Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ciche Uderzenie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 maja 2026
E-book: EPUB,
5,00 zł
Audiobook
9,00 zł
5,00
500 pkt
punktów Virtualo

Ciche Uderzenie - ebook

Dr Artur Kamiński to wybitny kardiolog i oddany ojciec nastoletniej Zosi. Nikt z jego otoczenia nie wie, że w młodości jako „Defib” należał do elity europejskich hakerów. Dawno porzucił mroczną przeszłość, by na salach operacyjnych ratować ludzkie życie. Wszystko zmienia się w ułamku sekundy, gdy cyberterroryści przejmują kontrolę nad ponad milionem nowoczesnych rozruszników serca na całym świecie. Ultimatum jest bezlitosne: miliard dolarów okupu, albo w ciągu 24 godzin hakerzy zdalnie zatrzymają serca wszystkich pacjentów. Wśród zakładników jest Zosia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Woda była lodowata, dokładnie taka, jakiej teraz potrzebował. Płynęła z bezdotykowego kranu szerokim, niespokojnym strumieniem, obmywając dłonie zanurzone w ostrej, chemicznej pianie mydła chirurgicznego. Dr Artur Kamiński stał w świetle jarzeniówek, wpatrując się w lustro nad zlewem, ale nie widział w nim swojej twarzy. Jego wzrok wbity był w dłonie. Precyzyjne, pewne, wyceniane na dziesiątki tysięcy złotych za każdą skomplikowaną operację. Dłonie, które ratowały życia. A jednak, gdy patrzył pod odpowiednim kątem, w surowym świetle szpitalnej łazienki wyraźnie odznaczały się na nich blade, nieregularne blizny. Drobne oparzenia od cyny i rozgrzanej kalafonii, pamiątki po setkach godzin spędzonych z lutownicą w dusznym, pozbawionym okien pokoju na warszawskiej Pradze, dawno temu, w innym życiu. W życiu, w którym nie był bogiem kardiologii, ordynatorem decydującym o czyimś być albo nie być, lecz ukrywającym się w cieniach Dark Webu duchem o pseudonimie „Defib”.

Zakręcił wodę ruchem łokcia. Maszyna do suszenia rąk zawyła głośno, zagłuszając na chwilę miarowy, sterylny szum wentylacji. Szpital Kliniczny był o tej porze dziwnie spokojny. Nocna zmiana powoli przechodziła w poranną, na korytarzach unosił się zapach taniej kawy z automatów, wymieszany z wszechobecną, mdlącą wonią środków dezynfekcyjnych. Artur nienawidził tego zapachu, ale jednocześnie uważał go za swój naturalny ekosystem. Czuł, że ma nad nim pełną kontrolę. Ciało ludzkie, jak lubił w duchu powtarzać młodym rezydentom, było tylko skomplikowanym hardware'em. Serce? Pompa ssąco-tłocząca o wydajności pięciu litrów na minutę. Układ bodźcowo-przewodzący? Zwykła sieć elektryczna, kable, przekaźniki i węzły, które generowały impulsy, zmuszając mięsień do pracy. Kiedy coś się psuło, trzeba było to po prostu przeprogramować, załatać błędy w kodzie natury, zrestartować system.

Wyszedł na korytarz Oddziału Kardiologii Inwazyjnej. Jego kroki odbijały się głuchym echem od posadzki z linoleum. Z kieszeni lekarskiego fartucha dobiegło krótkie, ostre wibrowanie. Wyciągnął smartfon, odblokowując go za pomocą biometrii, po czym zmrużył oczy. Ekran zalało miękkie, niebieskie światło aplikacji AeroMed Sync.

Trzy nieodebrane połączenia od Zosi.

Artur westchnął ciężko, czując znajomy ucisk w żołądku. Odszedł na bok, opierając się plecami o chłodną ścianę obok dystrybutora z wodą, i oddzwonił. Sygnał łączenia wybrzmiał tylko dwa razy, zanim po drugiej stronie rozległ się szelest i wyraźnie poirytowany głos jego piętnastoletniej córki.

