-
nowość
-
promocja
Chris Rea. Biografia niespokojnej duszy - ebook
Chris Rea. Biografia niespokojnej duszy - ebook
Jest 22 grudnia 2025 roku. Właśnie siadam do pisania notki na okładkę tej biografii Chrisa Rei, gdy media podają informację o jego śmierci. Cóż za okrutna ironia losu. Pozostaną po nim nagrania i ta książka.
Wojciech Mann
Pierwsza na świecie pełna biografia Chrisa
Uwielbiany za swoją unikalną zachrypniętą barwę głosu piosenkarz, kompozytor i autor kultowych przebojów, takich jak Driving Home for Christmas, Josephine, Looking for the Summer czy The Road to Hell. Gitarzysta w zachwycający sposób posługujący się techniką slide. Ma na koncie scenariusze i role filmowe, a także całkiem niezłe wyniki w fascynujących go wyścigach samochodowych.
Ten chłopak z robotniczego miasta, pracujący w rodzinnym biznesie lodziarskim i przymierzający się do tego, by zostać dziennikarzem, w wieku 22 lat odmienia swoje życie dzięki usłyszanej w radio muzyce. Jednak jego droga artystyczna była wyboista. Tę historię zmagań o twórczą niezależność w świecie show-biznesu, ale także walki z przewartościowującą wszystko ciężką chorobą opowiada nam znakomity dziennikarz i znawca twórczości artysty.
Pierwsze tak obszerne i kompleksowe spojrzenie na życie i twórczość muzyka. Gdy autor domykał ostatnie rozdziały książki, wszyscy niespodziewanie dowiedzieliśmy się o odejściu fenomenalnego artysty.
Nie będzie już nowych piosenek, nie będzie koncertów ani wywiadów. Ale pozostaną nagrania – a dzięki tej opowieści o życiu i twórczości artysty znajdą się ich nowi słuchacze. Z pewnością dadzą się oczarować Chrisowi, jak daliśmy się oczarować ja i autor książki.
Wojciech Mann
Ta pierwsza na świecie biografia Chrisa Rea powstała z uważnego słuchania, z miłości do krystalicznie czystego brzmienia gitary i analizy tekstów, które niosą prawdę o życiu.
Jan Chojnacki
Jego charakterystyczna chrypka, oryginalny sposób gry na gitarze i genialne kompozycje stworzyły styl, którego nie da się pomylić z żadnym innym.
Marek Sierocki
W tej barwnej i świetnie napisanej opowieści odkryłem wiele nieznanych faktów, wypowiedzi i detali z życia i twórczości artysty.
Ryszard Gloger
Biografia zachwyca drobiazgowością, szerokim ujęciem tematu i ciepłem, z jakim autor pisze o artyście.
Magda MAGIC Piskorczyk
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Biografie |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8404-123-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
WSTĘP
Chris Rea przyszedł do mnie w pandemii. Nie osobiście, ale w muzyce i słowach. Przypomniałem sobie o jego twórczości, kiedy wieczorami szukałem kojących dźwięków, które pomagałyby mi zasnąć. Ceniłem ją od dawna, ale jej znajomość ograniczała się do najbardziej znanych płyt i przebojów. Teraz zacząłem się w nią zagłębiać, nie mając pojęcia, jak wielką otwieram księgę.
Czy znalazłem w niej to, czego się spodziewałem? W tej sprawie moja intuicja miała rację tylko częściowo. Muzyka Chrisa okazała się bardzo różnorodna pod względem gatunkowym, przeplatając czułość i liryzm bluesowo-rockową szorstkością. Chris Rea koi i niepokoi zarazem. Wierci się, wykrzykuje ból, by po chwili szukać ukojenia i przekazywać je słuchaczom za pomocą głosu i gitary. W komentarzu pod jedną z jego piosenek ktoś napisał, że muzyk ten „otula głosem jak kocem”. To prawda; ale zaraz potem zrywa się i biegnie, bo nie może usiedzieć na miejscu, nie może – jak sam mówi – „zatrzymać kreatywności”. A my biegniemy razem z nim.
Chris nie zawsze pomagał mi zasnąć. Czasami wręcz zmuszał do bezsenności. Wszystko zaczęło się od tego, że zamierzałem przetłumaczyć niezobowiązująco kilkanaście jego tekstów, zachowując rytm utworów: tak, by nadawały się do śpiewania po polsku. Praca ta zaowocowała jednak taką fascynacją, że obecnie osiągnąłem zawrotną liczbę… 264 przekładów. Co mnie tak ujęło? Z pewnością bogactwo kulturowych odniesień i wyczucie słowa: one czynią tę twórczość interesującą pod względem literackim. Najlepsze z tekstów Chrisa Rei śmiało można postawić na półce obok śpiewanych wierszy takich mistrzów jak Leonard Cohen czy Bob Dylan. Im jednak dalej wchodziłem w las, tym bardziej fascynował mnie człowiek, jego niespokojna dusza, „restless soul”, jak śpiewa w jednym z utworów. Z czasem, chcąc nie chcąc, stałem się trochę specjalistą od tej duszy; oczywiście tylko w takim stopniu, w jakim można być ekspertem od człowieka, którego zna się jedynie z jego twórczości i z tego, co sam o sobie powiedział. Dowiedziałem się jednak o nim tylu ciekawych rzeczy, że nie sposób było zatrzymać je dla siebie. Stąd ta biografia.
Miałem nadzieję, że uda mi się ją jeszcze przesłać schorowanemu artyście i sprawić mu radość. Stało się inaczej. 22 grudnia 2025 roku, gdy trwały już prace redakcyjne nad ostateczną wersją tej książki, świat obiegła wiadomość o śmierci Chrisa. Pociechą było to, że – jak głosił komunikat – piosenkarz zmarł spokojnie w szpitalu, w otoczeniu rodziny. W pewnym sensie autor _Driving Home for Christmas_ sam sobie to wyprorokował – na święta wrócił do domu.ROZDZIAŁ I
ZAPOMNIANA TRAGEDIA
Arpino swą nazwę zawdzięcza podobno włoskiemu słowu _arpa_, oznaczającemu harfę, bo widziane z góry kształtem przypomina ten instrument. Taka etymologia przekonuje tym bardziej, że większość Włochów z Południa ma duże zamiłowanie do muzyki. Gdy pod koniec XIX wieku spora część południowej ludności wyemigrowała do Wielkiej Brytanii, w tworzonych tam przez nią enklawach muzyka stanowiła ważną część życia. Anthony Rea, autor książki _Mała Italia w Manchesterze_, tak opisuje ten fenomen:
W letnie noce w okolicach Małej Italii można było usłyszeć akordeony, tamburyny, a nawet od czasu do czasu mandoliny, grające do wczesnych godzin porannych. Mężczyźni i kobiety tańczyli tarantellę, taniec pełen ekspresji, bardzo popularny w południowych regionach Włoch. (…) Taki charakter wnieśli Włosi do tej ponurej części Manchesteru. Ich muzyka, jedzenie i obyczaje nadały tej okolicy wiele barw. Nie każdy miał gramofon, (…) ale muzyka i opera odgrywały bardzo ważną rolę w życiu imigranckiej społeczności Ancoats. Ta muzyka przenosiła ich w nostalgiczną podróż. Wystarczyło przejść się ulicami, aby usłyszeć wykonanie _O, sole mio_ czy _Torna a Surriento_ i wielu innych neapolitańskich klasyków. (…) To piosenki, które opowiadają o tęsknocie za domem. Myślę, że wszyscy Włosi trochę tęsknią za nim, gdy słyszą _belle canzoni di Napoli_. Nikt nie śpiewa o tym uczuciu częściej niż Włosi, może z wyjątkiem Irlandczyków¹.
By znaleźć się w niewielkim, malowniczo położonym na wzgórzach, miasteczku Arpino, należy, jadąc z Rzymu w kierunku Neapolu, po przebyciu jednej trzeciej drogi odbić z autostrady A1 i przejechać około czterdziestu kilometrów na wschód. Ta jedna z najstarszych miejscowości we włoskiej prowincji Frosinone, w regionie Lacjum, liczy niewiele ponad siedem tysięcy mieszkańców. Szczyci się jednak historią, której pozazdrościć mogłaby jej niejedna metropolia. Założona przez starożytne plemię Wolsków, a następnie podbita przez Rzymian, znalazła się na rzymskiej drodze Via Latina, której fragmenty można tam zobaczyć do dziś. Na centralnym placu miasteczka zwraca uwagę – niezbyt zresztą urodziwy – pomnik Cycerona zamaszystym gestem i wyciągniętym palcem wskazującego jakiś odległy punkt na horyzoncie. Monument przypomina, że słynny mówca, pisarz, polityk i filozof urodził się właśnie w tej miejscowości. Stąd pochodził również ojciec manierystycznego malarza Giuseppe Cesariego, zwanego Cavaliere d’Arpino, w którego rzymskiej pracowni nauki pobierał Caravaggio.
