-
promocja
ChodźMY na dwór. Jak natura uratowała moje macierzyństwo - ebook
ChodźMY na dwór. Jak natura uratowała moje macierzyństwo - ebook
Czy Twoja głowa nigdy nie przestaje pracować? Żyjemy w hałasie, pośpiechu i nadmiarze bodźców. Nasz układ nerwowy nie odpoczywa. Wpadamy w stan permanentnego alarmu – w pułapkę „miejskiego mózgu”. Ta książka to zaproszenie do małych rytuałów, które budują wewnętrzną siłę. Pokazuje, jak codzienny, świadomy kontakt z naturą obniża stres, wycisza ciało i przywraca poczucie bezpieczeństwa.
Odkryjesz, jak:
• regulować układ nerwowy
• pielęgnować uważność i zachwyt
• wyciszać natłok myśli
• oswajać lęk i budować sprawczość
• wprowadzić rytm natury w życie.
Karolina Szymańska, „outdoorowa mama” trójki dzieci, łączy kilkanaście lat doświadczeń z wiedzą z neurobiologii i psychologii. Udowadnia, że nie potrzebujesz wielkich wypraw, by poczuć ulgę – po prostu weź termos i wyjdź na dwór.
„Ta książka nie romantyzuje błota – pokazuje, dlaczego właśnie ono reguluje sen, wzmacnia odporność na choroby, buduje sprawczość i odporność psychiczną. Opiera się na wiarygodnych badaniach, ale mówi ludzkim językiem. Jeśli chcemy wychować dzieci zdrowe, samodzielne i ciekawe świata – musimy pozwolić im wyjść z domu. Najlepiej już dziś”.
prof. Wojciech Feleszko, pediatra, immunolog
Karolina Szymańska – bada związek między regularnym kontaktem z naturą i ruchem w outdoorze a dobrostanem psychicznym i fizycznym (zwłaszcza u rodziców małych dzieci). Współtwórczyni Our Little Adventures – przestrzeni, która od ponad dekady jest zaufanym źródłem wiedzy dla dziesiątek tysięcy aktywnych rodzin.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8435-081-2 |
| Rozmiar pliku: | 17 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pamiętasz pierwsze spojrzenie na twoje dziecko? Ja pamiętam doskonale. Obezwładniał mnie lęk. Miłość przyszła później.
Bez trudu mogę przywołać to zalewające mnie poczucie wszechogarniającej odpowiedzialności, strachu, czegoś nieznanego i nieuchronnego. Czy to wtedy rodziła się także miłość? Nie wiem, za bardzo się bałam, że zrobię coś nie tak. Byłam przekonana, że nie stanę na wysokości zadania, jakim jest „bycie matką”, że wszyscy za chwilę odkryją, że ja po prostu się nie nadaję. Zresztą potwierdzenie moich najczarniejszych myśli przyszło bardzo szybko. Nie byłam w stanie nakarmić własnego dziecka – Mania nie mogła się przyssać, a ja się stresowałam, że robię coś źle. I kółko się zamykało. Dopiero po kilku tygodniach sytuacja się ustabilizowała.
Wtedy też zupełnie oczywiste było dla mnie, że zaraz po porodzie wracam do pracy. Przecież „oddałam” swoją firmę tylko „na chwilę”, tylko na czas porodu. Laptop czekał na mnie w domu, ze skrzynki wylewały się mejle, a ja bardzo się bałam do nich zajrzeć, żeby przypadkiem się nie okazało, że tam też zawaliłam.
Tak, strach towarzyszył mi w pierwszych miesiącach po urodzeniu dziecka niezwykle często. Bałam się. Trzęsłam się ze strachu tak, że czasem nie mogłam oddychać. Dużo płakałam. Łzy lały się ze mnie strumieniami. Ale tylko wtedy, kiedy byłam sama.
Na zewnątrz byłam twarda jak skała. Nieustraszona, uśmiechnięta, radosna, ogarniająca. Ukrywałam się, maskowałam, zastawiałam się – niczym parawanami na plaży – projektami, organizowaniem wydarzeń dla klientów, wygrywaniem kolejnych przetargów. Na spotkania biznesowe chodziłam z kilkutygodniową, a potem kilkumiesięczną córeczką. Pamiętam nawet, że czasem było to dość zabawne, bo poważni panowie prezesi często dopiero pod koniec spotkania orientowali się, że w rogu sali konferencyjnej stoi wózek z dzieckiem. Zawsze miałam też komplet ubrań na przebranie – bo a to Mani się ulało, a to mleko przeciekło mi przez bluzkę. Starałam się być jak najbardziej profesjonalna, żeby nikt w żadnym momencie nie pomyślał, że dziecko może mi w czymkolwiek przeszkadzać.
Czy o tym komukolwiek mówiłam? Czy „narzekałam”, że było mi ciężko? No nie. Oczywiście, że nie. Jedynaczka z dobrego, nauczycielskiego domu zawsze powinna mieć świadectwo z czerwonym paskiem. Nieważne, że szkoły i studia już dawno skończone z wyróżnieniem. Egzaminy przecież nadal trwały.
Dlaczego wtedy, kiedy urodziła się Mania (ani potem, kiedy urodził się Jasio), nic nikomu nie powiedziałam? Nie przyznałam się, że nie daję rady? Odpowiedź jest prosta: nie sądziłam, że ktoś mnie wysłucha, że dla kogoś będzie to ważne. Choć miałam wokół siebie kochających ludzi, byłam przekonana, że jak tylko powiem prawdę, ci kochający ludzie odejdą.
(Teraz, jak myślę o tamtej Karo sprzed 10 lat, chciałabym ją bardzo mocno przytulić. Pogłaskać po głowie, powiedzieć, że będzie dobrze, że nie tylko ty tak miałaś, że wiele z nas przez to przeszło i przechodzi nadal. I że… pomoc jest możliwa).
Na szczęście w tym szczelnie zapełnionym przeze mnie planie dnia były pęknięcia. Jeszcze przed narodzinami naszej pierwszej córki szczęśliwie podjęliśmy decyzję o zakupie psa. No i ten pies, golden retriever o dumnym imieniu Makaron, powolutku zaczął rozszczelniać ten mój sztywny gorset. Jak? Zastosował trzy sprytne sztuczki. Dał bezwarunkową miłość, uważną obecność (o tym jeszcze wam napiszę, bo jest to coś nieprawdopodobnego) i… regularne, codzienne spacery.
A jak wiadomo, z małym słodkim szczeniakiem, który chce siku, nie prowadzi się żadnych negocjacji. Trzeba wyjść na ten spacer, i tyle. Zostawić komputer na biurku, wpakować dziecko do nosidła i po prostu wyjść z domu (o magicznym „po prostu wyjść z domu” przeczytacie jeszcze nie raz w tej książce!). A że ja pracowałam z kilkumiesięczną Marianką z domu właśnie (Mario po 2 tygodniach od porodu Mani wrócił na standardowe 8 godzin do biura, często też jeździł w kilkudniowe delegacje za granicę), to spacery z naszym Makaronem należały do mnie.
Na początku oczywiście się o to złościłam. Myślałam, że pies odrywa mnie od pracy, że chociaż raz drzemka Mani mogłaby się odbyć w domu, a nie na spacerze w nosidełku, a ja mogłabym w tym czasie nadgonić mejle. Nic z tych rzeczy. Pory wyjścia naszego psa na dwór pokrywały się jeden do jednego z porami drzemek naszej córki.
Wychodziliśmy więc wszyscy troje. I na tych spacerach, których połowę Mania przesypiała, zaczęło się coś zmieniać. Miałam wreszcie czas na bycie sama ze sobą. Dwa–trzy razy dziennie na kilkadziesiąt minut zwalniała mi głowa. Oddech się uspokajał, zaczynałam słyszeć własne myśli. Powoli, krok po kroku (dosłownie) zaczynałam dostrzegać, że może to nie jest moja wina, że albo zawalam pracę, będąc z dzieckiem, albo nie jestem w stanie być na sto procent z dzieckiem, bo moja głowa cały czas jest w pracy. Że może to nie ze mną jest coś nie tak, ale ze światem, w którym żyłam?
Na tych spacerach z psem po prostu odpoczywałam. Byłam tu i teraz. I, co wydaje mi się szczególnie ważne, zaczynałam zauważać inną perspektywę.
Szczególnie pamiętam jedno wiosenne popołudnie. Szłam z Makaronem, ze śpiącą Manią w nosidełku, wzdłuż kwitnących drzew czereśniowych tuż za naszym warszawskim mieszkaniem. Musiał być więc to koniec marca lub początek kwietnia. Nagle uderzył mnie zapach tych drzew – wiecie, taki intensywny, świeży, totalnie obezwładniający. W jednej sekundzie przeniosłam się na podwórko mojej Babci, pod ogromne czereśnie, wiśnie i renklody, gdzie bawiłam się przez całe dzieciństwo. Ja po prostu teleportowałam się do mojego „bezpiecznego miejsca” (będę o tym pisać w dalszej części książki), w którym wszystko się zgadzało. Pod drzewami miałyśmy z Magdą, moją siostrą cioteczną, swoją bazę, w kurniku obok szukałyśmy co rano nowych jajek, taplałyśmy się w błocie, karmiłyśmy konia sianem, myszki (ku rozbawieniu Dziadka Włodka) żółtym serem, a Babcia Sabinka donosiła nam co chwilę coś do jedzenia.
To wszystko w tej jednej chwili wróciło. Ten jeden moment, kiedy poczułam zapach kwitnących czereśni, coś we mnie obudził. Wtedy nie rozumiałam jeszcze, co się stało. Przeczuwałam jednak, że było to na tyle ważne i mocne, że przez chwilę zaczęłam myśleć, że… wszystko będzie dobrze, że ja, Karolina, mama tej śpiącej na mnie w nosidełku małej Dziewczynki, dam radę, że sobie poradzę.
Dzisiaj mojej Babci już nie ma. Zmarła ponad rok temu. Na podwórku nie ma już też drzew owocowych. W ich miejscu stoi piaskownica i zielony drewniany domek, zbudowany przez mojego Tatę. Bawią się w nich prawnuki Babci: Marianka, Jaś, Sabinka, Basia i Stasio. Zamiast kur, konia, kóz i kilku innych zwierzaków po podwórku biegają psy: nasz Makaron, ciekawski Bajzel – jack russel Kasi, mojej siostry ciotecznej, i jej męża, Adika, a kilka lat temu staruszek Tabi – nieodżałowany labrador cioci Ali i Wiecha, jej męża.
Od czasu mojego „przebudzenia” pod kwitnącymi czereśniami i połączenia kropek spokoju w głowie i sercu z regularnym byciem w naturze minęło 10 lat. W tym czasie jeszcze dwukrotnie zostałam mamą. Zjechaliśmy z dzieciakami pół świata, dwa lata mieszkaliśmy w Tajlandii. Przeszliśmy razem z nimi setki kilometrów po polskich, kolumbijskich, indonezyjskich, włoskich i hiszpańskich górach, spaliśmy pod namiotem na skutej lodem Islandii, wspinaliśmy się na skałach, surfowaliśmy po morzach, zachwycaliśmy się nurkowaniem w oceanach z żółwiami, płaszczkami i rekinami, kołysaliśmy dzieci do snu w hamaku zarówno w pachnącym sosnami i świerkami polskim lesie, jak też w lepkiej, głośnej dżungli tropikalnej i lasach namorzynowych w Azji. Spędziliśmy kilka miesięcy w naszym ukochanym campervanie, podróżując po zimowej Finlandii czy gorącej Sardynii.
Doświadczyliśmy outdoorowego rodzicielstwa. Ja doświadczyłam outdoorowego macierzyństwa.
Dzisiaj wiem, że gdyby nie mój regularny, codzienny, uporczywy niemal kontakt z naturą, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Ja po prostu nie dźwignęłabym dwukrotnych pobytów mojej mamy na zamkniętych oddziałach psychiatrycznych, do których doszło z powodu jej głębokiej, wieloletniej depresji. Nie dźwignęłabym naszego kryzysu małżeńskiego, codziennych wyzwań z dziećmi, wypadku Marianki na „zwykłym placu zabaw”, z którego cudem uszła z życiem.
Z całą mocą i pełnym przekonaniem mogę napisać, że natura uratowała moje macierzyństwo. Natura uratowała moje małżeństwo. Natura uratowała mi życie.
Co się takiego wydarzyło? Jak to zrobiła? Jakich „magicznych sztuczek” użyła? O tym jest ta książka. Pokażę wam, że moje własne doświadczenia to zaledwie ułamek tego, jak natura jest w stanie wspierać nasz dobrostan, zarówno ten psychiczny, jak i fizyczny. W kolejnych rozdziałach książki podzielę się z wami fascynującymi, arcyciekawymi badaniami dotyczącymi związku człowiek–natura. Pokażę, dlaczego lekarze i terapeuci na całym świecie, opierając się na dowodach naukowych (evidence based medicine), zaczęli przepisywać zielone recepty, na piśmie zalecając codzienny kontakt z naturą jako bezdyskusyjne wsparcie w powrocie do zdrowia i w prewencji całej masy chorób cywilizacyjnych, na które większość z nas jest narażona.
Moje własne doświadczenia uzupełnię też wiedzą ekspertów i ekspertek, z którymi miałam ogromną przyjemność rozmawiać w „Dobranocce dla rodziców” – prowadzonym przeze mnie od kilku lat podcaście. Ci fantastyczni specjaliści i specjalistki różnych dziedzin, m.in. neurologii, pediatrii, dietetyki, psychologii czy psychiatrii podzielili się swoimi spostrzeżeniami pracy z pacjentami, co fantastycznie wzbogaciło moje własne obserwacje.
I wreszcie ostatnia część książki to praktyczne wskazówki dla nas, rodziców. Znajdziecie tam konkretne strategie, które sprawdzały i sprawdzają się u mnie na różnych etapach życia (inaczej jest, kiedy dzieci są małe, inaczej, kiedy chodzą do przedszkola, a jeszcze inaczej, kiedy są już w szkole), dotyczące wprowadzania natury w codzienne życie. Pokażę, jak budować outdoorowe nawyki i outdoorową higienę – bo w taki sam sposób, w jaki praktykujemy higienę cyfrową, powinniśmy praktykować higienę outdoorową. Wreszcie postaram się wytłumaczyć, dlaczego te outdoorowe chwile „po nic” w dłuższej perspektywie okazują się chwilami „po wszystko”. Zarówno dla nas, matek i ojców, jak i dla naszych dzieci.
To co, idziecie ze mną na dwór?
PRZYPISY KOŃCOWE
¹ Brené Brown, Dary niedoskonałości. Jak przestać się przejmować tym, kim powinniśmy być, i zaakceptować to, kim jesteśmy. Wydanie jubileuszowe, tłum. K. Sławińska, Wydawnictwo MT Biznes 2022.
² Roskam I. et al., Parental Burnout Around the Globe: a 42-Country Study. „Affect Sci.” 2021;2(1):58-79. doi: 10.1007/s42761-020-00028-4.
³ Szczygieł D., et al. Validation of the Polish version of the Parental Burnout Assessment (PBA). „New Dir Child Adolesc Dev.” 2020 Nov; 2020(174):137-158. doi: 10.1002/cad.20385.
⁴ World Health Organization, WHO guidelines on parenting interventions to prevent maltreatment and enhance parent–child relationships with children aged 0–17 years, Genewa 2022.