– No w końcu. Myślałam, że znowu ratujesz jakiegoś prezesa banku i zapomniałeś, że masz dziecko.

– Zosiu, prosiłem cię, żebyś nie używała tego tonu – powiedział Artur, starając się brzmieć spokojnie, choć zmęczenie po wielogodzinnym dyżurze dawało o sobie znać. – Miałem obchód. Co się dzieje? Apka pokazała powiadomienie, że tętno skoczyło ci do stu dziesięciu. Zapomniałaś wziąć beta-blokerów?

Z głośnika dobiegło ciężkie, teatralne westchnienie. Artur oczyma wyobraźni zobaczył, jak córka przewraca oczami, naciągając jeszcze mocniej na głowę kaptur swojej ulubionej, o dwa rozmiary za dużej szarej bluzy. Bluzy, która od roku stała się jej pancerzem ochronnym, skrupulatnie maskującym zgrubienie pod obojczykiem, gdzie pod skórą spoczywał tytanowy krążek najnowocześniejszego rozrusznika na świecie.

– Wzięłam leki, tato. Tętno mi skoczyło, bo musiałam wbiec na trzecie piętro na biologię, a winda znowu się zacięła – w jej głosie brzmiała desperacja przemieszana z gniewem. – Ale nie o to dzwonię. Ta głupia aplikacja znowu wariuje. Od rana wysyła mi jakieś powiadomienia o błędach synchronizacji z chmurą, a bateria w telefonie leci mi w dół jak szalona, bo to cholerstwo cały czas szuka połączenia. Wyłącz to. Albo ja to wyłączę.

– Zosia, doskonale wiesz, że nie możesz zabić tego procesu – w głosie Artura zabrzmiała stalowa, nieznosząca sprzeciwu nuta. Z każdym słowem budziła się w nim ta apodyktyczna strona ordynatora, której nie potrafił wyłączyć nawet w stosunku do własnego dziecka. – AeroMed musi być w ciągłym kontakcie z serwerem. To nie jest głupia apka do śledzenia kroków, tylko zaawansowany interfejs medyczny. Przesyła logi z pracy twojego serca, monitoruje arytmię i przewiduje migotanie, zanim ty w ogóle coś poczujesz. Jeśli odetniesz jej dostęp do Bluetootha...

– ...to będę wreszcie miała odrobinę prywatności! – przerwała mu ostro. – Tato, ja mam piętnaście lat! Chcę po prostu żyć, a nie czuć się jak jakiś... obiekt testowy, którego każdy ruch jest zapisywany w jakiejś bazie danych w Dolinie Krzemowej. Czuję się jak pies na cyfrowej smyczy. Zrobię szybszy krok na przerwie, i ty już o tym wiesz. Nie zjem śniadania, tętno jest inne, i ty już to widzisz na swoim telefonie. To jest chore. Obiecywałeś, że po operacji będę wolna. Że będę normalna.

Artur zacisnął wolną dłoń w pięść tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę, a blade blizny znów stały się widoczne. Słowa córki uderzyły w najbardziej czuły punkt. Jej pragnienie normalności uważał za naturalne, ale jego lęk o jej życie był wręcz paraliżujący. Każdej nocy budził się z myślą, że mała, tytanowa skrzyneczka w jej klatce piersiowej może przestać działać. Że układ scalony, którego nie zaprojektował i którego kodu nie mógł przejrzeć linijka po linijce, po prostu zawiedzie.

– Jesteś bezpieczna, Zosiu. To jest najważniejsze – powiedział ciszej, starając się zaszczepić w jej umyśle racjonalność, której sam czasami nie czuł. – Ten system jest perfekcyjny. Chmura dba o ciebie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Algorytm uczy się twojego ciała. Błędy synchronizacji to tylko chwilowy problem z siecią komórkową. Przejdę przez to z tobą w domu. Zaktualizuję ci oprogramowanie, dobrze?

Zapadła długa cisza. Słyszał tylko jej urywany oddech przez słuchawkę.

– Dobrze – mruknęła w końcu, zupełnie bez przekonania. – Będę w domu po czternastej. Tylko proszę cię, przestań odświeżać tę aplikację co pięć minut. Nie umieram.

Rozłączyła się. Artur powoli opuścił rękę z telefonem. Nie umierasz, powtórzył w myślach. I zrobię wszystko, żeby tak zostało.

Odwrócił się z zamiarem wejścia do dyżurki, by zaparzyć w końcu mocną, gorzką kawę, gdy z głośników pod sufitem rozległ się ostry, dwutonowy sygnał alarmowy, natychmiast ucinający szpitalną monotonię.

– Kod niebieski, SOR, stanowisko trzecie. Zespół reanimacyjny natychmiast.

Głos dyspozytorki był chłodny, ale Artur wychwycił w nim coś niepokojącego. To nie była zwykła formułka. Kardiolog nie miał dyżuru na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, ale jego nogi same podjęły decyzję. Lekka adrenalina, ten stary, dobry narkotyk, na którym funkcjonował od lat, momentalnie wyostrzył zmysły. Szybkim, sprężystym krokiem ruszył w stronę schodów, omijając pielęgniarki porywające z korytarza wózki reanimacyjne.

Kiedy wpadł na salę SOR-u przez podwójne, wahadłowe drzwi, uderzyła go ściana dźwięku. Pikanie monitorów, krzyki personelu, szelest rozdzieranych opakowań ze strzykawkami. Na stanowisku trzecim tłoczył się zespół. Młody lekarz dyżurny, Tomasz, z twarzą błyszczącą od potu, wykonywał gwałtowne uciski klatki piersiowej potężnie zbudowanego mężczyzny w średnim wieku. Mężczyzna miał siną twarz, a jego koszula była rozdarta do pasa.

– Co mamy? – rzucił krótko Artur, przeciskając się przez pielęgniarki i podchodząc do wezgłowia łóżka. Zlustrował szybko zapis na kardiomonitorze. Czerwona, chaotyczna linia skakała po ekranie w całkowicie pozbawiony logiki sposób. Migotanie komór. Serce pacjenta nie pompowało krwi, a jedynie trzęsło się w bezużytecznym spazmie.

– Mężczyzna, czterdzieści pięć lat, nagłe zatrzymanie krążenia w drodze do pracy! – krzyknął Tomasz, nie przerywając uciśnięć. – Świadkowie podjęli RKO po trzech minutach! Artur, to nie ma sensu, on ma wszczepiony kardiowerter-defibrylator! Urządzenie powinno go strzelić, zanim w ogóle upadł na chodnik!

– Odsunąć się! Ładować na dwieście dżuli! – zarządził Artur, chwytając twarde łyżki defibrylatora, które ktoś już zdążył posmarować żelem. W jego głowie trybiki kręciły się z niesamowitą prędkością. To prawda. Pacjent z ICD, który wchodzi w migotanie, dostaje wstrząs wewnętrzny w ułamku sekundy. Dlaczego system nie zadziałał?

– Ładuję! Dwieście! – odkrzyknęła pielęgniarka.

– Uwaga, strzał!

Artur przyłożył łyżki do klatki piersiowej mężczyzny i wcisnął przyciski. Ciałem pacjenta targnął potężny skurcz, wyginając go na łóżku w łuk, po czym z głuchym plaśnięciem opadł z powrotem na materac. Oczy wszystkich wbiły się w monitor.

Przez sekundę linia wygładziła się, zwiastując powrót rytmu zatokowego. A potem, nagle, z wnętrza klatki piersiowej mężczyzny dobiegł ledwie słyszalny, elektryczny trzask, a zaraz po nim nastąpiło gwałtowne, przerażające uderzenie. Ciało pacjenta ponownie podskoczyło, tym razem bez pomocy zewnętrznych łyżek.

– Co jest do cholery?! – krzyknął Tomasz, cofając się o krok. – Jego własny rozrusznik właśnie wyzwolił impuls!

Artur patrzył na monitor z narastającym niedowierzaniem. Prowadzony z zewnątrz wstrząs ustabilizował serce, ale wewnętrzne urządzenie z jakiegoś powodu zinterpretowało to jako błąd i z pełną mocą raziło prądem zdrowy, powracający rytm, natychmiast wrzucając serce pacjenta z powrotem w mordercze migotanie komór.

– System wariuje. Wyzwala asynchroniczne wyładowania! – warknął Artur, czując, jak po plecach spływa mu zimna strużka potu. – Magnes! Dajcie mi cholerny magnes neodymowy, musimy wyłączyć to urządzenie z zewnątrz, zanim usmaży mu serce!

Pielęgniarka rzuciła się do wózka, gorączkowo przeszukując szuflady. Zanim zdążyła odnaleźć potężny magnes ratunkowy służący do dezaktywacji rozruszników, przez gwar głosów na sali przebił się kolejny, identyczny dwutonowy sygnał alarmowy. A po nim, zaledwie sekundę później, następny.

– Kod niebieski, SOR, stanowisko pierwsze. Kod niebieski, korytarz główny przed wejściem!

Artur zamarł, trzymając w powietrzu gotowe do kolejnego strzału łyżki defibrylatora. Na SOR właśnie wjeżdżało drugie nosze z ratownikami, którzy w biegu uciskali klatkę piersiową starszej kobiety. Zza otwartych drzwi dobiegały krzyki ludzi próbujących ratować kogoś na podłodze korytarza.

– To niemożliwe... – wyszeptał Tomasz, z przerażeniem wpatrując się w Artura. – Trzy niewyjaśnione zatrzymania krążenia w tym samym momencie? Z migotaniem?

Ordynator odłożył łyżki z powrotem na wózek z taką siłą, że plastik złowieszczo trzasnął. Zostawił walkę o życie mężczyzny Tomaszowi i zdeterminowanym krokiem podszedł do tabletu ratowników leżącego na szafce. System podpięty pod bazę ubezpieczeń zdrowotnych wyświetlał historię chorób.

Szybkim ruchem palca przewinął wirtualną kartę pierwszego pacjenta. Wzrok Artura przeskakiwał po linijkach tekstu z prędkością skanera. Nadciśnienie tętnicze, cukrzyca typu 2, przebyty zawał serca w 2023. I wreszcie rubryka na samym dole. Implantowane urządzenia wspomagające.

AeroMed Sync-Core. Oprogramowanie w wersji 4.2.

Artur odwrócił się gwałtownie, jego dłonie lekko drżały, choć nikt oprócz niego nie mógłby tego zauważyć. Dopadł do wózka, na którym leżała teczka nowo przywiezionej kobiety. Rozdarł ją, ignorując protesty jakiejś pielęgniarki, i znalazł wyciąg z wypisu szpitalnego.

AeroMed Sync-Core.

Poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła, a resztki zmęczenia wyparowują, ustępując miejsca lodowatej, paraliżującej zgrozie. Powietrze na sali nagle wydało się gęste i duszące. Światło jarzeniówek zmatowiało. Słyszał krzyki, komendy medyczne, pikanie maszyn, ale to wszystko zdawało się docierać do niego z dna głębokiej studni. W jego umyśle nie było już lekarza-ordynatora w sterylnym fartuchu. Z mroku wyłonił się analityczny, bezlitosny umysł „Defiba”, który właśnie rozpoznał absolutnie niemożliwy statystycznie wzorzec. Trzy pacjenty, trzy różne miejsca w mieście, jeden zsynchronizowany, fatalny w skutkach błąd w kodzie urządzenia. W urządzeniu, które w swoim założeniu nigdy nie miało prawa zawieść. W urządzeniu, które bez przerwy szukało połączenia z chmurą.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij