Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Ciemna strona - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
15 marca 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Ciemna strona - ebook

Wkoło trwa gorączkowy XXI wiek, ale w zasnutych mgłą Jesionikach czas płynie inaczej – zwłaszcza jeśli ktoś para się czymś tak nieuchwytnym i staromodnym jak uzdrowicielstwo.

Obdarzeni wyjątkowymi zdolnościami Mirek i Rudy diagnozują pacjentów, badają aury, leczą dotykiem i zabawiają bywalców miejscowej gospody wyginaniem łyżeczek siłą umysłu. Choć sam fach znachora może wydawać się ekscytujący, ich życie płynie całkiem spokojnie. Do czasu. Wszystko zmienia się, gdy trafiają na tajemniczy czarny płaszcz… Czy dadzą się wciągnąć w grę ciemnej strony?

Markéta Pilátová (znana w Polsce z książek Żółte oczy prowadzą do domu i Z Bat’ą w dżungli) w swojej najnowszej powieści zabiera nas w świat ludzi, dla których hipnoza czy podróże w czasie są czymś tak zwyczajnym, jak popołudniowa drzemka. To świat, w którym wędrujące dusze twardo stąpają po ziemi, a podejrzane typy kryją się w pałacach pamięci. Atmosfery dopełnia wszechobecny czeski „cosizm" i działający niegdyś w Czechosłowacji Instytut Badań nad Zjawiskami Paranormalnymi.

Gotowi na przygodę?

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-65707-59-8
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

BIEGACZ, WIOSNA I CZARNY PŁASZCZ

Właśnie przestało sypać. Ostatnie płatki śniegu wirowały na wietrze i rozpływały się we mgle niczym kryształki cukru w herbacie. Sople lodu wciąż jeszcze zwisały z dachów, jakby z nadzieją, że jakieś dziecko wpakuje je sobie do buzi. Mirek Hromada wyglądał przez okno, nieśpiesznie wkładając dresy. Lubił zimę, za wiosną nie przepadał. Za bardzo go rozstrajała, wytrącała z równowagi. Pogrywała sobie z nim. Kiedy zaczynało przygrzewać słońce i cała przyroda rwała się do życia, przestawał nad sobą panować. Nad sobą i nad aurami. Za wiele się działo. Czuł, że nie nadąża.

Zwykle wychodził biegać pod wieczór. Lepiej mu się spało, jak porządnie się wcześniej zmęczył. Słońce zachodziło teraz wpół do szóstej – miła odmiana po zimie, gdy ciemno robiło się już koło czwartej. „Co by nie mówić, pod tym względem wiosna jest całkiem spoko. Fajna sprawa, takie długie dni”, pomyślał, już któryś raz z rzędu. I zaraz skarcił się w duchu: znowu się powtarza.

– A Mirek jak zwykle się powtarza – mawiała jego babka od fizyki, Matejíčková. Chyba sądziła, że jest zabawna. Nie była. Ten sam typ nieznośnie przemądrzałej belferki, co jego matka.

Mirek miał też skłonność do dygresji. Zawsze posłusznie wracał jednak w końcu do głównego wątku, nawet jeśli robił to mocno naokoło.

No więc wyszedł biegać, jakoś koło wpół do piątej. Dbał o formę, nie chciał się zapuścić. Gdyby ktoś zapytał go, czym właściwie się zajmuje w życiu, w pierwszym odruchu odpowiedziałby chyba, że biega.

Wszyscy próbujemy się jakoś zdefiniować. Określić. Nadać sens własnemu istnieniu. Mówimy: „Jestem nauczycielem… spawaczem… murarzem… dziennikarzem…”. Mirek uważał, że to dziecinne. Jakby coś tak przypadkowego jak zawód mogło powiedzieć cokolwiek o człowieku. Miał zresztą poważne wątpliwości co do sensu pracy jako takiej. Sądził, że spokojnie można by się bez niej obyć. A już zupełnie nie cierpiał frazesów w rodzaju: „Rób, co kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia”. Nieufność budziło w nim już samo słowo „robić”. Kojarzyło mu się z hasłami z propagandowych plakatów. „Nasze młodzieżowe zawołanie: zrobić więcej, niż nakazuje obowiązek!”, „Robiąc lepiej, dajemy więcej”. Zwykła manipulacja i tyle. Czy naprawdę człowiek koniecznie musi coś robić? No ale niestety, skądś trzeba było brać forsę na jedzenie i rachunki.

On sam nie czuł pociągu do żadnego zawodu, zresztą właściwie nie miał też porządnego zajęcia – chyba że uznać by za takie masowanie ludzi, wyrównywanie czakr i oczyszczanie złej aury. Oho! Już widział, jak Matejíčková, zatwardziała racjonalistka, łapie się za głowę i z pogardą spluwa do doniczki z paprotką. Zgadza się. Mirek łamał wszelkie prawa fizyki, więcej: robił to z rozkoszą. Bo miał z tego pieniądze, a przy tym nie musiał się nawet specjalnie wysilać.

Dość jednak myślenia o Matejíčkovej i jej drwiących uśmieszkach. Mirek włożył koszulkę z napisem „Lepszy kiepski dzień na szlaku niż świetny w robocie” i wyszedł z domu. Wiosna wciąż się ociągała i gdzieniegdzie dawał o sobie znać mróz, choć zaczęły się już pierwsze roztopy i śnieg nie chrzęścił pod butami jak jeszcze miesiąc temu. Mirek nie wziął czapki i już po chwili na krótko przystrzyżonych włosach i bujnej czarnej brodzie pojawiły się kryształki szronu. Jego zwalista sylwetka (gdyby nie regularne treningi, wyglądałby jak zapaśnik sumo) bezgłośnie zanurzyła się w zimowo-wiosennym krajobrazie.

Zrobiła się niezła ślizgawica, więc wolał patrzeć pod nogi, niż podziwiać okoliczne wzgórza i lasy. Piękne widoki były jednym z powodów, dla których się tu przeprowadził. Zamieszkał w domu po ciotecznym dziadku Hansie. Ale o tym Mirek będzie się powtarzać później. Biegł przed siebie ze wzrokiem wbitym w drogę, pokrytą zdradliwą warstewką lodu. Kiedy w końcu na chwilę podniósł głowę i rozejrzał się wkoło, jego uwagę przykuło ogrodzenie, elektryczny pastuch. Trzepnął go po oczach, aż zabolało. Jakby prąd poraził go na odległość, choć oczywiście w zimie odłączano zasilanie. Na jednym ze słupków smętnie wisiał płaszcz. Czarny płaszcz. Drogi płaszcz. Chociaż był mokry – najwyraźniej znajdował się tu już od jakiegoś czasu – Mirkowi nie umknął jego wyrafinowany, elegancki krój. Nawet z odległości kilku metrów wyczuł odór alkoholu. Ostrożnie ujął w dłoń rękaw i powąchał palce. Cuchnęły spirytusem i zawilgłym drewnem. Na odwrocie kołnierza widniała metka – drobniutki, ozdobny ścieg układał się w nieczytelną nazwę producenta.

Zarejestrował jednak coś jeszcze: woń, która przebijała spod smrodu przetrawionego alkoholu. Ciężką i słodką – jak mieszanka landrynek, gumy do żucia, pudrowych pastylek i wody różanej. To nie był tani zapach; takich perfum nie dało się kupić w pierwszej lepszej drogerii. Tak mogła pachnieć luksusowa prostytutka. Droga utrzymanka. Kurwa z wyższych sfer. Mirek odruchowo cofnął dłoń i szybko odszedł, nie oglądając się za siebie.

Tak pachnąć i cuchnąć mogła jedynie śmierć. Powolna, długa, rozpaczliwa. Drogę do domu pokonał sprintem. Nie musiał mierzyć sobie pulsu, i bez tego nie miał wątpliwości. Mówi się czasem, że śmierć zajrzała człowiekowi w oczy. Tu było inaczej. To on, Mirek Hromada, zajrzał w oczy śmierci. Tak, widział ją, dotykał jej. I wciąż czuł jej smród na koniuszkach palców. Na próżno szorował później ręce lawendowym mydłem, które znalazł w starej szafie po babce Hedzie.

Płaszcz. Cholerny płaszcz. Mirek myślał o nim cały wieczór. I całą noc. Nazajutrz wrócił tam, gdzie go znalazł, po płaszczu cuchnącym powolną śmiercią nie było już jednak śladu.MARIASZ W SMOCZEJ JAMIE

_Ashes to ashes, funk to funky_
_We know Major Tom’s a junkie_

David Bowie

– Przytniemy w mariaszka? – naprzykrzał się stary Popescu.

– Dopiję piwo i idę – zbył go inżynier Hejzler.

– No już nie bądź taki. Jeszcze jedna partyjka, co? – Popescu uśmiechnął się chytrze. Pochodził z Rumunii, na Morawy przyjechał jeszcze w latach pięćdziesiątych. Z długą brodą, umoczoną teraz w piwie, i w koszuli ze zgrzebnego płótna wyglądał, jakby dopiero co zszedł z pola.

Przed gospodą (napis na szyldzie dumnie głosił U Vilínków, ale nikt nie nazywał jej inaczej niż Smocza Jama) czekał na niego rower z wielkim przedpotopowym reflektorem. Jeszcze ani razu nie zawiódł swojego właściciela: co wieczór posłusznie – niczym koń, który na pamięć zna drogę – odwoził go do domu, do drewnianej chałupy na samym końcu Bukovic. Diabeł nie życzył tam nikomu dobrej nocy, bo sam nie dałby rady wgramolić się na górę.

– To pokaż chociaż numer z łyżeczką. – Popescu znów zaczął swoje. – Nie daj się prosić, chociaż raz. No, już nie bądź taki, pokaż! Żadna z tobą dzisiaj zabawa – dodał płaczliwym tonem.

– A ja co niby? Przychodzę tu, żeby cię zabawiać? – gderał Hejzler. W końcu spełnił jednak prośbę Rumuna.

– Która to już łyżeczka?! Ciekawe, kto za to zapłaci! – ofuknęła ich właścicielka gospody, niska, korpulentna kobieta, która właśnie dotoczyła się do ich stolika, w każdej ze spracowanych dłoni trzymając po kuflu hanušovic. Ale i ona chętnie patrzyła na popisy Hejzlera, a każdą wygiętą łyżeczkę chowała do sekretarzyka, żeby nikt nie mógł zarzucić Rudemu oszustwa.

Bo Rudy nie oszukiwał. Po co miałby to robić? Po prostu czerpał frajdę z pełnych podziwu westchnień i uniesionych z niedowierzaniem brwi bywalców knajpy.

Wypił jeszcze dwa piwa i wrócił do domu na piechotę. Rano musiał wstać na autobus do Šumperku. Chociaż był już na emeryturze, wciąż regularnie pojawiał się w swojej dawnej pracy, przyzakładowym laboratorium. Doradzał nowemu dyrektorowi, a przy okazji stołował się tanim kosztem. Właściwie robił tam trochę za maskotkę na szczęście. Takie miał przynajmniej wrażenie: że koledzy tolerują jego obecność głównie z obawy przed pechem. No, czasem pomagał im jeszcze przy problemach z kręgosłupem. Przykładał do pleców delikwenta ciepłe dłonie i ból ustępował. Tej samej sztuki dokonywał w miejscowym szpitalu, przy akompaniamencie zachwyconych okrzyków pielęgniarek.

Codziennie wstawał równo o piątej. W przyzwyczajeniach widział pancerz zdolny ochronić go przed całym złem świata. Chociaż miał umysł i duszę naukowca, czuł głęboki szacunek do zjawisk wymykających się chłodnemu racjonalizmowi. Do ciemnej sfery nieświadomości, tajemniczej siły, która sprawia, że każdego dnia bezwiednie robimy wszystkie te małe, pozornie błahe rzeczy. Z czasem nawet najdrobniejsze przyzwyczajenia wchodzą nam jednak w krew, stają się naszą drugą naturą. Kropla po kropli powstaje stalaktyt, trwale wrośnięty w wapienny strop. Powtarzana wielokrotnie czynność przekształca się w automatyczny, mimowolny odruch. A co najzabawniejsze, sami pakujemy się w tę pułapkę. W zdolności do wyrabiania nawyków widzimy przejaw rozsądku i samodyscypliny. Sądzimy, że życie w rytmie przyzwyczajeń ocala nas przed szaleństwem. W rzeczywistości, popadając w rutynę, oddajemy się we władanie odwiecznej, niezgłębionej siły, która towarzyszy ludzkości od zarania dziejów, wobec której nasza własna egzystencja jest równie ulotna jak mgła nad skąpanymi w deszczu Jesionikami. Przyzwyczajenia – brama do ciemności. Ale i do niej Rudy zdążył już przywyknąć.

Z równie żelazną regularnością co laboratorium, odwiedzał kiedyś Insti, czyli Instytut Badań nad Zjawiskami Paranormalnymi. Jego założyciel optował za mniej napuszoną nazwą – Zakład Badań nad Mentionami – jakiś geniusz z politbiura uparł się jednak na „instytut”. Rudy zawsze mówił po prostu „Insti”, a koledzy poszli za jego przykładem. „Instytut Badań nad Zjawiskami Paranormalnymi” brzmiał idiotycznie, człowiek od razu wyobrażał sobie dom wariatów.

No więc jeździł do Insti. Przez całe lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, w każdy ostatni piątek miesiąca. Pociągiem, pierwszą klasą – co w tamtych czasach oznaczało tyle jedynie, że siedzenia były obite nie sztuczną skórą, ale równie tandetną imitacją aksamitu. Jedynym prawdziwym luksusem był brak współpasażerów: Rudy mógł do woli czytać, liczyć albo gryzmolić coś na kartce, gapiąc się na krajobrazy przelatujące za oknem. Albo ćwiczyć telepatię. Nikt nie próbował wciągać go w błahe pogaduszki, jakie uskuteczniają zwykle podróżni. Nie zagłuszał muzyki, która rozbrzmiewała mu w głowie.

Bo Rudolf słyszał muzykę. Niezwykłą muzykę. Wcale nie tę, którą grano wówczas w radiu. „Jego” piosenki były po angielsku, a prędzej spodziewałby się spotkać w Jesionikach gekona, niż usłyszeć zachodnie hity w czechosłowackiej rozgłośni; sam nie znał zresztą ani słowa w języku imperialistycznych wrogów. Bezskutecznie chodził po sklepach z płytami i zagadywał sprzedawców – nikt nie kojarzył ani piosenki, ani nawet samej melodii. Tylko on ją słyszał. W pociągu, w każdy ostatni piątek miesiąca w drodze do Insti, dokąd jeździł w czasach wielkiej pogoni za mentionami.

Teraz chciało mu się śmiać, kiedy wspominał tamte lata – z dzisiejszej perspektywy ich eksperymenty musiały się pewnie wydawać równie absurdalne jak zabawa w łapanie pokemonów albo ganianie po łące za puchem dmuchawca. Ale wtedy wszyscy oni wierzyli w istnienie mentionów. Oni, czyli przeróżni dziwacy, ściągnięci do Insti z całego kraju: wróżki, telepaci, jasnowidze, hipnotyzerzy, ekscentryczni psychologowie i psychiatrzy. Słowem, ludzie, którzy mieli cokolwiek wspólnego ze zjawiskami paranormalnymi i mieli pecha trafić na celownik służb.

Jeśli komuniści czegoś nie znosili, to wszelkich tajemnic i czarów-marów. Dlatego szantażowali ich wszystkich, co do jednego. Wybór był prosty: albo Insti, albo parę latek kryminału za niedozwoloną działalność, ewentualnie elektrowstrząsy w psychiatryku. Albo Insti, albo odsiadka. Albo będziesz naukowcem, albo czubkiem i wrogiem ustroju, wrzodem na zdrowej tkance socjalistycznego społeczeństwa. Wybieraj.

Czechosłowackie służby pragnęły iść z duchem czasu. Amerykański i radziecki wywiad inwestowały w badania nad zjawiskami paranormalnymi w nadziei na stworzenie tajnej broni mentalnej, która pozwoliłaby im uzyskać przewagę nad konkurentami po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Czesi nie zamierzali zostać w tyle. Każdy, kto znalazł się w polu zainteresowania StB i trafił do Insti, musiał jednak podpisać papier z deklaracją, że „nie wierzy w istnienie rzeczywistości nadprzyrodzonej”. Nie chodziło bowiem o żaden okultyzm ani inne czarodziejskie praktyki. Psychotronika, jak ją wówczas nazywano, była traktowana właściwie jak odnoga fizyki. Owszem, mocno alternatywnej, ale pozbawionej jakiejkolwiek duchowej podbudowy. Jej adepci wierzyli, że prędzej czy później całość ich wiedzy uda się ująć w ściśle naukowe ramy. Jak tłumaczyli, pewne, z pozoru nietypowe predyspozycje ludzkiego umysłu są w rzeczywistości elementem natury, po prostu dotąd nie udało się do końca wyjaśnić mechanizmu ich działania. Co nie znaczy przecież, że nie istnieją.

Rudy odziedziczył swoje zdolności po babci Helli. Czy też Omie Helli, jak ją od zawsze nazywał. Dopiero potem, kiedy widywał ją już tylko we własnej głowie, w snach albo w transie hipnotycznym, zaczął myśleć o niej jak o babci. Po wojnie Hella uciekła przed wysiedleniami, ukrywała się w lesie koło Pekařova, a on codziennie zanosił jej jedzenie do chaty za jaskinią, na terenie starej, zapomnianej kopalni. Oma Hella była Niemką i słynnym medium – za czasów Pierwszej Republiki na jej seanse spirytystyczne zjeżdżała śmietanka z całej okolicy, nawet z samego Brna.

Rudy szczerze kochał Hellę, a ona kochała jego. Kiedy umarła, zgodnie z jej życzeniem pochował ją w jaskini. Ją też nawiedzały dźwięki tajemniczej muzyki. Kiedyś usłyszał w radiu dziwnie znajomą melodię. Przypomniał sobie, że przed laty słyszał, jak nuciła ją Oma. Obojgu rozbrzmiewały w głowie piosenki, których nikt jeszcze nie napisał. Przed śmiercią babcia Hella zapewniała, że nigdy nie zostawi go samego, że Rudy może na nią liczyć, że wróci, jeśli tylko będzie jej potrzebował Uwierzył, ale rzadko korzystał z jej pomocy. Wolał radzić sobie sam.

Nie wiecie, czym są mentiony? Rudy z rozkoszą by wam to wyjaśnił. Uwielbiał wygłaszać wykłady. Kiedy coś komuś tłumaczył, mógł się poczuć jak prawdziwy naukowiec, niosący ludzkości kaganek oświaty. Ale najbardziej kochał ramki z objaśnieniami, które spotyka się niekiedy w książkach czy artykułach prasowych. Niech więc będzie ramka.

Mention – hipotetyczna cząstka emitowana przez żyjący mózg, a także innego rodzaju obiekty, poruszająca się z prędkością nadświetlną. Teoria mentionów miałaby tłumaczyć występowanie zjawisk paranormalnych, takich jak telekineza czy telepatia. Sceptycy wskazują na pseudonaukowy charakter terminu, a w samej hipotezie widzą zabieg służący uwiarygodnieniu relacji o fenomenach, których istnienie nie zostało nigdy udowodnione.

Rudy nie pragnął się dowiedzieć, czy mentiony rzeczywiście istnieją. Co do tego nie miał wątpliwości. Jedyne, na czym mu zależało – i co bez powodzenia starał się ustalić podczas lat pracy w Insti – to odkryć, jak one działają. I raz na zawsze zamknąć usta wszystkim jajogłowym, którzy kpiąco popatrywali na niego z wyżyn uniwersyteckich katedr.POLECAMY

Proza czeska

Jan Balabán _Wakacje / Możliwe, że odchodzimy_ • _Którędy szedł anioł_ Bianca Bellová _Jezioro_ • _Mona_ Tereza Boučková _Rok Koguta_ Roman Cílek _Ja, Olga Hepnarová_ Emil Hakl _Zasady śmiesznego zachowania_ Petra Hůlová _Plastikowe M3, czyli czeska pornografia_ • _Macocha_ • _Krótka_ _historia_ _Ruchu_ Zdeněk Jirotka _Saturnin_ Miroslav Sehnal / Břetislav Uhlář _Godzina w niebie_ Petra Soukupová _Zniknąć_ • _Pod śniegiem_ • _Najlepiej dla wszystkich_ • _Sprawy, na które przyszedł czas_ Petr Šabach _Gówno się pali_ • _Podróże konika morskiego_ • _Masłem do dołu_ • _Pijane banany_ • _Dowód osobisty_ • _Babcie_ Marek Šindelka _Zostańcie z nami_ • _Mapa Anny_ Kateřina Tučková _Boginie z Žítkovej_ • _Wypędzenie Gerty Schnirch_

Seria Czeska Bajka

Radek Malý _Popieliczki_ Vojtěch Matocha _Truchlin_ • _Truchlin. Czarny merkuryt_ • _Truchlin. Biała Komnata_ Iva Procházková _Pyszna środa_ • _Nawet myszy idą do nieba_ Petra Soukupová _Bercik i niuniuch_ Pavel Šrut, Galina Miklínová _Niedoparki_ • _Niedoparki powracają_ • _Niedoparki na zawsze_

Seria Czeskie Krymi

Jiří Březina _Przedawnienie_ • _Południca_ Daniel Petr _Siostra Śmierć_ Iva Procházková _Mężczyzna na dnie_ • _Roznegliżowane_ • _Zagraj mi na drogę_ Michal Sýkora _Człowiek pana ministra_ • _To jeszcze nie koniec_

czeskie smaczki

Zofia Tarajło-Lipowska _Nowy Kapoan. Strzel i traf do czesko-polskich językowych gaf_ Michael Žantovský _Havel od kuchni_

Ekonomia i polityka

Václav Klaus _My, Europa i świat_

Seria Nowe Polskie

Rafał Niemczyk _Mama umiera w sobotę_
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: