-
nowość
-
promocja
Ciemność - ebook
Ciemność - ebook
W Storforsie, niewielkiej szwedzkiej miejscowości, gdzie zimy są długie i ciemne, w lesie zostaje odnalezione ciało młodej dziewczyny. Nie ma wątpliwości, że ją zamordowano. Piętnastoletnia Myra spodziewa się najgorszego: rok temu zaginęła jej starsza siostra, Ella.
Śledczy Manfred Olsson i Pirjo Lundquist spotykają się po latach i próbują rozwiązać sprawę morderstwa. Ich niegdysiejszy romans zdecydowanie utrudnia im współpracę. Kiedy ze Storforsy znika kolejna dziewczyna, lista podejrzanych się wydłuża. Czy Manfred i Pirjo zdążą rozwiązać zagadkę, zanim historia z przeszłości się powtórzy i kolejna z dziewcząt zaginie? Czy Myra, która rusza śladami siostry, zdoła odkryć, co tak naprawdę się stało?
To kryminał, który czyta się jednym tchem. Świetnie napisana, wiarygodna historia z mrożącym krew w żyłach zakończeniem. – „Aftonbladet”
Camilla Grebe połączyła w wiarygodną i wielowymiarową całość scenerię, szczegóły śledztwa kryminalnego i relacje międzyludzkie, a to sztuka, która udaje się niewielu autorom – wszystko ma znaczenie, a sama droga jest równie ważna, jak cel. – „Dagens Nyheter”
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68543-24-7 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
To, co wydarzyło się naprawdę, i to, co zapamiętała, mogło stanowić dwie odmienne rzeczy. Jak w przypadku rodzeństwa, które opisuje dwa różne obrazy wspólnego dorastania.
W miesiącach, które nastąpiły po tamtej nocy, dużo rozmyślała o tej sprawie. A ściślej mówiąc, po poranku, bo to się wydarzyło między piątą a szóstą. Za oknami wciąż panował ciężki, gęsty mrok. Laika wtulała w nią włochaty grzbiet w tonącym w ciszy, ciepłym i wilgotnym pokoju. Pod nieszczelnym oknem coś leciutko postukiwało w kaloryferze.
Później wracała myślami do tego momentu, do każdego szczegółu – i choć było ich mało, obracała je w głowie jak kostkę Rubika.
Co wtedy zobaczyła? Usłyszała? Poczuła?
Drzwi otworzyły się we śnie, a sen zaczął się z wolna rozpływać – najpierw zrobił się zamazany, stracił kontury, a w końcu się rozpuścił niczym pastylka na ból głowy w szklance z wodą. Na ramieniu dotyk czyjejś dłoni. Delikatne ściśnięcie. Laika się poruszyła i kichnęła. Sekundę później zaczęła uderzać ogonem w kołdrę. A ona bardziej poczuła, niż dostrzegła zbliżającą się w ciemności twarz Elli. Oddech na policzku, zapach pasty do zębów i jeszcze czegoś, lekko owocowego.
Soku z pomarańczy. Ella go uwielbiała.
Potem był całus – muśnięcie policzka delikatne jak dotyk skrzydełek motyla.
I słowa:
– Niedługo wrócę, maleńka.
Tak to zapamiętała, ale czy naprawdę tak było?
A jeśli tak, dlaczego Ella nie wróciła? Dlaczego upłynęły dni, tygodnie i miesiące? Dlaczego wiosna przyszła, a potem uległa i odeszła, gdy lato zapukało do drzwi? Dlaczego pozwolono jesieni zstąpić na ogromne połacie lasu otaczające Storforsę, jakby nic się nie stało? Dlaczego całe rodziny chodziły sobie zwyczajnie na grzyby? Dlaczego ludzie oglądali Eurowizję i jedli chrupki serowe, dlaczego grali w unihokeja, polowali, przyrządzali w domu sushi, grali w gry komputerowe i ćwiczyli na siłowni?
D l a c z e g o, d l a c z e g o, d l a c z e g o…
Jak to możliwe, że życie toczyło się dalej, mimo że nie było już Elli? Jak ludzie, mama, policja i Bóg na niebie mogli pozwolić na to, że tak po prostu zniknęła?
Tak naprawdę nie miało znaczenia to, co się działo tamtego listopadowego ranka – jaka była kolejność zdarzeń – i czy ona się przesłyszała, kiedy Ella przemówiła do niej szeptem.
Bo zostało tylko jedno pytanie i jedna, najwidoczniej nierozwiązywalna tajemnica: co się stało z Ellą i gdzie ona teraz jest?
Minął rok. Dwanaście miesięcy. I nikt jej nie odnalazł.
Cały rok nadziei, zwątpienia i pustki. Rok emocji uzbrojonych w zęby i pazury, które drapią, szarpią i kąsają.
W domu w Storforsie jej pokój pozostał nienaruszony, w szkole dozorca zdjął kolaż wiszący na ścianie przy stołówce – ten z dużymi zdjęciami Elli, z doczepionymi małymi pluszakami i ręcznie wypisanymi karteczkami rozpiętymi jak muchy na ogromnej pajęczynie.
Dziennikarze już dawno wyjechali, a artykuły o zniknięciu pojawiały się coraz rzadziej. Ludzie wciąż wracali w rozmowach do tej tragedii, bo owszem, pamiętali. Ale bywało, że mijały całe dni, a nawet tygodnie, w czasie których imię Elli nie padało w pubie w centrum miejscowości ani razu.
A potem znów przyszedł listopad.
I wszystko wróciło.
M i m o ż e. C h o c i a ż. J a k b y n i e.
Po tygodniach nieustannego deszczu wylała rzeka Ljusnan; ludzie mieszkający najbliżej brzegu walczyli z masami wody, próbując ocalić swoje domy. Jesienny mrok, który miał uparcie trwać przez najbliższe pół roku, opadł na lasy Hälsinglandii. Mieszkańcy Storforsy rozmawiali o dwóch rzeczach: o powodzi i o ciemności.
Rozprawiali o tej drugiej, nie wiedząc, że niebawem nie przestaną mówić o całkiem innej Ciemności.Myra
Kiedy Carl Schön wchodzi do klasy i podnosi rękę w pozdrowieniu, wszyscy milkną. Nie tylko z tego powodu, że to nasz nauczyciel szwedzkiego, a my mamy teraz matmę, ale dlatego, że tak super wygląda.
Ma włosy ciemnoblond, zawsze trochę rozczochrane, jakby dopiero się obudził. Włożył dżinsy i kraciastą koszulę flanelową z podwiniętymi rękawami. A na nadgarstkach nosi bransoletki z rzemyków – na niektórych połyskują perełki w jaskrawych kolorach, na innych dyndają srebrne amuleciki. Spod jednego rękawa wygląda też tatuaż. Nie da się dostrzec, co przedstawia, ale przypomina końcówkę smoczego ogona albo węża. Reszta musi się chować pod ubraniem, jakby zwierz wspinał się po ramieniu. Skóra Carla połyskuje na złoto, pewnie zostało mu trochę opalenizny z sierpniowego wyjazdu do Hiszpanii z kółkiem teatralnym. Tego samego, w którym mogłaby uczestniczyć Ella, bo wciąż do niego należała, mimo że poszła do liceum.
Gdy o niej myślę, czuję dziwne ukłucie powyżej pępka, cios zadany przez smutek i tęsknotę. Po chwili mija, tak szybko jak się pojawiło. Sama już nie wiem, co jest gorsze – że wciąż tęsknię za nią tak, że aż mnie boli, czy to, że potrafię się też czuć normalnie przez kilka kolejnych godzin, czasem nawet przez całe dni.
Jak jakaś zdrajczyni.
Znów patrzę na Carla. Usiadł przy biurku i pisze coś na klawiaturze laptopa.
Ella mówiła, że wszyscy przystojni faceci znają swoją wartość. I że, z reguły, są przez to strasznymi dupkami, bo nie muszą się wysilać, żeby dostać to, co chcą. Wystarczy, że istnieją, a ludzie się przed nimi płaszczą. Są jak wielka góra na równinie albo jezioro na kamiennej pustyni. Na ich widok ludzie się zatrzymują i gapią z podziwem, a oni, ci faceci, nie muszą nic robić.
Ale Carl nie jest kompletnym kretynem, tak naprawdę to jeden z tych nauczycieli, którzy naprawdę potrafią słuchać. Można do nich przyjść z jakąś sprawą i porozmawiać.
Nie żebym ja tak robiła, ale Ella tak. Powiedziała mi, że Carl jej kilka razy pomógł. I że gdyby nie był taki stary, to by się w nim zakochała.
Carl rozprostowuje plecy i wygląda przez okno. Dostrzegam zmarszczkę na jego czole.
Jest trzecia i na zewnątrz zaczęło się już ściemniać. Niebo ma ołowianoszary kolor, a w szybę bębnią małe i ostre kropelki deszczu.
Pada niemal bez przerwy od dwóch tygodni i z każdym dniem podnosi się poziom wody w Ljusnan, przez co rzeka dosłownie wgryza się w las. Przed domami stojącymi bliżej brzegu mieszkańcy zbudowali wały z worków z piaskiem, ale i tak wiele rodzin musiało się ewakuować. W podziemnym przejściu prowadzącym do domu seniora Svalan stoi woda sięgająca do ud, a pomosty na przystani są już całkiem zalane.
– Nie macie dziś matematyki – oznajmia Carl. – Carinie zalało piwnicę, musiała zostać w domu i spróbować… no cóż, ocalić go przed powodzią.
Po sali rozchodzi się pomruk.
Carina, nasza matematyczka, jest w porządku. Nikt nie chce, żeby jej dom znalazł się pod wodą. Ale zarazem nikt nie przepada za matmą, a to dziś ostatnia lekcja. Jeśli będziemy mieli szczęście, pozwolą nam wyjść wcześniej do domu.
– Pomyślałem sobie, że obejrzymy film – mówi dalej Carl. – O Thorze Heyerdahlu. Wiecie, kim był?
Zapada cisza. Słychać tylko pojedyncze westchnienia.
Wzrok Carla wędruje po sali i zatrzymuje się na mnie.
– Myro, słyszałaś o nim?
Nie wiem, dlaczego Carl to robi, ale jest tak za każdym razem. Przecież nie wiem więcej niż inni w klasie. Na jakikolwiek temat. Mimo to on traktuje mnie jak jakąś geniuszkę.
Pewnie mu mnie żal, bo jestem młodszą siostrą Elli. Julia mówi, że powinnam czasem grać tą kartą, to znaczy „kartą zaginionej siostry”. Uważa, że mogłoby mi to przynieść jakąś korzyść.
– Był moim dziadkiem – odpowiadam. – Wynalazł toaletę kompostującą i zarobił na tym niezłą forsę.
W klasie słychać pojedyncze chichoty, a na twarzy Carla pojawia się lekki uśmieszek.
– Dziękujemy ci, że nas oświeciłaś – mówi do mnie. – Jak zwykle dostajesz plusa za bujną wyobraźnię. Ale porozmawiajmy poważnie. Thor Heyerdahl był norweskim etnografem i podróżnikiem, zbudował tratwę, którą nazwał Kon-Tiki i w czterdziestym siódmym przepłynął na niej Ocean Spokojny. Chciał w ten sposób udowodnić, że to możliwe i że Polinezję zaludnili osadnicy z Ameryki Południowej.
Nikt nic nie mówi, ale Carl wydaje się tym nie przejmować. Sięga po pilota i włącza projektor.
– Wrócę do was za chwilę – dodaje i puszcza film.
Wychodząc z sali, gasi świetlówki i pokazuje nam kciuk uniesiony w górę. Mam wrażenie, że na moment spojrzał mi w oczy.
Film nie jest zły. Kiedy po ekranie wiszącym nad biurkiem nauczyciela biegną napisy końcowe, łapię się na tym, że uśmiecham się pod nosem.
Ten Heyerdahl zrobił naprawdę fajną rzecz, w dodatku na przekór wszystkim, bo nie miał na ten projekt właściwie żadnych pieniędzy, a nawet wiedzy, jak zbudować tratwę, która da radę przepłynąć Pacyfik. Ale i tak to zrobił, a przy okazji odkrył rzeczy, które by go ominęły, gdyby się nie odważył. Na przykład to, że taka tratwa poradziła sobie o wiele lepiej, niż ktokolwiek przypuszczał, a prądy morskie zaniosły załogę we właściwe miejsce, chociaż wszyscy uważali, że Heyerdahl wyląduje nie tam, gdzie sobie zaplanował.
Zerkam na Julię siedzącą obok mnie. Jej pofarbowane na rudo, proste jak druty włosy wiszą niczym kurtyna, zasłaniając pochyloną twarz. Wpatruje się w ekran telefonu. Ma na szyi rzemyk z wisiorkiem z kamienia. Nigdy go nie zdejmuje. A kiedy się jej powie, że to kamień, wścieka się i mówi, że to nie żaden kamień, tylko kryształ. I ten kamień, czy też kryształ, tkwi w siateczce ze złotych nitek. Kojarzy mi się z piłką włożoną do plecionego worka.
– Co robiłaś w weekend? – pytam ją szeptem.
– Jeździliśmy z Fadim po Bollnäs – odpowiada, nie odrywając wzroku od telefonu.
Julia jest trochę dziwna, ale i tak ją lubię. Gdyby nie miała w Bollnäs chłopaka i nie spędzała z nim prawie całego wolnego czasu, zapewne spotykałybyśmy się trochę częściej.
Zapewne, bo jak wspomniałam, jest lekko odjechana.
Ale nic w tym dziwnego, skoro jej rodzice są jeszcze dziwniejsi. Przenieśli się ze Sztokholmu i wciąż nadają, jak tu wszędzie pięknie – malowniczo, czysto i spokojnie. I ta przyroda! Normalnie kosmos. Przez to, co wygadują, można się zastanawiać, jak sobie radzili w Sztokholmie bez tej całej przyrody. Jak k t o k o l w i e k może żyć bez tej rzeki? I bez lasów? Kiedy się ich słucha, ma się wrażenie, że świerki są niezbędne do życia jak woda i powietrze. I że od razu padliby trupem, gdyby ktoś wywiózł ich do Gävle czy Uppsali i wysadził w środku miasta.
Rodzina Julii przyjechała tu dwa lata temu, bo jej tato miał zbudować jakieś centrum danych, a mama zajmuje się krystaloterapią i wierzy w anioły. Kiedy spotkałam ją pierwszy raz, wzięła mnie za rękę, przekrzywiła głowę, przymrużyła powieki i powiedziała:
– Masz bardzo ciemną aurę, moja droga. Nosisz w sobie coś mrocznego. Coś, co powinnaś przepracować i zostawić za sobą.
Nic nie odpowiedziałam, ale oczywiście sobie pomyślałam, że jest szurnięta, i zrobiło mi się żal Julii.
– Miastowi! – prychnął August, kiedy mu o tym opowiedziałam. – Daję im dwa lata. Poza tym nie wydaje mi się, żeby miała tu powstać jakaś serwerownia.
August to nasz najbliższy sąsiad. Potrafi być strasznie zrzędliwy, ale w tym przypadku może mieć rację. Chociaż z innego powodu, niż mu się wydaje – budowa centrum danych się opóźnia, bo na terenie, na którym ma stanąć hala, znaleźli jakiś zagrożony gatunek ptaka. A mama Julii nie ma zbyt wielu klientów. Najwyraźniej ludzie nie chcą się leczyć kryształami.
Moja mama powtarza, że August jest dla niej jak ojciec, którego jej zawsze brakowało. I że ma wielkie serce, chociaż bywa humorzasty i gburowaty.
Pewnie ma rację, bo trudno nie zauważyć, że się o nas troszczy. Często zagląda i sprawdza, co u mamy, przynosi trochę drewna na opał albo domowej roboty steki z łosia. A ja, kiedy nie mogę wytrzymać w domu, siedzę u niego.
Czasem mi się marzy, żeby August był moim dziadkiem. Albo żebym przynajmniej miała innego dziadka, jak Ella. Bo ja nie wiem nawet, kim był mój dziadek od strony taty, a ten od strony mamy umarł, zanim się urodziłam. Miał na imię Ingvar i nigdy nie chciał mamy, nawet ani razu się z nią nie spotkał, chociaż wysyłała mu listy i rysunki, własnoręcznie wykonane zakładki do książek i zasuszone kwiatki.
Któregoś razu, kiedy mama miała mniej więcej tyle lat co ja teraz, czyli piętnaście, pojechała do jego mieszkania w Sundsvall. Otworzył jej, ale gdy się zorientował, kto przyszedł, zaraz zatrzasnął drzwi. Mama naciskała dzwonek, ale nikt już nie reagował. W końcu po jakimś czasie ktoś – oczywiście Ingvar, bo straszny był z niego dupek – wysunął przez szparę pod drzwiami kartkę. Mama się schyliła, podniosła ją i przeczytała dwa słowa nagryzmolone czarnym atramentem.
„IDŹ STĄD”. Tak jej napisał.
I właśnie wtedy postanowiła, że już nigdy w życiu nie zaufa żadnemu mężczyźnie.
Julia przerywa scrollowanie w tej samej chwili, w której cichnie muzyka, i posyła mi szybkie spojrzenie.
– Jedziesz ze mną do Bollnäs w następny weekend? – pyta szeptem.
Kręcę głową.
– Nie mogę. Muszę pomóc mamie z jedną rzeczą.
To nieprawda, ale nie chcę powiedzieć, że nie wytrzymam z jej chłopakiem i jego kumplami.
– Ale widzimy się dziś wieczorem? – rzucam.
– Odpada. Mamy kółko teatralne i próbę _Pigmaliona_.
– _Pigmaliona_? Dziwna nazwa.
– To greckie imię – wyjaśnia Julia, jakby to coś tłumaczyło. Ale zaraz dochodzi do wniosku, że jej odpowiedź wymaga rozwinięcia. – Pigmalion to koleś, który się zakochał w rzeźbie – mówi, patrząc na mnie z wyższością. – I pewnego dnia rzeźba ożywa. Ale sztuka nie jest o tym, chodzi w niej o gościa, który ma za zadanie nauczyć taką jedną dziewczynę, jak się zachowywać… no wiesz… żeby miała dobre maniery i takie tam.
– Ma ją wyszkolić jak psa? – pytam.
– Wiem, wiem… – Julia wznosi oczy do nieba i wierci się na krześle. – Ale właśnie o to chodzi. Mamy pokazać, jakie to chore.
Odpowiadam mruknięciem. Niespecjalnie interesuje mnie teatr. Nie tak jak Ellę.
Wzrok Julii wędruje za szybę. Po chwili jej usta rozciągają się w uśmiechu.
– Wiesz, co wczoraj zrobiłam? – pyta.
Kręcę głową. Skąd miałabym wiedzieć?
– Kiedy miałam wrócić z Bollnäs, nie mogłam znaleźć biletu okresowego, więc złapałam stopa!
– Serio?!
– Mhm.
– Nie bałaś się?
Julia odkłada telefon, spogląda na mnie i unosi swoje cienkie kruczoczarne brwi. Są namalowane tuż nad jej prawdziwymi brwiami, które są prawie niewidzialne, bo ukryte pod podkładem i zapudrowane. Przez to przez cały czas wygląda tak, jakby się czemuś dziwiła.
– Nieee… – odpowiada. – Chociaż trzeba zakładać, że każdy może się okazać psycholem. I być gotowym na wszystko.
Myślę o tym przez chwilę. Już mam coś powiedzieć, ale zanim decyduję się na otwarcie ust, w oddali rozbrzmiewają syreny.
Wyglądam przez okno. Między drzewami w zagajniku odgradzającym szkołę od głównej drogi migają niebieskie światła. Za moment odzywa się dźwięk powiadomienia w czyimś telefonie. Zaraz po tym słychać ich więcej.
Klasa zaczyna szumieć. Ktoś włącza światło.
Julia zakłada pasmo rudych włosów za ucho i odwraca się do Petera i Mussego, którzy rozmawiają z ożywieniem, wpatrując się w telefon tego drugiego. Peter powoli opuszcza dłoń na ławkę i odkłada kluczyki do swojego A-traktora¹. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby wypuszczał je z ręki – jest megadumny ze swojego przerobionego Volva 240, które dostał w prezencie na szesnaste urodziny.
– Co jest? – pyta Julia.
Udaje się jej przemówić tak znudzonym tonem, że przez chwilę nie jestem pewna, czy chłopcy jej odpowiedzą.
Ale Peter i Musse patrzą po sobie. Musse wierci się chwilę i nerwowo na mnie zerka.
– Yyy… – zaczyna. – To znaczy… Ktoś znalazł trupa w Ciemności.Pirjo
Przekraczam wypełnione wodą zagłębienie w ziemi i stawiam stopę na plastikowej podkładce. Owijam się ciaśniej płaszczem przeciwdeszczowym i mrużę oczy, by lepiej widzieć o zmierzchu.
Jestem w Ciemności – na leśnym parkingu między drogą krajową numer osiemdziesiąt trzy a miejscowością Storforsa. Dookoła rosną potężne świerki i sosny. Przede mną teren opada stromo ku rzece. Woda podniosła się tak wysoko, że zatopiła brzeg i podmyła zbocze, powodując, że masa ziemi zjechała w dół.
Dostrzegam czarne odmęty między obnażonymi korzeniami drzew. Chociaż… w półmroku właściwie niewiele widać, po prostu za ciemnymi sylwetkami drzew rozciąga się jeszcze gęstsza czerń wody. Mimo to czuję jej obecność – jakby wydawała dźwięk, wibrowała w piersi, jakby ta potężna masa była w jakiś sposób połączona z moim wnętrzem.
Kucam i patrzę na oblepione błotem zwłoki, oświetlone przenośnym reflektorem na statywie.
Nie jestem tego pewna, ale sądzę, że zostały odsłonięte, gdy ziemia się osunęła.
Niewysoka dziewczyna, sporo niższa ode mnie. Ma może z metr pięćdziesiąt, chociaż nie da się tego dokładnie określić bez mierzenia. Jest ubrana w dżinsy i kurteczkę do pasa, uszytą chyba z jakiegoś futerka, lecz mogę się mylić, bo jest tak brudna, że nie sposób tego rozstrzygnąć. Równie dobrze może to być polar albo puszysty sweter.
Jej włosy są długie, też pokryte błotem. Chyba jest blondynką, a raczej była blondynką. W kilku miejscach deszcz zdążył spłukać brud i widać złotawe pasma. Jej twarz jest częściowo zwrócona w dół, lecz widzę fragment policzka – wydaje się nienaturalnie wgłębiony i pozbawiony jakiejkolwiek barwy. Drobna dłoń wystająca z rękawa kurtki jest koścista, przypomina szkielet. Możliwe, że to jest szkielet, jeśli leży tu od dawna i tkanki miękkie zdążyły się rozłożyć.
Jej paznokcie są długie i w kolorze różowej gumy balonowej.
Widziałam już takie przypadki. Znajdowaliśmy w tych stronach zwłoki będące praktycznie szkieletami z resztką włosów, ale ubrania i inne rzeczy bywały dosyć dobrze zachowane. W szczególności te zrobione z plastiku i innych syntetycznych materiałów. Mogą leżeć w ziemi przez dziesiątki lat, zanim zaczną się rozkładać.
Wstaję z kucek i mrużę oczy przed mocną lampą oświetlającą znalezisko. Potem skinieniem głowy daję znak technikom kryminalistyki stojącym kawałek dalej. Ich białe kombinezony zdążyły się ubrudzić ziemią aż do kolan.
Jest ich dwoje – Marina i Janis. Spotkałam się z nimi już nieraz. Obok nich rozmawia ze sobą kilkoro umundurowanych policjantów.
– Pirjo, mogę już? – Marina unosi aparat fotograficzny.
– Jasne – odpowiadam.
Schodzę z plastikowej podkładki i odstępuję od zwłok.
Moment później ciemność przecina błysk flesza, a ja odruchowo odwracam głowę.
Drugi błysk.
Las przede mną rozświetla się na moment i wydaje mi się, że widzę jakąś postać. Gdy znów jaśnieje, postać jest już bliżej, jakby nagle urosła.
To Kent.
Czuję lekkie łaskotanie w podbrzuszu, a moje nogi robią się ciężkie w sposób, którego nie umiem wytłumaczyć.
Kent jest z lokalnej policji, pracowaliśmy razem przy sprawie zaginięcia Elli Stenbeck, ale potem nie widzieliśmy się przez jakieś pół roku. Rozmawialiśmy kilka razy przez telefon, bo zawsze są sprawy do omówienia z kolegami po fachu, nawet w śledztwach, które nie doczekały się wyjaśnienia. Może chodzić o nową informację od któregoś z mieszkańców, nowy materiał dowodowy albo podejrzany wpis na Flashbacku.
Kent podchodzi bliżej i unosi rękę, a ja, jak zawsze w takiej chwili, nie mogę się nadziwić, jaki jest potężny – wysoki, szeroki w barach, ma ramiona jak bochny chleba. W dodatku wydaje się grubo ciosany i kanciasty, jakby wyrzeźbiono go w pośpiechu z ogromnego głazu.
Przeczesuje włosy palcami i zagląda mi w oczy.
– Cześć, Pirjo – rzuca i kiwa głową.
Odpowiadam mu tym samym.
Nie jest zbyt atrakcyjnym mężczyzną, muszę to przyznać. Jest coś pospolitego w jego niebieskich oczach, bladych policzkach i bliznach po trądziku widocznych teraz wyraźnie w świetle reflektora. Mimo to ma w sobie coś, co rezonuje we mnie w dziwny sposób – czuję jego obecność, podobnie jak odczuwam rzekę.
Kiedy pracowaliśmy nad zaginięciem Elli Stenbeck, działał głównie w terenie, bo uznano, że potrzebujemy kogoś ze znajomością lokalnych uwarunkowań.
Wówczas był tylko jednym z kolegów zajmujących się tą samą sprawą, ale zapadł mi w pamięć jako solidny człowiek. Ciekawy, bynajmniej nie przystojny.
Po jakimś czasie nastąpił przełom. Gdzieś po drodze zmieniłam nastawienie. Nie umiem powiedzieć, kiedy to się stało ani dlaczego. Ale któregoś dnia Kent przestał być dla mnie tylko kolegą ze Storforsy. Byłam przekonana, że łączy nas szczególna więź i że to tylko kwestia czasu, gdy nasze zawodowe relacje przekształcą się w coś innego.
Pewnego wieczoru poszliśmy po pracy na piwo, z jego inicjatywy. W barze było ciasno i siedzieliśmy blisko siebie. Bardzo blisko.
Jego dłoń przez cały czas spoczywała tuż obok mojej.
To musiało coś znaczyć, prawda?
Ale później, kiedy staliśmy już na zewnątrz, pod drzwiami pubu, dokładnie w tym momencie, w którym Kent powinien mnie pocałować, nagle zjawił się nasz kolega i czar prysł.
Potem zadzwonił do mnie jeszcze któregoś wieczoru o późnej porze i powiedział, że miał ciężki dzień i chciał usłyszeć mój głos. Zrobiło mi się gorąco, ale w następnej chwili do mojego pokoju wpadła Carlota z pretensjami, że niby schowałam jej telefon, i musiałam się rozłączyć.
Teraz patrzę mu w oczy.
– Wszystko okej? – pytam.
– Jakoś leci – odpowiada. I za moment dodaje: – Dawno przyjechałaś?
– Dziesięć minut temu. – Spoglądam na jego umundurowanych kolegów, którzy rozmawiają z Janisem. – To wy ogrodziliście teren?
Przenoszę wzrok na biało-niebieską taśmę kołyszącą się na słabym wietrze.
– My – potwierdza Kent. – I nie wydaje mi się, żebyśmy mogli w tej chwili zrobić więcej. Uważasz, że powinniśmy zadzwonić po patologa?
Kręcę głową.
– Ona leży tu od dawna – stwierdzam.
Kent ociera z czoła krople deszczu i ruchem głowy pokazuje w stronę zwłok.
– Przyjrzałaś się? – pyta.
– Tak.
– I co myślisz?
Znów potrząsam głową.
– Wykluczone. Jest o wiele niższa. I te włosy… wiem, że są całe w błocie, ale nie pasują. Są za długie. W dodatku moim zdaniem ta tutaj była blondynką. Ale zaczekajmy z wnioskami na opinię lekarza sądowego.
Kent przytakuje, wyjmuje z kieszeni puszkę snusa i umieszcza porcję tytoniu za wargą.
– Ubranie też ma inne – dodaje.
Przez chwilę stoimy w milczeniu. Deszcz bębni w kaptur mojego płaszcza. Słyszę tylko strzępy rozmowy policjantów.
– Gadałem z tym gościem – odzywa się znowu Kent, patrząc na techników wznoszących namiot nad zwłokami. – Tym, który był tu na spacerze z psem i ją znalazł.
– No i? – pytam.
Kent wzrusza ramionami.
– Pies mu się wyrwał, musiał coś wywęszyć. I kiedy facet chciał go znowu zapiąć na smycz, zobaczył… – Urywa i skinieniem głowy pokazuje na namiot.
– Ciało – kończę za niego. – Powiedział coś jeszcze?
– Ten od psa? Nie. I masz rację, ona tu leży od dawna, więc nie ma znaczenia, czy gość widział coś dziś, wczoraj albo w ubiegłym tygodniu.
Wzdycham lekko, robię kilka kroków w bok i siadam na zwalonym pniu.
– Za dużo wszystkiego? – pyta mnie Kent.
Patrzy na mnie przez kilka sekund, po czym przenosi wzrok z powrotem na namiot.
– Zawsze jest za dużo – odpowiadam. – Teraz głównie sprawy narkotykowe. Każdy gówniarz w tym kraju może kupić w sieci fentanyl z dostawą do domu już następnego dnia.
Kent wydaje z siebie pomruk zgody.
– Złapaliście tego, co…
– Co zwiał? – znów kończę za niego zdanie.
To drażliwy temat dla całej policji, ale dla mnie szczególnie. Kiedy mężczyzna podejrzewany, że jest mózgiem największej w ostatnim czasie siatki handlarzy fentanylem w Bollnäs, był transportowany do aresztu, pozwolono mu skorzystać z toalety w przydrożnym barze. I oczywiście zwiał przez lufcik na tyłach budynku.
Media strasznie rozdmuchały to kompromitujące zdarzenie, a gość prawdopodobnie uciekł do Turcji.
– Nie złapaliśmy – odpowiadam. – I teraz wszyscy zajmujący w policji kierownicze stanowiska trzęsą portkami, że wywołamy kolejny taki skandal. W praktyce oznacza to, że pracujemy więcej, bo każą nam sprawdzać każdą pierdołę już nie po dwa, ale po trzy razy.
Kent trąca czubkiem buta gruz i ruchem głowy znów pokazuje na namiot. Jest już całkiem rozłożony, a Marina kuca przy jednej z ogromnych toreb, które taszczy ze sobą w każde miejsce.
– Macie na to środki? – pyta Kent.
Waham się przez chwilę, zanim mu odpowiadam.
– Wątpliwe. Pewnie będziemy musieli poprosić o wsparcie Narodowy Wydział Operacyjny, jak przy sprawie Elli Stenbeck.
Kent posyła mi wymowne spojrzenie – nie dogadywał się z dwojgiem kolegów ze sztokholmskiego NWO, którzy pomagali nam w ubiegłym roku.
Chociaż to raczej my pomagaliśmy im i pewnie w tym tkwił problem.
Na chwilę zapada między nami niewygodna cisza.
– A co słychać poza tym? – odzywa się w końcu Kent. – Co u Carloty?
– Wszystko w porządku. Wiosną skończy czternaście lat.
Kent się uśmiecha.
– Przydałoby się nam w drużynie więcej dziewczyn w jej wieku – mówi.
Parskam śmiechem. Kent jest jednym z trenerów lokalnej ligi piłkarskiej juniorów.
– Z Bollnäs do Storforsy jest kawał drogi – odpowiadam. – I jeśli mam być szczera, Carlota nie jest szczególnie wysportowana. Interesuje się głównie ciuchami, makijażem i podobnymi sprawami.
– Pewnie ma to po tobie.
– No nie! – rzucam w odpowiedzi i myślę o swojej nieumalowanej twarzy, wytartych dżinsach i gumowych kaloszach kupionych w zeszłym roku na przecenie.
– Przejdzie jej – mamrocze Kent.
– Pewnie tak.
– Gabriel jest strasznie uparty.
Znowu prycham śmiechem.
– Jemu pewnie też przejdzie – kwituję.
Kent jest samotnym rodzicem niewyobrażalnie słodkiego dwulatka.
Uśmiecha się, ale za moment jego twarz poważnieje. Oczy zwężają się w szparki, a na czole pojawia się głęboka zmarszczka.
– Zaczyna się – stwierdza.
– Co takiego? – Odwracam się i podążam za jego spojrzeniem skierowanym w stronę głównej szosy.
Ktoś do nas idzie, przeskakując między kałużami. A gdy drobna sylwetka wyłania się z mroku, od razu ją rozpoznaję.
To Myra Stenbeck.
– Kurwa mać – mamrocze Kent.
– Zajmę się tym – odpowiadam, wstaję i ruszam w kierunku dziewczyny.
Pokonuję może pięć, najwyżej dziesięć metrów, gdy stajemy twarzą w twarz.
Pasma jej ciemnych, sięgających ramion włosów wystają spod pasiastej czapki. Niemodna kurtka jest tak powycierana, że tu i tam na ramionach i przy kołnierzu wyłazi białe wypełnienie. Dłonie owinęła szalikiem, bo pewnie nie wzięła rękawiczek. Na jej ramieniu wisi płócienna torba z napisem „Kilafors – to tu przyjeżdżasz, kiedy chcesz wrócić do domu”.
To mógłby być smutny widok, ale wcale taki nie jest, bo Myra, jak zawsze, emanuje stanowczością, siłą i solidnym ładunkiem hardości. Jest wyprostowana jak struna, ma zaciśnięte szczęki i nie ucieka wzrokiem.
Oczywiście wiem, czego chce, i domyślam się, co usłyszę, zanim dziewczyna otwiera usta.
– To prawda? – pyta tym swoim niezwykłym, cienkim głosem, który nijak nie pasuje do jej pewności siebie.
– Cześć, Myro – odpowiadam.
Nie wolno mi komentować tego, co znaleźliśmy ani kogo osłania biały namiot. I mimo że mamy pewność, że to nie Ella Stenbeck, nie zostało to oficjalnie potwierdzone.
Słyszę za sobą kroki. Trzaska nadeptywana gałązka i twarz Myry zwraca się w stronę Kenta, który właśnie stanął obok mnie.
– Cześć, Myro – wita się z dziewczyną. – Przykro mi, ale nie możesz tutaj być. Teren jest zabezpieczony.
– Mam to gdzieś – odpowiada, prostując się jeszcze trochę, jakby chciała nam się wydać wyższa, niż jest. Zaraz po tym dodaje: – To Ella?
Kent posyła mi szybkie spojrzenie.
– Posłuchaj… – mówi. – Nie możemy udzielać żadnych informacji. Ale kiedy tylko…
Myra gwałtownie kręci głową.
– Jesteście beznadziejni! – przerywa mu kruchym głosem i zarazem tak napiętym, jakby lada moment miał się załamać. – Ella was już nie obchodzi. Już od dawna wszyscy mają ją gdzieś. To chore… wszyscy się poddali…
Myra garbi plecy, puszcza szalik i jej ręce opadają, jakby nagle zrobiły się za ciężkie. Potem zwiesza głowę i wbija wzrok w ziemię.
– Proszę – dodaje szeptem.
Kent nerwowo przestępuje z nogi na nogę. Zerka na mnie.
– Sorry, nie możemy – rzuca.
Myra okręca się na pięcie i rusza w stronę drogi, ciągnąc po mokrej ściółce koniec długiego szalika.
Ruszam za nią truchtem.
Od początku czułam, że z tą dziewczyną łączy mnie niezwykła więź – może dlatego, że jej matka jest alkoholiczką, podobnie jak były nimi moja mama i babcia, zanim alkohol całkiem zawładnął ich życiem. Kiedy ją widzę, przypomina mi się, jak zmieniałam zasikaną pościel w ich łóżkach. Jak wymyślałam wymówki dla koleżanek – akurat tych miałam wiele, ale żadnej prawdziwej przyjaciółki, bo podświadomie utrzymywałam wszystkich na dystans, dosłownie i w przenośni. A przede wszystkim przypominam sobie, jak się wstydziłam. I czuję ten wstyd po dziś dzień, choć nie mam pojęcia, skąd on się bierze. Mama nie piła przecież z mojej winy.
Może też po prostu jest mi głupio, że do tej pory nie rozwiązaliśmy zagadki zniknięcia Elli. Wolę nie wierzyć w słowa Myry, że jesteśmy beznadziejni, choć nasze śledztwo nic nie wykazało.
Często się zastanawiam, co się z nią stało. Jak siedemnastolatka mogła tak po prostu zniknąć gdzieś między Storforsą a Sztokholmem i nie ma żadnych świadków tego zdarzenia. Potem myślę o Hannie Stenbeck, matce Elli i Myry.
Jak miałaby się z tym pogodzić?
Bo wszystko wskazywało na to, że się nie pogodziła.
I co w ogóle oznaczało „pogodzić się” w tym przypadku? Czy Hanna miałaby zaakceptować fakt, że straciła dziecko, przewrócić kartkę jak w książce i spojrzeć w przyszłość? Czy miałaby przestać się zastanawiać nad tym, co spotkało Ellę? Wpuścić radość do swojego życia i pozwolić jej roztopić smutek, jak wiosenne słońce topi resztki śniegu?
Oczywiście, że nie.
Dopóki sprawa zaginięcia Elli nie zostanie wyjaśniona, rodzina Stenbecków nie zazna spokoju. Nikt się z niczym nie pogodził. Wszyscy stoją dokładnie w tym samym miejscu co przed rokiem i nerwowo przebierają nogami.
– Nie wolno mi tego mówić, ale… – zaczynam. – Rozumiem, że chcesz wiedzieć. To zwłoki kogoś innego. To nie Ella.Myra
„Witamy u Stenbecków” – głosi napis na tabliczce w kształcie łosia, przybitej gwoździami do drewnianego słupka przy furtce. Białe litery świecą w ciemności tak, jakby namalowano je fluorescencyjną farbą.
„Rodzina Stenbecków” to obecnie ja, mama i nasze trzy psy. Tato zginął w wypadku samochodowym jeszcze przed moim urodzeniem, a ojciec Elli był z mamą tylko przez chwilę, więc się nie liczy, mimo że czasem nas odwiedza. Oczywiście Ella wciąż należy do rodziny, chociaż jej z nami nie ma.
Dziś, kiedy rozmawiałam w Ciemności z Kentem i tą babą z Gävle, miałam wrażenie, że rozpadnę się na tysiąc kawałków. Strasznie się bałam, że znaleźli Ellę. I zarazem – co bardzo komplikuje sprawę – jakaś cząstka mnie, mała, maleńka, może wielkości palca, życzyła sobie, żeby to jednak była ona.
Nie dlatego, że wolałabym, żeby Ella nie żyła. Jasne, że nie. Kocham Ellę najbardziej na świecie i zrobiłabym wszystko, żeby ją odzyskać.
Ale niewiedza, co się z nią stało, wydaje się co najmniej tak samo trudna do zniesienia jak świadomość, że umarła.
Ta niewiedza kojarzy mi się z jakąś średniowieczną torturą – jak wbijanie szydełka w ucho albo wyrywanie paznokcia po paznokciu. Za każdym razem, kiedy późnym wieczorem dzwoni telefon, żołądek ściska mi się w kulkę, bo myślę, że to policja. Za każdym razem, kiedy mama mówi, że Ella niedługo do nas wróci, dostaję szału ze złości, bo to kłamstwo. Złoszczę się też, kiedy jakaś koleżanka czy kolega pyta mnie, czy mamy wieści. Oni niczego nie rozumieją.
Bo nikt, kto nie doświadczył czegoś takiego na własnej skórze, nie jest w stanie tego zrozumieć.
Zamykam za sobą furtkę, podchodzę do skrzynki na listy i wyjmuję pocztę: pismo z urzędu skarbowego, od jakiejś firmy windykacyjnej i ulotkę reklamową sklepu Albert & Herbert w Bollnäs z ofertą _Black Friday_. Wkładam korespondencję do płóciennej torby i ruszam do drzwi.
Mieszkamy w samym środku lasu, przy końcu małej dróżki, która zaczyna się przy stacji benzynowej. Są tu tylko dwa domy: nasz i Augusta. Oba stoją na małym wzniesieniu. I dobrze, bo nigdy nie zaleje nas powódź.
Przestało już padać, ale zimny wiatr szarpie połami mojej kurtki i wdziera się pod bluzę. Okno w salonie migocze na niebiesko od włączonego telewizora.
Przez chwilę grzebię w torbie w poszukiwaniu kluczy. Wreszcie je znajduję, ale palce mam tak sztywne z zimna, że aż dwa razy pęk wypada mi z ręki.
Nie zdążyłam jeszcze wetknąć klucza do zamka, a Laika już szczeka za drzwiami – basowo i tak głośno, że obudziłaby każdego.
Każdego poza mamą, rzecz jasna.
Mama zawsze powtarza, że to nie wina Laiki, że tak szczeka. Jest owczarkiem niemieckim i pilnowanie uważa za swój obowiązek. I brzmi to tak, jakby mama była przekonana, że każdy na tym świecie ma jakieś zadanie, a ja wtedy się zastanawiam, jakie obowiązki przypadły jej.
Ledwie przekraczam próg, Laika skacze dookoła mnie. Kucam i witam się z nią jak trzeba. Pozwalam jej się lizać, aż mam twarz mokrą od psich buziaków. Zaraz po tym przybiega Trixie – ziaje, trąca mnie swoim wielkim łbem i merda zamaszyście. Jej jęzor na mojej szyi jest szeroki, śliski i zalatuje zgnilizną.
Trixie to mastif, a przynajmniej tak wygląda. Nikt nie zna jej rodowodu. Dostałyśmy ją od Augusta, a jemu z kolei przywiózł ją krewny z Hudiksvall.
– Co on sobie myślał, na Boga? – mówił wtedy. – Jak ja, stary człowiek, miałbym sobie poradzić z takim cielakiem?
Całe szczęście, że ja i mama jesteśmy młode i silne, bo inaczej August musiałby uśpić Trixie.
Kiedy wieszam kurtkę i zakładam polar, z salonu wtacza się jeszcze Sune.
Sune to stary i – mówiąc szczerze – dosyć spasiony jamnik. Właściwie już nie chodzi, tylko kolebie się z boku na bok na swoich króciutkich nóżkach. Został wykastrowany i mama uważa, że to była dobra decyzja, bo Trixie co chwilę ma cieczkę.
Wprawdzie nigdy nie zadałam mamie tego pytania, ale chciałabym wiedzieć, jak ona sobie wyobraża sposób, w jaki Sune miałby zapłodnić Trixie. Przecież w życiu by nie dosięgnął. Trzeba by go postawić na specjalnym rusztowaniu, żeby to zadziałało.
Otwieram drzwi i wypuszczam psy, by się wysikały w ogrodzie.
Wybiegają w ciemność – Laika i Trixie zaraz zaczynają się gonić i znikają za rogiem, słychać tylko tupot ich łap. Sune mozolnie pokonuje schody. Brzuch zahacza mu o ostatni stopień i przez chwilę wygląda to tak, jakby utknął. A kiedy w końcu udaje mu się zejść, od razu przystaje i spogląda na mnie z wyrzutem. Potem demonstracyjnie unosi przednią łapę, jakby chciał w ten sposób zaprotestować przeciwko zimnu.
– _Drama queen_ – mamroczę pod nosem.
Zamykam drzwi i przechodzę do salonu.
Mama leży na boku na kanapie i śpi z jedną ręką zwieszoną do podłogi, otwartymi ustami i kocem zwiniętym w kłąb między kolanami. Na stoliku obok stoi kubek wypełniony przezroczystym płynem. To nie woda. W telewizji lecą wiadomości – nie mamy już Netflixa ani HBO, bo na koncie zabrakło pieniędzy i nie pobrano abonamentu.
Za kanapą stoi regał z książkami ustawionymi w podwójnych rzędach. Mama uwielbia czytać i kiedyś robiła to w każdej wolnej chwili. Ale teraz nie ma siły i stać ją tylko na oglądanie telewizji w pozycji horyzontalnej.
Zanim Ella zniknęła, mama pracowała na część etatu w księgarni Helina w Bollnäs. To była idealna praca dla niej, bo miała stałą zniżkę i mogła kupować mnóstwo książek.
Zanim Ella zniknęła, mama lubiła też piec, gotować i zajmować się ogrodem. Chodziła na spotkania klubu czytelniczego i co czwartek jeździła z Ellą na basen. Często bywała też na aukcjach i kupowała różne rzeczy do domu.
Sięgam po pilota i wyłączam telewizor. Wyciągam koc spomiędzy kolan mamy i okrywam ją, żeby nie zmarzła. Wierci się lekko i postękuje, kiedy upycham pod nią brzeg koca, a pasmo posiwiałych włosów opada jej na czoło. Odgarniam je. Jest szorstkie i trochę lepkie. Do moich nozdrzy dociera smrodek potu i przetrawionego alkoholu.
Potem słychać drapanie w drzwi.
Wracam do przedpokoju, wpuszczam psy i zanoszę torbę do kuchni. Wyjmuję kromki chleba zwędzone ze szkolnej stołówki i wkładam je do chlebaka – przydadzą się na śniadanie. Listy kładę na kupkę starszej korespondencji. Zapłacę rachunki dziś wieczorem – znam PIN do telefonu mamy i hasło do jej konta, więc to żaden problem. Nie wiem, o co chodzi z urzędem skarbowym, ale na pewno też coś trzeba im zapłacić.
Nasza sytuacja znacząco się poprawiła, odkąd przejęłam kontrolę nad rachunkami. Dostajemy mniej upomnień i już dawno nikt nie zadzwonił do naszych drzwi, żeby na nas nakrzyczeć.
Otwieram lodówkę.
Wciąż stoją w niej pojemniki z klopsikami i purée z ziemniaków. Mogę zjeść jedną porcję, bo i tak wystarczy dla mamy na jutrzejszy obiad i kolację. Potem będę musiała znów coś ugotować.
Już mam zamknąć lodówkę, kiedy mój wzrok pada na butelkę wina musującego na dolnej półce. Mama powtarza, że otworzymy je, kiedy Ella wróci do domu. Nie tyka go, nawet jeśli wlała w siebie wszystko, co miało choć odrobinę alkoholu.
Gdy wychodzę do przedpokoju, dostrzegam smugę światła wypadającą z pokoju Elli.
Znów czuję skurcz w żołądku. Coś mnie kłuje i szczypie na wysokości pępka.
Wchodzę tam i rozglądam się dokoła: staroświeckie tapety w kwiatowy wzorek, kilka plakatów z końmi. Pod szafą stoją różowe futerkowe kapcie Elli – dostała je na siedemnaste urodziny od swojego taty Billy’ego. Z zardzewiałych gwoździ wbitych w ścianę zwisa kilka medali zdobytych w zawodach pływackich.
Ella jest we wszystkim lepsza ode mnie. Dosłownie we wszystkim: ma dobre oceny w szkole, świetnie pływa i gra w teatrze. Poza tym jest śliczna jak jakaś fotomodelka. Jeśli spojrzy się na nas obie bardzo szybko, można uznać, że jesteśmy do siebie podobne, ale to nieprawda. Bo nawet jeśli mamy ten sam kolor włosów, podobny kształt oczu i ust, u Elli rysy układają się dokładnie tak, jak powinny, a u mnie wręcz przeciwnie: oczy są za blisko siebie, usta za duże, a zęby powykrzywiane.
Nie żebym się tym przejmowała, ale mimo wszystko.
Już mam zgasić światło i wyjść, gdy zauważam wgłębienie w białej narzucie na łóżku i leżący obok pamiętnik.
Mama znów tutaj była.
To się zdarza często, choć nigdy wtedy, kiedy jestem w domu. Wówczas mama udaje, że wszystko jest po staremu, że Ella wyszła tylko na chwilę spotkać się ze znajomymi albo pojechała na basen do Arbrå.
Siadam na łóżku. Podnoszę pamiętnik, przerzucam kilka kartek, a potem czytam fragment:
„Dziś znów musiałam wyprać wszystkie ciuchy Myry, bo oblała się sosem do makaronu. Potem nie chciała go zjeść i musiałam jej zrobić kanapki. Czasami mam jej dosyć!”
Czuję narastającą falę mdłości.
Ella napisała prawdę. Byłam strasznie upierdliwa. A ona musiała robić w domu wszystko, jak jakaś niewolnica.
Przewracam kartkę. Czytam inny fragment, napisany tym samym pochylonym okrągłym pismem, chociaż tym razem połyskuje ono leciutko od drobniutkiego brokatu w atramencie.
„Rozmawiałam z babą z opieki społecznej. Powiedziała, że strasznie trudno pomóc komuś, kto nie chce przyjąć pomocy albo – co gorsza – jest przekonany, że nie ma żadnego problemu. Przekonywałam ją, że tym razem naprawdę muszą coś zrobić, bo u nas w domu nic nie działa. Powiedziała, że musi najpierw porozmawiać z szefową. Już czuję, że gówno zrobią. Wygląda na to, że jeśli się chce, żeby coś było załatwione, trzeba się tym zająć samemu”.
Odkładam zeszyt na kolana. Czytałam go już wiele razy. Nie dlatego, że jestem ciekawska, po prostu sądziłam, że znajdę w nim wskazówkę, która pomogłaby wyjaśnić, co się stało z Ellą.
Ale nie znalazłam. Pisała tylko o chłopakach, koleżankach i o mamie.
Czasem się zastanawiam, dlaczego zostawiła pamiętnik, kiedy postanowiła się stąd zmyć – gdybym musiała zgadywać, powiedziałabym, że planowała wyjechać tylko na chwilę, bo gdyby miała nigdy nie wrócić, na pewno by go zabrała.
Przewracam kolejne kartki i docieram do ostatniego wpisu. Patrzę na datę: dwudziesty drugi listopada, dzień przed jej zniknięciem.
„Kochany Pamiętniku!
Jutro wyruszam! Bollnäs (Liam), Hamrånge (?), Sztokholm (?). Trzymaj kciuki, żeby mi się udało. Obiecuję potem wszystko opisać!”
Wraca świdrujący ból w żołądku, choć tym razem towarzyszy mu szum w głowie. Moje skronie pulsują i czuję suchość w ustach.
Za kilka dni minie rok.
Rok, odkąd Ella zakradła się do mojego pokoju, dała mi buziaka w policzek i zniknęła. Rok, w trakcie którego mama i ja w kółko się zastanawiamy, co się z nią stało.
– Kiedy ona wróci? – pytała mama, krążąc na kolanach po pokoju Elli i szukając śladów pod meblami.
Ubrania, buty, stare lalki: wszystko zostało wyrzucone na podłogę i utworzyło wielką stertę. Psy stały w przedpokoju i zaglądały do środka zdezorientowane. Czuły, że coś jest nie tak, Laika zaczęła nawet chodzić w kółko, a robi tak tylko wtedy, kiedy jest zdenerwowana.
– Skąd mam wiedzieć? – odpowiadałam.
I była to prawda, nie miałam pojęcia. Mimo to żałowałam, że reaguję złością, bo mama wyglądała na autentycznie zmartwioną. Nie zadzwoniła jednak na policję, bo gdyby to zrobiła, ściągnęłaby nam na głowę opiekę społeczną.
A my tych ludzi nie lubimy. Wpieprzają się w życie innych i stawiają wszystko na głowie.
Zamiast tego mama zasypywała mnie gradem pytań, na przykład kiedy Ella ostatnio była w domu, w co była ubrana i czy miała przy sobie telefon.
Na początku się wściekałam, bo czułam się jak na przesłuchaniu, a przecież nic nie zrobiłam.
Potem zrozumiałam.
Mama nie pamiętała, nie miała pojęcia, kiedy Ella zniknęła, co miała na sobie tamtego dnia i dokąd się wybrała. Nie potrafiła też powiedzieć, czy rozmawiała z nią przed wyjściem z domu i czy w ogóle się pożegnała.
Nie jestem głupia, wiem, że mama za dużo pije i że kiedy się to robi, czasem traci się pamięć. Wygooglowałam to wszystko, bo się o nią martwię. Trudno mi było jednak zrozumieć.
Próbowałam sobie wyobrazić, jak to jest być nią, a w końcu zapytałam wprost. I o dziwo, udzieliła mi szczerej odpowiedzi.
– Wyobraź sobie, że nie pamiętasz, kiedy i jak zniknęło twoje dziecko… – powiedziała szeptem, ze wzrokiem utkwionym w ciemnej szybie i dłonią spoczywającą na karku Trixie. – Wyobraź sobie, że ostatnie wspomnienie, które powinno utkwić ci w głowie, zostaje zastąpione czarną dziurą pełną wody i gdy próbujesz w nią zajrzeć, widzisz tylko swoje odbicie.
Tamtego wieczoru – jakieś cztery dni po zniknięciu Elli – mama obdzwoniła wszystkich jej znajomych i wypytywała, czy wiedzą, co się z nią stało. Potem zapukała do nas policja. Domyśliłam się, że zawiadomienie musiał złożyć ktoś ze szkoły.
Kiedy otworzyłam drzwi, przed progiem stał Kent i inny, trochę młodszy policjant. Musiał być wystraszony, bo przez cały czas chował się za plecami Kenta.
Później wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie.
W domu zaroiło się od policjantów. Wyglądało to tak, jakby z nami zamieszkali. Wystraszonego kolegę Kenta zastąpiła baba z Gävle i razem z Kentem zadawali na okrągło te same głupie pytania. Nie potrafiłam ocenić, czy są aż tacy głupi, czy uważali, że mama i ja wciskamy im kit.
Ich koledzy przeszukali nasz dom, w pokoju Elli sprawdzili każdy kąt. Zabrali pamiętnik i parę innych rzeczy, a później minęło strasznie dużo czasu, aż wreszcie je oddali.
Ale mimo że wszystko dokładnie przeczesali i przesłuchali tych, których Ella znała, nie mogli jej znaleźć. Im więcej czasu mijało, tym bardziej wszyscy byli przekonani – policja, gazety, moi znajomi – że spotkało ją coś okropnego.
Chociaż ja do dziś nie chcę o tym myśleć.
Udało im się ustalić tylko tyle, że Ella pojechała stopem ze Storforsy do Bollnäs, przespała jedną noc u swojego byłego chłopaka Liama, a następnego dnia znów złapała stopa i pojechała do Hamrånge, a potem dalej, do Sztokholmu.
Nie wiadomo, co tam robiła, ale tego samego dnia, w którym dotarła do stolicy, kupiła bilet na pociąg z powrotem do Bollnäs.
Policja twierdziła, że znalazła wielu świadków, którzy widzieli, jak Ella wsiada do tego pociągu, poza tym nagrały ją kamery monitoringu na sztokholmskim Dworcu Centralen.
Problem w tym, że nikt nie wiedział, gdzie wysiadła.
Ani co się z nią później stało. Nikt oprócz tego, kto ją porwał. O ile to się wydarzyło.
Ale, jak już wspomniałam, nawet nie chcę o tym myśleć.
Przenoszę wzrok z powrotem na pamiętnik na kolanach. Konkretnie na dwa zdania zapisane atramentem połyskującym brokatem.
„Już czuję, że gówno zrobią. Wygląda na to, że jeśli się chce, żeby coś było załatwione, trzeba się tym zająć samemu”_._
Odczytuję je raz, potem drugi i trzeci. Myślę o babie z Gävle, Pirjo. I o Kencie. Niczego nie ogarniają i mają wszystko gdzieś. Przypominam sobie żałosną butelkę wina musującego w lodówce i kamienną minę mamy, która raz na jakiś czas oznajmia, że Ella na pewno wkrótce wróci.
Jak robot.
Potem myślę o Heyerdahlu.
Nikt nie wierzył w jego projekt, wszyscy uważali, że mu odbiło. A on im udowodnił, że da się przepłynąć na tratwie cały Pacyfik, i odtworzył podróż osadników z Ameryki Południowej sprzed setek lat.
A co, jeśli bym…
Ten pomysł przyszedł znikąd, ale gdy się już pojawił i wylądował w mojej głowie, wydał mi się słuszny i oczywisty. Myśl, żeby trzymać się blisko ziemi, stąpać po twardym podłożu, kiedy rzeczywistość przypomina wzburzone morze, daje poczucie bezpieczeństwa. Potem staje mi przed oczami Julia. Słyszę jej słowa: _Trzeba zakładać, że każdy może się okazać psycholem. I być gotowym na wszystko_.
I dokładnie w tej chwili dociera do mnie, co muszę zrobić.
Sekundę później mija ból żołądka i cichnie szum w głowie.
Pierwszy raz od prawie roku ogarnia mnie spokój.