Wielu emigrantów z Arpino nosiło nazwisko Rea. Nic dziwnego, jest ono najpopularniejsze w tym miasteczku. Osoby je noszące od wieków zamieszkiwały Civitavecchia, starożytne centrum miejscowości znajdujące się w górnej części miasta. Także i dziś żyje tam ponad 200 rodzin Rea, ba, w drugiej dekadzie XXI wieku jego burmistrzem był Renato Rea. Według Anthony’ego Rei (mającego korzenie w Arpino, ale w innej rodzinie niż bohater tej książki), który przebadał genealogię swojego rodu aż do XVII wieku, nazwisko to może pochodzić od włoskiego słowa _re_, oznaczającego króla. Wskazywałby na to inny, nieco rzadziej występujący w miasteczku, wariant nazwiska: Reale, czyli „królewski”, ale także: „rzeczywisty, prawdziwy”. Ciekawe, że w językach angielskim, szkockim czy irlandzkim znaczenie nazwiska Rea (wym. /ri-ə/ REE-ə), często występującego również na Wyspach Brytyjskich, jest zgoła odmienne. Wskazuje bowiem na kogoś, kto mieszka w pobliżu pastwiska czy rzeki. Być może więc jest to przypadkowa zbieżność dwóch tak samo zapisywanych, ale inaczej w oryginale brzmiących nazwisk.
Z licznego grona mieszkańców Arpino nas szczególnie interesować będzie Camillo Rea, dziadek Chrisa. Urodzony w tym miasteczku 6 października 1878 roku², podobnie jak wielu jego rodaków trafił do Wielkiej Brytanii jako część emigracyjnej fali. Dla Arpino ciężkie czasy zaczęły się już pod koniec XVIII wieku, kiedy to podupadł tam przemysł włókienniczy wyspecjalizowany w produktach z wełny – w nim zatrudnienie znajdowała wcześniej prawie cała ludność miasteczka. Jak jednak pisze Anthony Rea, największy napływ Włochów do Manchesteru miał miejsce w latach 1865–1900, kiedy tysiące ludzi opuściło rodzinne miejscowości z powodu ciężkiej sytuacji politycznej i gospodarczej:
Te rolnicze społeczności, pracujące razem w enklawie Małej Italii, miały stać się pionierami współczesnego brytyjskiego przemysłu lodziarskiego, wytwarzając i sprzedając lody, zakładając firmy, importując artykuły spożywcze ze swoich rodzimych regionów i tworząc w ten sposób trwale na nowej ziemi mały kawałek Włoch³.
Camillo, który po opuszczeniu Włoch pracował najpierw na budowach w Nowym Jorku i w Panamie⁴, własny biznes założył już w 1897 roku⁵, a więc jako dziewiętnastolatek. Jednak nie zrobił tego w Manchesterze, a w innym mieście północnej Anglii: Middlesbrough nad rzeką Tees, nazywaną czasem Stalową Rzeką (ang. _Steel River_) od licznych hut, które od połowy XIX wieku wzdłuż niej powstawały. Będzie ona powracać potem w piosenkach jego wnuka jako symbol tęsknoty, w jego przypadku już za brytyjską, krainą dzieciństwa, jak chociażby w tej, noszącej tytuł właśnie _Steel River_:
urodziłem się i rosłem nad rzeką
to miejsce widzę, jakby minął dzień
płynęła stal do portów w obcym świecie
od San Francisco aż po Sydney hen
Także i w tym mieście imigranci z Włoch zajmowali się głównie branżą lodziarską. Zapuścili tu korzenie, nie przypuszczając, że Wielka Brytania odpłaci im kiedyś w sposób bardzo okrutny za to osładzanie życia:
Na początku czerwca 1940 roku, zaraz po tym, jak Włochy przystąpiły do II wojny światowej, wszyscy posiadacze włoskich paszportów płci męskiej w wieku od 18 do 70 lat zostali aresztowani przez policję i wojsko. Siłą i pośpiesznie zabrano ich z domów lub miejsc prowadzenia działalności gospodarczej, by internować, zgodnie z instrukcjami brytyjskiego rządu wojennego.
Jak wynika z dokumentów Czerwonego Krzyża i innych relacji, internowani byli maltretowani przez władze i przetrzymywani w nieludzkich warunkach, bez odpowiedniego wyżywienia, sanitariatów i opieki medycznej. Ponad 700 internowanych z Włoch zostało zabranych do Liverpoolu, gdzie weszli na pokład dawnego luksusowego liniowca Arandora Star wraz z ponad 450 internowanymi i jeńcami wojennymi z Niemiec i Austrii. Wszyscy zostali wysłani do Nowej Fundlandii w Kanadzie⁶.
Wśród aresztowanych był też Camillo Rea, którego zabrano z jego kawiarni, prowadzonej naprzeciwko Albert Park, oazy zieleni w środku przemysłowego miasta. Przewieziono go na posterunek policji w Middlesbrough, stamtąd więźniowie trafili najpierw do cel miejskiego ratusza, a potem na pokład Arandora Star. Był to ten sam statek, który kilka dni wcześniej, 24 czerwca 1940 roku, ewakuował z Francji do Anglii żołnierzy alianckich, w tym także polskich lotników.
Rzeka
Motyw rzeki przepływającej przez rodzinne miasto powraca w piosenkach Chrisa, m.in. _Steel River_ (_Shamrock Diaries_ ) czy _The Road to Hell part 2_ (1989) („zatrzymałem się nad rzeką // ale wody nie ma tam // trucizny tylko kipią w jej korycie”), a także w dwóch utworach zatytułowanych _Steel River Blues_: jeden pochodzi z płyty _The Blue Jukebox_ (2004), drugi pojawia się w czołówce brytyjskiego serialu z 2004 roku pod tytułem _Steel River Blues_, poświęconego życiu strażaków z Middlesbrough. Ten drugi, utrzymany w bluesowej stylistyce, swoją melodyką bardzo przypomina utwory takie jak _Cry for Home_ czy _Praise the Lord_ z pierwszej części boxu _Blue Guitars_ __ (2005).
Tym razem miał płynąć z Liverpoolu do Kanady. Był pomalowany na szaro, uzbrojony jak okręt wojenny i nie wywieszał flagi Czerwonego Krzyża. Prawdopodobnie to właśnie zmyliło Niemców i stało się przyczyną tragedii. Rankiem 2 lipca 1940 roku u wybrzeży Irlandii Arandora Star został storpedowany przez niemiecki okręt podwodny U-47 pod dowództwem porucznika Günthera Priena. Członek załogi zatopionej jednostki, sierżant Norman Price, tak relacjonuje tamte wydarzenia:
statek przechylił się do góry z jednej strony i szybko poszedł na dno, ciągnąc ludzi za sobą. Wielu połamało karki, skacząc lub nurkując do wody. Inni poranili się, uderzając o dryfujące szczątki obok tonącego statku⁷.
W katastrofie śmierć poniosło 805 osób, a wśród nich 486 Włochów z 734 płynących na Arandora Star, w tym 13 mieszkańców Middlesbrough. Najstarszy z tej trzynastki był właśnie Camillo Rea, miał 62 lata.
Ofiarami tragedii byli głównie niewinni cywile, których synowie – jak na ironię – walczyli w brytyjskich siłach zbrojnych. Ten fakt wywołał w Wielkiej Brytanii falę protestów. Przez wiele następnych dziesięcioleci wstydliwa prawda o historii Arandory była na Wyspach ukrywana, a rodziny ofiar zmagały się z traumą i osamotnieniem w walce o prawdę na temat tych wydarzeń.
Jednym z moich najwcześniejszych muzycznych wspomnień są rocznice tamtej nocy. Pamiętam, że wszyscy starsi ludzie z okolicy przychodzili do naszego domu, a potem my szliśmy do ich domów. Było tyle kurczaka _cacciatore_ , że najeść się nim mogło osiem tysięcy ludzi, a potem wyciągano akordeony i mandoliny. I każda osoba, która przebywała w pokoju, miała swoje dziesięć minut. Mój dziadek wrócił, aby pomóc chłopcu, Tony’emu Greco. I ten Tony Greco był z nami w te rocznicowe noce. Dla mnie, czterolatka, to doświadczenie było tak silne, że nigdy nie chciałem bawić się w wannie małymi łódeczkami, by ich ewentualne zatopienie nie zdenerwowało mojego ojca
– wspominał Chris Rea w jednym z wywiadów⁸. Po latach nagrał utwór instrumentalny _Andorra_⁹ _Star Blues_, który umieścił na płycie _The Return of the Fabulous Hofner Bluenotes_ z 2008 roku (początkowo miał on się znaleźć w boxie _Blue Guitars_, ale nie pasował tam stylistycznie jako zbyt „włoski” w charakterze¹⁰). Nastrojowa kompozycja, przypominająca nieco stylem wczesne nagrania Santany, jest pięknym hołdem złożonym dziadkowi.
Nigdy nie chciałem bawić się w wannie małymi łódeczkami, by ich ewentualne zatopienie nie zdenerwowało mojego ojca.
Mniej więcej w tym samym czasie, gdy artysta nagrywał ten utwór, w Wielkiej Brytanii rozpoczynał się proces przywracania pamięci o tragedii Arandory. Także Middlesbrough doczekało się w 2009 roku tablicy pamiątkowej w ratuszu. Wśród umieszczonych na niej trzynastu nazwisk jest także Camillo Rea. „Każdy, kto o tym przeczyta, będzie się wstydził roli, jaką miasto i niektórzy jego mieszkańcy odegrali w ich śmierci. To, co się stało, było haniebne” – mówił Ray Mallon, burmistrz miasteczka, oficjalnie przepraszając krewnych tragicznie zmarłych pasażerów statku, zebranych podczas ceremonii odsłonięcia tablicy. „Jesteśmy tutaj, aby naprawić wielką krzywdę” – stwierdził w trakcie tej samej uroczystości poseł sir Stuart Bell, zaangażowany w proces ujawniania prawdy o tragedii. Syn Camilla, noszący to samo imię, w chwili katastrofy miał 18 lat. Upamiętnienia śmierci ojca przez rodzinne miasto doczekał się po 69 latach, półtora roku przed własnym odejściem.
Posłuchaj
_Andorra Star Blues_
z płyty _The Return of the Fabulous Hofner Bluenotes_ (2008)ROZDZIAŁ II
SYN LODOWEGO KRÓLA
Krótko po zakończeniu II wojny światowej, w 1946 roku, rodzinny biznes przejęli Camy, czyli Camillo junior, wraz z bratem Gaetano. Urodzony w lutym 1922 roku syn Camilla i Mary Quinn, pochodzącej z Irlandii, jeszcze przed wojną, jako szesnastolatek, zmywał naczynia i stawał za ladą dwóch barów prowadzonych przez ojca. Teraz, dzięki ciężkiej pracy, ale też wiedzy na temat potrzeb mieszkańców Teesside (konurbacji obejmującej kilka miast położonych nad rzeką Tees), miał stać się lokalnym potentatem branży lodziarskiej. „Musisz wiedzieć, jacy ludzie tu mieszkają i czego chcą. Nie sądzę, żeby ktoś obcy mógł tu z marszu odnieść sukces. Szczycę się tym, że potrafię wyczuć rynek i wiem, które przedsięwzięcie będzie działa㔹¹ – chwalił się Camillo w wywiadzie dla „The Gazette” w 1972 roku.
Lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku były szczytowym momentem lodziarskiego imperium Camilla juniora. W tym czasie prowadzona przez niego firma Rea’s Creamy Ices zatrudniała ponad 200 osób i prowadziła w Teesside aż 21 barów z przekąskami. O skali jej popularności świadczy to, że kiedy jego syn, główny bohater tej książki, promował w 1974 roku debiutancki singiel _So Much Love_ / _Born to Lose_, pozował do zdjęcia na tle firmowego busika, stojąc na rowerze z przyczepą służącą do sprzedaży lodów. Wywieszone na przyczepie hasło reklamowe „Stop me and buy one” (Zatrzymaj mnie i kup jedną sztukę) nabierało tutaj podwójnego znaczenia: mogło dotyczyć zarówno lodów, jak i singla, na który piosenki Chris napisał, pracując w firmie ojca.
Co sprawiło, że zamiast pójść w ślady jego i dziadka, postanowił zostać muzykiem? Po części zapewne „włoska” atmosfera dużego domu w Middlesbrough, wybudowanego wspólnie przez Camilla i Gaetana. Być może jednak nie bez znaczenia były także inne korzenie muzyka – cygańskie. Artysta twierdzi również, że ze względu na mieszane pochodzenie jest obarczony „ciągłym wewnętrznym konfliktem sprzecznych uczuć”:
W odległej przeszłości Reowie byli Cyganami z Jugosławii. Mój ojciec mi to powiedział. Moja matka jest Irlandką, a ojciec pół Irlandczykiem, pół Włochem. Jego przodkowie byli Cyganami, którzy latem wyjeżdżali do Włoch, aby pracować dla bogatych rolników. Ostatecznie po prostu zostali w tym kraju. (…)
Z jednej strony jestem _pater familias_, który zawsze chce być w domu, aby chronić swoją rodzinę, z drugiej – rozpaczliwie próbuję odpowiedzieć na zew przygody. Kiedy jestem w domu, czuję niepokój, bo chcę się z niego wyrwać, podróżować i występować. Ale kiedy jestem już w trasie, natychmiast ogarnia mnie rozdzierające serce uczucie tęsknoty za ciepłym gniazdem, moim domem i moją rodziną. Irlandzki „człowiek rodzinny” i włosko-jugosłowiański „Cygan” we mnie czasami bardzo utrudniają sobie życie¹².
„Kochamy życie rodzinne i często prowadzimy przy stole dyskusje na temat muzyki, współczesnego życia i religii” – opowiadał Camillo Rea we wspomnianym wcześniej wywiadzie¹³. Muzyczne zainteresowania więc siłą rzeczy przechodziły na kolejne pokolenia rodziny. „W naszym domu muzyka zawsze była obecna, bo muzykowali nie tylko tata i Chris. Na perkusji gra także wujek Mark, z kolei jeszcze inny wujek był śpiewakiem operowym”¹⁴ – to z kolei relacja Cat Rei, wnuczki Gaetana i córki Adriana Rei, perkusisty grającego przez pewien czas w zespole Chrisa. Ona sama też zresztą obrała muzyczną ścieżkę: jest wokalistką i songwriterką tworzącą w nurcie chrześcijańskim. Z całą pewnością więc muzykalność Chris wyniósł z rodzinnego domu.
Gospel blues i Blind Willie Johnson
Gospel blues to gatunek, który zrodził się w Stanach Zjednoczonych pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku i łączył ewangeliczne teksty z bluesowym akompaniamentem. Jednym z jego twórców był Blind Willie Johnson (1897–1945) – amerykański niewidomy wokalista, gitarzysta i ewangelizator. Uwielbiał grać na ulicach, kierując śpiewane groźby w stronę grzeszników. Grał techniką slide, używając noża zamiast szyjki od butelki, wykorzystywanej przez wielu czarnoskórych bluesmanów. Chris poświęcił mu piosenkę _Blind Willie_, w której śpiewa: „ten człowiek widzi to // co nam nie śniło się”. W utworze słychać też muzyczne cytaty z _Nobody’s Fault but Mine_ Johnsona.
Christopher Anton Rea, syn Camilla i Winifred K. Slee pochodzącej z hrabstwa Fermanagh w Irlandii Północnej, przyszedł na świat w rzymskokatolickiej rodzinie w Middlesbrough 4 marca 1951 roku. Był jednym z siedmiorga rodzeństwa – jego bracia otrzymali imiona: Mike i Nicholas, a siostry: Geraldine, Camille, Catherina i Paula. Według późniejszej relacji muzyka życie w tak dużej rodzinie nie zawsze wyglądało tak sielankowo, jak przedstawiał je jego ojciec.
Było nas dziewięcioro, dużo krzyku, kryzys za kryzysem. Ktoś był w łazience, gdy ktoś inny miał ważną randkę. Każdy posiłek był tykającą bombą zegarową, która mogła wybuchnąć z jednej lub drugiej strony stołu. Każda kolacja mogła przerodzić się w wybuch kilka sekund po tym, jak do niej zasiedliśmy¹⁵
– zwierzał się Chris w 1993 roku na łamach dziennika „Independent”. O samym ojcu też zresztą wyrażał się tam niezbyt pochlebnie, nazywając go postacią „odległą, autonomiczną, skrzyżowaniem papieża z Mussolinim”. „Był bardzo »włoski«, podobnie jak wszyscy moi wujkowie, mimo że byli już drugim pokoleniem Włochów ”¹⁶ – opowiadał piosenkarz. Mimo to dobrze wspominał swoje dziecięce podróże do Italii:
Co dwa lata jeździliśmy do Włoch na całe trzy miesiące. To były cudowne wyjazdy, pełne nastrojowych spacerów, muzyki, ciepła, inspirującego światła, wspaniałych zapachów. Poznawałem to namiętne, ale pozbawione przemocy życie… a potem nagle zostałem wrzucony z powrotem do Middlesbrough, w świat zimnych zaułków, gdzie nie było żadnych Włochów. I to było bardzo dezorientujące. Pamiętam mój pierwszy dzień w szkole średniej, kiedy czułem się niepodobny do nikogo innego. Wszyscy inni wyglądali tak samo, tylko ja byłem opalony na lodowato zimnym placu zabaw w środku Middlesbrough, więc zastanawiałem się, co tam właściwie robię¹⁷.
Chris prędko został zaangażowany w rodzinny biznes. Już jako dwunastolatek pomagał przy sprzątaniu stołów w kawiarni ojca, ubrany w nylonowy płaszcz z napisem „Mr Really Good”. Niechętnie wracał we wspomnieniach do tego okresu, a o lodowym „imperium” ojca mówił z przekąsem:
W parze z włoskim pochodzeniem szła wysoka etyka pracy. (…) Istniała komisja do spraw lodów – bardzo poważna instytucja. To było jak ONZ. Raz w miesiącu wszyscy uczestnicy biznesu spotykali się w klubie za miastem. Jedli lunch, a potem wchodzili do sali konferencyjnej i wyrzucali z siebie wszystkie żale, rozstrzygając kwestie terytorialne dotyczące furgonetek z lodami. Mój ojciec kontrolował sprzedaż hurtową wielu produktów do produkcji lodów w Middlesbrough, był głównym dystrybutorem dla większej części regionu. Jeśli pokłóciłeś się z nim lub z komisją, mogłeś mieć trudności ze zdobyciem wafelków. (…) Nic nigdy nie było wystarczająco czyste dla mojego ojca. Nikt nie był w stanie sprzątać tak dobrze, tak szybko i tak dokładnie jak on. Słuchałem kelnerek w kawiarni, które bez końca opowiadały o pijanych mężach, chorobach kręgosłupa i atakach serca, co wpędzało mnie w ogromną depresję¹⁸.
W następnych latach Chris pracował także przy produkcji lodów w starej rodzinnej fabryce usytuowanej na Brambles Farm, małym osiedlu mieszkaniowym we wschodniej części Middlesbrough. Była to ciężka praca fizyczna:
Do naszej fabryki przyjeżdżały wielkie, pięćdziesięciokilowe worki cukru i sześćdziesięciokilowe bloki twardego, białego tłuszczu roślinnego. Cięcie go było okropną pracą. Zanurzało się w nim długie noże, aby rozbić na mniejsze kawałki, a te wkładano do stugalonowej¹⁹ kadzi, którą następnie napełniało się gorącą wodą. Kadź była ogrzewana przez specjalne rękawy, więc ściany rozgrzewały się do czerwoności, a moje ramiona były stale spalone i pokryte pęcherzami. Kiedy wsypało się cukier i mleko w proszku do mieszanki, czekała cię okropna robota mieszania i usuwania grudek, przez którą ręce robiły się czerwone i fioletowe. Następnie dodawało się tajne składniki rodzinne, przygotowane przez ojca lub zaufanego członka rodziny. To była bardzo poważna procedura, ponieważ taki właśnie był smak lodów. To właśnie ta mieszanka decydowała, czym ma się stać ta biała masa. Dzięki pracy w fabryce lodów stałem się bardzo silny, ale wywołała ona u mnie także problemy z wagą, które zostały mi na całe życie, ponieważ moja sylwetka stała się nieproporcjonalna – klatka piersiowa i ramiona nabrały masywności²⁰.
Przyszły muzyk najwyraźniej nie realizował się w tej pracy. Proponował ojcu, by zmienili branżę na sieć restauracji czy fast foodów, jednak jego pomysły nie znajdowały akceptacji Camilla. „Po prostu pracuj dalej, Chris, nie mamy czasu na te szalone marzenia” – miał odpowiadać lodowy potentat, od którego syn oddalał się coraz bardziej, jednocześnie tracąc zainteresowanie rodzinnym biznesem²¹.
Chris myślał o tym, by zostać dziennikarzem, dlatego rozpoczął naukę w katolickim St. Mary’s College w Middlesbrough. Nie zagrzał tam jednak długo miejsca z powodu konfliktu z jedną z nauczycielek. Przyszły artysta napisał siedemnastostronicowy esej o Siegfriedzie Sassoonie, poecie znanym z antywojennej poezji satyrycznej z okresu I wojny światowej. Pech chciał, że prowadząca zajęcia nie cierpiała tej twórczości. „Ta głupia, pieprzona, lewicowa wykładowczyni postanowiła porwać moją pracę, bo nie przedstawiłem w niej wpajanego wówczas lewicowego światopoglądu – a to był rok 1968” – opowiadał muzyk po latach²². Nauczycielka zaczęła więc drzeć pracę przy całej klasie, a Chris rzucił się, by ją powstrzymać. Według relacji muzyka podczas tego siłowania się oboje przelecieli przez stół, noga nauczycielki utkwiła w koszu na śmieci i w konsekwencji kobieta pośliznęła się. Na domiar złego do sali wszedł w tym momencie ktoś z grona nauczycielskiego. Autor eseju został obarczony winą za całe zdarzenie i musiał opuścić college.
W całej tej historii był jednak jeden duży plus – w jego życiu pojawiła się przestrzeń, którą mógł wypełnić muzyką:
Od najmłodszych lat otaczała mnie muzyka. Miałem trzy starsze siostry, które bardzo interesowały się Everly Brothers, Chuckiem Berrym i Elvisem. Ale nigdy nie byłem tak naprawdę nastawiony na rock’n’rolla, aż do wczesnych lat siedemdziesiątych. Do tego czasu interesowały mnie głównie samochody wyścigowe i piłka nożna. Album Judy Collins i _After the Gold Rush_ Neila Younga były pierwszymi płytami, których wysłuchałem od początku do końca, i to zainspirowało mnie do dołączenia do zespołu grającego akustyczne sety w małych klubach w całej okolicy²³.
Wydaje mi się, że wszystko, co kiedykolwiek napisałem, w pewnym sensie zaczęło się od bluesa.
Kluczowy okazał się jednak moment zetknięcia się z bluesem:
Przed ukończeniem dwudziestego drugiego roku życia w ogóle nie grałem na gitarze. Nigdy nie chciałem być bogatą gwiazdą muzyki pop. To zupełnie do mnie nie przemawiało. Co innego gospel blues. Kiedy pierwszy raz usłyszałem tę muzykę, wszystko się zmieniło. To nie był blues z Chicago, był bardziej europejski. Nie trzymał się pentatoniki. Myślę, że poruszyła mnie również sama treść tych utworów. (…) Pamiętam tę sobotę jak dziś. Wieczorem miałem wyjść na miasto. Wszedłem do sypialni mojej mamy, aby się wyszykować. Pamiętam, że stało tam podwójne lustro; typowy kicz z lat 50. W pokoju był też stary budzik z radiem, które akurat grało. I wtedy poleciał ten utwór. Było dziesięć po trzeciej. Za oknem panowała zima, więc powoli robiło się ciemno. BBC serwowało wtedy pierwsze transmisje na żywo, prosto z USA. To była radiostacja pochodząca z Memphis. Coś w stylu RK 51. Transmisja satelitarna nie była wtedy najlepszej jakości. Na zniekształcony dźwięk wpływała również kompresja. I wtedy usłyszałem imię i nazwisko: Charley Patton²⁴. Tego samego wieczoru poszedłem do basisty jednego z lokalnych zespołów i opowiedziałem mu o tych dziwnych dźwiękach, które brzmiały jak skrzypce. Wtedy dowiedziałem się, że to slide. Długo zastanawiałem się: „Co to, do cholery, jest?!”. (…) Za pierwszy slide posłużyła mi buteleczka lakieru do paznokci, którą zabrałem starszej siostrze. Nigdy nie zapomnę tego różowego koloru. Miałem z tego powodu duże kłopoty. Moją pierwszą gitarą był Hofner V3 z wieloma przyciskami. Niemiecki marynarz zastawił go w lombardzie i, oczywiście, przepuścił wszystkie pieniądze. Wydaje mi się, że kupiłem go w Hamburgu. Tydzień później dostałem dwudziestopięciowatowy wzmacniacz firmy Laney. Od tamtego momentu, chyba przez rok, nie wychodziłem z sypialni. Nie liczyło się dla mnie wtedy nic innego. (…) Wydaje mi się, że wszystko, co kiedykolwiek napisałem, w pewnym sensie zaczęło się od bluesa
– opowiadał muzyk po latach, w rozmowie z dziennikarzem polskiego magazynu „Gitarzysta”²⁵. Właśnie technika slide, używana głównie w muzyce bluesowej, miała stać się jednym ze znaków rozpoznawczych Chrisowego grania na gitarze. Polega ona na grze specjalną tulejką, która pozwala na płynne przechodzenie między kolejnymi dźwiękami na gryfie (glissanda), wzbogacane czasem o vibrato. To temu sposobowi grania zawdzięczamy charakterystyczną śpiewność gitarowych dźwięków Chrisa Rei, a także większość rzewnych tonów obecnych w jego muzyce.
W tamtym okresie miałem przekształcić lodziarnię ojca w globalny koncern, ale cały czas spędzałem w magazynie, grając na gitarze slide. To był prawdziwy Chris Rea, a nie to, co nastąpiło później. (…) Moimi bohaterami byli wykonawcy gospel bluesa, tacy jak Blind Willie Johnson, Charley Patton i Sister Rosetta Tharpe, a nie ktokolwiek, kto był numerem jeden²⁶.
Gdy Chris odszedł z firmy lodziarskiej, jego miejsce zajął jeden z braci. Biznes funkcjonował do drugiej połowy lat osiemdziesiątych, kiedy to został sprzedany ostatni ze sklepów ojca. Sam Camillo przeszedł wówczas na emeryturę. W 1993 roku muzyk zwierzał się:
On i ja tak naprawdę teraz nie rozmawiamy. Ożenił się ponownie, ma nową rodzinę, a ja mam swoją; nasze życia wyglądają bardzo odmiennie. Przypuszczam, że kiedyś był moim ojcem, a ja jego synem. Teraz jesteśmy tylko dwoma dorosłymi.
Przez długi czas w ogóle nie myślałem o lodach, właściwie zapomniałem o tym, co robiłem. Pewnego dnia byłem z rodziną w restauracji i wszyscy zamówiliśmy lody. A kiedy je jedliśmy, zacząłem wyjaśniać, dlaczego istnieją dwa różne rodzaje wanilii. Słowa płynęły mimowolnie, w oderwaniu od mojej osoby – mówią, że to oznaka zaczynającego się szaleństwa. Usłyszałem wtedy te słowa wychodzące z moich ust: „Kiedyś byłem lodziarzem”. To mnie trochę przeraziło. Wtedy znów zainteresowałem się tą częścią mojej przeszłości, ale to było tak, jakby przydarzyła się ona komuś innemu²⁷.
POSŁUCHAJ
_Blind Willie_
z płyty _Blue Guitars V. Texas Blues_ (2005)
Chris Rea przyszedł do mnie w pandemii. Nie osobiście, ale w muzyce i słowach. Przypomniałem sobie o jego twórczości, kiedy wieczorami szukałem kojących dźwięków, które pomagałyby mi zasnąć. Ceniłem ją od dawna, ale jej znajomość ograniczała się do najbardziej znanych płyt i przebojów. Teraz zacząłem się w nią zagłębiać, nie mając pojęcia, jak wielką otwieram księgę.
Czy znalazłem w niej to, czego się spodziewałem? W tej sprawie moja intuicja miała rację tylko częściowo. Muzyka Chrisa okazała się bardzo różnorodna pod względem gatunkowym, przeplatając czułość i liryzm bluesowo-rockową szorstkością. Chris Rea koi i niepokoi zarazem. Wierci się, wykrzykuje ból, by po chwili szukać ukojenia i przekazywać je słuchaczom za pomocą głosu i gitary. W komentarzu pod jedną z jego piosenek ktoś napisał, że muzyk ten „otula głosem jak kocem”. To prawda; ale zaraz potem zrywa się i biegnie, bo nie może usiedzieć na miejscu, nie może – jak sam mówi – „zatrzymać kreatywności”. A my biegniemy razem z nim.
Chris nie zawsze pomagał mi zasnąć. Czasami wręcz zmuszał do bezsenności. Wszystko zaczęło się od tego, że zamierzałem przetłumaczyć niezobowiązująco kilkanaście jego tekstów, zachowując rytm utworów: tak, by nadawały się do śpiewania po polsku. Praca ta zaowocowała jednak taką fascynacją, że obecnie osiągnąłem zawrotną liczbę… 264 przekładów. Co mnie tak ujęło? Z pewnością bogactwo kulturowych odniesień i wyczucie słowa: one czynią tę twórczość interesującą pod względem literackim. Najlepsze z tekstów Chrisa Rei śmiało można postawić na półce obok śpiewanych wierszy takich mistrzów jak Leonard Cohen czy Bob Dylan. Im jednak dalej wchodziłem w las, tym bardziej fascynował mnie człowiek, jego niespokojna dusza, „restless soul”, jak śpiewa w jednym z utworów. Z czasem, chcąc nie chcąc, stałem się trochę specjalistą od tej duszy; oczywiście tylko w takim stopniu, w jakim można być ekspertem od człowieka, którego zna się jedynie z jego twórczości i z tego, co sam o sobie powiedział. Dowiedziałem się jednak o nim tylu ciekawych rzeczy, że nie sposób było zatrzymać je dla siebie. Stąd ta biografia.
Miałem nadzieję, że uda mi się ją jeszcze przesłać schorowanemu artyście i sprawić mu radość. Stało się inaczej. 22 grudnia 2025 roku, gdy trwały już prace redakcyjne nad ostateczną wersją tej książki, świat obiegła wiadomość o śmierci Chrisa. Pociechą było to, że – jak głosił komunikat – piosenkarz zmarł spokojnie w szpitalu, w otoczeniu rodziny. W pewnym sensie autor _Driving Home for Christmas_ sam sobie to wyprorokował – na święta wrócił do domu.ROZDZIAŁ I
ZAPOMNIANA TRAGEDIA
Arpino swą nazwę zawdzięcza podobno włoskiemu słowu _arpa_, oznaczającemu harfę, bo widziane z góry kształtem przypomina ten instrument. Taka etymologia przekonuje tym bardziej, że większość Włochów z Południa ma duże zamiłowanie do muzyki. Gdy pod koniec XIX wieku spora część południowej ludności wyemigrowała do Wielkiej Brytanii, w tworzonych tam przez nią enklawach muzyka stanowiła ważną część życia. Anthony Rea, autor książki _Mała Italia w Manchesterze_, tak opisuje ten fenomen:
W letnie noce w okolicach Małej Italii można było usłyszeć akordeony, tamburyny, a nawet od czasu do czasu mandoliny, grające do wczesnych godzin porannych. Mężczyźni i kobiety tańczyli tarantellę, taniec pełen ekspresji, bardzo popularny w południowych regionach Włoch. (…) Taki charakter wnieśli Włosi do tej ponurej części Manchesteru. Ich muzyka, jedzenie i obyczaje nadały tej okolicy wiele barw. Nie każdy miał gramofon, (…) ale muzyka i opera odgrywały bardzo ważną rolę w życiu imigranckiej społeczności Ancoats. Ta muzyka przenosiła ich w nostalgiczną podróż. Wystarczyło przejść się ulicami, aby usłyszeć wykonanie _O, sole mio_ czy _Torna a Surriento_ i wielu innych neapolitańskich klasyków. (…) To piosenki, które opowiadają o tęsknocie za domem. Myślę, że wszyscy Włosi trochę tęsknią za nim, gdy słyszą _belle canzoni di Napoli_. Nikt nie śpiewa o tym uczuciu częściej niż Włosi, może z wyjątkiem Irlandczyków¹.
By znaleźć się w niewielkim, malowniczo położonym na wzgórzach, miasteczku Arpino, należy, jadąc z Rzymu w kierunku Neapolu, po przebyciu jednej trzeciej drogi odbić z autostrady A1 i przejechać około czterdziestu kilometrów na wschód. Ta jedna z najstarszych miejscowości we włoskiej prowincji Frosinone, w regionie Lacjum, liczy niewiele ponad siedem tysięcy mieszkańców. Szczyci się jednak historią, której pozazdrościć mogłaby jej niejedna metropolia. Założona przez starożytne plemię Wolsków, a następnie podbita przez Rzymian, znalazła się na rzymskiej drodze Via Latina, której fragmenty można tam zobaczyć do dziś. Na centralnym placu miasteczka zwraca uwagę – niezbyt zresztą urodziwy – pomnik Cycerona zamaszystym gestem i wyciągniętym palcem wskazującego jakiś odległy punkt na horyzoncie. Monument przypomina, że słynny mówca, pisarz, polityk i filozof urodził się właśnie w tej miejscowości. Stąd pochodził również ojciec manierystycznego malarza Giuseppe Cesariego, zwanego Cavaliere d’Arpino, w którego rzymskiej pracowni nauki pobierał Caravaggio.
Wielu emigrantów z Arpino nosiło nazwisko Rea. Nic dziwnego, jest ono najpopularniejsze w tym miasteczku. Osoby je noszące od wieków zamieszkiwały Civitavecchia, starożytne centrum miejscowości znajdujące się w górnej części miasta. Także i dziś żyje tam ponad 200 rodzin Rea, ba, w drugiej dekadzie XXI wieku jego burmistrzem był Renato Rea. Według Anthony’ego Rei (mającego korzenie w Arpino, ale w innej rodzinie niż bohater tej książki), który przebadał genealogię swojego rodu aż do XVII wieku, nazwisko to może pochodzić od włoskiego słowa _re_, oznaczającego króla. Wskazywałby na to inny, nieco rzadziej występujący w miasteczku, wariant nazwiska: Reale, czyli „królewski”, ale także: „rzeczywisty, prawdziwy”. Ciekawe, że w językach angielskim, szkockim czy irlandzkim znaczenie nazwiska Rea (wym. /ri-ə/ REE-ə), często występującego również na Wyspach Brytyjskich, jest zgoła odmienne. Wskazuje bowiem na kogoś, kto mieszka w pobliżu pastwiska czy rzeki. Być może więc jest to przypadkowa zbieżność dwóch tak samo zapisywanych, ale inaczej w oryginale brzmiących nazwisk.
Z licznego grona mieszkańców Arpino nas szczególnie interesować będzie Camillo Rea, dziadek Chrisa. Urodzony w tym miasteczku 6 października 1878 roku², podobnie jak wielu jego rodaków trafił do Wielkiej Brytanii jako część emigracyjnej fali. Dla Arpino ciężkie czasy zaczęły się już pod koniec XVIII wieku, kiedy to podupadł tam przemysł włókienniczy wyspecjalizowany w produktach z wełny – w nim zatrudnienie znajdowała wcześniej prawie cała ludność miasteczka. Jak jednak pisze Anthony Rea, największy napływ Włochów do Manchesteru miał miejsce w latach 1865–1900, kiedy tysiące ludzi opuściło rodzinne miejscowości z powodu ciężkiej sytuacji politycznej i gospodarczej:
Te rolnicze społeczności, pracujące razem w enklawie Małej Italii, miały stać się pionierami współczesnego brytyjskiego przemysłu lodziarskiego, wytwarzając i sprzedając lody, zakładając firmy, importując artykuły spożywcze ze swoich rodzimych regionów i tworząc w ten sposób trwale na nowej ziemi mały kawałek Włoch³.
Camillo, który po opuszczeniu Włoch pracował najpierw na budowach w Nowym Jorku i w Panamie⁴, własny biznes założył już w 1897 roku⁵, a więc jako dziewiętnastolatek. Jednak nie zrobił tego w Manchesterze, a w innym mieście północnej Anglii: Middlesbrough nad rzeką Tees, nazywaną czasem Stalową Rzeką (ang. _Steel River_) od licznych hut, które od połowy XIX wieku wzdłuż niej powstawały. Będzie ona powracać potem w piosenkach jego wnuka jako symbol tęsknoty, w jego przypadku już za brytyjską, krainą dzieciństwa, jak chociażby w tej, noszącej tytuł właśnie _Steel River_:
urodziłem się i rosłem nad rzeką
to miejsce widzę, jakby minął dzień
płynęła stal do portów w obcym świecie
od San Francisco aż po Sydney hen
Także i w tym mieście imigranci z Włoch zajmowali się głównie branżą lodziarską. Zapuścili tu korzenie, nie przypuszczając, że Wielka Brytania odpłaci im kiedyś w sposób bardzo okrutny za to osładzanie życia:
Na początku czerwca 1940 roku, zaraz po tym, jak Włochy przystąpiły do II wojny światowej, wszyscy posiadacze włoskich paszportów płci męskiej w wieku od 18 do 70 lat zostali aresztowani przez policję i wojsko. Siłą i pośpiesznie zabrano ich z domów lub miejsc prowadzenia działalności gospodarczej, by internować, zgodnie z instrukcjami brytyjskiego rządu wojennego.
Jak wynika z dokumentów Czerwonego Krzyża i innych relacji, internowani byli maltretowani przez władze i przetrzymywani w nieludzkich warunkach, bez odpowiedniego wyżywienia, sanitariatów i opieki medycznej. Ponad 700 internowanych z Włoch zostało zabranych do Liverpoolu, gdzie weszli na pokład dawnego luksusowego liniowca Arandora Star wraz z ponad 450 internowanymi i jeńcami wojennymi z Niemiec i Austrii. Wszyscy zostali wysłani do Nowej Fundlandii w Kanadzie⁶.
Wśród aresztowanych był też Camillo Rea, którego zabrano z jego kawiarni, prowadzonej naprzeciwko Albert Park, oazy zieleni w środku przemysłowego miasta. Przewieziono go na posterunek policji w Middlesbrough, stamtąd więźniowie trafili najpierw do cel miejskiego ratusza, a potem na pokład Arandora Star. Był to ten sam statek, który kilka dni wcześniej, 24 czerwca 1940 roku, ewakuował z Francji do Anglii żołnierzy alianckich, w tym także polskich lotników.
Rzeka
Motyw rzeki przepływającej przez rodzinne miasto powraca w piosenkach Chrisa, m.in. _Steel River_ (_Shamrock Diaries_ ) czy _The Road to Hell part 2_ (1989) („zatrzymałem się nad rzeką // ale wody nie ma tam // trucizny tylko kipią w jej korycie”), a także w dwóch utworach zatytułowanych _Steel River Blues_: jeden pochodzi z płyty _The Blue Jukebox_ (2004), drugi pojawia się w czołówce brytyjskiego serialu z 2004 roku pod tytułem _Steel River Blues_, poświęconego życiu strażaków z Middlesbrough. Ten drugi, utrzymany w bluesowej stylistyce, swoją melodyką bardzo przypomina utwory takie jak _Cry for Home_ czy _Praise the Lord_ z pierwszej części boxu _Blue Guitars_ __ (2005).
Tym razem miał płynąć z Liverpoolu do Kanady. Był pomalowany na szaro, uzbrojony jak okręt wojenny i nie wywieszał flagi Czerwonego Krzyża. Prawdopodobnie to właśnie zmyliło Niemców i stało się przyczyną tragedii. Rankiem 2 lipca 1940 roku u wybrzeży Irlandii Arandora Star został storpedowany przez niemiecki okręt podwodny U-47 pod dowództwem porucznika Günthera Priena. Członek załogi zatopionej jednostki, sierżant Norman Price, tak relacjonuje tamte wydarzenia:
statek przechylił się do góry z jednej strony i szybko poszedł na dno, ciągnąc ludzi za sobą. Wielu połamało karki, skacząc lub nurkując do wody. Inni poranili się, uderzając o dryfujące szczątki obok tonącego statku⁷.
W katastrofie śmierć poniosło 805 osób, a wśród nich 486 Włochów z 734 płynących na Arandora Star, w tym 13 mieszkańców Middlesbrough. Najstarszy z tej trzynastki był właśnie Camillo Rea, miał 62 lata.
Ofiarami tragedii byli głównie niewinni cywile, których synowie – jak na ironię – walczyli w brytyjskich siłach zbrojnych. Ten fakt wywołał w Wielkiej Brytanii falę protestów. Przez wiele następnych dziesięcioleci wstydliwa prawda o historii Arandory była na Wyspach ukrywana, a rodziny ofiar zmagały się z traumą i osamotnieniem w walce o prawdę na temat tych wydarzeń.
Jednym z moich najwcześniejszych muzycznych wspomnień są rocznice tamtej nocy. Pamiętam, że wszyscy starsi ludzie z okolicy przychodzili do naszego domu, a potem my szliśmy do ich domów. Było tyle kurczaka _cacciatore_ , że najeść się nim mogło osiem tysięcy ludzi, a potem wyciągano akordeony i mandoliny. I każda osoba, która przebywała w pokoju, miała swoje dziesięć minut. Mój dziadek wrócił, aby pomóc chłopcu, Tony’emu Greco. I ten Tony Greco był z nami w te rocznicowe noce. Dla mnie, czterolatka, to doświadczenie było tak silne, że nigdy nie chciałem bawić się w wannie małymi łódeczkami, by ich ewentualne zatopienie nie zdenerwowało mojego ojca
– wspominał Chris Rea w jednym z wywiadów⁸. Po latach nagrał utwór instrumentalny _Andorra_⁹ _Star Blues_, który umieścił na płycie _The Return of the Fabulous Hofner Bluenotes_ z 2008 roku (początkowo miał on się znaleźć w boxie _Blue Guitars_, ale nie pasował tam stylistycznie jako zbyt „włoski” w charakterze¹⁰). Nastrojowa kompozycja, przypominająca nieco stylem wczesne nagrania Santany, jest pięknym hołdem złożonym dziadkowi.
Nigdy nie chciałem bawić się w wannie małymi łódeczkami, by ich ewentualne zatopienie nie zdenerwowało mojego ojca.
Mniej więcej w tym samym czasie, gdy artysta nagrywał ten utwór, w Wielkiej Brytanii rozpoczynał się proces przywracania pamięci o tragedii Arandory. Także Middlesbrough doczekało się w 2009 roku tablicy pamiątkowej w ratuszu. Wśród umieszczonych na niej trzynastu nazwisk jest także Camillo Rea. „Każdy, kto o tym przeczyta, będzie się wstydził roli, jaką miasto i niektórzy jego mieszkańcy odegrali w ich śmierci. To, co się stało, było haniebne” – mówił Ray Mallon, burmistrz miasteczka, oficjalnie przepraszając krewnych tragicznie zmarłych pasażerów statku, zebranych podczas ceremonii odsłonięcia tablicy. „Jesteśmy tutaj, aby naprawić wielką krzywdę” – stwierdził w trakcie tej samej uroczystości poseł sir Stuart Bell, zaangażowany w proces ujawniania prawdy o tragedii. Syn Camilla, noszący to samo imię, w chwili katastrofy miał 18 lat. Upamiętnienia śmierci ojca przez rodzinne miasto doczekał się po 69 latach, półtora roku przed własnym odejściem.
Posłuchaj
_Andorra Star Blues_
z płyty _The Return of the Fabulous Hofner Bluenotes_ (2008)ROZDZIAŁ II
SYN LODOWEGO KRÓLA
Krótko po zakończeniu II wojny światowej, w 1946 roku, rodzinny biznes przejęli Camy, czyli Camillo junior, wraz z bratem Gaetano. Urodzony w lutym 1922 roku syn Camilla i Mary Quinn, pochodzącej z Irlandii, jeszcze przed wojną, jako szesnastolatek, zmywał naczynia i stawał za ladą dwóch barów prowadzonych przez ojca. Teraz, dzięki ciężkiej pracy, ale też wiedzy na temat potrzeb mieszkańców Teesside (konurbacji obejmującej kilka miast położonych nad rzeką Tees), miał stać się lokalnym potentatem branży lodziarskiej. „Musisz wiedzieć, jacy ludzie tu mieszkają i czego chcą. Nie sądzę, żeby ktoś obcy mógł tu z marszu odnieść sukces. Szczycę się tym, że potrafię wyczuć rynek i wiem, które przedsięwzięcie będzie działa㔹¹ – chwalił się Camillo w wywiadzie dla „The Gazette” w 1972 roku.
Lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku były szczytowym momentem lodziarskiego imperium Camilla juniora. W tym czasie prowadzona przez niego firma Rea’s Creamy Ices zatrudniała ponad 200 osób i prowadziła w Teesside aż 21 barów z przekąskami. O skali jej popularności świadczy to, że kiedy jego syn, główny bohater tej książki, promował w 1974 roku debiutancki singiel _So Much Love_ / _Born to Lose_, pozował do zdjęcia na tle firmowego busika, stojąc na rowerze z przyczepą służącą do sprzedaży lodów. Wywieszone na przyczepie hasło reklamowe „Stop me and buy one” (Zatrzymaj mnie i kup jedną sztukę) nabierało tutaj podwójnego znaczenia: mogło dotyczyć zarówno lodów, jak i singla, na który piosenki Chris napisał, pracując w firmie ojca.
Co sprawiło, że zamiast pójść w ślady jego i dziadka, postanowił zostać muzykiem? Po części zapewne „włoska” atmosfera dużego domu w Middlesbrough, wybudowanego wspólnie przez Camilla i Gaetana. Być może jednak nie bez znaczenia były także inne korzenie muzyka – cygańskie. Artysta twierdzi również, że ze względu na mieszane pochodzenie jest obarczony „ciągłym wewnętrznym konfliktem sprzecznych uczuć”:
W odległej przeszłości Reowie byli Cyganami z Jugosławii. Mój ojciec mi to powiedział. Moja matka jest Irlandką, a ojciec pół Irlandczykiem, pół Włochem. Jego przodkowie byli Cyganami, którzy latem wyjeżdżali do Włoch, aby pracować dla bogatych rolników. Ostatecznie po prostu zostali w tym kraju. (…)
Z jednej strony jestem _pater familias_, który zawsze chce być w domu, aby chronić swoją rodzinę, z drugiej – rozpaczliwie próbuję odpowiedzieć na zew przygody. Kiedy jestem w domu, czuję niepokój, bo chcę się z niego wyrwać, podróżować i występować. Ale kiedy jestem już w trasie, natychmiast ogarnia mnie rozdzierające serce uczucie tęsknoty za ciepłym gniazdem, moim domem i moją rodziną. Irlandzki „człowiek rodzinny” i włosko-jugosłowiański „Cygan” we mnie czasami bardzo utrudniają sobie życie¹².
„Kochamy życie rodzinne i często prowadzimy przy stole dyskusje na temat muzyki, współczesnego życia i religii” – opowiadał Camillo Rea we wspomnianym wcześniej wywiadzie¹³. Muzyczne zainteresowania więc siłą rzeczy przechodziły na kolejne pokolenia rodziny. „W naszym domu muzyka zawsze była obecna, bo muzykowali nie tylko tata i Chris. Na perkusji gra także wujek Mark, z kolei jeszcze inny wujek był śpiewakiem operowym”¹⁴ – to z kolei relacja Cat Rei, wnuczki Gaetana i córki Adriana Rei, perkusisty grającego przez pewien czas w zespole Chrisa. Ona sama też zresztą obrała muzyczną ścieżkę: jest wokalistką i songwriterką tworzącą w nurcie chrześcijańskim. Z całą pewnością więc muzykalność Chris wyniósł z rodzinnego domu.
Gospel blues i Blind Willie Johnson
Gospel blues to gatunek, który zrodził się w Stanach Zjednoczonych pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku i łączył ewangeliczne teksty z bluesowym akompaniamentem. Jednym z jego twórców był Blind Willie Johnson (1897–1945) – amerykański niewidomy wokalista, gitarzysta i ewangelizator. Uwielbiał grać na ulicach, kierując śpiewane groźby w stronę grzeszników. Grał techniką slide, używając noża zamiast szyjki od butelki, wykorzystywanej przez wielu czarnoskórych bluesmanów. Chris poświęcił mu piosenkę _Blind Willie_, w której śpiewa: „ten człowiek widzi to // co nam nie śniło się”. W utworze słychać też muzyczne cytaty z _Nobody’s Fault but Mine_ Johnsona.
Christopher Anton Rea, syn Camilla i Winifred K. Slee pochodzącej z hrabstwa Fermanagh w Irlandii Północnej, przyszedł na świat w rzymskokatolickiej rodzinie w Middlesbrough 4 marca 1951 roku. Był jednym z siedmiorga rodzeństwa – jego bracia otrzymali imiona: Mike i Nicholas, a siostry: Geraldine, Camille, Catherina i Paula. Według późniejszej relacji muzyka życie w tak dużej rodzinie nie zawsze wyglądało tak sielankowo, jak przedstawiał je jego ojciec.
Było nas dziewięcioro, dużo krzyku, kryzys za kryzysem. Ktoś był w łazience, gdy ktoś inny miał ważną randkę. Każdy posiłek był tykającą bombą zegarową, która mogła wybuchnąć z jednej lub drugiej strony stołu. Każda kolacja mogła przerodzić się w wybuch kilka sekund po tym, jak do niej zasiedliśmy¹⁵
– zwierzał się Chris w 1993 roku na łamach dziennika „Independent”. O samym ojcu też zresztą wyrażał się tam niezbyt pochlebnie, nazywając go postacią „odległą, autonomiczną, skrzyżowaniem papieża z Mussolinim”. „Był bardzo »włoski«, podobnie jak wszyscy moi wujkowie, mimo że byli już drugim pokoleniem Włochów ”¹⁶ – opowiadał piosenkarz. Mimo to dobrze wspominał swoje dziecięce podróże do Italii:
Co dwa lata jeździliśmy do Włoch na całe trzy miesiące. To były cudowne wyjazdy, pełne nastrojowych spacerów, muzyki, ciepła, inspirującego światła, wspaniałych zapachów. Poznawałem to namiętne, ale pozbawione przemocy życie… a potem nagle zostałem wrzucony z powrotem do Middlesbrough, w świat zimnych zaułków, gdzie nie było żadnych Włochów. I to było bardzo dezorientujące. Pamiętam mój pierwszy dzień w szkole średniej, kiedy czułem się niepodobny do nikogo innego. Wszyscy inni wyglądali tak samo, tylko ja byłem opalony na lodowato zimnym placu zabaw w środku Middlesbrough, więc zastanawiałem się, co tam właściwie robię¹⁷.
Chris prędko został zaangażowany w rodzinny biznes. Już jako dwunastolatek pomagał przy sprzątaniu stołów w kawiarni ojca, ubrany w nylonowy płaszcz z napisem „Mr Really Good”. Niechętnie wracał we wspomnieniach do tego okresu, a o lodowym „imperium” ojca mówił z przekąsem:
W parze z włoskim pochodzeniem szła wysoka etyka pracy. (…) Istniała komisja do spraw lodów – bardzo poważna instytucja. To było jak ONZ. Raz w miesiącu wszyscy uczestnicy biznesu spotykali się w klubie za miastem. Jedli lunch, a potem wchodzili do sali konferencyjnej i wyrzucali z siebie wszystkie żale, rozstrzygając kwestie terytorialne dotyczące furgonetek z lodami. Mój ojciec kontrolował sprzedaż hurtową wielu produktów do produkcji lodów w Middlesbrough, był głównym dystrybutorem dla większej części regionu. Jeśli pokłóciłeś się z nim lub z komisją, mogłeś mieć trudności ze zdobyciem wafelków. (…) Nic nigdy nie było wystarczająco czyste dla mojego ojca. Nikt nie był w stanie sprzątać tak dobrze, tak szybko i tak dokładnie jak on. Słuchałem kelnerek w kawiarni, które bez końca opowiadały o pijanych mężach, chorobach kręgosłupa i atakach serca, co wpędzało mnie w ogromną depresję¹⁸.
W następnych latach Chris pracował także przy produkcji lodów w starej rodzinnej fabryce usytuowanej na Brambles Farm, małym osiedlu mieszkaniowym we wschodniej części Middlesbrough. Była to ciężka praca fizyczna:
Do naszej fabryki przyjeżdżały wielkie, pięćdziesięciokilowe worki cukru i sześćdziesięciokilowe bloki twardego, białego tłuszczu roślinnego. Cięcie go było okropną pracą. Zanurzało się w nim długie noże, aby rozbić na mniejsze kawałki, a te wkładano do stugalonowej¹⁹ kadzi, którą następnie napełniało się gorącą wodą. Kadź była ogrzewana przez specjalne rękawy, więc ściany rozgrzewały się do czerwoności, a moje ramiona były stale spalone i pokryte pęcherzami. Kiedy wsypało się cukier i mleko w proszku do mieszanki, czekała cię okropna robota mieszania i usuwania grudek, przez którą ręce robiły się czerwone i fioletowe. Następnie dodawało się tajne składniki rodzinne, przygotowane przez ojca lub zaufanego członka rodziny. To była bardzo poważna procedura, ponieważ taki właśnie był smak lodów. To właśnie ta mieszanka decydowała, czym ma się stać ta biała masa. Dzięki pracy w fabryce lodów stałem się bardzo silny, ale wywołała ona u mnie także problemy z wagą, które zostały mi na całe życie, ponieważ moja sylwetka stała się nieproporcjonalna – klatka piersiowa i ramiona nabrały masywności²⁰.
Przyszły muzyk najwyraźniej nie realizował się w tej pracy. Proponował ojcu, by zmienili branżę na sieć restauracji czy fast foodów, jednak jego pomysły nie znajdowały akceptacji Camilla. „Po prostu pracuj dalej, Chris, nie mamy czasu na te szalone marzenia” – miał odpowiadać lodowy potentat, od którego syn oddalał się coraz bardziej, jednocześnie tracąc zainteresowanie rodzinnym biznesem²¹.
Chris myślał o tym, by zostać dziennikarzem, dlatego rozpoczął naukę w katolickim St. Mary’s College w Middlesbrough. Nie zagrzał tam jednak długo miejsca z powodu konfliktu z jedną z nauczycielek. Przyszły artysta napisał siedemnastostronicowy esej o Siegfriedzie Sassoonie, poecie znanym z antywojennej poezji satyrycznej z okresu I wojny światowej. Pech chciał, że prowadząca zajęcia nie cierpiała tej twórczości. „Ta głupia, pieprzona, lewicowa wykładowczyni postanowiła porwać moją pracę, bo nie przedstawiłem w niej wpajanego wówczas lewicowego światopoglądu – a to był rok 1968” – opowiadał muzyk po latach²². Nauczycielka zaczęła więc drzeć pracę przy całej klasie, a Chris rzucił się, by ją powstrzymać. Według relacji muzyka podczas tego siłowania się oboje przelecieli przez stół, noga nauczycielki utkwiła w koszu na śmieci i w konsekwencji kobieta pośliznęła się. Na domiar złego do sali wszedł w tym momencie ktoś z grona nauczycielskiego. Autor eseju został obarczony winą za całe zdarzenie i musiał opuścić college.
W całej tej historii był jednak jeden duży plus – w jego życiu pojawiła się przestrzeń, którą mógł wypełnić muzyką:
Od najmłodszych lat otaczała mnie muzyka. Miałem trzy starsze siostry, które bardzo interesowały się Everly Brothers, Chuckiem Berrym i Elvisem. Ale nigdy nie byłem tak naprawdę nastawiony na rock’n’rolla, aż do wczesnych lat siedemdziesiątych. Do tego czasu interesowały mnie głównie samochody wyścigowe i piłka nożna. Album Judy Collins i _After the Gold Rush_ Neila Younga były pierwszymi płytami, których wysłuchałem od początku do końca, i to zainspirowało mnie do dołączenia do zespołu grającego akustyczne sety w małych klubach w całej okolicy²³.
Wydaje mi się, że wszystko, co kiedykolwiek napisałem, w pewnym sensie zaczęło się od bluesa.
Kluczowy okazał się jednak moment zetknięcia się z bluesem:
Przed ukończeniem dwudziestego drugiego roku życia w ogóle nie grałem na gitarze. Nigdy nie chciałem być bogatą gwiazdą muzyki pop. To zupełnie do mnie nie przemawiało. Co innego gospel blues. Kiedy pierwszy raz usłyszałem tę muzykę, wszystko się zmieniło. To nie był blues z Chicago, był bardziej europejski. Nie trzymał się pentatoniki. Myślę, że poruszyła mnie również sama treść tych utworów. (…) Pamiętam tę sobotę jak dziś. Wieczorem miałem wyjść na miasto. Wszedłem do sypialni mojej mamy, aby się wyszykować. Pamiętam, że stało tam podwójne lustro; typowy kicz z lat 50. W pokoju był też stary budzik z radiem, które akurat grało. I wtedy poleciał ten utwór. Było dziesięć po trzeciej. Za oknem panowała zima, więc powoli robiło się ciemno. BBC serwowało wtedy pierwsze transmisje na żywo, prosto z USA. To była radiostacja pochodząca z Memphis. Coś w stylu RK 51. Transmisja satelitarna nie była wtedy najlepszej jakości. Na zniekształcony dźwięk wpływała również kompresja. I wtedy usłyszałem imię i nazwisko: Charley Patton²⁴. Tego samego wieczoru poszedłem do basisty jednego z lokalnych zespołów i opowiedziałem mu o tych dziwnych dźwiękach, które brzmiały jak skrzypce. Wtedy dowiedziałem się, że to slide. Długo zastanawiałem się: „Co to, do cholery, jest?!”. (…) Za pierwszy slide posłużyła mi buteleczka lakieru do paznokci, którą zabrałem starszej siostrze. Nigdy nie zapomnę tego różowego koloru. Miałem z tego powodu duże kłopoty. Moją pierwszą gitarą był Hofner V3 z wieloma przyciskami. Niemiecki marynarz zastawił go w lombardzie i, oczywiście, przepuścił wszystkie pieniądze. Wydaje mi się, że kupiłem go w Hamburgu. Tydzień później dostałem dwudziestopięciowatowy wzmacniacz firmy Laney. Od tamtego momentu, chyba przez rok, nie wychodziłem z sypialni. Nie liczyło się dla mnie wtedy nic innego. (…) Wydaje mi się, że wszystko, co kiedykolwiek napisałem, w pewnym sensie zaczęło się od bluesa
– opowiadał muzyk po latach, w rozmowie z dziennikarzem polskiego magazynu „Gitarzysta”²⁵. Właśnie technika slide, używana głównie w muzyce bluesowej, miała stać się jednym ze znaków rozpoznawczych Chrisowego grania na gitarze. Polega ona na grze specjalną tulejką, która pozwala na płynne przechodzenie między kolejnymi dźwiękami na gryfie (glissanda), wzbogacane czasem o vibrato. To temu sposobowi grania zawdzięczamy charakterystyczną śpiewność gitarowych dźwięków Chrisa Rei, a także większość rzewnych tonów obecnych w jego muzyce.
W tamtym okresie miałem przekształcić lodziarnię ojca w globalny koncern, ale cały czas spędzałem w magazynie, grając na gitarze slide. To był prawdziwy Chris Rea, a nie to, co nastąpiło później. (…) Moimi bohaterami byli wykonawcy gospel bluesa, tacy jak Blind Willie Johnson, Charley Patton i Sister Rosetta Tharpe, a nie ktokolwiek, kto był numerem jeden²⁶.
Gdy Chris odszedł z firmy lodziarskiej, jego miejsce zajął jeden z braci. Biznes funkcjonował do drugiej połowy lat osiemdziesiątych, kiedy to został sprzedany ostatni ze sklepów ojca. Sam Camillo przeszedł wówczas na emeryturę. W 1993 roku muzyk zwierzał się:
On i ja tak naprawdę teraz nie rozmawiamy. Ożenił się ponownie, ma nową rodzinę, a ja mam swoją; nasze życia wyglądają bardzo odmiennie. Przypuszczam, że kiedyś był moim ojcem, a ja jego synem. Teraz jesteśmy tylko dwoma dorosłymi.
Przez długi czas w ogóle nie myślałem o lodach, właściwie zapomniałem o tym, co robiłem. Pewnego dnia byłem z rodziną w restauracji i wszyscy zamówiliśmy lody. A kiedy je jedliśmy, zacząłem wyjaśniać, dlaczego istnieją dwa różne rodzaje wanilii. Słowa płynęły mimowolnie, w oderwaniu od mojej osoby – mówią, że to oznaka zaczynającego się szaleństwa. Usłyszałem wtedy te słowa wychodzące z moich ust: „Kiedyś byłem lodziarzem”. To mnie trochę przeraziło. Wtedy znów zainteresowałem się tą częścią mojej przeszłości, ale to było tak, jakby przydarzyła się ona komuś innemu²⁷.
POSŁUCHAJ
_Blind Willie_
z płyty _Blue Guitars V. Texas Blues_ (2005)
więcej..