Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Chwila przed podróżą. Reportaże z PRL - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 kwietnia 2026
7649 pkt
punktów Virtualo

Chwila przed podróżą. Reportaże z PRL - ebook

Małgorzata Szejnert to jedna z najwybitniejszych polskich pisarek. Mistrzyni reportażu, nauczycielka pokoleń reporterów i reporterek. Autorka niezwykle mi bliska. I wiem dlaczego – kiedy twórcy zaczynają pukać do drzwi świata, to on zazwyczaj niechętnie je otwiera. Wrażliwości Małgorzaty jednak nie mógł i wciąż nie może się oprzeć. Drzwi otwierają się szeroko, reporterka wchodzi bez wahania, a to, co stamtąd nam przynosi, nikogo nie pozostawia obojętnym.

 

Olga Tokarczuk

Mistrzowskie reportaże z PRL

Teresa Lubomirska zakłada szpital położniczy, a Maria Łopatkowa liczy, że turnusy wczasowe połączą osierocone dzieci z parami pragnącymi adopcji.

Sławomir Fiutkowski wstaje o 3.50, żeby dojechać do pracy w narzędziowni Zakładów Mechanicznych „Ursus”.

Pan K., plastyk-rzemieślnik, ozdabia swą łódzką willę półtora tysiącem białych traleki płaci za to wysoką cenę – w podatkach i szyderstwach.

Teksty, o których mówiła cała Polska.

Sprawy i tematy, o których trzeba pamiętać.

„Chwila przed podróżą” to pierwszy tak obszerny wybór tekstów jednej z najwybitniejszych polskich reporterek. Niezwykła kronika ludzkich losów układająca się w wielowymiarowy obraz Polski Ludowej. Lśni tutaj niezwykły talent Szejnert, imponuje jej wrażliwość społeczna, przekonanie o znaczeniu drobnych sytuacji i żywy kontakt z bohaterami.

„Pisanie reportażu wymaga w Polsce Ludowej uważności na szczegół, cierpliwości, umiejętności czekania na odpowiednie zdanie, szacunku dla odrębności języka rozmówców. […] Teksty reporterki Szejnert nie odbierają przeszłości sensu ani znaczenia, ale zdejmują z niej warstwę uproszczeń”.

Ze wstępu Magdaleny Grzebałkowskiej

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-149-0
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

POCZTÓWKA Z PRL

REPORTAŻ W POLSCE LUDOWEJ JEST JAK POCZTÓWKA trójwymiarowa. Władza widzi na zdjęciu ubraną panią, obywatel ustawia kartę pod innym kątem i widzi panią gołą. Reporter stara się tak przygotować pocztówkę, żeby cenzura ją przepuściła, ale też by czytelnik znalazł w niej rzeczywisty obraz świata.

Reporterka Szejnert nie może przecież otwarcie napisać w 1980 roku, że kraj pogrążył się w ruinie, choć jego budowa wciąż trwa. Może jednak nadać wiadomość szyfrem.

– Jeszcze nie powstało, już zdewastowane? – pyta więc o ruiny budowy ośrodka z oddziałem dla dzieci upośledzonych na Śląsku. I notuje odpowiedź przedstawiciela Budopolu: – Jeśli się buduje przez tyle lat, cegła kruszeje, drewno się paczy, beton skawala, rury rdzewieją. Renowacja budowy mnóstwo kosztuje…

Reporterka-kryptolożka wie, że tyle wystarczy. Czytelnik-deszyfrant zrozumie, co miała na myśli.

W reportażu o życiu przyfabrycznej stołówki zapisuje słowa pracownicy: – Codzienni bywalcy stołówkowi już się przyzwyczaili do zasady, że chcąc jeść nożem, musisz dać przepustkę (…) Już cztery lata jest taki zwyczaj. Przedtem, kiedy noże leżały luzem, ginęło i 50 dziennie.

Odbiorca rozumie, że w kraju trwa kryzys na rynku sztućców i kultury osobistej.

Gdy w tekście o warszawskim Supersamie pisze: „Pani Renia kuli się na rampie. Pod białym fartuchem ma sweter owczy, na fartuchu serdak supersamowski. Kiedyś przydzielano pracownikom kożuszki, ale przez tyle lat poznikały jakoś ze stanu” – każdy od razu wie, że mowa jest o polskim kombinowaniu.

Kiedy w reportażu o strajkach w szczecińskiej stoczni zauważa w torbie jednego z protestujących tom poezji Mickiewicza, obrazek ten wart jest więcej niż tomy analiz.

O polityce nie pisze. W rzeczywistości, w której działa jej pokolenie reporterów, jest to nie tylko niemożliwe, ale też nieskuteczne. Skupia się na opisie codzienności. Bohaterami tekstów są zwyczajni ludzie, którzy pracują, piszą kroniki, sprzątają po strajku, hodują kwiaty i starają się żyć w pięknym otoczeniu – na miarę swoich marzeń i możliwości.

Polityka i tak jest wszędzie. W cieknących sufitach nowych mieszkań na Ursynowie, w gnijących od wilgoci ikonach z bieszczadzkich cerkwi, w pociągach odjeżdżających sprzed nosa robotnikom ursynowskiej fabryki, w tęsknocie obywateli za złotą Giocondą i bolącym z nerwów żołądku pracownicy Supersamu, która obsługuje na tradycji.

Drobna, zdystansowana reporterka Szejnert zamiast pchać się na pierwszy plan, woli stać z boku – wśród ludzi. Pisanie reportażu wymaga w Polsce Ludowej uważności na szczegół, cierpliwości, umiejętności czekania na odpowiednie zdanie, szacunku dla odrębności języka rozmówców.

Bywa jednak, że cenzorom udaje się złamać szyfr i teksty Małgorzaty spadają z łamów. Tak jak reportaż z 1973 roku o malwersacjach w Powiatowym Ośrodku Sportu, Turystyki i Wypoczynku. Dopiero cztery lata później cenzura zdejmie z niego zakaz publikacji.

Kiedy w 1973 roku „Polityka” drukuje jej tekst _Mitra pod kapeluszem_, o życiu polskiej arystokracji w PRL, wybucha awantura. W tym czasie w ramach eksperymentu cenzura nie obejmuje tygodnika. Książęta i hrabiowie mają w reportażu Szejnert zeszlifowane charaktery, noszą kapcie, mieszkają w blokach. Tak o „panach” po wojnie jeszcze nie pisano. Reporterka otrzymuje dożywotni zakaz pisania na ten temat, redaktor naczelny Mieczysław Rakowski zostaje pozbawiony nagrody państwowej.

Rozpoczynając pod koniec lat osiemdziesiątych pracę nad poszukiwaniem grobów więźniów politycznych, zamordowanych po wojnie na Rakowieckiej w Warszawie, wie, że znów naruszy tabu. Nie ma nadziei na publikację książki w Polsce, umawia się więc z londyńskim wydawnictwem Aneks. Nie spodziewa się, że przyjdzie jej skończyć reportaż w zupełnie innej rzeczywistości, w czasie obrad Okrągłego Stołu.

I nagle przestaje pisać. Nasłuchiwanie rozmów w pociągach, godziny spędzone w wiejskich chałupach, nawiązywanie kontaktów z ludźmi przez płoty, pływanie amfibią po zalanym przez powódź Pułtusku, troskę o zabytki Krakowa i gdańskiej Oliwy, reporterską włóczęgę po Stanach Zjednoczonych zamienia na biurko w „Gazecie Wyborczej”.

Nim wróci do pisania i weźmie na tapet śląskie Giszowiec i Nikiszowiec, Ellis Island, Zanzibar, Polesie i wyspę Bute zwaną Wyspą Węży, zostaje szefową działu reportażu. Przez piętnaście lat uczy reporterów (w tym niżej podpisaną) wrażliwości na szczegół, uważności na słowo, precyzji myśli i klarowności formy. I nigdy nie powołuje się na swoje reportaże, choć tyle ich napisała.

Zbiór reportaży z PRL _Chwila przed podróżą_ dopełnia obrazu pracy i pasji Małgorzaty Szejnert. Warto, żeby sięgnęli po tę książkę zwłaszcza ci, którzy odczuwają silną nostalgię za czasami kolejek po chleb, za latami czekania na mieszkanie czy telefon i za paszportami wydawanymi nielicznym. Nie po to, żeby tę tęsknotę potępić, ale żeby się z nią zmierzyć. Teksty reporterki Szejnert nie odbierają przeszłości sensu ani znaczenia, ale zdejmują z niej warstwę uproszczeń.

Ustawcie więc trójwymiarową pocztówkę ze zdjęciem Polski Ludowej tak, żebyście zobaczyli siebie, gdy kręcicie fikołki na trzepaku. A potem zmieńcie jej kąt nachylenia i przypomnijcie sobie, z czego była zbudowana codzienność. Waszą przewodniczką po tym świecie jest Małgorzata Szejnert.

_Magdalena Grzebałkowska_CZY IKONA POWRÓCI
1966

PIĘCIU PRZYSTOJNYCH CHŁOPCÓW SIEDZI NA ROZPRAWIE jak na wykładzie. Twarze inteligentne, gesty swobodne. Swoboda robiona; pod drugą ścianą ławy rodzin, na nich panie z podkrążonymi oczami. Czterech podsądnych przyszło na rozprawę z aresztu. Siedzą już prawie rok.

Miejsce: Sąd Powiatowy w Lubaczowie, Rzeszowskie. Sędzia niewiele starsza od oskarżonych; z Lubaczowa. Prokurator z Rzeszowa. Mecenasów pięciu. Trzech to śmietanka krakowskiej palestry, z dziekanem Izby Adwokackiej w Krakowie.

Oskarżeni – z krakowskiego środowiska studencko-artystycznego. Najstarszy – 26 lat. Najmłodszy – 20.

Pytanie obrony:

– Czy oskarżony, kiedy brał ikony, wiedział, że są one własnością państwa?

– Nie. Dowiedziałem się o tym dopiero w trakcie przesłuchania.

– Czy oskarżony zdawał sobie sprawę z tego, że okrada społeczeństwo z dzieł sztuki?

– Nie. W moim przekonaniu zwróciliśmy mu dzieła skazane na zagładę. Człowiek nie zabierze ikony do grobu. Ona zawsze do społeczeństwa wróci. To, cośmy wzięli, zostało ocalone.

Pytanie ławnika:

– Czy cerkiew w Piorunce, skąd oskarżeni wzięli ikony i księgi liturgiczne, robiła wrażenie użytkowanej na cele religijne?

– Tak… Na ołtarzu leżał biały obrus. Były jakieś kwiaty.

Pytanie prokuratora:

– Czy oskarżony składał przyrzeczenie studenckie?

– Nie pamiętam… Przepraszam, Wysoki Sądzie, oczywiście, składałem.

– Co było w tym przyrzeczeniu?

– O postawie studenta. O honorze.

– Czy oskarżony jest w zgodzie z tym przyrzeczeniem?

– Sądzę, że tak.

A ona nas pobłogosławiła…

– Pytaliśmy ludzi, jak się idzie do cerkwi w Teniatyskach, ale ludzie byli zdziwieni. Mówili: „O jaką cerkiew wam chodzi, stara rozwalona, innej nie ma”. Droga była uciążliwa, piaszczysta, pusto. Potem las, gęsty, sosnowy. Żeby dostać się do cerkwi, musieliśmy wejść na dach. Ten dach był zawalony, leżał częściowo na ziemi. Ikony zawieszone były dosyć wysoko, jeden z nas je odczepiał, drugi łapał w koc. Jedna spadła i pękła, inne były od razu połamane. Wynieś­liśmy je przed cerkiew, aby dopasować, nie wiedzieliśmy, która część do czego. Wszystkie ikony były czarne, pokryte pęcherzami, napęczniałe wodą. Lubek zaczął jak zwykle obcierać je chusteczką i okazało się, że każdy obraz przedstawia po dwóch świętych, trzymających pergaminy z napisami. Lubek ochłódł, kiedy to obejrzał, powiedział, że to nie są dobre ikony. Ale ja się zapaliłem, bo już tu przyszedłem i zdejmowałem, powiedziałem więc Lubkowi: „Weźmy je, bo i tak zgniją”. Kiedyśmy wracali z Teniatysk, nieśliśmy jeszcze Matkę Boską z gipsu, którą mieliśmy zamiar zamienić na świątki lub aniołki, ale nie była nam już potrzebna, więc daliśmy ją jakiejś babce na przystanku PKS, a ona nas pobłogosławiła i poczęstowała jabłkami.

*

– Wydawało się, że cerkiewka w Lubyczy Kniaziej w ogóle nie ma drzwi, ale były, tylko otwarte na oścież, jakby wyrwane. Wewnątrz poniewierały się szmaty, porzucone świeczniki. Pamiętam figurę kamienną opartą o ścianę i dużą ikonę, dosyć jasną, podtrzymaną prętem, który biegł górą. Znalazłem podstawkę do cynowego świecznika, a przed cerkwią szyjkę do świecznika z talerzykiem do wosku. Wziąłem to, mogło do siebie pasować… Cerkiewka w Lubyczy nie mogła być użytkowana. Leżało tam wiele starych ikon, ich warstwa malarska już odstawała. Nie wzięliśmy wtedy tych obrazów, a podczas wizji lokalnej już ich nie widziałem. Znalazłem tylko jeden wartościowy, prosiłem, żeby ktoś go raczył wziąć. Ikony z tych opuszczonych cerkwi długo nie wytrzymają. To jest kwestia roku czy dwóch, żeby całkiem umarły, chyba że ktoś ukradnie.

Podczas przerwy

Przerwa; w Lubaczowie nie ma gdzie nocować, ale jest gdzie zjeść. Sąd zajmuje trzy stoliki. Przy jednym prokurator i sędzia, przy drugim mecenasi z Krakowa, przy trzecim – adwokaci miejscowi. Rodziny oskarżonych siedzą w drugiej sali. Oskarżeni, skuci precyzyjnie przez eskortę, poszli na obiad do więzienia.

Dziennikarze przysiadają się do stolika sędzi i prokuratora:

– Czy nie mnożymy szkód społecznych? Rok aresztu, stracone studia. Czy ten areszt tymczasowy jest potrzebny?

– A jednak kradzież, z tych, jakich coraz więcej na naszym terenie.

Głos adwokata:

– Lata nieposzanowania; tak, to się mści, panie prokuratorze. Powinniśmy winić nie chłopców, lecz odpowiednie władze. Są młodzi, zrobili głupstwo.

– Ale dobrze znali wartość tego, co chowali do plecaków.

– Nie brali tych rzeczy z niskich pobudek. Przewód sądowy nie udowodnił sprzedaży.

– Może nie zdążyli sprzedać.

Rozmowy przy stoliku mecenasów z Krakowa:

– Czy pan mecenas ma jakieś ikony?

– Uchowaj Boże. Wygląda na to, że prokuratorzy dobiorą się do kolekcjonerów. Mam Axentowicza, Stanisławskiego, Fałata. Wszystko w darze od klientów.

– Podobno można w Krakowie kupić Rubensa.

– A czego nie można kupić w Krakowie? Niedawno ktoś sprzedał rzeźbę Canovy za 30 tysięcy złotych.

– Pewien konsul wywiózł z Krakowa dwa wagony antyków. Ikona za pięć tysięcy, sekretarzyk za osiem; idą na Zachodzie za tysiące dolarów.

– My już tego nie odkupimy.

– Za co, za złote?

Dziennikarze do sędzi:

– Kraków jest giełdą ikony. Dlaczego proces nie odbywa się w Krakowie? Wprawdzie w powiecie lubaczowskim dokonano większości „czynów”, ale za Krakowem przemawiają względy społeczne.

– Wystąpiłam z odpowiednim wnioskiem, ale Rzeszów go odrzucił – wyjaśnia sędzia.

To jest rozdział zamknięty

Po przerwie. Elektrownia wysiada raz po raz. Część pytań i odpowiedzi płynie z ciemności, protokolant odmawia pisania przy świecy.

Sędzia:

– Dlaczego oskarżony nie zawiadomił konserwatora o stanie cerkwi i o tym, co w nich znalazł?

– To jest bezcelowe. Przecież oni wiedzą… Konserwator może nakazać, żeby wszystko zostało zabrane. Ale te zwiezione ikony trafiają w warunki niewiele lepsze niż w terenie.

Następnego dnia, Łańcut. Tutaj, w Zbiornicy Zabytków Ruchomych przy Zamku, gromadzone są od paru lat przedmioty z wnętrz rzeszowskich cerkiewek. Joanna Szczęk, kierowniczka składnicy i jej główny zaopatrzeniowiec, zdejmuje kłódkę z drzwi stajni cugowej Potockiego. Wchodzimy w ciemność, potem do ogromnego lamusa, wyładowanego po dach jak drewutnia, pełnego malowanych desek, kolumn, wrót, przygasłego złota i czerwieni. Na podłodze oberwane skrzydełka, wióry farby, próchno.

Jest jeszcze drugi lamus, mniejszy. Stoły, stelaże, ikony porządnie ustawione, przemyte. Przemywa się to, łata, impregnuje w tutejszej pracowni konserwatorskiej.

– Ale nie możemy nadążyć. Ściągamy teraz mnóstwo rzeczy, nie weźmiemy my, wezmą inni. Zniszczy wilgoć, grzyb.

– Po co to wszystko trzymacie? Nawet oleodruki, kicze z XX wieku.

– Ikona to rozdział zamknięty. Już nikt nigdy nie namaluje nam ikony.

– Co z tym zrobicie?

– Powiększymy zespół konserwatorów. Odnowimy wszystko, jeśli starczy sił, jeśli będą środki. Może jeszcze zdążymy. Zawiesimy ikony w nowym magazynie, który niedługo będzie gotowy, na wysuwanych ekranach, w odpowiedniej temperaturze i wilgotności. Udostępnimy to historykom sztuki. Skompletujemy ikonostasy, wyposażymy cerkiewki w skansenie…

Nie znam innego sposobu…

Sala rozpraw, Lubaczów.

Pytanie obrony:

– Czy oskarżony może wymienić znane mu cerkiewki i określić, w jakim są stanie?

– Pamiętam cerkiewkę, na której wisiała tabliczka, że obiekt jest pod opieką konserwatora, w środku była stajnia. Pamiętam też szopę, na której przybito z zewnątrz obrazy cerkiewne, prawie już zmyte. Pamiętam kapliczkę, zamkniętą na kłódkę, ale bez dachu… Najbardziej zniszczone są cerkwie leżące na uboczu, poza osiedlami. Nikt o nie nie dba. Takich cerkiewek jest dużo, bo chociaż odbudowują się wsie i powstają osady, to zabudowa idzie w innym kierunku.

Łańcut, dostojny gabinet Antoniego Dudy-Dziewierza, dyrektora Muzeum.

– Panie dyrektorze, czy głosy w prasie krytykujące pomysł stworzenia skansenu cerkiewek nie zraziły projektodawców?

– Nie, bo to nie była dyskusja rzeczowa. Większość dyskutantów zaniepokoiła się projektem dlatego, że nie znała jego szczegółów. Zarzucano nam, że ogołocimy Rzeszowskie z najpiękniejszych obiektów. Nie ogołocimy – do skansenu poszłyby cerkiewki leżące na uboczu, poza szlakami turystycznymi, poza zabudową, opuszczone i skazane na zagładę. Nie zabierzemy najpiękniejszych, bo nie takie są nasze kryteria wyboru. Chcemy pokazać różne typy budownictwa cerkiewnego. Najwartościowsze obiekty powinny naszym zdaniem pozostać w swoim naturalnym otoczeniu. Nie stłoczymy cerkiewek jak owieczki w stadzie, bo dosyć jest miejsca w Rzeszowskiem, by wynaleźć teren obszerny i malowniczy. Nie zniszczymy obiektów podczas przenosin, bo umiemy w Polsce leczyć stare deski, stworzyliśmy już niejeden skansen.

– Ile to będzie kosztowało?

– Mniej, niż się spodziewają nasi adwersarze. Wystąpiliśmy z pomysłem, możemy się podjąć jego realizacji.

Konserwator: „boję się jednego”…

Lubaczów, krótka przerwa w rozprawie. Sędzia odwiesza togę na kołek.

– Pani sędzio, czy wojewódzki konserwator zabytków z Rzeszowa został powołany na świadka?

– Nie.

– Czy został powiadomiony o charakterze i terminie rozprawy?

– Nie został powiadomiony.

Rzeszów, gmach Wojewódzkiej Rady Narodowej, biuro konserwatora, magistra Jerzego Tura.

– Co pan robi, żeby ratować cerkiewki i ikony?

W Rzeszowskiem jest około dwustu cerkiewek. W tym około 130 budynków, które warto jeszcze remontować.

– Czy przeprowadza się tylko gruntowne konserwacje? Czasem trzeba załatać dach, zapobiec dalszym zniszczeniom.

– Zwierzchnicy zobowiązują mnie do tak zwanej koncentracji nakładów. Nie 30 załatanych dachów, ale jeden nowy.

– Dlaczego cerkiewki bywają otwarte?

– Bo grupy ludności greckokatolickiej i prawosławnej, a nawet osiadła tu po wojnie ludność katolicka chce czasem przyjść do cerkwi jak do świątyni. Nie możemy tego utrudniać. Dosyć było zadrażnień na tych terenach. Cerk­wie palili Ukraińcy w obawie przed profanacją. Niszczyła je ludność napływowa, aby zatrzeć ślady obcej wiary i obcego pobytu. Przez całe lata ludzie ciemni lub nietolerancyjni rąbali ikony na polana, rozbierali cerkwie na obory. Teraz nikt już ikon nie rąbie, konflikty się przewaliły. Ale od paru lat obserwujemy nowe niebezpieczeństwo. To poszukiwacze dzieł sztuki, którzy chcą je mieć za darmo lub chcą się na nich dorobić. Raz po raz odkrywamy w sklepach Desy, zwłaszcza w Krakowie i Warszawie, części ikonostasów z rzeszowskich cerkwi. W ten sposób odzyskaliśmy parę ikon z cerkwi w Ustianowej. Desa notuje wprawdzie personalia osób, które za jej pośrednictwem sprzedają dzieła sztuki, ale to nie odstrasza.

– Desa powinna być chyba w stałym kontakcie z konserwatorami, a konserwatorzy powinni mieć inwentaryzację zdjęciową ikonostasów i innych skarbów cerkiewnych. Co pan sądzi o takim projekcie: Desa nakłada kwarantannę na pewne przyjęte w komis obiekty. W tym czasie przedmioty leżą na wystawie i nie mogą być sprzedane. Mogą je natomiast obejrzeć osoby, które z urzędu opiekują się zabytkami.

– W każdym razie należy stanowczo położyć kres wywozowi ikon za granicę. Nie sprzedawać obcokrajowcom, nie wydawać zezwoleń na wywóz.

– Jaka jest pana opinia o skansenie?

– Trzeba go zrobić. Może nie na wzgórzu koło Smolnika, może raczej parę mniejszych skansenów, może cerkiewki ulokowane luźniej, przy obwodnicy bieszczadzkiej. To rzecz specjalistów. Cieszę się, że nareszcie przyszedł czas na cerkiewki, czas bicia się w piersi i czas projektów, boję się tylko jednego. Że ktoś po stworzeniu skansenu uzna sprawę cerkiewek za odfajkowaną. A skansen to tylko jeden ze sposobów ratunku, których musi być wiele.

Patron święty czy świecki?

Lubaczów. Dziś wyroku nie będzie. Sąd odracza rozprawę. Wina rozkłada się na elektrownię i na prokuratora, który nie dostarczył podsądnym aktu oskarżenia. Oskarżeni wracają do aresztu. Mecenasi mają samochody, przed północą dotrą do Krakowa. W samochodzie znowu: ocalili czy ukradli? Winien ten, kto stwarza okazje, czy winien ten, kto korzysta? Samochód mija kościoły kopulaste i strzeliste. Jarosław, Przeworsk, Łańcut. Tutaj, w Łańcucie, wierzą, że ikona powróci do ludzi, bo taka powinna być droga dzieł sztuki, dokumentów kultury.

Ale wiara niestety nie przenosi gór.

Nawet wtedy, gdy dobrym zamiarom patronują wszyscy święci z ikonostasu.

Wyrok już zapadł. Oskarżony S.L. skazany został na 2 lata więzienia i 10 tysięcy złotych grzywny, oskarżony J.M. – na 2 lata więzienia i 7 tysięcy złotych grzywny, oskarżony T.M. na 1 rok więzienia i 6 tysięcy złotych grzywny, oskarżony L.Z. na 2 lata aresztu i 10 tysięcy złotych grzywny, oskarżony J.Ch. na 1 rok więzienia z zawieszeniem na 3 lata. Wszyscy oskarżeni skazani zostali ponadto na utratę praw publicznych i obywatelskich na 2 lata. Wyrok nie jest prawomocny. Obrony oskarżonych wnoszą do Sądu Wojewódzkiego w Rzeszowie o rewizję wyroku.

„Polityka”, nr 3, 15 stycznia 1966PRÓBA
1967

DWUDZIESTEGO LIPCA NA ZALEW WIŚLANY WYPŁYNĘŁY trzy łodzie. W każdej było czterech harcerzy. Jedna załoga nie wróciła.

Michalunio jest fotografem, jego pracownia zajmuje parter średniowiecznej Wieży Wodnej. Z platformy na szczycie gmachu można oglądać gwiazdy. Michalunio, założyciel Fromborskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii, otwiera budkę z teleskopem i objaśnia ciekawym konstelacje. Reporter miesięcznika „Nasza Ojczyzna” Marek Czudowski chciał mieć tę scenę w swoim reportażu. 21 lipca przed wieczorem wdrapał się na dach wieży. Robił właśnie zdjęcie Michalunia, kiedy ten został odwołany przez zdyszanego chłopca.

Powiedziano mu, żeby poszedł na przystań.

Tam usłyszał: „Wezmę drąga, zabiję”, i zobaczył, że od tłumu odrywa się milcząca tyraliera kobiet. Wiedział już dość o tej sprawie, by zgadnąć, że idą nad Baudę.

*

Bauda wpada do Zalewu 2,5 kilometra na wschód od Fromborka. 3 lipca harcerze z braniewskiego hufca rozbili nad rzeką obóz (nie miał on nic wspólnego z tak zwaną Operacją 1001, która zgromadziła we Fromborku 1300 harcerzy pracujących na rzecz miasta; trzeba dodać, że jej obozy zorganizowane są wzorowo i mają doświadczoną opiekę). Żaglówki: „Omegę”, „Turystkę” i „Słonkę”, cumowano przy ujściu. W namiotach mieszkało 8 dziewcząt i 23 chłopców, wszyscy z Fromborka i Braniewa. W zimie przeszli teoretyczny kurs żeglarski, tutaj czekała ich praktyka. Komendantem obozu był sternik Jerzy Czarniecki, 24 lata. Miał do pomocy zastępcę – 26 lat (najstarszy w tej społeczności), kwatermistrza, pielęgniarkę i trzech instruktorów (dwóch siedemnastoletnich).

Obóz powinien być zwinięty 17 lipca. Jego uczestnicy mieli jednak oszczędności; postanowili pozostać parę dni. 19 lipca pozdawali praktyczne egzaminy na stopień żeglarza.

20 lipca około godziny 11.00 przed południem wszystkie trzy łodzie wypłynęły na Zalew Wiślany. Przy sterze „Omegi” siedział komendant Czarniecki, przy sterze „Turystki” instruktor Dubicki. Załogę „Słonki”, w której zgodnie z certyfikatem płynąć może trzech żeglarzy, stanowili: czternastoletni Jan Lewalski, piętnastoletni Stanisław Grzegocki i Paweł Michalunio, syn fotografa, oraz siedemnastoletni Ignacy Steć, sternik.

Czarniecki mówi dzisiaj, że łodzie wyszły w odstępach pięciominutowych, „Słonka” na końcu. Steć miał pływać w pasie przybrzeżnym, koło PGR Różaniec. „Omega” i „Turystka” wzięły kurs na Piaski, wioskę rybacką na Mierzei. Piaski odległe są od ujścia Baudy o mniej więcej pięć mil morskich. Wszystkie trzy łodzie miały prawo poruszać się w odległości jednej mili od brzegu. Kiedy dwie pierwsze żaglówki były już na środku Zalewu, komendant zauważył, że „Słonka” płynie w kierunku Tolkmicka. Inni świadkowie mówią, że Steć od razu wziął kurs na Krynicę Morską. Tak czy inaczej, według komendanta „Słonka” była za daleko, by ją zawrócić rozkazem.

Łódź Czarnieckiego powróciła do ujścia Baudy o 16.30, łódź Dubickiego godzinę później. Jeszcze nie było sztormu, ale czuło się go w powietrzu. Wieczorem wiatr dął z siłą sześciu stopni w skali Beauforta. Komendant i instruktorzy zebrali się na naradę. Ktoś przypomniał, że Steć ma wuja w Tolkmicku; dawno zamierzał go odwiedzić. Na pewno załoga dopłynęła tam przed burzą. Przerzucono bagaże sternika, znaleziono książeczkę żeglarską i certyfikat łodzi. Uspokojono się drugim przypuszczeniem: „Słonka” została zatrzymana przez któryś z bosmanatów.

Ignacy Steć przyjaźnił się od dziecka z Jurkiem Chrabąszczem. Mieszkali w jednym namiocie. Jurek ułożył się do snu, ale wiatr łopotał brezentem. W nocy komendant oświetlał kilkakrotnie latarką puste miejsce Ignaca. Rankiem kazał Chrabąszczowi jechać do Tolkmicka.

Chrabąszcz opowiada, że wziął pozostawione przez Stecia papiery i wsiadł na motorower. Obejrzał port w Tolkmicku, ale „Słonki” tam nie było. Bosmana nie znalazł. Poszedł do ratownika, ten jednak nic nie wiedział o łodzi i jej załodze. Chrabąszcz nie odwiedził już wuja Stecia, postanowił wracać do obozu. Motorower psuł się po drodze, Chrabąszcz musiał go prowadzić parę kilometrów. Nad Baudę dotarł przed 11.00. Komendant stał przy ujściu i patrzył na Zalew. Kiedy usłyszał relację Jurka, kazał mu iść do obozu, wziąć rower, jechać na milicję. Jak wynika dalej z opowiadania Chrabąszcza, był on przed posterunkiem około godziny 13.00. Na drzwiach wisiała kłódka. Harcerz poszedł więc do portu. Biuro było zamknięte, ze schodów zeszła kobieta, powiedziała, że bosman je obiad. Chrabąszcz usiadł na ławce i czekał 25 minut. Kiedy bosman usłyszał o „Słonce”, krzyknął do chłopca: „Teraz przychodzisz! Jak trwoga, to do Boga!”.

Według relacji bosmana Paszenki Chrabąszcz zjawił się u niego znacznie później, o 15.30, i pewne fakty, których tu nie warto opowiadać, potwierdzają tę wersję. Rzeczywiście Paszenko był zły, jest zły i dziś, kiedy przypomina sobie tamtą rozmowę i kiedy pokazuje leżący w trawie mały niebieski kadłub „Słonki” z połamanym masztem. Zresztą nastroje i komentarze zostawmy na potem, wróćmy do faktów.

Bosman zamówił rozmowę z Tolkmickiem. Około 16.00 wyszła stamtąd motorówka Polskiego Ratownictwa Okrętowego. Jednocześnie ludzie na fromborskiej przystani zauważyli, że łódź milicyjna płynąca od strony Mierzei kręci się w kółko na Zalewie. Okazało się, że milicja, niewiedząca jeszcze o niczym, natknęła się przypadkiem na przewrócony kadłub „Słonki”. Żagiel nie był zwinięty. W łodzi znaleziono czarny sweter Stecia.

Wtedy na wodę ruszyły łodzie rybackie (we Fromborku mieszka 26 rodzin rybackich), motorówka „Słowik”, własność sztabu Operacji 1001 – wszystko, co mogło pływać.

O 18.15 rybak Marian Tyl złożył na nabrzeżu ciało Grzegockiego. Niedługo potem z łodzi milicyjnej dostrzeżono unoszące się w kamizelkach ratunkowych, kapokach, zwłoki Lewalskiego i Michalunia. Stecia nie znaleziono. Woda wyniosła go dopiero na czwarty dzień w okolicy Świętego Kamienia.

*

Lekarz z Fromborka, Pyrzyński, oglądał dokładnie wszystkie ciała, kadłub łodzi i maszt, złamany podczas holowania żaglówki. Pyrzyński sam jest żeglarzem. Opowiedział mi, co sądzi o losach załogi „Słonki” między wieczorem a ranem.

Chłopcy zlekceważyli znaki nadchodzącej burzy i sztorm zastał ich na Zalewie. Powinni zwinąć żagle i czekać. Ale chcieli jak najprędzej znaleźć się na lądzie i postanowili siłą dojść do brzegu. Świadczy o tym fakt, iż nie podjęli próby zrzucenia grota. „Słonka” radzi sobie z siłą wiatru nieprzekraczającą czterech stopni w skali Beauforta, musiała się przewrócić. Prawdopodobnie już wcześniej chłopcy nałożyli kapoki. Teraz unosili się na wodzie o półtora, dwa kilometry od brzegu. Trzymali się łodzi, zgodnie z żeglarską zasadą. Z początku widzieli wzgórze nad miastem. Potem zapadła ciemność, wiatr obracał łódź, stracili orientację. Wystrzelili parę rakiet (potem przywiązali rakietnicę do masztu) i czekali na pomoc. Kapoki utrzymują na wodzie przez dziesięć godzin, nie było więc właściwie podstaw do paniki. Trzymali się „Słonki”, ocierali ręce, nasłuchiwali warkotu motoru. Potem poczuli zimno i głód, zaczęli się bać. Sztorm przycichł, można było myśleć o postawieniu łodzi. Ale ten manewr nie ma szans powodzenia przy mokrym, rozpiętym żaglu. Próbowali obdzierać płótno, wyrwać maszt, porozkręcali wanty i sztag. Zrezygnowali. Może chcieli dłużej zachować siły. Kiedy zaczęło się rozwidniać i zobaczyli niedaleki brzeg, nie mogli już dłużej czekać. Ale byli także za słabi, by dopłynąć.

*

Wróćmy do obozu nad Baudą. Posłuchajmy, co opowiada Chrabąszcz:

Jerzy Czarniecki już wie, wiedzą wszyscy. Od strony Braniewa szosą pędzi samochód, wjeżdża na leśną wydmę, na łąkę. W samochodzie jest matka komendanta. Zabiera syna do wozu, reszcie rzuca: „Uciekajcie, od Fromborka idą kobiety!”. Łapią więc plecaki, dokumenty, po jednym kocu, wskakują do łodzi, odbijają. Całą noc kołyszą się w ciasnych łupinach, teraz kolej na nich, mają swoją próbę ciemności. Poprzedniej nocy niedaleko stąd ich koledzy strzelali rakiety, daremnie wzywając pomocy. Teraz rakiety płoną nad Wzgórzem Kopernika. Z Zalewu widać snopy łamiącego się światła, 1300 harcerzy świętuje wigilię 22 Lipca.

W nocy telefonistka łączy Olsztyn, Gdańsk, Warszawę. Następnego dnia są już we Fromborku przedstawiciele najwyższych władz harcerskich. Ogłoszona zostaje żałoba, odwołane pochody i zabawy. Posiadacze krzyży harcerskich przepasują je krepą. Obóz „górników”, harcerzy z zawodowych szkół górniczych, ma własną orkiestrę. Jej członkowie nie grali nigdy dotąd marsza żałobnego. Teraz ćwiczą go godzinami. Ich turnus wraca już na Śląsk zarezerwowanym pociągiem. Orkiestra zostaje na pogrzeb.

Sztab Operacji 1001 zaprasza ojców Michalunia i Grzegockiego, matkę Stecia, rodziców Lewalskiego do starej kanonii na Wzgórzu. Matka Michalunia leży w szpitalu po niedawnym wypadku motocyklowym, matka Grzegockiego, jedynaka, nie żyje, tak jak ojciec Stecia, też jedynaka. Na tym spotkaniu sztab i władze harcerstwa omawiają z rodzicami szczególną operację: pogrzeb. Harcerstwo zapłaci za wszystko i wszystko załatwi. Rzeczywiście, w ciągu dwóch dni świątecznych przeprowadzone zostają formalności, wybrane i kupione miejsce na cmentarzu, trumny, krzyże, wieńce, omówiony z księżmi świecko-kościelny rytuał uroczystości. Harcerki odwiedzają w szpitalu matkę Michalunia. Na stoliku stoi zdjęcie Pawła. Dziewczęta płaczą. Matka chłopca mówi: „Jak pogodzić wasze serca i waszą nieczułość?”.

*

Chciałam zapytać komendanta, co myślał tej nocy, ale prokurator nie pozwolił na widzenie. Odszukałam Jurka Chrabąszcza. Opowiedział, że nikt się nie spodziewał nieszczęścia; Steć był takim doświadczonym żeglarzem, już rok miał stopień sternika! Był odważny i silny, szykował się tęgo, by przepłynąć wpław Zalew Wiślany, i nie bał się nocą wychodzić na morze. Zapytałam Chrabąszcza, czy nikt w całym obozie nie proponował jednak tego sztormowego wieczoru lub nocą, by zawiadomić władze, i Jurek odrzekł, że nikt. Nikt nie pomyślał także o tym, by pójść do sąsiedniego obozu „górników”, który ma własne samochody i centralę telefoniczną łączącą z całą Polską, i choćby zadzwonić do Tolkmicka, by sprawdzić wcześniej wersję dotyczącą wuja. Okazało się także, że Chrabąszcz i jego koledzy z obozu wiedzieli o dużej motorówce harcerskiej „Słowik”, którą można było spenetrować Zalew, nie robiąc oficjalnego alarmu – jeśli tak bardzo się go bali, mając na sumieniu niedopuszczalne obciążenie łodzi i inne wykroczenia przeciw przepisom żeglarskim.

Zapytałam jeszcze Chrabąszcza, dlaczego tak późno dotarł do bosmana. Powiedział, że oczywiście teraz żałuje, że się bardziej nie śpieszył, ale są ludzie, którzy więcej zawinili w tej sprawie. Nie myśli o komendancie, ale na przykład o tych, którzy widzieli rakiety, o braciach Zabornych i o Sybidze. Zaborni są ormowcami, a Sybiga pracował kiedyś w milicji. Powinni wiedzieć, co znaczy nocą nad morzem czerwona rakieta, i zawiadomić o tym w porę kogo trzeba. A bosman? Czy nie miał obowiązku zainteresować się ich obozem, chociaż nie był on zarejestrowany w bosmanacie? A ratownik z Tolkmicka – czy nie powinien wtedy rano lepiej wypytać Jurka o sprawę?…

Tak żali się Chrabąszcz, mnie zaś przypominają się słowa Zuzanny Falińskiej, która uczy młodzież z Fromborka tańczyć i deklamować: „Jak byłam dzieckiem, mieszkałam na Zamojszczyźnie. Była wojna, uciekałam, szukałam chleba. Wiedziałam, gdzie się kryć, co mówić do kogo. Do kogo się śmiać, kiedy płakać. Ludzie mnie ratowali i ja im pomagałam, ile mogłam. Dzisiaj jest za ciepło, młodzi przestali wierzyć w śmierć. Kiedy jest tak ciepło, popada się w senność”.

„Polityka”, nr 32, 12 sierpnia 1967SMUTNO BEZ WALEWSKIEJ
KORESPONDENCJA WŁASNA Z KIERNOZI
1968

WTOREK, 17 GRUDNIA. WJEŻDŻAMY NA RYNEK W KIERNOZI. W środku skwer, na wprost kościół, na lewo gospoda.

Zwabiły nas tu sensacje wokół Marii Walewskiej. Według stołecznej popołudniówki: „na konferencji prasowej, która odbędzie się w Pałacu Łączyńskich w Kiernozi, przedstawione zostaną szczegółowe wyniki badań przeprowadzonych przez łódzkich naukowców. Poznamy tajemnicę krypty kiernoskiej. Lista dziennikarzy z kraju i zagranicy, którzy zapowiadają swój przyjazd do Kiernozi, przekracza już 30 osób… Z oczywistych względów łódzcy naukowcy dołożą starań, aby wszystkie prace podejmowane w Kiernozi były przeprowadzone w atmosferze należytej powagi i spokoju”.

Tak więc dzisiejszej nocy otwarto trumnę, a za godzinę mamy się dowiedzieć, co w niej znaleziono i jakie są wyniki ekspertyzy.

Postanawiamy zaczekać w gospodzie Wiosenka. Jest schab, boczek, golonka, są kurczęta pieczone. Bufetowa pochyla się nad ladą i szepcze:

– Czy państwo już coś wiedzą względem Walewskiej?

Trzech miejscowych obywateli w granatowych fufajkach zasiada przy najbliższym stoliku i odchyla się sztywno w naszą stronę. Najstarszy z sąsiadów wyciąga ku nam garść z papierosami. Pyta:

– Panowie korespondenci?

– Dziennikarze.

– Znaczy korespondenci. Co panowie wiedzą?

– Jeszcze nic.

– Panowie nie chcą powiedzieć. Ja rozumiem – ścisza głos – to sprawa państwowa. My zaraz to poczuli, jak Francuzi zaczęły tu przyjeżdżać. Cały świat już wie, że w trumnie Napoleona nie on leży. Jego kucharz tam leży. A gdzie jest Napoleon?

Stary zawiesza głos i podnosi palec:

– Cała Kiernozia w nocy nie spała. Poszlimy do kościoła, a stójkowy stoi przy bramie. „Idźcie – mówi – bo tu nic po was. To uczonych sprawa i francuskiego ambasadora”. Tak nas odegnał. Francuzy są ludzie inteligentni, oni tu mają interes. Według mojego przekonania oni tu szukają czegoś znaczniejszego niż Walewska.

Od drzwi sunie obywatel w walonkach:

– Bardzo mi się podoba i pragnę pogratulować, że pani jako cudzoziemka tak dobrze po polsku włada.

– Ależ ja jestem Polka.

Przed kościołem Nyska, Mercedes, Wołga, Renault, Warszawa. Grupka fotoreporterów we frędzlastych kożuchach podzwania zawieszoną na szyi aparaturą. Unoszą się dymki oddechów i zawołania:

– Stary, dasz strzelić z Linghofa?

– Ty, bracie, z czym do nieboszczki, z tą Zorką przedwojenną?

Grupkę otacza milczący krąg miejscowej młodzieży, która przestępuje rytmicznie z nogi na nogę.

Jedziemy do Pałacu Łączyńskich. Park jest pusty, tylko przy głównej alei uwija się babcia z miotłą.

– Przyszłam tu dziś pozamiatać, bo goście mają przyjechać do pałacu.

– Babcia tu pracuje?

– Nie, ja na rencie. Sprzątam z dobrawoli. Tu Kościuszki kamień był, to go zawsze obmietłam.

Okazuje się wreszcie, że konferencja odbędzie się w izbie katechetycznej przy kościele. Rozległa, ciemna sala pełna dziennikarzy. Zimno. Technicy rozstawiają reflektory i statywy. Filmowcy machają jak wędką srebrnym kijem z mikrofonem. Fotoreporterzy zapalają wiązki lamp. W szkolnych ławkach tłoczą się panowie i panie różnego wieku i stanu. Zwraca uwagę ogromny szlagon z fioletowym nosem i energiczny ksiądz w sutannie.

– Zamęt. Nie wiadomo, kto tu gość, a kto gospodarz.

Słyszymy szept z pierwszej ławki:

– Pantofelki miała białe, pończochy z dzianiny, ostatni krzyk mody, czepek złoty, koronki bogato ornamentowane, warkocz siwawy…

– Pan ją widział? Pan naukowiec czy dziennikarz?

– Dziennikarz, Bogu dzięki. Z Łodzi. Przyjechaliśmy w nocy i chcieliśmy wejść do zakrystii, to pani wie, co nam szef naukowców powiedział? Powiedział, gdzie ma prasę…! Na tym mrozie musieliśmy klęczeć za okienkiem, za kratą. Wszystkie informacje chcieli zachować dla siebie! Nekrofile!

Hałas. Wychodzi pan w ciemnej jesionce. Kierują się ku niemu reflektory, kamery i wędka mikrofonu.

– Pragnę państwa poinformować – mówi – że tajemnica, którą żyliśmy półtora roku, została wyjaśniona. W trumnie spoczywa siostra Marii Walewskiej, Antonina. W drugiej trumnie, najbardziej zniszczonej spośród trumien w rodzinnej krypcie Łączyńskich, znaleźliśmy ziemię i trochę kości, których nie sposób zidentyfikować. To mogą być szczątki Marii Walewskiej, ale nie można tego udowodnić. To jest, proszę państwa, niestety wszystko.

– Ha, ha – cieszy się ktoś z boku. – Brandysowi legia honorowa fiu, fiu, koło nosa przeszła!

– Czy mógłby się pan przedstawić! – woła dziennikarka do naukowca.

– Kapica, Zdzisław.

– Czy tu są przedstawiciele władz terenowych? Chciałabym wiedzieć, czego się spodziewają po tej całej aferze.

– Aferze? – odzywa się sopran ze środkowej ławki. – Jak pani śmie to nazywać aferą! Pani dyskredytuje pracę badaczy! Zresztą to przyczynek do dziejów Polski i Europy.

– A jakie znaczenie historyczne ma dzisiejsze odkrycie?

– Nie wiem – odpowiada doktor Kapica. – Nie jestem historykiem, lecz antropologiem. A za afery się, proszę pani, idzie do więzienia.

– Drodzy państwo – peroruje dziennikarz z Łodzi – nie róbmy z Walewskiej heroiny. Może zaczniemy o niej dzieci uczyć? Już jest polska szkoła filmowa, będziemy jeszcze mieli polską szkołę konkubinatu!

Wstaje Jan Wegner, kustosz Muzeum w Nieborowie:

– Walewska jest jednak postacią historyczną. Źródła podają, że była inteligentna, o subtelnej kulturze, dyskretna i taktowna…

– A gdzie jest Walewska? – pyta tubalnie szlagon z wielkim nosem.

– Właśnie! – wołają wszyscy. – Gdzie jest Walewska?

– Walewska jest tu, w Kiernozi – mówi doktor Kapica.

– A skąd wiadomo?

– Ksiądz proboszcz odnalazł dokument, który to wyraźnie stwierdza.

– Tak – dodaje ksiądz. – A poza tym chciałem państwu powiedzieć, że Kiernozia leży w środku świata.

– Jak to?

– Tak obliczono. I my sobie tego nie damy wydrzeć – mówi ksiądz z uśmiechem, ale poważnie. – Jak się tu jedzie pekaesem, można powiedzieć: „do środka świata”, i konduktor sprzeda bilet do Kiernozi. Ale państwo przyjechali samochodami, więc nie mieli okazji.

– A może – znowu zabiera głos dziennikarz z Łodzi – trumna przyszła z Francji od razu z piachem?

– Może i tak – odpowiada doktor Kapica.

– Kto otwierał trumnę?

– Blacharz z Łodzi, Józef Kopka.

– Czy to było nieprzyjemne? – pyta pani z „Expressu”.

– Przyjemne nie było…

– Nekrofile, nekrofile – szepcze scenicznie dziennikarz z Łodzi.

Konferencja skończona. Idziemy do krypty, ale nie można się tam dopchać. Zatarasował ją zwarty tłum miejscowych. Widzę starego z gospody. Jest przygnębiony.

– A tej małej trumny nie otwierali? – zagaduje.

– Nie, bo to trumna dziecięca.

Stary zamyśla się.

– Ona nie taka mała, a on…

Przewodniczący Gromadzkiej Rady Narodowej zna już wyniki ekspertyzy i też się trapi:

– W ostatnim okresie szło zauważyć zwiększony ruch turystyczny. A teraz ten zapał zgaśnie. W Walewskiej była nasza nadzieja.

Aptekarz Zdzisław Kowalczyk udziela jedenastego dziś wywiadu. Pokazuje nam swą kolekcję zegarów i lamp naftowych.

Na plebanii spotykamy obywatela z ogromnym nosem. U nóg trzyma tekę z dwiema piersiówkami i plikiem papierów.

– Dzień dobry pani dobrodziejce! Pani musiała o mnie słyszeć. Jestem kolekcjonerem, co ma najbogatsze zbiory z epoki napoleońskiej. Takie rzeczy, jakie ja posiadam – huczy – to nie ma nikt pojęcia! Ja mam kartkę z konklawe, autograf Maty Hari i najstarszy bicykl, cały z dębiny, z drewnianym hamulcem przy drewnianej feldze. Ja dziś niezdrów jestem, boście mi za późno telegram przysłali i nie zdążyłem na otwarcie trumny. Toż ja od siebie jadę pięć godzin pociągiem. Telefonowałem, żeby wszystko wstrzymali, nie chcieli i nie!

– A po cóż to panu było oglądać?

– Chciałem z tej trumny mieć gwóźdź. Dunin-Borkowski z Krośniewic wiedział, kiedy przyjechać, i ma trzy!

Znowu w Wiosence. Tłok.

– Państwo będą łaskawi zasiąść w moim skromnym towarzystwie. Państwo, jak mniemam, z prasy lub specjaliści. Czy państwo wiedzą, jaka walka tu się toczy? Proszę państwa, tu się toczy walka. My w nocy poszliśmy pod kościół, patrzymy, a tu naukowcy na dziennikarzy, dziennikarze na naukowców. Umysłom brak właściwej stabilizacji. Wyrazy w świętym miejscu padają. Łódź się podnosi na Warszawę, a Warszawa na Łódź. Tu wielka gra jest polityczna o zagadnieniu sławy zdobycia!

Przed wyjazdem z Kiernozi udało nam się zajrzeć do krypty Łączyńskich z czterema trumnami. Na środkowej, ozdobnej, ze szczątkami Antoniny, ktoś położył trzy goździki. Lewa, najstarsza, leżała do góry dnem, jak ją pozostawiono. Przez szpary w deskach i podartej ołowianej koszulce widać było sypką zawartość skrzyni. Krypta opustoszała i nareszcie zrobiło się cicho nad tą trumną.

PS Według stołecznej popołudniówki naukowcy jeszcze raz pojechali do Kiernozi i otworzyli trzecią trumnę. Spoczywają w niej dobrze zachowane zwłoki z krzaczastymi wąsami i brwiami. Po dokładnej ekspertyzie ustalono, że nie jest to z całą pewnością Maria Walewska. Więc może…

„Polityka”, nr 52, 28 grudnia 1968
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij