, ścisnęła mnie za ramię i popchnęła lekko do przodu.

– Przyprowadziłam nowego kolegę. Od dzisiaj będzie się uczył razem z wami. Nazywa się Fryderyk.

Zarumieniłem się aż po same uszy. Kilkanaście par oczu wpatrywało się we mnie z zainteresowaniem. Poczułem się skrępowany. Najchętniej odwróciłbym się na pięcie i uciekł, ale nie miałem odwagi wyszarpnąć się z uścisku ręki surowej kobiety.

– Usiądziesz tutaj. – Wskazała palcem na pierwszą ławkę tuż przy biurku nauczycielki.

Posłusznie zająłem miejsce obok piegowatego chłopca.

– Mam nadzieję, że będziesz się dobrze uczyć, tak żeby mama mogła być z ciebie dumna – dodała dyrektorka, rozciągając usta w szerokim uśmiechu.

Zakręciło mi się w głowie. Bałem się, czy podołam temu zadaniu i czy nie zawiodę matki. Przecież nigdy wcześniej się nie uczyłem. Wciągnąłem w płuca powietrze. Tym razem wywąchałem mieszankę zapachu starego drewna i wilgoci. Nagle poczułem bolesne szturchnięcie w ramię. W jednej chwili ocknąłem się, a rozbiegane myśli wróciły do rzeczywistości.

– Patrz na tablicę – szepnął mój sąsiad.

Podniosłem wzrok. Nauczycielka rysowała cyfry, a my mieliśmy je głośno powtarzać. Włączyłem się w chór dziecięcych głosów. W tym zadaniu szczególnie wyróżniał się pyzaty chłopak po prawej stronie, który usiłował przekrzyczeć pozostałych uczniów. Potem nauczycielka wywoływała nasze imiona. Podchodziliśmy do tablicy i ćwiczyliśmy cyferki. Kiedy usłyszałem swoje imię, posłusznie wstałem. Moja twarz oblała się rumieńcem.

– Trzy – powiedziała kobieta, uważnie lustrując mnie wzrokiem.

Drżała mi ręka, ale mimo to narysowałem całkiem zgrabną trójkę.

– Sześć.

Szóstka miała trochę zniekształcony brzuszek i kilka razy musiałem ją poprawiać.

– Dobrze, Fryderyku – pochwaliła mnie nauczycielka.

Wtem rozległ się ostry metaliczny dźwięk dzwonka, który obwieścił koniec zajęć.

– Na dzisiaj to wszystko, możecie iść do domu. Jutro zaczynamy o ósmej rano. Pamiętajcie, żeby się nie spóźnić.

Opuściłem salę tuż za piegowatym sąsiadem z ławki. Kilkoma susami pokonałem schody, po czym wpadłem na korytarz. Byłem pełen emocji po pierwszym dniu w szkole i biegłem przed siebie cały rozdygotany. Zatrzymałem się dopiero na podwórku, szukając wzrokiem matki. Wreszcie ją dostrzegłem. Stała obok niewielkiego drzewa i obserwowała gromadkę rozwrzeszczanych wróbli.

– Mamo! – krzyknąłem.

Pomachała ręką, poprawiła poły płaszczyka i ruszyła w moim kierunku.

– Mój mały uczeń wrócił cały i zdrowy. – Pogłaskała mnie czule po włosach. – To teraz opowiedz, co robiliście na lekcji.

– Rysowaliśmy cyfry. Ja musiałem narysować trójkę i szóstkę. Pani powiedziała, że wyszły dobrze – odparłem z dumą.

– Dzisiaj poćwiczymy w domu, żeby następnym razem wyszły bardzo dobrze. – Uśmiechnęła się i po chwili dodała: – Trzeba jakoś uczcić twój pierwszy dzień w szkole, więc pomyślałam, że pójdziemy na uliczkę, gdzie rosną kasztanowce.

– Hurra, będziemy zbierać kasztany! Ale nie mamy torebki! – Posmutniałem.

Matka zrobiła tajemniczą minę i wyciągnęła z kieszeni lniany woreczek. Na jego widok aż podskoczyłem z radości.

– Mamo?

– Co, synku?

– Pobiegniemy? – zapytałem nieśmiało.

Chwyciła mnie za rękę.

– Biegniemy! Kasztany niecierpliwią się, że jeszcze nas nie ma.

Przez długi czas nie myślałem o Helenie jako o matce. Mimo że zwracałem się do niej „mamo”, uważałem ją za obcą kobietę o dobrym sercu, która z litości zaopiekowała się sierotą ze zrujnowanego miasta. Nie pamiętam, kiedy uświadomiłem sobie, że stała mi się bardzo bliska. Może właśnie tamtego wrześniowego popołudnia, kiedy po skończonym dniu nauki, poszliśmy zbierać kasztany? Albo gdy pewnego razu oświadczyła, że znalazła dla mnie wykwalifikowaną nauczycielkę muzyki, która będzie przychodzić do domu i uczyć mnie gry na pianinie? Aby opłacić moje lekcje, Helena wysupłała swoje skromne oszczędności, za które mogła przecież sprawić sobie nowe ubranie.

Instrument stał w salonie na honorowym miejscu i w każdej wolnej chwili ćwiczyłem sonaty, preludia oraz marsze albo komponowałem własne utwory. Moje muzykowanie drażniło Tadeusza. Początkowo okazywał swoje niezadowolenie, przybierając skwaszone miny. Któregoś jednak razu nie wytrzymał i huknął na mnie tak głośno, że aż się popłakałem i wybiegłem roztrzęsiony do sypialni. Wtedy Helena stanęła w mojej obronie. Słyszałem, jak się kłócili. Potem przez długi czas nie odzywali się do siebie i dom utknął w ciszy. Kilka dni po awanturze siedziałem przy stole i ćwiczyłem rysowanie cyfr, kiedy w progu pokoju stanął Tadeusz. W ręku trzymał piłkę, którą sprytnie obracał koniuszkami palców.

– Łap, to dla ciebie. – Piłka spadła prosto na moje kolana. – Wiem, że muzyka jest twoim żywiołem, jak to określiła mama, niemniej trochę ruchu nie zaszkodzi. Nauczę cię paru niezłych podań, w końcu grałem w klubie Gedania. Byłem dobrym piłkarzem, a jeszcze lepszym bokserem. Gdyby nie ta przeklęta wojna, może wsławiłbym się na ringu. Ech, zostały jedynie wspomnienia. – Westchnął głośno. – No dobrze, piłka jest stara, połatana, ale jeszcze wyciśniemy z niej, co się da.

– Będziemy razem ćwiczyć?

– Tak, na naszym podwórku jest całkiem dużo miejsca. A jeśli chodzi o muzykę, to brzdąkaj sobie, ile chcesz, byle byś nie robił tego późnymi wieczorami, bo znowu doprowadzisz mnie do szału.

Przytaknąłem głową.

– Mama załatwiła muzykantkę. Będzie przychodzić do domu dwa razy w tygodniu i udzielać ci lekcji gry na pianinie. Hm, może faktycznie zostaniesz wielkim artystą? – powiedział filozoficznie. – To co, już dobrze?

– Tak.

Podaliśmy sobie ręce jak mężczyzna z mężczyzną, a potem wyszliśmy na podwórko pograć w piłkę. Nie szło mi dobrze i Tadeusz stwierdził, że muszę się jeszcze dużo nauczyć.

Panna Basia, moja nowa nauczycielka muzyki, była drobną blondynką o delikatnych rysach twarzy. Miała przejrzyście zielone oczy jak świeża wiosenna trawa i włosy w kolorze dojrzałej pszenicy z jasnymi odcieniami. Od samego początku wzbudziła we mnie sympatię Może dlatego, że przypominała wyglądem moją zmarłą matkę? W jej ruchach było coś nieuchwytnie fascynującego, wytworna delikatność i wdzięk, coś, czego nie potrafiłem dokładnie określić. Tancerka z miśnieńskiej porcelany, która stała za szybą kredensu w salonie, pomyślałem.

Kobieta otworzyła wieko pianina, przez chwilę wpatrywała się w klawiaturę, po czym przesunęła palcami po klawiszach, wydobywając z instrumentu dźwięki gamy C-dur. Spojrzała na moją zaciekawioną twarz i rozciągnęła usta w uśmiechu.

– A więc kochasz muzykę, Fryderyku. – I nie czekając na odpowiedź, dodała: – Ja również ją kocham. Przed wojną koncertowałam w Pałacu Łazienkowskim. Jestem z Warszawy.

Do pokoju weszła matka, trzymając w ręku tacę z dzbanuszkiem i trzema szklankami.

– Przyniosłam herbatę – powiedziała. Przysunęła krzesło do pianina i usiadła obok mnie.

– Co pannę przywiodło do Gdańska, panno Basiu? – zapytała.

Nauczycielka zamyśliła się, jakby ważyła słowa.

– Jeśli pani nie chce, nie musi odpowiadać. Tak tylko zapytałam – dodała cicho matka.

Kobieta zaczerwieniła się na twarzy i głęboko westchnęła. Jej jasnozielone oczy wypełniły się smutkiem.

– Nie wiem, czy pani zrozumie. Ja po prostu uciekłam. Uciekłam od wspomnień. Tam nie mam już nic. Nie ma mojego domu, nie ma mojego miasta. W powstaniu zginęli moi bliscy. Brat i narzeczony zostali w kanałach, mama z żalu rozchorowała się na serce. Zmarła, kiedy nie było mnie w domu. Pewnego dnia usiadłam na gruzach i pomyślałam, że nie chce mi się już żyć. Wtedy spotkałam koleżankę, razem walczyłyśmy w powstaniu. Ewa powiedziała, że wyjeżdża wraz z siostrą i szwagrem do Gdańska. Tam chcieli zacząć wszystko od nowa. Zaproponowała mi wspólny wyjazd. Nie namyślałam się długo. – Zrobiła pauzę i po chwili mówiła dalej: – Tak naprawdę od wspomnień nie da się uciec. To złuda. Fizycznie jestem tu nad morzem, ale myślami jestem w Warszawie. W nocy budzą mnie koszmary.

Mama zaczerpnęła powietrza i spojrzała na nią z bólem.

– Ta wojna uczyniła z nas ludzkie wraki. Nikt z nas już nie jest taki, jak przedtem, ale trzeba żyć dalej. Trzeba znaleźć sobie jakiś cel, motywację, żeby do reszty nie zwariować. Pani ma muzykę, która zabiera panią w inny świat. To już dużo. – Dopiła herbatę i podniosła się z krzesła. – Jeśli będziecie czegoś potrzebować, jestem w kuchni. W razie czego zawołasz mnie, synku, dobrze?

– Dobrze, mamo.

Po chwili zostaliśmy sami. Panna Basia ułożyła palce na klawiaturze i z instrumentu popłynęły głębokie dźwięki melancholijnej melodii, której nigdy wcześniej nie słyszałem. Melodia wznosiła się i opadała, była w niej jakaś ulotna tęsknota. Przymknąłem oczy, rozkoszując się muzyką. Niespodziewanie wybrzmiał ostatni akord i zapadła cisza.

– Podobało ci się? – zapytała.

Przytaknąłem głową.

– Robert Schumann, niemiecki kompozytor. Nauczę cię tej melodii. Teraz twoja kolej, Fryderyku. Zagraj coś.

– Może być kołysanka?

– Oczywiście.

Była to moja ulubiona kompozycja, którą odtwarzałem ze słuchu. Kiedy skończyłem, wyprostowałem plecy i położyłem ręce na kolanach. Nauczycielka przyglądała mi się w milczeniu.

– Nie ma muzyki bez emocji. Trzeba je wyrażać ruchami rąk, palców i całym ciałem. Musimy nad tym popracować, ale myślę, że się nauczysz. – Uśmiechnęła się. Wychodząc z pokoju, spojrzała na mnie raz jeszcze.

– W przyszłym tygodniu przyniosę kartki i będziemy rysować nuty.

Potem długo siedziałem przy pianinie, próbując odtworzyć melodię, którą grała panna Basia. Szło mi jednak niezdarnie. Dźwięki wymykały się moim palcom, tak jakby instrument odmówił posłuszeństwa.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Przedwojenna nazwa Gdańska

Przedwojenna nazwa Wrzeszcza, dzielnicy Gdańska

Przedwojenna nazwa Alei Grunwaldzkiej w Gdańsku

Obecna ulica Dmowskiego w Gdańsku
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij