-
nowość
CIEŃ LEGIONISTY - ebook
CIEŃ LEGIONISTY - ebook
Przeżył wojnę. Teraz musi udowodnić, że naprawdę w niej był. Marek trafia do świata najemników, tajnych kontraktów i ludzi, których nazwiska znikają z dokumentów. Gdy po latach zaczyna szukać zaginionego towarzysza, odkrywa system stworzony po to, by wymazywać niewygodną przeszłość. Im bliżej prawdy, tym więcej osób chce, żeby przestał pytać. „Cień Legionisty” to powieść częściowo oparta na faktach — o wojnie, lojalności i cenie milczenia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398352932 |
| Rozmiar pliku: | 903 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
SYGNATURA: BRAK
Noc była tak ciemna, że droga kończyła się kilka metrów przed maską samochodu. Dalej istniała tylko w pamięci kierowcy i na mapie, którą trzymałem na kolanach. Papier nasiąkł wilgocią. Czerwony ołówek rozpłynął się przy jednym z zakrętów i wyglądał jak krew, choć jeszcze nikt wtedy nie krwawił.
Mieliśmy wejść, odebrać człowieka i wyjść przed świtem. Trzy zdania. Tak wyglądała większość zleceń, zanim człowiek zaczynał zadawać pytania, których nie powinien zadawać.
— Jeszcze kilometr — powiedział Czech.
Siedział obok kierowcy, z notesem na udzie. Nie lubił map składanych przez kogoś innego. Twierdził, że każdy człowiek zgina papier inaczej i po zagięciach można poznać, ile razy naprawdę patrzył na trasę. Kiedyś się z niego śmiałem. Po latach przestałem.
Gruzin siedział z tyłu. Milczał, co było gorszym znakiem niż jego gadanie. Wujek palił przy uchylonym oknie i strząsał popiół do pustej puszki po kawie. Boguś został przy drugim samochodzie. Powiedział, że nie lubi tej drogi. Złe drogi znał. Ta była po prostu zbyt pusta.
— Ktoś powinien wracać z targu — mruknął. — Choćby jeden rower, jedna koza, cokolwiek.
Nie odpowiedziałem. Pomyślałem tylko, że znowu zauważył coś wcześniej niż ja.
Zatrzymaliśmy auta w zagłębieniu terenu. Resztę trzeba było przejść pieszo. Osiemnastu ludzi. Dwóch miejscowych przewodników. Każdy wiedział, gdzie ma być, ale nikt poza mną nie znał pełnej trasy wyjścia. Tak było bezpieczniej. Tak sobie wtedy tłumaczyłem.
Przed wyjściem sprawdziłem zegarek. Druga czternaście.
— O trzeciej trzydzieści wszyscy przy samochodach — powiedziałem. — Kto nie wraca, melduje. Nikt nie szuka bohaterstwa.
Gruzin uśmiechnął się jednym kącikiem ust.
— A jak bohaterstwo samo nas znajdzie?
— To je omiń.
— Zawsze psujesz najlepszą część roboty.
Wujek wypuścił dym nosem.
— Dlatego jeszcze żyjesz.
Ruszyliśmy.
Pierwsze domy pojawiły się po kilkunastu minutach. Nie było światła. Psy nie szczekały. To właśnie psy przekonały mnie, że Boguś miał rację. Wieś bez psa jest jak człowiek bez oddechu. Niby wszystko na miejscu, a jednak wiadomo, że coś się skończyło.
Czech zatrzymał się przy kamiennym murku. Pokazał dwa palce, potem lewą stronę. Ktoś poruszył się za budynkiem. Nie strzeliliśmy. Sylwetka przemknęła między drzewami i zniknęła.
— Miejscowy? — szepnął Gruzin.
— Nie wiem.
— Ładnie zaczynamy.
Człowiek, którego mieliśmy odebrać, miał czekać w magazynie na skraju wsi. Według klienta był księgowym. Według zdjęcia wyglądał jak nauczyciel matematyki: okulary, cienkie włosy, koszula zapięta pod szyję. Według Czecha, który przejrzał dokumenty klienta, księgowy znał numery kont ludzi, których nazwisk nie powinno być w żadnym raporcie.
Magazyn był otwarty.
W środku nie było księgowego.
Była krew.
Niewiele. Smuga na podłodze, trzy krople przy ścianie, otwarte plastikowe opakowanie po opatrunku. Czech przykucnął i dotknął palcem mokrej plamy obok drzwi.
— Świeże.
Gruzin zajrzał za regał.
— Tylne wyjście.
Wujek nie wszedł do środka. Stał na zewnątrz i patrzył w stronę drogi.
— Za cicho — powiedział.
Pierwszy wybuch przyszedł z lewej, za budynkami. Nie był duży. Krótki błysk, twardy dźwięk i zaraz potem seria strzałów. Radio ożyło jednocześnie w kilku miejscach.
— Kontakt! Druga grupa!
— Ranny!
— Nie widzę…
Głos urwał się.
Wyszliśmy z magazynu. Nie pamiętam biegu. Pamiętam tylko kamienie pod butami i to, że Wujek nagle był po mojej prawej, choć przed chwilą stał po lewej. Potem zobaczyłem jednego z naszych przy murze. Leżał na boku, trzymał się za brzuch. Boguś klęczał przy nim i próbował zatrzymać krwawienie.
— Gdzie reszta? — zapytałem.
— Dwóch nie ma.
— Kto?
Boguś spojrzał na mnie.
— Młody Słowak i ten nowy z Polski.
Nazwisko Polaka znałem. Przez sekundę miałem je na języku. Potem radio odezwało się znowu i zniknęło.
— Kierunek północny! — krzyknął Czech. — Ktoś zamyka drogę!
Nie mieliśmy księgowego. Mieliśmy rannego, dwóch zaginionych i przeciwnika, który wiedział, którędy mieliśmy wracać.
Wydałem rozkaz odwrotu drugą trasą.
Gruzin popatrzył na mnie tak, jak patrzył zawsze, kiedy decyzja mu się nie podobała.
— Zostawiamy dwóch.
— Wracamy po nich, kiedy wyciągniemy rannego.
— Oni mogą nie mieć tyle czasu.
— Ranny też nie ma.
Przez moment myślałem, że się sprzeciwi. Zamiast tego podszedł do Bogusia i bez słowa wziął jedną stronę noszy.
Wróciliśmy do samochodów o czwartej siedemnaście.
Siedemnaście minut po czasie.
Ranny oddychał jeszcze, ale płytko. Boguś siedział obok niego w błocie, cały we krwi. Gruzin chodził między samochodami i przeklinał pod nosem. Czech liczył ludzi po raz trzeci, jakby matematyka mogła zmienić wynik.
Szesnastu.
Powinno być osiemnastu.
— Wracamy — powiedział Gruzin.
— Nie teraz.
Odwrócił się tak szybko, że przez sekundę myślałem, że mnie uderzy.
— Powiedziałeś, że wrócimy.
— I wrócimy. Za dziesięć minut. Jak tylko medyk ruszy z rannym.
— Dziesięć minut to dużo.
— Wiem.
— Nie wyglądasz.
Wujek wszedł między nas.
— Gija.
Pierwszy raz tej nocy użył imienia Gruzina. To wystarczyło.
Gija odszedł.
Medyk zamknął drzwi samochodu. Silnik ruszył. Jeden z ludzi pojechał z nim. Pozostali stanęli przy nas. Nie musiałem pytać, kto chce wracać. Nikt nie został przy aucie.
Do wsi dotarliśmy przed piątą.
Strzałów już nie było.
Znaleźliśmy Słowaka przy rowie. Żył. Miał przestrzelone udo i twarz białą z bólu. Złapał Gruzina za rękaw tak mocno, że aż pobielały mu palce.
— Drugi? — zapytałem.
Słowak pokręcił głową.
— Zabrali.
— Kto?
— Nie widziałem.
— Polak żył?
— Jak go brali, tak.
To „tak” zostało ze mną dłużej niż powinno.
Księgowego nie znaleźliśmy. Polaka też nie.
O szóstej trzydzieści byliśmy poza terenem. Słońce podniosło się nad wzgórzami i wszystko wyglądało zwyczajnie. Kobieta szła poboczem z wiadrem. Dwóch chłopców prowadziło rowery. W oddali paliło się ognisko. Świat nie wiedział, że brakuje jednego człowieka.
W bazie klienta czekał przedstawiciel w jasnej koszuli. Nie zapytał o rannych.
— Cel?
— Nie było go.
— To niemożliwe.
— A jednak.
Czech położył na stole zdjęcie księgowego i opakowanie po opatrunku.
— Ktoś był przed nami.
Mężczyzna nawet nie dotknął zdjęcia.
— Raport do południa.
— Potrzebuję danych dwóch ludzi — powiedziałem.
— Jakich ludzi?
Poczułem, jak Gija za moimi plecami przestaje się ruszać.
— Jeden ranny. Jeden zaginiony. Nazwiska, numery kontraktów, kontakt do rodzin.
Przedstawiciel spojrzał na teczkę.
— Podaj numery.
— Nie mam numerów. Mam nazwiska.
— My pracujemy na numerach.
— To znajdź po nazwisku.
Rozmowa trwała kilka minut. Potem człowiek w jasnej koszuli wyszedł i wrócił z cienkim plikiem papierów. Przesunął je po stole.
Słowak był. Numer, data przyjęcia, stawka, grupa krwi.
Polaka nie było.
— Sprawdź jeszcze raz.
— Sprawdziłem.
— Był z nami od trzech miesięcy.
— Nie mam takiego człowieka.
— Jadł z nami. Brał pieniądze. Spał w trzecim baraku.
— W systemie go nie ma.
Gija pochylił się nad stołem.
— To go wpisz.
— Nie mogę wpisywać ludzi po fakcie.
Wujek położył dłoń na ramieniu Gruzina, zanim ten zrobił coś głupiego.
Ja wziąłem kartkę.
Przy jednej z pustych pozycji widniała adnotacja, której wcześniej nie zauważyłem.
SYGNATURA: BRAK.
— Co to znaczy?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
— Brak pełnej identyfikacji.
— Człowiek ma imię i nazwisko.
— W papierach nie ma.
— Więc dla ciebie nie istnieje?
— Dla systemu.
To powiedział bez złośliwości. Jak księgowy informujący, że rachunek nie został zaksięgowany.
Wyszedłem na zewnątrz.
Boguś siedział na schodku i zmywał krew z dłoni wodą z butelki. Czerwone strużki wsiąkały w piasek.
— Jak miał na nazwisko? — zapytałem.
Podniósł głowę.
— Kto?
— Ten Polak.
Boguś powiedział.
Powtórzyłem nazwisko w myślach.
Potem jeszcze raz.
Nie wiedziałem wtedy, że zacznę robić to z każdym, kto nie wróci.
Nie wiedziałem, że po latach będę pamiętał cudze nazwiska lepiej niż własne.
Kilka lat wcześniej, na lotnisku, podpisałem swoje bez wahania.ROZDZIAŁ 1
KONTRAKT · 1987
Na lotnisku najgłośniejsze były kółka walizek. Nie rozmowy, nie komunikaty z głośników, tylko ten suchy stukot plastiku po łączeniach posadzki. Ludzie przechodzili obok mnie z biletami w dłoniach i wyglądali, jakby wiedzieli, dokąd jadą. Ja wiedziałem tylko, z czego chcę wyjechać.
W kieszeni miałem dokumenty, trochę pieniędzy i kartkę z adresem, który kazano zapamiętać, a potem wyrzucić. Kartkę wyrzuciłem jeszcze przed wejściem do hali. Adres został w głowie.
Kolejka do stolika z brązową teczką poruszała się wolno. Przede mną stał Polak, mniej więcej w moim wieku. Niski, szeroki w barkach, w za dużej marynarce. Co kilka minut poprawiał kołnierz, choć nic z nim nie było nie tak.
— Też pierwszy raz? — zapytał.
— Widać?
— Jakbyś był drugi, nie patrzyłbyś na drzwi.
— A ty?
— Patrzę na bufet.
Uśmiechnął się. Miał odstający przedni ząb.
— Krzysiek.
Podałem mu rękę.
— Marek.
— Dokąd cię ciągnie?
— Tam, gdzie płacą.
— To daleko zajedziemy.
Nie pytałem, skąd jest. On nie pytał mnie. W tamtych latach wystarczyło powiedzieć „Polska” i każdy rozumiał resztę po swojemu.
Przy stoliku siedział mężczyzna z twarzą urzędnika. Mógł sprzedawać ubezpieczenia, przyjmować podania albo wysyłać ludzi na drugi koniec świata. Wszystko robiłby z tym samym wyrazem twarzy.
— Nazwisko.
Podałem.
Odnalazł kartkę.
— Pięć lat.
— Wiem.
— Czytałeś warunki?
— Tak.
Spojrzał na mnie pierwszy raz.
— Całe?
— Całe.
— Po co?
Nie wiedziałem, czy żartuje.
Przesunął dokument.
— Podpis tutaj. Inicjały na dole. Następna strona.
Wziąłem pióro.
Obok przechodziła rodzina. Ojciec niósł śpiące dziecko, matka prowadziła chłopca z plastikowym samolotem na sznurku. Lecieli gdzieś razem. Prawdopodobnie wrócą razem. Wtedy ta różnica nie miała dla mnie znaczenia.
Podpisałem.
Urzędnik zebrał kartki i zatrzasnął teczkę.
— Następny.
Tyle kosztowała zmiana życia: kilka minut i atrament, który zdążył wyschnąć, zanim odszedłem od stolika.
Krzysiek czekał po drugiej stronie.
— I co? — zapytał.
— Nic.
— Właśnie się sprzedałeś na pięć lat i nic?
— Ty też.
— Ja mam plan.
— Jaki?
— Przeżyć pięć. Wrócić. Kupić warsztat. Nie robić już nic dla nikogo.
Powiedział to tak szybko, jakby powtarzał sobie od miesięcy.
— Samochodowy?
— Motocykle. Samochody są dla ludzi, którzy mają dzieci.
— Masz?
— Jeszcze nie.
— To skąd wiesz?
Krzysiek wzruszył ramionami.
— Mój ojciec miał.
Badania trwały do popołudnia. Krew, wzrok, serce, płuca, próba wysiłkowa. Potem bieg, podciąganie, pływanie. Nikt nie pytał, czy umiemy strzelać. Nikt nie pytał, czy zabiliśmy człowieka. Wtedy jeszcze sądziłem, że to dobry znak.
Wieczorem zostało nas kilkunastu. Dostaliśmy numery, jedzenie i instrukcję, gdzie mamy stawić się rano. Krzysiek usiadł obok mnie na betonowej ławce i otworzył papierową torbę.
— Kanapka?
— Mam.
— Ta jest z szynką.
— Moja też.
— Ale moja za darmo.
Wziąłem połowę.
Tak zaczęła się znajomość, która później mieściła się w kilku wspomnieniach: odstający ząb, plama smaru pod paznokciem, warsztat motocyklowy, którego nigdy nie otworzył.
Samolot był stary. Fotele trzeszczały, zasłonki w oknach miały kolor pożółkłego papieru. Lecieli z nami ludzie z kilku krajów. Część rozmawiała po francusku, część po niemiecku. Dwóch Węgrów piło z płaskiej butelki i częstowało wszystkich wokół.
Krzysiek odmówił.
— W samolocie nie piję.
— Bo?
— Jak spadnie, chcę wiedzieć.
— Co ci to da?
Zastanowił się.
— Nic. Ale będę poinformowany.
Pierwszy raz zaśmiałem się od kilku dni.
Przed wejściem na pokład mieliśmy trzy godziny, których nikt nie umiał wykorzystać. Ci, którzy mieli rodzinę na lotnisku, siedzieli z nią do ostatniej chwili. My z Krzyśkiem nie mieliśmy nikogo. Krążyliśmy między bufetem a szybą wychodzącą na płytę, piliśmy za drogą kawę i udawaliśmy, że to zwykłe oczekiwanie na samolot.
— Zadzwonisz do domu? — zapytał.
— Nie.
— Czemu?
— Co mam powiedzieć?
— Prawdę.
Popatrzyłem na niego.
— Ty zadzwonisz?
Wyciągnął kilka monet i zaczął obracać je w dłoni.
— Matka myśli, że jadę do pracy przy samochodach.
— Przecież chcesz warsztat.
— To nie to samo.
— Daleko od prawdy?
— Wystarczająco blisko, żeby spała.
Przez moment patrzył na budkę telefoniczną. Potem wstał.
— Idę skłamać matce.
Wrócił po kilku minutach. Nie wyglądał na człowieka, któremu zrobiło się lżej.
— I?
— Powiedziała, żebym jadł.
— Dobra rada.
— Zawsze mówi to samo. Jakby jedzenie rozwiązywało świat.
— Czasem rozwiązuje dzień.
Usiadł obok.
— A twoi?
Nie chciałem rozmawiać o rodzicach. Ojciec potrafił milczeć przy stole przez cały obiad i w tym milczeniu mieściło się więcej opinii niż w cudzych awanturach. Matka pytała o rzeczy praktyczne: czy mam pieniądze, gdzie będę spał, kiedy wrócę. Odpowiedzi na dwa pierwsze pytania miałem słabe. Na trzecie żadnej.
— Wiedzą, że wyjeżdżam.
— Dokąd?
— Za granicę.
Krzysiek pokiwał głową.
— Czyli wszyscy tutaj jedziemy do tego samego kraju.
— Jakiego?
— Za Granicę. Stolica: Pieniądze.
Zaśmiałem się.
Obok przechodził mężczyzna w płaszczu z aktówką. Spojrzał na nas krótko. Nie było w tym nic. Wtedy jeszcze każdy człowiek z aktówką był dla mnie tylko człowiekiem idącym do pracy.
Dopiero później zacząłem ich dzielić na tych, którzy noszą dokumenty, i tych, którzy są przez dokumenty noszeni.
Krzysiek kupił dwie drożdżówki. Jedną podał mi.
— Jak wrócę, pierwsze, co zrobię, to zjem schabowego.
— Myślałem, że otworzysz warsztat.
— Najpierw schabowy. Człowiek musi mieć hierarchię.
— A drugie?
— Prysznic.
— Warsztat trzeci?
— Nie. Sen. Warsztat po śnie.
Mówił o powrocie tak, jakby był już wpisany do umowy. Pięć lat w jego głowie nie było czasem, tylko odcinkiem do przejścia. Start, meta, po drodze trzeba się nie przewrócić.
Ja nie miałem mety.
To powinno mnie wtedy zatrzymać.
Nie zatrzymało.
Przed odprawą wywołano kilku ludzi po numerach. Nie nazwiskach. Numerach z kartek. Jeden mężczyzna zniknął za drzwiami i nie wrócił. Jego torba została przy krześle przez dwadzieścia minut, aż podszedł pracownik i zabrał ją na zaplecze.
— Co z nim? — zapytał Krzysiek.
— Pewnie badania.
— A torba?
— Może nie leci.
Krzysiek spojrzał na własny numer.
— Szybko człowiek robi się numerem.
— Na bilecie też masz numer.
— Na bilecie mogę mieć. Byle na nagrobku nie.
Powiedział to z uśmiechem.
Zapamiętałem dopiero po latach.
Przy kontroli dokumentów kobieta w mundurze otworzyła mój paszport, porównała zdjęcie z twarzą i przybiła pieczątkę. Ten zwyczajny ruch wydał mi się wtedy potwierdzeniem, że wszystko jest legalne, uporządkowane, pod kontrolą. Dokument przechodził z ręki do ręki, więc człowiek też musiał być bezpieczny.
Byłem naiwny, ale bez tej naiwności prawdopodobnie nie wszedłbym do samolotu.
Krzysiek zatrzymał się przed rękawem prowadzącym do maszyny.
— Ostatnia szansa.
— Na co?
— Uciec.
— Uciekasz?
— Nie.
— To po co mówisz?
— Żeby potem nie mówić, że nie było.
Ruszył pierwszy.
Przed wejściem obejrzałem się na halę. Ludzie kupowali gazety, ktoś biegł z dzieckiem, ktoś kłócił się przy odprawie o wagę walizki. Zwykły świat działał bez mojego udziału i nagle zrozumiałem, że to właśnie mnie pociągało najbardziej.
Mogłem zniknąć z niego bez śladu i nikomu poza kilkoma osobami niczego nie zaburzyć.
Wtedy uważałem to za wolność.
Kiedy maszyna oderwała się od ziemi, patrzyłem przez okno. Miasto szybko zmieniło się w układ świateł, potem w ciemność. Nie poczułem żalu. Pamiętam to dobrze, bo później wielokrotnie próbowałem sobie wmówić, że jednak coś wtedy czułem.
Nie czułem.
Była ulga.
Przez ostatnie lata pracowałem, gdzie się dało, liczyłem pieniądze przed końcem miesiąca i obserwowałem ludzi, którzy nauczyli się nie oczekiwać za wiele. Miałem wrażenie, że jeśli zostanę, stanę się jednym z nich. Nie uważałem ich za gorszych. Bałem się tylko, że przestanę widzieć różnicę między przeżyciem a życiem.
Kontrakt wydawał mi się wyjściem.
Nie szukałem wojny. Nawet nie używałem wtedy tego słowa. Mówiłem „służba”, „praca”, „wyjazd”. Człowiek potrafi wiele zmienić, jeżeli najpierw zmieni nazwę.
Po wielu godzinach lotu Krzysiek zasnął z głową opartą o szybę. Za nim jeden z Węgrów chrapał. Steward przestał rozdawać napoje. Kabina przygasła.
Wyjąłem papierosa, którego nie wolno było już palić, obracałem go w palcach i przypomniałem sobie ojca. Zawsze zostawiał połowę na później. Nie z oszczędności. Tak mówił. „Jak masz wszystko od razu, jutro nie masz nic.” Matka przewracała oczami i nazywała to filozofią biedaka.
Schowałem papierosa.
Nad oceanem nie było niczego, co mogłem rozpoznać.
Rano lądowaliśmy w wilgoci.
Drzwi samolotu otworzyły się i gorące powietrze weszło do środka jak człowiek, który nie zamierza pytać o pozwolenie. Po kilku minutach koszula przykleiła mi się do pleców. Krzysiek zszedł po schodkach, stanął na płycie i rozejrzał się.
— Warsztat będzie miał klimatyzację — powiedział.
— Najpierw przeżyj pięć lat.
— Właśnie taki jest plan.
Ciężarówka czekała przy ogrodzeniu. Wrzuciliśmy torby na pakę. Nikt nie sprawdzał nazwisk, tylko numery z kartek.
Jechałem kilka godzin, siedząc na drewnianej ławce naprzeciwko Krzyśka. Asfalt skończył się szybko. Potem była droga z czerwonej ziemi, roślinność i wilgoć, która wydawała się wchodzić pod skórę. Mijaliśmy pojedyncze domy. Dzieci zatrzymywały się przy drodze i patrzyły na ciężarówkę. Jedno pomachało.
Krzysiek odmachał.
— Nie przyzwyczajaj się — powiedział starszy mężczyzna siedzący obok.
Mówił po polsku.
— Do czego?
— Do tego, że ktoś macha.
Nie przedstawił się.
Wtedy uznałem go za ponurego człowieka, który chce brzmieć mądrze.
Obóz zobaczyliśmy przed zmrokiem. Blaszane dachy, ogrodzenie, wieżyczki, reflektory. Nic szczególnego. Każdy film wojenny miał podobne miejsce. Tyle że w filmie nie czuć zapachu.
Tutaj pachniało mokrą ziemią, potem, paliwem i czymś kwaśnym, co dochodziło z kuchni.
Przy bramie odebrano nam część dokumentów.
— Paszport? — zapytałem.
— Dostaniesz, kiedy będzie potrzebny.
— A jeśli będzie potrzebny wcześniej?
Strażnik nawet się nie uśmiechnął.
— Nie będzie.
Dostaliśmy prycze. Krzysiek był dwa łóżka dalej. Na górze spał Francuz, który od razu przykrył twarz koszulą i zasnął. Wentylator pod sufitem obracał się wolno, bardziej rozprowadzał gorące powietrze, niż je chłodził.
— Pięć lat — mruknął Krzysiek.
— Zmieniłeś plan?
— Nie. Tylko liczę.
— Minął jeden dzień.
— To już mniej.
O czwartej pięćdziesiąt osiem obudził mnie metaliczny huk.
Drugi przyszedł sekundę później.
Ktoś spadł z pryczy. Ktoś szukał butów. Drzwi otworzyły się z takim impetem, że uderzyły o ścianę.
Instruktor wszedł do środka.
Nie krzyczał.
Popatrzył na zegarek.
— Dwie minuty.
Krzysiek siedział na łóżku z jednym butem w ręce.
— Na co?
Instruktor spojrzał na niego.
— Teraz jedna pięćdziesiąt.
Po półtorej minuty staliśmy przed barakiem.
Nie wszyscy.
Francuz z górnej pryczy wyszedł ostatni. Instruktor kazał wszystkim wrócić do środka.
— Jeszcze raz.
Powtórzyliśmy.
Potem jeszcze raz.
Za czwartym nikt już nie pytał.
Kiedy słońce wzeszło, mieliśmy za sobą pierwszy bieg i pierwszego człowieka, który zwymiotował w trawę. Instruktor przeszedł obok niego, jakby ominął kałużę.
Krzysiek biegł przy mnie.
— Warsztat — wydyszał.
— Co?
— Myślę o warsztacie.
— Pomaga?
— Nie.
I pobiegł dalej.
Wieczorem siedzieliśmy na ziemi za barakiem. Jedliśmy ryż z metalowych misek. Krzysiek miał pęcherze na dłoniach i obtartą piętę.
— Pierwszy dzień — powiedział.
— Drugi.
Popatrzył na mnie.
— Jeszcze lepiej.
Miał rację. Każdy dzień tutaj kończył się poczuciem, że coś zostało odjęte. Trochę siły. Trochę pytań. Trochę czasu.
Po pewnym czasie zaczęli odejmować także ludzi.ROZDZIAŁ 2
GUJANA
Po dwóch tygodniach człowiek przestawał patrzeć na kalendarz. Dni różniły się tylko tym, gdzie bolało bardziej.
Pobudka przed świtem. Bieg. Woda. Błoto. Jedzenie. Ćwiczenia. Znowu bieg. Sen, jeżeli ktoś uznał, że na niego zasłużyłeś. Kondycja przychodziła przy okazji. Powtarzali wszystko tak długo, aż pytanie „po co?” stawało się zbyt ciężkie, żeby je nosić.
Krzysiek na początku liczył dni.
— Dwadzieścia jeden — powiedział któregoś wieczoru.
Siedzieliśmy pod ścianą baraku i suszyliśmy skarpety, choć nic tutaj naprawdę nie schło.
— Do czego?
— Do końca pierwszego miesiąca.
— A potem?
— Zostanie pięćdziesiąt dziewięć.
— Czego?
— Miesięcy.
— Przestań liczyć.
— Jak przestanę, oni wygrają.
Nie zapytałem, kim są „oni”. W obozie to słowo mogło oznaczać instruktorów, system, tropik albo wszystkich naraz.